Wietrzny odpoczynek - Monika Wawrzyńska

-
Proszę czekać

Rozdział siódmy

W grun­cie rze­czy

pogrzeb cie­szy

Arletka grze­bała w kosme­tyczce w poszu­ki­wa­niu różo­wego bro­katu.

- No, kochana! Cekiny we wło­sach i różowy bro­kat na powieki. Masz gust, kochana! Będziesz błysz­czeć jak dia­menty kró­lo­wej Elż­biety! Dam ci moją naj­lep­szą szminkę, oszczę­dzam ją, ale tobie się należy, co nie? Muszę być na twoim pogrze­bie, kochana! - Pochy­liła się nad ciotką pani Gra­żynki i popra­wiła kon­tur. - Za nic bym tego nie prze­pu­ściła!

- Znowu gadasz z klient­kami? - spy­tał gra­barz Wło­dek, wcho­dząc do środka i odsta­wia­jąc łopatę pod ścianą. - Bar­dzom cie­kaw, co zro­bisz, jak ci kie­dyś któ­raś odpo­wie.

Arletka tylko wzru­szyła ramio­nami i wypluła gumę w chu­s­teczkę.

- Tru­pem padnę - powie­działa, ścią­ga­jąc usta, bo popra­wiała tusz na rzę­sach ciotki i musiała się sku­pić.

- A kto cię poma­luje, jak umrzesz? - zapy­tał Wło­dek. Usiadł na krze­śle i odkrę­cił małpkę cytry­nówki.

- Może ty? - Arletka roz­py­liła bro­kat nad sukienką ciotki.

- To musie­li­by­śmy cię potem szybko skre­mo­wać. Nie bar­dzo byś się nada­wała do poka­zy­wa­nia. - Wes­tchnął Wło­dek i pocią­gnął solidny łyk.

- Nie jedziesz już dzi­siaj ni­gdzie? - Arletka przyj­rzała się z zado­wo­le­niem swo­jemu dziełu.

- Nie, sze­fowa powie­działa, że jakby co, to poje­dzie sama.

- Prze­cież sama nie dźwi­gnie ciała? - Zdzi­wiła się Arletka.

- Ale ja dźwi­gnę. Do dźwi­ga­nia mogę być dziab­nięty.

- No nie wiem - mruk­nęła Arletka, patrząc na niego spod oka. - Już raz spa­dło ci ciało z noszy. Na scho­dach u Myja­ków. Z tego, co pamię­tam, to wybiło dziurę w drzwiach kuchni i musia­łeś wsta­wiać nowe.

Wło­dek wzru­szył ramio­nami.

- Stary Myjak był tak pijany, że myślał, że to on wybił tę dziurę, a ja mu poma­gam z dobrego serca.

- Stare pijusy - burk­nęła Arletka, rzu­ca­jąc na niego kar­cące spoj­rze­nie.

- Tylko nie stare - obu­rzył się Wło­dek, koń­cząc flaszkę. - Wystar­czy "pijusy".

- Dla­czego ty tyle pijesz, Wło­dek? - Wes­tchnęła i ostatni raz musnęła pędz­lem policzki ciotki.

- Bo mnie życie do tego zmu­sza. Na trzeźwo jest nie do przy­ję­cia. - Zapa­trzył się w jakiś punkt nad ramie­niem Arletki.

- Kie­dyś wykła­da­łeś na uni­wer­sy­te­cie! - przy­po­mniała mu.

- Doko­py­wa­łem się do wie­dzy, Arletka. A teraz kopię doły. I tu, i tam praca z mate­rią nie­oży­wioną. A ja wolę tutaj. Powiem ci, Arletka, że wresz­cie mam tu święty spo­kój. - Prze­cią­gnął się i wstał. - No, ład­nie ci wyszła. Powinna być zado­wo­lona. Masz talent, nie ma co.

- Sły­szysz? - Arletka mru­gnęła do ciotki. - Wyglą­dasz jak milion dola­rów. I to brutto!

Rozdział ósmy

Trumną, urną czy wazo­nem?

Naj­le­piej odejść balo­nem

Księ­gowa Gra­żynka obej­rzała ciotkę tuż przed pogrze­bem i pomy­ślała, że Arletka tro­chę prze­sa­dziła z tą urodą i jak ona będzie wyglą­dać przy nie­boszczce? Jak blade widmo. Z wes­tchnie­niem zało­żyła na nos wiel­kie oku­lary prze­ciw­sło­neczne i pomy­ślała, że ciotka byłaby zado­wo­lona. Jej włosy różowe jak mali­nowa guma do żucia wspa­niale kom­po­no­wały się z maki­ja­żem. Wyglą­dała jak postać z kre­skó­wek. Dokład­nie tak, jak chciała: różowa syrenka albo jakaś księż­niczka. Trumna w kolo­rowe balony tylko pod­kre­ślała tę baj­ko­wość. Pani Gra­żynka pomy­ślała, że ciotka jed­nak miała roz­mach. Dobra, Bhu­tan ją poko­nał, ale zwie­dziła pół świata i nie przej­mo­wała się tym, co ludzie powie­dzą. Żyła samot­nie i inten­syw­nie, czę­sto się śmie­jąc, prze­kli­na­jąc i pijąc różowe wino.

- Przy­naj­mniej coś mia­łaś z tego życia - powie­działa pół­gło­sem, głasz­cząc ciotkę po ręce i nie przy­zna­jąc się przed sobą, że jej zazdro­ści.

Otarła łzę i ski­nęła na Włodka, że już czas. Na razie mieli zakryć wieko, ale ciotka chciała, żeby do kościoła wnie­siono ją w odkry­tej trum­nie. Sama wybrała kwiaty pod ołtarz i muzykę do pochówku. Zamiast kwia­tów wszy­scy obecni mieli przy­nieść karmę dla zwie­rząt, no i obo­wiąz­kowo balony. Kolo­rowe, w dowol­nych kształ­tach, im wię­cej, tym lepiej. Wło­dek poje­chał po butlę z helem i od dwóch dni pom­po­wał wszyst­kim te balony. Trzeba przy­znać, że każdy, kto pla­no­wał być na tym pogrze­bie, przy­ło­żył się do zaku­pów. Było mnó­stwo balo­nów. Zna­la­zły się wśród nich żyrafa, konik, pin­gwin, lew, panda, posta­cie z bajek, a nawet fla­ming, konik mor­ski i foka. Był balon z napi­sem "Sto lat" oraz czarny balon "Wszyst­kiego naj na nowej dro­dze", który wyjąt­kowo przy­padł pani Gra­żynce do gustu. Ona zamó­wiła ciotce trzy różowe balony. Jeden z napi­sem "Baw", kolejny "Się TAM" i trzeci "Dobrze", cho­ciaż trzeba przy­znać, że musiała sto­czyć ze sobą wewnętrzną walkę, żeby wyka­zać się taką odwagą. Osta­tecz­nie uznała, że ciotka zasłu­guje na wszystko, czego sobie życzyła, i posta­no­wiła, że będzie się przej­mo­wać dopiero po pogrze­bie. Miała tylko nadzieję, że Monika uprze­dzi księ­dza o pomy­śle ciotki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W związku z fak­tem, że w tym tomie poja­wia się wię­cej boha­te­rów, któ­rych losy spla­tają się ści­śle ze sobą, posta­no­wi­łam dołą­czyć krótki prze­wod­nik, żeby­ście się nie pogu­bili.

Obsada warszawskiego biura księgowego Kwity i Pity

Tomek - poukła­dany i odpo­wie­dzialny wła­ści­ciel biura księ­go­wego, który wbrew wła­snej woli stale wpada w tara­paty przez swoje sza­lone pra­cow­nice.

Lidka - naj­młod­sza księ­gowa w biu­rze, wiel­bi­cielka kaba­no­sów z dże­mem, które trzyma w każ­dej szu­fla­dzie biurka. Twier­dzi, że ma bidet do roweru i nie może dojść do kotan­gensa z Tom­kiem, który jej nie rozu­mie.

Pani Jadzia - poważna i sta­teczna księ­gowa, która skrywa mroczny sekret zwią­zany ze sztyw­nym nieco mężem.

Micha­lina - obec­nie w ciąży z Pio­trem, wiecz­nie paku­jąca się w kło­poty księ­gowa, która nie daje sobie w kaszę dmu­chać, czym dopro­wa­dza Pio­tra do roz­pa­czy.

Osoby bliskie sercu pracowników biura

Piotr - narze­czony Micha­liny, poli­cjant pra­cu­jący w wydziale do walki z prze­stęp­czo­ścią nar­ko­ty­kową, dobrze wyszko­lony agent, który potrafi sobie pora­dzić ze wszyst­kim, ale nie z Micha­liną.

Aksel - kucharz po kry­zy­sie bez­dom­no­ści, który spra­wił, że pani Jadzia odmłod­niała o dwa­dzie­ścia lat i zamie­rza już do końca życia trzy­mać się tego wieku.

Grześ - wła­ści­ciel mod­nej wytwórni chleba i pącz­karni, któ­remu wpada w oko Lidka, dziew­czyna zupeł­nie inna niż wszyst­kie.

Kry­stian - kocha­jący adre­na­linę bon vivant, który swoim zacho­wa­niem dopro­wa­dza Tomka na skraj sza­leń­stwa.

Ekipa domu pogrzebowego Wietrzny Odpoczynek z Boguchwały

Monika - wła­ści­cielka domu pogrze­bo­wego i jed­no­cze­śnie nie­speł­niona pisarka. Wiecz­nie szuka inspi­ra­cji i ni­gdzie jej nie może zna­leźć. Nie wyklu­cza, że w końcu napi­sze książkę o jakimś domu pogrze­bo­wym i prze­bo­jem wedrze się na szczyty lite­rac­kie.

Arletka - naj­lep­sza bal­sa­mistka we wsi. Twier­dzi, że jej dzia­dek był austriac­kim mala­rzem i coś z tego zostało jej w genach. Wiel­bi­cielka różu i ceki­nów.

Gra­barz Wło­dek - kie­dyś wykła­dał na uni­wer­sy­te­cie, ale się prze­bran­żo­wił. Powta­rza, że zasad­ni­czo jego egzy­sten­cja jest nie­wiele głęb­sza niż dół na trumnę.

Ksiądz Augu­styn - pro­boszcz Bogu­chwały, który mógłby pra­co­wać na poczcie, bo jest zde­cy­do­wa­nym wiel­bi­cie­lem kopert. Mistrz mar­ke­tingu. Z jego raba­to­wym kodem "Amen1" można zamó­wić wszystko, co jest potrzebne do pogrzebu.

Zapra­szam do Bogu­chwały, gdzie dzieją się rze­czy nie­stwo­rzone!

Rozdział pierwszy

Raz ciotka, ta z domu pod lasem,

Skoń­czyła z tym całym hała­sem

Ksiądz Augu­styn Coła­ska minął się z powo­ła­niem w salo­nie Mer­ce­desa. Był śred­nio przy­stoj­nym, ciem­no­wło­sym męż­czy­zną, z lekko już przy­pró­szoną na skro­niach siwi­zną. Nosił oku­lary w zło­co­nych opraw­kach i ele­gancki złoty zega­rek, a także buty z wło­skiej skóry, o które wyjąt­kowo dbał, bo kosz­to­wały go dwie inten­cje mszalne i jedne chrzciny. Jego czarny Mer­ce­des miał pod­grze­waną skó­rzaną kie­row­nicę i wię­cej dodat­ko­wego wypo­sa­że­nia niż kar­tek w Sta­rym Testa­men­cie.

Wie­lebny wró­cił wła­śnie z pogrzebu, który odby­wał się na pięk­nym cmen­ta­rzu wsi Bogu­chwała, gdzie ksiądz pro­boszcz miał swoją para­fię. Zmarzł tro­chę, zwłasz­cza w stopy, bo pomimo minu­so­wej tem­pe­ra­tury zało­żył swoje ulu­bione pan­to­fle na cien­kich pode­szwach. Tego dnia poże­gnali znaną i sza­no­waną pie­lę­gniarkę, panią Zosię Mał­kow­ską, która przez pół życia pra­co­wała w przy­chodni w pobli­skim mia­steczku. Według zebra­nych na pogrze­bie nie­chyb­nie zabiła ją nuda, bo umarła zale­d­wie dwa mie­siące po pod­ję­ciu decy­zji o przej­ściu na eme­ry­turę. Ksiądz ją lubił i sza­no­wał, a że łączyło ich kilka sekre­tów zwią­za­nych nie tylko z rato­wa­niem jego zdro­wia, przy­ło­żył się i do kaza­nia, i do mowy pogrze­bo­wej, co prze­dłu­żyło całą cere­mo­nię i dopiero ele­ganc­kie obu­wie z logo Guc­ciego przy­po­mniało mu, że trzeba koń­czyć. Ska­so­wał jak zwy­kle pięć­set zło­tych za swoje usługi plus dwie­ście za ogrze­wa­nie w kościele, któ­rego i tak nie włą­czył, a potem kolejny tysiąc od zakładu pogrze­bo­wego Wietrzny Odpo­czy­nek, który miał u niego w para­fii wyłącz­ność na pogrzeby.

- Tysiąc sie­dem­set za dwie godziny pracy - mruk­nął do sie­bie. Zdjął ornat i powie­sił go w sza­fie.

Zaj­rzał do kuchni, pod­niósł pokrywkę z patelni i z lubo­ścią wcią­gnął zapach duszo­nej w czer­wo­nym winie woło­winy. Goto­wa­niem i sprzą­ta­niem ple­ba­nii zaj­mo­wała się pani Ste­nia. Wpa­dała codzien­nie na cztery godziny i poda­wała mu śnia­da­nie. Obiad i kola­cję przy­go­to­wy­wała tylko do pod­grza­nia. Tak wolał. Nie zno­sił, gdy mu się ktoś krę­cił po domu, miał swoje tajem­nice i nie zamie­rzał się nimi z nikim dzie­lić. A naj­mniej z panią Ste­nią, która miała na gło­wie wła­sne pro­blemy, mię­dzy innymi męża pijusa i syna, który był tak leniwy, że się nawet nie mastur­bo­wał. Aku­rat o tym ksiądz miał wie­dzę nie­jako - nomen omen - z pierw­szej ręki, bo był jedy­nym spo­wied­ni­kiem w całej wsi.

Ksiądz scho­wał pie­nią­dze do szu­flady, się­gnął po talerz i nało­żył sobie boeuf bour­gu­ignon oraz sałatę i usiadł za sto­łem z cichym wes­tchnie­niem.

Czy ist­nieje lep­szy zawód? - pomy­ślał, nadzie­wa­jąc na wide­lec kawa­łek woło­winy. Wło­żył kęs do ust, ale się zerwał i wyjął z barku kie­li­szek. Odkor­ko­wał wino i nalał sobie krwi­sto­czer­wo­nego płynu. Zakrę­cił kie­lisz­kiem niczym wytrawny som­me­lier, delek­tu­jąc się przez chwilę zapa­chem wina, aż w końcu upił łyk.

- Napój bogów - powie­dział pół­gło­sem, po czym wzniósł prze­pra­sza­jąco oczy ku niebu. - No, ale sam rozu­miesz, że tamci byli pierwsi - dodał uspra­wie­dli­wia­jąco.

Koń­czył już kola­cję oraz drugi kie­li­szek wina, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Na wyświe­tla­czu poja­wił się napis: Monika - Wietrzny Odpo­czy­nek.

- Szczęść Boże, a cze­góż dusza pra­gnie? - powi­tał.

- Szczęść Boże, księże pro­bosz­czu. - Monika wes­tchnęła do tele­fonu. - Szy­kuje się nowy pogrzeb.

Ksiądz natych­miast ujrzał w wyobraźni kolejne tysiąc sie­dem­set zło­tych.

- Och! Niech mu zie­mia lekką będzie.

- Jej, pro­szę księ­dza. Niech jej będzie lekką.

- A kto to? Może wresz­cie stara Kopy­tow­ska?

- A nie, gdzie tam! Aniela ma się bar­dzo dobrze i nad­zwy­czaj praw­do­po­dobne, że prze­żyje nas wszyst­kich. Ciotka naszej księ­go­wej, Gra­żynki. Wie ksiądz, ta, co sobie włosy na różowo ufar­bo­wała!

- A, ta! - burk­nął ksiądz, jakby ten kolor wło­sów go oso­bi­ście obra­żał.

- Nie uwie­rzy ksiądz, co ona nawy­pra­wiała, słowo daję!

- Bar­dzo jestem cie­kaw - zakpił ksiądz, się­ga­jąc po kie­li­szek i roz­sia­da­jąc się wygod­nie.

- Poje­chała sama do Bhu­tanu!

- Dokąd? A po co? Prze­cież ona była już dobrze po sie­dem­dzie­siątce! - Zdzi­wił się ksiądz.

- To niech ksiądz posłu­cha, Gra­żynka mi wszystko opo­wie­działa!

Ciotka Gra­żynki całe życie była sza­lona, a na sta­rość w ogóle jej nie prze­szło. W wieku sie­dem­dzie­się­ciu trzech lat ufar­bo­wała włosy na różowo i zde­cy­do­wała się na podróż do Bhu­tanu. Pole­ciała tam sama, prze­ko­nana, że świet­nie sobie pora­dzi, ale zarówno długi lot, jak i poło­że­nie sto­licy Thim­phu powy­żej dwóch tysięcy metrów nad pozio­mem morza spo­wo­do­wały, że ciotka nie­ocze­ki­wa­nie doświad­czyła obja­wie­nia. Naoglą­daw­szy się po dro­dze samych wyznaw­ców bud­dy­zmu, poczuła, że jej patrio­tyczne, czułe i pol­skie serce nie może tego znieść. Obu­dziła się w niej potom­kini Andrzeja Kmi­cica, który wła­sną pier­sią bro­nił kul­tury chrze­ści­jań­skiej w klasz­to­rze na Jasnej Górze, i pod­dała się sile, która ją pchnęła do świę­tej walki. Zakwa­te­ro­waw­szy się w hotelu, otwo­rzyła lodówkę i wyjęła z niej butelki. Usta­wiła je w rów­niut­kim rzę­dzie na para­pe­cie, otwo­rzyła okno i zaczęła bom­bar­do­wać z dru­giego pię­tra samo­chody par­ku­jące pod hote­lem. Szczę­śli­wie więk­szość bute­lek była pla­sti­kowa i nie naro­biła ogrom­nych szkód, ale włą­czyły się wszyst­kie alarmy, które wyły potę­pień­czo i, według ciotki, na pohy­bel całemu chrze­ści­jań­stwu. To tylko ją jesz­cze bar­dziej roz­ju­szyło i na chod­nik pole­ciały rów­nież zie­lone rośliny w donicz­kach, cztery poduszki w papugi oraz nocna lampka. Dwóch ochro­nia­rzy nie dało rady uspo­koić ciotki, która poczuła się jak tygrys w klatce. Rzu­cała w nich czym popa­dło i wykrzy­ki­wała obraź­liwe słowa w kilku języ­kach. Kipiąc wście­kło­ścią i ciężko dysząc, czu­jąc w sobie ogień i przy­mus, ciotka ugry­zła jed­nego z nich, po czym wzięła nogi za pas. W holu hote­lo­wym chwy­ciła wazon z kwia­tami lotosu i mści­wie rąb­nęła nim w ścianę.

- Naści, pie­sku, kieł­basy! - zawyła, pod­ka­sała spód­nicę i w pod­sko­kach odda­liła się z hotelu, pozo­sta­wia­jąc onie­miałą recep­cjo­nistkę nad szcząt­kami por­ce­lany.

Pra­cow­nica hotelu wezwała posiłki i po trzech godzi­nach odna­le­ziono ciotkę, na­dal ciężko dyszącą, ale teraz z powodu pro­ble­mów z oddy­cha­niem. Hono­rowy kon­sul Bhu­tanu oso­bi­ście zadzwo­nił do jej sio­stry, a jed­no­cze­śnie matki Gra­żynki, i zażą­dał ode­bra­nia ciotki ze szpi­tala.

- Panie! - powie­działa matka Gra­żynki. - Ja mam osiem­dzie­siąt trzy lata. Gdzie mnie jechać do jakie­goś Bhu­tanu! Ja nawet nie wiem, gdzie to jest! Ja znam tylko pro­pan-butan i ni­gdzie się nie wybie­ram. Ja mam takie same geny. Chce pan, żebym odsta­wiła takie samo przed­sta­wie­nie? A za żadne szkody nie płacę, ona była ubez­pie­czona, niech ubez­pie­czy­ciel płaci, skoro był taki mądry. Ja do żad­nego pogań­skiego kraju nie lecę, nie ma mowy.

Tro­chę się jesz­cze poprze­py­chali, bo kon­sul, mimo że hono­rowy, mocno naci­skał, ale matka Gra­żynki fak­tycz­nie ma takie same geny i byle co jej nie mogło zła­mać.

Ciotka przy­naj­mniej ni­gdy się nie dowie­działa, że Bhu­tań­czycy chcieli ją ode­słać w kom­bi­ne­zo­nie i w spe­cjal­nym kasku na gło­wie, bo bali się jej jak seryj­nego mor­dercy. Choć pol­skie służby ich prze­ko­nały, że takie środki ostroż­no­ści są zbędne, to sta­ruszkę eskor­to­wało czte­rech wiel­kich anty­ter­ro­ry­stów. Ciotka, nafa­sze­ro­wana lekami po dziurki w nosie, całą podróż była łagodna jak bara­nek i czę­sto­wała ich krów­kami. Po wylą­do­wa­niu w Pol­sce ode­tchnęła z ulgą, że jest wresz­cie w domu, gdzie spo­koj­nie dostała potęż­nego udaru i zeszła z tego świata w prze­ko­na­niu, że dobrze spę­dziła życie, bro­niąc chrze­ści­jań­stwa jak lwica. Matka Gra­żynki natych­miast nabrała prze­ko­na­nia, że wszyst­kiemu winny jest Budda i że całe zło świata bie­rze się z podróży, więc poszła podzię­ko­wać pol­skiemu Bogu i dać na ofiarę, ale nie zastała księ­dza Augu­styna w kościele.

- Może się ksiądz zatem spo­dzie­wać wizyty na ple­ba­nii - zakoń­czyła opo­wieść Monika.

Matka Gra­żynki zapu­kała do jego drzwi kilka minut póź­niej. Nawy­rze­kała się na sza­loną sio­strę, kon­sula i obce reli­gie i prze­ka­zała w ręce księ­dza kopertę, którą pro­boszcz skwa­pli­wie przy­jął i poło­żył na stole. Pochwa­lił sta­now­czo obronę wiary i obie­cał odpra­wić mszę w inten­cji zmar­łej. Matka Gra­żynki wra­cała do domu tak pełna ulgi i zado­wo­le­nia, że nie zacho­wała nale­ży­tej ostroż­no­ści i wpa­ko­wała się pro­sto pod cię­ża­rówkę z mle­czarni. Wia­domo, że mleko ma naj­szyb­szy trans­port, więc cię­ża­rówka nie zdą­żyła nawet zaha­mo­wać i tak druga sio­stra znie­nacka rów­nież ode­szła do domu Pana.

Ale o tym ksiądz miał się dowie­dzieć dopiero następ­nego dnia, bo ple­ba­nia stała w pew­nym odda­le­niu od głów­nej drogi, więc żadne dźwięki syren do niego nie dotarły. A że nie było już kogo spo­wia­dać na łożu śmierci, to i nikt po niego nie posłał.

Rozdział drugi

Gra­żynkę raz w środku zdro­wia

Pan Bóg po pro­stu odwo­łał

Księ­gowa Gra­żynka musiała zor­ga­ni­zo­wać dwa pogrzeby, więc udała się do jedy­nego domu pogrze­bo­wego w oko­licy.

Zakład pogrze­bowy w Bogu­chwale pro­wa­dziła Monika Pisar­ska, któ­rej naj­więk­szą ambi­cją było wyda­nie wła­snej książki. Nie mogła wpraw­dzie się zde­cy­do­wać, czy bar­dziej ją będzie satys­fak­cjo­no­wać Nagroda Nobla, czy suk­ces na miarę Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy Greya. Oba wyda­wały się w zasięgu ręki, bo w końcu co za pro­blem napi­sać ero­tyk albo coś tam o jakimś pługu. Roz­darta, prze­cha­dzała się po cmen­ta­rzu w poszu­ki­wa­niu inspi­ra­cji. Przy­sia­dła na mija­nych gro­bach, co jakiś czas wyj­mo­wała czaszkę z torby i zada­wała jej fun­da­men­talne pyta­nia, co może być lep­sze. Czaszka mil­czała, więc pisarka Monika wciąż nie mogła pod­jąć decy­zji. W prze­rwach mię­dzy tymi roz­ter­kami orga­ni­zo­wała pochówki, bo prze­cież musiała z cze­goś żyć. A jak wia­domo, żeby dobrze żyć, warto zająć się śmier­cią. Jest to bowiem biz­nes, w któ­rym ni­gdy nie zabrak­nie klien­tów. Trzeba tylko mieć dobre układy z księ­dzem, bo to on zarzą­dza cmen­ta­rzem, a bez dostępu do niego biz­nes fune­ralny staje się mocno ogra­ni­czony i dość kon­tro­wer­syjny.

Nie­do­szła pisarka sie­działa w biu­rze swo­jego zakładu pogrze­bo­wego i czy­tała Ambitną Emilkę, książkę Zuzanny Arczyń­skiej o sza­lo­nej tana­to­ko­sme­tyczce, i chi­cho­tała.

- Dzień dobry! - Dobie­gło od drzwi, więc natych­miast przy­brała odpo­wied­nio udu­cho­wiony wyraz twa­rzy i wło­żyła zakładkę do książki.

- Dzień dobry. Czym mogę słu­żyć, pani Gra­żynko? - spy­tała na widok swo­jej księ­go­wej.

Kobieta wes­tchnęła głę­boko i ciężko usia­dła na krze­śle.

- Muszę pocho­wać ciotkę - powie­działa ponuro. - I matkę.

- Sły­sza­łam, sły­sza­łam, bar­dzo mi przy­kro. Moje naj­szczer­sze kon­do­len­cje.

Pani Gra­żynka kiw­nęła głową i wycią­gnęła z torebki kopertę. Otwo­rzyła ją i wyjęła plik kar­tek.

- Moja sza­lona ciotka zosta­wiła pre­cy­zyjne wytyczne doty­czące pogrzebu... - zaczęła i nagle wybuch­nęła pła­czem, zakry­wa­jąc oczy rękami.

- A co? - zapy­tała Monika. - Jakieś spe­cy­ficzne?

- Spe­cy­ficzne? - zapy­tała pani Gra­żynka dysz­kan­tem. - Spe­cy­ficzne? To mało powie­dziane. Ja tego nie wytrzy­mam! - jęk­nęła i rzu­ciła na biurko kartki. - Niech sama pani zoba­czy.

Monika się­gnęła po kartki i zato­piła się w lek­tu­rze.

- No co? Chce mieć różową sukienkę i do tego odpo­wiedni maki­jaż... Co to za pro­blem, Arletka zrobi jej taki gla­mour, że Maf­fa­shion pad­nie tru­pem z wra­że­nia. Zna­czy, tego... Co tam jesz­cze jest? - dodała tro­chę zmie­szana.

- Pro­szę. - Pani Gra­żynka podała jej kolejne kartki.

- Hm, różowa trumna. To też nie pro­blem. Mam taką w kata­logu. Aaaa! Różowa trumna w kolo­rowe balony!

- No wła­śnie - oznaj­miła gro­bo­wym gło­sem pani Gra­żynka. - W balony!

- No to też nie jest jakiś pro­blem, dys­po­nu­jemy opcją per­so­na­li­zo­wa­nia tru­mien. Mam kon­takt do takiej jed­nej Mal­winy z ASP, ona maluje trumny na zamó­wie­nie.

- Ale to jesz­cze nie wszystko! - Wes­tchnęła Gra­żynka. - Pani czyta dalej.

Monika zagłę­biła się w lek­tu­rze, a im dłu­żej czy­tała, tym bar­dziej brwi pod­jeż­dżały jej w górę.

- O kur­czę - powie­działa w końcu.

- Naj­pierw chcia­łam je pocho­wać razem, ale w tej sytu­acji? Naj­pierw w takim razie chcę pocho­wać matkę. Bo po takim pogrze­bie ciotki to już nie wiem, czy ktoś by w ogóle przy­szedł. I co ksiądz na to powie?

- Księ­dza biorę na sie­bie - powie­działa sta­now­czo Monika, dosko­nale wie­dząc, że to kwe­stia ceny. - Ale to będzie dodat­kowy koszt.

- Ciotka mi zosta­wiła dzie­sięć tysięcy na ten pogrzeb. Plus zasi­łek. Taki mam budżet.

- Zmie­ścimy się - stwier­dziła Monika, sta­ra­jąc się ukryć uśmiech zado­wo­le­nia. - Mam rabat w kwia­ciarni.

- Ale ciotka nie chce kwia­tów! Pani spoj­rzy. - Pod­su­nęła Monice kolejną kartkę.

- Karma dla zwie­rząt dla schro­ni­ska w Bożej Woli? - Zdzi­wiła się nie­do­szła pisarka.

- Otóż to. I jesz­cze mają ją przy­nieść na cmen­tarz, bo jak napi­sała: "Stare sknery nie przy­niosą kwia­tów, a potem będą uda­wać, że zapo­mnieli o kar­mie". Mam pod­sta­wić trak­tor z przy­czepką i zro­bić listę dar­czyń­ców. A potem oso­bi­ście dopil­no­wać, żeby Wło­dek zawiózł do Bożej Woli.

- Tu aku­rat miała rację - mruk­nęła Monika, odkła­da­jąc kartkę. - Ale ten jej pomysł... no z tym... mocno kon­tro­wer­syjny. - Pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem. - No dobra. A jak cho­wamy mamę?

- Abso­lut­nie kla­syczny pogrzeb - orze­kła pani Gra­żynka. - Dębowa trumna, trąbka, zwy­kła msza. Wystar­czy, że po pogrze­bie ciotki ludzie już zawsze będą mnie wyty­kali pal­cami.

Monika kiw­nęła głową i się­gnęła po kata­log kla­sycz­nych dębo­wych tru­mien.

Rozdział trzeci

Tomek od kwi­tów i pitów

Marzył o końcu audy­tów

Tomek, wła­ści­ciel biura księ­go­wego Kwity i Pity, sie­dział nad papie­rami i ciężko wzdy­chał. Ostat­nie dni roku jak zwy­kle obfi­to­wały w nie­spo­dzianki prze­kła­da­jące się na dodat­kowe godziny pracy. Wdro­że­nie nowych prze­pi­sów musiało się wią­zać z kolejną restruk­tu­ry­za­cją baz danych, trzeba było wpro­wa­dzać giga­bajty infor­ma­cji do coraz to nowych tabe­lek. Pew­nie wyrwałby sobie resztę wło­sów z głowy, gdyby mu nie było szkoda pie­nię­dzy wyda­nych na naj­now­szą try­cho­lo­giczną tera­pię. Potarł zakola i przy­mknął oczy. A jesz­cze cze­kał ich audyt!

- Sze­fie! - Lidka sta­nęła w drzwiach i oparła się o fra­mugę.

Poli­czył do pię­ciu i spoj­rzał na nią.

- Co się stało? - zapy­tał zmę­czo­nym gło­sem.

- No, jesz­cze nic. Ale ja muszę już wyjść. Mogę wziąć lap­topa, to posie­dzę wie­czo­rem - zapro­po­no­wała przy­mil­nym gło­sem.

Mach­nął ręką i kiw­nął głową. Dopiero co skoń­czyli wysy­łać pen­sje za listo­pad, a w kolejce cze­kały sterty doku­men­tów do wpro­wa­dze­nia do nowych sys­te­mów. A jesz­cze ta cho­lerna inwen­ta­ry­za­cja! Co mu strze­liło do głowy, żeby się zgo­dzić na prze­pro­wa­dze­nie audytu zaraz po syl­we­strze? I to gdzieś zupeł­nie na końcu świata. Gdzie to ma być? Boża Wola? Nie, zaraz. Bogu­chwała! Sam śro­dek Pod­kar­pa­cia. Nic tam nie ma oprócz huty szkła, mle­czarni i cmen­ta­rza. Pod­pi­sał umowę jesz­cze latem, naj­wy­raź­niej lip­cowe słońce mu zaszko­dziło! Obie­cał dziew­czy­nom pokaźną pre­mię za udział w tym przed­się­wzię­ciu, więc zgo­dziły się, nawet z entu­zja­zmem. Tylko, że wtedy Micha­lina nie wie­działa jesz­cze, że jest w ciąży, pani Jadzia nie prze­ży­wała trze­ciej mło­do­ści, on nie miał pro­ble­mów w związku, a Lidka nie zła­mała sobie palu­cha u pra­wej stopy. Nad tym audy­tem naj­wy­raź­niej wisiała klą­twa. Wisiała i chi­cho­tała urą­gli­wie.

Tomek pokrę­cił głową, masu­jąc kark. Powi­nien jesz­cze posie­dzieć, fak­tury, które miał dziś wpro­wa­dzić, cią­gle cze­kały, a on nie miał już siły. Prze­cią­gnął się i wstał. Wyłą­czył kom­pu­ter i zga­sił świa­tło. Marzył już tylko o kąpieli, może też o kie­liszku czer­wo­nego wina. Miał nadzieję, że Kry­stian przy­go­to­wał coś do jedze­nia. Wysłał do niego ese­mesa, że już wraca, i przy oka­zji rzu­cił okiem na listę zaku­pów. Zmarsz­czył brwi. Wczo­raj usta­lili, że Kry­stian pój­dzie do sklepu, ale na ich wspól­nej liście w iPho­nie nic się nie zmie­niło. Nie zak­tu­ali­zo­wał jej czy nie był na zaku­pach? Nie­ważne. Tomek wsiadł do samo­chodu i wyje­chał z pod­ziem­nego garażu. Będzie w domu za kilka minut, to się dowie. Mają prze­cież w lodówce jakieś jogurty i maliny, na jutrzej­sze śnia­da­nie wystar­czy. Zapar­ko­wał pod domem i wszedł do klatki. Wje­chał windą na czwarte pię­tro i otwo­rzył drzwi. Było ciemno.

- Kry­stian?! - zawo­łał, zapa­la­jąc świa­tło w przed­po­koju. - Jesteś?! Wszystko w porządku?!

Nikt nie odpo­wie­dział. Wcho­dził do kolej­nych pomiesz­czeń, włą­cza­jąc świa­tło i woła­jąc. Coś się zmie­niło. Nie było tele­wi­zora i gło­śni­ków. Wła­ma­nie? Zaj­rzał do szafy. Ubrań Kry­stiana nie było. Nie było też jego kosme­ty­ków i ksią­żek. Tomek usiadł ciężko na kana­pie i zamknął oczy. Wspa­niale. Jesz­cze i to. Niech to szlag trafi.

Rozdział piąty

Ciąża to nie cho­roba,

A Pio­tra boli wątroba

Nad­ko­mi­sarz Piotr Kor­nacki wpa­try­wał się z roz­pa­czą w swoją narze­czoną Micha­linę Porębę.

- Czy ty aby nie jesteś w siód­mym mie­siącu ciąży? - spy­tał, sta­ra­jąc się nadać swo­jemu gło­sowi jak naj­bar­dziej deli­katny ton.

- Jestem - odparła Micha­lina pogod­nie i pogła­skała się po brzu­chu.

- A to nie uwa­żasz, że może już czas iść na zwol­nie­nie, a nie jechać na jakiś audyt na drugi koniec Pol­ski? - spy­tał, zale­wa­jąc her­batę w dużym dzbanku i zer­ka­jąc na nią spod oka.

- Ciąża to nie cho­roba - wark­nęła Micha­lina, się­ga­jąc po cukier.

- Prze­cież ja nie mówię, że cho­roba - żach­nął się Piotr. - Ale powin­naś odpo­czy­wać, leżeć i trzy­mać stopy w górze!

- Ja nie pra­cuję w Radzie Poli­tyki Pie­nięż­nej, żebym musiała pil­no­wać stóp - powie­działa kwa­śno, wsy­pu­jąc do kubka trzy łyżeczki cukru.

- Ja nie mówię o pro­cen­to­wych... - zaczął Piotr i urwał, spoj­rzaw­szy na minę narze­czo­nej. - Wiem, gdzie pra­cu­jesz, i to biuro rachun­kowe trak­tu­jesz lepiej niż rodzinę. Ja to rozu­miem - dodał tonem, który wska­zy­wał raczej na to, że zupeł­nie tego nie rozu­mie. - Ale na miłość Boga, nikt nie może cię zastą­pić w tym audy­cie? Prze­cież Tomek i tak musi zna­leźć za cie­bie zastęp­stwo. Nie może już teraz?

- Zna­lazł prze­cież - odburk­nęła Micha­lina, mie­sza­jąc her­batę. - Od lutego przyj­dzie nowa księ­gowa. Ale audyt jest w stycz­niu. Tomek i Lidka będą liczyć, a my z panią Jadzią będziemy wpro­wa­dzać dane. Jeśli cię to uspo­koi, to mogę te dane wpi­sy­wać, trzy­ma­jąc stopy na wyso­kim pozio­mie. Na gór­nej półce nawet.

Piotr wes­tchnął głę­boko i podał Micha­li­nie tale­rzyk z cia­stem.

- Kto jak kto, ale ty powi­nie­neś to zro­zu­mieć. Sam rzu­casz wszystko, gdy tylko zła­piesz jakiś trop. Jesteś gor­szy od psa myśliw­skiego. A ja nie mogę ich teraz zosta­wić, a poza tym dostanę porządną pre­mię. Przyda nam się tro­chę kasy przed poro­dem, nie uwa­żasz?

- Pie­nią­dze to nie wszystko - mruk­nął Piotr. - Wolał­bym... - Zamilkł zgro­miony wzro­kiem Micha­liny. - Dobra, dobra. Zro­bisz, jak zechcesz. Jak zwy­kle zresztą1. - Pod­niósł ręce w geście pod­da­nia.

- No oczy­wi­ście - pod­su­mo­wała Micha­lina i się­gnęła po cia­sto.

Piotr spraw­dził tele­fon, zmarsz­czył brwi i znowu wes­tchnął.

- Muszę lecieć. Dbaj o sie­bie, bar­dzo cię pro­szę.

Micha­lina tylko wzru­szyła ramio­nami, cho­ciaż poczuła się nieco roz­czu­lona.