Więź daje siłę - Evelin Kirkilionis

-
Proszę czekać

Po­dzię­ko­wa­nia dla dzie­ci 

Na ko­niec chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać wszyst­kim dzie­ciom, któ­re przez dzie­się­cio­le­cia cier­pli­wie zno­si­ły te wszyst­kie nie­sły­cha­ne ob­ser­wa­cje, pro­wa­dzo­ne przez "dziw­nych" na­ukow­ców. Bez tych dzie­ci nie dys­po­no­wa­li­by­śmy dziś tak sze­ro­ką wie­dzą na te­mat wię­zi.

Dzie­ci, te małe, za­gad­ko­we i cier­pli­we isto­ty, po­ka­za­ły nam:

że uda­na więź mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi w nie­zwy­kle istot­ny spo­sób wpły­wa na póź­niej­sze kom­pe­ten­cje spo­łecz­ne mło­dych lu­dzi;  że po­sta­wa ro­dzi­ców słu­ży dziec­ku za mia­rę sa­mo­oce­ny;  że do­świad­cze­nia emo­cjo­nal­ne z okre­su nie­mow­lęc­twa i wcze­sne­go dzie­ciń­stwa wpły­wa­ją na póź­niej­sze pro­ce­sy roz­wo­ju psy­chicz­ne­go dziec­ka;  że już po roku ja­kość wię­zi jest wska­zów­ką co do przy­szłej, spo­łecz­no-emo­cjo­nal­nej wię­zi do­ra­sta­ją­ce­go dziec­ka z ro­dzi­ca­mi, ale rów­nież co do za­cho­wań spo­łecz­nych wo­bec in­nych dzie­ci i jego wła­snych umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych w póź­niej­szym do­ro­słym ży­ciu;  że więź z oj­cem waż­na jest za­rów­no dla chłop­ców, jak i dla dziew­cząt, po­nie­waż oj­ciec jest zwy­kle in­te­re­su­ją­cym i od­mien­nym part­ne­rem za­baw i po­moc­ni­kiem;  że ist­nie­je szcze­gól­na więź za­ba­wo­wa i że naj­czę­ściej od­po­wia­da za nią oj­ciec, sta­wia­ją­cy przed dziec­kiem szcze­gól­ne wy­zwa­nia;  że każ­da więź dziec­ka musi być roz­pa­try­wa­na in­dy­wi­du­al­nie oraz ini­cjo­wa­na i bu­do­wa­na przez każ­de­go do­ro­słe­go z osob­na, a ja­kość wię­zi z mat­ką nie mówi au­to­ma­tycz­nie nic o wię­zi z oj­cem;  że mat­ki wo­bec po­szcze­gól­nych dzie­ci za­cho­wu­ją się z róż­nym wy­czu­ciem, przez co ja­kość wię­zi u ro­dzeń­stwa może być róż­na;  że dzie­ci nie trze­ba so­cja­li­zo­wać za po­mo­cą szcze­gól­nych me­tod wy­cho­waw­czych, ale że ist­nie­je pre­dys­po­zy­cja, dzię­ki któ­rej chcą one na­le­żeć do wspól­no­ty spo­łecz­nej. 

Po­uczy­ły nas jed­nak rów­nież: 

że nie­pew­ne i czę­sto bo­jaź­li­we dzie­ci pra­wie wca­le nie ba­wią się bez­tro­sko, przez co mogą "na­gro­ma­dzić" de­fi­cy­ty do­świad­czeń, któ­re na dłuż­szą metę utrud­nia­ją im roz­wój spo­łecz­ny i ko­gni­tyw­ny;  że w po­je­dyn­czych przy­pad­kach z po­wo­du trud­ne­go tem­pe­ra­men­tu dziec­ka mimo naj­więk­szych wy­sił­ków mat­ki po­wsta­je więź nie­pew­na - na­wet naj­bar­dziej ko­cha­ją­ca i czu­ła mat­ka cza­sem nie jest w sta­nie cał­ko­wi­cie za­mor­ty­zo­wać bra­ku umie­jęt­no­ści orien­ta­cji czy eks­tre­mal­nych form iry­ta­cji;  że mogą ist­nieć nie­moż­li­we do po­go­dze­nia róż­ni­ce w tem­pe­ra­men­cie mat­ki i dziec­ka, przez co taki układ prze­ży­wa nie­kie­dy co­dzien­ną, nu­żą­cą woj­nę pod­jaz­do­wą, pod­czas gdy inne dziec­ko od­bie­ra­ło­by do­mi­nu­ją­cą oso­bo­wość mat­ki tyl­ko jako uciąż­li­wą, ale by­naj­mniej nie sil­nie ogra­ni­cza­ją­cą;  że po­sta­wa od­rzu­ce­nia ze stro­ny głów­ne­go opie­ku­na i nie­sprzy­ja­ją­ce, ubo­gie w bodź­ce dzie­ciń­stwo nie musi się póź­niej ob­ja­wiać ko­niecz­nie w po­sta­ci wy­raź­nych dzi­wactw, ale ma jed­nak sil­ny, ne­ga­tyw­ny wpływ na ja­kość ży­cia - los nie­ko­cha­nych, nie­chcia­nych dzie­ci jest bar­dzo wy­mow­ny;  że rów­nież groź­ni bądź na­pa­wa­ją­cy lę­kiem part­ne­rzy wię­zi po­strze­ga­ni są jako osto­je bez­pie­czeń­stwa, po­nie­waż dziec­ko przy­wią­zu­je się do tych osób, któ­re się nim re­gu­lar­nie opie­ku­ją - dziec­ko w pierw­szych la­tach ży­cia nie może ze­rwać wię­zi ze swo­imi ro­dzi­ca­mi;  że pa­ra­doks wy­jąt­ko­wo sil­nej wię­zi z ro­dzi­ca­mi znę­ca­ją­cy­mi się nad dziec­kiem tkwi w sa­mej isto­cie wię­zi: im bar­dziej za­stra­szo­ne jest dziec­ko, tym sil­niej pra­gnie bli­sko­ści part­ne­ra wię­zi - to, że za­gro­że­nie może po­cho­dzić wła­śnie od nie­go, nie zo­sta­ło prze­wi­dzia­ne w pro­gra­mie bio­lo­gicz­nym;  że lu­dzie o nie­pew­nej wię­zi póź­niej są mniej za­do­wo­le­ni z sie­bie, po­stę­pu­ją z mniej­szym sku­pie­niem, szyb­ciej re­agu­ją agre­syw­nie, mają mniej­sze kom­pe­ten­cje ję­zy­ko­we, nie­mal nie mają przy­ja­ciół, za to zmien­ne związ­ki part­ner­skie; każ­da z tych cech sama w so­bie nie przed­sta­wia du­że­go utrud­nie­nia, ale ich ogół sil­nie ogra­ni­cza i nie po­zwa­la (z po­wo­du bra­ku­ją­cych umie­jęt­no­ści) od­po­wied­nio re­ago­wać na kry­zy­sy ży­cio­we. 

Mam na­dzie­ję, że te małe, fa­scy­nu­ją­ce za­wi­niąt­ka w przy­szło­ści rów­nież nie we­zmą nam za złe na­sze­go bra­ku orien­ta­cji i na­szej cie­ka­wo­ści, i do­star­czą nam ko­lej­nych po­ży­tecz­nych wska­zó­wek, tak, że­by­śmy, dzię­ki więk­sze­mu zro­zu­mie­niu, mo­gli je sku­tecz­niej wzmac­niać i wspie­rać.

? Sło­wo wstęp­ne

Roz­pro­mie­nio­ne nie­mow­lę, uśmie­cha­ją­ce się do ro­dzi­ców, gdy je głasz­czą i piesz­czą. We­so­ły ma­lu­szek, któ­ry uf­nie, trzy­ma­jąc ro­dzi­ców za rękę, za­czy­na swą przy­go­dę ze świa­tem. Mały słod­ki piesz­czo­szek na ko­la­nach u ma­mu­si; peł­ne za­chwy­tu sza­leń­stwa na ple­cach taty; po­grą­że­ni w świe­cie fan­ta­zji to­wa­rzy­sze za­baw; dziec­ko z dumą po­ka­zu­ją­ce wszem i wo­bec wy­ni­ki pierw­szej uda­nej pró­by pi­sa­nia - to ob­raz­ki szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa, sym­bo­le peł­nej za­ufa­nia wię­zi mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dziec­kiem. Uda­na więź ro­dzi­ce-dzie­ci jest nie tyl­ko pod­sta­wą suk­ce­sów we wspól­nym po­ko­ny­wa­niu drob­nych pro­ble­mów, któ­re po­ja­wia­ją się na po­cząt­ku ży­cia dziec­ka, ale ma rów­nież po­zy­tyw­ny wpływ na każ­dym ko­lej­nym eta­pie dzie­ciń­stwa. Na­wet w trud­nym okre­sie doj­rze­wa­nia, mimo wszel­kich pro­te­stów, na­sto­lat­ki nie tra­cą za­ufa­nia do mat­ki i ojca. Jako mło­dzi do­ro­śli wciąż od nowa od­naj­du­ją do nich dro­gę i po­zwa­la­ją im brać udział w swo­im ży­ciu. Więź daje siłę - nie tyl­ko w dzie­ciń­stwie! Sta­no­wi opar­cie aż po póź­ną mło­dość.

Peł­na za­ufa­nia więź ro­dzi­ców z dzieć­mi to, oczy­wi­ście, nie tyl­ko szczę­śli­we chwi­le. Ukry­wa się za nią rów­nież inna, "sza­ra" rze­czy­wi­stość: bez­sen­ne noce, gdy nic nie jest w sta­nie po­cie­szyć dziec­ka. Szar­ga­ją­ca ner­wy bez­sil­ność, kie­dy nie­mal nie spo­sób po­ra­dzić so­bie z ma­łym upar­ciu­chem. Nie­cier­pli­wa złość, kie­dy ten sam błąd or­to­gra­ficz­ny po­ja­wia się po raz set­ny. Wście­kłość i roz­pacz, kie­dy dys­ku­sje z czter­na­sto­let­nim, wiecz­nie znu­dzo­nym, za­twar­dzia­łym kon­te­sta­to­rem zda­ją się nie mieć koń­ca. Roz­cza­ro­wa­nie, kie­dy dziec­ko ca­ły­mi ty­go­dnia­mi, na­wet w two­je uro­dzi­ny, naj­wy­raź­niej ni­g­dzie do­oko­ła nie po­tra­fi zna­leźć ani jed­ne­go te­le­fo­nu, z któ­re­go mo­gło­by do cie­bie za­dzwo­nić i choć przez chwi­lę po­roz­ma­wiać. A jed­nak, mimo wszel­kich ży­cio­wych prze­mian i kry­zy­sów, na­wet je­śli zna­cze­nie ro­dzi­ców dla dziec­ka dia­me­tral­nie się zmie­nia - tak jak zresz­tą musi się zmie­nić - więź dziec­ka z jego ro­dzi­ca­mi po­zo­sta­je czymś szcze­gól­nym, co w za­sad­ni­czy spo­sób de­cy­du­je o jego ży­cio­wej dro­dze, na­wet je­śli kie­dyś zwią­zek ten oka­że się trud­ny.

Wszyst­kie na­sze wy­sił­ki zmie­rza­ją do tego, by na­sze dzie­ci wy­ro­sły na oso­by pew­ne sie­bie, kom­pe­tent­ne, za­do­wo­lo­ne z sie­bie i ze swo­je­go ży­cia, by były sa­mo­dziel­ne, a jed­no­cze­śnie zdol­ne do mi­ło­ści i za­ko­rze­nio­ne w swo­im oto­cze­niu spo­łecz­nym, i by przez całe ży­cie po­zo­sta­wa­ły w łącz­no­ści ze swo­im do­mem ro­dzin­nym. Ro­dzi­ce do­brze zda­ją so­bie spra­wę ze swo­jej od­po­wie­dzial­no­ści za to, by po­ło­żyć so­lid­ne fun­da­men­ty pod szczę­śli­we ży­cie swo­ich po­ciech. Nie cho­dzi tu tyl­ko o zdro­wie fi­zycz­ne, ale też o to, że o ja­ko­ści wię­zi mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi de­cy­du­je osta­tecz­nie do­bre sa­mo­po­czu­cie psy­chicz­ne. To z ko­lei ozna­cza da­wa­nie dziec­ku peł­nej uczu­cia uwa­gi i bli­sko­ści, któ­re za­pew­nią mu po­czu­cie pew­no­ści i bez­pie­czeń­stwa.

Przy­chyl­ność, któ­rej do­świad­cza dziec­ko w pierw­szych la­tach ży­cia, wy­ty­cza pew­ne ramy, i w te ramy uję­te będą wszyst­kie jego póź­niej­sze związ­ki. Wła­śnie nad tym, z po­mo­cą swej mi­ło­ści i tro­ski, od pierw­sze­go dnia ży­cia swo­je­go dziec­ka "pra­cu­ją" ro­dzi­ce - ro­bią to na­wet już wcze­śniej. I to oni, od­po­wia­da­jąc na jego wy­ra­zy sym­pa­tii, otwie­ra­ją przed nim świat uczuć.

Po­nie­waż uwa­żam, że do­bry po­czą­tek to naj­lep­sza dro­ga do dal­szych suk­ce­sów, książ­ka ta sku­pia się przede wszyst­kim na pierw­szym roku ży­cia dziec­ka, na­wet je­śli nie koń­czy się do­kład­nie w jego pierw­sze uro­dzi­ny. Na­tu­ral­nie, nie chcę przez to po­wie­dzieć, że zna­czą­ce są wy­łącz­nie do­świad­cze­nia dziec­ka w pierw­szym roku ży­cia, czy że tyl­ko one mają de­cy­du­ją­cy wpływ na całe dal­sze ży­cie, a wszyst­kie póź­niej­sze wy­sił­ki mają już tyl­ko cha­rak­ter uzu­peł­nia­ją­cy. Trze­ba po pro­stu pod­kre­ślić, jak nie­zwy­kle waż­ny jest to okres - za­rów­no dla roz­wo­ju dziec­ka, jak i uczuć ro­dzi­ciel­skich.

Każ­da isto­ta ludz­ka uczy się już od pierw­sze­go dnia ży­cia - a ści­śle bio­rąc, za­czy­na to ro­bić na­wet wcze­śniej. Każ­da isto­ta ludz­ka może się też do­uczać i prze­kwa­li­fi­ko­wy­wać. Dla­te­go na­wet, je­śli pierw­szy etap roz­wo­ju dziec­ka prze­bie­gał z pro­ble­ma­mi, ewen­tu­al­ne bra­ki w dzie­dzi­nie związ­ków mię­dzy­ludz­kich moż­na wy­rów­nać za po­mo­cą mi­ło­ści i cier­pli­wo­ści. Na przy­kład ro­dzi­ce za­stęp­czy i ad­op­cyj­ni przez swój po­ten­cjał emo­cjo­nal­ny mogą nad­ro­bić po­cząt­ko­we za­nie­dba­nia, a ro­dzi­ce bio­lo­gicz­ni, je­śli tyl­ko za­uwa­żą ja­kieś nie­po­ko­ją­ce ob­ja­wy, mogą pra­co­wać nad tymi swo­imi sła­bo­ścia­mi, któ­re wpły­wa­ją nie­ko­rzyst­nie na dziec­ko, i od­po­wied­nio im prze­ciw­dzia­łać.

Nie mar­tw­cie się więc: nie mu­si­cie się oba­wiać, że je­śli raz czy dwa razy zda­rzy się wam po­peł­nić ja­kiś błąd, wa­sze dziec­ko bę­dzie cią­gnąć za sobą ba­last już przez całe ży­cie. Nie mu­si­my być do­sko­na­li - ide­al­ni ro­dzi­ce bez skaz i wad nie ist­nie­ją, a na­wet je­śli ist­nie­ją, to wcze­śniej czy póź­niej oka­żą się oni dla dziec­ka praw­dzi­wym okro­pień­stwem. Ko­cha­ją­cy, uważ­ni ro­dzi­ce, ak­cep­tu­ją­cy dziec­ko jako sa­mo­dziel­ną, małą oso­bo­wość, na po­czą­tek cał­ko­wi­cie wy­star­czą.

SPIS TREŚCI

Sło­wo wstęp­ne

Wpro­wa­dze­nie: Czym wła­ści­wie jest uda­na więź mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi

Część I: Więż daje siłę. Zrę­by suk­ce­su na przy­szłość

Bez­piecz­na więż to coś wię­cej niż tyl­ko ochro­na przez pierw­sze lata ży­cia "Ro­dzi­ciel­ska wraż­li­wość" ma­gicz­ne sło­wo teo­rii wię­zi Kom­pe­tent­ni ro­dzi­ce - kom­pe­tent­ne dzie­ci, czy­li jak wspie­rać wraż­li­wość

Część II: Ro­dzi­ce i dzie­ci - jed­na dru­ży­na. Na­tu­ral­ne umie­jęt­no­ści two­rze­nia wię­zi

Mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, czy­li jak po­wsta­je więź Jak wzra­sta więź - dwie stro­ny me­da­lu O wię­zi nie­mow­lę­cej. Bu­do­wa­nie wię­zi przez dziec­ko

Część III: Więź - pra­ca ze­spo­ło­wa pod prze­wod­nic­twem ro­dzi­ców

Przy­go­to­wa­nie do uda­ne­go po­cząt­ku wię­zi. Roz­dział dla ma­tek, któ­ry po­win­ni też po­czy­tać oj­co­wie Do­ula - nie tyl­ko wspar­cie dla ma­tek

Część IV: Ma­rze­nie i rze­czy­wi­stość. Kie­dy ro­dzi­nę do­pad­nie pro­za ży­cia

Zdro­we dziec­ko = szczę­śli­wa mat­ka? Ma­rze­nia i rze­czy­wi­stość Na naj­wyż­szych ob­ro­tach, czy­li dzwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­ny dy­żur "no­wo­cze­snej mat­ki" O dzie­le­niu się opie­ką. Roz­wią­za­nia ro­dzin­ne i po­za­ro­dzin­ne Nie­rów­ne szan­se wcze­śnia­ków - choć nie­sprzy­ja­ją­ce, to wca­le nie bez­na­dziej­ne

Po­dzię­ko­wa­nia dla dzie­ci

Przy­pi­sy

? Wpro­wa­dze­nie

Czym wła­ści­wie jest uda­na więź mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi

Więź, bon­ding i at­tach­ment

Dla zdro­we­go roz­wo­ju dziec­ko po­trze­bu­je związ­ku emo­cjo­nal­ne­go przy­naj­mniej z jed­ną oso­bą, peł­nią­cą funk­cję ro­dzi­ca. Opi­su­ją­cy ten zwią­zek na­uko­wy ter­min "więź" szyb­ko przy­jął się rów­nież w ję­zy­ku ogól­nym. Oczy­wi­ście, nie tyl­ko dziec­ko przy­wią­zu­je się do ro­dzi­ców, ale rów­nież w ro­dzi­cach roz­wi­ja się emo­cjo­nal­na więź z dziec­kiem. W ję­zy­ku an­giel­skim przy­wią­za­nie ze stro­ny dziec­ka opi­su­je się sło­wem at­tach­ment, a przy­wią­za­nie ze stro­ny ro­dzi­ców ter­mi­nem bon­ding. Po nie­miec­ku?[1] na­to­miast po­ję­cie "więź mię­dzy ro­dzi­ca­mi a dzieć­mi" pod­kre­śla ra­czej wza­jem­ność związ­ków uczu­cio­wych ro­dzi­ców i ich po­ciech.

Chcia­ła­bym pod­kre­ślić, że sło­wa "ro­dzi­ce" uży­wam w tej książ­ce w jak naj­szer­szym zna­cze­niu: okre­ślam nim oso­by, któ­re sta­le opie­ku­ją się dziec­kiem, a nie tyl­ko ro­dzi­ców bio­lo­gicz­nych. Jed­no­cze­śnie po­ję­cie "mat­ka" ozna­cza tu "głów­ne­go opie­ku­na". W rze­czy sa­mej to mat­ki, przede wszyst­kim w pierw­szym roku ży­cia (cza­sem z przy­czyn czy­sto bio­lo­gicz­nych, z po­wo­du kar­mie­nia), od­gry­wa­ją rolę naj­waż­niej­sze­go opie­ku­na dziec­ka. Za­an­ga­żo­wa­nych oj­ców pro­szę o wy­ba­cze­nie - dla więk­szej płyn­no­ści czy­ta­nia naj­czę­ściej nie wspo­mi­nam o nich bez­po­śred­nio.

Wię­zi opar­te na za­ufa­niu i wię­zi opar­te na lęku - kla­sycz­ne ob­ser­wa­cje

Ro­dzi­ce dają swo­im dzie­ciom po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa psy­chicz­ne­go, co ozna­cza, że są źró­dłem pew­no­ści sie­bie i rów­no­wa­gi. W okre­sie nie­mow­lę­cym po­czu­cie to za­le­ży przede wszyst­kim od obec­no­ści ro­dzi­ców. Dal­szy roz­wój dziec­ka i zwięk­sza­nie się jego zdol­no­ści ko­gni­tyw­nych krok po kro­ku po­zwa­la mu rów­nież w inny spo­sób upew­niać się co do emo­cjo­nal­nej bli­sko­ści i do­stęp­no­ści waż­nych osób.

Uwa­ga i tro­ska, z jaką ro­dzi­ce re­agu­ją na sy­gna­ły dziec­ka, już w pierw­szych mie­sią­cach ży­cia po­zwa­la nie­mow­lę­ciu upew­nić się, że trosz­czą się o nie i zna­ją jego po­trze­by, że je ak­cep­tu­ją i chro­nią. Ro­dzi­ce oka­zu­ją się w ten spo­sób god­ny­mi za­ufa­nia part­ne­ra­mi wię­zi. Już z za­cho­wa­nia racz­ku­ją­ce­go ma­lu­cha moż­na wy­wnio­sko­wać, czy ro­dzi­ce sta­no­wią dla nie­go bez­piecz­ną bazę. Dzie­ci o bez­piecz­nej, uf­nej wię­zi z mat­ką nie tyl­ko z więk­szą cie­ka­wo­ścią i sa­mo­dziel­no­ścią od­kry­wa­ją oto­cze­nie, ale po­trze­bu­ją też bar­dziej wy­wa­żo­ne pro­por­cje mię­dzy sa­mo­dziel­ną za­ba­wą i wła­sny­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi z jed­nej stro­ny, a czer­pa­niem przy­jem­no­ści z kon­tak­tu z ro­dzi­ca­mi z dru­giej. Są ogól­nie zrów­no­wa­żo­ne, rza­dziej pła­czą i nie­mal nie wy­ka­zu­ją za­cho­wań lę­ko­wych, ner­wo­wych czy agre­syw­nych. Skrzyw­dzo­ne, szu­ka­ją bli­sko­ści z ro­dzi­ca­mi, ale dają się po­cie­szyć bez wcze­pia­nia się w nich, co ozna­cza, że kie­dy smu­tek i ból mi­ja­ją, po­tra­fią odejść do swo­ich spraw. Wie­dzą, skąd wziąć po­moc, i znaj­du­ją ją, je­śli tyl­ko czu­ją, że sy­tu­acja je prze­ra­sta.

Chy­ba naj­ła­twiej uzmy­sło­wić so­bie, czym jest pra­wi­dło­wa więź ro­dzi­ce-dzie­ci, po­rów­nu­jąc ją z wię­zią lę­ko­wą za po­mo­cą te­stu ob­cej sy­tu­acji (na­wet je­śli na sa­mym po­cząt­ku da nam to nie­co "su­chą" wie­dzę na­uko­wą; patrz ta­bel­ka: Test ob­cej sy­tu­acji - me­to­da oce­ny wię­zi). Ba­da­nie po­le­ga na tym, że dzie­ci w wie­ku ok. jed­ne­go roku sta­wia się w sy­tu­acjach bu­dzą­cych stop­nio­wo co­raz więk­szy nie­po­kój. W ści­śle okre­ślo­nych wa­run­kach ba­daw­czych ma­lu­chy po­zo­sta­wia się przez pe­wien czas czę­ścio­wo w to­wa­rzy­stwie oso­by ob­cej, a czę­ścio­wo zu­peł­nie same, w nie­zna­nym so­bie oto­cze­niu. Im bar­dziej za­nie­po­ko­jo­ne jest dziec­ko, tym bar­dziej po­trze­bu­je uspo­ka­ja­ją­cej bli­sko­ści mat­ki, a tak­że, co zro­zu­mia­łe, tym mniej wy­ka­zu­je za­cho­wań po­znaw­czych i tym mniej się bawi, mimo że do­stęp­ne za­baw­ki są prze­cież bar­dzo in­te­re­su­ją­ce. Moż­na wy­obra­zić so­bie tę sy­tu­ację na przy­kła­dzie wagi: po jed­nej stro­nie za­cho­wa­nia po­znaw­cze, a po dru­giej po­trze­ba bli­sko­ści. Im pew­niej i bar­dziej bez­tro­sko czu­je się dziec­ko, tym wcze­śniej włą­cza­ją się u nie­go za­cho­wa­nia po­znaw­cze. Je­śli dziec­ko sta­je się co­raz bar­dziej nie­pew­ne czy wy­stra­szo­ne, bawi się co­raz mniej i in­ten­syw­niej szu­ka wspar­cia u opie­ku­na, któ­ry przy­wra­ca mu po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i po­ka­zu­je, że je chro­ni i że wszyst­ko jest w po­rząd­ku?[2].

Or­ga­ni­zu­jąc test, przede wszyst­kim ocze­ku­je się, że praw­do­po­dob­nie naj­cie­kaw­sze będą wy­ni­ki ob­ser­wa­cji dzie­ci pod­czas roz­sta­nia z mat­ką. Tym­cza­sem spo­sób, w jaki ma­lu­chy ra­dzi­ły so­bie w sy­tu­acji roz­sta­nia, oka­zał się, ow­szem, waż­ny, jed­nak szcze­gól­nie po­ucza­ją­ce przy oce­nie ja­ko­ści wię­zi były za­cho­wa­nia dzie­ci pod­czas po­wro­tu mat­ki. 

Test ob­cej sy­tu­acji - me­to­da oce­ny wię­zi

Ba­da­nie to, stwo­rzo­ne przez Mary Ain­sworth?[3], po­zwa­la uchwy­cić ja­kość wię­zi z opie­ku­nem u dzie­ci w wie­ku roku-pół­to­ra na pod­sta­wie ustan­da­ry­zo­wa­nej pro­ce­du­ry, któ­ra za­kła­da okre­sy prze­by­wa­nia w ob­cym oto­cze­niu wspól­nie z mat­ką i po roz­sta­niu z nią. Znaj­du­ją­ce się w po­miesz­cze­niu ba­daw­czym za­baw­ki są co praw­da cie­ka­we i za­chę­ca­ją do za­cho­wań po­znaw­czych, ale z dru­giej stro­ny obce oto­cze­nie tro­chę jed­nak dzie­ci nie­po­koi. Dla­te­go czę­sto po­trze­bu­ją do­dat­ko­we­go wspar­cia ze stro­ny mat­ki, co ła­two roz­po­znać po tym, że swo­im za­cho­wa­niem sy­gna­li­zu­ją po­trze­bę bli­sko­ści, to zna­czy np. czę­ściej na­wią­zu­ją kon­takt wzro­ko­wy z mat­ką czy do­ma­ga­ją się bez­po­śred­niej bli­sko­ści fi­zycz­nej. Po­nie­waż pod­czas ba­da­nia mat­ka sie­dzi da­le­ko od ką­ci­ka za­baw, za­cho­wa­nia dzie­ci, któ­re mają na celu na­wią­za­nie kon­tak­tu, są ła­twe do za­ob­ser­wo­wa­nia. 

W ośmiu trzy­mi­nu­to­wych eta­pach dziec­ko sta­wia się w sy­tu­acjach, któ­re w róż­nym stop­niu je nie­po­ko­ją (oczy­wi­ście tyl­ko, je­śli nie re­agu­je zbyt gwał­tow­nie). Etap 1: mat­ka z dziec­kiem zo­sta­ją przy­pro­wa­dzo­ne do po­miesz­cze­nia ob­ser­wa­cyj­ne­go przez oso­bę pro­wa­dzą­cą ba­da­nie. Naj­pierw więc (etap 2) tyl­ko w obec­no­ści mat­ki dziec­ko musi się zde­cy­do­wać, czy woli trzy­mać się bli­sko niej, czy ba­dać cie­ka­we za­baw­ki. Etap 3: po trzech mi­nu­tach do po­miesz­cze­nia wcho­dzi obca oso­ba. Etap 4: po usta­lo­nym cza­sie mat­ka wy­cho­dzi z po­ko­ju, a gdy wra­ca po ko­lej­nych trzech mi­nu­tach (etap 5), obcy wy­cho­dzi. 

Na­stęp­nie mat­ka znów się od­da­la i dziec­ko zo­sta­je samo (etap 6). Po trzech mi­nu­tach jesz­cze raz wra­ca obcy (etap 7), a na ko­niec wy­cho­dzi z po­ko­ju w mo­men­cie po­wro­tu mat­ki (etap 8). 

Każ­dy etap wy­wo­łu­je u dzie­ci co­raz sil­niej­szy nie­po­kój. Ro­śnie ich po­trze­ba bli­sko­ści z mat­ką, a go­to­wość do za­ba­wy ma­le­je stop­nio­wo, w mia­rę, jak na­ra­sta ich lęk - szcze­gól­nie, gdy mat­ka od­cho­dzi i zo­sta­ją same w ob­cym oto­cze­niu. Rów­nież po po­wro­cie mat­ki dzie­ci wciąż, co zro­zu­mia­łe, są moc­no za­nie­po­ko­jo­ne i nie ba­wią się tak in­ten­syw­nie, jak w sy­tu­acji po­cząt­ko­wej. 

Ty­po­wa re­ak­cja dzie­ci, któ­rych więź z mat­ką jest opar­ta na za­ufa­niu: naj­pierw ma­lu­chy z za­in­te­re­so­wa­niem ba­da­ją za­baw­ki w ką­ci­ku za­baw, od cza­su do cza­su po­dej­mu­jąc kon­takt z mat­ką, któ­ra sie­dzi tro­chę z boku. Kie­dy mat­ka wy­cho­dzi z po­ko­ju, dzie­ci co praw­da pro­te­stu­ją, ale nie za­czy­na­ją od razu pła­kać ani krzy­czeć. Naj­pierw za­czy­na­ją ją wo­łać, a kie­dy nie wra­ca, stop­nio­wo tra­cą za­in­te­re­so­wa­nie za­baw­ka­mi. Za­czy­na­ją mat­ki szu­kać, czę­sto z pła­czem, któ­re­go nie są w sta­nie uko­ić pró­by po­cie­sza­nia po­dej­mo­wa­ne przez oso­bę obcą. Kie­dy tyl­ko mat­ka wra­ca, dzie­ci wi­ta­ją ją, pro­mie­nie­jąc ra­do­ścią. Ma­lu­chy szu­ka­ją fi­zycz­nej bli­sko­ści z mat­ką i chcą, by je po­cie­sza­ła. Po chwi­li w koń­cu się uspo­ka­ja­ją i po­wo­li znów za­czy­na­ją się ba­wić. 

Re­ak­cje dzie­ci o wię­zi lę­ko­wej: u dzie­ci o nie­pew­nej wię­zi z ro­dzi­ca­mi da się za­uwa­żyć kil­ka róż­nych ty­po­wych wzor­ców za­cho­wań. 

W przy­pad­ku tak zwa­nej wię­zi lę­ko­wo-uni­ko­wej ma­lu­chy pod­czas ob­ser­wa­cji za­cho­wu­ją się na po­cząt­ku dość sa­mo­dziel­nie, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka. Pod­czas za­ba­wy nie­wie­le uwa­gi po­świę­ca­ją mat­ce, rów­nież jej wyj­ście z po­ko­ju zda­je się nie sta­no­wić dla nich pro­ble­mu. Z oży­wie­niem ba­wią się z ob­cy­mi, nie zwra­ca­jąc szcze­gól­nej uwa­gi na wra­ca­ją­cą mat­kę i nie szu­ka­jąc z nią fi­zycz­nej bli­sko­ści. Ogól­nie ma­lu­chy zda­ją się do­brze ra­dzić so­bie same i nie wi­dać po nich, by nie­zwy­kła sy­tu­acja wy­wie­ra­ła na nich więk­sze wra­że­nie. To za­cho­wa­nie po­zwa­la do­my­ślać się u nich - tyl­ko jed­nak na pierw­szy rzut oka - wy­so­kie­go stop­nia sa­mo­dziel­no­ści (patrz też TU­TAJ i da­lej). 

Przy wię­zi lę­ko­wo-am­bi­wa­lent­nej mat­kom bar­dzo cięż­ko jest uspo­ko­ić dzie­ci, je­śli te po­czu­ją się za­nie­po­ko­jo­ne. Dzie­ci w ob­cym oto­cze­niu bar­dzo się boją utra­ty kon­tak­tu z mat­ką. Przez cały czas ob­ser­wu­ją, co mat­ka robi. Nie­kie­dy mat­ka pod­czas te­stu nie jest w sta­nie zo­sta­wić dziec­ka sa­me­go, bo przy­wie­ra ono do niej i pro­te­stu­je, pła­cząc roz­pacz­li­wie. Z dru­giej stro­ny, cza­sem gwał­tow­nie, ze zło­ścią bro­ni się przed przy­tu­la­niem i po­cie­sza­niem przez mat­kę po jej po­wro­cie. 

O wię­zi zdez­or­ga­ni­zo­wa­nej mó­wi­my, kie­dy zbie­ga­ją się naj­róż­niej­sze sprzecz­ne za­cho­wa­nia, czę­sto bę­dą­ce kom­bi­na­cją re­ak­cji po­cho­dzą­cych z po­zo­sta­łych dwóch ro­dza­jów wię­zi lę­ko­wej. Na przy­kład re­ak­cje uni­ko­we wy­stę­pu­ją rów­no­cze­śnie z in­ten­syw­ny­mi pro­te­sta­mi prze­ciw­ko roz­sta­niom. Albo dziec­ko za­cho­wu­je się wo­bec mat­ki otwar­cie agre­syw­nie i gniew­nie, mimo że wcze­śniej ba­wi­ło się za­do­wo­lo­ne samo. Jak róż­no­rod­ne są spo­so­by wy­ra­ża­nia dez­or­ga­ni­za­cji wię­zi, tak róż­no­rod­ne mogą być jej przy­czy­ny. Ten ro­dzaj wię­zi może się wią­zać z uszko­dze­nia­mi neu­ro­lo­gicz­ny­mi u dziec­ka, ale rów­nież ze znę­ca­niem się i za­nie­dby­wa­niem albo in­ny­mi trau­ma­tycz­ny­mi, nie­ty­po­wy­mi i ob­cią­ża­ją­cy­mi wy­da­rze­nia­mi?[4]. Dla­te­go taka struk­tu­ra wię­zi wspo­mnia­na jest tu tyl­ko gwo­li stwo­rze­nia kom­plet­ne­go ob­ra­zu. Bliż­sze wy­ja­śnie­nia wy­kra­cza­ją poza ramy tej książ­ki. Za­in­te­re­so­wa­ni czy­tel­ni­cy mogą prze­czy­tać wię­cej w pra­cy Ka­rin Gros­smann i Klau­sa Gros­sman­na Bin­dun­gen - das Ge­füge psy­chi­scher Si­cher­he­it (patrz przy­pis).

Czy­ta­jąc opis dzie­cię­cych za­cho­wań pod­czas te­stu ob­cej sy­tu­acji, nie po­win­ni­ście od razu za­bie­rać się do pro­wa­dze­nia nie­spo­koj­nych ob­ser­wa­cji ma­lu­cha, któ­ry pod­czas wi­zy­ty nie­mal nie scho­dzi ma­mie z ko­lan, albo pew­ne­go sie­bie skrza­ta, któ­ry z cie­ka­wo­ścią, ni­czym nie­zra­żo­ny, ru­sza na in­spek­cję ob­ce­go miesz­ka­nia wa­szych zna­jo­mych. Nie­któ­re dzie­ci to po pro­stu małe nie­śmiał­ki, któ­re w ob­cym oto­cze­niu za­wsze za­cho­wu­ją się nie­co po­wścią­gli­wie i po­trze­bu­ją cza­su, by po­wo­li "od­ta­jać" - to kwe­stia tem­pe­ra­men­tu. Nie po­wi­nien was też od razu na­pa­wać lę­kiem wa­riant nie­zwy­kle pew­ny sie­bie: ma­cie przed sobą po pro­stu ma­łe­go eks­tra­wer­ty­ka, któ­ry być może wła­śnie w wa­szym sze­ro­kim krę­gu zna­jo­mych na­uczył się, jak spo­koj­nie po­ru­szać się w ob­cym oto­cze­niu. Te typy za­cho­wań nie mu­szą by­naj­mniej od razu świad­czyć o ist­nie­niu lę­ko­wej wię­zi z ro­dzi­ca­mi. 

Rów­nież w cza­sie ba­dań na­uko­wych, kie­dy dzie­ci na po­waż­nie przy­po­rząd­ko­wu­je się do róż­nych ro­dza­jów wię­zi, po­trze­ba wię­cej, niż tyl­ko wnio­sków z te­stu ob­cej sy­tu­acji, któ­re opi­sa­no tu za­le­d­wie z grub­sza, skró­to­wo. Ana­li­zom na­gra­nia fil­mo­we­go z prze­pro­wa­dzo­ne­go te­stu to­wa­rzy­szą też pra­co­chłon­ne ana­li­zy za­cho­wa­nia, pro­wa­dzo­ne przez wie­le od­po­wied­nio przy­go­to­wa­nych osób, i ob­ser­wa­cje do­mo­we, któ­re umoż­li­wia­ją wzię­cie pod uwa­gę cech cha­rak­te­ru te­sto­wa­nych ma­lu­chów. 

Róż­ni­ce w tem­pe­ra­men­cie moż­na za­ob­ser­wo­wać już u dzie­ci w pierw­szym roku ży­cia

Już kil­ku­mie­sięcz­ne nie­mow­lę­ta róż­nią się mię­dzy sobą tem­pe­ra­men­tem. Moż­na go usta­lić na pod­sta­wie ty­po­wych re­ak­cji i sty­lu za­cho­wa­nia, na przy­kład na pod­sta­wie siły re­ak­cji, ła­two­ści przy­sto­so­wa­nia do zmian, naj­częst­szych na­stro­jów. U dzie­ci w wie­ku nie­mow­lę­cym wy­róż­nia­my tem­pe­ra­ment "ła­twy", "trud­ny" i "wol­no roz­grze­wa­ją­cy się"?[5]. 

Jak sama na­zwa wska­zu­je, dzie­ci o ła­twym tem­pe­ra­men­cie naj­czę­ściej są w do­brym na­stro­ju. Prze­bieg ich dnia pręd­ko sta­je się dla ro­dzi­ców prze­wi­dy­wal­ny, bo sto­sun­ko­wo szyb­ko usta­la się na przy­kład rytm snu czy kar­mie­nia. Dla dzie­ci tych do­stra­ja­nie się do in­nych lu­dzi i no­wych oko­licz­no­ści nie sta­no­wi pro­ble­mu, ła­two więc i do­brze ad­ap­tu­ją się do no­wych sy­tu­acji. Ok. 40% dzie­ci za­li­cza się do typu ła­twe­go, na­to­miast ok. 10% ma tem­pe­ra­ment trud­ny. U nich prze­bieg dnia jest dość nie­prze­wi­dy­wal­ny. Na no­wych lu­dzi i sy­tu­acje dzie­ci te re­agu­ją ra­czej po­wścią­gli­wie i trud­no przy­sto­so­wu­ją się do zmian. Przede wszyst­kim re­agu­ją zwy­kle dość gwał­tow­nie i nie­chęt­nie. Z ko­lei "wol­no roz­grze­wa­ją­ce się" dzie­ci spra­wia­ją wra­że­nie lę­kli­wych i po­wścią­gli­wych, w nie­pew­nych sy­tu­acjach szyb­ko się też wy­co­fu­ją i dość wol­no ad­ap­tu­ją. Nie re­agu­ją jed­nak zbyt gwał­tow­nie ani ne­ga­tyw­nie. Do tej gru­py dzie­ci za­li­cza­my ok. 15% nie­mow­ląt (po­zo­sta­łych 35% dzie­ci nie daje się jed­no­znacz­nie przy­po­rząd­ko­wać). 

Co kon­kret­nie ozna­cza­ją dla dziec­ka po­szcze­gól­ne ro­dza­je wię­zi? 

Po­wyż­szy opis róż­nych za­cho­wań po­ka­zu­je, że już rocz­nia­ki roz­wi­nę­ły roz­ma­ite stra­te­gie ra­dze­nia so­bie z ob­cią­że­nia­mi. 

Więź lę­ko­wo-am­bi­wa­lent­na, przy któ­rej dziec­ko czę­sto przy­wie­ra z lę­kiem do mat­ki, nie po­zwa­la dzie­ciom w nie­co­dzien­nych sy­tu­acjach po­zna­wać oto­cze­nia, czy­li zbie­rać do­świad­czeń. Zbyt in­ten­syw­nie zaj­mu­ją się one lę­kli­wym ob­ser­wo­wa­niem mat­ki i pil­no­wa­niem tego, by cią­gle być z nią w kon­tak­cie. Ogra­ni­cza to bar­dzo ich moż­li­wo­ści roz­wo­ju, bo nie po­tra­fią sko­rzy­stać z atrak­cji ofe­ro­wa­nych przez oto­cze­nie z po­wo­du wciąż pod­wyż­szo­ne­go za­po­trze­bo­wa­nia na bli­skość. 

Dzie­ci re­pre­zen­tu­ją­ce więź lę­ko­wo-uni­ko­wą pod­czas te­stu ob­cej sy­tu­acji zda­ją się z po­cząt­ku do­brze so­bie ra­dzić, ale gdy przyj­rzeć się do­kład­niej, moż­na za­uwa­żyć, że rów­nież one, mimo że nie wy­ka­zu­ją za­cho­wań przy­wią­za­nio­wych, cięż­ko zno­szą odej­ście mat­ki. Wska­zu­je na to już spo­sób, w jaki się ba­wią - cho­dzi bar­dziej o zna­le­zie­nie so­bie za­ję­cia niż o praw­dzi­we ba­da­nie oto­cze­nia. Re­ak­cje fi­zjo­lo­gicz­ne jesz­cze wy­raź­niej po­ka­zu­ją, jaki to dla nich cię­żar - moż­na to od­czy­tać z przy­spie­szo­ne­go bi­cia ser­ca i wzro­stu po­zio­mu kor­ty­zo­lu mie­rzo­ne­go w śli­nie (nie­za­wod­na me­to­da ba­da­nia stop­nia chwi­lo­we­go ob­cią­że­nia stre­sem?[6]). Wzmo­żo­ny wy­rzut tego wskaź­ni­ka stre­su da­wał się stwier­dzić tyl­ko u dzie­ci o wię­zi lę­ko­wej, i to jesz­cze dłu­go po nie­po­ko­ją­cym wy­da­rze­niu, nie wy­stę­po­wał na­to­miast u dzie­ci o wię­zi bez­piecz­nej. 

Dzie­ci o wię­zi lę­ko­wo-uni­ko­wej nie są ani tak nie­po­ru­szo­ne, ani tak doj­rza­łe, jak by to się mo­gło z ze­wnątrz wy­da­wać ze wzglę­du na ich "lu­zac­kie" za­cho­wa­nie. Na pod­sta­wie wcze­śniej­szych do­świad­czeń wy­kształ­ci­ły one ra­czej pew­ną stra­te­gię, któ­ra po­le­ga na tym, by grać nie­wzru­szo­ne­go, czy­li nie po­ka­zy­wać po so­bie, jak bar­dzo w isto­cie jest się po­ru­szo­nym i jak bar­dzo po­trze­bu­je się w rze­czy­wi­sto­ści uspo­ka­ja­ją­cej in­ter­wen­cji mat­ki. Dziec­ko, któ­re z za­sa­dy nie jest pew­ne nie­za­wod­no­ści i do­stęp­no­ści mat­ki, nie tyl­ko szyb­ciej się nie­po­koi niż dziec­ko o wię­zi bez­piecz­nej, ale też bra­ku­je mu od­po­wied­niej stra­te­gii uspo­ka­ja­nia się, po­nie­waż uni­ka ono bli­sko­ści z mat­ką. Do­dat­ko­wo nie oka­zu­je swo­je­go ob­cią­że­nia, więc oto­cze­nie nie­mal nie za­uwa­ża jego na­pię­cia i nie ofe­ru­je mu wspar­cia. Nie­któ­re dzie­ci już jako rocz­ne ma­lu­chy tym mniej oka­zu­ją swo­je zmar­twie­nia, im więk­sze jest ich ob­cią­że­nie emo­cjo­nal­ne. 

Pod­kreśl­my jesz­cze raz: dzie­ci, któ­rych przy­wią­za­nie opie­ra się na za­ufa­niu, po po­wro­cie mat­ki wy­ra­ża­ją otwar­cie swo­ją po­trze­bę bli­sko­ści i po­tra­fią uko­ić swo­je zmar­twie­nia za po­mo­cą od­po­wied­nich za­cho­wań. Dzie­ci o wię­zi lę­ko­wo-uni­ko­wej i lę­ko­wo-am­bi­wa­lent­nej nie wy­kształ­ci­ły ade­kwat­nej, od­po­wia­da­ją­cej ich po­trze­bom stra­te­gii ra­dze­nia so­bie z pro­ble­ma­mi i nie mogą się nią po­słu­żyć. Ta­kie ob­cią­że­nie wy­ra­ża się już u rocz­nych dzie­ci w fi­zycz­nej re­ak­cji wy­rów­naw­czej, da­ją­cej się stwier­dzić na pod­sta­wie pod­wyż­szo­nych war­to­ści kor­ty­zo­lu, któ­re wska­zu­ją na prze­ży­wa­nie stre­su?[7]. 

Dzie­ci o pew­nej wię­zi z ro­dzi­ca­mi po­tra­fią w sy­tu­acji ob­cią­że­nia sko­rzy­stać z ich obec­no­ści, by się uspo­ko­ić i szyb­ko za­pa­no­wać nad wzbu­rze­niem. Dzie­ci o wię­zi lę­ko­wej nie po­tra­fi­ły zbu­do­wać pew­ne­go związ­ku z ro­dzi­ca­mi i z po­wo­du bra­ku emo­cjo­nal­ne­go wspar­cia ła­two się nie­po­ko­ją. Dla­te­go mniej ko­rzy­sta­ją z moż­li­wo­ści ba­da­nia oto­cze­nia i zdo­by­wa­nia do­świad­czeń. Przy­spie­szo­ny puls i dłu­go utrzy­mu­ją­cy się, wy­so­ki po­ziom kor­ty­zo­lu po­ka­zu­je, że ich stra­te­gie zwal­cza­nia ob­cią­żeń nie są od­po­wied­nie, na­wet je­śli dzie­ci na po­zór wy­da­ją się nie­po­ru­szo­ne.