Rozdział siódmy
W gruncie rzeczy
pogrzeb cieszy
Arletka grzebała w kosmetyczce w poszukiwaniu różowego brokatu.
- No, kochana! Cekiny we włosach i różowy brokat na powieki. Masz gust,
kochana! Będziesz błyszczeć jak diamenty królowej Elżbiety! Dam ci moją
najlepszą szminkę, oszczędzam ją, ale tobie się należy, co nie? Muszę
być na twoim pogrzebie, kochana! - Pochyliła się nad ciotką pani
Grażynki i poprawiła kontur. - Za nic bym tego nie przepuściła!
- Znowu gadasz z klientkami? - spytał grabarz Włodek, wchodząc do środka
i odstawiając łopatę pod ścianą. - Bardzom ciekaw, co zrobisz, jak ci
kiedyś któraś odpowie.
Arletka tylko wzruszyła ramionami i wypluła gumę w chusteczkę.
- Trupem padnę - powiedziała, ściągając usta, bo poprawiała tusz na
rzęsach ciotki i musiała się skupić.
- A kto cię pomaluje, jak umrzesz? - zapytał Włodek. Usiadł na krześle i odkręcił małpkę cytrynówki.
- Może ty? - Arletka rozpyliła brokat nad sukienką ciotki.
- To musielibyśmy cię potem szybko skremować. Nie bardzo byś się
nadawała do pokazywania. - Westchnął Włodek i pociągnął solidny łyk.
- Nie jedziesz już dzisiaj nigdzie? - Arletka przyjrzała się z zadowoleniem swojemu dziełu.
- Nie, szefowa powiedziała, że jakby co, to pojedzie sama.
- Przecież sama nie dźwignie ciała? - Zdziwiła się Arletka.
- Ale ja dźwignę. Do dźwigania mogę być dziabnięty.
- No nie wiem - mruknęła Arletka, patrząc na niego spod oka. - Już raz
spadło ci ciało z noszy. Na schodach u Myjaków. Z tego, co pamiętam, to
wybiło dziurę w drzwiach kuchni i musiałeś wstawiać nowe.
Włodek wzruszył ramionami.
- Stary Myjak był tak pijany, że myślał, że to on wybił tę dziurę, a ja
mu pomagam z dobrego serca.
- Stare pijusy - burknęła Arletka, rzucając na niego karcące spojrzenie.
- Tylko nie stare - oburzył się Włodek, kończąc flaszkę. - Wystarczy
"pijusy".
- Dlaczego ty tyle pijesz, Włodek? - Westchnęła i ostatni raz musnęła
pędzlem policzki ciotki.
- Bo mnie życie do tego zmusza. Na trzeźwo jest nie do przyjęcia. -
Zapatrzył się w jakiś punkt nad ramieniem Arletki.
- Kiedyś wykładałeś na uniwersytecie! - przypomniała mu.
- Dokopywałem się do wiedzy, Arletka. A teraz kopię doły. I tu, i tam
praca z materią nieożywioną. A ja wolę tutaj. Powiem ci, Arletka, że
wreszcie mam tu święty spokój. - Przeciągnął się i wstał. - No, ładnie
ci wyszła. Powinna być zadowolona. Masz talent, nie ma co.
- Słyszysz? - Arletka mrugnęła do ciotki. - Wyglądasz jak milion
dolarów. I to brutto!
Rozdział ósmy
Trumną, urną czy wazonem?
Najlepiej odejść balonem
Księgowa Grażynka obejrzała ciotkę tuż przed pogrzebem i pomyślała, że
Arletka trochę przesadziła z tą urodą i jak ona będzie wyglądać przy
nieboszczce? Jak blade widmo. Z westchnieniem założyła na nos wielkie
okulary przeciwsłoneczne i pomyślała, że ciotka byłaby zadowolona. Jej
włosy różowe jak malinowa guma do żucia wspaniale komponowały się z makijażem. Wyglądała jak postać z kreskówek. Dokładnie tak, jak chciała:
różowa syrenka albo jakaś księżniczka. Trumna w kolorowe balony tylko
podkreślała tę bajkowość. Pani Grażynka pomyślała, że ciotka jednak
miała rozmach. Dobra, Bhutan ją pokonał, ale zwiedziła pół świata i nie
przejmowała się tym, co ludzie powiedzą. Żyła samotnie i intensywnie,
często się śmiejąc, przeklinając i pijąc różowe wino.
- Przynajmniej coś miałaś z tego życia - powiedziała półgłosem,
głaszcząc ciotkę po ręce i nie przyznając się przed sobą, że jej
zazdrości.
Otarła łzę i skinęła na Włodka, że już czas. Na razie mieli zakryć
wieko, ale ciotka chciała, żeby do kościoła wniesiono ją w odkrytej
trumnie. Sama wybrała kwiaty pod ołtarz i muzykę do pochówku. Zamiast
kwiatów wszyscy obecni mieli przynieść karmę dla zwierząt, no i obowiązkowo balony. Kolorowe, w dowolnych kształtach, im więcej, tym
lepiej. Włodek pojechał po butlę z helem i od dwóch dni pompował
wszystkim te balony. Trzeba przyznać, że każdy, kto planował być na tym
pogrzebie, przyłożył się do zakupów. Było mnóstwo balonów. Znalazły się
wśród nich żyrafa, konik, pingwin, lew, panda, postacie z bajek, a nawet
flaming, konik morski i foka. Był balon z napisem "Sto lat" oraz czarny
balon "Wszystkiego naj na nowej drodze", który wyjątkowo przypadł pani
Grażynce do gustu. Ona zamówiła ciotce trzy różowe balony. Jeden z napisem "Baw", kolejny "Się TAM" i trzeci "Dobrze", chociaż trzeba
przyznać, że musiała stoczyć ze sobą wewnętrzną walkę, żeby wykazać się
taką odwagą. Ostatecznie uznała, że ciotka zasługuje na wszystko, czego
sobie życzyła, i postanowiła, że będzie się przejmować dopiero po
pogrzebie. Miała tylko nadzieję, że Monika uprzedzi księdza o pomyśle
ciotki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W związku z faktem, że w tym tomie pojawia się więcej bohaterów, których
losy splatają się ściśle ze sobą, postanowiłam dołączyć krótki
przewodnik, żebyście się nie pogubili.
Obsada warszawskiego biura księgowego Kwity i Pity
Tomek - poukładany i odpowiedzialny właściciel biura księgowego, który
wbrew własnej woli stale wpada w tarapaty przez swoje szalone
pracownice.
Lidka - najmłodsza księgowa w biurze, wielbicielka kabanosów z dżemem,
które trzyma w każdej szufladzie biurka. Twierdzi, że ma bidet do roweru
i nie może dojść do kotangensa z Tomkiem, który jej nie rozumie.
Pani Jadzia - poważna i stateczna księgowa, która skrywa mroczny sekret
związany ze sztywnym nieco mężem.
Michalina - obecnie w ciąży z Piotrem, wiecznie pakująca się w kłopoty
księgowa, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, czym doprowadza Piotra
do rozpaczy.
Osoby bliskie sercu pracowników biura
Piotr - narzeczony Michaliny, policjant pracujący w wydziale do walki z przestępczością narkotykową, dobrze wyszkolony agent, który potrafi
sobie poradzić ze wszystkim, ale nie z Michaliną.
Aksel - kucharz po kryzysie bezdomności, który sprawił, że pani Jadzia
odmłodniała o dwadzieścia lat i zamierza już do końca życia trzymać się
tego wieku.
Grześ - właściciel modnej wytwórni chleba i pączkarni, któremu wpada w oko Lidka, dziewczyna zupełnie inna niż wszystkie.
Krystian - kochający adrenalinę bon vivant, który swoim zachowaniem
doprowadza Tomka na skraj szaleństwa.
Ekipa domu pogrzebowego Wietrzny Odpoczynek z Boguchwały
Monika - właścicielka domu pogrzebowego i jednocześnie niespełniona
pisarka. Wiecznie szuka inspiracji i nigdzie jej nie może znaleźć. Nie
wyklucza, że w końcu napisze książkę o jakimś domu pogrzebowym i przebojem wedrze się na szczyty literackie.
Arletka - najlepsza balsamistka we wsi. Twierdzi, że jej dziadek był
austriackim malarzem i coś z tego zostało jej w genach. Wielbicielka
różu i cekinów.
Grabarz Włodek - kiedyś wykładał na uniwersytecie, ale się
przebranżowił. Powtarza, że zasadniczo jego egzystencja jest niewiele
głębsza niż dół na trumnę.
Ksiądz Augustyn - proboszcz Boguchwały, który mógłby pracować na
poczcie, bo jest zdecydowanym wielbicielem kopert. Mistrz marketingu. Z jego rabatowym kodem "Amen1" można zamówić wszystko, co jest potrzebne
do pogrzebu.
Zapraszam do Boguchwały, gdzie dzieją się rzeczy niestworzone!
Rozdział pierwszy
Raz ciotka, ta z domu pod lasem,
Skończyła z tym całym hałasem
Ksiądz Augustyn Cołaska minął się z powołaniem w salonie Mercedesa. Był
średnio przystojnym, ciemnowłosym mężczyzną, z lekko już przyprószoną na
skroniach siwizną. Nosił okulary w złoconych oprawkach i elegancki złoty
zegarek, a także buty z włoskiej skóry, o które wyjątkowo dbał, bo
kosztowały go dwie intencje mszalne i jedne chrzciny. Jego czarny
Mercedes miał podgrzewaną skórzaną kierownicę i więcej dodatkowego
wyposażenia niż kartek w Starym Testamencie.
Wielebny wrócił właśnie z pogrzebu, który odbywał się na pięknym
cmentarzu wsi Boguchwała, gdzie ksiądz proboszcz miał swoją parafię.
Zmarzł trochę, zwłaszcza w stopy, bo pomimo minusowej temperatury
założył swoje ulubione pantofle na cienkich podeszwach. Tego dnia
pożegnali znaną i szanowaną pielęgniarkę, panią Zosię Małkowską, która
przez pół życia pracowała w przychodni w pobliskim miasteczku. Według
zebranych na pogrzebie niechybnie zabiła ją nuda, bo umarła zaledwie dwa
miesiące po podjęciu decyzji o przejściu na emeryturę. Ksiądz ją lubił i szanował, a że łączyło ich kilka sekretów związanych nie tylko z ratowaniem jego zdrowia, przyłożył się i do kazania, i do mowy
pogrzebowej, co przedłużyło całą ceremonię i dopiero eleganckie obuwie z logo Gucciego przypomniało mu, że trzeba kończyć. Skasował jak zwykle
pięćset złotych za swoje usługi plus dwieście za ogrzewanie w kościele,
którego i tak nie włączył, a potem kolejny tysiąc od zakładu
pogrzebowego Wietrzny Odpoczynek, który miał u niego w parafii
wyłączność na pogrzeby.
- Tysiąc siedemset za dwie godziny pracy - mruknął do siebie. Zdjął
ornat i powiesił go w szafie.
Zajrzał do kuchni, podniósł pokrywkę z patelni i z lubością wciągnął
zapach duszonej w czerwonym winie wołowiny. Gotowaniem i sprzątaniem
plebanii zajmowała się pani Stenia. Wpadała codziennie na cztery godziny
i podawała mu śniadanie. Obiad i kolację przygotowywała tylko do
podgrzania. Tak wolał. Nie znosił, gdy mu się ktoś kręcił po domu, miał
swoje tajemnice i nie zamierzał się nimi z nikim dzielić. A najmniej z panią Stenią, która miała na głowie własne problemy, między innymi męża
pijusa i syna, który był tak leniwy, że się nawet nie masturbował.
Akurat o tym ksiądz miał wiedzę niejako - nomen omen - z pierwszej ręki,
bo był jedynym spowiednikiem w całej wsi.
Ksiądz schował pieniądze do szuflady, sięgnął po talerz i nałożył sobie
boeuf bourguignon oraz sałatę i usiadł za stołem z cichym
westchnieniem.
Czy istnieje lepszy zawód? - pomyślał, nadziewając na widelec kawałek
wołowiny. Włożył kęs do ust, ale się zerwał i wyjął z barku kieliszek.
Odkorkował wino i nalał sobie krwistoczerwonego płynu. Zakręcił
kieliszkiem niczym wytrawny sommelier, delektując się przez chwilę
zapachem wina, aż w końcu upił łyk.
- Napój bogów - powiedział półgłosem, po czym wzniósł przepraszająco
oczy ku niebu. - No, ale sam rozumiesz, że tamci byli pierwsi - dodał
usprawiedliwiająco.
Kończył już kolację oraz drugi kieliszek wina, kiedy zadzwonił telefon.
Na wyświetlaczu pojawił się napis: Monika - Wietrzny Odpoczynek.
- Szczęść Boże, a czegóż dusza pragnie? - powitał.
- Szczęść Boże, księże proboszczu. - Monika westchnęła do telefonu. -
Szykuje się nowy pogrzeb.
Ksiądz natychmiast ujrzał w wyobraźni kolejne tysiąc siedemset złotych.
- Och! Niech mu ziemia lekką będzie.
- Jej, proszę księdza. Niech jej będzie lekką.
- A kto to? Może wreszcie stara Kopytowska?
- A nie, gdzie tam! Aniela ma się bardzo dobrze i nadzwyczaj
prawdopodobne, że przeżyje nas wszystkich. Ciotka naszej księgowej,
Grażynki. Wie ksiądz, ta, co sobie włosy na różowo ufarbowała!
- A, ta! - burknął ksiądz, jakby ten kolor włosów go osobiście obrażał.
- Nie uwierzy ksiądz, co ona nawyprawiała, słowo daję!
- Bardzo jestem ciekaw - zakpił ksiądz, sięgając po kieliszek i rozsiadając się wygodnie.
- Pojechała sama do Bhutanu!
- Dokąd? A po co? Przecież ona była już dobrze po siedemdziesiątce! -
Zdziwił się ksiądz.
- To niech ksiądz posłucha, Grażynka mi wszystko opowiedziała!
Ciotka Grażynki całe życie była szalona, a na starość w ogóle jej nie
przeszło. W wieku siedemdziesięciu trzech lat ufarbowała włosy na różowo
i zdecydowała się na podróż do Bhutanu. Poleciała tam sama, przekonana,
że świetnie sobie poradzi, ale zarówno długi lot, jak i położenie
stolicy Thimphu powyżej dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza
spowodowały, że ciotka nieoczekiwanie doświadczyła objawienia.
Naoglądawszy się po drodze samych wyznawców buddyzmu, poczuła, że jej
patriotyczne, czułe i polskie serce nie może tego znieść. Obudziła się w niej potomkini Andrzeja Kmicica, który własną piersią bronił kultury
chrześcijańskiej w klasztorze na Jasnej Górze, i poddała się sile, która
ją pchnęła do świętej walki. Zakwaterowawszy się w hotelu, otworzyła
lodówkę i wyjęła z niej butelki. Ustawiła je w równiutkim rzędzie na
parapecie, otworzyła okno i zaczęła bombardować z drugiego piętra
samochody parkujące pod hotelem. Szczęśliwie większość butelek była
plastikowa i nie narobiła ogromnych szkód, ale włączyły się wszystkie
alarmy, które wyły potępieńczo i, według ciotki, na pohybel całemu
chrześcijaństwu. To tylko ją jeszcze bardziej rozjuszyło i na chodnik
poleciały również zielone rośliny w doniczkach, cztery poduszki w papugi
oraz nocna lampka. Dwóch ochroniarzy nie dało rady uspokoić ciotki,
która poczuła się jak tygrys w klatce. Rzucała w nich czym popadło i wykrzykiwała obraźliwe słowa w kilku językach. Kipiąc wściekłością i ciężko dysząc, czując w sobie ogień i przymus, ciotka ugryzła jednego z nich, po czym wzięła nogi za pas. W holu hotelowym chwyciła wazon z kwiatami lotosu i mściwie rąbnęła nim w ścianę.
- Naści, piesku, kiełbasy! - zawyła, podkasała spódnicę i w podskokach
oddaliła się z hotelu, pozostawiając oniemiałą recepcjonistkę nad
szczątkami porcelany.
Pracownica hotelu wezwała posiłki i po trzech godzinach odnaleziono
ciotkę, nadal ciężko dyszącą, ale teraz z powodu problemów z oddychaniem. Honorowy konsul Bhutanu osobiście zadzwonił do jej siostry,
a jednocześnie matki Grażynki, i zażądał odebrania ciotki ze szpitala.
- Panie! - powiedziała matka Grażynki. - Ja mam osiemdziesiąt trzy lata.
Gdzie mnie jechać do jakiegoś Bhutanu! Ja nawet nie wiem, gdzie to jest!
Ja znam tylko propan-butan i nigdzie się nie wybieram. Ja mam takie same
geny. Chce pan, żebym odstawiła takie samo przedstawienie? A za żadne
szkody nie płacę, ona była ubezpieczona, niech ubezpieczyciel płaci,
skoro był taki mądry. Ja do żadnego pogańskiego kraju nie lecę, nie ma
mowy.
Trochę się jeszcze poprzepychali, bo konsul, mimo że honorowy, mocno
naciskał, ale matka Grażynki faktycznie ma takie same geny i byle co jej
nie mogło złamać.
Ciotka przynajmniej nigdy się nie dowiedziała, że Bhutańczycy chcieli ją
odesłać w kombinezonie i w specjalnym kasku na głowie, bo bali się jej
jak seryjnego mordercy. Choć polskie służby ich przekonały, że takie
środki ostrożności są zbędne, to staruszkę eskortowało czterech wielkich
antyterrorystów. Ciotka, nafaszerowana lekami po dziurki w nosie, całą
podróż była łagodna jak baranek i częstowała ich krówkami. Po
wylądowaniu w Polsce odetchnęła z ulgą, że jest wreszcie w domu, gdzie
spokojnie dostała potężnego udaru i zeszła z tego świata w przekonaniu,
że dobrze spędziła życie, broniąc chrześcijaństwa jak lwica. Matka
Grażynki natychmiast nabrała przekonania, że wszystkiemu winny jest
Budda i że całe zło świata bierze się z podróży, więc poszła podziękować
polskiemu Bogu i dać na ofiarę, ale nie zastała księdza Augustyna w kościele.
- Może się ksiądz zatem spodziewać wizyty na plebanii - zakończyła
opowieść Monika.
Matka Grażynki zapukała do jego drzwi kilka minut później. Nawyrzekała
się na szaloną siostrę, konsula i obce religie i przekazała w ręce
księdza kopertę, którą proboszcz skwapliwie przyjął i położył na stole.
Pochwalił stanowczo obronę wiary i obiecał odprawić mszę w intencji
zmarłej. Matka Grażynki wracała do domu tak pełna ulgi i zadowolenia, że
nie zachowała należytej ostrożności i wpakowała się prosto pod
ciężarówkę z mleczarni. Wiadomo, że mleko ma najszybszy transport, więc
ciężarówka nie zdążyła nawet zahamować i tak druga siostra znienacka
również odeszła do domu Pana.
Ale o tym ksiądz miał się dowiedzieć dopiero następnego dnia, bo
plebania stała w pewnym oddaleniu od głównej drogi, więc żadne dźwięki
syren do niego nie dotarły. A że nie było już kogo spowiadać na łożu
śmierci, to i nikt po niego nie posłał.
Rozdział drugi
Grażynkę raz w środku zdrowia
Pan Bóg po prostu odwołał
Księgowa Grażynka musiała zorganizować dwa pogrzeby, więc udała się do
jedynego domu pogrzebowego w okolicy.
Zakład pogrzebowy w Boguchwale prowadziła Monika Pisarska, której
największą ambicją było wydanie własnej książki. Nie mogła wprawdzie się
zdecydować, czy bardziej ją będzie satysfakcjonować Nagroda Nobla, czy
sukces na miarę Pięćdziesięciu twarzy Greya. Oba wydawały się w zasięgu ręki, bo w końcu co za problem napisać erotyk albo coś tam o jakimś pługu. Rozdarta, przechadzała się po cmentarzu w poszukiwaniu
inspiracji. Przysiadła na mijanych grobach, co jakiś czas wyjmowała
czaszkę z torby i zadawała jej fundamentalne pytania, co może być
lepsze. Czaszka milczała, więc pisarka Monika wciąż nie mogła podjąć
decyzji. W przerwach między tymi rozterkami organizowała pochówki, bo
przecież musiała z czegoś żyć. A jak wiadomo, żeby dobrze żyć, warto
zająć się śmiercią. Jest to bowiem biznes, w którym nigdy nie zabraknie
klientów. Trzeba tylko mieć dobre układy z księdzem, bo to on zarządza
cmentarzem, a bez dostępu do niego biznes funeralny staje się mocno
ograniczony i dość kontrowersyjny.
Niedoszła pisarka siedziała w biurze swojego zakładu pogrzebowego i czytała Ambitną Emilkę, książkę Zuzanny Arczyńskiej o szalonej
tanatokosmetyczce, i chichotała.
- Dzień dobry! - Dobiegło od drzwi, więc natychmiast przybrała
odpowiednio uduchowiony wyraz twarzy i włożyła zakładkę do książki.
- Dzień dobry. Czym mogę służyć, pani Grażynko? - spytała na widok
swojej księgowej.
Kobieta westchnęła głęboko i ciężko usiadła na krześle.
- Muszę pochować ciotkę - powiedziała ponuro. - I matkę.
- Słyszałam, słyszałam, bardzo mi przykro. Moje najszczersze
kondolencje.
Pani Grażynka kiwnęła głową i wyciągnęła z torebki kopertę. Otworzyła ją
i wyjęła plik kartek.
- Moja szalona ciotka zostawiła precyzyjne wytyczne dotyczące pogrzebu...
- zaczęła i nagle wybuchnęła płaczem, zakrywając oczy rękami.
- A co? - zapytała Monika. - Jakieś specyficzne?
- Specyficzne? - zapytała pani Grażynka dyszkantem. - Specyficzne? To
mało powiedziane. Ja tego nie wytrzymam! - jęknęła i rzuciła na biurko
kartki. - Niech sama pani zobaczy.
Monika sięgnęła po kartki i zatopiła się w lekturze.
- No co? Chce mieć różową sukienkę i do tego odpowiedni makijaż... Co to
za problem, Arletka zrobi jej taki glamour, że Maffashion padnie trupem
z wrażenia. Znaczy, tego... Co tam jeszcze jest? - dodała trochę
zmieszana.
- Proszę. - Pani Grażynka podała jej kolejne kartki.
- Hm, różowa trumna. To też nie problem. Mam taką w katalogu. Aaaa!
Różowa trumna w kolorowe balony!
- No właśnie - oznajmiła grobowym głosem pani Grażynka. - W balony!
- No to też nie jest jakiś problem, dysponujemy opcją personalizowania
trumien. Mam kontakt do takiej jednej Malwiny z ASP, ona maluje trumny
na zamówienie.
- Ale to jeszcze nie wszystko! - Westchnęła Grażynka. - Pani czyta
dalej.
Monika zagłębiła się w lekturze, a im dłużej czytała, tym bardziej brwi
podjeżdżały jej w górę.
- O kurczę - powiedziała w końcu.
- Najpierw chciałam je pochować razem, ale w tej sytuacji? Najpierw w takim razie chcę pochować matkę. Bo po takim pogrzebie ciotki to już nie
wiem, czy ktoś by w ogóle przyszedł. I co ksiądz na to powie?
- Księdza biorę na siebie - powiedziała stanowczo Monika, doskonale
wiedząc, że to kwestia ceny. - Ale to będzie dodatkowy koszt.
- Ciotka mi zostawiła dziesięć tysięcy na ten pogrzeb. Plus zasiłek.
Taki mam budżet.
- Zmieścimy się - stwierdziła Monika, starając się ukryć uśmiech
zadowolenia. - Mam rabat w kwiaciarni.
- Ale ciotka nie chce kwiatów! Pani spojrzy. - Podsunęła Monice kolejną
kartkę.
- Karma dla zwierząt dla schroniska w Bożej Woli? - Zdziwiła się
niedoszła pisarka.
- Otóż to. I jeszcze mają ją przynieść na cmentarz, bo jak napisała:
"Stare sknery nie przyniosą kwiatów, a potem będą udawać, że zapomnieli
o karmie". Mam podstawić traktor z przyczepką i zrobić listę darczyńców.
A potem osobiście dopilnować, żeby Włodek zawiózł do Bożej Woli.
- Tu akurat miała rację - mruknęła Monika, odkładając kartkę. - Ale ten
jej pomysł... no z tym... mocno kontrowersyjny. - Pokręciła głową z niedowierzaniem. - No dobra. A jak chowamy mamę?
- Absolutnie klasyczny pogrzeb - orzekła pani Grażynka. - Dębowa trumna,
trąbka, zwykła msza. Wystarczy, że po pogrzebie ciotki ludzie już zawsze
będą mnie wytykali palcami.
Monika kiwnęła głową i sięgnęła po katalog klasycznych dębowych trumien.
Rozdział trzeci
Tomek od kwitów i pitów
Marzył o końcu audytów
Tomek, właściciel biura księgowego Kwity i Pity, siedział nad papierami
i ciężko wzdychał. Ostatnie dni roku jak zwykle obfitowały w niespodzianki przekładające się na dodatkowe godziny pracy. Wdrożenie
nowych przepisów musiało się wiązać z kolejną restrukturyzacją baz
danych, trzeba było wprowadzać gigabajty informacji do coraz to nowych
tabelek. Pewnie wyrwałby sobie resztę włosów z głowy, gdyby mu nie było
szkoda pieniędzy wydanych na najnowszą trychologiczną terapię. Potarł
zakola i przymknął oczy. A jeszcze czekał ich audyt!
- Szefie! - Lidka stanęła w drzwiach i oparła się o framugę.
Policzył do pięciu i spojrzał na nią.
- Co się stało? - zapytał zmęczonym głosem.
- No, jeszcze nic. Ale ja muszę już wyjść. Mogę wziąć laptopa, to
posiedzę wieczorem - zaproponowała przymilnym głosem.
Machnął ręką i kiwnął głową. Dopiero co skończyli wysyłać pensje za
listopad, a w kolejce czekały sterty dokumentów do wprowadzenia do
nowych systemów. A jeszcze ta cholerna inwentaryzacja! Co mu strzeliło
do głowy, żeby się zgodzić na przeprowadzenie audytu zaraz po
sylwestrze? I to gdzieś zupełnie na końcu świata. Gdzie to ma być? Boża
Wola? Nie, zaraz. Boguchwała! Sam środek Podkarpacia. Nic tam nie ma
oprócz huty szkła, mleczarni i cmentarza. Podpisał umowę jeszcze latem,
najwyraźniej lipcowe słońce mu zaszkodziło! Obiecał dziewczynom pokaźną
premię za udział w tym przedsięwzięciu, więc zgodziły się, nawet z entuzjazmem. Tylko, że wtedy Michalina nie wiedziała jeszcze, że jest w ciąży, pani Jadzia nie przeżywała trzeciej młodości, on nie miał
problemów w związku, a Lidka nie złamała sobie palucha u prawej stopy.
Nad tym audytem najwyraźniej wisiała klątwa. Wisiała i chichotała
urągliwie.
Tomek pokręcił głową, masując kark. Powinien jeszcze posiedzieć,
faktury, które miał dziś wprowadzić, ciągle czekały, a on nie miał już
siły. Przeciągnął się i wstał. Wyłączył komputer i zgasił światło.
Marzył już tylko o kąpieli, może też o kieliszku czerwonego wina. Miał
nadzieję, że Krystian przygotował coś do jedzenia. Wysłał do niego
esemesa, że już wraca, i przy okazji rzucił okiem na listę zakupów.
Zmarszczył brwi. Wczoraj ustalili, że Krystian pójdzie do sklepu, ale na
ich wspólnej liście w iPhonie nic się nie zmieniło. Nie zaktualizował
jej czy nie był na zakupach? Nieważne. Tomek wsiadł do samochodu i wyjechał z podziemnego garażu. Będzie w domu za kilka minut, to się
dowie. Mają przecież w lodówce jakieś jogurty i maliny, na jutrzejsze
śniadanie wystarczy. Zaparkował pod domem i wszedł do klatki. Wjechał
windą na czwarte piętro i otworzył drzwi. Było ciemno.
- Krystian?! - zawołał, zapalając światło w przedpokoju. - Jesteś?!
Wszystko w porządku?!
Nikt nie odpowiedział. Wchodził do kolejnych pomieszczeń, włączając
światło i wołając. Coś się zmieniło. Nie było telewizora i głośników.
Włamanie? Zajrzał do szafy. Ubrań Krystiana nie było. Nie było też jego
kosmetyków i książek. Tomek usiadł ciężko na kanapie i zamknął oczy.
Wspaniale. Jeszcze i to. Niech to szlag trafi.
Rozdział piąty
Ciąża to nie choroba,
A Piotra boli wątroba
Nadkomisarz Piotr Kornacki wpatrywał się z rozpaczą w swoją narzeczoną
Michalinę Porębę.
- Czy ty aby nie jesteś w siódmym miesiącu ciąży? - spytał, starając się
nadać swojemu głosowi jak najbardziej delikatny ton.
- Jestem - odparła Michalina pogodnie i pogłaskała się po brzuchu.
- A to nie uważasz, że może już czas iść na zwolnienie, a nie jechać na
jakiś audyt na drugi koniec Polski? - spytał, zalewając herbatę w dużym
dzbanku i zerkając na nią spod oka.
- Ciąża to nie choroba - warknęła Michalina, sięgając po cukier.
- Przecież ja nie mówię, że choroba - żachnął się Piotr. - Ale powinnaś
odpoczywać, leżeć i trzymać stopy w górze!
- Ja nie pracuję w Radzie Polityki Pieniężnej, żebym musiała pilnować
stóp - powiedziała kwaśno, wsypując do kubka trzy łyżeczki cukru.
- Ja nie mówię o procentowych... - zaczął Piotr i urwał, spojrzawszy na
minę narzeczonej. - Wiem, gdzie pracujesz, i to biuro rachunkowe
traktujesz lepiej niż rodzinę. Ja to rozumiem - dodał tonem, który
wskazywał raczej na to, że zupełnie tego nie rozumie. - Ale na miłość
Boga, nikt nie może cię zastąpić w tym audycie? Przecież Tomek i tak
musi znaleźć za ciebie zastępstwo. Nie może już teraz?
- Znalazł przecież - odburknęła Michalina, mieszając herbatę. - Od
lutego przyjdzie nowa księgowa. Ale audyt jest w styczniu. Tomek i Lidka
będą liczyć, a my z panią Jadzią będziemy wprowadzać dane. Jeśli cię to
uspokoi, to mogę te dane wpisywać, trzymając stopy na wysokim poziomie.
Na górnej półce nawet.
Piotr westchnął głęboko i podał Michalinie talerzyk z ciastem.
- Kto jak kto, ale ty powinieneś to zrozumieć. Sam rzucasz wszystko, gdy
tylko złapiesz jakiś trop. Jesteś gorszy od psa myśliwskiego. A ja nie
mogę ich teraz zostawić, a poza tym dostanę porządną premię. Przyda nam
się trochę kasy przed porodem, nie uważasz?
- Pieniądze to nie wszystko - mruknął Piotr. - Wolałbym... - Zamilkł
zgromiony wzrokiem Michaliny. - Dobra, dobra. Zrobisz, jak zechcesz. Jak
zwykle zresztą1. - Podniósł ręce w geście poddania.
- No oczywiście - podsumowała Michalina i sięgnęła po ciasto.
Piotr sprawdził telefon, zmarszczył brwi i znowu westchnął.
- Muszę lecieć. Dbaj o siebie, bardzo cię proszę.
Michalina tylko wzruszyła ramionami, chociaż poczuła się nieco
rozczulona.