Więź - Anna Lester

-
Proszę czekać

Prolog

- Czy oni umarli?

Adam schronił się w małej ziemiance, w której jego ojciec zwykle przechowywał rzepę, brukiew, cebulę i inne warzywa lubiące ciemność. Zapach ziemi mieszał się z wonią składowanych plonów. Uchylona klapa przy suficie zapewniała dostęp świeżego powietrza, a Adam miał przez nią dobry widok na okolicę. Położenie na lekkim wzniesieniu pozwalało zobaczyć niemal całą wioskę. Widział ciała leżące wokół, ale nie był w stanie prawie nikogo rozpoznać. Za daleko.

Wszystko stało się bardzo szybko. Panował ruch typowy dla sobotniego poranka. Ludzie wybierali się do pobliskiej kapliczki Bogini, słońce świeciło przyjemnie, las okalający wioskę szumiał cicho. Wszędzie czuło się wiosnę, która nadeszła po długiej i stosunkowo srogiej zimie.

Adam skradał się w kierunku domu sołtysa. Zamierzał spotkać się po kryjomu z jego córką - Jagną. Zawsze mu się podobała, ale miał wrażenie, że przez zimę się zmieniła. Jej piękno stało się intrygujące, prawie bolesne. Długie jasne włosy dziewczyny pachniały płatkami róż, a rumiane policzki przypominały mu dojrzałe jabłka. Dlatego pomimo wyraźnego sprzeciwu jej rodziców ryzykował spotkania. Gdy potwory pojawiły się na polanie, on przemykał blisko krzewów dzikiej róży. Zauważywszy niebezpieczeństwo, ostrożnie przekradł się do komórki i tam schował. Najprawdopodobniej w ostatniej chwili, bo zaraz usłyszał pierwsze krzyki. Krzyki, które mroziły krew w żyłach i odbierały chęć ruchu. Chciałby wyjść i walczyć, pokazać, że jest mężczyzną, wojownikiem, lecz bał się jak nigdy w życiu i nie potrafił pokonać tego strachu. Mógł tylko bezsilnie patrzeć przez szparę na umierających sąsiadów.

Kiedy krzyki ucichły, potwory zaczęły krążyć po osadzie i zaglądać do domów. Węszyły, wydając przy tym złowrogie syczenie.

"Nie powinno ich tu być", pomyślał Adam. "Jest środek dnia".

Jeśli już się budziły, to zwykle po zmroku. Nocami, bez kapłanów, lepiej było nie opuszczać wioski. Kapłani radzili sobie z tymi bestiami bez problemów. Potrafili odesłać je tam, gdzie ich miejsce, czyli do Mroku. Bogini przecież czuwała. Ale teraz? Adam nawet stąd widział kapłana Jana leżącego na brzuchu. Wcześniej jeden z potworów długo się nad nim pochylał.

Nie wiedział, co się dzieje, był za daleko, słyszał za to szczękanie własnych zębów. Bał się, że i one je usłyszą.

I faktycznie, jeden ze stworów - czarny, futrzasty, z wielkimi kłami - zatrzymał się bardzo blisko komórki i zaczął wąchać. Miał postrzępiony ciemny płaszcz i nieludzką, szarą, bezwłosą twarz, a jego oczy płonęły czerwienią. Adam nigdy nie widział istot, które wydostały się z Mroku, lecz nie miał najmniejszych wątpliwości, że to właśnie jedna z nich. Bestia odwróciła się w jego kierunku i Adam pomyślał, że ona wie... Wie, że on tam jest. Zimny pot spłynął mu po czole, a gardło stało się nieznośnie suche.

Nagle coś zadudniło. Potwór spojrzał w górę i wrzasnął przeraźliwie, po czym rzucił się do ucieczki. Jego panika udzieliła się pozostałym, gdyż natychmiast pognały w stronę wioski. Nie biegły - raczej sunęły po ziemi - i prędko pochowały się w domach. Dudnienie stawało się coraz głośniejsze. Adam podniósł głowę i na moment zapomniał o strachu. Zachwycony obserwował niebo. Po chwili tuż obok leżącego kapłana wylądował biały smok z jeźdźcem na grzbiecie. Potężny podmuch wywołany przez ogromne skrzydła poderwał tumany kurzu. Adam poczuł ulgę. To Smocza Para. Zostali uratowani. O ile jeszcze ktoś przeżył...

Chłopak patrzył zafascynowany. Na masywny kark bestii opadała długa grzywa, jedwabista i pofalowana, a gdy smok złożył skrzydła, Adam dostrzegł, że mają odcień pożółkłej kości słoniowej. Smok wydawał się olbrzymi, ale wzbudził zaufanie. Może to za sprawą historii, które znał? Wiedział bowiem, że Smocze Pary bronią ludzi przed niebezpieczeństwami Mroku.

Wyprostowana smukła jeźdźczyni siedziała przez chwilę w bezruchu. Powoli ściągnęła kaptur, odsłaniając burzę czarnych włosów. Kiedy dotąd oplatająca ją smocza grzywa opadła na szyję smoka, kobieta sprawnie zsunęła się po skrzydle. Adam zapomniał o strachu. Ten widok go zachwycił, aż w jego sercu zakiełkowała jakaś dziwna tęsknota za przygodami, za beztroskim lotem na smoczym grzbiecie. Smok nagle jakby zebrał wszystkie cienie z okolicy - zawirowały wokół niego, a gdy się rozstąpiły, już go nie było na polanie. Zamiast niego obok jeźdźczyni znajdował się teraz ubrany w biel mężczyzna. Stali ramię w ramię i nic nie mówili.

Kobieta wskazała ciała, a jej towarzysz pokręcił głową.

"Oni używają telepatii", pomyślał Adam. Przypomniało mu się, jak opowiadała o tym jego matka. Smocze Pary nie potrzebowały słów, aby się porozumieć.

Mężczyzna rozglądał się uważnie. Na moment zatrzymał wzrok na ziemiance, lecz szybko się odwrócił i wyciągnął rękę ku jednemu z domów. Kobieta wyjęła miecz, po czym ruszyła we wskazanym kierunku, a jej kompan podążył za nią. Nie wyciągnął miecza, ale trzymał się blisko jeźdźczyni, więc Adam miał pewność, że jest bezpieczna.

Jeden z potworów ukryty dotąd w cieniu wyszedł i uniósł rękę, a z jego dłoni wystrzeliła intensywnie zielona wiązka mocy. Adam zasłonił sobie usta, żeby nie krzyknąć. Kobieta stworzyła wokół siebie i mężczyzny magiczną tarczę. Wroga energia uderzyła w barierę i rozpadła się z hukiem na setki zielonych iskier, które zgasły tuż nad ziemią. Bestie zaczęły błyskawicznie sunąć w stronę Smoczej Pary. Zapora powiększyła się i wzmocniła.

Mężczyzna dotknął tarczy i zanurzył w niej rękę. Magiczna sfera zafalowała.

- Saaz, co robisz?! - zawołała kobieta. - Biesy się przebiją! Nie widzisz?! Zaraz zginiemy!

Nagle wszystko zamarło. Jeźdźczyni zamarła w bezruchu, potwory zamarły. Jakby czas się dla nich zatrzymał.

Ubrany w biel mężczyzna poruszył się powoli i włożył do bariery drugą dłoń.

- Ach - powiedział na tyle głośno, że Adam go usłyszał. - Jak dobrze to poczuć...

Tarcza zadrżała niczym płomień świecy stojącej w przeciągu. Adamowi wydawało się, że nieznajomy wciąga energię. Zapora stopniowo bladła i malała, aż w końcu całkiem zniknęła. Mężczyzna dotknął stojącej bez ruchu towarzyszki, a wtedy ona zaczęła się kurczyć, jej skóra stała się nienaturalnie pomarszczona i wysuszona. Za to on wydawał się trochę większy, bardziej świetlisty i jaśniejszy.

Potwory nazwane przez kobietę biesami zaprzestały ataku. Tkwiły wpatrzone w mężczyznę, podczas gdy wysuszone ciało jeźdźczyni upadło. Adamowi znów zaczęły dzwonić zęby. Mężczyzna odwrócił głowę i wskazał ręką w jego kierunku. Potwory jak na komendę spojrzały w stronę ziemianki. Adamowi drżały kolana, zrobiło mu się niedobrze. Wiedział, że musi uciekać, ale nie mógł się ruszyć. Stał i obserwował, jak nieznajomy wyciąga dłoń ku ziemi, a ona z cichym trzaskiem pęka. Szczelina wypluła złowrogie zielone płomienie.

"Mrok", pomyślał chłopak w ostatnim przebłysku zrozumienia, nim pierwsze potwory znalazły się przy wejściu do ziemianki. "Otworzył przejście do Mroku".

Rozdział 1

Mgła otulała plac główny Akademii Sztuk Magicznych cuchnącym brunatnym kożuchem. Chociaż było jeszcze wcześnie, ciężkie chmury zasłaniały słońce i na zewnątrz panowały szarości właściwe dla popołudnia. Mina niechętnie wyszła z domu. Zawiało od pobliskiej manufaktury. Zapachy, które do niej docierały każdego ranka, dusiły swą intensywnością. Mimo że już dawno powinna się przyzwyczaić, miejski zaduch wciąż przyprawiał ją o mdłości.

Skierowała się ku południowej części głównego placu gildii, gdzie pod biurem rektora znajdował się czakram - jedno z ostatnich miejsc mocy w stolicy pozwalające magom czerpać energię do rzucania zaklęć. Mina rzadko z niego korzystała, nie musiała ani nie lubiła magazynować w sobie mocy.

Tymczasem jej śladowe zapasy już się kończyły, a miała dzisiaj spotkanie z klientem. Spotkanie, które zaaranżowała uczelnia. Akurat ona rzadko dostawała takie zlecenia, ale może brakowało rąk do pracy? Manufaktur w całym Imperium przybywało, magowie mieli co robić. Pomagali tam często, wspierając produkcję swoimi mocami.

Z zamyślenia wyrwał ją zimny dreszcz. Mijała właśnie górujący nad placem pomnik Imperatora Saaza. Naturalnej wielkości posąg z białego marmuru lśnił na cokole. Codzienne czyszczenie zapewniało mu nieskazitelny wygląd. Na kamiennej twarzy władcy widniał lekki uśmiech - w zasadzie było to tylko subtelne, niemal niezauważalne wykrzywienie kącika ust. Oczy, mimo że puste i pozbawione źrenic, zdawały się patrzeć z zimną pogardą przenikającą Minę do szpiku kości. Za każdym razem, gdy spoglądała na pomnik, miała wrażenie, że Imperator wpatruje się w nią z nienawiścią, choć wiedziała, że to jedynie złudzenie lub efekt kunsztu rzeźbiarza.

Jako magini zrzeszona w gildii miała obowiązek co jakiś czas uczestniczyć w egzekucjach. Nie wiedziała, dlaczego to dla Imperatora takie ważne, ale chciał mieć magów na widowni swojego pałacu. Raz na dwa tygodnie musiała się stawić na dziedzińcu z pręgierzem i oglądać, jak umierają ludzie. Sam władca nie pokazywał się na każdej egzekucji, lecz bywał na tych ważniejszych i wówczas przemawiał. Widziała go zwykle z daleka, ubranego w białe szaty. Dla niej był to pełen grozy widok - nie znosiła patrzeć na tego przerażającego starca z pergaminową, pomarszczoną skórą, ze szklistymi oczami i z koroną, która wydawała się go przygniatać. Zwykle mówił spokojnie, używał mądrych słów jak najlepiej wykształcony mistrz jakiejś gildii lub skryba, ale po tym wszystkim, co przeżywała w trakcie obserwowania egzekucji, Mina słyszała w jego głosie tylko śmierć.

Coś poruszyło się na czarnej koronie Imperatora. Mina drgnęła przestraszona. Na jednym z wierzchołków siedział kruk i wpatrywał się w nią uważnie, łypiąc to jednym, to drugim okiem. Zdziwiła się, widząc tu ptaka. Zwierząt było coraz mniej, zwłaszcza dzikich, ukrywających się daleko od stolicy - w lasach i w resztkach prastarych puszcz, które jeszcze pozostały na kontynencie. Powietrze w stolicy zdecydowanie im nie służyło, dlatego nawet ptaki stanowiły tu rzadkość. Ten wydawał się jednak silny i zdrowy, jakby miał pod dostatkiem jedzenia.

Niespodziewanie zatrzepotał skrzydłami i zniknął w brudnej mgle. Mina zastanawiała się, czy nie było to złudzenie spowodowane brakiem snu. Przyspieszyła kroku. Chciała jak najszybciej mieć czerpanie za sobą.

Dawniej czakram był znacznie grubszy; przy ziemi rozdzielał się na kilka żył, z których każda zasilała jeden z wydziałów Akademii Sztuk Magicznych. Teraz został z niego jedynie wąski strumień, ledwie na szerokość pięści dorosłego człowieka. Mina westchnęła cicho i stanęła na końcu kolejki, starając się nie zwracać na siebie uwagi. W brunatnej mgle postaci przed czakramem wyglądały jak rząd szarych zjaw. W Imperium ludzie dbali o to, by nie rzucać się w oczy; zresztą większość ubrań, jakie można było teraz kupić, była szara, bezbarwna i szybko się niszczyła. Dlatego nawet najlepiej sytuowani nie wyróżniali się specjalnie.

Była to pora przeznaczona dla zwykłych magów zrzeszonych w gildii - profesorowie mogli czerpać energię wieczorami i popołudniami, a także mieli prawo do gromadzenia znacznie większych ilości mocy.

Przed Miną stały dwie młode czarodziejki. Obydwie od kilku lat były już dyplomowanymi maginiami; ich białe, jasno świecące aury poprzetykane licznymi złotymi nićmi mocy wskazywały na spory talent magiczny. Nic dziwnego, osoby z większymi umiejętnościami zazwyczaj zostawały w akademii dłużej, a te mniej uzdolnione przenosiły się do innych części Imperium. Mina stanowiła wyjątek - mimo że nie była utalentowana, pozostała na uczelni, ale nie pracowała na jej rzecz. Prowadziła własną praktykę, a możliwość mieszkania w murach instytucji zawdzięczała macosze. Była to jedna z nielicznych korzyści, jakie jej przyniosło życie z profesor Irmą Tauber.

Wyższa z czarodziejek skryła długie ciemne włosy pod kapturem, tak że wystawały tylko nieliczne kosmyki. Tak jak Mina nasunęła szalik na twarz, by nie wdychać niezdrowych oparów. Jej towarzyszka, chorobliwie blada, przygarbiona blondynka, wyglądała na zmęczoną. Mina znała obie z widzenia - chodziły kiedyś na wspólne wykłady z historii magii. Naciągnęła kaptur głębiej, by nie zostać rozpoznaną.

- Jak myślisz, kiedy zgaśnie? - usłyszała pytanie wyższej czarodziejki.

- Podobno mają jeszcze bardziej ograniczyć czerpanie, przynajmniej zrzeszonym - szepnęła blondynka.

- Zdechniemy z głodu, już teraz ledwo jestem w stanie zrobić to, czego oczekują w świątyni - westchnęła wyższa.

- Zdechniemy z głodu, jak nie będzie gdzie zaczerpnąć. Co wtedy? Do manufaktury? Burdelu? Co innego możemy robić, jeśli nie będzie skąd czerpać?

- Może potomkom wielkich rodów nie będą kazali...

- Głupia jesteś, Ida - mruknęła blondynka. - Wielkie rody czy nie, wszyscy jesteśmy równi w oczach naszego pana, Imperatora.

- Oby mu gwiazdy oświetlały drogę - dodała wyższa. Mina nie mogła się oprzeć wrażeniu, że słyszy przekąs w jej głosie. No cóż, może i magowie byli postrzegani jako gorliwi wyznawcy Imperatora, ale sami się za takich nie uważali.

Kolejka przesuwała się dość sprawnie, magowie podchodzili do czakramu i z łatwością czerpali z niego moc. Mina obserwowała ich z zazdrością. Mimo wielu lat spędzonych na uczelni i nieustannego kontaktu z magią wciąż miała ogromne problemy z jej kontrolowaniem.

- Nieee! Nie!

Ciszę rozdarł tak donośny krzyk rozpaczy i bólu, że Mina poczuła go fizycznie, wibrował w niej boleśnie. Jakby coś zimnego dotknęło jej głowy, wstrzymała oddech przejęta grozą. Nagle zrobiło się szarzej i straszniej.

- NIEEE! Ja nie kolaborowałam, gdzież ja bym mogła! Ja mam dzieci... To pomyłka!

Mina miała ochotę zasłonić uszy i przestać słyszeć, zamiast tego jednak się rozejrzała. Krzyk dobiegał ze schodów prowadzących do gabinetu rektora.

- Nie! Nie! Nie! Zostawcie mnie, jestem niewinna! Nie pójdę z wami!

Dwóch strażników wyprowadzało szamoczącą się postać. To była Anastazja, asystentka rektora. Mina poczuła zimny pot na czole. Odruchowo schowała w kieszeni paczkę ze wzmocnionym rumiankiem dla dwóch malutkich synków Anastazji. Miała jej przekazać zioła podczas wizyty u rektora. W drugiej kieszeni miała trochę wzmocnionej melisy przygotowanej specjalnie dla męża Anastazji. Męża, którego harówka w manufakturze tak zniszczyła, że teraz nie był w stanie utrzymać się na nogach, a co dopiero pracować. Anastazja dźwigała na barkach cały ciężar utrzymania rodziny.

- Nie! Nie! To błąd, błąd! Błagam! Zostawcie mnie, przysięgam, to nie ja!

Mina odruchowo się skuliła. Strach i rozpacz kobiety ją przenikały. Poczuła jej strach, desperację i przerażenie. Pomyślała, że to musi być pomyłka. Co takiego mogła zrobić Anastazja? Była przecież jedną z najłagodniejszych osób na uczelni. Minie nie mieściło się w głowie, by ktoś taki stanowił zagrożenie dla Imperium.

Musiała zmrużyć oczy, gdyż niespodziewanie zrobiło się dużo jaśniej i cieplej, jakby zima w jednym momencie się skończyła zastąpiona letnim dniem. Ifryt sunął przez główną bramę, pozostawiając za sobą smugi żaru. Pomimo ciepła Mina poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Już wiedziała, że nie ma nadziei dla Anastazji. Od ifrytów lepiej się trzymać z daleka; ich uwaga oznaczała śmiertelne zagrożenie. Na powierzchni doliczono się dziesięciu ognistych demonów, a miały one siłę równą całej armii. Ich obecność dawała Imperatorowi przewagę, o której inni władcy mogli tylko marzyć.

Ifryt z początku przypominał ognisty pocisk, lecz gdy dotarł na plac, przybrał kształt zbliżony do ludzkiej sylwetki. Mina się wzdrygnęła. Zdecydowanie wolała jego naturalną formę, ifryty w ludzkiej postaci przerażały ją jeszcze bardziej. Skóra demona miała niepokojącą, głęboko czerwoną barwę, a on sam był prawie nagi - nosił jedynie krótkie spodnie i przecinający plecy ciemny pas z mieczem.

Ifryt przez chwilę unosił się nad ziemią, po czym zbliżył się do Anastazji. Ta przestała się wyrywać, prawie zawisła w ramionach strażników. Najwyraźniej dotarło do niej, że oto nastał kres nadziei. Nikt, kto zniknął w towarzystwie ifryta, nie pojawiał się więcej wśród żywych. Strażnicy ruszyli w stronę wyjścia z kampusu, prawie ciągnąc Anastazję, a ifryt sunął powoli za nimi. Skoro przybył, nie mogło chodzić o zwykłe przestępstwo. To musiało być coś związanego bezpośrednio z Imperatorem... Ale jakim cudem Anastazja tak mu zalazła za skórę? Może to faktycznie pomyłka... Nie pierwsza i nie ostatnia. Imperator i jego ludzie byli znani z tego, że najpierw aresztowali, a potem pytali, przy czym nie zawsze dochodziło do pytań. Jeśli to nieporozumienie, będzie tragiczne dla całej rodziny Anastazji.

Plac ogarnęła martwa, ciężka cisza. Mina rozejrzała się i dostrzegła rektora stojącego w drzwiach. Odprowadzał Anastazję wzrokiem, a kiedy ta zniknęła za bramą, spojrzał na zgromadzonych ludzi.

- No, drodzy państwo, koniec widowiska! - krzyknął. - Czerpać!

W jego głosie brzmiało rozdrażnienie. Pewnie nie był zadowolony z utraty asystentki. Poza tym aresztowanie tak bliskiej współpracowniczki musiało się wiązać z nieprzyjemnym przesłuchaniem.

Mina obserwowała, jak rektor rozgląda się po tłumie, który posłusznie ustawił się z powrotem w kolejce.

- Pani Tauber! - zawołał w jej kierunku. - Spóźnię się kilka minut, ale proszę na mnie czekać!

Drgnęła, lecz kiwnęła głową. Teraz wszyscy odwrócili się i popatrzyli w jej stronę, aż miała ochotę zapaść się pod ziemię. Czarodziejki przed nią wymieniły wymowne spojrzenia. Zapewne właśnie się zastanawiały, czy nie powiedziały za dużo.

Nastroje zebranych wyraźnie się pogorszyły. Zrobiło się bardzo cicho, skończyły się rozmowy i szepty. W Imperium aresztowania zdarzały się często, ale aresztowania angażujące ifryta albo wymierzone w osoby dobrze znane na uczelni? To dość wyjątkowe. Mina oddychała powoli, próbując się uspokoić. Przejmująca rozpacz Anastazji ciągle powracała w jej myślach.

Czarodziejki przed nią stały już na początku rzędu. Pierwsza i druga zaczerpnęły bez wahania, zanurzając dłonie w mocy.

- Pani Tauber... teraz pani kolej - rozległ się głos maga nadzorującego kolejkę.

Mina znów przełączyła się na Wzrok i dostrzegła pulsujący, złocisty strumień energii. Wirował powoli, błyskając światłem, które mogli zobaczyć tylko magowie. Zaciskając wargi, podeszła powoli do czakramu. Wyciągnęła ramię i zobaczyła, że lekko drży jej dłoń. Westchnęła. Powinna zdjąć rękawiczkę, byłoby łatwiej złapać moc, ale nie lubiła szeptów, które słyszała, kiedy to robiła. Jej blizny rzucały się w oczy i nic na to nie mogła poradzić. Z tyłu zdążyło się ustawić już więcej osób. Mag pilnujący czakramu patrzył na nią uważnie. Znał ją i jej możliwości. Mina była prawie pewna, że mężczyzna się zastanawia, czy wszystko pójdzie dobrze. Spięła się i niemalże zmusiła do wyprostowania ręki. Pociągnęła nieco mocy, ale energia zaczęła płynąć szybciej, niż zakładała - wręcz w nią uderzyła. Świat wokół zawirował.

"Gorąco!", pomyślała. "Za gorąco!"

Syknęła, próbując powstrzymać błyskawicznie płynącą moc. Znowu traciła kontrolę i wszyscy mogli zobaczyć jej niekompetencję. Lęk i desperacja przydały się tym razem, pomogły nie zwracać uwagi na ból. Dobrze wiedziała, że jeśli się podda, później będzie cierpiała dużo, dużo mocniej. Zdołała zamknąć strumień i odetchnęła z ulgą. Przez moment stała z opuszczonymi ramionami, przed oczami pojawiły się jej mroczki, ale ból powoli znikał.

- No, pani Tauber... no... - mruknął mag. - Wie pani, że właśnie przekroczyła limit? Co mam wpisać w rejestrze? Pierwszy raz pani czerpie czy jak?

- Przepraszam - szepnęła zawstydzona.

Spuściła wzrok, odwróciła się i nie patrząc na nikogo, ruszyła w stronę dziekanatu. Odruchowo wyłączyła Wzrok - nie był jej już potrzebny. Zaklęcie magicznego widzenia nie sprawiało trudności nawet jej, ale oszczędności stanowiły konieczność. Z przyzwyczajenia dbała o swoje zasoby energii i zwykle trzymała magiczny Wzrok wyłączony. Idąc, próbowała rozmasować dłoń. Bolało strasznie. Podejrzewała, że skóra na palcach będzie przez kilka dni zaczerwieniona.

- Bogini, dopomóż - mruknęła. - Oby reszta tego dnia okazała się spokojniejsza.

Wkrótce przekroczyła próg gabinetu rektora Akademii Sztuk Magicznych i jednocześnie Wielkiego Mistrza Gildii Magów, Aleksandra Durowa. Rektor od zawsze budził w Minie niepokój. Kiedy macocha żyła, traktował ją, łagodnie mówiąc, chłodno. Nie dziwiła się mu. Nikt nie wiedział, że nie była biologiczną córką Irmy Tauber. Jej macocha pracowała w Ministerstwie Kontroli nad Magią jako łączniczka pomiędzy urzędnikami, światem Wielkiego Imperatora Saaza i Akademią Sztuk Magicznych. Dbała o to, by uczono tego, czego życzył sobie Imperator. Nadzorowała niszczenie ksiąg zakazanych, donosiła na tych mniej chętnie współpracujących profesorów i uczniów. I choć kobieta nie żyła już od dwóch lat, do Miny przylgnęła etykieta córki Irmy Tauber. Stąd się wzięła reakcja magów w kolejce - większość uczących się pamiętała Irmę i jej nienawidziła. Magowie na uczelni myśleli, że Mina jest taka sama jak matka. Jakby miała jakikolwiek wpływ na to, kto ją adoptował.

Mina mimo wszystko uważała, że rektor potrafił dobrze zarządzać akademią. Uczelnia i gildia od wielu lat współpracowały z władzami Imperium. Durow starał się dostosować do rosnących wymagań. Mina jako jedna z nielicznych dostrzegała fakt, że naprawdę walczył. Pamiętała dyskusje i kłótnie między nim a macochą. Stawiał opór każdej niekorzystnej decyzji urzędników, usiłował zniwelować nakładane ograniczenia. Często były to beznadziejne, skazane na porażkę batalie, mimo to próbował. I Mina za to go ceniła.

Rektor stał przy oknie, odwrócony plecami. Nie odzywał się i Mina przez chwilę stała niepewna, co zrobić.

- Wzywał mnie...

- Myślę, że pani dobrze wie, co to znaczy, gdy Imperator się kimś zainteresuje - przerwał jej.

Zamarła. Nie spodziewała się takiej bezpośredniości z jego strony.

Durow odwrócił się powoli. Trzymał w rękach drewnianą figurkę smoka. Mina przełknęła ślinę, czując na sobie jego badawcze spojrzenie.

- Ja... - zaczęła ponownie, ale głos uwiązł jej w gardle.

- Proszę usiąść - mruknął mężczyzna i wskazał krzesło. Zupełnie niepotrzebnie. W pomieszczeniu nie było więcej krzeseł.

W niedużej sali przy ścianie stała półka uginająca się pod ciężarem książek, a większość przestrzeni wypełniało wielkie drewniane biurko z papierami rozrzuconymi na nim w nieładzie. Mina już dawno zauważyła, że ten nieład jest pozorny, a jeśli Durow chciał coś znaleźć, robił to błyskawicznie. Rektor odłożył smoka na biurko. To jedyna rzecz na całej uczelni - poza książkami - przypominająca czasy, gdy smoki latały po niebie Immalirienu.

Profesor patrzył na nią uważnie zza ogromnych okularów. Spojrzenie miał groźne; ten efekt wzmacniały krzaczaste czarne brwi i orli nos. Mina pogratulowała sobie decyzji o nałożeniu grubszej warstwy kremu usuwającego rumieniec. Opracowanie tej receptury kosztowało ją trochę wysiłku, lecz specyfik potrafił pomóc w wielu sytuacjach.

- Miałem plan - powiedział rektor - żeby zmniejszyć o połowę pani prawo do czerpania mocy. Ze względu na wyniki osiągnięte na akademii i fakt, że zajmuje się pani głównie ziołami, jest pani pierwsza na liście do takich cięć.

"Aż o połowę!", jęknęła w duchu. "Przecież już w ogóle nic nie zarobię!"

To bardzo zła wiadomość. Sama widziała, że czakram jest coraz słabszy i cieńszy, ale czy sytuacja wyglądała aż tak dramatycznie? Czy takie cięcia były naprawdę konieczne? Spróbowała coś powiedzieć, Durow jednak podniósł palec wskazujący.

- Proszę mi nie przerywać! Dodatkowo miałem potwierdzić zakończenie pani współpracy z Wojskową Szkołą Jeździecką. Nie zaliczyła pani wczorajszego egzaminu.

Spuściła wzrok z rezygnacją. Po co się oszukiwać? On nawet nie pozwoli jej się wypowiedzieć...

- Ale... - Tu rektor zawiesił głos, podrapał się po brodzie i zaraz kontynuował: - Dostała pani ostatnio jakieś... zaproszenia? Coś nieoczekiwanego? Coś od Imperatora?

Mina podziękowała w myślach Bogini za swój krem. Teraz jej policzki byłyby już krwistoczerwone. Ostatnie, czego by chciała, to żeby Durow podejrzewał ją o szpiegowanie na rzecz Imperatora.

- N... nie od Imperatora - zaprzeczyła szybko. - Kapłani poprosili mnie o pomoc, ale to chyba nic istotnego.

Faktycznie otrzymała propozycję współpracy nad zaklinaniem lamp magicznych. Miała się stawić za dwa dni na rozmowę w pałacu. Zbagatelizowała sprawę, myśląc, że może to forma cięcia kosztów. Sprzedawała swoje usługi tanio, a Imperium od niedawna szukało wszędzie oszczędności. Potrzebowała pieniędzy, wszystko drożało w zastraszającym tempie, dlatego nawet ucieszyła się z tego zaproszenia. Ale jeśli Durow o tym mówił, to znaczyło, że dowiedział się o tym zaproszeniu i z jakiegoś powodu go zaniepokoiło. Czyli może chodziło o coś poważniejszego? Złe przeczucie zaczęło kiełkować w jej sercu.

- Hmm. - Zamyślony rektor znów podrapał się po brodzie. - Może tak, może to nic znaczącego. Ale... na wszelki wypadek nie ograniczymy pani dostępu do zasobów magicznych. Jeśli to zlecenie będzie wymagało więcej mocy, to my oczywiście nie chcemy przeszkadzać.

Uśmiechnął się nieco krzywo i pokręcił głową, jakby chciał podkreślić niechęć do przeszkadzania.

- Wszystko ku chwale naszego Pana Imperatora Saaza - dodał po chwili.

Mina już otwierała usta, żeby podziękować, lecz znów nie dał jej dojść do słowa.

- Zdążyłem porozumieć się z rektorem uczelni wojskowej. Będzie pani miała zaliczony egzamin. Warunkowo. Uznaliśmy, że i tutaj nie chcemy przeszkadzać. Tak że będzie pani mogła kontynuować naukę jazdy konnej.

Teraz już zaczęła się bać. Zaproszenie z dworu Imperatora miało wyraźnie daleko idące konsekwencje. O co tu chodziło?

- Pani Mino... - Rektor zrobił pauzę, a potem kontynuował z wahaniem: - Imperator szuka czasem... nietypowych talentów.

- Nietypowych talentów? - powtórzyła z niedowierzaniem. Zastanawiała się, o co chodzi. Przecież ona ledwo panowała nad tymi typowymi.

Rektor zmrużył oczy, jakby pomyślał o tym samym.

- No tak... Może martwię się na wyrost - powiedział z namysłem. - Muszę się przygotować do wykładu, więc jeśli nie ma pani pytań, zakończmy naszą rozmowę.

- Ja... - odezwała się, ale spojrzał na nią takim wzrokiem, że pokiwała tylko głową, wstała i ruszyła w kierunku drzwi.

- I proszę pamiętać o dzisiejszym kliencie! To też ważna sprawa, chciałbym, żeby potraktowała ją pani priorytetowo, tak jak zaklinanie lamp w pałacu Imperatora - dodał profesor. - I jeśli cokolwiek się wydarzy, proszę dać znać. Ja mogę... pomóc.

Popatrzyła na niego kompletnie zbita z tropu, lecz on już zamykał za nią drzwi. Nie dał jej szans na odpowiedź.

Mina opuściła kampus Akademii i skierowała się w stronę warsztatu, gdzie miała zaplanowane spotkanie z klientem uczelni. Zauważyła kątem oka nowe napisy na murach gildii.

"MAG TO SZMATA, ZDRADZI BRATA!", przeczytała.

Widziała też znak rebeliantów - otoczoną promieniami koronę z literą E w środku. Symbol ostatniej królowej. Dwóch robotników pracowało nad zmyciem napisu, najwyraźniej jednak użyto mocnej farby. Mina nie rozumiała nieufności mieszkańców Immalirienu wobec magów. Fakt, że ci drudzy współpracowali z Imperatorem, był powszechnie znany. Mimo wszystko przecież nie oni decydowali, co Imperator zamierza zrobić... Zdawała sobie sprawę, że są magowie, którzy mu donoszą, ale miała wrażenie, że to raczej wyjątki. Wydawało jej się niesprawiedliwe, że nawet ci robotnicy, którzy przychodzili kupować u niej wzmocnione zioła, patrzyli na nią podejrzliwie. W głębi duszy sprzyjała rebelii, choć wiedziała, że każdy otwarty sprzeciw wobec Imperatora mógł się skończyć na pręgierzu.

Przed spotkaniem z klientem miała jeszcze jeden zaplanowany przystanek. Chciała odwiedzić mieszkającą po drodze znajomą, panią Józefinę, do której nie zaglądała od dwóch dni. Staruszka była na tyle niedołężna, że Mina obawiała się przedłużać swoją nieobecność.

Dotarła do rogatek miasta. Weszła na most i odruchowo spojrzała na mury miejskie. Tym razem świeciły pustkami; żadne zwłoki nie kołysały się na długim sznurze.

To właśnie tutaj pięć lat temu poznała panią Józefinę.

Tamtego dnia stała jak skamieniała, wpatrzona w wisielców. Na linach przy murze zawiśli jej przyjaciele - jedyni, jakich miała w akademii - a nad ich głowami widniało czerwone płótno z napisem: "Tak kończą głupcy, którzy próbowali bawić się z Imperatorem w dziecinne gierki".

Ogłoszono, że byli rebeliantami. Mina wlepiała wzrok w ciała i czuła taką grozę, że aż brakowało jej powietrza w płucach, a w oczach pojawiły się łzy.

- Dziecinko - usłyszała wtedy ledwo słyszalny szept staruszki. - Dziecinko, nie wolno płakać, kiedy Ogniści Panowie patrzą.

Dwa ifryty rzeczywiście patrzyły prosto na nią. Opanowała się z trudem i odwróciła; zobaczyła za sobą zgarbioną staruszkę.

Ta uśmiechnęła się ciepło.

- Chodź, dziecinko - powiedziała. - Tutaj nie jest bezpiecznie.

Mina skinęła głową, czując, jak kolana się pod nią uginają. Ruszyły razem w stronę bocznej uliczki.

- Jestem Józefina Thalarys - przedstawiła się staruszka. Co chwila spoglądała na nią z zainteresowaniem. - Nie mogłam oderwać od ciebie wzroku... tak bardzo przypominasz mi kogoś, kogo znałam dawno temu. Kogoś ze szlacheckiego rodu. Pozwolisz, że zaproszę cię na herbatę?

Mina, ogarnięta strachem i smutkiem, bez wahania ruszyła za nią. Byle dalej od wisielców, byle dalej od ifrytów. Niedługo później znalazły się w małej lepiance, już wtedy bardzo skromnej, choć schludnie utrzymanej.

Od tamtego dnia Mina odwiedzała Józefinę najczęściej, jak mogła. Niestety staruszka coraz rzadziej ją poznawała, a coraz częściej traciła kontakt z rzeczywistością.

Mina otrząsnęła się z zamyślenia i przekroczyła próg lepianki Józefiny.

- Z tego będzie jakieś nieszczęście - usłyszała zdenerwowany kobiecy głos i zatrzymała się odruchowo.

- Wiem. - Drugi głos znała, należał do Dagny. Pracowała w warsztacie nieopodal i często odwiedzała staruszkę.

- Józefina coraz mniej rozumie, co się dzieje. W końcu uzna ją za jedną z nas i to nas zgubi, zobaczysz! Na Boginię, to przecież magini! Mieszka w tej swojej gildii! Wiesz dobrze, kim była jej matka!

- Anastazja kazała czekać - odpowiedziała Dagna. - Góra ma się tym zająć. Wiesz, że gdyby nie ona, Józefina by już nie żyła. Sama widzisz, że po tych ziołach da się jeszcze z babcią pogadać i czegoś dowiedzieć...

- Wszystkie wylądujemy na pręgierzu! - rzuciła nieznajoma ze strachem.

Mina poruszyła się mimowolnie. Stare deski w podłodze zaskrzypiały. Robotnice podskoczyły przerażone i odwróciły w jej kierunku głowy. Gdyby Mina się nie domyśliła, że mówią o niej, to te dwie pary wystraszonych oczu wystarczyłyby za dowód.

- Dzień dobry - przywitała się.

- Och... Dzień dobry, pani Tauber. - Dagna ukłoniła się nisko. - My musimy już iść. - Pociągnęła towarzyszkę.

- Matka nauczyła cię podsłuchiwać, co, wiedźmo? - syknęła nieznajoma, gdy mijała Minę w progu.

W tym zdaniu tkwiło tyle nienawiści i złości, że Mina zamarła sparaliżowana. Kiedy opanowała się na tyle, by odpowiedzieć, obie kobiety były już daleko. Spodziewała się odzyskać równowagę u pani Józefiny, ale zamiast tego poczuła jeszcze większy niepokój. Obecność robotnic w lepiance nie była niczym niezwykłym - pomagały staruszce i sprzątały. Jednak to, co mówiły, było szalenie podejrzane. Czy rozmawiały o tej samej Anastazji, która została aresztowana? Chyba nie. Mina wątpiła, żeby Anastazja miała powiązania z robotnikami. Mimo wszystko... Na domiar złego podczas ostatniej wizyty znalazła na stole ulotkę z nagłówkiem "Wolny Immalirien!". Szybko spaliła ją w piecu, sądząc, że ktoś zostawił to przez nieuwagę, zapomniał zniszczyć. Czyżby próbowano się bawić w rebelię w domu pani Józefiny?

Weszła do małego pomieszczenia służącego za kuchnię i rozpakowała zioła: wyhodowaną przez siebie szałwię i miłorząb kapłański. Wzmocniona odpowiednio szałwia pomagała Józefinie na bóle stawów. Wzmocniony miłorząb trochę ją rozbudzał, pozwalał myśleć jaśniej. Był trudno dostępny, lecz Mina uważała, że warto włożyć nieco wysiłku w jego zdobycie. Brakowało jej ciepłych i mądrych słów staruszki.

Rozpaliła ogień i zaczęła przygotowywać miłorząb do zaparzenia. Wyglądało na to, że nie używano paleniska od kilku dni. Takie okresy bezruchu zdarzały się u pani Józefiny ostatnio często.

Przy stoliku leżało trochę czosnku oraz fachowo zwiniętej suszonej mięty. Mina miała z robotnicami niepisany układ: one dostarczały zioła, a ona sprzedawała im tanio gotowe mieszanki; najbardziej potrzebującym oferowała czasami pomoc zupełnie za darmo. Ucieszyła się, bo znalazła też kozłek imperialny. Wzmocniony w odpowiedni sposób świetnie uspokajał i usypiał. Wiedziała, że środki uspokajające są niebywale potrzebne robotnikom. Zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób podpadli swoim nadzorcom. Kary stosowane przez Imperium często nie zostawiały ran na ciele. Ale w duszy... Po czymś takim wszystko, co koiło lęk, było na wagę złota. Zresztą nawet najposłuszniejsi robotnicy żyli w ciągłym poczuciu zagrożenia.

Kiedyś, w szczęśliwych czasach, Imperium było krajem rolniczym. Nikt nie używał wtedy obecnej nazwy; krainę zwano Immalirienem. Gdy nastały rządy Imperatora, a mieszkańcy zostali zmuszeni do robót w manufakturach i zakazano uprawy roślin, coś zostało ludziom wydarte. Mina miała wrażenie, że zmuszanie rolników do pracy w takich miejscach stanowiło gwałt na ich naturze. Szybko stali się apatyczni, ospali, a życie nie sprawiało im radości. Wzmocnienia powodowały, że zioła działały trochę lepiej. Mina nieraz się zastanawiała, kiedy ktoś z otoczenia Imperatora - może jakiś urzędnik - uzna jej działania za zakazane. Na razie, dopóki mogła, nie przestawała pomagać. Oto jej osobista, cicha rebelia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie było w tym nic spektakularnego. Robiła tyle, na ile pozwalał jej strach.

Józefina siedziała na fotelu, wpatrując się mętnym wzrokiem w brudne okno. Delikatnym, pieszczotliwym gestem dłoni gładziła suknię. Znów tkwiła w świecie, w którym trzyma swoją kotkę na kolanach, zanim jeszcze Imperator odebrał poddanym wszystkie zwierzęta domowe. Staruszce trudno było się z tym pogodzić. Zdarzało jej się zapomnieć, że kota od wielu lat nie ma. Mina poczuła wzruszenie. Przyłożyła Józefinie do ust gliniany kubek pełen herbaty z miłorzębu. Staruszka musiała być spragniona, bo wypiła duszkiem całą porcję ziół. Ponieważ na efekt naparu trzeba było chwilę poczekać, Mina uprzątnęła w tym czasie pomieszczenie.

- O, jesteś, moje dziecko. Chyba przysnęłam.

- Tak, pani Józefino. Przyniosłam trochę jedzenia. Proszę zjeść.

Mina rozpakowała chleb i masło. Nalała też Józefinie do miski trochę rzadkiej owsianki.

- Rozpieszczasz mnie. - Staruszka się uśmiechnęła. - A ty chyba płakałaś?

Mina drgnęła zawstydzona.

- Źle spałam - powiedziała cicho. Lubiła Józefinę, ale trudno jej było rozmawiać o sobie, nawet z tą ciepłą kobietą. - A tu woda - zmieniła temat. - Proszę dziś pić tylko z tego dzbanka.

Woda w mieście pogarszała się z każdym dniem. Ta z Akademii Sztuk Magicznych wciąż miała znośny smak. Z pewnością zawierała mniej zanieczyszczeń niż ta z miejskich ujęć.

- Dziękuję, Mino.

- Jak się pani dzisiaj czuje?

- Źle, jak zwykle ostatnio. Myślę, że ta zima będzie moją ostatnią.

- Oj...

- Nie, nie... - przerwała jej starsza pani. - Ja się cieszę. Byłam szlachcianką, potem zostałam robotnicą... na końcu żebraczką. Mam nadzieję, że śmierć nie będzie gorsza. Przeżyłam piekło na ziemi, chyba należy mi się trochę spokoju...

Mina przygryzła wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Pani Józefina popatrzyła na nią uważnie i przytomnie.

- Ale ty, Mino Tauber, dałaś mi trochę radości na tym świecie...

Mina pokręciła głową nieco zmieszana.

- Cieszę się, że mogłam cię poznać. I... - Staruszka chwyciła jej rękę. - Jak umrę...

Mina znów chciała coś powiedzieć, ale rozmówczyni ścisnęła jej dłoń trochę mocniej. Rozejrzała się, jakby coś ją nagle zaniepokoiło.

- Nie przerywaj, słoneczko, dopóki myśli mi się jeszcze nie plączą - wtrąciła szybko, nie zwalniając uścisku. Mina powstrzymała odruch odsunięcia się. Nie lubiła, gdy ktoś dotykał jej rąk, nawet przez rękawiczki. - Jak umrę - kontynuowała staruszka - weź, proszę, książkę... Dałabym ci dwie książki tak naprawdę, ale nie chcę, żebyś trzymała coś, przez co możesz mieć problemy.

Staruszka na moment zamilkła, zbierając myśli. Mówienie przychodziło jej z widocznym trudem. Miłorząb przestawał działać.

- Gdyby to było bezpieczne, dałabym ci... - Józefina szeptała tak cicho, że Mina musiała się pochylić, żeby coś usłyszeć. - Dałabym ci ją, pracę Amelii Calderon, tę o Smoczych Parach. Jak umrę... - Głos kobiety zadrżał, załamał się. - Zniszcz ją. Natychmiast. Spal. Już dawno powinnam to zrobić. Ale nie mogę, nie mogę się na to zdobyć... Nie pozwól, by wpadła w niepowołane ręce.

Staruszka zaczęła się trząść. Z trudem wyciągnęła drżącą rękę i wskazała na skrzynię stojącą pod olbrzymim portretem Imperatora. Mina pierwszy raz zwróciła na nią uwagę. Kufer był zakurzony i wyglądał zwyczajnie, nie przyciągał wzroku.

- J... ja nie rozumiem - zająknęła się Mina. Niepokój Józefiny był zaraźliwy. Co to za księga? W co się wpakowała staruszka?

- Tam jest drugie dno, w tej skrzyni - wyszeptała Józefina. - Tam są moje najcenniejsze książki, weź dla siebie historię wielkich rodów. To nie jest zakazana pozycja. Może odnajdziesz tam swoje dziedzictwo. Jestem pewna, że musisz być szlachcianką. Zachowujesz się jak dawna, dobra szlachta, ta, którą znam z moich czasów. Stare, szlachetne rody... Ten twój zadarty nosek, idealnie brązowe włosy... nawet twoje bystre spojrzenie... Uwierz mi, ja znam się na szlachcie...

Mina poczuła nagły, bolesny ucisk w gardle, jakby niewidzialna dłoń zacisnęła się na jej krtani. Musiała kilkakrotnie zamrugać, bo kontury pokoju niebezpiecznie się rozmyły.

- Pani Józefino, jestem tylko córką nauczycielki - odpowiedziała, nie patrząc na staruszkę.

- Chciałabym, żeby świat wrócił do swoich starych, pięknych dni - rozmarzyła się kobieta. Jej spojrzenie stało się zamglone, odległe. Znów zaczęła głaskać swoją suknię.

Mina westchnęła cicho i wstała. Staruszka wracała do swojego świata, czas na rozmowę się kończył.

"Mina Calharys", pomyślała, patrząc na Józefinę. "Nazywam się Mina Calharys, a nie Tauber. Ale to nie jest rzecz, którą warto się chwalić. Nie w tym świecie".

- Oooch... to mroczny omen - jęknęła Józefina, a jej spokojna, zamyślona twarz zmieniła wyraz. Miała szeroko otwarte oczy, utkwione w czymś za oknem i wyglądała na przerażoną. - Moje chwile są policzone!

W jej głosie zabrzmiało coś takiego, że ten strach natychmiast udzielił się Minie. Serce podskoczyło jej do gardła. Odruchowo podążyła za spojrzeniem staruszki. Na spękanym szarym dachu sąsiedniej lepianki siedział kruk. Nagle ptak obrócił łeb. Przysięgłaby, że zanim rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, jego oczy błysnęły nienaturalną, głęboką czerwienią jak dwa rozżarzone węgle.

Przebiegł jej po kręgosłupie lodowaty dreszcz. Pomyślała o aresztowaniu Anastazji, zaniepokojeniu rektora związanym z zaproszeniem i nietypowym zachowaniu Józefiny. Co się dzieje? Czy to naprawdę mroczny omen?

"Nie", pocieszyła się w duchu. "Na pewno nic się nie dzieje, po prostu w Imperium każdy boi się własnego cienia".

Rozdział 2

Dzwony zabiły, zbliżało się południe. Mina szybko uprzątnęła zioła na stole, rozłożyła koc na kolanach Józefiny i szybkim krokiem opuściła jej dom. Prawie biegła ulicami stolicy. W zasadzie powinna być już w swoim warsztacie. Nie chciała, aby klient czekał. Potrzebowała jego pieniędzy, zwłaszcza jeśli był tak zamożny jak inni zleceniodawcy uczelni. Nie zarabiała dużo, bo robotnicy zwykle nie mogli opłacić jej usług. Nierzadko rozliczali się tylko barterem. W Imperium wszystko kosztowało. Nieliczne osoby, które pozwalały sobie na wydawanie pieniędzy, najczęściej kierowały się do bardziej prestiżowych warsztatów prowadzonych przez uzdolnionych magów z gildii.

Ponieważ pobyt u Józefiny przedłużył się bardziej, niż zakładała, zmieniła trasę. Zbliżała się do cmentarza. Gdyby miała więcej czasu, zdecydowanie nie szłaby tędy. Dzielnica elfów, zwana potocznie cmentarzem, była najbardziej opustoszałym miejscem w przepełnionej ludźmi stolicy. Nikt bez potrzeby nie pojawiał się tutaj - nawet najbardziej oddani słudzy Imperatora wybierali inną drogę. Dawniej to miejsce tętniło życiem, potem stało się szarym gettem, które w dniu pogromu zamieniło się w piekło, a dziś było cmentarzyskiem.

Pogrom nastąpił nagle. Kilka godzin wystarczyło, by z kolorowej, radosnej elfiej dzielnicy zostały tylko niezamieszkałe budynki. Nawet teraz, po latach, we wnętrzach kryły się przedmioty codziennego użytku: zabawki, zniszczone książki, kuchenne drobiazgi. Żaden szabrownik, nawet najzuchwalszy, nie odważył się zabrać czegokolwiek. Od czasu czystek nikt nie tknął tego miejsca; niczego nie uporządkowano, niczego nie przywrócono. Wymownymi śladami po mieszkańcach były pootwierane drzwi i gdzieniegdzie firany w oknach.

Od wielu lat nie widziano elfów. Mina miała nadzieję, że żyją gdzieś na krańcu świata i kiedyś wyruszą szukać zemsty, ale wiedziała, że to złudne marzenia. Miejsce pogromu nieustannie o tym przypominało.

Brunatna mgła osnuwająca okolicę potęgowała ponury nastrój. Wszędzie rosły zbrązowiałe, na wpół uschłe drzewa wyglądające jak wyłaniające się z kłębów upiorne cienie. Idąc, Mina dostrzegała majaczące w oparach misternie rzeźbione fasady budynków i marmurowe pomniki - świadectwa dawnej świetności. Nawet teraz zauważała, jak głęboko elfy ceniły piękno. To piękno, które niegdyś zachwycało, teraz stało się bolesne, odbierające oddech.

W pobliżu rozległ się przejmujący dziecięcy płacz. Mina wzdrygnęła się przestraszona. Smutek w tym kwileniu przenikał do wnętrza, Mina czuła ten ból prawie fizycznie, jak własny. Otrząsnęła się z trudem i uspokoiła oddech. To musiało być złudzenie.

Nieraz przeżyła tu coś takiego. I choć wiedziała, że to typowe dla tego miejsca, nie mogła się przyzwyczaić. Mocniej opatuliła się kapturem, naciągnęła szal na uszy. Tutaj najlepiej było słyszeć, widzieć i czuć jak najmniej. Imperator lubił zostawiać takie ślady i wywoływać strach, a ten obszar wydawał się kwintesencją strachu.

Z mgły wyłonił się łuk wysokiej bramy wytyczający granicę dzielnicy elfów. Na samym szczycie siedział czarny ptak. Serce Miny zabiło szybko. Zatrzymała się.

Kruk zamachał skrzydłami i odleciał. Mina pomyślała, że gdyby była przesądna, uwierzyłaby w ten zły omen, o którym wspomniała Józefina. Wiedziała jednak, że to tylko kolejne złudzenie. Zwierzęta nie chciały tutaj wchodzić. Mina wielokrotnie widziała patrole mające problem ze zwykle ślepo posłusznymi psami. O wjeździe na koniu nawet nie było mowy.

Na wszelki wypadek jednak przyspieszyła kroku.

Szczęśliwie się nie spóźniła. Odetchnęła głęboko i rozejrzała się po swoim warsztacie. Chociaż malutki, stał się jej drugim domem, powodem do dumy. Macocha straszyła ją, że gdy ona już umrze, przybrana córka niechybnie wyląduje na ulicy jako żebraczka. Ale czas pokazał, że się pomyliła, a Mina miała swoje źródło utrzymania. Może nie należała do grona zamożnych, lecz było ją stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Większość mieszkańców Imperium nie miała tak komfortowej sytuacji.

Warsztat był w zasadzie ciemnym pokoikiem z wielkim stołem służącym jednocześnie za ladę i miejsce pracy. Na kilku półkach stały olejki eteryczne, wywary i komponenty do kremów, mydeł czy eliksirów, na ścianach zaś wisiały suszone rośliny. Mina dbała, by nie było ich za dużo i by żaden strażnik nie doszukał się tu niczego podejrzanego. Powiesiła od razu czosnek, który raczej nie budził podejrzeń. Kozłek zostawiła w kieszeni - zamierzała go wzmocnić zaraz po wizycie klienta. Taki kozłek sprzeda się szybko, dlatego nie chciała zwlekać.

Weszła do drugiego pomieszczenia, które pełniło funkcję zaplecza. Była to klitka, ale wystarczyło miejsca na starą toaletkę z lustrem, skrzynię i chybotliwe krzesło. Mina zdjęła wilgotny od deszczu płaszcz i położyła go na oparciu.

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i powoli ściągnęła szal. Patrzyła na nią blada, niewyspana twarz. Brązowe włosy opadały niesfornymi pasmami, więc sięgnęła po szczotkę i spróbowała ułożyć je w jakąś fryzurę. Wzięła krople, aby delikatnie podkreślić kolor tęczówek - pogłębienie zielonej barwy dodawało spojrzeniu wyrazistości, blizna na policzku i cienie nie rzucały się wówczas tak mocno w oczy.

Wyjęła z toaletki swój krem. Co prawda użyła go już w domu, ale skoro pani Józefina zauważyła ślady łez, warto zmniejszyć opuchliznę. Maskował również rumieńce, które zbyt często pojawiały się na jej policzkach. Bardziej uzdolnione czarodziejki potrafiły się pozbyć takich oznak jednym prostym zaklęciem, lecz dla Miny to pozostawało poza zasięgiem. Jej czary nie należały do stabilnych i istniało ryzyko, że się pomyli. A dodatkowo - z ograniczeniami na moc - wolała nie marnować niepotrzebnie swoich zasobów. Wykonanie kremu pochłaniało sporo czasu, ale efekt jej wystarczał.

Wróciła do głównej izby i w celu ukojenia nerwów zaczęła po raz kolejny porządkować blat. Ten zleceniodawca zapowiadał się na kogoś zupełnie innego niż jej dotychczasowi klienci. Jego oczekiwania mogły być dużo większe niż potrzeby robotników. Czy im sprosta?

Usłyszała skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się szybko i popatrzyła na stojącego w progu nieznajomego. Przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu sprawiło, że poczuła się niepewnie. Ten człowiek nie wyglądał na robotnika, wątpiła również, żeby był kupcem. Skojarzył jej się z żołnierzem, i to raczej wyższym rangą. Miał długi płaszcz w grafitowym kolorze, podobny do ubrań noszonych przez mieszkańców. Choć Mina nie mogła zidentyfikować materiału, ubranie wskazywało, że ten człowiek nie pochodzi z Imperium. Jej wprawne oko od razu poznało, że to inna tkanina, taka, o jaką tutaj trudno.

Stał wyprostowany, a jego sylwetka wydawała się wypełniać całą przestrzeń w drzwiach. Zdecydowanie miał zbyt bezpośrednie spojrzenie. Mina czuła, jakby była nie tyle obserwowana, ile oceniana. W tych oczach czaiło się coś niepokojącego. Coś, co przypominało jej wzrok groźnego drapieżnika.

- Proszę wejść - odezwała się, wskazując ręką stół, przy którym stała.

Mężczyzna kiwnął głową, lecz nie ruszył się z miejsca. Oglądał zioła, zlustrował butle i słoiczki, a potem z zainteresowaniem obejrzał ladę. Po chwili podszedł i znów wbił w Minę przenikliwe spojrzenie. Miał wyraziste, ale dość harmonijne rysy. Jasna cera jeszcze bardziej podkreślała ciemny kolor jego tęczówek. Te oczy lśniły intrygującym blaskiem, jakby odbijały światło świecy, ale przecież w warsztacie nie paliła się teraz żadna.

Był młody i gdyby nie ten grymas oraz nachalne spojrzenie, Mina uznałaby go nawet za przystojnego.

Lecz coś ją w nim odpychało; jakiś wewnętrzny głos podpowiadał, że powinna odmówić. Powiedzieć, że się rozchorowała... Cokolwiek, byleby trzymać się od niego z daleka. Nie chciałaby go spotkać w ciemnej alejce, potrzebowała jednak jego pieniędzy. Wiedziała, że musi się przełamać.

Przełączyła się na Wzrok, lecz ku jej zdumieniu przybysz nie miał żadnej aury. Tylko osoby o zdolnościach magicznych mogły ją ukrywać. A jeśli je miał, dlaczego zwrócił się o pomoc właśnie do niej?

- Przepraszam za spóźnienie - odezwał się w końcu mężczyzna nieprzyjemnym, ochrypłym głosem. Ściągnął kaptur. Jego włosy miały niezwykle ciemną barwę, wydawały się długie, ale były ciasno spięte i schowane pod płaszczem.

- Czym... - Zganiła się w myślach, że mówi za cicho, i powtórzyła trochę głośniej: - Czym mogę służyć?

- Tak jak pisałem w liście do rektora... - Nieznajomy wykrzywił twarz w nieładnym uśmiechu. - Mam broń do zaklęcia.

- Czy mogę ją zobaczyć?

Wyciągnął z przytroczonej do pasa pochwy miecz i położył go niedbale na ladzie. Mina spojrzała na oręż, a potem znów na klienta. Miecz był prawie cały czarny i sprawiał wrażenie cennego. Wyglądał na dzieło elfów, ale przecież to niemożliwe - nie wolno było używać elfickich przedmiotów, wszystkie zostały uznane za nieczyste i skonfiskowane przez urząd imperialny! Mina patrzyła z podziwem na rękojeść wysadzaną ciemnozielonymi kamieniami. Lekko zakrzywioną głownię ozdobiono delikatnymi srebrnymi i stalowymi ornamentami. Wzór układał się w splątane gałęzie i liście. Na czubku sztychu dostrzegła mały półksiężyc. To musiała być bardzo stara broń.

Mina pochyliła się nad przedmiotem i ostrożnie go dotknęła. Poczuła magiczne mrowienie. Znów przełączyła się na Wzrok i zobaczyła czarną smugę, ta jednak zniknęła tak szybko, że dziewczyna zastanawiała się, czy to nie złudzenie.

- Ten miecz jest już zaklęty - orzekła.

- Niemożliwe - uciął mężczyzna sucho.

Spojrzała na nieznajomego niepewnie, bo wyczuwała pogardę w jego głosie. Czy mogła się mylić? Myślała, że zna się na zaklinaniu na tyle dobrze, by uniknąć pomyłki, ale nie uważała się za utalentowaną czarodziejkę. Na dodatek była naprawdę niewyspana, może coś ją rozproszyło...

Niechętnie zdjęła rękawiczkę, żeby dokładniej poczuć moc tkwiącą w tym orężu. Spróbowała wyłapać coś, co jej umykało.

Nie lubiła reakcji ludzi, kiedy ściągała rękawiczki. Faktycznie, mężczyzna drgnął i wbił spojrzenie w jej pokrytą bliznami skórę. Potem podniósł na chwilę wzrok i spojrzał na policzek dziewczyny.

- Używała pani czarnej magii. - Bardziej stwierdził, niż zapytał.

Nikt dotąd nie powiązał jej blizn z magią Mroku. Skąd on to wiedział i kim był, że potrafił to rozpoznać?

- To nie czarna magia, to nieudane zaklęcie - mruknęła, nie patrząc mu w oczy. Miała nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy. Na szczęście mężczyzna pokiwał głową.

Mina przesunęła dłonią po klindze. Nie do końca wiedziała, co zrobić. Nie potrafiła dopasować tego, co czuje, do żadnej z teorii zaklinania. Coś było jednak w tej broni - coś wibrującego nieznanymi jej uderzeniami mocy. Bardzo delikatnymi, ale wyczuwalnymi. Mężczyzna tak szybko rozpoznał czarną magię. A ten miecz? Czy do jego zaklęcia mogła zostać wykorzystana czarna magia? Doznała zawodu, bo zdała sobie sprawę, że nie powinna tego robić. Ten mężczyzna i ta broń mogły sprowadzić kłopoty.

- Przepraszam - powiedziała, jednocześnie myśląc, jak najlepiej wyplątać się z tej sytuacji. - Nie mam umiejętności, żeby rozszyfrować tę magię. Obawiam się, że prędzej osłabię ten miecz, niż go wzmocnię.

Chciała już włożyć rękawiczkę z powrotem, lecz przybysz niespodziewanie zbliżył się i położył dłoń na jej odsłoniętej ręce. Poczuła intrygujący korzenny zapach. Był miły i wydawał się zupełnie nie pasować do tego człowieka.

- Chciałbym się dowiedzieć, jaka to jest magia - powiedział.

Mina ledwo to usłyszała, zdezorientowana skutkami jego dotyku. Poczuła delikatne mrowienie i jakby... przyciąganie?

Nieznajomy zabrał rękę i świat zaraz wrócił do normy, a ona zachodziła w głowę, czy to wydarzyło się naprawdę.

Zmieszana pomyślała, że dawno nie spała z żadnym mężczyzną. To musiało być to, skoro nawet jego dotyk wywołał takie doznania. Cieszyła się, że nałożyła drugą warstwę kremu, bo inaczej jej policzki byłyby zapewne ogniście czerwone.

- Ten naszyjnik... - Klient wskazał na jej szyję. - Czy mogę go zobaczyć?

Zaskoczyła ją ta nietypowa prośba. Ciągle jeszcze nie mogła się otrząsnąć z zażenowania, miała ochotę znaleźć się jak najdalej stąd. Cała ta rozmowa ją przerastała i powinna się jak najszybciej skończyć.

- To tylko pamiątka - odparła. - Kawałek zwykłej stali. Nic wartego uwagi.

Nieznajomy nie odpowiedział, lecz patrzył na nią z wyczekiwaniem. Ponieważ Mina nie mogła wymyślić żadnego sensownego argumentu, zdjęła ozdobę i z niechęcią podała mężczyźnie, zła na siebie, że nie potrafi mu odmówić.

- Dziękuję. - Nieznajomy podniósł naszyjnik do światła płynącego z okienka. - Faktycznie, kawałek zwykłej stali. - Podał jej przedmiot z powrotem. Mina chwyciła go, uważając, żeby nie dotknąć dłoni rozmówcy.

Założyła naszyjnik. Wydawał się dziwnie chłodny, ale nie zdążyła się nad tym dłużej zastanowić, bo nagle świat wokół zbladł, jakby ktoś wyssał z niego wszystkie barwy. Mina straciła możliwość ruchu. Coś chwyciło jej klatkę piersiową i nie chciało puścić. Nie mogła nią poruszyć. Nie mogła oddychać. Płuca przestały pompować powietrze. Zimny pot spływał po karku. Czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach.

"Magia krwi!", pomyślała spanikowana. Tylko czarna magia mogła zadziałać tak głęboko w organizmie, sparaliżować tkanki. Magia ludzi pozwalała manipulować przedmiotami i roślinami, niemożliwe było jednak wpływanie za jej pośrednictwem na krew czy organy innych żywych istot. Teraz patrzyła z przerażeniem i bezsilnością na człowieka, w którego władzy się znalazła, i bezskutecznie próbowała krzyknąć. Nic nie mogła zrobić.

Mężczyzna niespiesznym ruchem zabrał miecz z lady. Schował go, a potem spojrzał prosto na nią spod zmrużonych powiek.

- Mino, posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie - powiedział. - Za chwilę zdejmę ten czar, ale jeden niewłaściwy ruch i nałożę go znowu. Jak widzisz, i ja umiem zaklinać przedmioty.

Odzyskała możliwość ruchu. Oparła się dłońmi o blat i trzęsąc się, zaczęła rozpaczliwie łapać powietrze dużymi haustami. Spróbowała zerwać z szyi naszyjnik, lecz ramię opadło jej bezwładnie.

- Dostałem rozkaz przetransportowania cię do pewnego miejsca - dodał mężczyzna. Nie patrzył już na nią. Cofnął się o krok i skierował spojrzenie w jedyne okienko w warsztacie. - Zaraz wyruszamy.

- To jakaś pomyłka - wycharczała. - Jakaś koszmarna pomyłka.

Mina wiedziała, że ryzykuje, że prawdopodobnie jest skazana na porażkę. Zwykle unikała ataków magicznych - im bardziej się denerwowała, tym gorzej jej wychodziły. Teraz, czując determinację, skupiła się na całej swojej energii, jaką miała do dyspozycji, i usiłowała wyrzucić ją na zewnątrz, uformować uderzenie mocy. Tak jak uczyła się na zajęciach z magii bojowej. Ale czar nie wyszedł. Energia, którą zmaterializowała, okazała się zbyt słaba, żeby komukolwiek zagrozić. Nieznajomy nadal stał wpatrzony w okno. Od niechcenia uniósł rękę, a wtedy czar rozpierzchł się, jakby go w ogóle nie było. Mina krzyknęła przestraszona, lecz jej okrzyk został zdławiony, bo znów straciła możliwość ruchu. Przez długi, przerażająco długi moment nie mogła złapać oddechu.

- Nie sprecyzowano, czy masz być żywa, czy martwa, więc na twoim miejscu nie sprawiałbym problemów - powiedział mężczyzna. - Pod ladą są twoje rzeczy. Weź je oraz swój płaszcz i wychodzimy.

Zakrztusiła się, próbując uspokoić. Nieznajomy w ogóle na nią nie patrzył - widok za oknem wydawał się pochłaniać go w pełni. Mina powoli się pozbierała; jej oddech wrócił do normy. Zaskoczona zerknęła na porywacza, a ten bez odwracania wzroku wskazał ręką miejsce pod ladą, gdzie leżał plecak.

Kiedy on był w jej domu? Jakim cudem tam wszedł? Przecież zabezpieczyła mieszkanie zaklęciami. Niestety, to nie pierwszy raz, kiedy okazały się zawodne.

- To musi być pomyłka... - powtórzyła cicho, walcząc ze szczękającymi zębami.

- Ruszajmy, Mino. Nie ma sensu się opierać. Jakakolwiek próba ucieczki, zaalarmowania kogoś, a odbiorę ci możliwość ruchu. Będziesz moją marionetką. Co, jak zapewne zauważyłaś, może mieć bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Mam nadzieję, że się rozumiemy. - Popatrzył prosto na nią, ale ona nie mogła wyczytać w jego twarzy żadnych emocji.

- Tak, ale to pomyłka - powtórzyła. Słyszała w swoim głosie strach.

Mężczyzna odwrócił się i wskazał drzwi.

- Ruszajmy do stajni miejskich - powiedział. - Jeden niewłaściwy ruch i aktywuję naszyjnik.

Szli w kierunku stajni. Przerażona i zdezorientowana Mina cały czas czuła lekki nacisk naszyjnika, jakby przypominający o tym, że nie powinna myśleć o ucieczce.

"Bogini, pomóż mi", pomyślała zrozpaczona.

Ale przecież Bogini nie było. Musiała poradzić sobie sama. Obserwowała swojego porywacza dyskretnie, lecz uważnie. Mężczyzna rozglądał się czujnie. Zorientowała się, że wybiera mniej uczęszczane uliczki.

Kim był? Używał magii krwi. Potrafił złamać zabezpieczenia w jej domu. To nie był zwykły mag. Posługiwał się czarną magią, zatem musiał mieć coś wspólnego z Mrokiem. Może gdy znajdą się w miejscu, do którego mieli dotrzeć, wszystko się wyjaśni. Wątpiła, że ktoś zadał sobie tyle trudu, by porwać akurat ją. Nie była bogata, nie miała wrogów ani przyjaciół, a nawet rodziny, gdyby ktoś zechciał porwać ją dla okupu. Na uczelni raczej też nie będą za nią tęsknić.

Zaklęcie naszyjnika tak szybko i niezauważenie dowodziło, że mężczyzna dobrze znał się na rzeczy. A to, co zrobił z jej czarem... czegoś takiego nie widziała nigdy. Za dużo zachodu, jak na nią. Ktoś najwidoczniej bardzo, bardzo się pomylił. Odetchnęła głęboko i zebrała się na odwagę, żeby jeszcze raz spróbować wyjaśnić to nieznajomemu.

- To naprawdę musi być pomyłka. Niemożliwe, żeby ktoś potrzebował właśnie mnie. Nie mam nic do zaoferowania.

- Nie. To nie jest pomyłka, Mino.

- Kim jesteś? - zapytała.

- To najmniej istotne. Jestem tylko posłańcem.

Odwrócił głowę i spojrzał na nią uważnie.

- Mam na imię Nathan.

Musiał dobrze znać stajnie miejskie, bo pewnie skierował się do murowanego budynku. Barczysty strażnik siedzący w rogu spojrzał na niego obojętnie i ziewnął, bez słowa wskazując w prawo. Mina spojrzała w tym kierunku i zobaczyła dwa wierzchowce - osiodłane i przygotowane do drogi. Większość koni podniosła łby, niektóre stuliły uszy. Wyraźnie coś je mocno zaniepokoiło.

Minie to się nie spodobało. Konie służące do transportu przyzwyczajano od źrebaka do najdziwniejszych gości w stajni. Jeśli tak reagowały, to kim był jej porywacz?

- Nie umiem jeździć konno - szepnęła.

- Kłamiesz - mruknął Nathan. - Doskonale wiem, jak jeździsz.

Podeszli do gniadosza i siwka. Konie były zdecydowanie w lepszym stanie niż te, na których dotąd jeździła. Ich sierść błyszczała, a spojrzenia nie miały w sobie apatii typowej dla koni w Wojskowej Szkole Jeździeckiej. Gniady wierzchowiec odróżniający się od reszty stał niewzruszony. Gdy się zbliżyli, podniósł głowę i wyciągnął szyję w stronę mężczyzny, a potem skubnął go w ramię. Nathan pogłaskał go pewnym ruchem. Potem odwrócił się do drugiego wierzchowca.

- Grava - przeczytał na tabliczce przytwierdzonej do siodła.

Klacz denerwowała się i odsuwała najdalej, jak mogła. Stuliła uszy i szarpnęła gwałtownie łbem. Próbowała uwolnić się ze sznura, na którym była uwiązana. Mina przygryzła wargę, obserwując szamoczące się zwierzę. Może jednak nie dadzą rady wyruszyć, może nie będzie chciało współpracować?

Nathan zastygł bez ruchu wpatrzony w klacz.

- Spokojnie - odezwał się bardzo łagodnie. - Spokojnie, Grava.

Powoli wyciągnął do niej otwartą dłoń. Klacz machnęła nerwowo ogonem, ale zamarła, odwróciła uszy ku mężczyźnie i po chwili dotknęła chrapami jego dłoni, rozluźniając się.

- Witaj, Grava - szepnął Nathan, zrobił krok w jej kierunku, a potem łagodnie pogłaskał jej szyję. Zrobił to tak pewnie, jakby wiedział, że mu się uda.

Klacz zarżała cicho. To wszystko stało się tak szybko, że aż wydało się Minie nienaturalne. Czy on przypadkiem nie zauraczał tych koni?

Nathan kolejno podnosił i oglądał uważnie każde kopyto klaczy. Grava przyjęła te zabiegi ze stoickim spokojem. Drugi koń skubał co jakiś czas plecy i ramiona mężczyzny, jakby domagając się uwagi.

Mina pomyślała, że to byłby idealny moment na ucieczkę. Rozejrzała się dyskretnie, badając możliwości. Naszyjnik lekko zaciążył na jej szyi, jakby niechciany towarzysz o sobie przypominał. Mina drgnęła i opuściła wzrok zrezygnowana.

- Pojedziesz na Wolarzu - stwierdził Nathan. - Przyjechałem tutaj na nim i dobrze się znamy. Nie sprawi ci problemów.

Podał jej wodze i wskazał na wierzchowca. Zawahała się, lecz z braku lepszego pomysłu wskoczyła na siodło.

Jaki zasięg ma ten naszyjnik? Może gdyby zmusiła Wolarza do naprawdę szaleńczego cwału, zdążyłaby umknąć?

Z całych sił nacisnęła na boki konia, chcąc go zachęcić do ruchu. Wierzchowiec jednak kompletnie jej nie słuchał. Machnął tylko ogonem zaniepokojony.

Nathan spojrzał na nią i uśmiechnął się krzywo, nieprzyjemnie. Naszyjnik zaciążył na szyi dziewczyny. Spięła się, oczekując utraty możliwości oddychania, lecz nic takiego się nie stało. Mężczyzna odwrócił się i sprawnie wsiadł na Gravę.

- Wolarz posłucha tylko mnie - powiedział, poprawiając popręg.

Ruszył przodem, nie oglądając się za siebie, a Wolarz podążył za nim jak cień. Mina pierwszy raz od wielu lat opuszczała stolicę Imperium.