Rozdział 1. Colnora
Rozdział 1
Colnora
Gdy z mroku wyłonił się mężczyzna, Wyatt Deminthal wiedział, że to
będzie najgorszy, a być może ostatni dzień jego życia. Mężczyzna miał na
sobie ubranie z surowej wełny i szorstkiej skóry, a jego twarz wyglądała
znajomo -?Wyatt widział ją ponad dwa lata wcześniej przy świetle świecy
i miał nadzieję już więcej nie zobaczyć. Mężczyzna nosił trzy miecze,
wszystkie sfatygowane, zmatowiałe i z przepoconymi, postrzępionymi
uchwytami. Przewyższał Wyatta wzrostem prawie o trzydzieści centymetrów,
był szerszy od niego w ramionach i miał silne ręce. Stał w lekkim
rozkroku, opierając ciężar ciała na przednich częściach stóp. Wpatrywał
się w Wyatta jak kot w mysz.
-?Baron Dellano DeWitt z Dagastanu? -?Zabrzmiało to nie jak pytanie,
lecz oskarżenie.
Wyatt poczuł gwałtowny skurcz serca. Nawet po rozpoznaniu twarzy
mężczyzny miał wciąż nadzieję -?bo pomimo wielu trudnych lat nie stracił
do reszty optymizmu -?że nieznajomemu chodzi tylko o pieniądze. Jednakże
po usłyszeniu tych słów jego nadzieja zgasła.
-?Przykro mi, to pomyłka -?odparł mężczyźnie, który zagradzał mu drogę.
Usiłował mówić przyjacielskim, beztroskim, niewinnym tonem. Próbował
nawet ukryć swój caliański akcent, aby wypaść wiarygodnie.
-?Wcale nie -?upierał się nieznajomy, przecinając alejkę i podchodząc
niebezpiecznie blisko. Miał luźno opuszczone ręce, co niepokoiło
bardziej, niż gdyby je trzymał na głowicach mieczy. Mężczyzna nie bał
się Wyatta, mimo że ten nosił przy boku kord.
-?Tak się składa, że nazywam się Wyatt Deminthal. Stąd mój wniosek, że
to pomyłka.
Wyatt cieszył się, że udało mu się to powiedzieć bez jąkania. Z wielkim
wysiłkiem skupiał się na tym, by rozluźnić ciało, opuścić ramiona,
oprzeć ciężar ciała na jednej pięcie. Zdobył się nawet na przyjemny
uśmiech i rozejrzał swobodnie dokoła z niewinną miną.
Stali naprzeciwko siebie w wąskiej, zaśmieconej alejce zaledwie kilka
metrów od wynajmowanej przez Wyatta kwatery na strychu. Było ciemno.
Metr za jego plecami wisiała latarnia zamontowana z boku sklepu z żywnością. Widział, jak jej migocące światło połyskuje w pozostałych po
deszczu kałużach na brukowanej uliczce. Wciąż słyszał z tyłu
przytłumione, blaszane dźwięki muzyki w gospodzie Pod Szarą Myszą. W oddali było słychać głosy, śmiech, krzyki, odgłosy kłótni. Po brzęku
upuszczonego garnka rozległ się koci pisk. Gdzieś przejechał powóz i na
mokrej, kamiennej nawierzchni zaklekotały drewniane koła. Było późno. Na
ulicach wałęsali się jedynie pijani, nierządnice i interesanci, których
sprawy najlepiej było załatwiać po zmroku.
Mężczyzna zbliżył się o krok. Wyattowi nie podobało się jego twarde,
zdeterminowane spojrzenie, ale najbardziej zaniepokoił go wyraz żalu,
który dostrzegł w oczach nieznajomego.
-?Wynająłeś mnie i mojego przyjaciela, żebyśmy ukradli miecz z zamku
Essendonów.
-?Przykro mi, ale nie mam pojęcia, o czym mówisz. Nawet nie wiem, gdzie
jest ten zamek. Musiałeś mnie z kimś pomylić. Pewnie przez to. -?Zdjął
kapelusz z szerokim rondem i pokazał go mężczyźnie. -?Widzisz, to zwykły
kapelusz, bo każdy go może kupić, ale równocześnie niezwykły, bo obecnie
niewielu ludzi takie nosi. Najpewniej widziałeś kogoś w podobnym
nakryciu głowy i uznałeś, że to ja. Rozumiem twoją pomyłkę i nie żywię
do ciebie urazy.
Wyatt włożył z powrotem kapelusz, opuszczając go trochę z przodu i przechylając lekko na bok. Poza tym Deminthal nosił kosztowny,
czarno-czerwony kubrak z jedwabiu i krótką, krzykliwą pelerynę, ale brak
aksamitnych ozdób w połączeniu ze znoszonymi butami zdradzał jego
sytuację materialną. Jeszcze więcej mówił o nim złoty, okrągły kolczyk w lewym uchu -?to była pamiątka po jego dawnym życiu.
-?Kiedy dotarliśmy do kaplicy, król leżał na podłodze. Martwy.
-?Widzę, że to nie jest szczęśliwa historia -?powiedział Wyatt, szarpiąc
palce wykwintnych, czerwonych rękawic, co zwykł czynić w chwilach
niepokoju.
-?Czekali na nas strażnicy. Zawlekli nas do lochów. Omal nas nie
stracono.
-?Przykro mi, że tak niecnie z wami postąpiono, ale już mówiłem, nie
nazywam się DeWitt. Nigdy o nim nie słyszałem. Na pewno o was wspomnę,
gdybym go kiedyś spotkał. Kto go szuka?
-?Riyria.
Światło na ścianie sklepu za Wyattem zgasło i ktoś szepnął mu do ucha:
-?Po elficku to znaczy "dwóch".
Serce zabiło Deminthalowi dwa razy szybciej i zanim zdążył się odwrócić,
poczuł na gardle ostrze sztyletu. Zamarł, starając się oddychać jak
najlżej.
-?Wystawiłeś nas na śmierć -?ciągnął mężczyzna za Wyattem. -?Byłeś
pośrednikiem. Wysłałeś nas do tamtej kaplicy, by spadła na nas wina.
Przyszedłem ci odpłacić pięknym za nadobne. Jeśli chcesz powiedzieć
ostatnie słowo, zrób to teraz i po cichu.
Wyatt był dobrym pokerzystą. Znał się na blefach i wiedział, że człowiek
za jego plecami nie blefuje. Nie przyszedł po to, żeby go nastraszyć,
przycisnąć lub zmanipulować. Nie szukał informacji; wiedział wszystko,
co chciał wiedzieć. Wyatt rozpoznał to po tembrze głosu, tonie, słowach,
tempie oddechu napastnika -?ten człowiek przyszedł go zabić.
-?Co się dzieje, Wyatt? -?zapytał ktoś słabym głosem.
W dole alejki otworzyły się drzwi i na tle światła ukazała się sylwetka
młodej dziewczyny, której cień padał na brukowaną uliczkę i ścianę po
przeciwnej stronie. Szczupła dziewczyna z włosami do ramion miała na
sobie koszulę nocną do kostek, spod której wystawały gołe stopy.
-?Nic, Allie, wracaj do środka! -?krzyknął Wyatt, zdradzając się ze
swoim akcentem.
-?Co to za ludzie, z którymi rozmawiasz? -?Allie zrobiła krok w ich
stronę, wchodząc w kałużę. -?Wyglądają na rozgniewanych.
-?Nie zostawię świadków przy życiu -?syknął nieznajomy.
-?Zostawcie ją, nie była w to zamieszana -?błagał Deminthal. -
Przysięgam. To była tylko moja sprawka.
-?W co zamieszana? -?spytała Allie. -?O co tu chodzi? -?Zrobiła kolejny
krok.
-?Zostań na miejscu, Allie! Nie podchodź. Proszę, rób, co mówię. -
Dziewczyna się zatrzymała. -?Kiedyś zrobiłem coś złego. Musisz
zrozumieć. Zrobiłem to dla nas, dla ciebie, Eldena i siebie.
Przypominasz sobie, jak przyjąłem tamtą pracę kilka zim temu? Jak
pojechałem na parę dni na północ? Właśnie wtedy... to zrobiłem. Udawałem
kogoś innego i przeze mnie omal nie zginęli ludzie. W ten sposób
zdobyłem pieniądze na zimę. Nie czuj do mnie nienawiści, Allie. Kocham
cię, skarbie. Proszę, wracaj do środka.
-?Nie! -?sprzeciwiła się. -?Widzę nóż. Skrzywdzą cię.
-?Jeśli nie wejdziesz do domu, zabiją nas oboje! -?krzyknął Wyatt
szorstko, zbyt szorstko. Nie chciał tego robić, ale musiał jej
uświadomić powagę sytuacji.
Allie teraz płakała. Stała w świetle lampy i się trzęsła.
-?Wejdź do środka, kochanie. -?Wyatt starał się opanować i mówić
spokojnym głosem. -?Wszystko będzie dobrze. Nie płacz. Elden się tobą
zaopiekuje. Powiedz mu, co się stało. Wszystko się ułoży.
Nadal szlochała.
-?Proszę, skarbie, musisz już wejść do środka -?prosił Wyatt. -?To
wszystko, co możesz zrobić. Musisz to dla mnie zrobić. Proszę.
-?Ko-cham cię, ta-tu-siu!
-?Wiem, słonko. Ja też cię kocham i bardzo przepraszam.
Allie powoli weszła do środka i snop światła zaczął się zwężać, aż po
zamknięciu drzwi zniknął i alejka znów pogrążyła się w ciemności. Tylko
słabe, niebieskie światło przesłoniętego chmurami księżyca padało na
wąską uliczkę, na której stali trzej mężczyźni.
-?Ile ma lat? -?zapytał głos za plecami Deminthala.
-?Nie mieszajcie jej do tego. Zróbcie to szybko. Możecie mi wyświadczyć
choć tę jedną przysługę?
Wyatt zbierał siły na to, co miało niechybnie nadejść. Na widok dziecka
się załamał. Gwałtownie się trząsł, zacisnął dłonie w rękawicach w pięści. Tak go ściskało w dołku, że miał trudności z przełykaniem śliny
i oddychaniem. Czuł metalowe ostrze na gardle i czekał, aż napastnik je
przesunie, przeciągnie w poprzek jego szyi.
-?Gdy przyszedłeś nas wynająć, wiedziałeś, że to pułapka? -?spytał
mężczyzna z trzema mieczami.
-?Co? Ależ skąd!
-?Zrobiłbyś to, gdybyś wiedział?
-?Nie wiem... Chyba tak. Potrzebowaliśmy pieniędzy.
-?A więc nie jesteś baronem?
-?Nie.
-?A kim?
-?Byłem kapitanem statku.
-?Byłeś? Co się stało?
-?Kiedy mnie zabijecie? Po co te wszystkie pytania?
-?Z każdym pytaniem, na które odpowiadasz, zyskujesz kolejny oddech -
odpowiedział głos za jego plecami.
To był głos śmierci, beznamiętny i pusty. Gdy Wyatt go słyszał, czuł
ściskanie w żołądku, jakby z krawędzi wysokiego klifu spoglądał w przepaść. Nie widząc twarzy napastnika, wiedząc, że trzyma ostrze, które
go zabije, czuł się jak na egzekucji. Pomyślał o Allie, miał nadzieję,
że nic jej nie będzie, a potem uprzytomnił sobie, że ona go zobaczy. Ta
myśl uderzyła go z zadziwiającą jasnością. Gdy będzie już po wszystkim,
dziewczyna wybiegnie i znajdzie go na ulicy. Będzie brodzić w jego krwi.
-?Co się stało? -?powtórzył pytanie kat, a dźwięk jego głosu od razu
przywrócił Wyatta do rzeczywistości.
-?Sprzedałem statek.
-?Dlaczego?
-?Nieważne.
-?Długi karciane?
-?Nie.
-?To z jakiego powodu?
-?Co za różnica? I tak mnie zabijecie. Skończcie już to!
Stanął stabilnie na nogach. Był przygotowany. Zacisnął zęby, zamknął
oczy. Zabójca jednak zwlekał.
-?Jest różnica, bo Allie to nie twoja córka -?szepnął kat.
Ostrze oddaliło się od jego szyi.
Powoli, z wahaniem, Wyatt się odwrócił, żeby stanąć twarzą do mężczyzny
ze sztyletem. Nigdy wcześniej go nie widział. Był niższy od wspólnika,
ubrany w czarny płaszcz z kapturem, który zacieniał jego rysy,
pozwalając dostrzec jedynie niektóre elementy twarzy: czubek spiczastego
nosa, wydatne kości policzkowe, koniec podbródka.
-?Skąd wiesz?
-?Dojrzała nas w ciemności. Staliśmy w mroku, a ona dostrzegła z sześciu
metrów mój nóż przy twoim gardle.
Wyatt nic nie odpowiedział. Nie śmiał się ruszyć ani odezwać. Nie
wiedział, co myśleć. Jakimś cudem coś się zmieniło. Nieuchronna śmierć
cofnęła się o krok, ale jej cień majaczył groźnie. Deminthal nie miał
pojęcia, co się dzieje, i przerażała go możliwość zrobienia fałszywego
kroku.
-?Sprzedałeś statek, żeby ją wykupić, prawda? -?domyślił się człowiek w kapturze. -?Ale od kogo i dlaczego?
Wyatt dojrzał pod kapturem jedynie posępną twarz i bezlitosne oczy. W odległości zaledwie oddechu stała śmierć; wieczność od wybawienia
dzieliły tylko słowa.
Mężczyzna z trzema mieczami położył rękę na ramieniu Deminthala.
-?Wiele zależy od twojej odpowiedzi. Ale już się domyśliłeś, prawda?
Teraz się zastanawiasz, co powiedzieć, i oczywiście usiłujesz odgadnąć,
co chcemy usłyszeć. Po prostu powiedz prawdę. Jeśli popełnisz błąd, to
przynajmniej powodem twojej śmierci nie będzie kłamstwo.
Wyatt skinął głową. Znów przymknął oczy, wziął głęboki wdech i powiedział:
-?Kupiłem ją od człowieka o nazwisku Ambrose.
-?Ambrose Moor? -?spytał kat.
-?Tak.
Wyatt czekał, ale nic się nie stało. Otworzył oczy. Sztylet zniknął, a mężczyzna z trzema mieczami uśmiechał się do niego.
-?Nie wiem, ile kosztowała ta dziewczyna, ale nie mogłeś wydać pieniędzy
lepiej.
-?Nie zabijecie mnie?
-?Nie dziś. Wciąż jesteś nam winien sto tenentów za tamto zlecenie -
powiedział oziębłym tonem człowiek w kapturze.
-?Ja... ich nie mam.
-?To zdobądź.
Na alejkę padł snop światła, gdy drzwi do domu Wyatta otworzyły się z hukiem i na zewnątrz wyszedł energicznym krokiem Elden. Ruszył w ich
stronę z pełną desperacji miną, trzymając wysoko nad głową olbrzymi
topór o dwóch ostrzach.
Większy z napastników wyjął szybko dwa miecze.
-?Eldenie, NIE! -?krzyknął Wyatt. -?Oni mnie nie zabiją! Stój.
Elden przystanął, nie opuszczając topora, i spoglądał to na jednego, to
na drugiego.
-?Zamierzają mnie puścić -?uspokoił go Wyatt, po czym zwrócił się do obu
mężczyzn. -?Nie mylę się, prawda?
Mężczyzna w kapturze przytaknął.
-?Ureguluj dług -?powiedział.
Gdy mężczyźni odchodzili, Elden stanął przy boku Wyatta, a Allie
przybiegła i go objęła. Razem wrócili do domu. Elden rozejrzał się po
raz ostatni, po czym zamknął za nimi drzwi.
* * *
-?Widziałeś, jaki był duży? -?zapytał Royce'a Hadrian, wciąż zerkając
przez ramię, jak gdyby olbrzym mógł próbować się do nich podkraść. -
Jeszcze nigdy nie widziałem kogoś takiego wielkiego. Musiał mieć ponad
dwa metry, a ten kark, te bary i topór! Do jego podniesienia potrzeba by
dwóch takich jak ja. Może nie jest człowiekiem, może to olbrzym albo
troll. Niektórzy się zarzekają, że one istnieją. Znam kilku, którzy
twierdzą, że osobiście je widzieli.
Royce spojrzał na przyjaciela i się skrzywił.
-?No dobrze, tak mówią przeważnie pijacy w barach, co nie znaczy, że to
nie jest możliwe. Zapytaj Myrona, on potwierdzi moje słowa.
Kierowali się na północ w stronę mostu Langdona. Wokół panował spokój. W szacownej dzielnicy wzgórz w Colnorze ludzie woleli w nocy spać niż
hulać w gospodach. Tu mieszkali magnaci handlowi, zamożni ludzie
interesów, którzy posiadali domy wspanialsze od wielu pałacowych
rezydencji wyższej szlachty.
Colnora zaczynała jako skromne, przydrożne miejsce na odpoczynek na
skrzyżowaniu szlaków handlowych z Wesbaden i Aquesty. Na początku
gospodarz o nazwisku Hollenbeck zaopatrywał wraz z żoną karawany w wodę
i udostępniał handlarzom miejsce w swojej stodole w zamian za wieści i towary. Hollenbeck umiał się poznać na jakości i zawsze wybierał
najlepsze produkty.
Niebawem gospodarstwo przeobraziło się w karczmę i Hollenbeck dobudował
sklep i magazyn, by uzyskiwane towary sprzedawać wędrowcom. Kupcy
zaczęli kupować działki obok niego i otwierać własne sklepy, gospody i zajazdy. Powstała wioska, a następnie miasto, ale karawany wciąż
wybierały w pierwszej kolejności Hollenbecka. Według legendy powodem
tego była jego żona, która nie tylko odznaczała się niepospolitą urodą,
ale też potrafiła śpiewać i grać na mandolinie. Powiadano, że wypiekała
najsmaczniejsze cobblery z brzoskwiniami, borówkami i jabłkami. Kilka
stuleci później, kiedy już nikt nie znał dokładnego położenia
pierwotnego gospodarstwa Hollenbecka i niewielu pamiętało, że kiedyś żył
taki gospodarz, nadal pamiętano jego żonę -?Colnorę.
Z biegiem lat miasto się rozwijało, aż stało się największym ośrodkiem
miejskim w Avrynie. Kupujący mogli tam znaleźć najmodniejsze rzeczy,
najpiękniejszą biżuterię i najbogatszy asortyment egzotycznych przypraw
z setek sklepów i targowisk. Ponadto w Colnorze mieszkało kilku
najlepszych rzemieślników i miasto szczyciło się najwspanialszymi,
najpopularniejszymi karczmami i gospodami w kraju. Od dawna powiększało
się tam grono artystów scenicznych, którzy namówili Cosmosa DeLura,
najbogatszego mieszkańca miasta i mecenasa sztuki, do zbudowania Teatru
DeLura.
Po drodze Royce i Hadrian zatrzymali się nagle przed dużą, białą tablicą
z repertuarem teatru. Na tablicy namalowano sylwetki dwóch mężczyzn
wspinających się na zewnętrzną ścianę zamkowej wieży i umieszczono
napis:
Spisek przeciw Koronie.
Jak młody książę i dwóch złodziei uratowali królestwo.
Przedstawienia codziennie wieczorem.
Royce uniósł brew, natomiast Hadrian przesunął czubkiem języka po
przednich zębach. Spojrzeli na siebie, ale żaden się nie odezwał i ruszyli w dalszą drogę.
Po opuszczeniu dzielnicy wzgórz szli ulicą Mostową. Teren obniżał się w stronę rzeki. Mijali rzędy magazynów -?gigantycznych budynków
ozdobionych znakami spółek niczym królewskimi herbami. Niektóre spółki
były oznaczone zwyczajnie inicjałami -?dotyczyło to zwykle nowych
interesów o nieugruntowanej pozycji. Inne posiadały łatwo rozpoznawalne
znaki towarowe -?na przykład w przypadku spółki Bocant, potentata, który
zaczynał od handlu wieprzowiną, był to łeb dzika, a przedsiębiorstwa
DeLura symbolizował romb.
-?Zdajesz sobie sprawę, że nie zdoła nam nigdy zapłacić tych stu
tenentów? -?spytał Hadrian.
-?Po prostu nie chciałem, żeby myślał, że się wykręcił sianem.
-?Nie chciałeś, żeby pomyślał, że Royce Melborn zmiękł na widok łez
małej dziewczynki.
-?To nie była pierwsza lepsza dziewczyna, a poza tym uratował ją przed
Ambrose'em Moorem. Już samo to wystarczało, żeby darować mu życie.
-?Nie mogę się nadziwić, jakim cudem Ambrose wciąż żyje?
-?Chyba ktoś mnie namówił do zmiany planów -?odparł Royce swoim tonem
"nie mówmy o tym" i Hadrian przestał drążyć temat.
Z trzech głównych mostów miasta Langdon był najbardziej ozdobny.
Wykonano go z ciętego kamienia, po obu stronach ustawiono co kilka
metrów duże latarnie w kształcie łabędzi, które po zapaleniu nadawały
mostowi odświętny wygląd. Teraz jednak się nie paliły, a nawierzchnia z kamienia była wilgotna i wydawała się śliska i niebezpieczna.
-?Przynajmniej nie szukaliśmy DeWitta przez ostatni miesiąc na darmo -
powiedział sarkastycznie Hadrian, kiedy przechodzili przez most. -
Pomyślałbym...
Royce zatrzymał się i nagle uniósł rękę. Obaj rozejrzeli się, bez słowa
wyciągnęli broń i ustawili się plecami do siebie. Wydawało się, że
wszystko jest w porządku. Słychać było jedynie huk wzburzonej wody,
która pędziła i pieniła się pod nimi.
-?Imponujesz mi, Zmiatacz -?zwrócił się do Royce'a mężczyzna, wychodząc
zza latarni na moście. Skórę miał bladą, a ciało tak chude i kościste,
że dosłownie tonął w swoich luźnych bryczesach i koszuli. Wyglądał jak
zwłoki, które ktoś zapomniał pogrzebać.
Hadrian dostrzegł za nim jeszcze trzech mężczyzn, którzy wdrapywali się
na przęsło. Wszyscy wyglądali podobnie: byli chudzi, muskularni i ubrani
w ciemne rzeczy. Zataczali koło jak wilki.
-?Po czym się zorientowaliście, że tu jesteśmy? -?spytał chudzielec.
-?Chyba po twoim oddechu, ale właściwie nie można wykluczyć, że po
odorze ciała -?odpowiedział z szerokim uśmiechem Hadrian, oceniając ich
postawę, ruchy i kierunek, w którym patrzyli.
-?Nie pyskuj, kolego -?zagroził najwyższy z czwórki napastników.
-?Czemu zawdzięczamy tę wizytę, Koszt?
-?Zabawne, właśnie miałem cię zapytać o to samo -?odparł chudzielec. -?W końcu to nasze miasto, a nie twoje. Już nie.
-?Czarny Diament? -?spytał Hadrian.
Royce skinął głową.
-?A ty to pewnie Hadrian Blackwater -?domyślił się Koszt. -?Zawsze
myślałem, że jesteś większy.
-?A ja zawsze myślałem, że jest was więcej.
Koszt się uśmiechnął, patrząc wyzywająco na Hadriana, po czym skierował
uwagę z powrotem na Royce'a.
-?A więc co tu porabiasz, Zmiatacz?
-?Jestem przejazdem.
-?Poważnie? Nie masz nic do załatwienia?
-?Nic, co mogłoby cię interesować.
-?I tu się mylisz. -?Koszt odszedł od latarni i zaczął krążyć wolno
wokół nich. Wiatr targał jego luźną koszulą jak flagą na maszcie. -
Czarny Diament interesuje wszystko, co się dzieje w Colnorze, zwłaszcza
jeśli ma to związek z tobą, Zmiatacz.
Hadrian pochylił się i spytał:
-?Czemu mówi do ciebie "Zmiatacz"?
-?Taki miałem pseudonim w gildii -?odparł Royce.
-?On był Czarnym Diamentem? -?spytał napastnik, który wyglądał
najmłodziej. Miał zaokrąglone, pulchne policzki, zaczerwienione i pokryte krostami wąskie usta, rzadki wąsik i kozią bródkę.
-?No tak, Rytownik, nigdy nie słyszałeś o Zmiataczu, prawda? Rytownik to
nowicjusz, jest w naszej gildii dopiero pół roku. Zmiatacz był nie tylko
Czarnym Diamentem, ale też oficerem, sprzątaczem i jednym z najbardziej
osławionych członków w historii gildii.
-?Sprzątaczem? -?spytał Hadrian.
-?Zabójcą -?wyjaśnił Royce.
-?Jest już legendą -?ciągnął Koszt, chodząc po kamiennym moście i starannie omijając kałuże. -?Jako cudowne dziecko swojej epoki awansował
tak szybko, że ludzie poczuli się nieswojo.
-?Zabawne, ale pamiętam tylko jednego -?powiedział Royce.
-?Cóż, kiedy Pierwszy Oficer gildii jest podenerwowany, to wszyscy
pozostali też się denerwują. W tamtym czasie Klejnotem kierował człowiek
o nazwisku Hoyte. Większość z nas uważała go za osła. Dobry złodziej i zarządca, ale i tak osioł. Zmiatacz miał duże poparcie w niższych
szeregach i Hoyte się niepokoił, że może zająć jego miejsce. Zaczął
zlecać Zmiataczowi najniebezpieczniejsze zadania -?roboty, które
przebiegały podejrzanie źle. Mimo to Zmiatacz zawsze wychodził z nich
bez szwanku, co czyniło z niego jeszcze większego bohatera. Zaczęły
krążyć pogłoski, że w naszej gildii może być zdrajca. Hoyte wcale się
nie zmartwił. Dostrzegł w tym okazję.
Koszt-mówca przerwał swój spacer po moście i zatrzymał się przed
Royce'em.
-?W tamtym czasie było trzech sprzątaczy w gildii i wszyscy oni się
przyjaźnili. Nefryt, jedyna zabójczyni w gildii, była pięknością, która...
-?W czym rzecz, Koszt? -?warknął Royce.
-?Podaję Rytownikowi parę faktów z historii, Zmiatacz. Chyba mi nie
żałujesz okazji do podszkolenia moich chłopaków, co? -?Koszt uśmiechnął
się i znów zaczął się przechadzać, zatykając kciuki za pas luźnych
spodni. -?Na czym to ja skończyłem? Ach tak, Nefryt. To się stało w tamtym miejscu. -?Wskazał palcem ponad mostem. -?W tamtym pustym
magazynie z symbolem koniczyny na bocznej ścianie. To właśnie tam Hoyte
ich wystawił do pojedynku przeciwko sobie. Wtedy, tak jak i teraz,
sprzątacze nosili maski, żeby nie ujawniać swojej tożsamości. -?Koszt
przerwał i spojrzał na Royce'a z udawanym współczuciem. -?Nie miałeś
pojęcia, że to ona, dopóki nie było po wszystkim, prawda, Zmiatacz? A może wiedziałeś i mimo to ją zabiłeś?
Royce nie odpowiedział, ale wbił w Koszta groźne spojrzenie.
-?Ostatnim z trojga sprzątaczy był Przecinacz, którego przygnębiła
informacja, że Zmiatacz zamordował Nefryt. I nic dziwnego, bo Przecinacz
i Nefryt byli kochankami. W związku z tym, że za śmierć Nefryt
odpowiadał przyjaciel Przecinacza, sprawa zrobiła się osobista i Hoyte z radością pozwolił mu wyrównać rachunki. Ale Przecinacz nie chciał, żeby
Zmiatacz zginął, tylko żeby cierpiał. Dlatego upierał się przy bardziej
wyrafinowanej, bardziej bolesnej karze. Ten człowiek to genialny strateg
-?nasz mistrz w planowaniu akcji. Zaaranżował aresztowanie Zmiatacza
przez straż miasta. Sprzedał kilka przysług i za uzbierane pieniądze
kupił werdykt. Zmiatacz wylądował w więzieniu Manzant, z którego już się
nie wychodzi. Uważano, że nie można stamtąd uciec, tyle że Zmiataczowi
jakoś to się udało. Wciąż nie wiemy, jak się wydostałeś... -?Zawiesił
głos, dając Royce'owi szansę na odpowiedź.
Royce nadal milczał.
Koszt wzruszył ramionami.
-?Po ucieczce Zmiatacz wrócił do Colnory -?kontynuował. -?Najpierw
sędzia, który przewodniczył jego procesowi, został znaleziony martwy w łóżku. Potem zginęli fałszywi świadkowie -?wszyscy trzej tej samej nocy
-?a na koniec oskarżyciel. Wkrótce zaczęli znikać po kolei członkowie
Czarnego Diamentu. Znajdowano ich w najdziwniejszych miejscach: w rzece,
na miejskim placu, nawet w wieży kościoła. Po stracie kilkunastu
członków Klejnot zawarł układ. Gildia oddała Hoyte'a Zmiataczowi, który
go zmusił do publicznego przyznania się. Potem Zmiatacz zabił Hoyte'a i porzucił jego zwłoki w fontannie na Placu na Wzgórzu. To było czyste
mistrzostwo. Wojna się skończyła, ale przebaczenie nie wchodziło w rachubę, bo rany były zbyt głębokie. Zmiatacz wyjechał i dopiero po
latach znów się pojawił, robiąc wypady z terytorium gildii Czerwonej
Ręki na północy. Ale nie jesteś jej członkiem, prawda?
-?Gildie już mi nie są potrzebne -?odparł oziębłym tonem Royce.
-?A to kto? -?spytał Rytownik, wskazując Hadriana. -?Służący Zmiatacza?
Nosi tyle broni, że wystarczy dla nich obu.
Koszt uśmiechnął się do Rytownika.
-?To Hadrian Blackwater. I nie wyciągałbym ręki w jego kierunku, bo
możesz ją stracić.
Rytownik spojrzał z niedowierzaniem na Hadriana.
-?Co? To jakiś mistrz szermierki? O to chodzi?
Koszt zachichotał.
-?Umie się posługiwać mieczem, dzidą, łukiem, kamieniem, wszystkim, co
jest pod ręką. -?Zwrócił się do Hadriana. -?Diament nie wie o tobie zbyt
wiele, ale słyszeliśmy wiele pogłosek. Według jednej byłeś gladiatorem.
Według innej generałem w caliańskiej armii -?i odnosiłeś sukcesy, jeśli
te opowieści są wiarygodne. Krąży nawet plotka, że byłeś dworzaninem w niewoli u egzotycznej wschodniej królowej.
Niektórzy pozostali członkowie Diamentu, w tym Rytownik, zachichotali.
-?Choć ta podróż ścieżką wspomnień jest fascynująca, Koszt, powiedz, czy
zatrzymałeś nas z jakiegoś konkretnego powodu?
-?Oprócz frajdy? Oprócz nękania? Oprócz przypomnienia ci, że to miasto
jest kontrolowane przez Czarny Diament? Oprócz poinformowania cię, że
niezrzeszonym złodziejom, takim jak wy, nie wolno działać na tym
terenie, i że jesteś tutaj niemile widziany?
-?Tak, właśnie o to mi chodzi.
-?Właściwie jest jeszcze jedno. Szuka was jakaś dziewczyna.
Royce i Hadrian spojrzeli na siebie zaciekawieni.
-?Włóczy się po mieście i rozpytuje o dwóch złodziei: Hadriana i Royce'a. Choć zabawnie było usłyszeć reklamę publiczną waszych imion,
dla Czarnego Diamentu to krępujące, by w Colnorze ktoś szukał złodziei,
którzy nie należą do naszej gildii. Ludzie mogą mieć mylne wyobrażenie
co do tego miasta.
-?Co to za jedna? -?spytał Royce.
-?Nie mam pojęcia.
-?Gdzie jest?
-?Śpi pod Łukiem Sklepikarzy na Bulwarze Stołecznym, więc raczej nie
jest szlachcianką debiutującą w towarzystwie ani córką bogatego kupca.
Podróżuje sama, więc pewnie nie przyjechała tu po to, żeby was zabić
albo doprowadzić do waszego aresztowania. Gdybym miał zgadywać,
powiedziałbym, że chce was wynająć. Jeżeli należy do typowych
zleceniodawców, którzy się do was zwracają, na waszym miejscu
zastanowiłbym się nad wyborem bardziej tradycyjnego zawodu. Może
dostalibyście pracę w gospodarstwie z trzodą chlewną -?przynajmniej
obracalibyście się w towarzystwie na swoim poziomie.
Wyraz twarzy i ton głosu Koszta zrobiły się poważne.
-?Znajdźcie ją i zabierajcie się wszyscy razem z naszego miasta, żeby
jutro wieczorem już was tu nie było. Może nie będziecie chcieli zwlekać.
Po doprowadzeniu jej do porządku może ładnie wyglądać i dostaniecie za
nią przyzwoitą cenę lub przynajmniej da komuś kilka minut przyjemności.
Przypuszczam, że nikt się do niej jeszcze nie dobrał tylko dlatego, że
wszędzie wymienia wasze nazwiska. Tutaj Royce Melborn to wciąż to samo
co straszydło.
Koszt odwrócił się, żeby odejść, i znów przybrał drwiący ton.
-?Szkoda, że nie możecie zostać. W teatrze grają sztukę o dwóch
złodziejach, których wrobiono w morderstwo króla Medfordu. Inspiracją do
niej było prawdziwe zabójstwo Amratha przed kilkoma laty. -?Koszt
pokręcił głową. -?Zupełnie nierealne. Wyobrażasz sobie, żeby wytrawny
złodziej dał się zwabić do zamku, by ukraść miecz w celu uratowania
człowieka przed pojedynkiem? Autorzy!
Koszt nadal kręcił głową, kiedy wraz z pozostałymi złodziejami zostawił
Hadriana i Royce'a na moście i oddalił się ulicą na brzegu po drugiej
stronie.
-?Przyjemnie było, nie uważasz? -?powiedział Hadrian, kiedy zawrócili i zaczęli wchodzić na wzgórze, kierując się na Bulwar Stołeczny. -?Mili
ludzie. Jestem zawiedziony, że przyszło tylko czterech.
-?Wierz mi, byli bardzo niebezpieczni. Koszt to Pierwszy Oficer
Diamentu, a dwaj, którzy się nie odzywali, to sprzątacze. Było jeszcze
sześciu na wszelki wypadek, po trzech z każdej strony mostu, którzy
ukrywali się w pobliżu. Nie ryzykowali z nami. Już ci lepiej?
-?Znacznie, dzięki. -?Hadrian przewrócił oczami. -?Zmiatacz, tak?
-?Nie nazywaj mnie tak -?powiedział poważnym tonem Royce. -?Nigdy.
-?To znaczy jak? -?spytał niewinnie Hadrian.
Royce westchnął, a potem uśmiechnął się do niego.
-?Nie guzdraj się. Klientka czeka.
* * *
Obudziła się, czując dotyk szorstkiej ręki na udzie.
-?Co masz w sakiewce, kochanie?
Dziewczyna przetarła oczy, zdezorientowana i zaskoczona. Leżała w rynsztoku pod Łukiem Sklepikarzy. Miała brudne włosy, w które zaplątały
się liście i gałązki, a jej suknia wyglądała jak postrzępiony łach.
Przyciskała do piersi maleńką sakiewkę na sznurku, którą zawiesiła na
szyi. Większości przechodniów mogła się wydawać tobołkiem śmieci
wyrzuconym na poboczu drogi lub stosem szmat i gałązek, który przeoczyli
zamiatacze ulic. Mimo to niektórzy interesowali się nawet stertami
śmieci.
Pierwsze, co zobaczyła, kiedy wyostrzył jej się wzrok, to ciemna,
wymizerowana twarz i szeroko otwarte usta mężczyzny, który nad nią
klęczał. Pisnęła i próbowała się odczołgać. Mężczyzna chwycił ją za
włosy. Silne ręce przygwoździły ją do ziemi i przycisnęły jej nadgarstki
do boków.
Poczuła na twarzy jego gorący oddech, który cuchnął alkoholem i tytoniem. Wyrwał sakiewkę z jej ręki i zdjął ją z jej szyi.
-?Nie! -?Wyswobodziła rękę i sięgnęła po woreczek. -?Jest mi potrzebny!
-?Mi też.
Mężczyzna zarechotał, odtrącając jej rękę na bok. Zważywszy w ręce
ciężar monet w sakiewce, uśmiechnął się i włożył woreczek do kieszeni na
piersi.
-?Nie! -?zaprotestowała.
Usiadł na niej, przyszpilając ją do ziemi, i przesunął palce po jej
twarzy z góry na dół, następnie wzdłuż ust, aż w końcu zatrzymał się
przy szyi. Powoli chwycił ją za gardło i lekko zacisnął palce. Sapnęła,
usiłując złapać oddech. Przycisnął swoje usta do jej tak mocno, że
wyczuła, iż jest szczerbaty. Drapał ją szorstkimi bokobrodami po brodzie
i policzkach.
-?Cicho -?szepnął. -?Dopiero zaczynamy. Musisz oszczędzać siły.
Podniósł się na kolana i sięgnął ręką do guzików bryczesów.
Dziewczyna się broniła, szarpiąc go i wierzgając, ale przygniótł jej
ręce kolanami i kopała tylko powietrze. Krzyknęła. W odpowiedzi
mężczyzna mocno ją spoliczkował. Szok wywołany uderzeniem wprawił ją w osłupienie i patrzyła niewidzącym wzrokiem, podczas gdy napastnik dalej
rozpinał guziki. Nie czuła jeszcze w pełni bólu. Policzek dopiero
zaczynał ją piec. Załzawionymi oczami patrzyła na siedzącego na niej
agresora, jakby oglądała tę scenę z oddali. Pojedyncze dźwięki zastąpił
przytłumiony szum. Widziała, jak spierzchnięte usta i długie, cienkie
mięśnie gardła mężczyzny się poruszają, ale nie słyszała słów. Uwolniła
jedną rękę, ale napastnik od razu ją złapał i przycisnął do ziemi.
Za plecami mężczyzny zobaczyła dwie zbliżające się sylwetki. W jej sercu
zatliła się iskierka nadziei i dziewczyna zdołała wyszeptać słabo:
-?Pomocy.
Mężczyzna na przedzie wyjął masywny miecz, chwycił go za klingę i się
zamachnął. Napastnik upadł jak długi w poprzek rynsztoka.
Mężczyzna z mieczem uklęknął przy niej. Był tylko konturem na tle
czarnego jak węgiel nieba, duchem w mroku.
-?Czy mogę w czymś pomóc, milady? -?usłyszała jego głos. Miły głos.
Chwycił ją za rękę i pomógł jej wstać.
-?Kim jesteś?
-?Nazywam się Hadrian Blackwater.
Utkwiła w nim wzrok.
-?Naprawdę? -?zdołała powiedzieć, nie puszczając jego ręki. Zanim się
zorientowała, zaczęła płakać.
-?Co jej zrobiłeś? -?spytał drugi mężczyzna, podchodząc do nich.
-?Ja... nie wiem.
-?Za mocno ściskasz jej rękę? Puść ją.
-?To ona mnie trzyma.
-?Przepraszam, przepraszam -?powiedziała drżącym głosem. -?Po prostu nie
myślałam, że zdołam was znaleźć.
-?W porządku. Udało ci się. -?Uśmiechnął się do niej. -?A to jest Royce
Melborn.
Głośno westchnęła i zarzuciła ręce na szyję mniejszego mężczyzny,
obejmując go mocno i płacząc jeszcze rzewniej. Royce stał sztywny i skrępowany, podczas gdy Hadrian odsunął dziewczynę.
-?Odnoszę wrażenie, że nasz widok cię cieszy. To dobrze -?powiedział do
niej Hadrian. -?A teraz powiedz, kim jesteś.
-?Thrace Wood z wioski Dahlgren. -?Nie mogła powstrzymać się od
uśmiechu. -?Szukam was od bardzo dawna.
Zachwiała się.
-?Dobrze się czujesz?
-?Trochę kręci mi się w głowie.
-?Kiedy ostatnio jadłaś?
Oczy jej się rozbiegły, kiedy próbowała sobie przypomnieć.
-?Nieważne. -?Hadrian zwrócił się do Royce'a. -?To było kiedyś twoje
miasto. Masz jakiś pomysł, gdzie moglibyśmy znaleźć pomoc dla młodej
kobiety w środku nocy?
-?Szkoda, że nie jesteśmy w Medfordzie. Gwen byłaby nieoceniona w tej
sytuacji.
-?A tu nie ma burdelu? Jesteśmy przecież w handlowej stolicy świata. Nie
mów mi, że tego nie sprzedają.
-?Jest taki jeden miły na ulicy Południowej.
-?W porządku, Thrace. Chodź z nami, zobaczymy, czy uda nam się
doprowadzić cię do porządku i nakarmić.
-?Chwileczkę.
Uklękła przy nieprzytomnym mężczyźnie i wyjęła swoją sakiewkę z jego
kieszeni.
-?Nie żyje? -?spytała.
-?Wątpię. Aż tak mocno go nie uderzyłem.
Przy wstawaniu poczuła zawroty głowy i zaczęło jej się robić ciemno
przed oczami. Przez chwilę chwiała się jak pijana, zatoczyła się i upadła. Odzyskała na chwilę przytomność i poczuła, jak czyjeś ręce
delikatnie ją podnoszą. Choć w głowie jej szumiało, usłyszała chichot.
-?Co cię tak bawi? -?usłyszała.
-?Podejrzewam, że to pierwszy raz, kiedy ktoś przyjdzie do domu
publicznego z własną kobietą.
Rozdział 2. Thrace
Rozdział 2
Thrace
-?Pięknie lśni, jak nowy miedziak -?zauważyła Clarisse, kiedy we troje
patrzyli przez drzwi na Thrace, która czekała w salonie.
Clarisse była dużą, zaokrągloną kobietą o różowych policzkach i krótkich, grubych palcach, którymi nieustannie poprawiała plisy
spódnicy. Ona i pozostałe kobiety w lupanarze Frywolne Tyłeczki dokonały
cudów z dziewczyną. Thrace miała nową suknię z brązowego płótna z wykrochmalonym, brązowym kaftanikiem, a pod nią białą koszulę. Strój był
tani i prosty, ale zdecydowanie ładniejszy od łacha, który wcześniej
nosiła. Już nie przypominała obdartusa, którego spotkali poprzedniego
wieczoru. Oprócz użyczenia dziewczynie łóżka do spania kobiety ją umyły,
uczesały i nakarmiły. Nawet pomalowały jej usta i oczy, i efekt był
oszałamiający. Thrace była młodą pięknością o niesamowitych błękitnych
oczach i złotych włosach.
-?Biedna dziewczyna była w strasznym stanie, kiedy ją
przyprowadziliście. Gdzie ją znaleźliście? -?spytała Clarisse.
-?Pod Łukiem Sklepikarzy -?odparł Hadrian.
-?Biedactwo. -?Duża kobieta pokręciła ze smutkiem głową. -?Jeśli nie ma
gdzie się podziać, na pewno mogłybyśmy ją przyjąć. Dostałaby łóżko do
spania i trzy posiłki dziennie, a z taką urodą mogłaby sporo zarobić.
-?Coś mi się zdaje, że nie jest prostytutką -?powiedział Hadrian.
-?Żadna z nas nie jest, skarbie. Dopóki nie wyląduje pod mostem. Szkoda,
że jej nie widziałeś przy śniadaniu. Wcinała jak wygłodzony psiak.
Oczywiście niczego nie tknęła, dopóki jej nie przekonałyśmy, że jedzenie
jest za darmo, w ramach powitalnego prezentu Izby Handlowej dla gości
odwiedzających miasto. Maggie to wymyśliła, dowcipna dziewczyna. A
propos, rachunek za pokój, suknię, jedzenie i ogólne doprowadzenie do
czystości wynosi sześćdziesiąt pięć srebrnych. Dorzuciłyśmy za darmo
makijaż, bo Delia chciała zobaczyć, jak dziewczyna będzie wyglądać
umalowana, bo powiedziała, że nigdy wcześniej się nie malowała.
Royce podał jej złotego tenenta.
-?Musicie częściej wpadać, i następnym razem bez dziewczyny, co? -
Mrugnęła do nich. -?A tak poważnie, to o co z nią chodzi?
-?Sami nie wiemy -?odparł Hadrian.
-?Myślę, że pora się dowiedzieć -?dodał Royce.
Lupanar Frywolne Tyłeczki nie był tak gustownie urządzony jak Dom
Medford. Na jego wystrój składały się krzykliwe czerwone zasłony,
chybotliwe meble, różowe abażury i dziesiątki poduszek. Wszystko,
począwszy od wytartych dywanów po bordery z tkaniny pod sufitami,
ozdobiono chwostami i frędzlami. Sprzęty i dekoracje wyglądały na stare,
wyszarzałe i podniszczone, ale przynajmniej było tam czysto.
Salon był małym owalnym pokojem sąsiadującym z głównym holem, z dwoma
oknami wykuszowymi wychodzącymi na ulicę. Stały tam dwie kozetki, kilka
stolików zastawionych figurkami ceramicznymi i niewielki kominek. Thrace
siedziała na kozetce i czekała, a jej wzrok biegał w różne strony jak
zając w szczerym polu. Kiedy weszli, zerwała się na nogi, uklękła i skłoniła głowę.
-?Hej, uważaj, to nowa sukienka! -?powiedział z uśmiechem Hadrian.
-?Och! -?Wstała z rumieńcem na policzkach, po czym dygnęła i znów
skłoniła głowę.
-?Co ona robi? -?szepnął Royce do wspólnika.
-?Nie wiem -?odparł szeptem Hadrian.
-?Próbuję okazać należny szacunek Waszym Lordowskim Mościom -?szepnęła,
nie unosząc głowy. -?Przepraszam, jeśli mi to nie wychodzi.
Royce przewrócił oczami, a Hadrian wybuchnął śmiechem.
-?Dlaczego szepczesz? -?spytał ją Hadrian.
-?Bo wy tak robicie.
Hadrian znów zachichotał.
-?Przepraszam, Thrace... Tak masz na imię, prawda?
-?Tak, milordzie, Thrace Annabell Wood z wioski Dahlgren. -?Znów
niezgrabnie dygnęła.
-?W porządku, Thrace. -?Hadrian usiłował zachować powagę. -?Royce i ja
nie jesteśmy lordami, więc nie musisz się kłaniać ani dygać.
Dziewczyna uniosła głowę.
-?Uratowaliście mi życie -?powiedziała tak poważnym tonem, że Hadrian
przestał się śmiać. -?Niewiele pamiętam z ostatniej nocy, ale to tak.
Dlatego zasługujecie na moją wdzięczność.
-?Mnie by wystarczyło wyjaśnienie -?powiedział Royce, podchodząc do
okien i zaciągając zasłony. -?Wyprostuj się, na litość Maribora, nim
zamiatacz cię zobaczy, bo pomyśli, że jesteśmy szlachcicami, i nas
napiętnuje. Już i tak stąpamy po cienkim lodzie. Nie pogarszajmy
sytuacji.
Thrace stanęła prosto i Hadrian nie mógł oderwać od niej oczu. Długie,
złote włosy spływały jej falami na ramiona i połyskiwały. Była
uosobieniem młodzieńczej piękności i Hadrian się domyślił, że dziewczyna
nie może mieć więcej niż siedemnaście lat.
-?Po co nas szukałaś? -?spytał Royce, zaciągając ostatnią zasłonę.
-?Chciałam was wynająć, żebyście uratowali mojego ojca -?odparła,
zdejmując sakiewkę z szyi i podając ją z uśmiechem. -?Proszę, mam
dwadzieścia pięć srebrnych tenentów. Lite srebro z nabitą koroną
Dunmore'u.
Royce i Hadrian wymienili spojrzenia.
-?Za mało? -?spytała, a jej usta zaczęły drżeć.
-?Jak długo zbierałaś te pieniądze? -?zapytał Hadrian.
-?Całe życie. Odkładałam każdego miedziaka, którego dostałam albo
zarobiłam. To było moje wiano.
-?Wiano?
Opuściła głowę, spoglądając na swoje stopy.
-?Mój ojciec jest biednym gospodarzem. On by nigdy... Postanowiłam sama na
siebie uzbierać. Za mało, prawda? Nie wiedziałam. Jestem z małej wioski.
Myślałam, że to dużo pieniędzy, wszyscy tak mówili, ale... -?Spojrzała na
sfatygowaną kozetkę i wypłowiałe zasłony. -?Nie mamy takich pałaców.
-?Cóż, my naprawdę nie... -?zaczął Royce swoim nieczułym tonem.
-?Royce chce powiedzieć, że jeszcze nie wiemy -?wtrącił Hadrian. -?To
zależy, czego od nas oczekujesz.
Thrace podniosła głowę z nadzieją w oczach.
Royce spiorunował wspólnika wzrokiem.
-?Przecież tak jest. -?Hadrian wzruszył ramionami. -?Thrace, chcesz,
żebyśmy uratowali twojego ojca. Został uprowadzony?
-?O nie, nic z tych rzeczy. O ile wiem, to nic mu nie jest. Choć nie
jestem pewna, bo długo was szukałam i już dawno nie byłam w domu.
-?Nie rozumiem. Do czego jesteśmy ci potrzebni?
-?Musicie otworzyć dla mnie zamek.
-?Zamek? Do czego?
-?Do wieży.
-?Mamy się włamać do wieży?
-?Nie. To znaczy tak, ale to nie jest niezgodne z prawem. W wieży nikt
nie mieszka. Od lat stoi opuszczona. Przynajmniej tak mi się wydaje.
-?Zatem chcesz, żebyśmy otworzyli drzwi do pustej wieży?
-?Tak! -?Skinęła głową tak energicznie, że włosy jej zafalowały.
-?Wygląda to na łatwiznę. -?Hadrian spojrzał na Royce'a.
-?Gdzie jest ta wieża? -?spytał Royce.
-?Niedaleko mojej wioski na zachodnim brzegu rzeki Nidwalden. Dahlgren
to malutka wioska, która powstała tam niedawno. Znajduje się w nowej
prowincji Zachodniobrzeże w Dunmorze.
-?Słyszałem o tym miejscu. Rzekomo napadają na nie elfy.
-?Nie chodzi o elfy. One nie sprawiały nam nigdy żadnych kłopotów.
-?Wiedziałem -?powiedział Royce pod nosem.
-?Przynajmniej tak mi się wydaje -?ciągnęła Thrace. -?Sądzimy, że to
jakaś bestia. Nikt jej nigdy nie widział. Diakon Tomas twierdzi, że to
demon, sługus Uberlina.
-?A twój ojciec? -?spytał Hadrian. -?Jaką on w tym odgrywa rolę?
-?Zamierza zabić bestię, tylko że... -?Zawahała się i znów spojrzała na
swoje stopy.
-?Myślisz, że sam zginie?
-?Bestia zabiła już piętnastu ludzi i ponad osiemdziesiąt sztuk bydła.
Do salonu weszła piegowata kobieta z rozwichrzonymi rudymi włosami, a za
nią niski brzuchacz, który wyglądał, jakby się ogolił specjalnie na tę
okazję, ponieważ miał świeże zacięcia na twarzy. Kobieta się śmiała i szła tyłem, ciągnąc go za obie ręce. Dostrzegłszy ich, mężczyzna
gwałtownie się zatrzymał. Cofnął ręce i kobieta upadła z głuchym
odgłosem na drewnianą podłogę. Brzuchacz stał jak wryty i przeniósł
wzrok z kobiety na nich, a potem z powrotem na nią. Ona z kolei
spojrzała przez ramię i się roześmiała.
-?Ups! Nie wiedziałam, że salon jest zajęty. Podaj mi rękę, Rubis.
Mężczyzna pomógł jej wstać. Obrzuciła Thrace długim, taksującym
spojrzeniem, po czym mrugnęła do nich.
-?Dobrze nam idzie, co? -?powiedziała.
-?To była Maggie -?wyjaśniła Thrace po tym, jak kobieta wyprowadziła
mężczyznę.
Hadrian podszedł do kanapy i zaprosił Thrace gestem. Dziewczyna usiadła
ostrożnie, uważając, by nie dotknąć wyprostowanymi plecami oparcia
kanapy, i starannie wygładziła spódnicę.
Royce wciąż stał.
-?Czy Zachodniobrzeże ma lorda? Czemu on nic w tej sprawie nie robi?
-?Mieliśmy zacnego margrabiego -?powiedziała. -?Był odważny i miał
trzech rycerzy.
-?Był?
-?Pewnego wieczoru pojechał z rycerzami walczyć z bestią. Później
znaleziono jedynie kawałki zbroi.
-?Czemu się stamtąd nie wyprowadzicie? -?spytał Royce.
Thrace opuściła głowę i przygarbiła ramiona.
-?Dwie noce przed moim wyjazdem bestia zabiła całą moją rodzinę, z wyjątkiem mnie i mojego ojca. Nie było nas w domu. Ojciec pracował do
późna na polu, a ja poszłam go szukać. Przez przypadek zostawiłam
otwarte drzwi. Światło przyciąga bestię. Przyszła do naszego domu.
Zabiła mojego brata Thada, jego żonę i ich syna. Thad był radością życia
mojego ojca -?ciągnęła. -?Przeprowadziliśmy się do Dahlgrenu przede
wszystkim dlatego, żeby mógł zostać pierwszym bednarzem wioski. -?Do
oczu napłynęły jej łzy. -?Teraz nie żyją, a mojemu ojcu pozostały tylko
smutek i jego bezpośrednia przyczyna -?bestia. Albo zobaczy ją martwą,
albo zginie przed upływem miesiąca. Gdybym tylko zamknęła wtedy drzwi.
Gdybym tylko sprawdziła zasuwę...
Zakryła twarz rękami, a jej szczupłe ciało zaczęło drżeć. Royce spojrzał
surowo na Hadriana, kręcąc nieznacznie głową i wymawiając bezgłośnie
słowo "Nie".
Hadrian się nachmurzył, położył rękę na jej ramieniu i odgarnął włosy z jej oczu.
-?Rozmażesz sobie swój ładny makijaż -?powiedział.
-?Przepraszam, naprawdę nie chcę sprawiać kłopotu. To nie są wasze
problemy. Po prostu pozostał mi tylko ojciec i nie mogę znieść myśli, że
jego też stracę. Nie mogę mu przemówić do rozumu. Prosiłam, żeby stamtąd
odszedł, ale nie chce słuchać.
-?Rozumiem twój problem, ale dlaczego my? -?spytał oziębłym tonem Royce.
-?I skąd córka gospodarza z pogranicza zna nasze nazwiska i wie, jak nas
znaleźć w Colnorze?
-?Powiedział mi kaleka. Przysłał mnie tu. Powiedział, że potraficie
otworzyć wieżę.
-?Kaleka?
-?Tak, pan Haddon powiedział mi, że bestia nie może...
-?Pan Haddon? -?przerwał Royce.
-?Tak.
-?Ten pan Haddon... nie jest przypadkiem bez rąk?
-?To on.
Royce i Hadrian wymienili spojrzenia.
-?Co dokładnie powiedział?
-?Bestii nie można zranić bronią wytworzoną przez człowieka, ale w wieży
Avempartha jest miecz, którym można ją zabić.
-?A więc człowiek bez rąk kazał ci znaleźć nas w Colnorze i wynająć,
abyśmy wydostali z wieży o nazwie Avempartha miecz dla twojego ojca? -
spytał Royce.
Dziewczyna przytaknęła.
Hadrian spojrzał na wspólnika.
-?Tylko nie mów, że... to wieża krasnoludów.
-?Nie -?odparł Royce. -?Elfów.
Odwrócił się zamyślony.
Hadrian skierował uwagę z powrotem na Thrace. Czuł się okropnie. Nie
dość, że jej wioska była bardzo daleko, to jeszcze mieli do czynienia z wieżą elfów. Nawet gdyby im zaoferowała sto złotych tenentów, nie
zdołałby przekonać Royce'a do przyjęcia zlecenia. Dziewczyna była bardzo
zdesperowana, bardzo potrzebowała pomocy. Gdy pomyślał o swoich
następnych słowach, poczuł ucisk w dołku.
-?Cóż... -?zaczął niechętnie. -?Nidwalden jest w odległości kilku dni
drogi w trudnym terenie. Potrzebowalibyśmy zapasów na sześć, siedem dni.
To dwa tygodnie, licząc podróż w obie strony. Potrzebowalibyśmy paszy i zboża dla koni. Trzeba by jeszcze doliczyć pobyt w wieży. W tym czasie
moglibyśmy wykonywać inne zlecenia, a więc to dla nas strata pieniędzy.
Poza tym zadanie jest niebezpieczne. Każde ryzyko podwyższa naszą cenę,
a masowego mordercę pod postacią ducha-demona-bestii, której nie można
zranić zwykłą bronią, trzeba zaliczyć do kategorii ryzyka.
Hadrian spojrzał jej w oczy i pokręcił głową.
-?Ciężko mi to powiedzieć i bardzo mi przykro, ale nie możemy przyjąć...
-?Twoich pieniędzy -?wtrącił Royce, odwracając się na pięcie. -
Dwadzieścia pięć srebrnych za to zlecenie to za dużo. Dziesięć wydaje
się aż nadto.
Hadrian uniósł brew i utkwił wzrok we wspólniku, ale nic nie powiedział.
-?Po dziesięć dla każdego? -?spytała.
-?Aaa... Nie -?odparł Hadrian, nie spuszczając wzroku z Royce'a. -?W sumie. Zgadza się? Po pięć dla każdego?
Royce wzruszył ramionami.
-?Skoro to ja będę otwierał zamek, uważam, że powinienem dostać sześć,
ale możemy to załatwić między sobą. To nie jej zmartwienie.
-?Serio? -?spytała Thrace. Wyglądała, jakby miała zaraz oszaleć ze
szczęścia.
-?Pewnie -?potwierdził Royce. -?W końcu... nie jesteśmy złodziejami.
* * *
-?Może zechcesz mi wyjaśnić, dlaczego bierzemy to zlecenie? -?spytał
Hadrian, osłaniając ręką oczy, kiedy wyszli na dwór.
Niebo było idealnie błękitne, a poranne słońce już wysuszało kałuże
pozostałe po zeszłej nocy. Ludzie wokół nich śpieszyli na targ. Wozy z wiosennymi warzywami i przykrytymi plandeką beczkami stały uwięzione za
trzema furami obładowanymi sianem. Z tłumu przed nimi wynurzył się gruby
mężczyzna, który pod każdą pachą ściskał mocno kurczaka trzepoczącego
skrzydłami. Omijał kałuże i wozy, mamrocząc "przepraszam", kiedy
przeciskał się obok ludzi.
-?Płaci nam dziesięć srebrnych za robotę, na którą już wydaliśmy złotego
tenenta -?ciągnął Hadrian, obchodząc człowieka z kurczakami. -?A będzie
nas kosztować jeszcze kilka.
-?Nie robimy tego dla pieniędzy -?poinformował go Royce, przeciskając
się przez tłum.
-?To oczywiste, ale dlaczego to robimy? Pewnie, dziewczyna jest śliczna
jak obrazek i tak dalej, ale jeżeli nie planujesz jej sprzedać, to nie
kapuję, gdzie tu korzyść.
Royce spojrzał przez ramię i uśmiechnął się złośliwie.
-?Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby ją sprzedawać. To by pokryło
wiele kosztów.
-?Zapomnij, że o tym wspomniałem. Po prostu powiedz, dlaczego to robimy.
Royce wyprowadził ich z tłumu w kierunku sklepu z bibelotami Ognotona, w którego witrynie wystawiono nargile, porcelanowe figurki zwierząt i szkatułki z mosiężnymi zasuwkami. Skręcili za róg w wąski zaułek
wybrukowany cegłami między sklepem Ognotona a sklepem z cukierkami, w którym rozdawano za darmo próbki landrynek.
-?Tylko mi nie mów, że się nie zastanawiałeś, co porabia Esrahaddon -
szepnął Royce. -?Czarnoksiężnik był uwięziony przez dziewięćset lat, a potem zniknął w dniu, w którym go uwolniliśmy, i do dzisiaj słowa o nim
nie usłyszeliśmy. Kościół musi o tym wiedzieć, a jednak imperialiści nie
rozesłali grup poszukiwawczych ani nie rozwiesili ogłoszeń. Skoro na
wolności znalazł się najniebezpieczniejszy żyjący człowiek, to
oczekiwałbym trochę bardziej zdecydowanych działań. Po dwóch latach
zjawia się w malutkiej wiosce i zaprasza nas z wizytą. Na dodatek na
miejsce spotkania wybiera pogranicze z elfami i wieżę Avempartha. Nie
chcesz się dowiedzieć, czego chce?
-?Co to za Avempartha?
-?Wiem tylko, że jest stara. Naprawdę stara. To jakaś pradawna elficka
cytadela. Co skłania też do pytania: nie chciałbyś zajrzeć do środka?
Jeżeli Esrahaddon uważa, że warto ją otworzyć, to zgaduję, że ma rację.
-?Czyli idziemy po pradawny skarb elfów?
-?Nie mam pojęcia, ale jestem pewny, że jest tam coś cennego.
Potrzebujemy jednak zapasów i musimy opuścić miasto, zanim Koszt spuści
ogary ze smyczy.
-?O ile obiecasz, że nie sprzedasz dziewczyny.
-?Dobrze. O ile będzie grzeczna.
* * *
Hadrian poczuł, jak Thrace znów się opiera o jego plecy. Tym razem
oglądała piętrowy dom wiejski wykonany z kamienia i ozdobiony stiukiem,
z dachem z żółtej strzechy i kominem z pomarańczowej gliny. Wokół domu
biegł wysoki do pasa murek zarośnięty bzem i bluszczem.
-?Przepiękny -?szepnęła.
Było wczesne popołudnie i znajdowali się zaledwie kilka kilometrów od
Colnory, zmierzając na wschód drogą do Alburnu. Wiejski trakt wił się
między licznymi wioseczkami rozlokowanymi w rejonie wzgórz wokół miasta.
Były to przysiółki, na których biedni rolnicy uprawiali swoje pola
graniczące z letnimi dworkami próżnujących bogaczy, udających przez trzy
miesiące w roku wiejskich dziedziców.
Royce jechał obok Hadriana i Thrace lub wyjeżdżał kłusem do przodu,
jeżeli droga robiła się za wąska. Pomimo przyjemnej pogody miał nałożony
kaptur. Thrace jechała z Hadrianem na gniadej klaczy. Siedziała za nim
bokiem w siodle, a nogi podskakiwały jej w rytm kroków konia.
-?Tu jest inny świat -?stwierdziła. -?Właściwie raj. Każdy jest zamożny.
Każdy jest królem.
-?W Colnorze jest w porządku, ale nie aż tak bajecznie.
-?To skąd te wszystkie wspaniałe domy? Koła wozów konnych mają metalowe
obręcze. Na straganach z warzywami jest pełno cebuli i zielonego
groszku. W Dahlgrenie mamy zwykłe ścieżki, które po deszczu przemieniają
się w bagno, za to tutaj macie bardzo szerokie drogi, i to nawet z nazwami na słupkach. Niedawno minęliśmy gospodarza, który pracował w rękawiczkach. W Dahlgrenie nawet kościelny diakon nie ma rękawiczek, a gdyby je miał, na pewno by w nich nie pracował. Jesteście wszyscy bardzo
bogaci.
-?Niektórzy.
-?Na przykład wy.
Hadrian wybuchnął śmiechem.
-?Ale macie ładne rzeczy i piękne konie.
-?Właściwie to kiepski z niej koń.
-?W Dahlgrenie nikt nie ma konia oprócz lorda i jego rycerzy, a wasze są
takie ładne. Podobają mi się zwłaszcza jej oczy -?ma takie długie rzęsy.
Jak jej na imię?
-?Nazwałem ją Millie, po dawnej znajomej, która tak samo nigdy mnie nie
słuchała.
-?Millie to ładne imię. Podoba mi się. A koń Royce'a?
Hadrian zmarszczył czoło i spojrzał na wspólnika.
-?Nie wiem. Royce, dałeś jej jakieś imię?
-?Po co?
Hadrian spojrzał na Thrace, która miała przerażoną minę.
-?A może... -?Zaczęła się przesuwać i wiercić, lustrując pobocze drogi. -
Lilia albo Stokrotka? Zaraz, nie, może Chryzantema.
-?Chryzantema? -?powtórzył Hadrian. Choć byłoby zabawnie, gdyby Royce
jeździł na Chryzantemie czy choćby Lilii lub Stokrotce, musiał
stwierdzić, że nazwy kwiatów nie pasują do niskiej, brudnej siwki
Royce'a. -?A może Maluszka albo Sadza?
-?Nie! -?złajała go Thrace. -?Biedne zwierzę czułoby się okropnie.
Hadrian zachichotał. Royce ignorował rozmowę. Mlasnął językiem, spiął
konia i pokłusował naprzód, żeby zrobić miejsce dla nadjeżdżającego z naprzeciwka wozu, ale nawet gdy droga była już wolna, pozostał z przodu.
-?A może Dama? -?spytała Thrace.
-?Trochę zbyt wyniosłe, nie uważasz? To nie paradny koń chodzący na
zadnich nogach.
-?No to poczuje się lepiej. Niech nabierze pewności siebie.
Dojeżdżali do strumienia, którego gładkie granitowe brzegi zwieńczone
były wiciokrzewami i malinowymi krzakami błyszczącymi wiosenną zielenią.
Na skraju strumienia stał młyn zbożowy, którego wielkie koło skrzypiało
i ociekało wodą. W zewnętrznej ścianie, pod spadzistym, drewnianym
dachem były dwa kwadratowe okienka, które z daleka przypominały ciemne
oczy. Młyn oddzielał od drogi niski murek, na którym leżał biało-szary
kot. Zwierzę leniwie otworzyło zielone oczy i mrugnęło do nich. Gdy
podjechali do młyna, kot zdecydował, że są za blisko, i zeskoczył z murku, przebiegając przez drogę i wskakując w gąszcz.
Koń Royce'a stanął dęba i zarżał, przedeptując zadnimi nogami na ziemi.
Mężczyzna zaklął i ściągnął wodze, kiedy koń zaczął się cofać. Zmusił
zwierzę do opuszczenia łba i odwrócenia się w drugą stronę.
-?To niedorzeczne! -?skarżył się Royce po opanowaniu konia. -?Półtonowe
zwierzę boi się panicznie trzykilowego kota. Przecież to koń, a nie
mysz.
-?Myszka! Doskonałe imię! -?wykrzyknęła Thrace, co spowodowało, że
Millie stuliła uszy.
-?Podoba mi się -?zgodził się Hadrian.
-?Wielkie nieba -?wymamrotał Royce i pokręcił głową, po czym znów
pokłusował do przodu.
Gdy jechali dalej na wschód, posiadłości wiejskie ustąpiły miejsca
gospodarstwom, zamiast krzewów różanych pojawiły się żywopłoty, a ogrodzenia zostały zastąpione przez zwykłe linie drzew. Mimo to Thrace
wciąż wskazywała osobliwości, na przykład nieprawdopodobnie luksusowe
kryte mosty i bogato zdobione karety, które wciąż od czasu do czasu
przejeżdżały z łoskotem.
Droga biegła pod górę i niebawem stracili cień, wyjeżdżając na ogromne,
leżące odłogiem pola nawłoci, mlecza i dzikiego salifanu. W upale nie
odstępowały ich muchy i słyszeli dzwonienie cykad. Thrace w końcu
umilkła i oparła głowę o plecy Hadriana, który się zaniepokoił, że
dziewczyna może zasnąć i spaść, ale co jakiś czas się poruszała, żeby
się rozejrzeć lub odgonić muchę.
Wspinali się coraz wyżej, aż dotarli do Bursztynowych Wzgórz. Pogórze
wyróżniało się ubogą roślinnością: poza krótką trawą była tu tylko naga
skała. Obszar ten należał do długiego pasma biegnącego wzdłuż
wschodniego skraju Warric i stanowił granicę między królestwem Warric a królestwem Alburnu. Alburn był trzecim najsilniejszym i najlepiej
prosperującym królestwem w Avrynie po Warric i Melengarze. Jego tereny w większości były gęsto zalesione, a na wybrzeże często napadali Ba Ran
Ghazelowie, którzy organizowali błyskawiczne najazdy i uprowadzali
pechowców, a to, czego nie mogli zabrać, palili. Jego władca, król
Armand, dopiero niedawno zasiadł na tronie po niespodziewanej śmierci
starego króla. Podczas gdy król Reinhold był rojalistą, Hadrian odnosił
wrażenie, że nowy władca sympatyzował z imperialistami, a nawet otwarcie
ich popierał, co było niefortunne dla Melengaru, którego lista
sojuszników z każdym dniem robiła się coraz krótsza.
Bursztynowe Wzgórza były ciekawostką nawet dla miejscowych, a to z uwagi
na stojące tam kamienie, masywne niebiesko-szare skały, którym rzeźbiarz
nadał wyjątkowo opływowe kształty. Kamienie ze swoimi zaokrąglonymi
krzywiznami wydawały się żywymi wężami, które wślizgują się w szczyt
wzgórza i z niego wyślizgują. Hadrian nie miał bladego pojęcia, do czego
kamienie mogły pierwotnie służyć. Wątpił, czy ktokolwiek to wie.
Zobaczył pozostałości ognisk rozsianych wokół kamieni, na których pośród
wyznań miłości wyryto gdzieniegdzie hasła: "Maribor jest bogiem!",
"Nacjonaliści są stuknięci", "Spadkobierca nie żyje", a nawet "Gospoda
Pod Szarą Myszą -?u podnóża góry". Po dotarciu na grzbiet mogli zobaczyć
miasto Colnora za plecami, natomiast na północnym wschodzie ciągnęły się
w nieskończoność gęste i dziewicze lasy, gdzie zamazywała się granica
między królestwami Alburnu i Dunmore'u. Hadrianowi las wydawał się
oceanem nieprzerwanej zieleni -?kilometrami dzikiej puszczy, za którą
leżała maleńka wioska o nazwie Dahlgren.
Wiatr na szczycie wzgórza był chłodny i dostatecznie silny, by odgonić
muchy, toteż miejsce nadawało się doskonale na postój i spożycie
południowego posiłku. Zjedli soloną wieprzowinę, twardy ciemny chleb,
cebule i kiszone ogórki. W mieście Hadrian niechętnie wziąłby takie
jedzenie do ust, ale na drodze, gdzie miał większy apetyt i mniej
możliwości, uznał te produkty za rarytasy. Obserwował, jak Thrace siedzi
na trawie i skubie kiszonego ogórka, uważając, by nie poplamić nowej
sukni. Spojrzała zamyślona w dal, oddychając głęboko z zadowoleniem.
-?O czym myślisz? -?spytał.
Uśmiechnęła się do niego trochę nieśmiało i wydało mu się, że dostrzegł
smutek w jej oczach.
-?Myślałam o tym, jak tu jest cudownie. Jak to by było miło żyć w jednym
z gospodarstw, które minęliśmy. Nie potrzebowalibyśmy niczego wielkiego,
nawet domu -?mój ojciec może sam zbudować dom i potrafi przekopać każdą
ziemię. Umie zrobić wszystko, kiedy się zdecyduje, a gdy już coś
postanowi, to nic go od tego nie odwiedzie.
-?Wspaniały człowiek.
-?O tak. Jest bardzo silny, bardzo zdeterminowany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki