Wietrzne Katedry. Tom 3 - Alice Rosalie Reystone

-
Proszę czekać

***

Pogranicze Kryształowych Wodospadów - wczesny ranek dnia następnego

- By to elfia zaraza! - Ian gwałtownie wcisnął hamulec.

Rozpędzone auto zarzuciło na boki raz i drugi, jednak mężczyzna szybko odzyskał nad nim kontrolę. Potoczyło się jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale w końcu, niczym dobrze ułożony pies, posłusznie się zatrzymało. Mimo to piaskowa chihuahua zleciała z fotela i ogłuszona zamarła między siedzeniami. Mastif rąbnął w oparcie fotela Iana i zaczął bluzgać głosem Desire. Pozostałych pasażerów przed lotem przez przednią szybę uchroniły pasy.

- Moje żebra! - stęknął Treller, próbując złapać oddech. Udało mu się to, dopiero gdy odpiął swój pas.

- Szlag! Ian, mózg ci zeżarło?! Co ty wyrabiasz, idioto?! - wydarł się Desire.

- Dla przyjemności tego nie zrobiłem! - odwarknął mężczyzna. Wzrokiem wskazał coś przed maską wozu. - Czekajcie!

Nie zważając na protesty ciemnowłosego zakonnika ani jęki Trellera, wyskoczył z samochodu, zostawiając otwarte drzwi, i ruszył przed siebie. McLaurie podążył wzrokiem za synem. Natychmiast zapomniał o poturbowanych żebrach.

- Ja chędożę! - szepnął i zaczął gramolić się z auta.

- Tato, zostań w samochodzie!

- Ale...

- Żadnego ale! Wracaj do wozu, ja się tym zajmę!

Treller zatrzymał się, wsparł dłoń o drzwi terenówki, zacisnął usta i patrzył. Zaintrygowany Desire szybko wrócił do własnej postaci i sprawdził, co z Dante. Wyskoczył z auta, zrobił krok do przodu i zamarł osłupiały. Kilka metrów przed maską wozu, w kałuży krwi leżał... krasnolud. A właściwie mieszaniec z dużą domieszką krasnoludziej krwi.

Żył. Jeszcze żył. Jednak już po chwili - równej pojedynczemu uderzeniu serca - poszarpanymi, zakrwawionymi ubraniami krasnoluda wstrząsnął ostatni spazmatyczny wdech. Palce jednej z rąk zadrżały, podobnie jak usta na wykrzywionej bólem twarzy, i zaraz potem ciało zamarło.

Mężczyźni przyjrzeli się temu, co jeszcze przed paroma minutami było żywą istotą. Jedna jej noga została oderwana tuż pod kolanem. Strzępy nasączonej krwią nogawki okalały kikut niczym makabryczna koronka unurzana w rubinowym kleksie. Szczątki łydki i stopy dostrzegli parę metrów dalej, na skraju jezdni. Druga noga wyglądała na nienaruszoną, ale przy bliższych oględzinach można było dostrzec precyzyjnie przecięte arterie. Nie było też jednej dłoni. W miejscu, gdzie powinna kończyć się ręka, zalegała jedynie ciemnoczerwona masa, jakby naszpikowana upiornymi fragmentami kości. Krasnolud leżał na brzuchu, głowę miał wykręconą w bok, a na plecach i karku - rany. Sądząc po ilości krwi, jaką stracił, podejrzewali, że został też ranny w brzuch. Wzdrygnęli się, instynktownie zacisnęli szczęki. Ktokolwiek te rany zadał, nadal musiał być w pobliżu. Karminowa smuga wiodła jezdnią od nóg krasnoluda ku zaroślom pobocza, za którymi zaczynał się las.

"Wykrwawił się - pomyślał Ian. - Uciekał. Przed czym? Co go tak poraniło? Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że to coś polowało na niego i miało przy tym niezły ubaw. Ale przecież takie rany mógł zadać tylko...".

Pochylił się nad trupem.

- Nie dotykaj! - warknął Treller, a Ian zastygł z wyciągniętą ręką.

Nim zdążył się wyprostować, czas zwariował i wszystko potoczyło się w ułamkach sekund. Najpierw gdzieś na prawo od wozu usłyszał trzask gałązek. Ktoś lub coś przedzierało się przez krzaki - szybko i brutalnie. Cokolwiek to było, zarówno Ian, jak jego towarzysze zrozumieli, że na ucieczkę za późno. Ian zerknął na ojca, który omiótł spojrzeniem ścianę lasu. Przez zaciśnięte zęby zdążył wycedzić:

- Ani drgnij! Ty też, Desire!

Sekundę potem spomiędzy gałęzi wyskoczył minivivern i pędem ruszył ku zwłokom. Ian zdławił krzyk i odruch ucieczki. Siłą woli zmusił ciało do posłuszeństwa i znieruchomiał na podobieństwo rzeźby. Poczuł gęsią skórkę na karku, koszula zrobiła się mokra od potu. Oblizał nerwowo usta.

"Tropiący. Czyli konstable muszą być blisko!".

Przyjrzał się bestii. Jeszcze nie wiedział co, ale coś mu w niej nie pasowało.

"Zaraz, to nie może być jego sprawka! Przecież tropiące nie atakują!".

Gdy dostrzegł pokrwawiony pysk viverna, niespiłowane zębiska i kolec jadowy w ogonie, zrozumiał, jak bardzo się pomylił. Posłał zszokowane spojrzenie ojcu. Ten ledwo dostrzegalnym ruchem głowy dał mu znać, by nie ważył się poruszyć. Tymczasem vivern zdawał się w ogóle nie dostrzegać mężczyzn. Wyminął Iana, muskając go skrzydłem, i podszedł do trupa. Zaczął intensywnie niuchać, syczeć, rozwidlonym jęzorem smakować jego krew, trącać zwłoki, a w końcu je szarpać! Źrenice bestii rozszerzyła ekscytacja, koniec ogona rąbnął o jezdnię, szczątkowe skrzydła zatrzepotały, jak gdyby gad chciał się wzbić w powietrze. Zwierzę przestąpiło z nogi na nogę. Rozejrzało się, lecz otumanione odorem krwi i śmierci nie dostrzegło kolejnych potencjalnych ofiar. Jeszcze. Trzech zastygłych niczym woskowe figury mężczyzn porozumiało się wzrokiem.

- Desire - odezwał się Ian najcichszym z szeptów.

Przyjaciel wpatrzył się w jego usta, jakby z ruchu warg chciał wyczytać kolejne słowa.

- Wyjmij flet. Po-ma-łu.

Ciemnowłosy zakonnik spojrzał na niego pytająco.

- Mortua. Załatwiłeś nim bestie w Instytucie - przypomniał.

Desire zgrzytnął zębami.

- Został w wozie - odszepnął i uprzedzając kolejne pytanie, dodał: - Bez fletu ze stellum zaklęcie nie ma sensu. Za słabe.

Ian bezgłośnie zaklął. Bestia oszołomiona zapachem krwi ciągle jeszcze nie zwracała na nich uwagi. Wiedzieli jednak, że najmniejszy ruch mogą przypłacić życiem. Ian zerknął na ojca.

- Dasz radę go okiełznać? - wyszeptał niemal bezgłośnie.

Starszy pan znów zaprzeczył dyskretnym ruchem głowy.

- W tym amoku? Żartujesz? Czekajcie... - Wpatrzony w bestię również zamarł w oczekiwaniu.

Podekscytowane zwierzę kilka potwornie długich minut niemal tańczyło wokół zwłok, co rusz depcząc je i rozrywając. Ian nie wiedział, co bardziej go przeraża: mlaskanie, chrzęst łamanych kości, odgłosy dartego ciała czy... łomot własnego serca, głośniejszy chyba od krzyku interceptora. Na dodatek mdliło go coraz mocniej, ale choć bardzo się starał, nie zdołał zamknąć oczu, by odgonić makabryczne obrazy. Nie potrafił nawet mrugnąć. Miał wrażenie, że całe to przerażające widowisko żywym ogniem wypala się w jego pamięci, i był absolutnie pewien, że wielokrotnie będzie do niego powracało w sennych koszmarach. Zacisnął szczęki. Za nic nie wolno mu zwymiotować!

Bestia ucztowała w najlepsze. W momencie, w którym vivern odwrócił się tyłem do Trellera, zanurzył pysk we wnętrzu brzucha trupa i zaczął wyszarpywać jelita, McLaurie pomału sięgnął przez okno samochodu. Schowek otworzył się z cichym pyknięciem, lecz vivern i tego nie dosłyszał. Nie zorientował się nawet, gdy seria strzałek wystrzelona z kuszy przebiła jego mięśnie. Krew i tkanki trupa wprawiły go w ekstazę i otaczający go świat przestał istnieć. Tymczasem środek usypiający zawarty w strzałkach sprawił, że były to jego ostatnie i jakże rozkoszne odczucia. Parę minut potem szaro-zielone cielsko zwaliło się na asfalt obok swej ofiary. Miodowe tęczówki z pionową źrenicą zastygły wpatrzone błogo w twarz krasnoluda.

Ian westchnął z ulgą. Pochylił się jeszcze bardziej, wsparł dłonie o kolana, zamknął oczy. Wziął kilka głębokich, powolnych wdechów. Desire też sapnął. Jego twarz miała podejrzanie zielonkawy kolor, raz po raz przełykał ślinę, jakby i on miał kłopot z kontrolą żołądka. Zaraz jednak wziął się w garść i spojrzał z podziwem na Trellera. Ten stał niewzruszenie obok auta, patrząc na viverna. Miał zaciśnięte usta i mrok w spojrzeniu. Jakby żal z powodu tego, co musiał zrobić. Ian wyprostował się, ręką przeczesał włosy, a potem podszedł do ojca i poklepał go po ramieniu.

- By to elfia! - wykrztusił. - Gdybyś go nie wykończył...

- Wiem! - mruknął niechętnie Treller.

- W porządku? - Ian przyjrzał się ojcu.

Twarz starszego pana przypominała pozbawioną emocji woskową maskę.

- Nie, ale nie ma to teraz znaczenia - wycedził. - Wracajcie do wozu. Zaraz do was dołączę.

Desire pokręcił głową.

- No przecież nie będziesz ich sam dźwigał. Rzućmy ich tam. - Wskazał fragment pobocza, gdzie ziemia wyglądała na miękką. - Może nawet nie trzeba będzie kopać. Nakryjemy ich gałęziami, deszcz zmyje krew. Byle szybko, bo jeszcze sporo drogi przed nami.

- No nie wiem - odezwał się cicho Ian. - Ten vivern ewidentnie należał do konstabli, ale ich tu nie ma, co oznacza, że jakimś cudem musiał im zwiać. Tak czy siak należy mu się godny pochówek. Temu biedakowi też. - Wskazał głową szczątki krasnoluda.

- Nie mamy na to czasu - odparł Desire.

- Na wasze puste dyskusje też nie! - przerwał im brutalnie Treller. - Do wozu! No już!

- Nie powinniśmy ich tak zostawiać. To nie w porządku. - Ian kucnął koło zwłok, przyjrzał się temu, co zostało z krasnoluda, wyciągnął rękę.

- Nie dotykaj! - ostry rozkaz Trellera ponownie zatrzymał go w pół gestu. - Ech, elfy, gdyby nie wasze miękkie i przyjazne charaktery, bylibyście panami świata! - westchnął.

Syn zerknął na niego spode łba.

- Odsuń się i sprawdź, czy nie jesteś pochlapany krwią!

Ian bez słowa wykonał polecenie. Dokładnie obejrzał każdą część garderoby z podeszwami butów włącznie. Świadomość, że za chwilę odjadą, pozostawiając zwłoki mieszańca i bestii - leżące na środku jezdni ot tak, bez pochówku, bez szacunku - nie podobała mu się, jednak zaczynał rozumieć postępowanie Trellera. Milcząc, wrócił do wozu.

Desire już siedział w środku, sprawdzając, w jakim stanie jest Dante, ale zaraz potem wydobył płową chihuahua spomiędzy siedzeń i ułożył sobie na kolanach. Tymczasem starszy pan znów sięgnął do schowka. W jego czeluściach zniknęła kusza, za to w dłoniach Trellera pojawił się flakonik i foliowa torba. Przyjaciele wymienili spojrzenia. Domyślali się, co McLaurie chce zrobić.

Wstrząsnął, a potem otworzył buteleczkę. Porcja żelu spłynęła do wnętrza jego dłoni. Natarł nią ręce. Skrył flakonik w kieszeni i dopiero wtedy podszedł do viverna, uważnie stawiając stopy, tak by nie wdepnąć w jeziorka krwi. Pochylił się nad bestią. Stanowczymi ruchami wyszarpnął strzałki z jej cielska.

- Kamuflaż - mruknął Ian. - Konstable zobaczą dwa trupy i pomyślą, że się wzajemne pozabijali.

- No przecież nie uwierzą. - Desire pokręcił głową.

- Jasne, że nie, ale zanim zaczną wnikać, kto naprawdę załatwił tego viverna, my będziemy daleko. Nie dotykaliśmy niczego, więc żeby nas namierzyć, tamci musieliby mieć interceptora. Treller właśnie zapewnia nam bezpieczną ucieczkę. - Ruchem głowy wskazał krzątającego się ojca.

Tymczasem starszy pan włożył strzałki do worka, szczelnie go zamknął i odłożył na bok. Odwrócił się ku krasnoludowi i dokładnie obszukał zwłoki. Przy pasku dostrzegł nóż. Wyjęcie go z kabury zajęło mu dłuższą chwilę, bo wymagało odwrócenia trupa. Resztki trzewi wypłynęły z brzucha denata niczym krwawa fala. McLaurie uskoczył przed nią w ostatnim momencie. Zaraz potem włożył nóż w dłoń krasnoluda, tę istniejącą. Zacisnął jego palce na rękojeści, przełknął ślinę, a potem... zaczął metodycznie dźgać zwłoki viverna.

Iana znów zemdliło. Głośno wypuścił powietrze. Odwrócił głowę, udał, że sprawdza, czy nie nadchodzą konstable. Desire patrzył beznamiętnie, jednak w głębi duszy zastanawia się, czym jeszcze Treller go zaskoczy.

"Jakim trzeba być bezwzględnym sukinkotem, żeby tak pastwić się nad trupami? I jak wiele trzeba w życiu doświadczyć zła, jak często z nim obcować, by umieć tak spokojnie robić to, co on w tej chwili? - pomyślał, nie mogąc oderwać wzroku od Trellera. - Zaiste, ciekawe życie musiał wieść ten cały McLaurie. I z pewnością nie spędził go na haftowaniu serwetek, nawet jeśli robił za elfią niańkę".

Nieświadom tych rozważań starszy pan upewnił się, że każdą ranę po strzałkach zniszczył ciosem noża, a pokrwawiona dłoń trupa zostawiła wystarczająco dużo śladów na rękojeści. Jeszcze przywalił krasnoluda cielskiem viverna, jeszcze sprawdził stan własnego odzienia, zdjął, a potem schował do worka ze strzałkami dwie rękawice, które utworzył żel na jego dłoniach... Po chwili siedział koło Iana w samochodzie.

Dobrych kilka minut jechali w całkowitym milczeniu, zszokowani wydarzeniami, jakich byli świadkami.

* * *

Ciemnoskóry strażnik stanął pod drzwiami sali sekcyjnej. Skrzywił się na myśl o czekającej go rozmowie. Znów nie wiedział, czego się spodziewać. Ta kobieta...

"Czasem jest tak ciepła i pełna empatii - pomyślał - a innym razem bezwzględna, apodyktyczna, wyprana z wszelkich emocji".

Odnosił wrażenie, że w niewielkim ciele Helen Gregorian mieszka kilka ekstremalnie różnych osób ujawniających się w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Były dni, kiedy ją podziwiał i był dumny, że dla niej pracuje. Ale były też takie, gdy przerażeniem napawała go myśl o zwykłym spotkaniu z nią. No i intrygowała go. Wiele by dał, by dowiedzieć się, jakim cudem ma takie uprawnienia, takie możliwości. Jednak pracował w Instytucie zbyt krótko, a choć reszta personelu plotkowała o wszystkim, to na temat pani doktor nie puszczały pary z ust.

"Z pozoru zwykła lekarka, a przecież sam widziałem, jak zrugała dyrektor Calliere. Pojechała na niej jak na szmacie, a tamta prawie się rozbeczała! Dave Calliere będzie miał dużo szczęścia, jeśli na wywaleniu ze studiów się skończy".

Zaraz potem Gregorian zaskoczyła go ponownie, anektując skrzydło edukacyjne Instytutu oraz Terminal dla swych potrzeb. Dyskretnie, ale bezpardonowo. Na potrzeby ścigania tamtej czwórki nieco nagięto fakty. Teraz oficjalnie za napaścią na Instytut stał już nie jeden, a czterech terrorystów najpewniej przybyłych z Kryształowych Wodospadów. Studentom grzecznie wytłumaczono, że atak i nawałnica wyrządziły w budynku spore szkody i do czasu ukończenia napraw zajęcia zostają odwołane. Część personelu medycznego pracowała jak dawniej w szpitalu oraz ambulatorium, pozostali zajęli się naprawianiem szkód, a wszystkim przypomniano o "klauzuli milczenia", do której zobowiązali się, rozpoczynając pracę w Instytucie. W trybie natychmiastowym nakazano stawić się wszystkim strażnikom. Jedną z sal sekcyjnych przekształcono w centrum dowodzenia, w innej non stop trwały autopsje strażników i bestii zabitych w akcji na fermie. Dla bezpieczeństwa cały kompleks medyczny ponownie przeszukano. No i zaczęła się obława w mieście!

"A wszystko na polecenie niesamowitej doktor Gregorian. I jeszcze rewelacje tych czterech facetów... Że to ona odpowiada za zagładę elfów. Byli nawet przekonujący, ale przecież to brednie! Nawet gdyby jakimś cudem umiała wywołać zarazę, zwyczajnie była za młoda, żeby to zrobić. Ile mogła mieć wtedy lat? Trzy? Pięć? Na Onyksową Harfę, ależ te biedne sukinsyny muszą jej nienawidzić! Ciekawe za co? I ciekawe kim byli? Skąd ta obsesja Gregorian na ich punkcie? Bo przecież nie może chodzić tylko o nielegalne leki. Jakim cudem potrafią rzucać zaklęcia? A może to była jedynie hipnoza?".

Heron zawahał się, wziął głęboki oddech, zapukał. Nie usłyszał zaproszenia, ale i tak wszedł do środka. Ta sala sekcyjna była najmniejsza. Mieściły się tu tylko jeden stół, lampa sufitowa, umywalka oraz szafa. Fragment jednej ze ścian wymalowano specjalną farbą, dzięki czemu robiła za sporych rozmiarów tablicę. Tej sali doktor Gregorian używała do egzaminowania małych grup studentów lub własnych badań naukowych, jakiekolwiek one były. Teraz lekarka była tu sama, nie licząc... zwłok Bradena leżących na stole. Rozczochraną głowę trupa położono tuż przy osmalonej szyi, tak by oglądający mieli złudzenie, że zwłoki są całe. Kredowobiała skóra, takie usta i matowe, nieruchome spojrzenie nie pozostawiały wątpliwości, że zegar życiowy tego mężczyzny zatrzymał się wiele godzin temu.

Na widok zwłok Heron głośno wciągnął powietrze. Przywykł do oglądania trupów. Różnych. Ale to był Braden, prawa ręka doktor Gregorian, facet znany z bezwzględności i podłego charakteru. Wulkan energii, którego Heron spotykał wiele razy dziennie, teraz zastygły jakby z niedowierzaniem, że to jemu trafił się tak podły zgon.

"Doigrał się - pomyślał ciemnoskóry strażnik. - Ciekawe, kto go tak urządził?".

Zerknął na kobietę. Spory kawał ściany pokryła notatkami. Przyglądała się uważnie zapiskom, analizowała. W jednej dłoni dzierżyła kubek, drugą nonszalancko ukryła w kieszeni spodni. Pomieszczenie wypełniał aromat świeżo zaparzonej kawy. Heron dostrzegł pękaty dzbanek wraz z półmiskiem ulubionych ciasteczek, ustawiony na niewielkim stoliku obok stołu sekcyjnego, tuż przy... głowie Bradena. Gregorian upiła łyczek, kątem oka zerknęła na Herona.

- O, dobrze, że jesteś. Jak widzisz, mamy sporo roboty.

Spojrzał na listę zadań zapisanych na ścianie fantazyjnym pismem. Złapał się na niemądrej myśli, że jeśli charakter pisma odzwierciedla duszę człowieka, to Helen Gregorian ma piękną duszę. W jej sposobie pisania nie było absolutnie nic z niechlujnego stylu charakterystycznego dla większości lekarzy. Każda litera nakreślona była wyraźnie, starannie, a niektóre zakończone dodatkowymi zawijasami.

Kobieta się uśmiechnęła, podeszła do stolika, nalała kawy do czystego kubka i dolała mleka.

- Wiem, że nie słodzisz. Smacznego.

Podała mu kubek. Wyciągnął po niego dłoń, ukradkiem zerkając na zwłoki. Dostrzegła to i zachichotała.

- Na Onyksową Harfę! Spokojnie, jest niegroźny. - Pogładziła Bradena po włosach! - Zabił go feniks, nie pustynna dżuma. No i tobie kawa przyda się bardziej niż jemu.

Chrząknął, niemal parząc usta, bo napar był gorący, a obecność trupa nie zachęcała do konsumpcji. Jednak czy Helen Gregorian się odmawia? Patrząc na Bradena, wiedział, że ten zimny skurczybyk najwyraźniej tego nie zrobił. Przyrzekł sobie, że on tego błędu nie popełni. Upił łyczek i odstawił kubek.

Tymczasem kobieta odwróciła się twarzą do ściany.

- Huxley? - zapytała o pierwszy punkt z listy.

- Żaden skaner nie odnotował jego wyjścia. Z powodu tych kłopotów z kamerami znikł spory fragment zapisu, ale wszystko wskazuje na to, że Hux nie opuścił Instytutu.

- To gdzie jest teraz?

- Ustalamy. Chris, jego zmiennik, sprawdza konsolę zawiadującą Terminalem i wszelkie czynności, których Huxley dokonał na swojej zmianie. Ten drugi, Ryan, robi przegląd pozostałych urządzeń.

- Rozumiem. A reszta? - Ruchem głowy wskazała listę.

Heron wyjął notes, prędko go przekartkował i zaczął objaśniać:

- Minivan należał do Celii Kroes. Singielka, była tancerka, obecnie nauczycielka w szkole tańca przy Archikatedrze. Konstable już ją sprawdzili. Jest czysta. Zgłosiła kradzież wozu w godzinach popołudniowych, gdy zorientowała się, że znikł.

- Co robiła do tego czasu?

Heron chrząknął. Sięgnął po kubek, jakby chciał przepłukać zaschnięte gardło.

- Uczyła - wykrztusił, nie patrząc na szefową. - Tak twierdzi.

- Tak twierdzi? Rozumiem... - powiedziała niespiesznie Gregorian i zmarszczyła brwi. - Skoro nasi goście odwiedzili Instytut wcześnie rano, na dodatek w trakcie tej koszmarnej ulewy, to o której i gdzie pani Kroes zaczęła swoje lekcje? Uczy we własnym domu? Nazwiska uczniów!

Strażnik opuścił głowę, zagryzł usta, żeby Helen nie zobaczyła ironicznego uśmieszku. Na próżno. Kobieta podparła się pod boki.

- Heron?

Z kamienną miną mężczyzna oświadczył:

- Celia Kroes dawała prywatne lekcje niejakiemu Angelo Moriemu, studentowi trzeciego roku szkoły tańca, w wynajętym mieszkaniu przy Bławatkowej siedemnaście w Śnieżnych Magnoliach.

- O której zaczęli?

- Ehm...

- Heron?

- Poprzedniego wieczoru, koło dwudziestej drugiej. - Mężczyznę z jakiegoś powodu zainteresowały kolejne kartki w notesie i tylko usta drżały mu w tłumionym uśmiechu.

- Słucham?!

- N-no poprzedniego wieczoru, około dwudziestej dru... - Zamilkł, gdy zobaczył minę kobiety.

Lekarka długą chwilę patrzyła na strażnika szeroko otwartymi oczami. Heron pomyślał, że zaskoczona i zszokowana Gregorian to całkiem nowe zjawisko. Kobieta pociągnęła tęgi łyk kawy, z impetem przegryzła ciastko.

- Chcesz mi powiedzieć, że pani profesor całą noc i pół dnia uczyła jakiegoś młodego byczka baletowych pozycji?! - prychnęła w końcu.

"Śmierć Bradena i reszty spłynęła po niej jak po kaczce, a szokują ją igraszki ucznia z nauczycielką?!" - pomyślał zdumiony, lecz odpowiedział tylko:

- Dokładnie. Tamten rejon Śnieżnych Magnolii nieźle podtopiła ulewa, więc aż do południa nie ruszali się z mieszkania. Chłopak to potwierdził. Błagali o dyskrecję. Gdyby dyrekcja szkoły się dowiedziała, pani rozumie...

Gregorian zakryła ręką oczy i pokręciła z dezaprobatą głową.

- A sam wóz?

- Oprócz typowo babskiego bałaganu...

- Co takiego?

- To znaczy... - Heron ugryzł się w język. - Oprócz rzeczy tej kobiety była torba podręczna. W niej mapa Palatynatu, trochę prowiantu, męskie okulary przeciwsłoneczne, czapka. Nic więcej.

- Żadnych dokumentów? Niczego innego?

Heron pokręcił głową.

- Konstable szukają odcisków palców i...

- Mogą sobie darować! - przerwała mu Helen. - Prócz śladów rozkosznej działalności pani nauczycielki nic nie znajdą.

Przyjrzał jej się z uwagą, próbując zrozumieć.

- Co ja mówiłam o szarych komórkach, Heron?

- Żeby ich nie przemęczać?

- Zapomnij o tym! Myśl! Nie zostawiają śladów, bo to mieszańcy elfów. Oni nie mają linii papilarnych, nie wiedziałeś?

Teraz to ona ujrzała zaskoczenie w jego oczach.

- Na Onyksową Harfę! Tylko mi nie mów, że tamci nie mogą być potomkami elfów, bo nasi Wielcy Nieobecni odeszli pięćdziesiąt lat temu. Sama ukułam ten slogan! - mruknęła poirytowana. - Pracujesz w Instytucie i nie jesteś ani ślepcem, ani idiotą. Wiem, że doskonale zdajesz sobie sprawę, do czego służy Terminal. Że po brzegi jest wypełniony kapsułami, a w środku są uśpieni mieszańcy. I nie udawaj też, że nie masz pojęcia, do czego są nam potrzebni!

Heron opuścił głowę, zagryzł usta. Całe rozbawienie z powodu igraszek tamtej nauczycielki w sekundzie uleciało. Spociły mu się dłonie. Dyskretnie wytarł je o spodnie. Tymczasem Helen znów upiła nieco kawy. Zerknęła na trupa Bradena, ale zaraz potem na ścianę z zapiskami, na kolejny punkt z listy - opisany jednym imieniem.

- Brenda. To oczywiste, że im pomogła... - szepnęła jakby do siebie z żalem i rozczarowaniem. Nie poddała się jednak tym emocjom. - Znaleźć mi tę babę! - syknęła. - I sprawdzić. Do piątego pokolenia wstecz! - Spojrzała na Herona. Teraz jej błękitne oczy przypominały zamarznięte niebo. - Jeśli trzeba, przeleć jej kota razem z jego pasożytami, wyłup gałki oczne jej babci. Nie-waż-ne! Masz mi namierzyć i znaleźć tę zdzirę!

Ciemnoskóry strażnik skinął głową i ruszył do wyjścia.

- Ty dokąd?! - W miejscu osadził go ostry głos Gregorian.

Mężczyzna odwrócił się do Helen. Ta kiwnęła głową i dużo spokojniej dodała:

- Nie dokończyłeś kawy. Pij. W następnych godzinach możesz nie mieć ku temu okazji. Zresztą jeszcze nie skończyłam.

Posłusznie wrócił do stolika, uniósł kubek do ust.

- Cador, ten staruch... Braden go zabił. W obronie własnej oczywiście - dodała prędko, widząc pełną powątpiewania minę Herona. - Na podłodze w korytarzu zostało sporo krwi tego dziadygi, strażników i vivernów, ale jest tam też krew tego ciemnowłosego drania. Kazałam ją zbadać. Laboratorium ma nam zostawić próbkę. Przyda się do wytropienia tych gnojków. Nie mamy co prawda interceptora, a viverny tropiące zgubiły ślad w parku przy wyjściu ewakuacyjnym z katakumb, ale warto pójść tym tropem jeszcze raz. Nic, absolutnie żadna informacja nie ma prawa nam umknąć.

- Coś jeszcze?

Machnęła ręką, wskazując listę zadań.

- Ta knajpa, Wylęgarnia Feniksów. Braden spędził tam godzinę w towarzystwie tych facetów. Niech jakiś tajniak rozejrzy się po lokalu.

- Braden? W knajpie? Z nimi?!

- Szpiegował. Na moje polecenie. - Helen znów ucięła spekulacje, zanim na dobre się zaczęły. Westchnęła. - Ech, zapomniałam, że o tym nie wiesz. Swoimi sposobami dowiedział się, że niejaki Hamish Finley pracujący w Czarnej Łusce ma komuś wyświadczyć przysługę - wytłumaczyła. - Ponieważ Finley na lewo handlował jajami vivernów, myśleliśmy, że doprowadzi nas do medycznego podziemia. Braden podszył się pod Hamisha. Na miejscu okazało się, że facetów jest czterech i nie zamierzają kupować jaj, tylko wedrzeć się do Instytutu, na dodatek porwać któregoś z naszych rezydentów z Terminala. - Słowa wylatywały z ust Helen z prędkością ptako-smoków ścigających się na krótkim dystansie w Memorialu. Najwyraźniej chciała to już mieć za sobą.

Wszystko, co mówiła, wprawiało Herona w coraz większą konsternację. Stał z szeroko otwartymi oczami i ze skrajnym zdumieniem wpatrywał się w kobietę. Ta tłumaczyła dalej:

- Nie zdradzili Bradenowi nic więcej, a on nie nalegał, żeby się nie zdekonspirować. Postanowił zastawić na nich pułapkę już tu, w Instytucie. Obiecał, że ich wprowadzi, nawet ustalili, jak to zrobią, ale tamci się nie pokazali. Za to pojawił się ten śmierdzący krasnolud i napadł na Laboratorium. Do tej pory nie wiemy, czy te dwa fakty są z sobą powiązane. Byliśmy przekonani, że tamci zrezygnowali, a te gnojki podszyły się pod studentów. Musiało im cholernie zależeć. Resztę znasz. Więc niech ktoś odwiedzi ten pub i powęszy trochę. Ale bardzo dyskretnie.

- Jasne.

- Spisz tę listę, dobierz kilku zaufanych strażników. Niech ci pomogą przy kolejnych punktach.

Heron zerknął krytycznie na ścianę z zapiskami.

"Brenda Hershey - przeczytał w myślach. - Przejrzeć dossier, odnaleźć Brendę. Sprawdzić, jakim cudem przeszła weryfikację i dostała pracę w Instytucie! Co ją łączy z tamtą czwórką? Terminal - co tamci w nim robili, skoro nikogo nie porwali? Mieszaniec, który napadł Laboratorium - przesłuchać ponownie, jeśli przeżyje i wyjdzie ze śpiączki. Wylęgarnia Feniksów - dyskretna inwigilacja. Treller McLaurie - przeszukać fermę, przesłuchać pracowników i znajomych. Inspektor Sonnenfield - dowiedzieć się, czy namierzył auto Trellera, przekonać, żeby jeszcze raz pozwolił przekopać zasoby policji. Może Ian używał ostatnio którejś z pozostałych swoich tożsamości? Co zrobili ze zwłokami Cadora? Czarna Łuska - z kim kontaktował się Hamish Finley? Przesłuchać personel i dyrekcję. Monitoring miejski - przejrzeć okolicę Wylęgarni i Czarnej Łuski. Dave Calliere, Christoph - przesłuchać...".

Lista zdawała się nie mieć końca. Heron pomyślał, że do jej realizacji będzie musiał zatrudnić całą armię strażników, a nie tylko kilku zaufanych. Oczami wyobraźni zobaczył siebie wykonującego mrówczą, niewdzięczną robotę i własne mieszkanie zarastające pajęczynami oraz brudem. Nie poprawiło mu to humoru.

- Zadzwoń do sąsiada, niech się zajmie twoim kotem. - Gregorian domyśliła się jego wątpliwości. - O prowiant i zakwaterowanie się nie martw. Instytut zapewni wszystko. Znajdzie się też ekstrapremia. Duża premia. I dodatkowe leki dla matki. Tylko spraw się dobrze.

Niechętnie skinął głową. Znów zerknął na listę zadań, na jej ostatnie dwa punkty. Nic z nich nie zrozumiał.

- Radesh Cayen, Mary - przeczytała Gregorian. - Sama się nimi zajmę. Dave'em Callierem też. - Ruszyła ku drzwiom. Na odchodnym rzuciła: - Aha, nie ma mnie dla nikogo, chyba że zapyta o mnie palatyn.

- A gdyby pytał? - Heron nie zdążył ugryźć się w język. Aż skulił się w obawie, że za ten żart znów coś ciężkiego przeleci mu koło głowy. Ale Helen jedynie parsknęła śmiechem.

- No proszę, kubek kawy wypity w towarzystwie Bradena wyostrzył ci dowcip. Cudownie. A tak serio, będę w skrzydle szpitalnym, sektor izolatek. Potem w swoim gabinecie. Informuj mnie na bieżąco.

Drzwi zamknęły się bezszelestnie. Mężczyzna natychmiast odstawił kubek, zerknął na trupa i splunął z odrazą. Przeszedł pod drugą ścianę tak, by wszystkie zapiski Gregorian dało się ogarnąć jednym spojrzeniem. No i wolał nie mieć za plecami Bradena. Aż tak nie wierzył, że nie podniesie się ze swego zimnego posłania i nie potraktuje go równie brutalnie jak tego krasnoluda, który napadł Laboratorium Doświadczalne.

- Trup czy nie, wolę cię mieć na oku, bratku - mruknął, upewniając się, że tamten na pewno nie oddycha.

Uśmiechnął się blado na myśl, że popada w paranoję, i wrócił do spisywania listy. Nie zdążył jednak na dobre się rozkręcić, bo nagle drzwi otworzyły się ponownie. Weszło dwóch sanitariuszy odzianych w zielone kitle. Przed sobą pchali wózek do przewożenia pacjentów. Milczeli. Za nimi kroczył Ryan, chwilowo pełniący obowiązki zarządzającego Terminalem. Heron przylgnął do ściany, by zrobić im miejsce. Panowie wyminęli go i bez słowa złapali Bradena za nogi i pod ramiona. Na trzy przenieśli go na wózek. Dłońmi w lateksowych rękawiczkach Ryan złapał głowę trupa za uszy i uniósł na wysokość własnej twarzy. Przyjrzał się krytycznie podbitym oczom, rozwichrzonej czuprynie.

- No proszę, już nie jest taki ładniutki - ocenił, nie kryjąc złośliwości.

Heron milczał. Przełknął jedynie ślinę, bo dopiero co wypita kawa podeszła mu do gardła.

"Psychol - pomyślał, spoglądając na Ryana. - No, ale ci z Terminala nigdy nie byli normalni. Za dużo obcują z niemal nieboszczykami. Lepiej nie myśleć, co im robią...".

Tymczasem Ryan położył głowę Bradena pod pachą trupa i potargał jego czuprynę.

- A to farciarz - mruknął. - Mamunia Helen zadbała o wszystko co najlepsze dla synusia. Mam dla niego znaleźć najbardziej wypaśną kapsułę w Terminalu, dasz wiarę? - Spojrzał na Herona, a ten pokręcił głową. - I jeszcze zażyczyła sobie, żeby mu przyszyć ten wredny łeb do osmalonego karczycha jakby, nie przymierzając, nie był sztywniakiem tylko vipowskim pacjentem z opcją przeżycia kolejnych stu lat! Ale to wszystko nic! - paplał, podczas gdy sanitariusze zniknęli z wózkiem za drzwiami. - Wyobraź sobie, że mam dla tego gnoja ustawić w kapsule poziom piąty! Piąty! Rozumiesz?! - gorączkował się Ryan. - Jakby normalnie fiut był zahibernowanym elfem czystej krwi! I to wszystko na koszt Instytutu! Czekam, kiedy zażyczy sobie krwi interceptora, żeby wybudzić skurwysyna! Serio, mamcia Helen przegina! Pewnego dnia beknie za to i...

- To jest Helen Gregorian! Doktor Helen Gregorian! I nie, za nic nie beknie! A tobie radzę zamknąć dziób i robić dokładnie to, co ci każe! Chce kapsułę? Masz jej dać kapsułę! Zechce krwi interceptora, to dasz jej tę pieprzoną krew i skończ trzepać ozorem! Jasne?! - Heron spiorunował Ryana wzrokiem, aż tamten się otrząsnął.

Sam się sobie dziwił, że zdołał go tak bezpardonowo obsztorcować. I to w obronie kobiety, którą raz uwielbiał, a raz nienawidził, ale zawsze i bezwarunkowo podziwiał.

Ryan umilkł. Zlustrował Herona od stóp do głów. Skrzywił się, wzruszył ramionami. Zanim zniknął po drugiej stronie drzwi, Heron usłyszał jeszcze, jak szepcze:

- Nic nie rozumie, fajfus jeden...

* * *

Dłuższą chwilę jechali w ciszy, każdy pogrążony we własnych myślach. Droga uciekała spod kół wozu niczym czarna ruchoma wstęga, lecz krajobraz za oknem pozostawał niezmienny. Gdzie nie spojrzeć, ciemnozielona ściana lasu. Znów zaczęło padać. Do wnętrza auta wdarło się wilgotne powietrze. Pachniało mchem i sosną z intensywnością, która oszałamiała. Jednak Ian nie potrafił delektować się tym zapachem. Ciągle nie mógł pozbyć się obrazów pełnych krwi i przemocy. Był w nich Desire rozprawiający się ze strażnikami i vivernami w Instytucie, była masakra ludzi i bestii na fermie Trellera, ale przede wszystkim były te ostatnie okrutne sceny: konającego krasnoluda i ojca krążącego wokół zwłok niczym sęp.

Podenerwowany bębnił palcami o kierownicę i co jakiś czas zerkał w lusterka, upewniając się, że nikt ich nie ściga. Starszy pan McLaurie skupił się na obserwacji okolicy i nie zwracał uwagi na syna. A może tylko udawał?

Tymczasem Desire zmodyfikował wygląd auta. Już nie przypominało pochlapanej terenówki. Teraz był to gruchot w nieokreślonym kolorze, toczący się w tempie zdychającego ślimaka. Przynajmniej takie miał sprawiać wrażenie w oczach postronnych obserwatorów, gdyby się jacyś napatoczyli. W następnej kolejności ciemnowłosy zakonnik zajął się feniksem.

"Przydałoby się porządne nosidło - pomyślał, poprawiając ułożenie pisklaka śpiącego mu pod koszulą na piersi, bo maleństwo zdążyło się zsunąć.

Zerknął pod ubranie na przymknięte oczy Dante, na jej spokojny, regularny oddech i znów ogarnęła go czułość, zupełnie jakby obserwował śpiącego niemowlaka, córeczkę, której nie dane mu było mieć. Ze zdumieniem stwierdził, że już nie broni się przed rolą, którą powierzył mu los: opiekuna i przewodnika. Choć dopiero to podejrzewał, między nim a interceptorem właśnie rodziła się więź silniejsza niż miłość. Uśmiechnął się bezwiednie. "Ale ładna! Ciekawe, czy jak urośnie, zrobi się cieplejsza. Co za głupie pytanie. Oczywiście, że tak! W końcu to feniks. Mój feniks! Dobra, ale co jedzą interceptory? Jak szybko rosną? Kiedy zaczynają się pierzyć? Jak się z nimi komunikować, jak kontrolować zionięcia ogniem? Tylu rzeczy o nich nie wiem, tyle rzeczy muszę się nauczyć! Treller. Na pierwszym postoju wypytam go o wszystko".

- Co z twoim przyjacielem? - Z zadumy wyrwał go szorstki głos starszego pana McLauriego. - Dante śpi. To Tancmistrzowi jest teraz potrzebna twoja uwaga, nie jej.

Desire spojrzał na chihuahua leżącą na jego kolanach.

- Nic sobie nie połamał. Sprawdziłem - mruknął.

Treller pochylił się ku nim przez lukę między siedzeniami. Zlustrował nieprzytomnego psa. Wyciągnął rękę.

- Pokaż!

Desire ostrożnie podał mu chihuahua. Dłuższą chwilę McLaurie badał kręgosłup i kończyny zwierzęcia, sprawdzał pracę źrenic, bicie serca, oddech, ranę zaklejoną przez Brendę. Zadowolony z oględzin oddał psa.

- Fizycznie jest niemal w porządku. Co do reszty... Zobaczymy, gdy się ocknie. Masz, nakryj go.

Podał wyjęty ze skrytki lichutki kocyk wyglądający tak, jakby był utkany z szarego włosia przeżartego przez mole.

- Wiem, wygląda podle, ale musisz wiedzieć, że to specjalny koc termiczny. Jest świetny i był cholernie drogi. Używam go... używałem - poprawił się szybko - do ogrzewania ciężko rannych vivernów. Nakryj nim Tancmistrza. Im też się przyda. - Głową wskazał śpiącego Daniela i nieprzytomnego Cicerona.

Obserwując, jak Desire ostrożnie i z uwagą okrywa kocem całą trójkę, Treller pomyślał, że może jednak jego obawy o los Dante i świata były przedwczesne i przesadzone? Może ten ciemnowłosy hultaj mile go zaskoczy i stanie się dobrym przewodnikiem dla interceptora? Może...

Pogrążony w myślach starszy pan nie zauważył, że auto zwolniło, a Ian mocniej zabębnił palcami o kierownicę. Zerknął na ojca ze złością, ponownie spojrzał na drogę i znów na Trellera. Chrząknął. Nie pomogło. Posłał ojcu kolejne naglące spojrzenie. Tym razem McLaurie dostrzegł irytację syna, lecz bezczelnie zignorował to mało subtelne zaproszenie do sprzeczki, udając, że obserwuje okolicę.

- Treller! - Ian nie wytrzymał i rąbnął pięścią w kierownicę.

Brwi starszego McLauriego uniosły się niczym uprzejme znaki zapytania.

- To twoja sprawka, tak?! - wydarł się Ian. - Nie zaprzeczaj, wiem, że twoja!

- Nie zaprzeczę, bo nie mam pojęcia, czemu miałbym zaprzeczyć - odparł powoli i z godnością Treller, a w Ianie wszystko się zagotowało.

Desire zerknął na panów McLauriech pytająco.

- Może jestem elfem czystej krwi - wrzasnął Ian - a przez to mam miękki i przyjazny charakter, może nigdy nie będę panem świata i może też cierpię na częściową amnezję, ale nie jestem idiotą, tato!

- Nigdy tak nie twierdziłem.

- To twoja sprawka!

- Powtarzasz się.

- Jak mogłeś?!

- Odpowiem, kiedy w końcu zdecydujesz się rzucić jakieś klarowne oskarżenie!

Iana aż zatkało. Sapnął gniewnie, zatrzymał samochód. Pochylił się w stronę Trellera, palcem dźgnął go oskarżająco w pierś.

- Wydaje ci się, że go nie rozpoznałem, co?!

- Nie rozpoznałeś kogo? - wtrącił Desire.

Ian przeniósł zaskoczone spojrzenie na przyjaciela, jakby sprawa była oczywista.

- Jak to kogo?! Viverna oczywiście! - ryknął. - Miodowa tęczówka u tej odmiany to jak podpis Trellera. Tę krzyżówkę wyhodował ponad rok temu specjalnie dla konstabli. Wspominałeś - zwrócił się do ojca, krzyżując ręce na piersi - że jest bardziej wytrzymała, odporna na choroby, łatwiejsza do tresury i ma zdecydowanie lepszy węch. Zaprzeczysz?

- Oczywiście, że nie - padła spokojna odpowiedź.

- Jak ty, legendarny Treller McLaurie - teraz Ian cedził słowo po słowie - facet, który nauczył mnie wszystkiego, co wiem o hodowli bestii, ale przede wszystkim na okrągło ględził o uczciwości i rzetelności, wytłumaczysz mi ten szwindel?! - Palcem wskazał drogę, na której dopiero co porzucili zwłoki krasnoluda i viverna. - Jaką bajkę tym razem wciśniesz głupiemu i naiwnemu elfowi, którego zwiesz synem, by nie stracić w jego oczach?! Kazałeś mi hodować jaskiniowe grafitowe - palnął dłonią w kierownicę - drobnicę w stylu miniaturowych jednorożców, tęczowych utopców i innego gówna, a sam co? Handlowałeś jajami czartów smoczych, wyhodowałeś diablika szarego do pacyfikacji Kryształowych Wodospadów i teraz jeszcze to: oddałeś konstablom minitropiącego, który nie przeszedł tresury! Na dodatek z niespiłowanymi zębami i kolcem jadowym w ogonie! Ile takich sztuk oddałeś ludziom palatyna? Bo oprócz tego widzieliśmy co najmniej dwa inne na blokadzie w drodze na twoją farmę. I nie wciskaj mi kitu, że zrobiłeś to dla Uny! Jaki był prawdziwy cel? Więcej dragenów, większa sława? No jaki, tato?!

Ian wpatrzył się natrętnie w twarz Trellera. Jeśli oczekiwał skruchy, przeprosin, czegokolwiek, po raz kolejny srodze się rozczarował. Starszy pan wytrzymał gniewne spojrzenie syna.

- Faktycznie, czarty smocze to moja sprawka. Diabliki też - powiedział cicho. - Ale z tym minitropiącym tam na drodze nie miałem nic wspólnego.

- Treller!

- Palatyn chciał odmiany wytrzymałej, łatwej do rozrodu i tresury. Dałem mu taką, razem z całą dokumentacją dotyczącą hodowli. De facto scedowałem wszelkie prawa do tej rasy na Ronenwetha - mruknął, opuszczając głowę.

- Co takiego?! - wrzasnął Ian, oczy rozszerzyło mu zaskoczenie. - Czyś ty całkowicie zgłupiał, stary durniu?!

- O co chodzi? - wtrącił zdezorientowany Desire.

- Chcesz mi powiedzieć - Ian nachylił się ku ojcu, nie zwracając uwagi na pytanie przyjaciela - że teraz każdy idiota może wyhodować sobie minitropiącego i wytresować go według własnego widzimisię?! Czy ci elfia zaraza starczy mózg zeżarła?!

Treller tylko westchnął i rozmasował sobie kark.

- To było krótko po twoim oficjalnym pogrzebie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przeżyłeś, byłem zdruzgotany, a Ronenweth to wykorzystał. Konstable potrzebowali więcej minitropiących, a ja nie nadążałem z masową hodowlą. Składając mi kondolencje, palatyn zasugerował, że powinienem się zająć chowem ważniejszych ras.

- Czartów, diablików... - szepnął domyślnie Desire.

- Mówił, że najlepiej będzie, gdy tak banalną rasę jak minitropiące powierzę innym, bo nie poradzę sobie z nawałem obowiązków. Obiecywał odpowiedzialnie rozporządzać licencją. Jego ludzie mieli kontrolować, czy hodowcy trzymają się zasad tresury, obowiązku amputacji kolców jadowych i tak dalej. Uwierzyłem. To w końcu palatyn. Wiem, że od tamtej pory udzielił licencji kilku drobnym hodowcom. Niedawno doszły mnie słuchy, że... - zająknął się.

- Tiaa?

Treller zgrzytnął zębami, lecz dokończył:

- Że na pograniczu z Kryształowymi Wodospadami widziano minitropiącego z premedytacją polującego na... - zająknął się - ...a mieszańców krasnoludów. Podobno to sprawka kilku miejscowych konstabli. Słyszałem, że podają więźniowi jakiś specyfik, nie mam pojęcia jaki, a potem wypuszczają za nim uzależnionego viverna. Ale nie pytajcie mnie, czy to forma jakiegoś treningu, rewanżu za innych gliniarzy, którzy ucierpieli w czasie pacyfikacji zamieszek, czy może zwyczajnie chorej rozrywki. Tego nie wiem. Nie chciałem wierzyć, że coś takiego jest możliwe. Myliłem się. - Zapatrzył się we własne dłonie wsparte o kolana.

- To dlatego tamten vivern nawet nas nie dostrzegł - odezwał się Desire. - Tak czy inaczej pozostaje mieć nadzieję, że mieli tylko jednego takiego skurczybyka i nieprędko zdobędą kolejnego.

Treller zerknął na rozzłoszczonego syna.

- Tamten vivern na drodze naprawdę nie był mój - mruknął. - Żałuję, że dałem się Ronenwethowi namówić na to wszystko.

Ian pokręcił głową.

- By to elfia!... - Zacisnął pięść.

Przez chwilę wyglądało, jakby zamierzał potraktować Trellera jakimś paskudnym zaklęciem. Sapnął raz czy dwa, opanował gniew. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nagle poczuł znajomy ból w piersi, duszności, mrowienie stóp i uczucie, jakby ktoś obcęgami wyrywał mu trzewia. Ciągle wilgotna od potu koszula w jednej chwili ponownie stała się kompletnie mokra, świat znikł w obłoku czarnych płatków.

- Na Onyksową! Tylko nie teraz! - jęknął.

Złapał się za pierś, z trudem spróbował wciągnąć powietrze. Treller spojrzał na syna przerażony. Wzrokiem poszukał pomocy u Desire. Ciemnowłosy zakonnik natychmiast zaczął przetrząsać wóz w poszukiwaniu torby z prowiantem.

- Znów nie łyknął kapsułki? To jakaś forma elfiego alzheimera czy zaawansowana głupota w połączeniu z masochizmem? - dało się słyszeć charakterystyczną chrypkę Tancmistrza, płowa chihuahua uniosła głowę.

- Schowek w desce rozdzielczej, tam znajdziesz uzdrowienie - oświadczyła zdegustowana. - No, Treller, na co czekasz? Wykaż się bohaterstwem i uratuj syna!

Starszy pan jakby ogłuchł. Rozpacz niemal go sparaliżowała. Patrzył na wijącego się z bólu Iana, niezdolny do ruchu, gardło ściskał mu żal, a oczy wypełniały łzy.

- Co ta Helen ci zrobiła... - wyszeptał w końcu, pogładził syna po dłoni. - Będzie za to cierpieć. Zabiję. Przysięgam...

- Chłopie, ależ ty masz refleks! - przerwała mu brutalnie chihuahua. - Wiedźma kazała do niego strzelać, torturowała, a ty dopiero teraz reagujesz?! Bo zobaczyłeś to na własne oczy?! - wrzasnęła. - A co to, nagle zdecydowałeś się kandydować do tytułu ojca roku?! Na Onyksową Harfę, człowieku - trąciła starszego pana pyskiem - ogarnij się i wyjmij te pieprzone kapsułki z tego zafajdanego schowka, jeśli nadal chcemy mieć tego elfa żywego!

Schowek otworzył się z cichym pyknięciem. Drżącymi rękami McLaurie podał synowi lekarstwo wraz z sokiem jabłkowym, który znalazł w torbie z prowiantem. Próba popicia kapsułek skończyła się zakrztuszeniem i od widowiskowego zgonu uchroniła Iana przytomna reakcja Desire, który solidnie rąbnął go w plecy. Ciemnowłosy zakonnik wraz z Trellerem i psem wpatrzyli się w Iana próbującego uspokoić oddech. Ale minęło jeszcze wiele minut, nim Dee zdołał się wyprostować i normalnie zaczerpnąć powietrza. Przeczesał palcami mokre od potu włosy, łokcie oparł na kierownicy, schował twarz w dłoniach, długą chwilę nic nie mówił, po prostu odpoczywał. Gdy w końcu podniósł głowę i spojrzał na ojca, a potem na Desire, ci dostrzegli jego oczy i zamarli z rozdziawionymi ustami. Bo oto tylko jedna z jego tęczówek pozostała koloru palonej kawy, druga błysnęła srebrnym pyłem jakby zawieszonym we wnętrzu nieskazitelnego szafiru.

- Ja chędożę! - wyszeptał powoli zaskoczony mnich.

- Chciałbyś! - wycedził nagle Tancmistrz z wściekłością. - Desire, zabieraj łapska z mojego tyłka! - Zerknęli w stronę, z której dobiegał głos, i dopiero teraz dostrzegli, że płowa chihuahua na powrót stała się kościstym mężczyzną z jasnym kucykiem oraz szramą biegnącą przez wydatny podbródek. Na dodatek mężczyzna ciągle siedział tam, gdzie jako pies został położony: na kolanach Desire.

- Zaraz, czy to, co mnie uwiera, to... - zapytał groźnie. - By to elfia zaraza! Parę kontaktów ze Sloanem i już zmieniłeś orientację?! - wrzasnął. - Trzymaj ptaka na uwięzi, a łapy przy sobie!

Jak oparzony wyskoczył z wozu. Zatrzymał się na poboczu, gwałtownymi ruchami zaczął otrzepywać ciuchy z niewidzialnego łajna. Wyglądałoby to przekomicznie, gdyby nie wściekłość na twarzy Tancmistrza.

- Hmm, oberwał w głowę mocniej, niż myślałem - rzekł Treller, patrząc na jego dzikie podskoki.

- Tancmistrz? Stary, o czym ty?... Ptaka?! - zawołał przez okno skołowany Desire. - Jakiego ptaka? O rany, ptaka! - Nagle go olśniło! - Danteee!

Zajrzał pod koszulę, potem w gatki. Spanikowany rozpiął je. Dłuższą chwilę gmerał w rozporku, kompletnie nie dostrzegając zdegustowanych min panów McLauriech.

- Dwa razy się zastanowię, zanim podam mu rękę - rzucił słabym głosem Ian.

Desire kompletnie to zignorował, zwłaszcza że właśnie znalazł to, czego tak gorączkowo szukał. Uśmiech rozciągnął mu usta, gdy w dłoniach pojawiło się coś niewielkiego i różowego. To coś zakwiliło cicho.

- A, tu jesteś, kochana! Nic ci nie jest, maleńka? - Westchnął z ulgą, widząc zaspane węgielki oczu. - Dzidzia jest taka odważna, nie wystraszyła się tego kościstego wielkoluda, który tak brzydko wyklina - szeptem paplał jak do niemowlaka. - Ale dzidzia potrzebuje nosidła. Porządnego. Zrobimy takie, jak tylko dojedziemy do Fenaby. Zgoda?

Pogładził Dante po głowie, zupełnie nie zwracając uwagi na Trellera mruczącego z zadowoleniem:

- No i to się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia. Spryciula, szybko owinęła go sobie dookoła najmniejszego pazurka.

Tymczasem na poboczu opodal wozu rozpętała się prawdziwa burza.

- I masz mi zaraz wyjaśnić, jakim cudem wylądowałem na twoich kolanach! - darł się Tancmistrz.

Otrzepywaniu się, okręcaniu i podskokom towarzyszyły coraz mocniejsze wyklinania.

"Na Onyksową, ale wrażliwy - pomyślał Ian i podrapał się za uchem. - Zwykłe nieporozumienie, a ten się miota, jakby go demon opętał. Jeszcze chwila i będziemy potrzebować egzorcysty!".

Westchnął, odwrócił głowę ku Desire, wzrokiem wskazał Tancmistrza. Ciemnowłosy zakonnik zacisnął usta.

- Nie musisz przepraszać - mruknął Ian. - Wystarczy, że mu wszystko wyjaśnisz.

- W życiu tam nie pójdę! - zaperzył się Desire. - Jak nic mnie zastrzeli!

Jakby na zawołanie dzikie podskoki Tancmistrza jeszcze się nasiliły.

- Zastrzeli? A niby z czego? - zainteresował się Ian. - Przecież spluwy przepadły w Instytucie. Co najwyżej dostaniesz po gębie. To nie takie straszne, a poza tym zasłużone. No, dalej, zasuwaj. Jak nie pójdziesz, będzie jeszcze gorzej.

Starszy pan McLaurie spojrzał krytycznie na syna. Przypomniał sobie wszystkie bójki Iana z Benem Stoykovem i westchnął na samą myśl, że znów będzie musiał kurować czyjś rozkwaszony nos.

- No idź - zwrócił się do ciemnowłosego zakonnika. - Miejmy to już za sobą.

Desire zgrzytnął zębami. Odłożył Dante na siedzenie i wygramolił się z wozu. Powoli, w strugach deszczu, ruszył ku poboczu, na którym przyjaciel ciągle odstawiał swój wściekły taniec. Ian z Trellerem wstrzymali oddech.

Desire zatrzymał się naprzeciw Tancmistrza. Przestąpił z nogi na nogę, nieco nerwowym ruchem rozmasował szczękę. Nie patrząc na tamtego, zaczął mówić - na tyle cicho, że siedzących w samochodzie panów McLauriech nie dobiegło żadne słowo. Płowowłosy mężczyzna na poboczu nie zaszczycił Desire jednym spojrzeniem. Coś zamruczał, a strużka śliny pociekła z jego ust i natychmiast została zmyta przez deszcz. Zamachał rękami, otrzepał ubranie, podskoczył, a nawet zakręcił biodrami! Desire spojrzał z konsternacją w stronę auta. Ponaglony przez Iana pewniejszym głosem zaczął coś objaśniać, a w końcu pokrzykiwać. Odpowiedział mu potok obelg i kolejne podskoki.

- Oni tak zawsze? - mruknął zdegustowany Treller.

- No cóż...

- Na Onyksową Harfę! Kłócą się jak stare małżeństwo. I to takie, które nie pamięta, kiedy się ostatnio bzykało. - Zniecierpliwienie zaczęło ogarniać starszego pana. - I to z nimi masz wyruszyć do Wietrznych Katedr?!

- Proponowałem, że zabiorę bazyliszka. On się nie zgodził. - Ian wskazał głową nieprzytomnego Cicerona.

Zobaczył zaskoczenie w oczach ojca i tylko wzruszył ramionami. Tymczasem sytuacja na zewnątrz jeszcze się pogorszyła. Teraz ciemnowłosemu zakonnikowi puściły nerwy.

- Ale z ciebie palant, Tancmistrz! - Desire splunął z pogardą.

W odpowiedzi przyjaciel zamachał rękami, podskoczył, a nawet... zrobił przysiad! Zaczął drapać się po całym ciele tak intensywnie, jakby padł ofiarą nagłej inwazji smoczego świerzbowca.

- Palant?! - ryknął. - Ja ci dam palanta!

Podstawił Desire pięść pod nos.

- Panowie. Panowie! - Treller nie wytrzymał i wychylił się przez okno.

Nawet nie spojrzeli w jego stronę. Desire stał z rękami wspartymi o biodra, patrzył z pogardą na przyjaciela i dobitnym głosem sugerował wizytę u psychiatry. Tancmistrz darł się jak opętany i nie przestawał machać łapskami.

- Panowie!!! - wrzasnął Treller, ale na interwencję było zdecydowanie za późno.

- Ty do mnie z tymi zaklęciami?! Ja ci dam zaklęcia, wypierdku!

Zaraz potem obydwa wściekłe szerszenie wrzasnęły jednocześnie Mortua! i zamarły w komicznych pozycjach. Jednak brak możliwości poruszania się nie przeszkadzał im ujadać. Sekundę potem znów wpadli na identyczny pomysł. Rzucone jednocześnie Sincantatum sprawiło, że i Tancmistrz, i Desire skutecznie pozbawili się możliwości używania magii.

- I zobacz, co zrobiłeś, krasnoludzia mendo! - zawył Desire. - Szczęśliwy?! No, mam nadzieję!

- Zaraz zwariuję! - wycedził Treller. - Nadal uważasz, że warto ich było konfrontować? - spytał syna z naganą. - No dalej, zrób coś, zanim stracę nerwy. - McLaurie otworzył schowek i kusza wylądowała na jego kolanach.

- Chyba żartujesz. - Ian pokręcił z niedowierzaniem głową, podczas gdy dwa posągi stojące na poboczu w strugach deszczu teraz przeszły do opluwania się.

- Nie raz chciałem to zrobić, gdy tłukłeś się z Benem. Wtedy miałem opory. Teraz nie będę mieć żadnych.

Ian westchnął, wychylił się przez okno, od niechcenia wystawił rękę.

- Somnum.

Ciszę zakłócał jedynie szum deszczu. Chwilę delektowali się nią i widokiem dwóch zmokniętych kogutów zamarłych na skraju drogi. Treller zerknął na syna bez słowa. Usta wykrzywił mu podziw. Schował kuszę.

- Ale dasz radę ich odczarować?

- Jasne, tylko nie wiem, czy chcę. - Ian się uśmiechnął. - Jeszcze chwila. Zimny prysznic dobrze im zrobi. Serio chciałeś ustrzelić mnie i Bena z kuszy?

Treller zachichotał.

- Ojcostwo to ciężki kawałek chleba.

Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

- Dobra, obudźmy ich. Mam nadzieję, że im przeszło - mruknął Ian, ocierając załzawione ze śmiechu oczy.

Zanim wysiedli, Treller złapał syna za ramię. Nagle stał się bardzo poważny, przygryzł usta, zawahał się. To, co zamierzał zrobić, nie było łatwe ani przyjemne, ale musiał się w końcu z tym zmierzyć. Już i tak zbyt długo zwlekał.

- Słuchaj, czy... Czy po tym wszystkim, co się wydarzyło, co zrobiłem, a właściwie czego nie zrobiłem dla ciebie, dla Uny, Russella, czy ty... - wykrztusił - czy nadal widzisz we mnie ojca? Zrozumiem, jeśli odpowiedź zabrzmi "nie".

- Ależ wybrałeś sobie moment na takie rozmowy. - Teraz także Iana opuścił dobry nastrój. Uśmiech znikł z jego twarzy, została jedynie beznamiętna maska. Na jedną, trwającą wieczność chwilę ich spojrzenia się spotkały.

- Tam, w chacie zapytałeś Martine, czy kiedykolwiek pomyślała o mnie ciepło, jakbym był jej prawdziwym synem. A ty? Pomyślałeś tak kiedyś o mnie?

- Wiesz, że tak. - Oczy Trellera podejrzanie zwilgotniały, głos zadrżał. - Całą waszą trójkę kochałem, jakbyście byli moimi rodzonymi dziećmi. Nie spodziewałem się, że pokocham was aż tak mocno. Że w ogóle pokocham. Nie masz pojęcia, jak kurewsko źle mi z tym, przez co musieliście przejść z powodu mojej głupoty, mojego tchórzostwa i wygodnictwa. Nie odwrócę tego, nikt by nie zdołał. Mogę tylko błagać o wybaczenie.

Ian skupił wzrok na dłoniach kurczowo zaciśniętych na kierownicy. Milczał. McLaurie z napięciem wpatrzył się w syna. Czekał, z trudem panując nad emocjami. O dach wozu miarowo bębnił deszcz, Desire z Tancmistrzem ciągle stali w jego strugach, lecz Ian nie spieszył się z odpowiedzią. W końcu głęboko i powoli odetchnął i odwrócił głowę ku starszemu panu.

- Nie będziemy więcej wracać do tego tematu. Chodźmy, trzeba ich obudzić. Czas ruszać... tato.

Wysiadł z auta i głośno trzasnął drzwiami. Nie zobaczył już, jak Treller mruga, by odgonić łzy. Nie usłyszał, jak wzdycha z ulgą i szepcze "dzięki". Gardło zdławiły mu żal, smutek, ale też wzruszenie. Pomyślał, że to nie czas na roztrząsanie przeszłości, że musi tę część swego życia zostawić za sobą. Że musi skupić się na tym, co nadciąga, nie na tym, co było. A co do win Trellera?

"Nagrzeszył, ale czas odpuścić - pomyślał - wybaczyć. Una i Russell właśnie tego by chcieli. Zresztą poczucie winy to najlepsza dla niego kara".

Pewnym krokiem zbliżył się do śpiących przyjaciół. Położył dłoń na ramieniu Desire i ciche Terminatus skutecznie wybudziło ciemnowłosego zakonnika. Ten, przemoknięty i zdezorientowany, zajął miejsce w samochodzie. Dante wtuliła się w niego, kwiląc cicho.

Tymczasem Treller podszedł do Tancmistrza. Zimne strugi lały się z nieba, lecz on nie zwracał na to uwagi. Pociągnął raz czy dwa nosem, starł nadmiar wody z policzków, bo przecież to była woda, nie łzy, prawda?

- Coś nie tak? - usłyszał głos Iana, który także podszedł do Tancmistrza, by i jego obudzić.

- W porządku, ale daj mi się rozejrzeć.

Starszy pan dokładnie obejrzał śpiącego. Ubranie zdążyło nasiąknąć mu wodą. Deszcz spływał po twarzy, po zamkniętych powiekach. Ciężkie krople kapały z czubka nosa na wydatny podbródek. Kolejne mknęły od opuszków palców ku ziemi, lecz mężczyzna ani drgnął. Gdyby nie spokojny, miarowy oddech unoszący jego pierś, można by go pomylić z woskową figurą. Jedyną rzeczą, jaka zwróciła uwagę Trellera, było zielone błocko na nogawkach spodni oraz butach Tancmistrza. McLaurie kucnął. Oczy przeszukiwały otoczenie, nos starał się uchwycić najdelikatniejsze zapachy, co przy tej ulewie było prawie niemożliwe.

- Tato? - ponowił pytanie Ian. - Co jest?

- Nic takiego. Wydawało mi się. - Treller westchnął, pokręcił głową jak człowiek, który zrozumiał, że się pomylił. - Wybudź go. Nie traćmy czasu.

Kolejne Terminatus sprawiło, że Tancmistrz się ocknął. Lecz w przeciwieństwie do Desire, gdy tylko otworzył oczy, natychmiast ponownie zaczął bluzgać.

- Somnum - mruknął znów Ian i zakonnik natychmiast ponownie zamknął oczy. - Chyba jednak ci się nie wydawało. Spójrz tutaj.

Podniósł leżący opodal patyk, ostrożnie uniósł nogawkę spodni Tancmistrza. To samo zrobił z drugą. Oczom panów ukazały się łydki mężczyzny całe usiane żółtawymi bąblami. Wymienili spojrzenia.

- No i mamy przyczynę jego dziwnego zachowania. Parzydlak gnomi - westchnął McLaurie. - Patrz, tam jest ich jeszcze kilka.

Rzeczywiście, z pobliskiej kępy traw wystawały trzy dorodne grzyby o kapeluszach wielkości dłoni mężczyzny. Postrzępione kapelusze były we wszystkich odcieniach zieleni, co czyniło je niemal niewidzialnymi. Parzydlaki pojawiły się zaraz po Apokalipsie, lecz stanowiły ogromną rzadkość. Rosły endemicznie i ciężko się rozsiewały. Swą nazwę wzięły od gnomów, które - gdy ich niewielka populacja jeszcze istniała - uwielbiały się nimi odurzać, stosując je niemal do każdej potrawy. Podobno były rarytasem, lecz nieprawidłowo przyrządzone parzydlaki potrafiły nieźle poparzyć. W małych dawkach wywoływały bezpłodność, w dużych uśmiercały. Stąd w krótkim czasie i na własne życzenie uzależnione gnomy pożegnały się z tym światem, zostawiając po sobie jedynie nazwę grzyba truciciela.

- Ogromne połacie lasu, gnomich parzydlaków jak na lekarstwo, a ten akurat musiał w jednego wleźć, co?! - Treller zgrzytnął zębami. Podniósł się i ruszył ku autu.

- Trzeba mu pomóc! - krzyknął za nim Ian.

- Właśnie zamierzam to zrobić - odparł ojciec. - To samochód hodowcy vivernów, my zawsze wozimy z sobą różne mikstury, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą, pamiętasz?

Po chwili Ian, dłońmi zabezpieczonymi rękawiczkami utworzonymi z żelu Trellera, zaczął podwijać nogawki chorego. Robił to bardzo delikatnie, ale każdy dotyk sprawiał, że materiał rwał się w jego rękach. Spojrzał na ojca.

- Spokojnie, masz rękawiczki - mruknął Treller. - Ale uważaj, te zielone plamy to nie żaden brud tylko kwas.

Rzeczywiście, fragment za fragmentem tkanina rozpadała się, odsłaniając poparzone nogi śpiącego. Nieświadomy sytuacji Tancmistrz spał, stojąc w deszczu, podczas gdy dwóch klęczących obok niego mężczyzn zaczęło go opatrywać.

- Poczekaj - odezwał się Treller i na moment zniknął między drzewami.

Wrócił z kilkoma liśćmi paproci. Zanim owinął je wokół nóg chorego, najpierw obficie pokrył je zielonym gęstym mazidłem przyniesionym z wozu. Całość zniknęła pod bandażami.

- Myślisz, że to zadziała?

- U vivernów się sprawdzało. W lekkich przypadkach oczywiście. - Treller wzruszył ramionami. - Wyciąga toksyny, wysusza bąble i działa przeciwbólowo. Gorzej z halucynacjami. Niektóre zwierzaki musiałem dobijać, bo pod wpływem toksyn najpierw demolowały zagrody, a potem zdychały w męczarniach. Weterynarz, którego wzywałem, twierdził, że grzyb rozwalił im narządy, ale co on tam wiedział...

- Nawet tak nie żartuj! - wyjąkał Ian. Zerknął z przerażeniem i litością na śpiącego. - Tancmistrza to nie spotka! Sloan! Potrzebujemy Sloana! Im szybciej dotrzemy do Fenaby...

Z trudem - bo ciągle jeszcze nie czuł się najlepiej - przerzucił sobie Tancmistrza przez ramię. Zacisnął szczęki i ruszył w stronę auta.

"Nie umrze - myślał gorączkowo. - Sloan mu pomoże. Byle tylko dotrzeć do Fenaby...".

Podczas gdy Ian usadzał Tancmistrza na przednim siedzeniu, przypinał go pasem i okrywał termicznym kocem, Treller jeszcze chwilę kręcił się po poboczu. Gdy przemoczony wrócił do wozu, zobaczył, że jego miejsce jest zajęte.

- Musisz się wcisnąć koło Desire. Nic nie poradzę - powiedział Ian.

- Cudownie - mruknął ciemnowłosy zakonnik, bo miejsca z tyłu było tyle, co kot napłakał.

- Daleko do tego Fenaby? - zainteresował się Treller.

Ian tylko westchnął.

- Rozumiem. Całkiem niedawno podróżowałem jako moneta. - Starszy pan uśmiechnął się do Desire. - Zmień mnie. Wam będzie wygodniej, a i ja się trochę zdrzemnę. Ostatnio miałem cholernie fajne sny.

- Lepiej powiedz mi, co z Tancmistrzem. Co z jego nogami? Te bandaże, ten atak szału...

- Wlazł na parzydlaka gnomiego - przerwał mu McLaurie. - Gdyby nie grube nogawki i solidne buty, kwas przeżarłby mu nogi, a potem najpewniej zabił. Jeśli macie w tym Fenaby dobrego medyka, to może twój przyjaciel wyjdzie z tego. Nie do końca normalny i pewnie niesprawny, ale będzie żył. Więc jeśli chcesz zwiększyć jego szanse, nie każ mu kwitnąć na tym deszczu.

Desire skrzywił się i mruknął zaklęcie. Srebrna moneta zniknęła w kieszonce jego pasa. Ian odpalił auto.

- Czekaj - odezwał się jeszcze Desire. - Trzeba skontaktować się z Kinnonem. Musi powiadomić Sloana, że mamy trzech chorych.

- Zasadniczo dwóch. Nas i Daniela nie liczę - mruknął Ian. - Ale masz rację, trzeba ich uprzedzić, że oprócz Cicerona mamy też kłopoty z Tancmistrzem. Niech przygotują wszystko na nasz powrót.

Jakiś czas potem posileni resztą batonów energetycznych Brendy oraz własnym prowiantem, zaopatrzeni przez Kinnona w najnowsze wskazówki, ruszyli w dalszą drogę.

* * *

Połączył je koszmar. Tragedia, po której przyjaźń, wsparcie i zrozumienie można znaleźć jedynie u podobnej sobie istoty. Stały się sobie bliskie jak siostry, jak bliźnięta wyjęte z jednego łona. Ich relacje można było opisać każdym frazesem w rodzaju "Rozumiały się bez słów". Koegzystowały w ten przedziwny sposób wiele dziesiątków lat niczym jeden umysł zamknięty w dwóch ciałach. Dzieliły te same marzenia, dążyły do tych samych celów. Kochały bądź nienawidziły w ten sam chory, intensywny sposób. Wspierały się. Teraz jedna z nich, niczym więdnąca roślina, leżała w nieskazitelnej pościeli szpitalnego łóżka z oczami wlepionymi w sufit. Coś mamrotała, z kącika ust płynęła jej strużka śliny. Brak makijażu, uczesane byle jak włosy, szpitalna koszula w niebieskie kwiatki. Martine. Czule nazywana Mary. Helen spojrzała na nią.

"W tych szpitalnych łachach niemal cię nie poznałam..." - zwróciła się w myślach do przyjaciółki.

Patrzyła na ten dawny wulkan energii i pomysłów teraz przypięty dla własnego bezpieczeństwa skórzanymi pasami do łóżka, nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę. Zacisnęła usta. Gula żalu, strachu, stresu zdławiła gardło. Kilkanaście godzin temu osobiście nadzorowała transport Martine do Instytutu, a następnie sama ją przebadała. Potem, jakby nie ufając swoim umiejętnościom medycznym, zleciła to samo jeszcze dwóm innym lekarzom. Pobrano próbki, przeprowadzono wszelkie możliwe konsultacje, wdrożono najbardziej szczegółowe procedury medyczne. Wszystko na próżno. Żaden ze specjalistów nie potrafił powiedzieć, z jakiego powodu Martine jest w takim stanie. Helen sięgnęła po kartę leczenia. Po raz kolejny z irytacją przeczytała: "przyczyna choroby nieznana". W uwagach dopisano, że być może Martine przeżyła jakiś wstrząs, który wywołał załamanie nerwowe. Jednak to było tylko przypuszczenie. W kolejnym akapicie dopisano: "rokowanie ostrożne".

"Załamanie nerwowe? U Martine? Tiaa, jasne!".

Wciągnęła głośno powietrze. Miała poczucie, że medycyna, którą tak uparcie zgłębiała przez całe dekady, medycyna, która była jej bogiem, jej światem - zawiodła ją, zdradziła, oszukała! Co to znaczy, że nie można pomóc Mary?! Kto i na jakiej podstawie śmie tak twierdzić?! Gregorian zacisnęła usta, zdławiła gniew, z czułością spojrzała na przyjaciółkę. Pogładziła Martine po dłoni.

- Mówiłam, żebyś tam nie jechała - szepnęła z wyrzutem. - Czemu nie posłuchałaś?

Odpowiedzią był bełkot, szarpnięcie dłoni i znów cichy szum aparatury medycznej.

- Co ten Treller ci zrobił? Nie należało go wybierać. Niepotrzebnie upierałaś się przy jego kandydaturze. Cierpliwie go znosiłam, bo ty tak chciałaś. Ale dosyć! Dopadnę gnojka, przyrzekam. Śpij, Mary, śpij - mruknęła, naciskając tłoczek strzykawki. Środek nasenny wstrzyknięty do kroplówki pomknął rurką ku wenflonowi wbitemu w przedramię kobiety. Martine przymknęła oczy, bełkot ucichł.

"Sen dobrze ci zrobi - pomyślała Helen. - Odpoczywaj. Mnie zostaw resztę. Wyciągnę cię z tego. Tak będzie".

Rozejrzała się po idealnie czystej izolatce. Wspomniała zamiłowanie Martine do luksusu. Wyobraziła sobie, jak przyjaciółka urządziłaby to pomieszczenie, gdyby mogła, a przede wszystkim chciała.

"Wyśmiałaby ten pomysł. Cała Martine...".

Nagle na jednym z krzeseł dostrzegła niechlujnie rzucone ubranie przyjaciółki. Zmarszczyła brwi. Nie spodobało jej się to.

"Wścieknie się, jak się obudzi i to zobaczy" - uparcie nie dopuszczała myśli, że przyjaciółka może nigdy nie wrócić do zdrowia.

Podeszła do krzesła, wzięła płaszcz Martine, cały ubłocony.

"I jeszcze to. - Zgrzytnęła zębami. - Żadnemu idiocie nie przyszło do głowy, żeby to wysłać do pralni. Wart fortunę, więc pewnie się bali, że zniszczą. Niepotrzebnie. Dla Mary to już i tak szmata. Nie włoży go więcej".

Wprawnie złożyła w kostkę koszulę, spodnie i płaszcz. Chaotyczny stos ubrań zmienił się w schludny stosik. Pod siedziskiem krzesła przycupnęły zdobione kalosze. Helen spojrzała na swe dzieło zadowolona.

- Porządek musi być.

Podeszła do panelu sterującego całym pomieszczeniem. Już miała zadzwonić po kogoś z personelu, gdy nagle zatrzymała się, spojrzała przez ramię, wpatrzyła w stertę ciuchów, nie rozumiejąc jeszcze, co wytrąciło ją z równowagi. Zmarszczyła brwi, przygryzła usta, zastanowiła się. Pomału się odwróciła.

- Niemożliwe! - szepnęła.

Rzuciła się ku ubraniom, z dołu stosu wyszarpnęła płaszcz. Reszta rzeczy rozsypała się po podłodze, lecz Helen nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Szybkimi, gorączkowymi ruchami rozprostowała płaszcz, otrzepała z błota. Błękitne oczy wpatrywały się w tkaninę z niedowierzaniem i gniewem.

- Harfa!

* * *

Wczesnym wieczorem przemęczony Heron dostarczył nowiny. Wszystkie złe. Ponownie przetrząśnięto teren farmy Trellera McLauriego, lecz bezskutecznie. Wyznaczono sporą nagrodę dla znalazcy broszy, ale nikt się nie zgłosił. Przesłuchano wszystkich funkcjonariuszy oraz cały personel medyczny biorący udział w akcji. Nikt nie znalazł niczego cennego.

Heron nie komentował tego głośno, jednak Helen zauważyła, z jakim niesmakiem opowiadał o robieniu afery z powodu jakiejś zagubionej błyskotki. Nie przejęła się tym. Zażądała zapisu kamer policyjnych z interwencji na farmie, potem do znudzenia je przeglądała, nie pomijając najbardziej drastycznych szczegółów. Godzinę później znalazła to, czego szukała. Parę niewyraźnych ujęć filmiku nakręconego ze sporej odległości. Samochód, pakujący się do niego mężczyźni i Treller wywlekający Martine przed chatę. Gdy przyjrzała się temu fragmentowi bliżej, ujrzała, że stary drań pochyla się nad Mary, coś do niej mówi, ciągnie ją za poły płaszcza, a potem chowa dłoń do kieszeni!

- Treller, ty śmieciu! Wyrwę ci tę Harfę z gardła obcęgami! Powoli! I dowiem się, co zrobiłeś Martine.

Ale gniew nie przesłonił jej tych kilku obrazów, które pojawiły się sekundy wcześniej. Dwóch mężczyzn niosących do wozu dwóch innych. I trzeci wsiadający za nimi.

- Cador - szepnęła. - Wygląda, że już nie muszę cię szukać. Zabrali cię, czyli żyjesz. Ale kim jest ten jeszcze jeden facet?

Niedługo potem wyjaśniła się także tożsamość drugiego z niesionych mężczyzn oraz kilka innych spraw. Wszystko to zmroziło krew w żyłach Helen Gregorian. Tymczasem do jej gabinetu ponownie wpadł Heron.

- Znaleźliśmy Huxleya. Nic nie pamięta. Leżał zamknięty w jednej z kapsuł w Terminalu - wysapał. - Z tej kapsuły wcześniej zniknął pacjent. Wsadzili Huxa na jego miejsce i nieźle namieszali na konsoli, żeby to zamaskować. To dlatego nie mogliśmy go namierzyć. Ten pacjent... - spojrzał na Helen dziwnie - miał na imię Daniel i... i był czystej krwi elfem! - wyjąkał, jakby sam nie wierzył, że to mówi.

Helen dostrzegła w oczach strażnika wątpliwości, których dłużej nie mogła ignorować. Zaklęła w myślach. Westchnęła.

- Elf? Po co im elf? - szepnęła i spojrzała na Herona.

Stał przy drzwiach i z nieustępliwym wyrazem twarzy domagał się odpowiedzi. Prawdziwe czy nie, postanowiła mu je dać. Ostatecznie Braden nie żył. Jego ciała użyje potem, do eksperymentów, ale teraz... Zastąpienie go nie było możliwe, ale jej potrzebny był ktoś lojalny, ktoś, kto nie zawaha się wypełnić wszystkich jej poleceń. Heron był namiastką takiej osoby. Musiała się tym zadowolić.

- Jeszcze przed zarazą kilka poważnie chorych elfów poprosiło o możliwość hibernacji do czasu, aż wynajdziemy dla nich lekarstwa.

- Ooo! Skąd pani to wie? - szepnął Heron.

Westchnęła teatralnie.

- Od poprzedniego dyrektora Instytutu - objaśniła, siląc się na znudzony ton. - Ale to ściśle tajne, nie muszę dodawać, że nie wolni ci?...

- Jasne. Ale skoro kapsuły mogły uratować elfy, to czemu ich nie wykorzystano wtedy, w czasie zarazy?!

Zmarszczyła brwi, udając zniecierpliwienie.

- Choćby dlatego, że Instytut dopiero powstawał. Dysponowaliśmy niewielką liczbą inkubatorów. I wszystkie były zajęte. Mieliśmy jednych wyrzucić, żeby zrobić miejsce innym? - dokończyła cierpkim tonem.

- Zresztą zakażonym nawet kapsuły by nie pomogły.

Wspomnienia przywołały obrazy konających elfów. Tak wiele obrazów. Wszystkie przepełnione cierpieniem i krwawymi łzami. I rezydencje - ciągle wyglądające na zamieszkane. Zastawione do śniadania stoły, nieposłane łóżka, rozrzucone ubrania, jakaś otwarta książka, jakby czekająca na powrót pana domu, palące się światło w łazience, kieliszek niedopitego wina. I tylko klepsydry rodowe przestały przesypywać piasek, kaganki ustawione na parapetach okien wygasły, domownicy wyparowali. A jeśli tak, to co na dywanach, obiciach kanap czy foteli, podłogach robiły kupki popiołu i plamy? Szare jak zachmurzone niebo, brunatne jak zeskrobana rdza? Czemu pies - czasem kilka psów - skamlał żałośnie nad tymi plamami? Helen zacisnęła szczęki. Jak zawsze gdy dopadały ją koszmary przeszłości. Jednak te wróciły ze zdwojoną siłą. Przyniosły obrazy pustych ulic z leżącymi gdzieniegdzie ciałami zmarłych ofiar zarazy, które śmierć zastała z dala od domów. Nadpłynęły też dźwięki, które kobiecie latami skutecznie udawało się wyrzucać ze wspomnień. Słabnący płacz osieroconego niemowlaka, krzyk mężczyzny nad zwłokami żony, niemal zwierzęcy skowyt matki tulącej ciało kilkuletniej córki. Wiedziała, co nastąpi potem. I nie pomyliła się. Z odmętów pamięci wyłonił się jeszcze jeden obraz. Kosmyk jasnych przepoconych włosów, błysk srebra w ogarniętej gorączką tęczówce i szept dobiegający ze spierzchniętych ust: "Czemu, Helen? Dlaczego?".

- Pani doktor? - Z zamyślenia wyrwał ją głos Herona.

- O czym to ja?... A tak, już wiem. No więc zaraza wybiła krewnych tych elfów, oni sami dzięki nam ocaleli. Ale poza kapsułami nie przetrwają za długo - kłamała jak z nut, mając nadzieję, że Heron kupi te bzdury; przynajmniej na jakiś czas. - Dlatego musimy znaleźć tych facetów, zanim zabiją tego biedaka.

- Jasne. - Potwierdził skinieniem głowy. - Ale czemu cały Palatynat myśli, że wszystkie elfy wymarły, skoro kilku mamy?

- Bo ci w kapsułach to niemal trupy. Ich szanse na przeżycie już przed zarazą były niewielkie. Będziemy się chwalić sukcesem, dopiero gdy wymyślimy dla nich lekarstwa, gdy ich uratujemy - tłumaczyła jak dziecku. - Ale na razie buzia na kłódkę, zgoda? - Przyłożyła palec do ust.

Mężczyzna skwapliwie skinął głową.

- Ten pacjent, którego porwali...

- Daniel.

- Daniel. Opiszesz mi go?

- Zajmował kapsułę jedenastą w sektorze X6913 GB.

Zobaczył, że zbladła, lecz kontynuował:

- Jak na elfa był wysoki. Blondyn. Elfów nie goli się na łyso? Myślałem, że to dotyczy wszystkich rezydentów.

- W ich przypadku to bez znaczenia. Włosy i tak natychmiast odrastały - odparła zniecierpliwiona. - Miał jakieś cechy charakterystyczne?

- Poza podwójną armillą? Nic.

Helen gwałtownie wciągnęła powietrze. Zacisnęła usta.

- Zna go pani? Powinienem wiedzieć o nim coś więcej?

- Tylko tyle, że ten biedak wyjątkowo cierpi - odwróciła głowę ku oknu, by nie mógł zobaczyć wyrazu jej twarzy. - Bez naszej pomocy nie pożyje za długo. Musimy go odnaleźć i to jak najszybciej. Może będziemy mieli szczęście i jeszcze dziś, najdalej jutro, złapiemy tych facetów. Właśnie dostałam wiadomość od komendanta Sonnenfielda. Dwa czy trzy dni temu ktoś pytał o Erica Widdowsa vel Richarda Dee-Zandera, czyli naszego Iana McLauriego.

- Ooo... Tak się zastanawiałem... Wysłała pani tego faceta, Iana, z misją. Czemu zwiał razem z tamtymi, skoro wykonał zadanie?

- A któż to może wiedzieć? Musieli nieźle namieszać mu w głowie - nieświadomie posłużyła się słowami Brendy. - Ale idąc jego tropem, dotrzemy do pozostałych. Dowiemy się, co knują. Dostałeś listę fałszywych tożsamości Iana. Eric Widdows to jedna z nich, drobny oszust i złodziej. Konstable mają urwanie głowy przy pacyfikacji zamieszek w Kryształowych Wodospadach, więc nie mieli czasu zajmować się kimś takim jak Eric. Szkoda - westchnęła. - Zapytanie wysłał niejaki Terraney, komendant posterunku w... - przeszukała wzrokiem stertę karteluszków na biurku, odnalazła właściwy i przeczytała - ...w Sleepy Graves. Chciał wiedzieć, czy Widdows nie był notowany, bo pomieszkiwał u jakiejś kobiety w tym miasteczku i wydał mu się podejrzany. Szczegółowo opisał Iana. Pakuj się, za chwilę wyjeżdżamy.

- Do Sleepy Graves? Słyszałem o tej mieścinie. Kilka godzin drogi od Metropolii w kierunku na Kryształowe Wodospady, niedaleko Sirens Bay? Podobno to bardzo urokliwe i spokojne miejsce.

- Takie zawsze są najbardziej podejrzane.

- Ale to w tamtych rejonach były największe zamieszki w czasie zarazy, prawda? - upewnił się.

"Raczej pogromy. Elfów" - wspomniała w myślach, lecz potwierdziła skinieniem głowy.

- Pani jedzie?

- A sądziłeś, że odpuściłabym sobie udział w tej przygodzie?

* * *

Opuścili Fenaby deszczowym zmierzchem. Mglistą, wilgotną, ponurą nocą do niego powrócili. Podróż trwała dłużej, niż się spodziewali, bo trasa do Sleepy Graves - z powodu ulewnych deszczy, ale też strajków i demonstracji mieszańców oraz związanych z tym blokad - nie była możliwa do ponownego przebycia. Pogranicze z Kryształowymi Wodospadami kontrolowały mobilne patrole, którym towarzyszyły viverny. Dzięki nowym wskazówkom Kinnona oraz wiedzy i doświadczeniu Trellera przyjaciołom udało się przemknąć przez zasieki, choć miejscami było gorąco. Długi czas kluczyli bocznymi dróżkami, krótkie przerwy przeznaczając na dezynfekcję ran, posiłki, kontrolę nieprzytomnych kompanów czy modyfikację wyglądu auta. Zatankowali tylko raz, w południe, w jakiejś zabitej dechami dziurze, na małej stacji z dwoma dystrybutorami, bez monitoringu i tylko jednym pracownikiem obsługi. Ten zdołał jedynie zapamiętać rozklekotany wóz prowadzony przez chorowitą staruszkę. To Desire wcielił się w starszą wersję Evangeline, a po wszystkim - na wszelki wypadek - rzucił na gościa zaklęcie Splątanego Języka. Na tych kilku postojach Desire karmił też Dante dżdżownicami i chrząszczami znalezionymi przez Trellera i wysłuchał kilku pierwszych lekcji dotyczących hodowli interceptorów.

Kiedy więc po wielu godzinach wykończeni nareszcie dostrzegli pierwsze światełka zabudowań Fenaby, westchnęli ze szczerą ulgą. Treller starał się zobaczyć we mgle cokolwiek, Ianowi serce zabiło gwałtownie na myśl, że spotka Mayę i Bazylię, a Desire uśmiechnął się i szepnął: "dom".

Zgodnie z ustaleniami zatrzymali wóz niedaleko zjazdu z drogi głównej, z dala od ostatnich latarń. Nie czekali zbyt długo. Niebawem z mroku i mgły wychynęła okryta ciemną peleryną postać, która szybko podeszła do auta. Pogładziła karoserię, coś zamruczała. W jednej chwili światła samochodu zgasły, silnik ucichł, a wóz... rozpłynął się w powietrzu.

- Jedźcie ostrożnie, po deszczu droga jest błotnista i śliska. Łatwo o nieszczęście - powiedział cicho przybysz, nachylając się ku niewidzialnemu rozmówcy.

- Wybacz, Colin, nie możemy cię zabrać - odparł Ian. - Nie mamy miejsca.

- Wiem. Nie liczyłem na to. I nawet nie chciałem. No, jedźcie. Czekają na was. Ja się tu jeszcze trochę rozejrzę. Po ostatnim nalocie na klasztor wszyscy jesteśmy trochę przewrażliwieni.

- Dzięki - mruknął Ian. Delikatnie wcisnął gaz.

Colin niedbale skinął dłonią, okręcił się na pięcie i ponownie zniknął w mroku. Terenówka zaczęła mozolnie wspinać się traktem wiodącym ku opactwu. Dzięki zaklęciu Colina, przyjaciele, sami prawie niewidzialni, doskonale widzieli drogę przed sobą. Silnik pracował niemal bezgłośnie. Cisza przerywana sporadycznie przez głuche pohukiwania sowy, a może puszczyka, brak jakichkolwiek oznak, że w zabudowaniach żyją ludzie - każdego intruza przyprawiłby o dreszcz na plecach, ale przede wszystkim zniechęcił do eksplorowania tego terenu. Jednak mężczyznom klasztor zdawał się azylem, jedynym miejscem w całym Palatynacie, gdzie mogli czuć się naprawdę bezpiecznie.

W uchylonej bramie czekał na nich Kinnon, który natychmiast zamknął za nimi wrota. Na dziedzińcu zauważyli też Sloana stojącego przy drzwiach wejściowych i jeszcze dwóch innych braci. Wszyscy byli poważni. W załomie muru dostrzegli ruch. Jeszcze jeden zakonnik przez lornetkę noktowizyjną sprawdzał okolicę, sam perfekcyjnie wtopiony w mrok.

- Oficjalne powitanie jutro w południe - rzucił Kinnon, zamiast "fajnie was widzieć". - Dawać Cicerona i Tancmistrza. Oni są najważniejsi. Wy idźcie coś zjeść. Kolację zostawiłem wam w refektarzu. I wykąpcie się, na litość boską! Śmierdzicie jak gacie spacyfikowanego krasnoluda! A jak skończycie, zejdźcie do Sloana. Niech was też obejrzy.

Niemal do rana wspomagany przez Colina Sloan badał Cicerona i Tancmistrza, opatrywał ich rany, ordynował leki, jedyną przerwę robiąc sobie na swój trzydziestominutowy przymusowy sen. Dopiero gdy upewnił się, że stan mnichów jest stabilny, przekazał nadzór nad nimi innemu z braci, a sam zajął się pozostałymi mężczyznami.

- Desire, pozwól na chwilę - rzucił konspiracyjnym tonem i przeszedł na drugi koniec pomieszczenia wykorzystywanego przez Tancmistrza jako gabinet medyczny.

Mężczyzna niechętnie podążył za nim.

- Co jest?

Sloan dyskretnie powiódł wzrokiem od Trellera do Iana. Desire nie zrozumiał. Sloan zmarszczył brwi, energicznym kiwnięciem głowy znów wskazał panów McLauriech. Ciemnowłosy zakonnik wsparł dłonie na biodrach.

- Może zamiast odstawiać żenującą pantomimę, po prostu powiesz, o co chodzi?

- On jest elfem! - wyszeptał dramatycznym tonem Sloan. - Dee, to znaczy Richard, jest elfem!

W założeniu cichy szept wypadł komicznie, teatralnie, a co najważniejsze, głośno. Treller zerknął na Iana, usta zadrżały mu od tłumionego śmiechu. Ian westchnął i pomyślał, że gdyby nago przejechał głównym deptakiem Śnieżnych Magnolii, i to na różowym jednorożcu, w połowie nie czułby się tak głupio jak teraz. Uśmiechnął się z zażenowaniem, zamrugał, sięgnął po kubek cydru i opróżnił go jednym haustem. Desire widząc jego zmieszanie, spojrzał na naukowca z dezaprobatą.

- Ech, Sloan...

- Zanim wyjechaliście, wziąłem od niego próbki do badań, jak miał atak!

- Sloan!

- Przeanalizowałem sprawę. Mówię ci, Richard Dee-Zander to najprawdziwszy elf!

- Sloan!! - nie wytrzymał Desire. - Wiemy o tym, do jasnej cholery!

- Wie... Wiecie? Oooo!

- Tak naprawdę Richard Dee-Zander to Ian McLaurie, przybrany syn obecnego tu Trellera. Tancmistrz sprawdził go na skanerze w Instytucie. Wiemy, że Ian jest elfem. Mówiłem o tym Kinnonowi. Nie przekazał? - zapytał podejrzanie uprzejmie.

- My nie rozmawiamy ze sobą zbyt często - powiedział z godnością Sloan.

Desire pokręcił głową.

- Cudnie. Przepływ wiadomości, jak widzę, nieodmiennie jest do dupy. Wy nie macie ze sobą konwersować, bo to nie randka ani spotkanie przy piwie! - warknął. - Macie sobie przekazywać informacje! Widzisz różnicę?! Od tego zależy egzystencja klasztoru, idioto!

Sloan przełknął ślinę urażony. Zaraz jednak potrząsnął brązową czupryną, wyczarował zbolały, przepraszający uśmiech i podszedł do Iana.

- To było tamtego wieczoru, gdy pobierałem próbki od Mai, a ty chciałeś iść do Bazylii, ale miałeś ten paskudny atak - wykrztusił. - Wtedy wziąłem też próbki od ciebie. Chciałem wiedzieć, co ci dolega i czy mogę ci jakoś pomóc. Przepraszam, że zrobiłem to bez twojej wiedzy i zgody. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?

- Jasne. Tylko następnym razem, jak będziesz chciał komuś coś przekazać w sekrecie, mów ciszej. My, elfy, mamy cholernie dobry słuch - palnął.

Siedzący obok Treller parsknął śmiechem i poklepał syna po ramieniu. Teraz to Sloan miał głupią minę. Zamrugał ze wstydem swoimi długimi dziewczyńskimi rzęsami.

- Wybacz - mruknął. - Podejrzewam, że twoje cierpienia mają związek z zakłóconym dojrzewaniem. Niedługo samoistnie powinny ustąpić. Jeśli kapsułki Tancmistrza przynoszą ci ulgę, zrobię ci więcej na zapas.

- Będę bardzo wdzięczny.

- No dobrze, wasza kolej na badanie. Desire? - zwrócił się do ciemnowłosego zakonnika. - Jakieś rany?

- W życiu nie czułem się zdrowszy - zakpił przyjaciel, choć cienie pod oczami i ziemista cera dowodziły czegoś wprost przeciwnego. - Miałem jedną niegroźną rankę na głowie, ale już w porządku.

- Rankę? - Ian spojrzał zaskoczony na zakonnika. - Skoro to była ranka, to kogo znaleźliśmy nieprzytomnego w kałuży krwi?

Desire posłał Ianowi mordercze spojrzenie.

- Nieprzytomnego? W kałuży krwi?! - zapiał Sloan. - Pokaż!

- Nie ma potrzeby. Zagojone - wycedził ciemnowłosy zakonnik. - Ależ się człek potrafi regenerować, gdy trafi w odpowiednio czułe kobiece ręce. - Rozsiadł się wygodne na krześle, wyciągnął swoje długie nogi przed siebie, skrzyżował ramiona. - Pamiętasz Brendę? O niej też wspominałem w czasie kontaktów z Kinnonem. Świetna babka. Pielęgniarka z Instytutu. Zadbała o wszelkie moje... ehm... rany. - Teraz mówił powoli, zmysłowym głosem, patrząc przy tym z tupetem w oczy Sloana. - Na Onyksową Harfę, ależ ta kobieta miała fantastyczne... - Jego dłonie wykonały w powietrzu gest, jakby gładziły coś okrągłego. - A jakie usta! Wyobrażasz sobie? Duże. Miękkie. Słodkie. Chłopie, nic tylko całować!

Ktoś nieznający Desire mógłby odnieść wrażenie, że mężczyzna spędził noc życia w jakimś przybytku grzesznych uciech. Siedzący tuż obok na zydlach Treller z Ianem parsknęli śmiechem. Ten ostatni zakrył dłonią oczy.

- Ten facet to urodzony erotoman gawędziarz, nie sądzisz? - szepnął i puścił oko do Trellera. - Tancmistrz miał rację. Gdyby wszystkie randki Desire były tak upojne, jak to opisuje, musiałby zamieszkać na OIOM-ie, na stałe podpięty do kroplówek.

Jednak zraniony do żywego Sloan zdawał się nie słyszeć kpiny.

- Pokaż! - W jego głosie dało się słyszeć złość i niemal histerię. - Na czas choroby Tancmistrza ja tu jestem medykiem, pamiętasz? Więc... więc koniec dyskusji!

- Skoro się upierasz. Tylko bez dotykania! - ostrzegł Desire i rozchylił włosy w miejscu zranienia.

Niestety Sloan wyciągnął ręce. W jednej miał gazik, w drugiej butelkę płynu dezynfekującego.

- Nawet nie próbuj! - Desire wymierzył w niego flet ciągle opleciony stellum. Dante nie raczyła wystawić łebka spod koszuli, jakby uznała, że nie będzie się ośmieszać. - Mówiłem, żadnych macanek. Ian ma ranę na plecach. I trzeba sprawdzić tego śpiącego elfa, który przyjechał z nami. Trellerowi McLauriemu też bądź łaskaw poświęcić minutkę. Mnie możesz sobie darować. O takie zadrapania potrafię zatroszczyć się sam. Coś jeszcze ci pokazać? Nie? To żegnam. Wyrko wzywa. - Wstał z krzesła. - Widzimy się w południe, budzić mnie tylko w przypadku kolejnego armagedonu - rzucił i opuścił pomieszczenie.

Sloan odprowadził go wzrokiem i zamarł wpatrzony w drzwi, opuścił dłonie. Gazik wysunął się z jego ręki, lecz mężczyzna zdawał się tego nie dostrzegać. Zamrugał swymi długimi rzęsami, pociągnął nosem. Od teatralnej sceny rozpaczy dzieliły go jedynie sekundy. Treller szturchnął syna w bok, nachylił się i wskazując głową Sloana, szepnął Ianowi do ucha:

- Zrobisz coś czy mam iść po kuszę?

Ian skrzywił się, westchnął.

- Ehm, Sloan - wyrwał tamtego z zamyślenia. - Jeśli to nie problem, sprawdziłbyś, co z moją raną na plecach? Desire w Instytucie zaczął grać na flecie, wyczarował feniksy i wtedy...

- Grał dla was na flecie?! - Zakonnik przyjrzał się Ianowi ze wzburzeniem.

"Na Onyksową! Zabrzmiało, jakby go zdradził z oddziałem konstabli! I to na środku Theatronu, w Święto Srebrzystych Kaganków! Ten facet normalnie ma obsesję!". - Pomyślał, że chyba nie chciałby aż tak zgłupieć na czyimś punkcie.

- Nie, Sloan, Desire nie grał dla nas - powiedział spokojnie. - Po prostu grą wyczarował feniksy, które miały nas obronić przed strażnikami i vivernami, tyle że...

- Obronił was?! - Teraz oczy zakonnika błysnęły podziwem, zachwytem i dumą.

- Zaraz zwariuję - mruknął Ian pod nosem, a głośno dodał: - Tyle że przypadkiem jeden z ptaków rozciął mi skórę na plecach. Rana została opatrzona... - ugryzł się w język, żeby nie dokończyć "przez Brendę" - ...ale warto ją sprawdzić ponownie. To co, mogę na ciebie liczyć?

Wczesnym brzaskiem, gdy klasztor budził się do życia, przyjaciele kładli się spać. Desire na pryczy we własnej celi, wtulony w Dante, Treller w pokoju przydzielonym mu w skrzydle gościnnym niedaleko pokoju Iana. Sam Ian bardzo chciał jeszcze zobaczyć się z Bazylią i Mayą, ale zakaz Kinnona oraz ponure miny Colina i Sloana skutecznie go od tego odwiodły.

"Na Onyksową... - myślał, leżąc w swoim łóżku i gapiąc się w sufit. - Dałem słowo, że sam do nich nie pójdę. Sloan i reszta mają teraz urwanie głowy z Ciceronem. Szlag! Ależ za nimi tęsknię! Ale oni mają rację. Ciceron jest teraz najważniejszy, a Maya i Bazylia bezpiecznie śpią. Nie mam prawa im przeszkadzać. Jutro. Jutro je zobaczę. A właściwie już dzisiaj...". - Ziewnął.

Powieki opadły, przysłaniając błękitno-brązowe oczy upstrzone srebrnymi plamami.

* * *

- A dziś w nocy szczęśliwie wróciliśmy - dokończył sprawozdanie Desire. - To tyle. Ktoś chciałby wiedzieć coś jeszcze? O coś zapytać?

Dochodziło południe, przestało padać, lecz słońca wciąż nie sposób było dostrzec przez gęstą powłokę chmur, więc w refektarzu panował półmrok. Zebrani tu mnisi spojrzeli po sobie. Milczeli. Relacja ciemnowłosego zakonnika przytłoczyła ich. Z niewinnej wyprawy do Sleepy Graves zrobiła się bardzo niebezpieczna eskapada do Metropolii, która zaowocowała napadem na Instytut, porwaniem jednego faceta, podobno elfa, stosem trupów istot wszelkich, a zwieńczona pościgiem konstabli oraz jakiejś nawiedzonej lekarki "mogącej wszystko". I jeszcze to: Richard też okazał się elfem. Na dodatek przyszywanym synem Trellera McLauriego, jednego z najbardziej znanych hodowców bestii w Palatynacie, który także zwiał konstablom, zaraz po tym jak zrównali z ziemią jego niedokończoną fermę. Wisienką na torcie była wiadomość, że w Fenaby, w antykwariacie Toma, na przewóz do klasztoru czeka dwoje kolejnych elfów!

- Ale się porobiło - mruknął jeden z braci. - Kto by pomyślał, że kiedykolwiek spotkamy elfy czystej krwi! Nie dość, że cztery, to jeszcze księcia.

- Dokładnie - sapnął Colin. - Co teraz?

- To znaczy? - nie zrozumiał Desire.

- No, co robimy dalej? Mamy mapę, Harfę, harfistkę, elfa rodu książęcego, ale mamy też Cicerona w stanie krytycznym i poważnie chorego Tancmistrza. Trochę to zajmie, zanim dojdą do siebie.

- O ile to, z całym szacunkiem dla kompetencji Sloana, w ogóle nastąpi - dorzucił Kinnon.

- Nastąpi! Sloan da radę! - warknął Desire. Zacisnął gniewnie usta, bo zobaczył sceptyczne miny braci i wzruszenie w brązowo-zielonych oczach naukowca.

- Sloan nie jest lekarzem, zawsze tylko pomagał Tancmistrzowi - przypomniał Colin. - A opatowi potrzebny jest prawdziwy doktor i prawdziwy szpital. Tancmistrzowi zresztą też.

Desire pokręcił głową.

- Wiesz, że to niemożliwe.

- Ale bez fachowej pomocy Ciceron umrze! Nawet jeśli jakimś cudem przeżyje, nie będzie w stanie wyruszyć do Wietrznych Katedr - ciągnął z uporem mężczyzna. - Będzie rośliną.

- Niezupełnie, Colin. Daj Desire dokończyć - wtrącił Ian. Spojrzał na ciemnowłosego mnicha. - Opowiedz im o Dante i o Danielu.

Desire skrzywił się z dezaprobatą i podrapał za uchem.

- Nie wiemy, czy facet się nie przechwalał...

- Racja, ale już niedługo się tego dowiemy - rzucił Ian stanowczo. - Gdy tylko wybudzimy gnojka. Dalej, powiedz im resztę.

Wskazał głową pozostałych zakonników, a przyjaciel westchnął z rezygnacją.

- No dobra, niech będzie.

Potoczył wzrokiem po zaintrygowanych twarzach. Oblizał usta zdenerwowany, potem powoli odpiął ukryty pod kołnierzem habitu guzik. Luźny do tej pory materiał całkowicie się odwinął. Wśród mnichów zapanowało poruszenie, bo stało się jasne, że modyfikacji swego habitu Desire musiał dokonać całkiem niedawno. Ale dlaczego? Zagadka wyjaśniła się, gdy zakonnik sięgnął do ukrytej poniżej piersi niewielkiej kieszeni i wyjął stamtąd zaspane stworzonko, które podniosło różowy łebek, rozprostowało maleńkie skrzydełka i machnęło nimi raz czy dwa. Potem zerknęło ciemnymi ślepkami na mężczyznę i zakwiliło. Bracia wpatrzyli się w pisklaka, nic nie rozumiejąc.

- To Dante - odezwał się Desire. - Feniks interceptor. Jedyny w całym Palatynacie.

Pogładził feniksa po główce, spojrzał na braci, jakby chciał sprawdzić, jakie wrażenie wywarł na nich jego skarb.

- Tiaa, jasne, interceptor - prychnął Kinnon. - Tom chwalił się, że ma jaja interceptora, ale jakoś nigdy nie udało mu się z nich nic wyhodować, a ty masz od razu pisklaka? Rozumiem, że dostałeś go od jakiejś panienki w Metropolii w zamian za swoje usługi, a teraz będziesz się mienił wybitnym hodowcą? - zarechotał.

Pozostali zakonnicy poszli w jego ślady i tylko Sloan obserwował wszystko z urażoną miną. Desire zacisnął zęby.

- Nie, nie dostał go od żadnej panienki - zagrzmiał Treller swoim tubalnym głosem. Podniósł się zza stołu, wpatrzył groźnie w zakonników. Bracia natychmiast umilkli. Spojrzeli na niego z mieszaniną podziwu i szacunku. - Dante była moim feniksem. Dwa dni temu, ratując nas przed konstablami, dokonała samospalenia. Desire był pierwszym, którego zobaczyła po odrodzeniu. Teraz to jego feniks, więc ważcie słowa, bo ten ptak już teraz potrafi plunąć ogniem. A Smithardowi nigdy nie udałoby się wykluć interceptora, bo te jaja zwyczajnie nie były zalężone. Składała je oczywiście Dante. Ktoś jeszcze ma wątpliwości?!

Oczy braci zwróciły się na Kinnona, ten zerknął na Sloana.

- Pisklaki różnych gatunków bywają łudząco podobne, czas pokaże, czy to prawdziwy interceptor - mruknął ten ostatni. - Zakładam, że tak, bo niby czemu mielibyście nas okłamywać? No i rozumiem, że Desire został przeszkolony, jak obchodzić się z tą latającą bombą? A teraz powiecie nam, jaki to ma związek z Ciceronem?

- No, w końcu ktoś przemówił ludzkim głosem! - huknął Treller i opadł na ławę. - Kontynuuj - rzucił ku Desire, a ten bez zwłoki wyjaśnił, że właśnie krwią Dante wprowadzili Cicerona w stan hibernacji, dzięki której przeżył, i że to Daniel ma znać sposób, jak wybudzić opata i jeszcze go uleczyć.

- Przynajmniej tak twierdził, choć nie wiemy, czy mu wierzyć, bo to skończony dupek i bufon - dokończył Desire.

- Poprawka, on nie twierdził, on się zarzekał. Teraz trzeba tylko zdjąć z niego zaklęcie Somnum i grzecznie zapytać - wtrącił Ian.

- I na pewno będzie współpracował? - odezwał się Kinnon.

- Dlaczego by nie? Daniel ma u nas dług wdzięczności. Już nie musi leżeć na golasa w ciasnej niewygodnej konserwie. Poza tym fajni z nas faceci, z pewnością się polubimy. - Ian zaśmiał się teatralnie. Dostrzegł rozbawione oczy zakonników i pomyślał, że jeśli ten blond idiota z podwójną armillą mimo wszystko odmówi, on, Ian, osobiście łeb mu ukręci, nie patrząc na to, ilu miał książąt w rodowodzie.

- Dobra, a jaki mamy plan na kolejne dni? - wtrącił Kinnon. - Mało gdzie w Kryształowych Wodospadach jest tak spokojnie jak w Fenaby. A z tego, co mówiliście, wnioskuję, że spokój ten niedługo się skończy. Klasztor był naszym azylem. Żyliśmy i pracowaliśmy spokojnie aż do teraz. Zanim znów wpadną tu konstable, żeby tym razem zrównać opactwo z ziemią, chcę wiedzieć, kto tu teraz dowodzi i jaki ma plan działania.

- Słusznie.

- Właśnie.

- To samo miałem powiedzieć - podniosły się głosy z wielu stron.

Nagle każdy z braci poczuł się w obowiązku wyrazić własne zdanie, coś zaproponować, przeciw czemuś zaprotestować, o coś zapytać. W efekcie w jednej chwili cały refektarz wypełnił harmider, jakby spotkały się tu wszystkie przekupki Palatynatu. Ian tłumaczył Desire, że to właśnie ciemnowłosy zakonnik powinien zarządzać w imieniu opata, bo najlepiej zna klasztor i jego sprawy. Tę propozycję głośno poparł Sloan i jeszcze głośniej zaprotestował przeciw niej Kinnon z Colinem. Pozostali bracia rozważali, czy Ciceron w ogóle przeżyje, no bo przecież Sloan... Inni wyrażali współczucie dla Tancmistrza. Jeszcze innych interesowały elfy z antykwariatu Toma. Chcieli wiedzieć, kiedy przyjadą do opactwa, czy rzeczywiście są takie piękne i miłe, jak głosiły legendy. Ktoś zapytał, kiedy w końcu utną łeb Bazylii, i natychmiast umilkł zrugany przez Iana. I tylko jeden Treller milczał jak zaklęty, obserwując wszystkich z coraz bardziej wkurzoną miną. Jednak pokłady cierpliwości starszego pana szybko się wyczerpały. Nagle huknął pięścią w stół, podniósł się i ryknął:

- Ciszaaa!

Rosła postura, tubalny głos i... kusza w dłoni Trellera wywołały zamierzony skutek. Natychmiast wszyscy umilkli. Nawet Ian spojrzał na ojca zaskoczony.

- By to elfia zaraza, płonący krasoludzi burdel to oaza spokoju w porównaniu z tym miejscem! - sapnął wściekły Treller. - Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale czy w tym klasztorze nie obowiązuje czasem reguła milczenia?!

Zobaczył zawstydzone twarze braci i nieco przystopował.

- Ty! - Machnął ręką, w której trzymał kuszę, w stronę jednego z braci, chudego, małego szatyna. - Się nazywasz?!

Tamten głośno przełknął ślinę.

- Joshua.

- Powiedz, kto i jak zarządza klasztorem pod nieobecność waszego...

- Opata - szeptem podpowiedział Ian - Cicerona.

- ...waszego opata Cicerona?

Joshua wzruszył ramionami, jakby sprawa była oczywista, kilku braci wyrwało się do odpowiedzi. Treller pogroził im kuszą.

- Pytałem Joshuę, nie was! Więc? Kto zarządza, gdy opat nie może?

Spojrzał na zakonnika. Ten rozejrzał się niepewnie po braciach.

- Po prawdzie, teraz jest pierwszy raz. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło.

Treller zacisnął usta, zmarszczył brwi, potrząsnął srebrną czupryną na znak, że rozumie, ale nie uszczęśliwiła go ta nowina. Spojrzał na mężczyzn. Bez silnego dowódcy zachowywali się jak grupka zdezorientowanych dzieciaków.

- Jakie dał zalecenia przed wyjazdem? - spytał dużo spokojniej.

- To miał być bardzo krótki wypad, raptem trzy dni. W tym czasie mieliśmy się trzymać dziennego planu zajęć i modlitw, i...

- I modlitw... - McLaurie pokiwał głową.

- I wszyscy mieli robić to co zawsze, z wyjątkiem Kinnona, który z reguły gotuje. Kinnon miał utrzymywać kontakt z Desire i Ciceronem i kontrolować zagrożenie ze strony konstabli. Gotowaniem miał się zająć Eric. Mieliśmy czekać na wskazówki opata.

- A gdyby nie wrócił? Kto miał przejąć po nim... ehm... schedę?

- Mieliśmy wybrać trzyosobową radę, ale tylko w sytuacji, gdyby żaden z nich, to jest ani Tancmistrz, ani Desire czy opat, nie wrócili ze Sleepy Graves w ciągu trzech dni - odezwał się Kinnon. - Ja miałem sprawdzać, czy trasa jest bezpieczna oraz aktywność konstabli. Dopiero w noc przed wyruszeniem ze Sleepy Graves do Metropolii opat dał mi do zrozumienia, że jeśli zostaną złapani, mamy zabezpieczyć klasztor, a sami się ewakuować.

- Ewakuować?

- Dokładnie. - Grubas kiwnął głową. - Mamy procedury na różne okoliczności - dokończył niemal z dumą. - Ciceron je opracował razem z Desire.

- Rozumiem. - Treller wyprostował się, położył kuszę na blacie przed sobą, ręce oparł na biodrach i oświadczył: - Czyli sytuacja jest jasna: wasz opat wrócił, konstabli nie widać. A skoro tak, to w oczekiwaniu na powrót do zdrowia Cicerona każdy robi to, co do tej pory. Ponieważ mój syn - wskazał Iana - zostaje, bo ma z wami wyruszyć ku Wietrznym Katedrom, jeśli pozwolicie, ja też jeszcze trochę zostanę i wspomogę was, ile tylko zdołam. Na przykład przy bestiach, które tu podobno macie. I oczywiście Desire przy opiece nad Dante.

Bracia wymienili ukradkowe zdumione spojrzenia. Ten rosły srebrnowłosy mężczyzna przebywający raptem od kilku godzin jako gość w ich klasztorze emanował taką energią i charyzmą, że absolutnie żadnemu z nich nie przyszło do głowy zaprotestować. Niektórzy wręcz odetchnęli z ulgą, że oto znalazł się ktoś, kto mógł - w ich mniemaniu - przynajmniej czasowo zastąpić Cicerona. Ian zerknął na ojca równie zaskoczony. Spodziewał się raczej, że Treller zechce odpocząć dzień czy dwa w opactwie, potem na peryferiach Palatynatu rozpocząć nowe życie z nową tożsamością. Wyglądało na to, że sytuacja właśnie się zmieniła.

- Będzie nam bardzo miło cię gościć - zwrócił się do Trellera Kinnon.

Starszy pan McLaurie skinął mu głową i na powrót zasiadł za stołem. Teraz otyły zakonnik odwrócił się do Desire:

- Na koniec muszę jeszcze zapytać, czy nie zostawiliście jakichkolwiek śladów w Sleepy Graves, w Instytucie, gdziekolwiek. Śladów, po których można by nas namierzyć?

Ciemnowłosy zakonnik spojrzał na Iana, potem na Trellera. Potrząsnął czupryną.

- Nie ma takiej opcji. Co prawda samochód Iana został w Metropolii...

- Niestety - westchnął z żalem Ian.

- ...ale zabraliśmy z niego wszystkie nasze rzeczy. Mieliśmy je w naszych pasach. Odcisków palców nie zostawiamy. Nie, nie ma możliwości, żeby nas namierzyli.

- A trasa, którą żeście tam dojechali? Nie odtworzą jej na podstawie monitoringów i wyglądu auta?

- Wielokrotnie go modyfikowałem.

- Broń?

- Przecież wiesz, że lewa - prychnął Desire, a usta wykrzywił mu uśmieszek zadowolenia. - Po niej też do nas nie dojdą.

- Byliście ranni - przypomniał Kinnon. - Krwawiliście.

- Ta kobieta, Gregorian, stuknięta suka - mruknął ciemnowłosy mnich - na pewno ma dane dotyczące Cicerona i Iana. Psychopatki zawsze gromadzą taki materiał i znają go na pamięć. Ale mojej i Tancmistrza tożsamości ciągle nie zna. Wymazałeś nas ze wszystkich oficjalnych rejestrów, pamiętasz? Starannie zatarliśmy po sobie ślady. Została tylko ta krew, ale gdyby Gregorian chciała nas namierzyć po jej zapachu, musiałaby użyć interceptora, którego nie ma. Innymi słowy, rozpłynęliśmy się w powietrzu - dokończył z przesadnie zadowoloną miną, bo coś jednak nie dawało mu spokoju. Postanowił nie siać wśród braci paniki, tylko w zaciszu własnej celi przeanalizować całą wyprawę, z której właśnie wrócili.

- Ten gliniarz ze Sleepy Graves, Terraney, pytał o Iana, pamiętasz? - przypomniał jeszcze Kinnon.

- Nawet jeśli sprawdzą kościółek, nic nie znajdą. Urwany ślad. Mieszkańcy wyparowali. Trop donikąd - odparł Desire, bardzo chcąc, żeby tak właśnie się stało. - Tak czy siak monitoruj nasze kochane siły szybkiego reagowania, grubasie, i daj znać, gdyby coś kombinowali. Ja przejdę się do Fenaby po naszych gości. Gdy wrócę - spojrzał na Iana i Trellera - zrobimy wam wszystkim wycieczkę krajoznawczą po klasztorze i okolicy. Musicie wiedzieć, jak naprawdę wygląda nasze życie tutaj.

Panowie McLaurie pokiwali głowami. Wszyscy zaczęli podnosić się z ław, lecz w tym momencie coś przypomniało się Kinnonowi.

- Jeszcze jedno - oznajmił donośnym głosem i wszyscy zwrócili głowy w jego stronę. - Trzeba przygotować dwa dodatkowe pokoje dla elfów. Oczywiście w skrzydle gościnnym. Joshua, mógłbyś się tym zająć?

- Jasne, czemu nie. Pobieranie toksyn nie bazyliszek, nie zwieje - mruknął chudzielec i zachichotał.

- Świetnie. Oczywiście nie muszę przypominać, że jeden z tych elfów jest płci żeńskiej? - Zobaczył, że bracia zaczynają coś szeptać rozbawieni, więc natychmiast stanowczym tonem dodał: - W ostatniej rozmowie ze mną Ciceron zaznaczył, że chce, aby elfy czuły się u nas bezpiecznie. Zażyczył też sobie, żeby traktować je grzecznie i z szacunkiem, więc jak zobaczę, że któryś ślini się do tej kobiety... - Spojrzał wymownie na Desire.

- Niech zgadnę, zaprosisz tego kogoś na spacer nad przepaścią, grubasie? Może mnie? - Mnich wybuchnął śmiechem. - Poznałem Evangeline. To cudowna kobieta, ale uwierz mi, jestem ostatnim facetem w tym klasztorze, który chciałby potraktować ją bez szacunku. - Położył dłoń na piersi, pochylił głowę, lecz spojrzał na Kinnona kpiąco.

- Nawet wiem dlaczego. - Ian parsknął cichym śmiechem.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo nagle do wszystkich dotarło, że do ich męskiej siedziby dotrze kolejna kobieta, tyle że tym razem nie będą musieli obawiać się o własne życie jak w przypadku Mai.

"Wydarzy się coś gorszego - pomyślał Ian. - Choć jeszcze tego nie wiedzą, będą musieli walczyć z własnymi charakterami. I z ogromem pokus".

Wspomniał noc przed wyjazdem ze Sleepy Graves do Metropolii i moment, gdy po kąpieli opuszczał łazienkę znajdującą się na antresoli kościółka. Ten nagły zachwyt, gdy dostrzegł śpiącą Evan, połyskujący złotem warkocz w blasku księżyca, czarne diamenty armilli uśpione na nagim ramieniu i srebrny pierścionek na najmniejszym palcu stopy. Z jakiegoś powodu zaschło mu w gardle. Dyskretnie oblizał usta. Nawet na torturach nie przyznałby się do wszystkich odczuć i myśli, jakie nawiedziły go w tamtej chwili. I jak bardzo się tych myśli wstydził.

- Hej, śpiący królewiczu! - Ktoś trącił go w ramię. To Desire właśnie mijał go w drodze do drzwi, podążając za resztą braci. - Słyszałeś, nie miej grzesznych planów. - Wyszczerzył zęby, a Ian przez chwilę zastanowił się przerażony, czy przyjaciel nie potrafi czasem czytać w myślach. Zaraz jednak tamten poklepał go po ramieniu i pogodnie oznajmił: - Pamiętasz o swojej chorobie? Więc odpocznij. Obydwaj odpocznijcie. - Wzrokiem wskazał Trellera. - Aha, Ian, żadnych wycieczek do zakazanych pokojów - przypomniał. - Na wszystko przyjdzie czas po moim powrocie. I niech ktoś ukryje samochód pana McLauriego oraz znajdzie dla niego odpowiednio wielki habit.

A zanim znikł za drzwiami, zatrzymał się jeszcze obok Trellera i pobłażliwym tonem oświadczył:

- Może ja zostałem ojcem, ale ty właśnie zostałeś bratem. Gratuluję i witam w naszej wielkiej zakonnej rodzinie, bracie... - pomyślał chwilę - ...bracie Tremaine.

* * *

- Wziąłbym jeszcze to rzeźbione biurko, szafę na dokumenty, lampę i tamten obraz. - Odziany w kosztowny garnitur śniady mężczyzna zatrzymał się pośrodku antykwariatu. Nonszalanckim gestem wskazał kolejne zabytkowe meble. - Co sądzisz, moja droga? Będą pasować do nowego gabinetu? - zwrócił się do towarzyszącej mu eleganckiej kobiety.

Była niska, otyła, lecz miała piękne migdałowe oczy. Każdy szczegół jej ubrania został starannie dobrany, począwszy od granatowego haftowanego srebrem kostiumu przez etolę z białych jednorożców, kunsztowną fryzurę z wpiętymi we włosy kryształowymi spinkami, liczne pierścionki na grubiutkich palcach po czarne szpilki i łańcuszek nad kostką włącznie.

"Nawet tu, do Fenaby dotarła moda na upodabnianie się do elfów - pomyślał Thomas Smithard, zapisując na podkładce numery zamówionych mebli i jednocześnie ukradkiem przyglądając się klientom. - Dziwne, że do tej pory nikt nie wpadł na pomysł, żeby operacyjnie korygować kształt uszu na spiczaste. Ale to tylko kwestia czasu, kiedy jakiś niedorobiony dziennikarzyna z któregoś z magazynów mody wpadnie na ten pomysł. Dobrze, jednak teraz najwyższa pora zarobić parę dragenów. Rachunki trzeba płacić".

Kobieta wydęła usta.

- Czy ja wiem? - mruknęła. - Nie po to tłukliśmy się z Maryport, żeby się rzucać na byle co.

Smithard uśmiechnął się dyskretnie, bo Maryport też leżało na terenie Kryształowych Wodospadów, raptem pół godziny drogi od Fenaby i było tylko trochę od niego większe.

"Prowincjonalna elita" - zachichotał w myślach.

Tymczasem kobieta przyjrzała się wybranym przedmiotom, potem rozejrzała się po pomieszczeniu i zaczęła narzekać. Jedynie akcent zdradzał, że do wyższych klas społecznych awansowała niedawno.

- Ta lampa wygląda tandetnie, żeby nie powiedzieć tanio. - Skrzywiła się. - Przy świetnych meblach będzie się prezentować jak ubogi zagłodzony krewny. Kochany, stać cię na coś bardziej okazałego. Na coś, co podkreśli twój status, no i będzie się lepiej komponowało z resztą wyposażenia. Może tamta? Lub ta obok?

Wskazała blok kryształu wyrzucający z siebie delikatne ciepłe światło.

- No i koniecznie musisz mieć fotel. Panie Smithard - zwróciła się do Toma - interesują nas fotele wykonane wyłącznie z najwyższej jakości skóry. Nie żądam oryginalnego chesterfielda. Wiem, że jego zdobycie w dzisiejszych czasach nie jest możliwe, ale może ma pan coś zbliżonego w designie i jakości? Znajomy, który pana polecił, twierdził, że nawet jeśli pan czegoś nie ma, może pan to zdobyć. Na Onyksową Harfę, proszę nas nie zawieść.

Spojrzała na starszego pana znacząco, a on skinął głową, myśląc jednocześnie, że nie ma co narzekać, bo to właśnie tak snobistyczni klienci dają mu najwięcej zarobić. Handel jajami stworzeń wszelkich było i będzie wyłącznie jego hobby. Przynoszącym profity, to prawda, lecz także generującym koszty i niosącym spore ryzyko hobby. Dlatego postanowił być uprzejmy dla swych irytujących nowobogackich klientów i z uśmiechem wskazał im kolekcję foteli stojących pod jedną ze ścian. Podeszli tam. Smithard zatrzymał się tuż za kobietą. Cierpliwie zaczął wymieniać zalety każdego oglądanego mebla. Datę wykonania, pochodzenie, gatunek drewna, z jakiego został zrobiony, jakość skóry. Czasem dołączał anegdotę związaną z konkretnym meblem, czasem ciekawą historię. Już zrozumiał, że tej klientki nie zadowoli byle czym. Kupowała oczami, kupowała emocjami, dopiero potem zawartością portfela.

"Musi mieć czym się pochwalić przed przyjaciółkami. A jeśli będzie zadowolona, poleci mnie kolejnym klientom".

Wskazał następne fotele, te droższe i okazalsze, kontynuując zachwalanie. Oczy kobiety prześliznęły się po obiciach, musnęły każdą poręcz, każde siedzisko, każde rzeźbienie. Jednak na żadnym fotelu nie zatrzymały się dłużej. Tom zmarszczył brwi. Po minie klientki zrozumiał, że nie takich mebli szuka. Wiedział, że jeśli nie znajdzie odpowiedniego fotela, kobieta - ot tak, dla kaprysu - może anulować zakup całej reszty, trzasnąć drzwiami, a wtedy marzenia o wysokim utargu i kolejnych klientach z polecenia szlag trafi. Ta myśl frustrowała go najbardziej. Czuł, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli...

- Chcę to! - ponure rozważania przerwał radosny głos kobiety.

Ten okrzyk w uszach Toma Smitharda zabrzmiał jak dźwięk klucza otwierającego zamek do skarbca. Był jak zapowiedź złotego deszczu, spełnienie żarliwych modlitw. Starszy pan westchnął z ulgą. Oczami wyobraźni zobaczył sporą ilość dragenów na swym koncie. Uśmiech rozciągnął mu usta. Odwrócił się w kierunku wskazywanym przez kobietę i serce niemal podskoczyło mu do gardła!

- Pal licho twój fotel, mój drogi - usłyszał, jak kobieta zwraca się do swego towarzysza. - Mnie też się coś należy! Cokolwiek to jest, chcę to!

Wskazała... miedzianą wannę z zaschniętym sukulentem w środku stojącą opodal! Tomowi uśmiech natychmiast zjechał z twarzy.

- Ale po co ci to, kochanie? - zapytał towarzyszący jej mężczyzna, nawet nie próbując ukryć obrzydzenia.

- Jak to po co? Będzie genialnie wyglądać w naszej oranżerii, nie uważasz? Każę przerobić na misę do fontanny. Ile? - zwróciła się do Smitharda.

Ten zaklął w myślach.

- Nie jest na sprzedaż - odparł beznamiętnie i pomyślał, że przysługi wyświadczane Ciceronowi zaczynają go coraz więcej kosztować.

- Co to znaczy, że nie jest na sprzedaż?! Przecież handluje pan starociami! A to jest staroć i nie ma zawieszki "rezerwacja"! Constantine, no zrób coś! Obiecałeś mi prezent na rocznicę ślubu, pamiętasz?! - krzyknęła do męża. - Nie wyjdę z tego sklepu bez tej cholernej wanny!

Mężczyzna zerknął na Toma.

- Sowicie zapłacę... - zagaił. W oczach pojawiło się błaganie. Tymczasem policzki jego towarzyszki poczerwieniały z emocji.

- Wie pan, n-nie mogę, bo... - Smithard gorączkowo szukał wytłumaczenia.

W tym momencie gdzieś niedaleko drzwi wejściowych skrzypnęła podłoga, a potem bardzo męski, niski głos spokojnie oświadczył:

- Bo ta wanna już jest sprzedana.

Lawirując między meblami, niemal popłynął ku nim mężczyzna odziany w ciemny habit. Kaptur przesłaniał mu twarz, lecz to nie przeszkadzało w poruszaniu się. Sunął z gracją i dostojeństwem, obie dłonie mając ukryte w szerokich rękawach. Kobieta spojrzała na niego z gniewem.

- Dam dwa razy tyle, ojcze...

- Bracie - poprawił ją. - Jestem brat Desire z tutejszego klasztoru. - Skinął uprzejmie głową.

- Oryginalne imię jak na zakonnika! - prychnęła.

Ukłonił się w podzięce, jakby usłyszał najlepszy komplement.

- Nadano mi je, ponieważ bardzo pożądałem...

Kątem oka dostrzegł skonsternowane spojrzenie Smitharda i jego dłoń, gdy zasłaniał sobie oczy, jakby nie chcąc być świadkiem tej żenady. Łagodnym nabożnym tonem Desire dokończył:

- ...bardzo pożądałem bliskości Pana naszego. I niestrudzenie go wielbiłem.

Pochylił głowę. Constantine i jego małżonka wzięli to za objaw dziwacznej, ale jednak pokory. Dzięki kapturowi nie dostrzegli, że zakonnik z największym trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Szybko zapanował nad mimiką, wyprostował się, podszedł bliżej i odrzucił kaptur. Skierował wzrok na kobietę, uśmiechnął się. Miał coś takiego w ciemnych oczach, że kobieta wpatrzyła się w nie niemal zachłannie.

- Nie sądzę, żeby ta wanna była pani do czegokolwiek potrzebna - powiedział cicho, lecz z mocą. - Wybrała pani tyle pięknych przedmiotów. Latami będą cieszyć wasze oczy. Ale ta wanna po prostu do nich nie pasuje. Jestem przekonany, że gdy przyjrzy jej się pani jeszcze raz, dojdzie pani do takiego samego wniosku.

- Ale...

- Ale tak naprawdę, siostro - zaryzykował i kładąc dłoń na sercu, zwrócił się do kobiety niczym proboszcz do krnąbrnej parafianki, łagodnie, a zarazem stanowczo - bardzo chciałabyś widzieć ten pojemnik w jakiejś zacnej kaplicy jako podstawę ołtarza, prawda? I cieszyć się mszami odprawianymi na tak pięknym ołtarzu. Mam rację? Masz okazję wykazać się szczodrością, za którą wiele istot będzie ci wdzięcznych. Bo widzisz, na pomysł zakupu tej misy pod przyszły ołtarz wpadła grupa wiernych z pobliskiego kościoła - kłamał jak z nut, nie zważając na coraz bardziej przerażoną minę Smitharda skrytego za plecami kobiety. - Biedacy długo zbierali drageny. Niestety na aspersorium już im nie wystarczyło - dokończył z ubolewaniem.

- Aspersorium? - powtórzyła kobieta jak w transie.

- Kamienne naczynie ze święconą wodą.

- Nie wystarczyło im dragenów? - upewniła się, patrząc z uwielbieniem na Desire.

- Wydali wszystko - potwierdził ze smutkiem.

- Wspomogę ich!

- Nie śmiałbym prosić.

- Nie musisz. Dobrych, biednych ludzi należy wspomagać!

- Jesteś bardzo łaskawa, ale wystarczy, że zrozumiesz, siostro, jaki byłby to dla nich cios, gdyby nie dostali tej miedzianej wanny.

Smithard i Constantine spojrzeli na kobietę z wyczekiwaniem. Ta patrzyła jak urzeczona w ciemne oczy mnicha. Wzburzenie powoli mijało.

- Proszę spojrzeć o tutaj. - Desire wskazał duży wygodny fotel klubowy cały obity wiśniową skórą, na który od dłuższej chwili tęsknym wzrokiem zerkał towarzysz kobiety. - Męża też może pani uszczęśliwić, kupując ten cudowny mebel. To idealny prezent na uczczenie czegoś tak pięknego jak rocznica ślubu.

Dyskretnie pstryknął palcami. Kobieta się ocknęła. Zmierzyła go pogardliwym wzrokiem. Podobnym otaksowała Smitharda.

- Rzeczywiście, ta wanna to jakiś rupieć - oznajmiła. - Tak, po renowacji z pewnością będzie pięknie wyglądać jako podstawa ołtarza. Nie rozumiem, czemu mi ją pan pokazał. Przecież mówiłam, że chcę fotel. O, dokładnie taki! - Jej dłoń wystrzeliła w kierunku wiśniowego mebla.

Constantine odetchnął z ulgą.

- To nasz adres. - Kobieta podała Smithardowi wizytówkę. - Proszę dostarczyć mi te rzeczy wraz z rachunkiem. A do rachunku proszę dopisać tysiąc dragenów, które przekaże pan tamtym biedakom, do których należy ta wanna. Niech sobie kupią to ass... ass...

- Aspersorium - podpowiedział Desire z usłużnym uśmiechem.

- Tak właśnie! To ass... ass... By to elfia zaraza, język można sobie połamać na tym cholernym słowie! Niech sobie kupią to coś! - fuknęła. - Constantine, wypatrzyłeś coś jeszcze? Bo jak nie, to idziemy. Mam wizytę u kosmetyczki, pamiętasz?

Kolebiąc się na krótkich, grubych nóżkach, wyminęła Desire. Jeszcze rozglądając się po sklepie, Constantine ruszył za żoną. Przechodząc obok ciemnowłosego zakonnika, zatrzymał się na moment i półgębkiem oświadczył:

- Nie wiem, jak brat to zrobił, ale jestem bratu cholernie, o przepraszam - poprawił się, dostrzegając nietakt - jestem bratu bardzo wdzięczny. Będę miał pięknie urządzony gabinet i nie będę musiał codziennie oglądać tej metalowej ohydy. - Uradowany puścił do Desire oko.

- Do pełni szczęścia brakuje tylko zadowolonej małżonki. - Teraz mnich już nie krył kpiny. - Tej zapewne dogodzi pan jakąś zabytkową biżuterią, najlepiej stylizowaną na elfią. W końcu okazją ma być rocznica ślubu. Warto wydać parę dragenów, prawda?

Tamten zerknął na zakonnika, jakby go właśnie olśniło.

- No jasne! Że też na to nie wpadłem! Dostanie biżuterię! I niech stracę, dorzucę jeszcze pisklaka karła srebrzystego razem ze służącym. Pewnie nie pożyje za długo, ale kto by się tym przejmował - palnął, a Desire zastanowił się, czy Constantine miał na myśli viverna, czy może służącego. - Jeszcze raz dzięki, bracie. - Poklepał mnicha poufałym gestem po ramieniu.

- Nie ma za co, fajfusie - mruknął pod nosem Desire, gdy tamten był już przy drzwiach.

Chwilę stali wraz ze Smithardem, upewniając się, że Constantine i jego egzaltowana małżonka nie wrócą. Starszy pan nawet podbiegł do witryny, wyciągnął szyję i teraz już naprawdę wyglądał jak sęp. Usłyszeli jeszcze trzaśnięcie drzwi samochodu i odpalany silnik. Smithard szybko odwrócił zawieszkę na drzwiach tak, by pokazywała "zamknięte", odwrócił się do Desire, z niedowierzaniem patrzył to na zakonnika, to na listę zamówień.

- Masz dar - zwrócił się do mnicha, kiwając głową z uznaniem. - Może będziesz częściej zaglądał do mojego sklepu? Będę ci odpalał procent od utargu. Spory procent - szeptał uradowany, patrząc na kartkę. - Masz pojęcie, ile dałeś mi dziś zarobić?

- W niezbyt uczciwy sposób, ale nie ma za co - mruknął rozbawiony Desire. - A do tego nadplanowego tysiąca dragenów nie przywiązuj się za bardzo. Jest na cele charytatywne, pamiętasz?

- Jasne, synu, oczywiście. - Starszy pan poprawił okulary na swym wydatnym nosie.

W tym momencie za plecami Desire ktoś parsknął głośnym śmiechem.

- Ass... Ass... - dobiegło go syczenie.

Mnich roześmiał się pod nosem, pokręcił głową rozbawiony, odwrócił się i ujrzał elfie rodzeństwo stojące w drzwiach wiodących na zaplecze.

- Ass...

- Ta kobieta... - Evangeline zachichotała. - Przysięgam, syczała jak pijany bazyliszek.

- Ass... Ass... - wtórował jej Evander, grzbietem dłoni ocierając łzy z uciechy. - Na Onyksową, Desire, ależ ty potrafisz wciskać kit. Ten o parafianach zbierających na aspersorium był niezły, serio, ale absolutnie nic nie przebije tekstu o pożądaniu bliskości Pana naszego! Ha ha ha! Że też ci kretyni w to uwierzyli! Ten stopień głupoty wskazuje, że jak nic musieli mieć domieszkę gnomich genów.

Elfa niemal skręcało ze śmiechu, a śmiech ten okazał się tak zaraźliwy, że po chwili chichotał też ciemnowłosy zakonnik. Głupkowaty nastrój udzielił się nawet Tomowi.

- Mnie też miło was widzieć - odparł Desire, podchodząc do elfów. - Kreatywność, lata praktyki i odrobina hipnozy w końcu się do czegoś przydały. Dzięki temu wasza misa z argemonią nie zostanie przerobiona na fontannę. Wy też nie musicie mi dziękować. - Uśmiechnął się kpiąco do Evangeline, ujął jej dłoń, zamknął w swoich, dużych i ciepłych. - Zresztą czy mógłbym pozbawić wygodnego łoża tak cudowną kobietę? - szepnął powoli modulowanym głosem. Patrząc w szafirowo-srebrne oczy elfki, niespiesznie uniósł jej dłoń do ust.

- Desire, chyba już czas, żebyś to sobie uświadomił. Na. Mnie. Twoje. Czary. Nie. Działają. - Evan cedziła słowo po słowie, uśmiechając się na widok głupiej miny zakonnika.

Właśnie miał palnąć jakąś równie dowcipną odpowiedź, gdy usłyszeli harmider na zewnątrz. Poderwali głowy, spojrzeli zaniepokojeni w kierunku sklepowej witryny. W sekundzie ich rozbawienie uleciało. Hałas narastał. Jak gdyby wiele aut czy motocykli w jednym momencie próbowało rozjechać starodawny ryneczek. I jeszcze krzyki, jakieś pomruki. A potem tupot nóg. Wielu, wielu nóg. Porozumieli się wzrokiem. Tom zerknął przez drzwi wyjściowe i zbladł.

- By to elfia zaraza! Inkubator! - krzyknął do rodzeństwa. - Zamknąć się od środka i ani pary z ust! No już!

Zdumiewająco szybko jak na kogoś w tym wieku przegalopował koło Desire, po drodze łapiąc z jednej z półek opasły zabytkowy wolumin i rzucając go wprost w ramiona zakonnika.

- Ciceron to zamówił, ty właśnie przeglądasz i odbierasz! - poinstruował gorączkowym półszeptem, po czym pobiegł za elfami na zaplecze.

Kątem oka Desire dostrzegł jeszcze przerażone spojrzenie Evandera, znikający złoty warkocz Evangeline, poły granatowego swetra Smitharda powiewające niczym flaga targana wiatrem. Usłyszał trzaśnięcie i jakieś szuranie. Ledwie udało mu się złapać cenną księgę i otworzyć na chybił trafił, gdy drzwi antykwariatu z łoskotem się otwarły. Wnętrze sklepu pociemniało od czarnych mundurów tudzież furażerek zdobionych szarym otokiem. Kilkunastu konstabli, niczym rój karaluchów, rozbiegło się po pomieszczeniu. Kilku trzymało broń. Desire zamarł z otwartą księgą w dłoniach i ze stoickim spokojem popatrzył na funkcjonariuszy. Ci zatrzymali się i wpatrzyli w otwarte drzwi, w których ukazał się jeszcze jeden mężczyzna. Desire też na niego spojrzał i wydało mu się, że na jedną okrutnie długą chwilę czas się zatrzymał. Konstabl był wysoki, świetnie zbudowany i - jak na mężczyznę - ...oszałamiająco piękny. Tak, nie ładny, nie uroczy, nawet nie przystojny, a właśnie piękny. Nawet Desire musiał to przyznać.

"Na Onyksową, wykąpałeś się w testosteronie, czy jak?".

Pomyślał, że przy całej swej zjawiskowej urodzie facet dodatkowo jest cholernie męski i... poczuł ukłucie zazdrości.

"Dobrze, że Sloan cię nie widzi. Jak nic lizałby ślady twoich butów. I dobrze, że nie odwiedzamy tych samych pubów. Przynajmniej mam jakieś szanse u kobitek. Ale chłopie, co ty robisz w policji? Podpadłeś komuś z agencji modeli?".

Raz po raz zakonnik ukradkowo zerkał na konstabla. Ten stał wyprostowany jak struna z dłońmi założonymi do tyłu. Jego krótko ostrzyżone ciemne włosy ledwo wystawały spod furażerki. Szare oczy zdawały się kontrolować wszystko i wszystkich. Mundur leżał na nim tak doskonale, jakby świeżo wyszedł spod igły najlepszego krawca.

Na widok mnicha mężczyzna zacisnął usta, co uwydatniło dołek w gładko ogolonym podbródku. On też przyjrzał się Desire, by zaraz potem otaksować wzrokiem całe wnętrze antykwariatu. Nieznacznie kiwnął głową, a wtedy reszta konstabli rzuciła się do przeszukania pomieszczenia. Robili to szybko, skrupulatnie i wyjątkowo sprawnie. Tymczasem oficer podszedł do zakonnika. Było coś intrygującego w jego kocich, zmysłowych ruchach. Jednak Desire najbardziej zaniepokoiło to, że do tej pory nie widział tego mężczyzny w Fenaby. Ani żadnego z jego ludzi. Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej nie widział tylu funkcjonariuszy w tej spokojnej mieścinie. To nie wróżyło dobrze.

- Starszy konstabl Lucien d'Arveaux. A pan to...

Zmysłowe usta rozciągnęły się w przyjaznym uśmiechu, lecz oczy pozostały beznamiętne. Ton głosu funkcjonariusza, pozornie życzliwy, zabrzmiał milionem dzwonków alarmowych w głowie zakonnika.

- Brat Desire z tutejszego opactwa. - Mnich odkłonił się uprzejmie.

- Co ciekawego czytamy? - zapytał mężczyzna, nonszalanckim gestem wskazując wolumin.

Desire przywołał na twarz najmilszy ze swych uśmiechów, głośno zatrzasnął księgę. Wystarczył mu ułamek sekundy, by rozpoznać jeden z ulubionych tytułów Smitharda.

- Raczej dopiero będziemy czytać. To Księga ziół i ziołolecznictwa autorstwa Marcellusa Blackhanda, o której od dawna marzyło moje opactwo. Wyjątkowo rzadki okaz. Wydany kilka wieków przed Apokalipsą. Ma pan ochotę zerknąć? - Wyciągnął dłoń ku d'Arveaux.

Ten uśmiechnął się jeszcze milej, ale książki nie odebrał.

- Może potem. Co pana sprowadza do tego sklepu? - spytał pogodnie, podczas gdy jego ludzie zaczęli przetrzepywać kolejną część antykwariatu.

- Księgi oczywiście.

- Opactwo stać na zakup czegoś tak drogiego?

- Oczywiście, że nie. Pan Smithard często wyświadcza nam uprzejmość i wypożycza interesujące nas tytuły.

- Innymi słowy robi za bibliotekę? - zakpił konstabl. - Co ma z tego w zamian? Oprócz wstawiennictwa u Najwyższego, rzecz jasna.

Desire uśmiechnął się, jakby usłyszał niezły dowcip.

- Pozwalamy mu przeglądać naszą bibliotekę. Też jest nieźle zaopatrzona, ale to efekt pracy wielu zakonników na przestrzeni setek lat. Bonusem dla pana Smitharda są warzywa, owoce i zioła z naszego ogrodu.

Dalszego ciągu konwersacji jednak nie było, bo nagle usłyszeli zasapany głos starszego pana:

- Bracie Desire, znalazłem!

Odwrócili głowy w stronę drzwi wiodących na zaplecze. Z rozwianą czupryną i rumieńcami na policzkach stał w nich Tom. Dzierżył w ręku kolejną książkę i machał nią radośnie. Na widok konstabli natychmiast przestał się uśmiechać. Z genialnie udawanym skrajnym zdumieniem wpatrzył się w mężczyzn wywracających jego sklep do góry nogami.

"A nagroda za najlepszą rolę męską w dramacie wędruje do... - zakpił w myślach Desire. - Nieźle to zagrałeś, Tom, serio, ale nie przeszarżuj. Niech ci do głowy nie wpadnie zażądać od nich nakazu przeszukania".

Niestety sekundę później usłyszał, jak Tom wrzeszczy dokładnie to, czego absolutnie nie powinien. Desire przymknął na moment oczy, jakby nie chciał patrzeć na to, co się zaraz wydarzy.

"Pięknie! - zdążył pomyśleć. - No to mamy przesrane!".

I wtedy Tom zrobił coś jeszcze głupszego. Ręką trzymającą książkę pogroził najbliższemu konstablowi szarpiącemu drzwi szklanej gabloty. W środku, na półkach stały przeróżnej wielkości, koloru i kształtu wazony.

- Hej, tego nie wolno ruszać! - wrzasnął. - Są wyjątkowo cenne i kruche!

Funkcjonariusz zerknął na d'Arveaux. Ten stał ze skrzyżowanymi ramionami i beznamiętnym wyrazem twarzy. Kompletny brak reakcji konstabl potraktował jako zachętę. Kolejne szarpnięcie niemal wyrwało z zawiasów drzwi gabloty. Wazony zachybotały. Z otwartymi z niedowierzania ustami Tom obserwował, jak spadają i roztrzaskują się o podłogę, by po chwili utworzyć na niej chaotyczną mozaikę kolorów. Konstabl zerknął z tupetem w oczy staruszka. Smithard zacisnął pięści, posłał mężczyźnie gniewne spojrzenie.

Minutę czy dwie później przez antykwariat przetoczyło się ciemno umundurowane tornado, przestawiając na swej drodze każdy mebel, lustro, świecznik. Funkcjonariusze zajrzeli do każdej skrzyni, szuflady, otworzyli każdą szafę czy komódkę. Niby przez przypadek strącili parę cennych ksiąg, rozbili jedną czy dwie szafki wypełnione przykurzoną porcelaną.

- Czemu to robicie?! - Smithard zawył z wściekłością.

Odpowiedział mu jedynie złośliwy chichot.

Desire zacisnął pięści. W myślach jak mantrę powtarzał sobie, że za nic nie wolno mu stracić zimnej krwi. Nie może dać się sprowokować. Złapał Toma za rękaw. Próba uspokojenia przyniosła jednak odwrotny skutek. W Smitharda jakby coś wstąpiło. I teraz już naprawdę nie udawał. Widok bezmyślnego niszczenia tak wielu zabytkowych przedmiotów doprowadził go do pasji. Wyrwał się zakonnikowi, doskoczył do jednego z funkcjonariuszy ciągnącego szufladę jakiejś komody i szarpnął go. W odpowiedzi tamten okręcił się i na odlew uderzył Toma w twarz. Staruszek się przewrócił. Nie dane mu było wstać, bo inny konstabl wbił mu kolano w plecy i wykręcił ręce do tyłu. Smithard krzyknął z bólu. Gdy drugi z funkcjonariuszy kopnął go w żebra, Desire nie wytrzymał.

- Nie, proszę, przecież to tylko bezbronny staruszek, a wy mu niszczycie!... - Wyciągnął dłoń w stronę d'Arveaux, by załagodzić sytuację.

Tamten nie zmienił wyrazu twarzy na jotę, po prostu złapał mnicha za rękę. To było jak balet. Konstabl zawirował wokół zakonnika, wykonał kilka pełnych gracji ruchów, po których ciało Desire najpierw wystrzeliło w górę, potem przeleciało nad jego głową, by rąbnąć z impetem u jego stóp.

"Ja chędożę! Dobry jest!" - przemknęło mu przez myśl.

Stęknął, bo upadek niemal pozbawił go tchu. Złapał się za żebra. Nagle pod habitem wyczuł ruch.

"Na Onyksową! Dante!".

Spanikowany pomyślał, że właśnie zabił najcenniejszego ptaka Palatynatu. Krzywiąc się niemiłosiernie, zmienił ułożenie ciała. Ten ruch jednak zaintrygował konstabla.

- Co tam chowasz, braciszku? - szepnął.

Funkcjonariusz pochylił się, szarpnął tkaninę habitu. Desire zacisnął zęby. Gorączkowo kombinował, co powie konstablowi, gdy ten znajdzie pisklaka. Wiedział, że prędko musi coś wymyślić - cokolwiek! - jeśli nie chce sprowadzić nieszczęścia na klasztor. Rozważył, czy nie zacząć wrzeszczeć, że tamten go molestuje. To wszystko trwało ułamki sekund, ale czasu na zastanawianie się było coraz mniej, bo ręka d'Arveaux właśnie sięgała pod habit. Za chwilę dojdzie do katastrofy. Poczuł kolejne szarpnięcie. Pewien, że zaraz Dante plunie ogniem i rozpęta jeszcze gorsze piekło, Desire wstrzymał oddech. I nagle zapadła cisza, po której usłyszał... cmokanie d'Arveaux.

- No no! - mruknął tamten z uznaniem. - Nie posądzałem cię o takie ciągoty.

Zastanawiając się, co konstabl ma na myśli, Desire uniósł czerwoną z wysiłku i bólu twarz znad butów mężczyzny. W jego dłoniach zobaczył swój flet. Funkcjonariusz uważnie obejrzał instrument. Najwyraźniej nie dostrzegł w nim nic groźnego, bo podał go zakonnikowi.

- Wybacz. Gdybym wiedział, że nosisz go za paskiem, rzuciłbym tobą... echm... delikatniej - zażartował.

Kilku najbliższych gliniarzy zachichotało, dwóch innych przestało okładać Toma. Teraz jedynie przytrzymywali go twarzą do podłogi.

- No, ale mamy sukces - oznajmił d'Arveaux. - Nie nadziałeś się na tę fujarkę, poobijane żebra szybko przestaną boleć, a najważniejsza informacja jest taka, że flet też jest cały. A dzięki temu możesz nam coś zagrać. Bo zakładam, że umiesz, skoro masz go przy sobie? Proszę, zagraj nam coś.

Wyciągnął do mnicha rękę, by pomóc mu wstać.

"Co za łagodny i uprzejmy... skurwiel - pomyślał Desire. - W innej sytuacji zatańczyłbym z tobą, Lucien. Po swojemu".

Spuścił wzrok, by tamten nie dostrzegł, jak bardzo jest wściekły, i podał konstablowi dłoń. Szarpnięciem mężczyzna postawił go na nogi. Objął jak przyjaciela, wskazał Smitharda.

- Wszystkim nam przyda się wyciszenie emocji. Zwłaszcza panu... Jak pan się nazywa? - zwrócił się do staruszka.

Ten odpowiedział splunięciem pełnym pogardy. D'Arveaux wzruszył ramionami.

- Bracie Desire, zagraj więc panu bezimiennemu i nam wszystkim coś przemiłego. Podobno muzyka łagodzi obyczaje. Śmiało, nie wstydź się. Chociaż jeśli będziesz pitolił, któryś z moich ludzi może cię odstrzelić.

Zobaczył pełną niedowierzania minę Desire i parsknął śmiechem.

- Żartowałem oczywiście. No dalej, czekamy na popis. Zwłaszcza pan wzburzony. - Głową wskazał Toma ciągle przygwożdżonego do ziemi.

Ciemnowłosy zakonnik przetoczył flet w dłoniach. Pokusa, by zagrać coś "przemiłego" zgromadzonym w sklepie konstablom, przegrała ze zdrowym rozsądkiem nakazującym zadbać o bezpieczeństwo Toma, elfów, klasztoru i Dante. Wziął głęboki wdech, przyłożył flet do ust. Pozwolił, by haniebne dźwięki opuściły instrument. Wiedział, że tak złej gry będzie się wstydził do końca życia, ale kamuflaż zastraszonego mnicha musiał być doskonały. Zagrał więc byle jak najprostszą ze znanych mu kościelnych melodii z oczami wbitymi w podłogę.

- Wystarczy? - spytał cicho i pokornie, gdy utwór dobiegł końca.

Zerknął spode łba na konstabla. Ten zmarszczył brwi, pokiwał głową rozczarowany.

- Hmm, zdecydowanie.

Odwrócił się ku funkcjonariuszom trzymającym Smitharda.

- Możecie go puścić.

Przeniósł wzrok na pozostałych konstabli.

- Przeszukaliście już wszystko? Nie? To nie gapić się, tylko kończyć! Przypominam, że mamy jeszcze kilka innych sklepów do przetrzepania.

Konstable natychmiast na nowo rozbiegli się po antykwariacie. D'Arveaux dołączył do nich. Tymczasem Desire dyskretnie zerknął pod habit. Czarne węgielki oczu błyszczały, jakby się nic nie wydarzyło. Cichym ćwierknięciem Dante upewniła go, że wyszła z tej przygody bez szwanku.

"Gdybym upadł na drugi bok..." - pomyślał ze zgrozą.

Westchnął z ulgą, ale to sprawiło, że znowu rozbolały go żebra. Krzywiąc się raz po raz z bólu, podbiegł do Smitharda. Pomógł starszemu panu wstać i podprowadził do najbliższej sofy.

- Tom...

- Wiem, to było głupie, ale zrozum, szlag mnie trafił, gdy zobaczyłem, jak wszystko niszczą. Te przedmioty... Przetrwały tyle historycznych zawieruch, Apokalipsę, tylko po to, żeby zniszczył je byle policyjny imbecyl? I to dla zabawy? - szeptał wzburzony.

- Potem o tym porozmawiamy - mruknął półgębkiem Desire, zerkając jednocześnie na konstabli.

Z kieszeni habitu wyjął chusteczkę. Podał Tomowi. Palcem wskazał kącik ust.

- Zatamuj krwawienie - wyszeptał. - Elfy bezpieczne?

Smithard skinął dyskretnie głową, przycisnął chusteczkę do twarzy. Karminowa plama zabarwiła biel płótna. Desire wzrokiem wskazał konstabli.

- Na pewno nie odkryją kanciapy?

- Na pewno. By to elfia zaraza, kiedy te gnojki sobie stąd pójdą?!

- Za chwilę, o ile nie zrobisz nic głupiego. Zrozum, twoje protesty nie zdadzą się na nic - szeptał, niemal nie poruszając wargami. - Im głośniej będziesz wrzeszczał, tym dłużej będą tu siedzieć i tym więcej stracisz majątku. Nie dawaj im pretekstu. Potem złożymy oficjalną skargę, ale teraz trzeba się ich pozbyć.

Właśnie zamierzał wyjaśnić, jak przemycą rodzeństwo do klasztoru, ale w tym momencie sytuacja ponownie zmieniła się na gorsze, bo oto konstable dotarli do ostatniej części antykwariatu. Tej położonej przy drzwiach na zaplecze. I właśnie stamtąd dobiegło nagle nadspodziewanie głośne warczenie i czyjeś krzyki, a następnie mała eksplozja, po której najbliższe otoczenie spowił gęsty dym.

- O nie, Struan!

Tom przypomniał sobie o przyjacielu, którego od czasu wypadku z rozciętą głową Richarda Dee-Zandera przezornie na czas wizyt klientów zaczął zamykać w klatce. Natychmiast zerwał się z sofy, chustka wypadła mu z rąk. Desire zobaczył tylko, jak opięte granatowym swetrem plecy starszego pana znikają w labiryncie szaf i luster. Zaklął siarczyście i pogalopował za Tomem.

Usłyszał strzał, huk rozbijanego lustra i skowyt Smitharda. Klucząc między meblami i co chwilę się potykając, dogonił wreszcie starszego pana i stanął jak wryty. Powietrze śmierdziało spalenizną, oczy łzawiły od dymu, który wydobywał się ze zwęglonej półeczki, a Tom... Tom leżał w pozycji embrionalnej, tuląc do siebie małą kulę czarnych połyskliwych łusek. Kłębek drżał w jego ramionach niczym wystraszone dziecko. Obok głowy staruszka leżały jego okulary, na szczęście niepotłuczone, a spod splecionych ciał wypłynęła niewielka kałuża krwi. Wszystko obficie przysypane było odłamkami lustrzanej tafli.

- Co wyście najlepszego zrobili?! - wrzasnął Desire do konstabli.

Poczuł cios w prawą skroń, potem ciepły strumyk spływający po policzku. Na chwilę go zamroczyło, zatoczył się. Ktoś podciął mu kolana. Ponownie rąbnął o podłogę, lecz tym razem zdołał podeprzeć się dłońmi. Kilka ciemnoczerwonych kropli wchłonął dywan. Klęcząc, Desire uniósł głowę. Spojrzał na Smitharda. Ze ściśniętym gardłem wypatrywał u niego oznak życia. Dym utrudniał dostrzeżenie czegokolwiek, dusił. Desire zakaszlał.

- Co za głupi staruch - usłyszał głos d'Arveaux. - Jedno lanie mu nie wystarczyło.

Konstabl podszedł do mnicha, przykucnął, z drwiną spojrzał w jego ciemne oczy.

- No a ty, bracie o cudownym imieniu Desire, czego pożądasz? Też marzy ci się epicki łomot? Drugi raz fujarka cię przed nim nie uratuje. To - wskazał rozciętą skroń - potraktuj jako pieszczotę i nigdy nie oceniaj przeciwnika po wyglądzie. Ja oceniłem. - D'Arveaux pochylił się i szepnął mu do ucha: - Przez chwilę wydawało mi się, że widzę wyszkolonego żołnierza, dla kamuflażu odzianego w habit. Ty wziąłeś mnie za śliczną łajzę. I proszę, każdy z nas przeżył rozczarowanie.

Mnich zacisnął zęby. Wszystko w nim się zagotowało.

- D'Arveaux! D'Arveaux, skończyliście?

Nadciągającą nieubłaganie konfrontację mężczyzn przerwał czyjś znajomy głos dobiegający gdzieś od drzwi wejściowych. Zaraz potem dało się słyszeć kroki. Ktoś stąpał po rozbitym szkle. Desire i pozostali funkcjonariusze odwrócili głowy w tamtą stronę.

- By to elfia zaraza, a co tu się stało?! Mieliśmy sklepy przeszukiwać, nie demolować i podpalać!

Nowo przybyły szybkim spojrzeniem otaksował pomieszczenie, leżącego staruszka i krwawiącego zakonnika. Po minie było widać, że jest wściekły. Desire natychmiast go poznał. Niewysoki, szczupły, jasna czupryna, szaro-zielone gniewne oczy, ciemny mundur. Starszy konstabl Oliver Haeskell.

- Oliver! - przywitał go d'Arveaux.

Podniósł się. Desire też spróbował, ale zaraz któryś z funkcjonariuszy sprowadził go do parteru. Zakonnik chciał sprawdzić, co ze Smithardem, jednak zimny metal policyjnej broni wbity w szyję nie zachęcał do bohaterskich czynów. Tymczasem d'Arveaux podszedł do Haeskella, złapał go za łokieć i odprowadził na bok, tak by pozostali nie zdołali usłyszeć ich rozmowy.

- Dobrze, że jesteś. Ten człowiek - wskazał leżącego staruszka - napadł na moich ludzi. Niestety, musieli się bronić. I zobacz, do czego doprowadził. Zniszczył tyle pięknych przedmiotów. - Pokręcił głową z teatralnym oburzeniem.

- Tom? Tom Smithard?! - Oliver Haeskell skrzyżował ramiona, na twarzy miał wypisane niedowierzanie. - Najfajniejszy staruszek, jakiego znam. Serio myślisz, że ktoś w to uwierzy?!

D'Arveaux dostrzegł ciekawskie spojrzenia podwładnych i to gniewne zakonnika ciągle klęczącego z pistoletem wymierzonym w podstawę czaszki. Zacisnął usta. Lodowatym wzrokiem zmierzył Haeskella. Zbliżył twarz do jego twarzy, cichym głosem wycedził:

- Czy ty właśnie próbujesz powiedzieć, że kłamię? Na dodatek w obecności moich ludzi?

- Znam to miasteczko od lat - odwarknął Haeskell. - Mówiłem ci, to najspokojniejsze miejsce w Kryształowych Wodospadach, przestępczość jest tutaj zerowa. Żadnych krasnoludzich mieszańców, żadnych awantur czy strajków. Mieszkają tu sami emeryci i garstka mnichów, więc nie wciskaj mi kitu, że...

- O tym mnichu mówisz? - Palec d'Arveaux wystrzelił w stronę Desire. - Stary, to będzie dla ciebie szok, ale on też nas napadł. Pomagał tamtemu dziadydze. Niewątpliwie są zamieszani w coś większego.

Przysunął się do Haeskella tak blisko, że teraz konstabl doskonale mógł wyczuć każdą nutę jego wody kolońskiej.

- Kłóciłeś się ze mną, gdy ci mówiłem, że nigdzie w Kryształowych Wodospadach nie jest bezpiecznie ani spokojnie - szeptał d'Arveaux. - Dawałeś głowę za mieszkańców tej mieściny. Zarzekałeś się, że Fenaby to rajska oaza. A ja ci mówiłem, że to miasto jeszcze cię zaskoczy. Negatywnie. I żebyś zachował głowę na inne okazje. I kto tu miał rację? Pierwszy sklep, pierwsze przeszukanie i od razu taka jatka. - Wskazał kciukiem za siebie. - Najciemniej jest zawsze pod latarnią, co? Mój wniosek jest taki: albo nie poznałeś dobrze mieszkańców tej pipidówki, albo przymykałeś oczy na ich grzeszki.

- Taką wersję przedstawisz komendantowi? Rozumiem, że masz na to dowody? - Haeskell wytrzymał spojrzenie d'Arveaux, po czym wprost do jego ucha wyszeptał: - I pewnie spodziewasz się, że po twoich poprzednich wybrykach komendant ci uwierzy? Może liczysz, że jak będziesz nadgorliwy, pozwolą ci wrócić do Metropolii? Cofną rozkaz degradacji? Tak, Lucien, wszyscy wiedzą, dlaczego wylądowałeś w Kryształowych - ciągnął bezlitośnie. - A ten, jak go nazwałeś, dziadyga to jeden z najbardziej szanowanych obywateli tego miasteczka. Na dodatek brat bliźniak Benedicta Smitharda, który ma bardzo wpływowych przyjaciół. Między innymi naszego komendanta. Więc jeśli Tom umrze, a to, co się tu wydarzyło, wyjdzie na jaw, wydalenie ze służby będziesz uważał za śmiesznie niską karę.

D'Arveaux spojrzał w szaro-zielone oczy Haeskella zmieszany.

- Nie umrze. Jest tylko niegroźnie ranny. A leży, bo zemdlał ze strachu. Napadli na funkcjonariuszy będących na służbie, przypominam ci - spróbował jeszcze raz. - Wiesz, jaka jest za to kara...

- Zerowa - odparł spokojnie Oliver. - Odpuść. Każ swoim ludziom posprzątać, sprowadź lekarza, wtedy ja pogadam z mieszkańcami i spróbuję uratować twój tyłek.

- Mój tyłek? Na Onyksową, nie bądź śmieszny!

Nieporuszony Haeskell spojrzał z wyczekiwaniem na d'Arveaux. Ten zacisnął szczęki i zaklął bezgłośnie. Zaraz jednak głośno wciągnął powietrze, rozejrzał się.

- Ty, ty i ty! - Wskazał trzech funkcjonariuszy. - Dokończyć przeszukanie i uprzątnąć mi ten burdel! I niech ktoś będzie uprzejmy wezwać lekarza dla pana Smitharda. Reszta za mną. Słyszeliście, sporo roboty jeszcze przed nami.

Nie oglądając się, wściekły ruszył ku wyjściu, a wymijając Haeskella, rzucił wystarczająco głośno, tak by kilku funkcjonariuszy go usłyszało:

- Jesteś mięczakiem, Oliver. Tacy nie mają przyszłości.

Konstabl nie zaszczycił go odpowiedzią. Podszedł do Smitharda, ukląkł, delikatnie starł z jego szyi szklane okruchy. Zdjął skórzaną rękawiczkę. Dłuższą chwilę palce sprawdzały puls Toma. Tuż obok ukląkł Desire. Haeskell udał, że tego nie dostrzegł.

- Żyje?

Konstabl wyczuł gniew i strach w głosie zakonnika.

- Tak - rzucił zdawkowo.

Wspólnie odwrócili Toma na plecy. Srebrne odłamki posypały się na dywan. Ciało Smitharda było bezwładne. Podobnie jak ciałko viverna leżącego tuż obok. Starszy pan miał zamknięte oczy, ale oddychał. Powoli i miarowo. Desire przyłożył ucho do jego piersi. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał mocne, równe bicie serca. Zaczął oglądać staruszka i wkrótce odkrył przyczynę krwawienia. W rękawie granatowego swetra ział minikrater o krwistych brzegach.

- Chciał ochronić Struana - powiedział do Haeskella. - Mało go nie zabili z powodu tego viverna. Jak mogli?!

Konstabl podniósł się i rozejrzał. Dostrzegł trzech funkcjonariuszy kręcących się przy wejściu na zaplecze. Zmarszczył brwi.

- Bracie Desire, nie dyskutuje się z przedstawicielami władz, kiedy wydają proste polecenia - rzucił głośno surowym tonem, ciągle wpatrując się w tamtych. - Najwyraźniej pan Smithard zapomniał o takim drobiazgu, a teraz mamy tego skutki. - Gestem wskazał zdemolowany antykwariat. - Panowie! - krzyknął do gliniarzy. - Skończyliście, wychodzimy!

Tamci natychmiast przerwali pracę, odłożyli cenne bibeloty na półki, bez ociągania ruszyli do wyjścia. Haeskell odwrócił się plecami do Desire, ten zerwał się na nogi.

- Konstablu! Konstablu Haeskell!

Funkcjonariusz zatrzymał się, ale nawet na mnicha nie zerknął. Co nie znaczy, że nie słuchał.

- Napadli na tego staruszka, a pan tak to zostawi? Nie zrobi pan kompletnie nic?! Nie zgłosi tego?! Konstablu, proszę! Przyślijcie choćby lekarza...

Desire położył Haeskellowi dłoń na ramieniu. To był poważny błąd, bo mężczyzna natychmiast okręcił się, jednocześnie wyszarpując z kabury broń. Sekundę później przytknął jej lufę do czoła mnicha, dokładnie pośrodku między jego ciemnymi oczami.

- Dotknij mnie jeszcze raz, a potraktuję to jak napad na funkcjonariusza na służbie - wycedził bez mrugnięcia okiem. Desire odruchowo cofnął się o krok, podniósł ręce do góry, przełknął ślinę. Pozostali konstable zatrzymali się, spojrzeli zaciekawieni. - Jeśli spieszno ci zobaczyć Najwyższego, daj mi tylko powód, klecho. Jeden. Może być kiepski.

Trójka mężczyzn wymieniła rozbawione spojrzenia.

- Dziś miałeś farta, mnichu, jutro może ci go zabraknąć - kontynuował Haeskell cicho gniewnym tonem. - Przyjmij do wiadomości, że w Fenaby spokój właśnie się skończył. Uświadom sobie, jakim byłeś szczęściarzem, bo to, co dziś było dla ciebie szokującą nowinką, jutro stanie się w tym mieście regułą. Witamy w nowej rzeczywistości, bracie Desire - dodał i... zdzielił zakonnika kolbą w skroń.

Ten po raz kolejny się zatoczył, jęknął, przycisnął dłoń do rany. Świeżo zaschnięta krew znów popłynęła między palcami i zalała policzek mnicha, jednak on sam nie zrobił nic, by ukarać konstabla. Haeskell odwrócił się ponownie w stronę wyjścia, schował broń. Zatrzymał się na moment w drzwiach.

- Dołączyć do reszty, nie ociągać się, właściciel sam sobie posprząta! - krzyknął do konstabli. Wyjrzał na zewnątrz, zaraz jednak zerknął przez ramię wściekły. - Wygląda na to, że przez jakiś czas Fenaby będzie musiało sobie poradzić bez lekarza.

I już nie oglądając się na nikogo, opuścił antykwariat. Trójka konstabli pospieszyła za nim. Desire chwilę stał na środku pobojowiska, szybko ocknął się, susem dopadł drzwi. Zobaczył ludzi d'Arveaux w asyście minivivernów odprowadzających i wrzucających do policyjnej furgonetki miejscowego doktora. Mężczyzna miał skute z tyłu ręce i ogromnego siniaka na policzku. Zakonnik dostrzegł też szeroki uśmiech samego d'Arveaux machającego Haeskellowi przed nosem torbą pełną "dowodów" i wściekłą bezsilność konstabla.

Haeskell potoczył gniewnym wzrokiem po ryneczku. Splunął, zdjął furażerkę, palcami przeczesał jasną czuprynę, poprawił mundur. Wyjął z kieszeni służbowy gwizdek. Dwa długie tony były znakiem do odjazdu. Wozy pełne konstabli i ich vivernów zniknęły z Fenaby równie szybko, jak się w nim pojawiły.

"Rzeczywiście do tej pory mieliśmy szczęście. I spokój. - Desire przycisnął rękaw habitu do skroni, by zatamować krwawienie. Patrzył, jak w kolejnych sklepach i kafejkach opuszczane są żaluzje, wygaszane światła, jak centrum miasteczka zamiera. - Wygląda na to, że Haeskell miał rację. Nadchodzą ciężkie czasy. Mogli użyć vivernów... Tym razem tego nie zrobili. To też był pieszczotliwy wstęp do nowej rzeczywistości, żebyśmy poczuli przedsmak tego, co nas czeka?".

Usłyszał ruch za plecami. Odwrócił głowę. Dostrzegł Evandera, który wraz z siostrą stał w drzwiach wiodących na zaplecze. Ich blade, przerażone twarze były wystarczającym komentarzem całego zajścia. Desire zamknął drzwi antykwariatu na zasuwę. Opuścił też żaluzje.

"Lepiej nie kusić licha. Gdyby tamci chcieli wrócić, da nam to trochę czasu" - pomyślał chwilę, zerkając przez szczeliny między listewkami osłony.

- W porządku? - zwrócił się do rodzeństwa.

Skinęli głowami, ale było widać, że nic nie jest w porządku. Całe rozbawienie, które towarzyszyło im, gdy spotkali się pół godziny temu, wyparowało.

- Mówiłeś, że Fenaby to spokojna mieścina - bąknęła Evan.

- Bo do tej pory tak było - mruknął, a w myślach dodał: "W porównaniu do reszty Kryształowych Wodospadów".

Evander objął siostrę ramieniem. Ostrożnie stawiając stopy na rozbitym lustrze, podeszli do leżącego Smitharda. Desire szybko do nich dołączył. Kucnęli przy ciągle nieprzytomnym starszym panu.

- Wybacz, Tom - mruknął zakonnik i wymierzył mu kilka sążnistych policzków.

Głowa staruszka odskoczyła w jedną, a potem drugą stronę. W końcu jednak Smithard otworzył oczy. Pomogli mu usiąść. Włożył okulary, rozejrzał się zdezorientowany. Widok zdemolowanego antykwariatu przypomniał mu, co się wydarzyło. Spojrzał na swą rękę, całą uwalaną skrzepniętą krwią. Zapłakał. Ale nie z powodu zniszczeń ani rany. Zapłakał, bo zobaczył Struana.

Vivernik leżał na boku. Żył, ale oddychał z trudem. On także został ranny. I to dużo poważniej niż jego pan. Prawe skrzydło, niemal oderwane od korpusu, zwisało bezwładnie. Krwawej miazgi pogruchotanych kości i postrzępionych mięśni nie poskładałby żaden chirurg. Kula, która przeszyła ramię Smitharda, trafiła też viverna w pierś. Mocno krwawił. Czarne łuski drżały niczym maleńkie listki targane wiatrem. O ile Tomowi groziło jedynie kilka tygodni kurowania przestrzelonej ręki i niewielkie prawdopodobieństwo, że będzie niesprawna, Struanowi pozostały minuty, może kwadrans życia.

- Struan, proszę!

Smithard ukląkł przy przyjacielu, pogładził go po okrągłym, czarnym pyszczku, zbyt wielkich uszach. Zapłakał tak żałośnie, że Evangeline i Evander z trudem sami powstrzymali łzy. Desire przełknął ślinę, zamrugał. Nigdy dotąd nie widział, by ktoś tak rozpaczał nad konającym zwierzakiem. To była dla niego pouczająca i wstrząsająca lekcja. Gardło ścisnął mu żal. Chciał pomóc Smithardowi, ale nie potrafił znaleźć rozwiązania czy choćby najprostszych słów wsparcia. Mógł jedynie w milczeniu patrzeć na pożegnanie przyjaciół i starać się nie rozbeczeć jak jakiś gówniarz.

Tymczasem vivernik na chwilę otworzył ślepia. Żółte tęczówki z pionową źrenicą spojrzały na staruszka i mnich dałby teraz głowę, że przepełnione były miłością. Vivern westchnął zmęczony, nozdrza wypuściły obłoczki dymu.

- Struan, synku, nie opuszczaj mnie! - szlochał Tom.

Evangeline chrząknęła, ścisnęła rękę brata. Desire usłyszał, jak łamiącym głosem zwraca się do Evandera:

- No, zrób coś! Wymyśl, proszę cię! Na pewno dasz radę!

Elf wstał, wpatrzył się w Smitharda i jego konającego przyjaciela. Po policzku spłynęła mu łza.

- Evander!

Teraz to Evan wymierzyła policzek bratu. To otrzeźwiło go, ale tylko na tyle, że zdołał wymamrotać:

- To na nic. Dawniej używano leków albo interceptora, ale dziś... Nie mamy ich, a samo zaklęcie Viventium to za mało, żeby go uratować. Wybacz, Evangeline. Rzucę Doloris. Złagodzi cierpienie biedaka, sprawi, że odejdzie we śnie.

Ponad głową zawodzącego Smitharda elf spojrzał na Struana. Zwierzątko coraz ciężej oddychało. Evander usłyszał, jak jego piękna, dumna i silna siostra też zaczyna szlochać. Objął ją, pozwolił, by wtuliła twarz w jego szyję. Pogładził po włosach, ucałował czoło. Chrząknął, bo coś dławiło mu gardło. Wyciągnął rękę przed siebie, otworzył usta, by skrócić cierpienia viverna.

- Czekaj!

Desire zerwał się na równe nogi. Stanął między elfem a vivernem.

- Czekaj, Evander, co powiedziałeś?!

Elf spojrzał na niego, nic nie rozumiejąc.

- Że trzeba to zakończyć. Odsuń się.

Puścił Evan, zrobił krok, by wyminąć mnicha, lecz ten ponownie zaszedł mu drogę.

- Nie! Gadaj, o co chodziło z tym interceptorem!

- O to, że go nie mamy.

Evander wykonał kolejny krok. Zakonnik znowu go zablokował.

- No, odsuń się, Desire!

- Interceptor potrafi leczyć?! - wyjąkał zszokowany mnich, nie ustępując nawet na krok.

- Zapytaj słońce, czy potrafi świecić.

- No jasne! Jak mogłem o tym zapomnieć?! - Desire olśniło. - Przecież krwią interceptora uratowaliśmy Cicerona, wybudziliśmy Daniela. Że też nie przyszło mi to do głowy - szeptał gorączkowo. - Czekajcie, może się uda!

Elfie rodzeństwo popatrzyło na niego jak na wariata. On zaś... uśmiechnął się do nich od ucha do ucha i zaczął się rozbierać!

- By to elfia!... Desire, to najgorszy z możliwych momentów na takie dowcipy! - fuknęła oburzona Evan.

- Skarbie, uwierz, w życiu nie byłem poważniejszy!

Błyskawicznie rozpiął kilka ukrytych guzików w swym przerobionym habicie. Pozwolił tkaninie opaść na podłogę. Teraz stał ubrany tylko w biały T-shirt i bokserki opatrzone kolejnym szokującym napisem. Stroju dopełniało coś w rodzaju kabury umiejscowionej pod piersią w okolicach pachy. Z jej otchłani Desire wyłowił różowe ciałko. Spojrzał na nie z miłością, pogładził po główce, obdarzył całusem jak słodkiego bobasa.

- No, to co ma zrobić? - Głową wskazał Dante.

- Co to? - odezwał się Evander.

- Zdaje się, że pisklak interceptora - wyszeptała Evangeline.

- Zgadza się - potwierdził Desire.

- Niemożliwe! Interceptory wymarły - burknął Evander. Wyciągnął palec, a wtedy ptak go dziobnął. - Auć!

- Nie rób tego więcej. Zionąć ogniem też potrafi. Nie pora tłumaczyć, ale tak, to jedyny interceptor. Jeśli jest szansa uratowania Struana, to nie traćcie czasu, mówcie!

Zobaczył zaskoczenie i niedowierzanie w oczach rodzeństwa, ale zaraz potem... bezradność. Intuicja go nie myliła. Elfy słyszały, że feniks może pomóc, ale nie miały pojęcia jak. Tymczasem zawodzenie Smitharda jeszcze przybrało na sile. Struan zaczął rzęzić. Zakonnik z gasnącą nadzieją popatrzył na rodzeństwo, lecz oni jedynie pokiwali głowami.

- Wybacz... - szepnęła Evan.

Desire zgrzytnął zębami. Spojrzał na Dante.

- Chyba musimy improwizować, co, maleńka?

Zerknął w czarne diamenciki oczu. Dałby sobie łeb urwać, że Dante zrozumiała każde jego słowo! Trzymając feniksa w wyciągniętych dłoniach, obszedł Smitharda i ukląkł przy Struanie. Z zapartym tchem elfy śledziły każdy jego ruch. Evan złapała brata za rękę. Ścisnęła tak mocno, że ten niemal jęknął. Obydwoje patrzyli oniemiali, jak Desire kładzie Dante tuż przy dogorywającym Struanie.

- Do dzieła! - szepnął. - Wiem, że wiesz, co robić. No, dalej, maleńka, uratuj go. Liczymy na ciebie.

Pisklak przekrzywił główkę, ćwierknął, zakolebał się na nóżkach. Zakonnik przysunął go jeszcze bliżej. Feniks odwrócił się, wysunął postrzępiony jęzor, jak gdyby chciał zbadać ranę na głowie zakonnika.

- Jemu masz pomóc, nie mnie. - Desire palcem wskazał viverna.

Ptak spojrzał na Desire, jakby chcąc się upewnić, że mnich jest absolutnie pewien tego, o co prosi. Ten tylko przytaknął skinieniem.

- Tom. - Położył dłoń na ręce Smitharda, tej głaszczącej Struana. - Tom, odsuń się. Pozwól Dante działać.

- Dante? - Starszy pan uniósł głowę, nic nie rozumiejąc.

- Tak ma na imię. - Desire wskazał pisklaka. - I tak, to najprawdziwszy interceptor. Sprawdźmy, czy uda jej się pomóc Struanowi.

Smithard spojrzał na mnicha, jakby go widział pierwszy raz w życiu, potem przeniósł spojrzenie na feniksa. Łzy płynęły mu po twarzy. Nie potrafił powstrzymać szlochu. Desire objął go, pogładził po ramieniu, odciągnął na bok. Tymczasem feniks jeszcze bardziej przysunął się do viverna. Postrzępionym językiem raz po raz dotykał rany na piersi i tej drugiej przy niemal oderwanym skrzydle. Badał. Nagle zatrzymał się, wciągnął powietrze, zamknął oczy. Zebrani wstrzymali oddech. Potem feniks otworzył dziób, zasyczał i zionął ogniem w stronę Struana. Elfy, Smithard i Desire patrzyli jak urzeczeni na wąski niebiesko-zielony strumyk, który opuścił dziób interceptora. Spodziewali się dymu, smrodu palonych tkanek, skowytu Struana, wściekłości Toma. Tak wielu kolejnych okropnych rzeczy. Tymczasem płomyk dotarł do ran viverna. Niczym najlepszy lek znieczulił je. Z precyzją laserowego skalpela przypalił krwawiące brzegi, powstrzymując krwotok, i jak klej zaczął scalać mięśnie. Fragment za fragmentem tkanki zaczęły lgnąć ku sobie. Po kilku minutach po dziurze zostało wspomnienie oraz solidna blizna i wykrzywione łuski.

- Na Onyksową!... - szepnął zdumiony Evander.

- Aha... - dodała wstrząśnięta Evan.

Teraz Dante skupiła się na skrzydle. Kolejny wdech i kolejne zionięcie sprawiło, że niemal oderwana kończyna powoli zaczęła wracać na swoje miejsce. Dante się zachwiała. Desire przyjrzał się feniksowi. Zobaczył, że jest bardzo zmęczony.

- Upoluję ci największą i najbardziej tłustą dżdżownicę, tylko postaraj się dokończyć - szepnął, patrząc na nią z niepokojem.

Dante spojrzała w jego ciemne oczy, jakby chcąc powiedzieć, że spróbuje. Wzięła jeszcze jeden wdech. Minutę potem po ranach Struana nie było śladu, on sam otworzył oczy i zakwilił na widok swego opiekuna. Ten znów płakał. Tym razem ze szczęścia. A Dante... Dante pozwoliła Desire wziąć się na ręce, przytulić i w jego objęciach zasnęła zmęczona. Desire włożył ją do kabury. Nie patrząc na Evan i mężczyzn, zaczął się ubierać.

- Desire - odezwała się cicho elfka. - A Tom? Jemu nie pomożesz?

W tym momencie ktoś delikatnie zapukał w szybę drzwi wejściowych. Zakonnik przyłożył palec do ust, kiwnięciem głowy wskazał rodzeństwu zaplecze. Ktoś ponownie zastukał. Desire upewnił się, że ma dobrze włożony habit, a rodzeństwo zdążyło ukryć się w kanciapie, i już bez ociągania poszedł sprawdzić tożsamość gościa.

Przez uchylone do inkubatora drzwi elfy usłyszały cichy kobiecy wystraszony głos:

- Ojej, co się bratu stało?! Możemy jakoś pomóc? Widzieliśmy, jak potraktowali Toma. Czy wszystko z nim w porządku?

Następnie dobiegły ich grzeczne wyjaśnienia oraz podziękowania mnicha. I zapewnienie, że choć Tom został ranny, to nic mu nie grozi i że on, Desire, już go opatrzył, a teraz pomaga mu sprzątać.

- To byli sąsiedzi Toma, chcieli pomóc - mruknął zakonnik, gdy tamci poszli i znów został z elfami i starym antykwariuszem sam. - Tak właśnie bywało w Fenaby do tej pory. Wszyscy się wspierali - westchnął.

- Do tej pory... - odezwała się głuchym głosem Evan, ale zaraz ocknęła się, głową wskazała Toma ciągle tulącego Struana do piersi. - Poproś Dante, żeby mu pomogła.

- Nie - powiedział po prostu zakonnik.

- Skoro wyleczyła viverna...

- Jest zmęczona. Nie znam się na interceptorach, ale myślę, że to mogłoby ją wykończyć. Poza tym...

- Nie pomożesz Tomowi?! - Evangeline spojrzała na niego z oburzeniem w oczach. - Miałam o tobie lepsze...

- ...mniemanie, tak wiem - dokończył za nią. - Opatrzę Toma, ale Dante go nie dotknie. Nie ma mowy. Bo widzisz, skarbie, konstable to nie idioci. Jak wytłumaczylibyśmy im jego cudowne ozdrowienie po takim postrzale? Jego rana musi goić się powoli, wiele osób musi ją zobaczyć. To będzie dowód na to, co tu się wydarzyło.

- Nie waż się do mnie mówić "skarbie"!

Odpowiedział jej bezczelnym uśmiechem. Sapnęła gniewnie i chciała coś jeszcze dorzucić, ale wtedy odezwał się Tom.

- Daj spokój, Evangeline - mruknął. - Dante zrobiła wystarczająco dużo, ratując Struana, a Desire ma rację. Ja i moje przestrzelone ramię będziemy długo powodem wstydu dla tutejszych konstabli, więc pozwól mi trochę publicznie pocierpieć.

Zaśmiał się, choć było widać, że ręka bardzo go boli. Trzymając zdrowym ramieniem Struana, z pewnym wysiłkiem skierował kroki na zaplecze. Evan delikatnie go objęła. Pomogła dotrzeć do drzwi.

- Moja droga, bądź tak uprzejma mnie opatrzyć, bo nie wiem, czy mogę liczyć na delikatność tego ciemnowłosego drania w habicie.

Gdy Desire usłyszał kpiący ton Smitharda, uśmiechnął się i odetchnął z ulgą. Antykwariuszowi wracał humor. To był dobry znak.

- W kanciapie znajdziesz wszelkie potrzebne medykamenty - kontynuował Tom. - Ty, Desire, też pozwól za mną. Obmyj tę pokrwawioną łepetynę i wyczyść habit. Ale nie za mocno. Niech ludzie zobaczą, że ty też ucierpiałeś. No i trzeba nakarmić Dante czymś bardziej treściwym niż dżdżownice. Nikt ci nie mówił, że robale ma jeść tylko w ostateczności? - burknął.

- Ale ona je lubi! - zaprotestował mnich. - Zresztą to tylko smakołyk. Jak lizak dla dzieciaka.

- Ma się zdrowo odżywiać! - zagrzmiał staruszek, nie zwracając na niego uwagi. - Ona teraz rośnie! Potrzebuje najlepszej karmy! Za to, co zrobiła dla Struana, zasługuje na najlepsze rarytasy. A my zasługujemy na to, żebyś nam opowiedział, skąd ją masz. Opowieść zacznij od momentu, gdy pożegnaliśmy się w Sleepy Graves. A pana Evandera poprosimy, by zrobił nam wszystkim dobrej herbaty.

* * *

Dotarli do Sleepy Graves rankiem. Burmistrz nie znalazł czasu, by ich przyjąć. Godzina przekonywania pozostałych tutejszych władz do współpracy zaowocowała jedynie informacją, gdzie Ian przebywał w czasie pobytu w tym mieście. Tak, sędzia słyszał od komendanta, że ktoś taki zatrzymał się w rezydencji pana Evandera i pani Evangeline. I owszem, dotarło do niego, że wyjechali do Sirens Bay odwiedzić krewną. Podobnie jak pan Widdows. Jednak sędzia nie widział powodu, dla którego miałby zezwolić pani Gregorian na wejście do ich domu. Właściciele kościółka nie zostali o nic oskarżeni, a on nie ma obowiązku współpracować z panią Gregorian, która jest jedynie lekarzem. Więc o ile nie ma powodów medycznych, by wejść na teren posesji rodzeństwa - na przykład jakiejś zagrażającej Sleepy Graves okrutnej zarazy - pani Gregorian może zaczekać na powrót właścicieli, ot choćby w barze tutejszego motelu. Potem może grzecznie poprosić ich, by zechcieli z nią porozmawiać. Sędzia miał cholerną satysfakcję, pokazując gościowi z Metropolii pełnię swej władzy w postaci środkowego palca.

"Prowincjonalne kompleksy. Klasyka - pomyślała Helen z przekąsem. - Zadupia wiecznie wszystkiego zazdroszczą stolicy. Ale dobrze, odpuścimy panu sędziemu. Nie nadaje się na potencjalne źródło wiarygodnej wiedzy".

Pożegnała sędziego z uśmiechem, by zaraz po opuszczeniu jego biura najechać tutejszy posterunek. W pierwszym momencie komendant Terraney zwyczajnie wyrzucił ją i jej ludzi z gabinetu, wrzeszcząc i grożąc. Wróciła sama, za to z dwoma kubkami niezłej kawy. Dobitnie wyjaśnił jej, gdzie i jak może sobie zaaplikować smolisty napar, potem poinstruował, jak używać drzwi wyjściowych, by nie przytrzasnąć sobie wścibskiego nosa. Nie przejęła się tym, tylko rozsiadła w fotelu, zakładając nogę na nogę. Pozwoliła jeszcze komendantowi na wygłoszenie innych klasycznych tekstów typu "spieprzaj, nie twoja sprawa". Gdy skończył, z grzecznym uśmiechem wskazała kubki i... wyjawiła, że wie o jego zapytaniu dotyczącym Erica Widdows, które wysłał kilka dni temu do Metropolii.

Nawet wtedy jeszcze próbował jej grozić. Ale że był w tych groźbach coraz mniej przekonujący, na dodatek ewidentnie coś kombinował, do Gregorian dotarło, że to jego należy przycisnąć. Wystarczył jeden telefon. Niedługo potem Terraney otrzymał z Metropolii nakaz umożliwienia pani doktor Gregorian wstępu do rezydencji oraz spełnienia wszystkich jej żądań. Burmistrza wraz z sędzią nie uznano za stosowne powiadomić.

Teraz stojąc pośrodku kościółka i notując w pamięci jego wystrój, Helen wysnuła kilka niepokojących wniosków. Wszystkie zachowała dla siebie.

"Na Onyksową Harfę! Gdyby od zarazy nie minęło tyle czasu, dałabym sobie głowę uciąć, że... Ale nie, to niemożliwe!".

Zatopiona w ponurych rozmyślaniach nie zauważyła, że tuż obok przystanął Heron. Z otwartymi ze zdumienia ustami spoglądał na ten gąszcz klepsydr, aulosów i trybularzy. Na łuki sklepień, kolorowe witraże w strzelistych oknach, na wygodne sofy i fotele, na rzeźbione szafy, fortepian zdobiony malowanymi kwiatami, na oranżerię pełną dziwnych roślin i znów na klepsydry, ocean klepsydr...

- By to elfia zraza - mruknął ciemnoskóry strażnik, upajając się subtelnym zapachem kadzidła. - Mieszkać w kościele? Ktoś tu nieźle odleciał!

- Nikt nie odleciał! To po prostu gustownie urządzony dom, ot co! - Terraney nie krył zniesmaczenia pogardliwą opinią mężczyzny.

Jego słowa wytrąciły Helen Gregorian z zamyślenia. Najpierw dyskretnie zerknęła na oszołomionego strażnika, potem na komendanta.

- Heron - zwróciła się do tego pierwszego - bądź uprzejmy zostawić nas samych. Dziękuję.

Upewniła się, że mężczyznę wchłonął las klepsydr, i zwróciła się do Terraneya:

- Gustownie urządzony dom, co?

- Owszem - odparł nieco zbyt szorstko, nie rozumiejąc, do czego zmierza. - Bardzo gustownie. Evan... to znaczy, Evangeline... to znaczy, pani Evangeline - poprawiał się raz po raz, czując rumieniec zażenowania wypełzający na policzki - kocha tę rezydencję. Bardzo dba o jej wystrój. A kolekcjonowanie klepsydr to jej hobby.

Helen pokiwała głową ze zrozumieniem, pogłębiając zakłopotanie mężczyzny.

- Zauważyłam. Masz na imię Alexander, prawda? - niespodziewanie przeszła na ty. Nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: - A ona mówi do ciebie Alex? Al? Alik? - Wpatrzyła się w twarz mężczyzny, który drgnął przy ostatnim zdrobnieniu. Uśmiechnęła się. - Nie zapytam, co cię łączy z Evan, Alik. To zbyt oczywiste - oświadczyła pogodnie. Policzki komendanta przybrały teraz kolor dorodnych maków. - Nie wyjawię też burmistrzowi ani sędziemu, że ich oszukałeś.

- Oszukałem?!

- A jak inaczej nazwać to, co zrobiłeś? Ach, no tak, można jeszcze użyć słowa "przestępstwo". Zwłaszcza że na twoim terenie grasował przestępca, Eric Widdows. Prawdopodobnie omamił i porwał mieszkańców tego kościółka. Mam nadzieję, że ciągle żyją - palnęła, a jej rozmówca sapnął zdenerwowany. - Ale to tylko nadzieja. Bo widzisz, Alik, ten cały Widdows dwa dni temu brał udział w ataku na Instytut w Metropolii.

Na Onyksową, ależ uwielbiała kłamać, potem patrzeć na głupie miny tych wszystkich łatwowiernych kretynów!

- Musiałeś słyszeć o ataku, trąbiły o tym wszystkie media.

Terraney złapał się za głowę, mruknął "o nie!". Helen kontynuowała bezlitośnie.

- O, taaak! Widdows zabił wiele osób. Ścigaliśmy go. Udało mu się zwiać na fermę znanego hodowcy, Trellera McLauriego. O nim pewnie też słyszałeś. Tę fermę Widdows spalił. Tam również zginęło sporo ludzi i ehm... inwentarza. I znowu facet nam uciekł. Zgubiliśmy ślad drania. I nagle, przez przypadek, dowiadujemy się, że wcześniej był tutaj. A ty nikogo o tym nie powiadomiłeś!

- Bo Evan...

- Tak?

Umilkł. Wpatrzył się w swoje buty. Oddychał szybko i płytko.

"Zawału możesz sobie dostać potem, idioto! Nie będę przeszkadzać w konaniu - pomyślała Helen. - Ale najpierw wszystko mi powiesz!".

- Wmówił mi, że jest jej wnukiem - zaczął szeptać Terraney. - Że pojechała odwiedzić rodzinę, a jego przysłała po jakieś cine... cirre... Po jakąś puszkę z prochami trupa.

- Po cinerarium, czyli urnę?

- Dokładnie. Wysłałem zapytanie w jego sprawie, bo facet wydał mi się podejrzany, ale...

- Nie chciałeś się narażać, Evan - wpadła mu w słowo. - Bo gdyby rzeczywiście Eric był jej wnukiem, a ty potraktowałbyś go niegrzecznie, ona mogłaby z tobą zerwać. Mam rację?

Komendant westchnął.

- Ale nie wróciła z tego Sirens Bay ani ona, ani Evander - powiedział. - Za to z centrali przyszła informacja zwrotna, kim jest Eric. Wysłałem ludzi do Sirens Bay, żeby dyskretnie odszukali rodzeństwo. Wrócili z niczym. Krewnych Evan też nie znaleźli. Wystraszyłem się. Posłałem dwóch konstabli tu do rezydencji. Mieli mi dać zna, jeśli Eric, Evan albo Evander się pojawią. Problem w tym, że moi ludzie też zniknęli.

- Kiedy to było?

- Ponad dwadzieścia cztery godziny temu. - Spojrzał na nią z rozpaczą. - Dziś rano chciałem oficjalnie wszcząć dochodzenie.

- Ale pojawiłam się ja, zaczęłam zadawać pytania i teraz masz przesrane - znowu mu przerwała. - Nie pochwaliłeś się całą sprawą ani burmistrzowi, ani sędziemu. Przez ciebie wyszli na niedoinformowanych idiotów. Zwlekałeś z rozpoczęciem oficjalnego śledztwa, chociaż twoi ludzie też zniknęli!

- Proszę zrozumieć, to jest Sleepy Graves, małe miasteczko. Tu przestępstwa się nie zdarzają!

- Co ty powiesz? Dla tej kobiety złamałeś prawo! Pewnie jest za to niezły paragraf, co, Alik?!

- Naprawdę myślałem, że wyjechała!

- Naprawdę to już wcześniej zacząłeś podejrzewać, że mogła pomagać Ericowi. Potem zwyczajnie bałeś się, że nie tylko wylecisz z pracy, lecz także trafisz za kratki - bardziej stwierdziła, niż zapytała.

Terraney spojrzał na nią spode łba.

- Wiem, że zrobiłeś to dla niej. Chciałeś ją chronić - powiedziała spokojnie Helen. - Zrozum, jeśli znajdziemy Erica, znajdziemy też rodzeństwo. Evangeline i Evanderowi nie stanie się nic złego, obiecuję. Oni mnie nie interesują. Daj mi tylko Erica.

- Nie oskarżycie jej?

- Masz moje słowo. Nikt z miasteczka nie dowie się, co zrobiłeś. Zachowasz stanowisko i wpływy. Wystarczy kolejny mój telefon...

Zastanawiał się dłuższą chwilę. Nie poganiała go. Widział, jakie ma wpływy w Metropolii. Wiedział, że jest w stanie spełnić wszelkie obietnice. Pytanie tylko, czy po wszystkim nadal będzie chciała to zrobić. A jeśli jej pomoże, a ona potem uda, że rozmowy nie było? Czemu czuł, że pomaganie tej kobiecie jest równie głupie, jak zaproszenie diabła do tańca? Jednak czy miał jakiś wybór?

- Ten Eric... - zagadnął cicho. - Czemu nie szukają go konstable z Metropolii, tylko pani, lekarka?

Helen przyjrzała mu się długo i uważnie. Pomału wciągnęła powietrze.

- Szukają. Przecież widzisz, że kilku jest ze mną. Współpracujemy.

- Ale to pani przyszła do mnie oficjalnie, nie konstable.

- Zauważyłam - odparła ironicznie. - Atak na Instytut przeprowadziło kilku facetów, w tym Widdows. Jak wiesz, obława na pozostałych trwa. Poproszono mnie o pomoc w namierzeniu Erica, bo akurat jego znam bardzo dobrze. Widdows to tylko jedno z wielu nazwisk drania. Był moim pacjentem.

- Ooo...

- Skrzywdził wiele istot w moim szpitalu - kłamała jak z nut. Terraney zdawał się łykać wszystkie te bzdury niczym dziecko cukierki. - Więc dla mnie to też sprawa osobista.

- A co się z nim stanie, gdy go pani znajdzie?

Spojrzała na niego tak lodowato, że ciarki przeszły mu po plecach.

- Zadajesz zbyt wiele pytań, Alik. Lepiej bądź uprzejmy oprowadzić mnie po rezydencji. I opowiedz mi o tym dniu, gdy spotkałeś Ia... Erica - poprawiła się szybko.

Wzięła Terraneya pod ramię i pozwoliła się zaprowadzić do zakrystii. Tam przy stole, którego podstawą była ogromna klepsydra, wysłuchała opowieści. Nie wiedzieli tylko, że w zakrystii nie byli sami. Na belce pod sufitem przyczaił się pewien stały lokator tej rezydencji.

* * *

- Ooo! - wymruczał Tom, kiedy Desire skończył opowiadać. - Więc te wszystkie jaja złożyła... Dante?!

- Tak, wiem, jak to brzmi, ale taka jest prawda - potwierdził mnich, spoglądając w lustro i zalepiając ranę na skroni plastrem.

Od dłuższej chwili przyjaciele tkwili na zapleczu antykwariatu. Starszy pan siedział na zydlu na środku kanciapy rozebrany do pasa. Evangeline właśnie kończyła opatrywać jego przestrzelone ramię. Smithard spojrzał przez uchylone drzwi do inkubatora, gdzie w boksach leżało kilka niewielkich błękitno-czarnych kul. Zaraz potem zerknął na pierś zakonnika, gdzie pod habitem w specjalnym nosidle odpoczywała Dante.

- Ale ten facet, od którego je kupiłem...

Chciał ponownie włożyć koszulę. Syknął z bólu, gdy zrobił zbyt gwałtowny ruch ręką. Evan pospieszyła mu na pomoc.

- No więc ten facet...

- Treller McLaurie.

- To był McLaurie? Ten McLaurie?! - Smithard wytrzeszczył oczy. - Inaczej się przedstawiał. Mniejsza z tym. Twierdził, że to towar pierwsza klasa.

- Bo jest. Jako surowiec do produkcji leków. Ale kompletnie nie nadaje się do hodowli, więc oddaj nam te jaja, zanim zmienią się w zbuki.

Starszy pan westchnął rozczarowany.

- Tak, Tom, naprawdę musisz - potwierdził Desire, widząc tęskne spojrzenie Smitharda znów skierowane w stronę boksów. - Zabiorę je, jak przyjdę po nich. - Głową wskazał elfy. - Więc zacznij je pakować.

- To dzisiaj? Dzisiaj zabierzesz nas do opactwa? - upewniła się Evan.

Potwierdził skinieniem głowy.

- Dłużej nie możecie tu zostać, to jasne. W opactwie będziecie bezpieczni. Naloty na klasztor są sporadyczne. Ostatni był parę dni temu, w czasie naszego pobytu w Sleepy Graves, więc konstable nie powtórzą tego zbyt szybko.

Złapał się na myśli, że po dzisiejszej pokazówce ludzi palatyna wcale nie można mieć pewności, że zostawią opactwo w spokoju. Nie podzielił się tymi wątpliwościami z przyjaciółmi.

"Nie ma co ich straszyć. Niech mają poczucie bezpieczeństwa. Zresztą klasztor ma swoje procedury. Zawsze z wyprzedzeniem wiemy, kiedy konstable wpadną na szklaneczkę zakonnego cydru".

Zobaczył zmartwioną minę Evandera i zaniepokojoną Evan. Posłał rodzeństwu uspokajający uśmiech.

- Przyjdę po was po zmroku. Na piechotę to trochę daleko, zwłaszcza lasem, ale dacie radę - zapewnił. - Droga jest łatwa, a ja znam teren. W pół godziny dotrzemy do klasztoru.

Teraz elfy spojrzały na niego z powątpiewaniem.

- Co z argemonią? Tom nie mógłby nas zawieźć swoją ciężarówką? Mówiłeś, że często was odwiedza...

- ...powiedziała elfka, która właśnie zrobiła mi awanturę, że nie chcę ratować Toma z pomocą Dante - zakpił Desire. - Z przestrzeloną ręką i tak nie dałby rady prowadzić, to oczywiste. Co do was... Rozleniwiliście się, co? - Pokiwał elfom żartobliwie palcem. Zobaczył zakłopotaną minę kobiety i szybko dodał: - A tak serio, Tom odwiedził nas kilka dni temu. Zbyt częste wizyty mogłyby się wydać podejrzane.

- Ale argemonia! - zaprotestował Evander. - Bez niej nie przeżyjemy! Ty nie możesz wziąć jego ciężarówki?

- I co powiedziałbym konstablom, gdyby nas zatrzymali nocą w lesie? Poza tym przeżyjecie. Przez to wszystko byłbym zapomniał: Sloan przyszykował dla was leki. Na razie takie same jak te, które dostaliście od Tancmistrza. Proszę.

Wyjął z kieszeni habitu woreczek z kapsułkami, podał elfce.

- Potem będą lepsze. Sloan to nasz apteczny geniusz - zapewnił, mając nadzieję, że te słowa pochwały nigdy nie dotrą do samego Sloana. - Argemonię przewieziemy najszybciej, jak się da. Obiecuję. A teraz chodź, Evander, pomożemy Tomowi posprzątać ten grajdołek.

Ale zanim Desire opuścił kanciapę, przypomniało mu się coś jeszcze.

- Skarbie - zwrócił się z tupetem do Evan, wiedząc, jak nie cierpi, gdy do niej tak mówi. - Bądź uprzejma przygotować dla Toma dzbanek herbaty i zapas kanapek, zgoda? Jutro poprosi o pomoc sąsiadów, ale dziś sam sobie ich nie zrobi. Musi mieć siły, żeby wiarygodnie publicznie chorować. - Podszedł bliżej do Evan i spojrzał w jej oczy tak namiętnie, jakby samym wzrokiem zamierzał spalić budę Smitharda. Z bezczelnym uśmiechem przylepionym do buźki zmysłowym głosem dokończył: - I spakuj swoje rzeczy, ale nie bierz zbyt wiele łaszków. Tam, dokąd cię zabiorę, obejdziesz się bez sukienek.

Odwrócił się do Evandera, puścił do niego oko, poklepał w ramię. Elf i antykwariusz odpowiedzieli mu uśmiechem i tylko Evan z dezaprobatą pokręciła głową. I zaraz, czy właśnie usłyszał, jak szepcze: "Kretyn"?

"Udało się - westchnął z ulgą w duchu. - Wkurzyła się. Świetnie".

Wspomniał poranek, gdy wraz z przyjaciółmi opuszczał Sleepy Graves, kierując się do Metropolii, a elfy z Tomem ku Fenaby. Tamtego dnia Evan, niczym mała dziewczynka, omal nie popłakała się z żalu, że opuszcza rodzinny dom. Wtedy nie rozkleiła się zupełnie tylko dlatego, że skutecznie podniósł jej ciśnienie. Zajście z konstablami co prawda zniosła całkiem nieźle, ale kto wie, czy nie zacznie szlochać, gdy tylko on, Desire, opuści antykwariat? Myśl, że zostawiłby ją tu bezbronną i płaczącą, popsuła mu samopoczucie. Kobiece łzy... Przed tym jednym do tej pory nie potrafił się skutecznie bronić.

"Tiaa, muszę szybko i pokazowo opuścić sklep Toma. Niech mnie wszyscy zobaczą, ale gdy tylko zapadnie zmrok... Wrócę. Oby dziś też była mgła".

Wraz z elfem opuścili kanciapę. Podczas gdy Evan pomagała Tomowi do końca się ubrać, a widząc jego cierpienie, zaklęciem Doloris przyniosła mu ulgę, panowie zaczęli kręcić się po antykwariacie. Jednak Evanderowi szybko znudziło się zwyczajne machanie miotłą i banalne podnoszenie poprzewracanych sprzętów. Ziewnął znudzony, wyciągnął dłoń i szepnął:

- Terso.

A wtedy pomieszczenie... samo zaczęło się sprzątać! Desire wytrzeszczył oczy. Tego czaru ewidentnie nie znał.

- Zaklęcie czyszczące - poinformował Evander. - Używaliśmy go z Evan zawsze, gdy coś przeskrobaliśmy, a matka za karę kazała nam sprzątać pokoje rodzeństwa - zachichotał. - Cholernie oszczędza czas, nie uważasz? Terso! - powtórzył dobitniej i powiódł ręką dookoła.

"Na Onyksową! - pomyślał Desire, kręcąc głową z dezaprobatą. - I to ja jestem niedojrzałym facetem? Popisuję się głupio, ale za to w mniej dziecinny sposób".

Podszedł do elfa, złapał go za rękę, stanowczym ruchem zmusił do jej opuszczenia.

- Może to zaklęcie oszczędza czas, ale z pewnością nie siły, więc nie waż mi się bawić w czary. - Podstawił elfowi lusterko pod nos tak, aby ten mógł zobaczyć siateczkę zmarszczek, które pojawiły się na jego młodej przed chwilą twarzy. - Kapsułki Sloana zostaw na drogę. Teraz wskakuj do argemonii, sam tu dokończę.

Zerknął ku drzwiom wiodącym na zaplecze, by sprawdzić, czy elfka też nie nadużywa zaklęć.

"Mamy przed sobą długi spacerek. Te dzieciaki muszą być w dobrej kondycji".

Evander dostrzegł spojrzenie mnicha, jednak wyciągnął błędne wnioski.

- Zapomnij, Desire. Ona nigdy się z tobą nie umówi.

- C-co? - nie zrozumiał zakonnik, bo w myślach właśnie kombinował, którą drogą poprowadzi rodzeństwo do opactwa.

- Może i umawiała się z tym starym prykiem Terraneyem, ale tylko z powodów, że tak powiem, służbowych. Ich... echm... związek był czysto platoniczny, jeśli wiesz, co mam na myśli - kontynuował Evander, patrząc na coraz głupszą minę mnicha. - Oni nigdy nie... No wiesz... - Zaczął śmiesznie gestykulować.

- O czym ty?!...

Elf westchnął i już bez ogródek wypalił:

- Jesteś zbyt światowy dla mojej siostry, zbyt wyzwolony. Ona nigdy nie umówi się z facetem w kiecce. - Wzrokiem wskazał pokrwawiony habit. - Na dodatek takim, który na gatkach ma rysunek sterczącego przyrodzenia i napis "archikatedra namiętności". I chociaż wygląda na dojrzałą kobietę, to większą wiedzę w tych sprawach ma...

- Pierwszy z brzegu nagrobek na waszym cmentarzu?!

Evander zerknął na niego jak na wariata.

- Dziwne porównanie. - Parsknął śmiechem. - Ale tak, żebyś wiedział. Więc daruj mojej siostrze i nie uświadamiaj jej w zbyt szybkim tempie.

Teraz Desire spojrzał na elfa. Wnikliwie, poważnie. W jednym momencie zniknął Desire kobieciarz, lekkoduch, świntuszący głupek. Pojawił się facet zwyczajnie uczciwy.

- Fatalny ze mnie kandydat na męża, to prawda - sapnął. - A mój dowcip to nie mistrzostwo inteligencji. Ale jednego możesz być pewien: twoja siostra to mądra kobieta, a ja nigdy nie potraktuję jej nieuczciwie. Co do całej reszty, pozwól Evan samej decydować, zgoda? A teraz marsz do argemonii i żadnych czarów! No już, wypieprzaj!

* * *

- Mam do ciebie jeszcze dwie prośby, Alik. - Spojrzenie błękitnych oczu zatrzymało się na twarzy starego komendanta.

Ten już rozumiał, że gdy pani Gregorian mówi "proszę", tylko idiota by odmówił. Aż się bał, czego teraz zażąda, jednak dzielnie pokiwał głową.

- Co mogę dla pani zrobić?

Tak uprzejme słowa z ledwością przeszły mu przez gardło. Pomyślał, że gdyby była konstablem pod jego komendą, łyżeczką kazałby jej wynosić łajno z boksów minivivernów tropiących, stacjonujących w pobliskich koszarach. Zaś on, pan komendant Terraney, z nieukrywaną przyjemnością paliłby cygaro, obserwując jej bezsilną wściekłość. Teraz jednak ukrócił wodze wyobraźni. Zobaczył pełen zadowolenia uśmiech kobiety i wsłuchał się w jej słowa:

- Po pierwsze, jeśli mam znaleźć Evandera i Evangeline, muszę wiedzieć, jak wyglądają. Będę potrzebować ich zdjęć.

- Nie posiadam.

- To nic. Pewnie znajdziemy coś w rodzinnych albumach. - Machnęła ręką z lekceważeniem. - Za chwilę pomożesz mi ich szukać. Po drugie... Po drugie - niemal warknęła, bo właśnie chciał mimo wszystko zaprotestować przeciw myszkowaniu po rezydencji - jak już dostanę te fotki, pokażesz mi, gdzie dokładnie było schowane to cinerarium. Chodźmy.

Jednak dobre pół godziny poszukiwań zakończyło się fiaskiem. Helen osobiście zajrzała do każdej szafy, na każdą półkę, otwarła każdą skrzynię. Nawa boczna z fortepianem i biblioteczką też nie przyniosła kobiecie tak wyczekiwanych informacji. Niezliczone klepsydry, trybularze, aulosy skutecznie utrudniały przedzieranie się przez kolejne części rezydencji.

- Żadnych pamiątek rodzinnych, ciekawe - mruknęła Gregorian jakby do siebie. - Rodzeństwo mieszka tu tyle lat i nie ma ani jednej rodzinnej fotografii, zupełnie niczego.

Zatrzymała się na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptem. Z nonszalancją włożyła dłonie do kieszeni spodni. Po raz kolejny omiotła wzrokiem wnętrze świątyni. Heron z Terraneyem stanęli tuż za nią.

- Komendancie?

- Tak?

- Długo mieszka pan w Sleepy Graves?

- Zostałem tu przydzielony jakieś dziesięć lat temu.

- A Evangeline? Jak długo ją pan zna?

- Mniej więcej tyle samo - odparł, nie rozumiejąc, dokąd zmierza ta rozmowa.

- Wspominał pan, że mieszkali tu z Evanderem od urodzenia?

- Dokładnie.

- Czyli?

- Nie rozumiem.

- A czego? - Odwróciła się ku niemu. - Pytam o ich daty urodzenia.

- Nie znam ich. Nigdy nie było powodu, by o to pytać. Mówili mi tylko tyle, ile uważali za stosowne.

- Jasne. - Zamyślona przygryzła usta. - Alik?

- Tak?

- Niech mi pan opisze rodzeństwo.

Spojrzał zdezorientowany na Herona, potem na Helen.

- Nie mamy fotografii, tak? - przypomniała. - Więc proszę ich opisać. Ale tak, jak opisałby pan człowieka, gdyby zakładał mu kartotekę w komisariacie. Obiektywnie, bez żadnych romantycznych upiększeń. Heron, notuj. I niech mi potem ktoś zrobi portret pamięciowy.

Chwilę potem miała szczegółowy rysopis Evangeline i jej brata. Zmarszczyła brwi i uśmiechnęła się z czegoś mocno zadowolona.

- Cinerarium - przypomniała Terraneyowi. - Miałeś mi pokazać, skąd Widdows je zabrał.

W odpowiedzi stary komendant wskazał podłogę pod jej stopami. Dostrzegł pytanie w jej oczach, więc pospieszył z wyjaśnieniem:

- Stoi pani na płycie. To trzeba podnieść. Pod podłogą jest krypta grobowa.

Gregorian cofnęła się kilka kroków. Błękitne tęczówki z uwagą wpatrzyły się w kamienną posadzkę.

- W wielu dawnych kościołach budowano takie krypty, ale tu? Zakładam, że ze mnie nie żartujesz, bo tu nic nie widać.

- Też mi się tak wydawało.

Ukląkł, dłonią starł grubą warstwę kurzu, która jakimś cudem od ostatniej wizyty tutaj zdążyła pokryć metalowy pierścień i wypełniła szparę między płytą i resztą podłogi. Rozejrzał się. Po chwili dostrzegł zarys całej płyty nagrobnej oraz pozostałych pierścieni.

- Ostatnim razem, gdy tu byłem, wejście było otwarte. Widdows miał jakiś system podwieszania na linach, dzięki któremu uniósł ten kamień. - Stary gliniarz zerknął ku górze. - Dałbym głowę, że to było przymocowane do sufitu - wymamrotał. - Tu naprawdę był cały system lin i wielokrążków! Proszę mi wierzyć, nie kłamię! Nie mam pojęcia, gdzie się podziały. Widdows myszkował w krypcie. W pierwszym momencie wziąłem go za złodzieja, dlatego wysłałem to zapytanie.

Gregorian zagryzła usta, w zamyśleniu przyjrzała się sklepieniu kościółka, a potem klęczącemu mężczyźnie.

- Wierzę ci - powiedziała po prostu. - Znajdźmy sposób na otwarcie tego grobowca. Skoro Widdows dał radę, nam też się uda.

"Chciałabyś!" - pomyślała Mairin, zerkając na nich zza jakiejś szafy, sama pozostając niewidoczna.

Zaczęła gorączkowo rozmyślać, czy i ewentualnie jakie zaklęcie rzucić, żeby wypłoszyć blondwłosego intruza.

"By to elfia!... Każde zaklęcie byłoby za słabe. Na dodatek babsko szybko połapałoby się, z czym ma do czynienia. Niech się zdzira pomęczy. Szybciej z Nathanielem zatańczę Świątynnego Walca, niż tej babie uda się podnieść tę płytę".

Zachichotała w myślach, jednak niedługo potem uśmiech spełzł jej z twarzy, bo Helen na moment opuściła kościółek, by wrócić z kilkoma konstablami. Ci naprędce zrzucili służbowe kurtki, zakasali rękawy koszul i ze znalezionych w rezydencji lin wykombinowali coś w rodzaju dźwigu. Godzinę później wejście do krypty stało otworem.

Gregorian odesłała konstabli i wraz Terraneyem oraz Heronem stanęła u szczytu schodów. W milczeniu przyglądała się ciemnej plamie otworu wiodącego w mrok. Wyglądało, jakby zastanawiała się, czy nie zrezygnować.

- Ma ktoś latarkę, świecę, kaganek? Cokolwiek? - zapytała w końcu cicho.

- Proszę. - Usłużna dłoń komendanta natychmiast podała jej latarkę.

- Żadnego "pani pozwoli, że pójdę przodem i poświecę"? - zakpiła. - Dżentelmenów nie spodziewałam się tu spotkać, ale tchórzy też nie. Boi się pan ciemności, Terraney, czy może obawia się ubrudzić mundur? A może tam na dole czeka nas jakaś niespodzianka, której nie chce pan przed czasem ujawnić?

Twarz Terraneya poczerwieniała z gniewu i upokorzenia. Znów wspomniał tę jedną próbę spenetrowania krypty, która zakończyła się dla niego wstydem, rozdartymi gatkami i całą masą kłopotów. Czemu czuł, że teraz będzie podobnie?

- Doktor Gregorian! - warknął. - Przykro mi, że ma pani o mnie takie mniemanie. Gdybym zdołał, pobawiłbym się w dżentelmena i nie tylko oświetlił pani drogę, ale osobiście zniósł panią do tej zafajdanej krypty. Problem w tym, że nie dam rady tam zejść i nie, nie mam pojęcia, co tam się znajduje!

Helen odwróciła się ku niemu.

- Cierpisz na klaustrofobię, Alik? - znów przeszła na ty. - Bo jeśli tak, to...

- Nie, zwyczajnie się tam nie zmieszczę - rzucił komendant, rozzłoszczony na samo wspomnienie tarzania się po podłodze w objęciach Widdowsa.

Gregorian zmierzyła go wzrokiem. Potem zerknęła na otwór wejściowy.

- Nie zszedłeś tam poprzednim razem?!

- Chciałem, ale... ale zaklinowałem się w wejściu!

Terraney pomyślał, że jeśli ten ciemnoskóry sługus Gregorian nie przestanie głupawo się uśmiechać, odstrzeli mu jego uśmieszek razem z połową gęby.

- Tak więc nie mam pojęcia, czy Widdows zabrał coś z dołu, czy nie. Chcecie tam schodzić, proszę, oto moja latarka. Śmiało - machnął ręką - ja poczekam tutaj.

Rozsiadł się wygodnie na pobliskiej sofie, założył nogę na nogę, skrzyżował ramiona. Helen westchnęła, pokręciła z dezaprobatą głową. Zaraz jednak ciekawość wzięła górę. Kobieta włączyła latarkę. Przytrzymując się metalowego łańcucha i ostrożnie stawiając stopy na stromych wyślizganych stopniach, pomału zeszła w głąb krypty. Heron ruszył za nią. Mairin, która zdążyła przemieścić się na ambonę, teraz ze swej bezpiecznej kryjówki obserwowała rozwój sytuacji.

"Nathaniel, kochany, liczę na ciebie - pomyślała z ponurym uśmiechem. - A wrzask strachu i paniki rozlegnie się za trzy, dwa, jeden...".

- Aaaaaaa! - wydarła się Helen, a Mairin zaczęła chichotać jak szalona. Cała ambona dosłownie się od tego zatrzęsła.

Na szczęście dla zjawy Terraney nie zwrócił na to uwagi. Wrzask Gregorian poderwał go z sofy. Szybkim krokiem komendant podszedł do szczytu schodów wiodących do krypty, by natychmiast zderzyć się ze zwiewającym Heronem i niemal tratującą go Helen. Widowiskowo zwalili Terraneya z nóg. Klucząc między klepsydrami, przebiegli jeszcze parę metrów. Dotarli do kolejnej sofy i dopiero wtedy zatrzymali się zdyszani. Komendant spojrzał w mrok krypty. Żadnego ruchu, odgłosu, kompletnie nic. Zmełł w ustach przekleństwo, wstał. Obejrzał się na tamtych dwoje. Wpatrywali się w niego i w wejście wystraszeni.

"By to elfia, nawet czarnuch zrobił się blady! - Wyszarpnął z kabury broń, odbezpieczył. - A pani doktor pewnie musi zmienić majty".

Zbliżył się do wejścia do krypty, złapał porzuconą i ciągle świecącą latarkę. Zerknął przez ramię na Gregorian i jej ochroniarza. Ciągle stali w pewnej odległości, łypiąc na niego z przerażeniem. Z latarką w jednej i bronią w drugiej dłoni Terraney zszedł dwa schodki w głąb. Ze zdziwieniem stwierdził, że otwór wejściowy wcale nie jest za mały.

"Co u licha?".

Mairin zobaczyła spluwę w jego ręku i natychmiast minęła jej ochota do śmiechu.

"A niech cię elfia zaraza, grubasie! Na ciebie też się znajdzie sposób".

Dyskretnie popłynęła za komendantem do krypty. Zauważyła, że pilnie patrzy pod nogi. Nim dotarł na spotkanie z Nathanielem, Mairin wyczarowała złudzenie nierównego pękniętego stopnia. W efekcie, wykonując następny krok, Terraney zawahał się, nie trafił stopą w schodek, zmachał rękoma. A że nie zdołał się niczego złapać, zwyczajnie zjechał na tyłku na sam dół, uderzając boleśnie plecami i głową w kolejne schodki.

Już na dole pierwszym snopem światła wydobył z ciemności postać martwego elfa. Zaryczał jak zraniony vivern i odruchowo wystrzelił. Kula o cal minęła skamieniałą postać Nathaniela, odbiła się rykoszetem od jakiejś kolumienki i wróciła do komendanta, raniąc go w dłoń trzymającą latarkę. Ta rąbnęła o podłogę, potoczyła się parę metrów, a potem zamarła, oświetlając ścianę kamiennego sarkofagu.

Terraney zawył z bólu. Odruchowo przeturlał się i skrył za którąś z kolumn. Przycisnął krwawiącą dłoń do piersi. Wymierzył broń w stronę podnóża schodów, gdzie ostatnio widział tamtego faceta. Zamarł, nasłuchując. Żadnego ruchu, żadnego pomruku rozzłoszczonego viverna, oddechu człowieka. Zupełnie nic. Cisza.

- Terraney? Terraney?! - Gdzieś z góry dobiegł go krzyk Gregorian. - Alik!

Jeszcze chwilę siedział przyczajony. Nic nie rozumiał. Gdzie się podział tamten facet i jego bestia? Przecież widział ich na własne oczy! Z pewnością czyhają w mroku i dopadną go, gdy tylko ujawni swoje położenie. Zagryzł usta, bo ręka rwała niemiłosiernie. Na czworakach, najciszej jak zdołał, dotarł do latarki. Oparł się plecami o sarkofag. Poczuł, jak mokra od potu koszula robi się chłodna w kontakcie z kamieniem. Zadrżał. I podjął decyzję. Zdecydowanym ruchem złapał latarkę i wykonał gwałtowny obrót ku wyjściu z krypty. Celując z broni, jednocześnie omiótł snopem światła wnętrze. I wtedy go zobaczył. Wystrzelił ponownie. Tym razem kula musnęła łuski viverna, lecz gad nie poruszył się o włos. Jego pan także nie.

- Alik! - wydarła się Helen. - By to elfia zaraza, Alik, odezwij się!

Mężczyzna dłuższą chwilę patrzył, nim w końcu do niego dotarło, że to, czego tak bardzo wystraszył się i on, i tamtych dwoje na górze, było prostu naturalnych rozmiarów realistycznie wykonaną figurą elfa z mieczem w ręku i vivernem siedzącym na przedramieniu! Odczekał minutę czy dwie, by upewnić się, że facet się nie poruszy.

- Tutaj! - odpowiedział w końcu lekarce. - Chodźcie, oświetlę wam drogę. Spokojnie, ten koleś to tylko rzeźba albo coś w tym stylu. Musicie mi pomóc. Oberwałem rykoszetem, mam przestrzeloną rękę.

W otworze wejściowym dostrzegł zaniepokojoną twarz Helen.

- Jak na dżentelmena przystało, serdecznie zapraszam - rzucił kpiąco.

- Potrzeba nam więcej światła. Heron widział w zakrystii świece. Powiem mu, żeby wziął też jakiś ręcznik, to zrobisz sobie opatrunek. Zaraz do ciebie zejdziemy.

Jakąś minutę później cała trójka stała we wnętrzu rozświetlonej świecami krypty, z ustami otwartymi ze zdumienia przyglądając się Nathanielowi.

- By to elfia zaraza, mało zawału nie dostałem! No ale nie dziwota, skoro teraz takie rzeźby robią - wykrztusił wreszcie Heron i dźgnął elfa kilka razy palcem w pierś. - Musieli tu ukryć coś cennego, skoro postawili tego faceta na straży.

Przysunął twarz do twarzy Natha, niemal dotykając nosem jego nosa. Zajrzał w błyszczące oczy elfa jakby z nadzieją, że przyłapie tamtego na mrugnięciu. Raz czy dwa pociągnął go za włosy, spróbował wyjąć miecz z dłoni, a nawet klepnął w tyłek. Zajrzał w rozdziawioną paszczę viverna, pogładził jego łuski i pazury, skaleczył opuszek palca na kolcu ogonowym.

- Skończyłeś? - mruknęła Gregorian zdegustowana.

- Niesamowite! - Nie zwrócił na nią uwagi, tylko zafascynowany kontynuował inspekcję. - Na Onyksową Harfę, ależ to musiało być drogie!

Pogładził pięknie wyszywany surdut Nathaniela, pozachwycał się srebrnymi pierścieniami i takąż nausznicą zdobiącą lewe ucho. Ekscytowało go wszystko: kolor skóry elfa, spiczasty kształt uszu, harmonijne rysy twarzy sprawiające, że mąż Mairin był nie tylko przystojny, lecz także bardzo męski.

- Wszystko takie realistyczne! Facet wygląda jak żywy! Ciekawe, kto i kiedy go zrobił...

Helen zasłoniła oczy dłonią. Nie mogąc dłużej patrzeć na tę żenadę, westchnęła teatralnie.

- Niech pomyślę... - Udała zastanowienie. - Ach, już wiem, zrobili go... tatuś elf z mamusią elfką co najmniej dwieście lat temu!

- Co?! - Mężczyźni spojrzeli na nią jak na wariatkę, a strażnik odruchowo odskoczył.

- Heron, no nie można być takim ignorantem! - Posłała mu pełne oburzenia spojrzenie. - Nie widzisz, że to prawdziwy elf, tylko skamieniały?! Bądź uprzejmy nie obmacywać go, jakby był jakąś niedorobioną kurą! Chciałbyś, żeby tobie ktoś wsadzał palce w gałki oczne tylko dlatego, że nie możesz się poruszyć?

Ciemnoskóry mężczyzna zerkał to na Gregorian, to na Nathaniela, to na Terraneya patrzącego na nich z niedowierzaniem.

- Pani doktor, z całym szacunkiem, ale... - odezwał się komendant.

- Ale to niemożliwe, bo ostatni elf umarł na zarazę pięćdziesiąt lat temu?! Jeśli jeszcze raz usłyszę ten tekst, przysięgam, kogoś zastrzelę! Zapamiętaj, Alik, nie ma rzeczy niemożliwych. A teraz gratisowa lekcja dla niedouczonych: elf, którego tu widzicie, nie umarł. A przynajmniej nie całkowicie. Bo gdyby nie żył, rozsypałby się, a my brodzilibyśmy po kostki w jego prochach. To raczej oczywiste, prawda? Nasz miły gospodarz najprawdopodobniej padł ofiarą jakiegoś bazyliszka. Zapewne gdyby przekopać historię Sleepy Graves i tego kościółka, dowiedzielibyśmy się, kim jest ten przystojniak, jakim cudem znalazł się w tej krypcie i on, i jego viverni towarzysz, oraz na kogo podniósł miecz, którego nie zdążył użyć. A gdybyśmy mieli odpowiednie antidotum, kto wie, może udałoby nam się go ożywić?

"Wybij sobie ten pomysł z głowy, gnomia lafiryndo, albo ja ci go wybiję za pomocą jakiejś klepsydry" - pomyślała ze złością ukryta za kolumienką Mairin.

- Skąd pani to wszystko wie? - Oczy Herona zaokrągliło zdumienie. - No, że to nie rzeźba, tylko ofiara bazyliszka i ile ma lat?

- Z książek, Heron, z książek. - Pokręciła głową zdegustowana. - Druga lekcja gratisowa: czytanie książek nie boli, za to daje wiedzę, która bywa pomocna. Panowie, przeczytajcie czasami coś więcej niż służbowy raport! A teraz zostawmy Pana Przystojnego w spokoju i zobaczmy, czego w tej krypcie szukał Widdows.

Złapała pierwszą ze stojących na sarkofagu świec i ruszyła na obchód. Heron jeszcze wykrzywił usta, patrząc z podziwem na sylwetkę Nathaniela.

- Rzeczywiście, przystojne z nich były sukinkoty. Ciekawe, jakie były ich kobiety - mruknął i podążył za Helen.

Z kolei Terraney zaczął penetrować drugi koniec krypty. Jednak i w tym pomieszczeniu przeżyli zawód. Przeszukiwali jedną niszę po drugiej, badali metalowe zdobione reliefami trumny, wczytywali się w napisy, ale ciągle nie znaleźli odpowiedzi na pytanie, czego Widdows szukał w tym miejscu.

"Oby nie tego, co mam na myśli". - Helen przygryzła usta.

Czuła, że tracą czas. Po raz kolejny okrążyła Nathaniela. Przyjrzała się i jemu, i wzbijającemu się do lotu vivernikowi. Pomyślała o słowach Herona, że przystojny elf został postawiony na straży czegoś cennego. Jasne oczy jeszcze raz prześliznęły się po ścianach, kolumienkach i sarkofagu, przy którym właśnie kręcił się Terraney. Światło jego latarki zatańczyło na kamiennej płycie grobowca. Z jakiegoś powodu Helen wpatrzyła się w tamto miejsce. Gdy komendant przesunął się w głąb krypty, złudzenie zniknęło.

- Czekaj! - zawołała Gregorian.

Podeszła do Terraneya i niemal brutalnie wyrwała mu latarkę z ręki.

- Świece! Heron, więcej światła! - rozkazała, jednocześnie kierując złocisty strumień z powrotem na sarkofag. I wtedy dostrzegła, że to, co brała za złudzenie, naprawdę istniało! Przez chwilę z wrażenia zabrakło jej tchu. Oddychając płytko i szybko, pochyliła się nad płytą. Niemal zapomniała mrugać wpatrzona w mozaikę błękitnych smug, jakby zastygłych w kamieniu.

- Co to? - zapytał Heron.

W pierwszej chwili zignorowała jego pytanie. Maksymalnie skoncentrowana na rysunku, po raz tysięczny upewniała się, że jednak nie ma omamów. Lata pracy, poszukiwań i wyrzeczeń, potem stosy trupów w Instytucie, spalona ferma Trellera i wszystkie trudności związane z wyprawą do Sleepy Graves w jednym momencie przestały mieć znaczenie. Liczył się tylko błękitny zarys na pokrywie sarkofagu.

"Martine się ucieszy. Po tylu dekadach w końcu mamy przełom". - Pomyślała, jaką minę będzie mieć przyjaciółka, gdy przekaże jej nowiny, ale zaraz wspomniała, że przecież Mary leży nieprzytomna w izolatce Instytutu. Zgrzytnęła zębami i już na głos powiedziała:

- Mówiono na to "oddech smoka". W dawnych czasach istniały viverny, które posiadały niewielki potencjał magiczny. Między innymi były takie, które oddechem potrafiły scalać obarczone zaklęciem podarte dokumenty.

Strażnik bąknął coś niewyraźnie, a Terraney tylko pokiwał głową, postanowiwszy, że od jutra zacznie czytać mądre książki. Obydwaj wpatrzyli się z podziwem, ale też konsternacją w kobietę, którą niemal zahipnotyzował błękitny rysunek. Zobaczyli, że radość na jej twarzy szybko zastąpił gniew.

- A więc ci się udało - szepnęła. - Żeby tak elfia zaraza przeżarła ci te wredne bebechy! Pożałujesz, że mi tego nie oddałeś! Dopadnę cię, gnojku.

"Równie dobrze możesz sobie zażyczyć ognistego seksu z kulawym gnomem, podła suko! Trafi ci się zdecydowanie szybciej! Ech, że też nie mam już bazyliszków, a Nathan... - Mairin zgrzytnęła ze złości zębami. Wściekła opuściła kryptę, zastanawiając się, co zrobić. - Gdybym miała choć ułamek mocy, które posiadałam w poprzedniej postaci... Choć niewielką ich część...".

Tymczasem Helen wyprostowała się, spojrzała bardzo poważnie na komendanta i strażnika.

- Heron, dokładnie sfotografuj wnętrze krypty i kościoła. Jak tylko to zrobisz, wracamy do Metropolii. - Gdy mężczyzna skinął głową, Gregorian zwróciła się do Terraneya: - Zabezpiecz kryptę. Nikt, powtarzam, absolutnie nikt nie ma prawa tu schodzić, niczego dotykać, niczego zabierać. I obowiązuje ścisła tajemnica. Jeśli usłyszę w mediach o znalezionym skamieniałym elfie...

- Nic takiego się nie wydarzy - zapewnił Terraney. - Ma pani moje słowo.

- I czekam na portrety pamięciowe rodzeństwa razem z ich życiorysami. Porozmawiaj też ze znajomymi i sąsiadami. Byle dyskretnie. Chcę wiedzieć o tych dwojgu i o historii tego kościółka absolutnie wszystko. Czy to jasne?

- Zbieranie takiej ilości materiału potrwa - zaprotestował Terraney.

Gregorian stanęła na wprost komendanta. Jej głos był rzeczowy i beznamiętny.

- Więc nie trać czasu. Moja wizytówka. - Podała mu kremowy kartonik, na którym zapisany był jedynie numer telefonu. - To nie koniec naszej ciekawej znajomości, Alik. Wręcz przeciwnie, dopiero początek. Jeśli chcesz, żeby nasza umowa obowiązywała, informuj mnie o wszystkich nowych śladach, na które natraficie. Nawet tych najmniejszych i najbardziej niepozornych. Dzwoń niezależnie od pory dnia czy nocy. Wyrażam się jasno?

- Zapomina pani, że jestem tu komendantem, mam inne obowiązki.

- Ten jest priorytetowy.

- Burmistrz z sędzią będą wypytywać...

- Ja się nimi zajmę, ty pracuj nad resztą.

- Jesteś zdenerwowana. - Teraz on nieświadomie przeszedł na ty. - Co takiego poza tym przystojniakiem wytrąciło cię z równowagi? Ten niebieski rysunek? Łatwiej mi będzie ci pomóc, jeśli powiesz, czego szukał Widdows. Czego ty szukasz?

Przyjrzała mu się uważnie.

- Bardzo starego kawałka pergaminu - odparła po dłuższej chwili wahania. - Scalonego z pięciu fragmentów, których zarys tu widzisz. Pomóż mi znaleźć Widdowsa i dokument, a będziesz mógł prosić, o co zechcesz. Ale jeśli zaczniesz kombinować...

* * *

Było już późne popołudnie, gdy Desire w końcu udało się dotrzeć do klasztoru. Jeden z braci aktualnie stojących na warcie otaksował wzrokiem pokrwawiony habit mnicha.

- Widziałem, co się działo w miasteczku - mruknął. - Dobrze, że jesteś cały, już zaczynaliśmy się o ciebie martwić - dodał i prędko zamknął za Desire bramę, po czym natychmiast wrócił do obserwacji okolicy.

Ciemnowłosy zakonnik od razu skierował kroki do podziemi, w których urzędował Sloan. Chciał dowiedzieć się o stan zdrowia Tancmistrza i Cicerona.

"By to elfia zaraza! - zaklął w duchu. - Jeśli obydwaj szybko nie wyzdrowieją... A jeśli w ogóle nie wyzdrowieją?! Co ja plotę?! Oczywiście, że wyzdrowieją!".

Dzisiejsze zajścia w Fenaby zmartwiły go bardziej, niż był skłonny przyznać. Aktywność lokalnych konstabli mocno się nasiliła, wskutek czego ucierpiało niemal całe miasteczko. Na dodatek za parę godzin w klasztorze pojawi się dwoje kolejnych nieplanowanych lokatorów. Wyjątkowo słabego zdrowia lokatorów, których złapanie byłoby marzeniem każdego konstabla, ale nade wszystko marzeniem jednej kobiety. Helen Gregorian.

"Miejmy nadzieję, że ciągle nie wpadła na nasz trop. Strach pomyśleć, co by zrobiła, gdyby się dowiedziała o istnieniu rodzeństwa".

Zacisnął szczęki, okiełznał wyobraźnię, która podsuwała mu różne brutalne scenariusze. Próbował sobie wmówić, że ponosi go fantazja.

"Jaka fantazja?! Babsko odpowiada za śmierć połowy populacji Palatynatu!".

Miał wrażenie, że czas jakby się kurczył. Że po tylu dekadach spokojnego życia los szykuje im coś wyjątkowo podłego i że on - zwykły mnich - musi szybko wymyślić, jak zapewnić bezpieczeństwo klasztorowi i elfom. Czuł się niczym maleńki listek targany wichurą. Jakże brakowało mu spokojnych i celnych uwag Cicerona i jeszcze tych dosadnych Tancmistrza. Tak bardzo potrzebował teraz ich wsparcia. Sloan, Kinnon z Ianem i Trellerem - wszyscy byli świetnymi, bystrymi facetami. Jednak to opat był wyrocznią. To jego słowo było prawem, jego polecenia wykonywano bez szemrania, jemu ufano niemal bezgranicznie. No ale czyż przez tyle dziesięcioleci zdarzyło mu się w czymś pomylić?

"No dobra, raz, gdy się zarzekał, że Cresidius nie odejdzie".

Desire pomyślał o zmarłym bracie opata, który wiele lat wstecz postanowił opuścić klasztorne mury znużony życiem mnicha.

"Poza tym jednym przypadkiem przewidywania opata zawsze się sprawdzały. Był jak ojciec, mądry, życzliwy i opiekuńczy. Jak najbliższy przyjaciel, na którego zawsze można liczyć. Teraz go nie ma. To znaczy jest, ale w tym stanie zdrowia, to tak jakby go nie było. Ktoś musi go zastąpić. I to natychmiast!".

Oczami wyobraźni ujrzał twarz Kinnona, potem Colina, Sloana, Erica, Barnabusa i pozostałych braci. Wymieniał w myślach ich imiona, oceniał wiedzę, umiejętności, charaktery. Szybko doszedł do wniosku, że żaden z nich nie nadaje się na silnego przywódcę zdolnego zająć miejsce Cicerona. Żaden też nie miałby ani odwagi, ani ochoty, by się tego podjąć.

"Nawet jeśli utworzymy radę, kto nią pokieruje? Czyjego głosu by posłuchali? Mojego? A kimże ja jestem? Nie mam ani wiedzy, ani charyzmy Cicerona! Nie do tego się szkoliłem. To mnie przerasta. Nas wszystkich przerasta".

Westchnął ciężko. Poobijane żebra bólem przypomniały o swoim istnieniu. Skrzywił się, głośno wypuścił powietrze.

"No może jednemu Trellerowi wystarczyłoby charakteru, ale on nas nie zna. Nic o nas nie wie. Jesteśmy jak zagubione dzieci siedzące na kamieniu na rozstaju dróg i wypatrujące we mgle, czy nie nadchodzi ojciec".

Bijąc się z myślami, przemierzył wewnętrzny dziedziniec. Tym razem widok zieleni zadbanych klombów otaczających zabytkową studnię nie przyniósł ukojenia.

"Jedyna nadzieja w Sloanie - rozmyślał Desire. - Oby udało mu się uratować Tancmistrza i Cicerona. I to szybko. Bo coś mi mówi, że w przeciwnym razie już niedługo klasztor przestanie istnieć".

Długie nogi poniosły go klasztornymi krużgankami, a potem korytarzem ku schodom i dwa poziomy w dół. Mijani po drodze bracia patrzyli za nim z mieszaniną przerażenia i zaskoczenia. Pozdrawiał ich kciukiem uniesionym do góry i trzymając się za obolałe żebra, szedł dalej.

W podziemiach, naprzeciw wejścia do wylęgarni, a po drugiej stronie korytarza, znajdowało się królestwo Tancmistrza. Było urządzone jak zwyczajny gabinet lekarski z biurkiem, kozetką, półkami na książki. Za nim, w kolejnym pomieszczeniu znajdowały się najbardziej potrzebne sprzęty diagnostyczne, mała salka zabiegowa i jedna większa, w której teraz naprędce stworzono coś w rodzaju szpitala dla opata, Daniela i dla Tancmistrza.

Desire wszedł do gabinetu. Na jego widok Colin uniósł brwi, jednak nie ruszył się nawet o cal zza biurka Tancmistrza. Zaznaczył zakładką miejsce w przeglądanej księdze, zamknął ją i odłożył. Z namaszczeniem ujął kubek, pociągnął łyk cydru.

- Łał... - mruknął tylko i pokiwał głową.

Za to Sloan omal nie zemdlał, gdy dostrzegł spuchniętą i pokrwawioną twarz Desire i jego brudny habit. Mało brakowało, a upuściłby tacę, na której miał przygotowane maści i bandaże.

- Żadne łał. Nalot konstabli na miasteczko - poinformował ciemnowłosy mnich. - Przetrzepali antykwariat Toma. Niestety wpadło mu do głowy bronić gratów i Struana. Na szczęście tamci niczego nie znaleźli. Naszych elfów też.

- A co to ma być?! - krzyknął Sloan, wskazując ciemne plamy na ubraniu i zaschniętą krew we włosach Desire.

- Efekt drobnej wymiany zdań. Chcesz pójść na skargę do rodziców tamtego chłopca, mamusiu?! - warknął. - Nie przyszedłem się tu użalać nad sobą, tylko zapytać o Tancmistrza i Cicerona. Co z nimi?

W tym momencie drzwi gabinetu znów się otworzyły, wpuszczając zasapanego Kinnona oraz Trellera z Ianem.

- Słyszeliśmy, że wróciłeś. Przyprowadziłeś z sobą elfy? Kiedy pójdziemy do Mai i Ravena? I kiedy wybudzimy Daniela? - Ian wyrzucał z siebie pytania z szybkością lotu viverna w wyścigach Memorialu. Desire okręcił się na pięcie i dopiero wtedy zobaczyli, w jakim jest stanie. - Łał! - zdołał wykrztusić Ian.

- A co to, zacięliście się? Nic tylko łał i łał! - wkurzył się ciemnowłosy zakonnik. - Nigdy nie widzieliście efektów mordobicia czy może taki piękny jestem?!

- Na Onyksową, aleś ty wrażliwy. Wyluzuj i opowiedz nam, kto ci zafundował tak cudny makijaż - palnął Kinnon.

Desire westchnął. Dostrzegł na biurku dzban cydru i czyste kubki. Colin wlał napój do jednego z nich, podał przyjacielowi. Kilkoma haustami Desire opróżnił kubek, syknął z bólu, skrzywił się, otarł rękawem usta i dopiero wtedy zaczął opowiadać o zajściach w Fenaby.

- Liczba konstabli i vivernów była imponująca - podsumował. - Klasyczny pokaz siły. I jeszcze ten d'Arveaux. Wredny typ. Zesłany do Kryształowych Wodospadów za coś, czego dopuścił się w Metropolii. Sprawdź go, Kinnon. Musimy dowiedzieć się o tym facecie możliwie jak najwięcej. Monitorujesz konstabli, jakim cudem nie wiedzieliśmy z wyprzedzeniem o nalocie na Fenaby? Do tej pory nie było z tym problemu. Dowiedz się, co szykują. Musimy być gotowi. Aha, Kinnon, ta kobieta, Helen Gregorian. Co wiesz o niej?

Grubas przygryzł usta.

- Nie spodoba ci się to. Ta miła pani oficjalnie... nie istnieje.

- No jasne, cała Helen! - prychnął Treller.

Desire długą chwilę patrzył na Kinnona jak na ducha.

- Nie istnieje?

- W żadnym rejestrze, w żadnej bazie danych. Kobieta zjawa.

- Jak na zjawę ma cholernie duże możliwości, gabinet w Instytucie i sporą władzę - mruknął Ian, a Treller potwierdził skinieniem.

- I nieograniczony dostęp do pastylek długowieczności - zauważył Desire i skrzyżował ramiona. - To nic, Treller opowie nam o niej wszystko, co wie, ale ty, Kinnon, musisz znaleźć sposób, jak ją namierzyć i unieszkodliwić. Pamiętaj, że ona nas szuka i za cholerę nie ma prawa znaleźć. Chcę wiedzieć, co kombinuje, zanim ona sama na to coś wpadnie.

- Nie oczekuj cudów. - Kinnon pokręcił głową.

- Wystarczy rzetelna robota. Wierzymy w ciebie, grubasie. - Desire poklepał kucharza po ramieniu.

- Dobra, ale nie liczcie na to, że będę gotował. Nie rozdwoję się.

Ciemnowłosy mnich uśmiechnął się nieznacznie.

- Kontrolowanie ludzi palatyna to priorytet. Na tym się skup, my zajmiemy się resztą.

Wyjął monokl. W zamyśleniu zaczął się nim bawić. Palce obracały przedmiot bezwiednie, ciemne oczy zapatrzyły się gdzieś w przestrzeń.

- Mieli spacyfikować Kryształowe Wodospady z pomocą diablików - szepnął jakby do siebie. - Łudziliśmy się, że pogrom dotknie tylko kilku najbardziej zbuntowanych miejscowości. - Spojrzał po kolei na stojących obok przyjaciół. - Że jeśli stracą diabliki, łomot będzie mniejszy. Myliliśmy się w obydwu sprawach. Mają wielu konstabli i jeszcze więcej minivivernów tropiących. Cholernie dobrze się przygotowali.

- Co masz na myśli? - wtrącił Ian.

- Tylko to, że dadzą radę przetrzepać tyłki całym Kryształowym Wodospadom bez pomocy tych zmodyfikowanych bestii - stwierdził Desire. - I zrobią to. Niedługo kolejne Święto Srebrzystych Kaganków. Muszą pokazać, że potrafią zapewnić bezpieczeństwo obywatelom. Zwłaszcza po wydarzeniach w Instytucie. Więc urządzą pokazowe pacyfikacje przed uroczystościami i totalną rzeź, gdy oczy całego Palatynatu skupione będą na Theatronie. No jasne! Wykorzystają Święto Kaganków do ostatecznego rozwiązania problemu krasnoludów. Przy okazji po cichu załatwią też nas! O ile tylko nas znajdą.

Przeniósł spojrzenie na Colina i Sloana.

- Potrzebny nam Ciceron i Tancmistrz. I potrzebujemy ich natychmiast!

Wbił wzrok w Sloana.

- I nie waż mi się mówić, że Ciceron z tego nie wyjdzie! - wycedził, a Sloan zamrugał zdenerwowany. Lewa strona twarzy, usiana maleńkimi świeżymi bliznami, drgnęła w niekontrolowanym tiku.

- Nie jestem lekarzem - wybąkał. - Zdezynfekowałem mu rany, opatrzyłem najlepiej, jak umiem. Ale nie mam pojęcia, czy żyje, bo rany były niegroźne, czy może dlatego, że wprowadziliście go w stan hibernacji krwią interceptora. I żeby była jasność, nie mam też pojęcia, jak go wybudzić. Z tego, co pamiętam, mieliście to wyciągnąć z tego elfa, Daniela.

- Zrobi się! - warknął Desire. - A Tancmistrz? Jaki jest jego stan?

- Zdjąłem z niego Somnum. Budzi się cyklicznie. Dałem mu też antidotum na parzydlaka. Trzeba czekać.

- Masz antidotum na parzydlaka?! - wtrącił Treller, a oczy rozszerzyły mu się z zaskoczenia i podziwu.

- N-no - mruknął jakby zawstydzony Sloan. - Dawno temu próbowałem opracować lekarstwo na pustynną dżumę. Zanim mi się to udało, przez przypadek wyszło zwyczajne antidotum na parzydlaka. Taki tam efekt uboczny. - Wzruszył ramionami.

- Opracowałeś lekarstwo na pustynną dżumę vivernów?! - Trellerowi opadła szczęka. Zanim się pozbierał, usłyszał chichot Kinnona.

- Na dżumę, syreniego parcha, zielony trąd i na wiele innych schorzeń - obwieścił kucharz, a w jego głosie zabrzmiała duma. - Zaraz po Ciceronie to najmądrzejszy facet w tym klasztorze. Choć gdyby mniej czasu poświęcał na malowanie oczu...

- Nie maluję! - Sloan z oburzeniem zamrugał swymi długimi dziewczyńskimi rzęsami.

- ...i na oglądanie się za przystojnymi facetami...

- Jak śmiesz?! - Naukowiec zrobił się purpurowy na twarzy.

- ...jego dokonania byłyby wręcz porażająco genialne! - dokończył pogodnie kucharz, nie bacząc na kompletny brak taktu w swej wypowiedzi.

- Dzięki, Kinnon - odgryzł się Sloan piskliwym głosem. - Będę pamiętał o twoich słowach uznania, gdy przyjdziesz i znów będziesz biadolił, że masz zaparcia. Czyli za jakieś sześć godzin.

Tym razem to grubas się zarumienił, ale już nic nie powiedział. Sloan spojrzał na Trellera.

- Co do Tancmistrza... Dobrze, że dawka toksyn była niewielka i że od razu je usunęliście. To bardzo zwiększyło jego szanse, choć nie wiem, czy nie straci nóg. Niedługo powinien się ocknąć. Wtedy zobaczymy.

- Do rozpoczęcia Święta Srebrzystych Kaganków zostały tylko dwa tygodnie - przypomniał Desire. - Do tego czasu nie może nas już tu być.

Mężczyźni pogrążyli się w rozmowie. Rozważali, czy uda się uratować nieprzytomnych przyjaciół, jak najlepiej to zrobić i jak poprowadzić kurację, by opat z Tancmistrzem możliwie najszybciej wrócili do pełni sił. Rozważania tak ich pochłonęły, że w pierwszym momencie nie usłyszeli cichego jęku dobiegającego z pomieszczenia, w którym leżał Ciceron z Tancmistrzem. Jęk powtórzył się nieco głośniej. Też nie zwrócili na niego uwagi. Jedynie Ian zmarszczył brwi, ale szybko doszedł do wniosku, że się przesłyszał, i wrócił do rozmowy. Kiedy jednak jęk powtórzył się po raz trzeci, Ian gwałtownie podniósł dłoń.

- Cicho!

Zamarli, wpatrując się w niego skonsternowani. Dopiero po chwili usłyszeli to, co do elfich uszu dotarło dużo wcześniej: ktoś wiercił się i stękał. Spojrzeli po sobie zaskoczeni.

- Tancmistrz?! - krzyknął z nadzieją Desire i trzymając się za obolałe żebra, pognał do salki szpitalnej.

Pozostali ruszyli za nim. Chwilę potem w niewielkim pomieszczeniu zrobiło się tłoczno. Każdy chciał zobaczyć na własne oczy, że Tancmistrz rzeczywiście się ocknął. Zebrali się wokół jego łóżka, wpatrzyli z nadzieją w pobrużdżoną zmarszczkami twarz nieprzytomnego zakonnika. Ten westchnął, pierś uniósł mu głęboki, powolny wdech. Zaraz potem mężczyzna z trudem otworzył oczy. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzał, gdy wróciła mu ostrość widzenia, była posiniaczona twarz Desire.

- Łał! - szepnął w pierwszym odruchu. - Wybacz, aż tak mocno nie chciałem.

Panowie spojrzeli po sobie skonsternowani.

- By to elfia! Toksyny uszkodziły mu mózg - zawyrokował Sloan. - Dam mu kolejną dawkę antidotum i może jak dłużej pośpi...

Zbliżył się do łóżka, wyciągnął dłoń. Panowie dostrzegli strzykawkę. Szybko porozumieli się wzrokiem.

- Czekaj! - Ciemnowłosy zakonnik położył rękę na ramieniu Sloana, potem zwrócił się do leżącego: - To nie ty mnie tak urządziłeś. Ale po kolei. Najpierw powiedz, jak na ciebie wołamy?

Mężczyzna się skrzywił.

- Co to, konkurs na kretyńskie pytania? Tancmistrz, oczywiście - fuknął. - Czemu tu jest Sloan? Co to za gadka o toksynach? A tak w ogóle to gdzie jestem? - zbombardował przyjaciela pytaniami. - Bo mnie to wygląda na sektor szpitalny naszego klasztoru.

Desire westchnął z ulgą, uspokoił przyjaciela gestem, uśmiechnął się do niego.

- Pomału, zaraz wszystko się wyjaśni. Przypomnij sobie ostatnie wydarzenie, które pamiętasz.

Między brwiami Tancmistrza pojawiła się długa, pionowa zmarszczka. Oczy wpatrzyły się w przestrzeń.

- Ostatnie? Nie wiem, czy to jest ostatnie, ale... Ptak... - wyszeptał. - Gorący ptak.

Przygryzł usta. Zamyślonym wzrokiem błądził po twarzach przyjaciół, na dłużej zatrzymując spojrzenie na twarzy Desire. Nagle go olśniło. W jednej sekundzie oczy zapłonęły gniewem.

- Chcesz wiedzieć, co pamiętam? - wycedził. - To, że mnie obmacywałeś, ty niewyżyty sukinkocie!

- C-co?! Nie! Tancmistrz, wszystko ci się pomyliło!

Kinnon z Colinem zerknęli zszokowani na ciemnowłosego zakonnika. Ian przewrócił oczami, a Treller mruknął coś w stylu "o nie, znowu?!".

- Desire, jak mogłeś?! - wrzasnął Sloan.

Cała radość z wybudzenia przyjaciela natychmiast gdzieś prysła.

- Nie, stary, to nie tak - próbował wytłumaczyć Desire, nie zwracając uwagi na oburzone spojrzenie Sloana. - Przypomnij sobie co się naprawdę wydarzyło. Postaraj się. Dasz radę. Wyjechaliśmy ze Sleepy Graves, pamiętasz? Zmieniłeś się w chihuahua i uciąłeś sobie drzemkę. - Poklepał przyjaciela po dłoni.

- Trzymaj łapy przy sobie, gnomi zasrańcu! - Tancmistrz chciał krzyknąć, lecz wypadło to blado. - Już pamiętam, jednak chciałem ci przyłożyć, tyle że mocniej. I zaraz to, do cholery, zrobię!

Miał coś takiego w spojrzeniu, że Desire cofnął się wystraszony. Zakonnik z rozmachem odwinął kołdrę. Spróbował się podnieść, lecz zakręciło mu się w głowie i omal nie upadł. Przytrzymał się metalowej barierki zamontowanej z boku łóżka. Opuścił nogi, uderzył nimi o żelazną konstrukcję i wrzasnął z bólu. Przerażony spojrzał w dół. Dopiero teraz dostrzegł, że ma na sobie jasny T-shirt, a zamiast spodni piżamy - bokserki odsłaniające żylaste nogi aż do kolan dokładnie owinięte bandażami.

- By to elfia zaraza! Co to ma być?!

- Jak się przestaniesz miotać, to wszystko ci opowiem - dla odmiany odezwał się Ian.

Jednak dopiero zaklęciami Mortua, a potem jeszcze Silentium oraz Sincantatum udało się na tyle obezwładnić Tancmistrza, by móc spokojnie wyjaśnić mu wszelkie nieporozumienia i jego obecną sytuację.

Kilka długich chwil Ian zdawał zakonnikowi relację ze wszystkiego, co się wydarzyło od momentu, gdy omal nie rozjechali zwłok krasnoluda. Kiedy skończył, zaklęciem Terminatus uwolnił Tancmistrza od poprzednich klątw. Jednak mnich nie poruszył się, a tylko wpatrzył tępym wzrokiem w sufit.

- Więc nie wiadomo, czy będę mógł chodzić? - zapytał cicho.

W jednym pytaniu Tancmistrz zawarł milion innych pytań. W tym to najważniejsze. O sens dalszego życia, gdyby się okazało, że straci obydwie nogi. Mężczyźni wymienili ponure spojrzenia. Milczeli. Jedynie Desire zaklął siarczyście pod nosem.

- Jasne, że będziesz chodził! - warknął i szybko odwrócił głowę, by przyjaciel nie dostrzegł, jak bardzo zwilgotniały mu oczy. - Sloan dał ci antidotum na parzydlaka. Oparzenia na łydkach też wygoi - oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Więc nie szukaj wymówek, żeby nie pójść z nami do tych cholernych Wietrznych Katedr, bo i tak się od tego nie wymigasz! Sloan! - niemal krzyknął na naukowca, który w jednej chwili pojawił się u jego boku. - Daj Tancmistrzowi jakieś piguły przeciwbólowe. Ale takie, które go nie otępią. Potrzebujemy cię, Tancmistrz! - ponownie zwrócił się do przyjaciela. - Jeśli miałeś nadzieję na dłuższy wypoczynek w łóżku, to zapomnij. Ktoś musi kierować klasztorem. Do czasu wyzdrowienia Cicerona będziesz cholernie mocno zajęty, więc powiedz chorobie, że musi poczekać.

Mężczyźni za jego plecami pokręcili głowami z dezaprobatą. Ian już chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie dał się słyszeć zdecydowanie mocniejszy głos Tancmistrza.

- A żebyś wiedział, że musi, bo żadna siła mnie w tym wyrku nie zatrzyma! Dawać mi tu jakieś gacie! - Zacisnął zęby. Bez pomocy przyjaciół złapał barierkę, podciągnął się i usiadł. Ponownie powoli, ale dużo ostrożniej opuścił nogi. - W gabinecie w szafie mam składany fotel na kółkach. Bądź tak cholernie uprzejmy mi go tu dostarczyć i nie nazywać wózkiem inwalidzkim - zwrócił się do Sloana.

"Ja chędożę! - pomyślał Desire lekko spanikowany. - Zdecydowanie nie o to mi chodziło!".

Niestety refleksja nadeszła zbyt późno, bo Sloan zdążył pójść do gabinetu Tancmistrza. Po minucie wrócił, pchając przed sobą wiadomy fotel. Zebrani odsunęli się i zrobili mu miejsce. Tancmistrz zacisnął szczęki, stęknął i spróbował w nim usiąść. Bez skutku. Zaklął, spróbował znowu i jeszcze raz. Znów bez powodzenia. Osłabiony ponosił jedną klęskę za drugą, lecz uparcie próbował dalej. Na dodatek nie pozwalał sobie pomóc. Przyjaciele obserwowali jego walkę w milczeniu, jedynie ukradkowo porozumiewając się wzrokiem. Po kolejnej próbie koszulka Tancmistrza była mokra od potu, ręce drżały od nadmiernego wysiłku, a grymas cierpienia wykrzywił mu twarz. Desire bezgłośnie westchnął. Wzrokiem dał znać pozostałym mężczyznom, by wyszli. A gdy ostatni z nich zmył się pod byle pretekstem i zostali z Tancmistrzem sami, Desire kucnął obok przyjaciela. Uniósł głowę, spojrzał na zakonnika i doznał szoku. Rozpalone gorączką oczy Tancmistrza były szeroko otwarte, a po jego umęczonej i schorowanej twarzy płynęły łzy bezsilności. Desire zabrakło tchu. Jak gdyby niewidzialna ręka żelaznym chwytem złapała go za gardło i spróbowała udusić. Zamrugał, żeby się nie rozbeczeć. Chrząknął i przesadnie pewnym głosem powiedział:

- Stary, z tak wrednym i upartym charakterem szybciej wyzdrowiejesz niż ja z moimi poobijanymi żebrami. - Pociągnął nosem. - Zasadniczo wózek nie bazyliszek, nie zwieje. Pozwolę ci na nim usiąść, ale tylko pod opieką Sloana albo Colina. Jeszcze byś mi kogoś rozjechał. A dopóki nie masz prawa jazdy na takie zabawki, nie waż mi się samodzielnie ruszać dupy z tego łóżka, jasne?

Pomógł Tancmistrzowi na powrót się położyć. Otulił go kołdrą.

- A jak pan będzie grzeczny, panie Tancmistrzu - sparodiował wysoki kobiecy głos - siostra przełożona Desire przyniesie panu szklaneczkę cydru. - Puścił do mnicha oko i poprawił mu poduszkę.

- Ostrzegam, odstrzelę ci zadek, jeśli zaczniesz chodzić w miniówkach - mruknął Tancmistrz. Włożył sporo wysiłku, by zaczerpnąć powietrza. - Dobra, pojąłem. Możesz przestać mnie pocieszać. Jesteś w tym cholernie beznadziejny.

Desire zachichotał pod nosem. Tancmistrzowi wracał humor. To był dobry znak. Pochylił się nad przyjacielem. Zobaczył, jak bardzo zmęczyła go próba zmuszenia własnego ciała do posłuszeństwa.

- Jak na jeden raz wystarczy tego wysiłku. Śpij. To ci dobrze zrobi. Ja w tym czasie wrócę do Fenaby. Trzeba sprowadzić elfy. Pogadamy po moim powrocie. Będziemy mieli sporo roboty do wykonania, więc lepiej bądź w dobrej kondycji.

- Nie spodziewaj się, że do tego czasu wyzdrowieję. - Tancmistrz ziewnął. Powieki opadły raz i drugi.

- Pojąłem. Na tę chwilę bardziej potrzebujemy twojego intelektu niż twoich nóg. Im pozwolimy się dłużej kurować. - Uśmiechnął się do przyjaciela, poklepał go po dłoni. - Cieszę się, że z przygody z parzydlakiem wyszedłeś o zdrowych zmysłach, bracie.

- Brenda... - wymamrotał ostatkiem sił już niemal śpiący Tancmistrz.

- Nie, powiedziałem bracie, nie Brenda - poprawił go ciemnowłosy mnich.

- Kuszący stanik... Chowasz w nim więcej fiolek?...

Desire zerknął na przyjaciela z konsternacją.

- Tancmistrz? - Zbliżył twarz do twarzy leżącego.

- Eheee... Długo tego nie robiłem... - szepnął. - Breendaa... O taaak... Dałaś mi lek... Najlepszy lek...

Desire pomachał Tancmistrzowi ręką przed nosem. Mężczyzna jedynie westchnął zatopiony w gorączkowym śnie.

- Na Onyksową - mruknął Desire. - To przez parzydlaka? Niemożliwe! Nie wyglądał na szalonego. - Spojrzał uważnie na Tancmistrza. - Stary, czyżbyś nam o czymś nie powiedział? O czymś, co się wydarzyło w katakumbach?

Gdzieś od drzwi dobiegło chrząknięcie. Ciemnowłosy mnich wyprostował się i odwrócił. W drzwiach stał Sloan. Ręce miał skrzyżowane na piersiach, uważnie przyglądał się mnichowi.

- Ta Brenda? Rany Tancmistrza także opatrywała?

Desire udał, że nie dosłyszał kpiny. Bez słowa ruszył ku wyjściu. Gdy mijał Sloana, zatrzymał się na moment i zaczął grzebać w fałdach habitu. W dłoniach pojawiło się drewniane pudełko zamknięte przemyślnym systemem zasuwek. Zakonnik podał skrzyneczkę naukowcowi.

- Zamiast zajmować się cudzym życiem uczuciowym, albo co gorsza seksualnym, zajmij się tym. To ostatnie jaja interceptora. Więcej nie będzie. Odebrałem je Tomowi. Jeszcze powinny się do czegoś nadawać.

- Aha - wybąkał Sloan. Wpatrując się z drapieżną ekscytacją w pudełko, pogładził je, jak gdyby było przeogromnym diamentem najwyższej jakości. - Ooooch! - stęknął, gdy pojemnik odkrył przed nim swe skarby.

- I daj Tancmistrzowi coś na gorączkę. Jest cały rozpalony. Hej, no, do ciebie mówię!

Desire wkurzył się jeszcze bardziej. Szturchnął naukowca zapatrzonego z miłością w błękitno-czarne jaja leżące w osobnych przegródkach i otulone watą. Sloan zachwiał się, krzyknął, zacisnął palce na pudełku, na szczęście jaj nie upuścił. Z głośnym trzaśnięciem zamknął wieko. Zasuwki natychmiast wróciły na swoje miejsce, zabezpieczając cenną zawartość. Sloan przytulił skrzyneczkę do piersi.

- Jak mogłeś?! - rzucił jeszcze w stronę Desire, okręcił się na pięcie i... umknął ze swym skarbem w podskokach!

Ciemnowłosy zakonnik chwilę stał osłupiały i gapił się na drzwi, za którymi zniknął naukowiec.

- Okeeej... - szepnął, przeciągając samogłoski. - Dobra wiadomość jest taka, że istnieje coś, co kręci tego idiotę bardziej niż mój tyłek.

- A jaka jest ta zła? - usłyszał głos Colina, który właśnie wszedł do gabinetu.

- Że Tancmistrz nadal nie dostał żadnego leku na gorączkę! - warknął i zastanowił się, czy minę ma równie głupią jak samopoczucie.

- Zaraz się tym zajmę. I tak miałem mu zmienić opatrunki.

- Dzięki.

Colin zaczął kręcić się po pomieszczeniu. Na metalowej tacy pojawiły się bandaże, jakieś mazidła, płyny i ampułki.

- Tobie też przydałoby się przemyć tę ranę. - Wskazał zlepione krwią włosy Desire. - Ostatnimi czasy często obrywasz po głowie. - Wyszczerzył się w uśmiechu.

- Bardzo zabawne. Z tym sam sobie poradzę. Skup się na nich. - Ciemnowłosy zakonnik zerknął na nieprzytomnego opata i Tancmistrza. - Masz wystarczająco obowiązków, nie musisz się przejmować moją rozwaloną łepetyną.

- Nie narzekam, ale jak chcesz.

- Aha, Colin - rzucił jeszcze Desire, nim wyszedł.

- Tia? - Nie podniósł głowy, zajęty odwijaniem bandaża z nogi Tancmistrza.

- Jakieś problemy w klasztorze?

- Żadnych. Nasze życie jest dokładnie tak samo nudne i boleśnie przewidywalne jak zwykle.

- A Ian? Mam nadzieję, że nie właził do argemonów?

- Do argemonów? Nie, do nich nie - rzucił Colin pogodnym tonem i zabrał się za przemywanie ran na łydkach Tancmistrza płynem dezynfekującym i do usuwania martwych tkanek.

Desire odwrócił głowę, bo z jakiegoś powodu poczuł mdłą słodycz w ustach. Tymczasem Colin beztroskim tonem kontynuował:

- Razem ze Sloanem i Trellerem odwiedzili Bazylię. Ian oczywiście bez kombinezonu. Żałuj, że nie widziałeś min tych facetów, gdy opuszczali inkubator. Nie wiem, co ten bazyliszek im zrobił, ale wyglądali, jakby zbiorowo osiągnęli orgazm. - Parsknął śmiechem. - O rany, normalnie zrobił nam się tu fanklub wielbicieli morderczych bestii. Dasz wiarę?

- Niestety. - Desire skrzywił się i pomyślał, jakie to szczęście, że nie ma z nimi Mairin. - "To by dopiero było. No, ale z drugiej strony ja mam Dante, a ona też do pluszaków nie należy". - A już na głos dokończył: - Wykąpię się, przebiorę, zjem coś i wracam do Fenaby po elfy. Niech któryś z tych leni, Nicolas albo Rowan, przygotuje dwa pokoje obok argemonów w skrzydle gościnnym.

- Chyba Joshua miał to zrobić, ale sprawdzę.

- Aha, do mojego powrotu zakaz wchodzenia do argemonów nadal obowiązuje. Upewnij się, że Ian o nim pamięta.

- Tak jest, szefie. - Colin udał, że salutuje, nawet nie patrząc na Desire.

Ten jedynie uniósł brwi zdumiony.

- Szefie? - mruknął. - Powiedział do mnie: szefie? Ciceron, błagam, ocknij się, zanim ten klasztor zmieni się w burdel.

* * *

Wcześniejsze modły Desire zostały wysłuchane. Wieczorna mgła grubym, białym pledem okryła miasteczko. Spod tego pledu wyłaniały się jedynie zabudowania klasztorne usytuowane na wzgórzach nad Fenaby, otulone teraz srebrzystą poświatą księżyca. To, plus dobra znajomość terenu oraz ciemny przyodziewek i świetny wzrok elfów sprawiły, że cała trójka, przez nikogo niezauważona dotarła do opactwa. Desire powiódł rodzeństwo wprost do skrzydła gościnnego.

- Chodźcie, pokażę wam wasze pokoje. Już późno, kolacja skończyła się dawno. Teraz bracia są na wieczornych modłach - poinformował cichym głosem.

- Na modłach? - Brwi Evandera poszybowały ku niebiosom.

Desire uśmiechnął się pod nosem.

- A gdzie indziej? W końcu to klasztor. Nie będziemy im dziś przeszkadzać. Przedstawię was jutro przy śniadaniu, potem pokażę wam całe opactwo i zastanowimy się co dalej. W waszych pokojach powinien czekać posiłek. Nie będzie tak luksusowo jak w Sleepy Graves, ale zobaczycie, że potrafimy być gościnni.

Przecinając wewnętrzny dziedziniec, krużgankami ruszył ku wyznaczonym pokojom. Pogrążony w półmroku i ciszy klasztor znów sprawiał ponure, nieprzyjemne wrażenie. Fantazyjne gargulce, będące zakończeniem rynien uchodzących do wewnątrz wirydarza, wyglądały jak nietoperze wampiry szykujące się do ataku. Krzewy klombów przypominały zastygłe w bezruchu trolle, czekające jedynie na okazję do polowania. Nawet długie cienie figur świętych zdawały się drapieżnie wyciągać ramiona.

Elfy czuły ciarki na plecach. Rozglądały się podejrzliwie, wsłuchiwały w najcichsze odgłosy, ale posłusznie szły za zakonnikiem. Desire ogarnęło zaś poczucie błogości i bezpieczeństwa. Powoli wciągnął do płuc chłodne nocne powietrze. Ciężki dzień właśnie przechodził do historii. Za chwilę znajdzie się w swojej celi, nakarmi Dante, potem wspólnie położą się na pryczy, nakryją kocem i aż do brzasku będzie się wsłuchiwał w jej relaksujący, spokojny oddech.

"Dom" - uśmiechnął się do własnych myśli i pogładził interceptora ukrytego pod ubraniem.

- Hej, pytałam o coś! - Evan złapała go za rękę.

- C-co? - Ocknął się ze snu na jawie.

Właśnie dotarli pod drzwi pokoi gościnnych.

- Co z argemonami? Muszę je zobaczyć. - Evangeline spojrzała na niego z wyczekiwaniem. - Teraz!

- Już późno. To może poczekać.

- Nie, nie może! - Błękitne oczy kobiety wpatrzyły się w niego z uporem i zrozumiał, że tak łatwo nie wygra. Westchnął.

- Czemu? - zapytał po prostu.

- Mówiłeś, że argemony śpią. Jak długo? - odparła pytaniem na pytanie.

- Od chwili przybycia. - Wzruszył ramionami.

- Czyli?

- Jakieś pięć dni?

- A jak długo nie polują? - Evan drążyła temat. - Tylko mi nie mów, że tyle samo!

- Zabiły jednego z naszych braci. - Teraz Desire spojrzał na elfkę i poważnym, stanowczym tonem oświadczył: - Żyją tylko dlatego, że Dee się za nimi wstawił i w zamian za darowanie im życia obiecał pomoc w namierzeniu klepsydr.

Evangeline przygryzła usta. Zerknęła na brata, który mruknął:

- Powiedz mu.

Teraz to Desire spojrzał uważnie na kobietę, a potem na Evandera.

- A co konkretnie? - zaniepokoił się Desire.

Elfka przerzuciła sobie warkocz przez ramię, palce nerwowo zaczęły skubać jego końcówkę.

- Każdy argemon musi regularnie polować - wyjaśniła. - Dłuższa przerwa powoduje, że staje się niestabilny, coraz trudniejszy do kontroli, coraz bardziej niebezpieczny.

Desire wpatrzył się w kobietę, wsłuchał w jej słowa. Pogładził się po brodzie.

- Mów dalej.

- Gdyby całkiem zakazać im polowań - spojrzała na mnicha - trzeba by je zabić, bo przestałyby słuchać swych panów.

- Innymi słowy, jeśli chcemy, żeby dotarły z nami do Wietrznych Katedr i nie pozabijały nas po drodze, musimy pozwolić im zabijać?

- Polować - poprawiła go Evan. - To nie będzie nic wielkiego. Szczur, kot, mały pies czy vivern, ale tak, raz dziennie muszą coś zabić.

Ciemnowłosy mnich spojrzał wprost w błękitne tęczówki usiane srebrem.

- Pięknie. - Skrzyżował ramiona, pokręcił głową z niedowierzaniem. - Normalnie wpadłem w zachwyt. Innymi słowy będziemy za sobą zostawiali szlak usiany trupami.

- Nie, bo będą je zjadać - oświadczył beztrosko Evander.

- Uff, kamień spadł mi z serca, bo już myślałem, że zrujnujemy się na ich żywienie - zakpił Desire.

Evander zignorował złośliwość i dodał:

- W przypadku Ravena wystarczy chomik. Raven był kiedyś cane corso. Wtedy rzeczywiście był kłopot, bo codziennie zabijał prosiaka albo cielę, ale po tym, jak mnie wkurzył ucieczką Barnabusa Stoneheaven... No co? - zapytał, bo zobaczył, że mnich wpatruje się w niego jak w ducha.

Desire olśniło, spojrzał ponownie na Evan.

- Zmień Mayę w coś mniejszego - zażądał.

Kobieta jedynie pokręciła głową.

- Nie mogę. Po pierwsze, musiałabym mieć kolejne nasiona argemonii. Po drugie, Raven mało od tego nie umarł - spojrzała z naganą na brata - więc i Maya mogłaby tego nie przeżyć. Po trzecie, powrót do człowieczeństwa byłby już dla niej niemożliwy, a przecież obiecałam Richardowi...

- By to elfia zaraza! - Desire pomasował sobie kark. Chwilę zastanawiał się, w końcu podjął decyzję. - Dobra, z tym problemem rozprawimy się jutro. Dziś zerkniemy do argemonów, ale tylko na chwilę.

- I pozwolimy im zapolować - dodała Evan. - To naprawdę konieczne!

- Ale zbyt ryzykowne! No i nie jestem pewien, czy znam was na tyle dobrze, by aż tak wam zaufać.

Evangeline i Evandera zatkało. Spojrzeli z niedowierzaniem na Desire.

- Co takiego?! A skąd te nagłe wątpliwości? Ciceron nam zaufał, pamiętasz? - Elfka położyła dłoń na ramieniu mnicha. - Więc czemu ty nie możesz? Tak, mogłabym wydać Mai rozkaz, by was wszystkich pozabijała, ale musisz mi uwierzyć, że tego nie zrobię. Bo potrzebujemy się wzajemnie. Desire... - Łagodnie uśmiechnęła się do mnicha. - To moment, w którym musisz zdecydować. O zaufaniu lub jego braku. Bez tego nie mamy co rozmawiać o wyprawie do Wietrznych Katedr.

Wpatrzyła się w jego ciemne oczy. Położyła mu dłoń na piersi. Ukryta pod habitem Dante zaczęła się wiercić.

- Śmiało. Jesteś mądrym facetem. Wiem, że wybierzesz dobrze - zachęciła Evan.

Desire chwilę przyglądał się kobiecie. I ona, i jej brat cierpliwie czekali.

- A ty równie dobrze potrafisz manipulować ludźmi. Wiedziałaś? - odezwał się w końcu, usta drgnęły mu w uśmiechu. - Zgoda, niech będzie. Zaufam wam, ale nie spieprzcie tego. Chodźmy do tych waszych milusińskich. Wybudzę ich, zejdziemy do piwnic i przyniosę po szczurze z naszej wylęgarni. Ale kontrola tych gagatków będzie należała do was.

- Oczywiście! - zapewnił Evander.

- Po wszystkim wracamy do pokoi i idziemy spać. Jutro pogadam z resztą braci. Muszę się chwilę zastanowić, jak im to wszystko wyjaśnić.

- Jasne.

- No dobra, to nie traćmy czasu.

Podszedł do najbliższych drzwi. Wymruczał zaklęcie i przekręcił klucz w zamku. Z cichym zgrzytem drzwi się otworzyły. Zapalił światło. Jednak nim weszli do środka, w drzwiach innego z pokoi ukazała się srebrzysta czupryna Trellera. Starszy pan dostrzegł mnicha i towarzyszące mu elfy. Uśmiechnął się. Niezgrabnym krokiem dołączył do nich, bo wciąż z trudem panował nad materiałem habitu plączącym mu się między nogami.

- Chyba będziemy musieli go dopasować, co? - rzucił Desire i zaraz zwrócił się do rodzeństwa: - Ot, i koniec naszej dyskretnej wizyty u argemonów. No trudno. Poznajcie, proszę, jednego z najbardziej znanych hodowców bestii w całym Palatynacie, Trellera McLauriego. Pamiętacie, wspominałem wam, że też musiał uciekać. W naszym klasztorze przyjął imię brata Tremaine. Chwilowo mieszka z nami i jeszcze nie podjął decyzji, czy będzie nam towarzyszył do Wietrznych Katedr.

- Za stary jestem. - Treller machnął z lekceważeniem ręką. - Wystarczy, że zrobi to Ian. Wy musicie być rodzeństwem ze Sleepy Graves, o którym tyle słyszałem, prawda? Evangeline i Evander?

Gdy potwierdzili skinieniem głowy, podszedł bliżej, spojrzał w błękitno-srebrzyste oczy kobiety, uśmiechnął się. Ujął jej dłoń w swoje duże ciepłe dłonie.

- Mój syn wspominał, że ma ważny powód, by jechać do Dzielnicy Elfów, ale nie sądziłem, że ten powód jest tak piękny - rzucił z uznaniem, podniósł dłoń elfki i delikatnie ucałował.

- Syn?

Zmieszanie Evan przyjęło formę dorodnych rumieńców na jej twarzy. Evander spojrzał zdezorientowany na starszego pana, a potem na Desire. Ten parsknął śmiechem.

- Treller! - Z głębi korytarza dobiegł ich ostry głos, a zaraz potem pojawił się zakłopotany Ian i dla nikogo nie było tajemnicą, że usłyszał dokładnie każde słowo ojca.

Tymczasem Desire nachylił się ku Evan. Konspiracyjnym szeptem poinformował:

- To Ian McLaurie, którego poznałaś jako Richarda Dee-Zandera. Ian jest synem Trellera. Adoptowanym. Ale się porobiło, co?

Ciemnowłosy mnich zachichotał, a rumieńce Evangeline pociemniały, bo nagle zrozumiała aluzje starszego pana McLauriego. Postanowiła rozprawić się z nieporozumieniami, nim zabrną za daleko. Natychmiast zwróciła się do Trellera.

- Dziękuję za miłe słowa, jednak to nie z mojego powodu pana syn pojedzie do Wietrznych Katedr.

- W takim razie wychowałem idiotę! - oświadczył z kamienną twarzą Treller.

Zebrani roześmiali się i tylko Ian z kwaśną miną skrzyżował ramiona.

- Dzięki, tato!

- Prawdę mówię! - Starszy pan McLaurie fuknął na syna. - Obiecywałeś mi ją przedstawić. Ta przyszła synowa w ogóle istnieje? Bo zaczynam mieć wątpliwości.

- O rany... - Zażenowanie Iana pogłębiało się z każdą chwilą. - Tyle razy tłumaczyłem, to nie żadna synowa. Lubię ją, to przyjaciółka, w porządku? Chcę jej pomóc, to wszystko. Ale...

- Gadaj zdrów! - rzucił Treller. - Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek przyprowadził jakąś dziewczynę do domu. Zastanawiałem się nawet, czy nie jesteś jakiś lewy.

- Lewy? A co to, na Onyksową, w ogóle znaczy?! - Ian przewrócił oczami.

Starszy pan nie raczył odpowiedzieć na pytanie syna i ciągnął niezrażony:

- Nawet nie pamiętam, żebyś o kobietach rozmawiał. Więc jeśli zaczynasz, to powód jest cholernie poważny. To jak? Przedstawisz mi moją synową czy nie?

- Właśnie mieliśmy do niej iść - wtrącił Desire.

- Beze mnie?! - rzucił Ian.

- Oczywiście, że nie - gładko skłamał mnich. - Mieliśmy cię zawołać. No, zapraszam. To tutaj. - Gestem wskazał otwarte drzwi pokoju Mai.

Kiedy tylko przestąpili próg, Evan podbiegła do śpiącej. Podczas gdy elfka sprawdzała stan argemona, panowie stłoczyli się przy drzwiach.

- No, to gdzie ona jest? - palnął Treller.

Jak na komendę wszyscy skierowali wzrok na łóżko, na którym uśpiona zaklęciem leżała Maya aktualnie w swej zwierzęcej postaci. Starszy pan w pierwszym momencie nie zrozumiał. Przyglądał się zebranym tak natrętnie, że Desire nie wytrzymał i obcesowo wskazał sukę.

- Żartujecie, tak?

Evander podrapał się za uchem, Evan udała, że bada Mayę, a Ian zacisnął usta. Właśnie zastanawiał się, jak wyjaśnienia ubrać w słowa, a jednocześnie nie zatłuc chichoczącego Desire, ale zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, Treller niestety znów otworzył usta.

- Co takiego ma w sobie ta suka, że dla niej urzeczywistniasz plany Helen?! - Spojrzał z naganą na syna, który zgrzytnął zębami. - Ech, wy, elfy... Nigdy nie rozumiałem waszych miłosnych upodobań. No, ale skoro zachwycasz się bazyliszkami, to zaakceptuję nawet ten niezgodny z naturą związek, o ile tylko cię uszczęśliwia. - Starszy pan podniósł ręce w geście rezygnacji.

- Tato! - Ian wsparł ręce na biodrach, spojrzał gniewnie na ojca.

Evangeline wykrztusiła:

- Richard, to znaczy Ian, t-t-to elf?! Niemożliwe!

Nie doczekała się odpowiedzi. Szeroko otwartymi ze zdumienia oczami obserwowała rozwój wypadków. Tymczasem Desire stanął między starszym panem a jego synem. Wyciągnął ręce na boki, jakby chciał odgrodzić od siebie dwa zadziorne koguty. Z powodu tej serii nieporozumień miał ubaw po pachy i nawet nie starał się tego ukryć.

- Stop, panowie! - krzyknął, nim kłótnia rozgorzała na dobre. - Rodzina. Fajnie ją mieć, nie? - Puścił do Iana oko i zarechotał. - Ale zanim tradycji stanie się zadość i się pozabijacie, pokażę twojemu ojcu, dla kogo naprawdę robisz to wszystko. Ty w tym czasie zamień słówko z Evan, bo widzę, że twoje elfie geny zrobiły na niej większe wrażenie niż moja kolekcja niemoralnej bielizny. To co, Treller, chcesz się przyjrzeć suce?

- Desire! - wycedził Ian ostrzegawczym tonem.

- O, pardon, miałem na myśli Mayę. - Mnich wybuchnął śmiechem.

Ujął starszego pana McLauriego pod ramię, podprowadził do łóżka. Wyjął ukryty w habicie monokl i pozwolił Trellerowi przez niego zerknąć.

- Ooo! Zaraz, czy to?...

- Tak, to Paola Phydellia May'e-Gillian, ta sławna harfistka. Ależ twój syn ma gust.

Podczas gdy ciemnowłosy zakonnik starał się w miarę prosto wyjaśnić Trellerowi, kim jest argemon, jak i dlaczego została nim Paola oraz co muszą zrobić, by zdjąć z niej klątwę, Evangeline podeszła do Iana. Srebrno-błękitne oczy spojrzały na niego z niedowierzaniem. Złapała jedno ramię mężczyzny, dokładnie obmacała. To samo zrobiła z drugim. Nie wyczuła pod materiałem ubrania kryształów bransolety. Odchyliła mu włosy. Nie ujrzała elfiego kształtu uszu.

- Coś jeszcze? - burknął. Głos mu się załamał jak u chłopaka przechodzącego mutację. Poczuł drapanie w gardle i ucisk w piersi. Zaklął w myślach pewien, że nadciąga atak. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło.

- Elf? Jak możesz być elfem?! Nie masz armilli...

- Spiczastych uszu i sześciu palców u stóp też nie. Co z tego? - Odchrząknął. Kątem oka patrzył na Trellera i Desire gawędzących teraz niczym starzy przyjaciele.

- Więc skąd wiesz, że...

- Skaner w Instytucie to wykazał - mruknął Ian. - Tancmistrz mnie przebadał. Sloan, tutejszy naukowiec, wziął ode mnie próbki. Masz jeszcze jakieś pytania? - rzucił opryskliwie, jakby w nadziei, że w ten sposób utnie rozmowę i będzie mógł dołączyć do tamtych dwojga lub pójść do siebie, gdyby dolegliwości się nasiliły.

- Tylko jedno - usłyszał ciche słowa kobiety. - Jakim cudem ja cię nie rozpoznałam?

Coś w tonie jej głosu kazało mu na nią spojrzeć. Zrobił to i natychmiast zapomniał o swej chorobie. Ujrzał piękną twarz o doskonałych proporcjach i perfekcyjnych rysach. Twarz o ślicznym rysunku brwi, zmysłowych ustach, cudownych kościach policzkowych. Patrzyły na niego niewiarygodnie błękitne oczy usiane kroplami płynnego srebra. Były smutne. Zatonął w tym błękitnym labiryncie, zapatrzył się w niego. Jedną potwornie długą chwilę błagał niebiosa, by moment ten nigdy się nie skończył.

"Mógłbym umrzeć wpatrzony w jej oczy. Piękna byłaby to śmierć" - pomyślał. Nieświadomie oblizał usta, wyszeptał:

- Co za głupoty plotę...

- Co mówiłeś?

Słowa Evan wyrwały go z zamyślenia. Zaraz, czyżby była urażona?

- Wybacz, głośno myślałem.

- Twoje oczy... Czemu jedno jest błękitne, a drugie brązowe?

- Jakkolwiek to głupio zabrzmi, podobno dojrzewam - mruknął.

- Co takiego?! - wykrztusił Evander i zaczął chichotać.

Evangeline odsunęła się od Iana. Otaksowała go wzrokiem. Parsknęła z niedowierzaniem kolejny raz tego wieczoru.

- Wybaczcie, mam dość głupich pytań na jeden dzień. - Ian uniósł dłonie w obronnym geście. - Im szybciej wyjaśnię, tym mniej ich będzie. Może zacznę od tego, że Treller adoptował mnie i dwójkę innych elfich dzieciaków wiele lat temu.

Z każdym kolejnym jego słowem oczy Evan otwierały się coraz szerzej. Po chwili wyglądała jak przepiękny zdumiony posąg wpatrzony w Iana z otwartymi ustami. Evander szturchnął siostrę.

- Na Onyksową! - wykrztusiła. - To by wszystko tłumaczyło.

Zbliżyła dłoń do ucha Iana, strzepnęła palcami. Poczuł mrowienie i rozchodzące się ciepło w płatku małżowiny, a potem coś zakołysało się nad jego ramieniem. Spróbował zerknąć. To coś wyglądało jak misternie wykonany kolczyk na cieniutkim łańcuszku zakończonym dwoma maleńkimi klepsydrami.

- Ooo! - szepnęła kobieta.

- A niech mnie! - mruknął Evander i pokręcił głową.

- Teraz wasza kolej na wyjaśnienia - odezwał się Ian.

Evangeline ujęła go pod ramię, podprowadziła do niewielkiego lustra wiszącego na ścianie. Stanęła za Ianem, delikatnie założyła mu włosy za ucho.

- Ten pierścień jest obarczony zaklęciem. - Uniosła dłoń. Na wskazującym palcu lewej ręki Ian zobaczył niewielką srebrną obrączkę. - Potrafi sprawdzić i powiedzieć, z kim mamy do czynienia. Z człowiekiem czy elfem. Na moje polecenie Maya miała przywieźć samotnego człowieka, którego nikt nie będzie szukał. Dlatego pojawiłeś się w naszej rezydencji.

- Zaraz, to była Maya? Twierdziłaś, że znalazł mnie ogrodnik...

- A widziałeś, żebym zatrudniała jakiegoś?

- Mówiłaś, że jego żona choruje... - Nagle tak wiele rzeczy, które wydarzyły się w czasie miesięcznego pobytu w Sleepy Graves, stało się oczywistych. Ian pokiwał głową. - Jasne, głupek ze mnie. A o co chodzi z tym kolczykiem? - Palcem wskazał ucho.

- Mały, jakże pomocny czar oparty na naturalnej energii organizmu. Jeśli ktoś jest człowiekiem, ma tej energii mniej i pokazuje się tylko jedna klepsydra. Jeśli jest elfem, pojawiają się dwie. Sprawdziliśmy cię, miałeś jedną. Całkiem zapomniałam, że dwie klepsydry widać tylko u dorosłych elfów. Elfiątka są podobne do ludzkich dzieci, stąd tak łatwo je pomylić. Ależ ze mnie gapa, jak mogłam o tym zapomnieć?

Zachichotała jak dziewczynka, której właśnie udał się psikus.

- Ile masz lat, Ian? - zapytała, gdy minęło jej rozbawienie.

- Sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt? Nawet Treller tego nie wie. - Przygryzł usta.

- W elfich kategoriach to rzeczywiście niewiele.

- Gdybyś wolała bardziej dojrzałych mężczyzn, moja droga, wiesz, gdzie mnie szukać - usłyszeli kpiący głos Desire. - Na lubieżne igraszki w tym klasztorze zawsze znajdzie się czas i miejsce, na elfią pedofilię nigdy! - Pogroził jej palcem i zarechotał.

- A na żenujące dowcipy? - Elfka ujęła się pod boki i sapnęła ze złością. - Desire, czy muszę użyć Silentium, żebyś choć na chwilę przestał pleść takie bzdury?!

Evander zaczął klaskać zachwycony ciętą ripostą, Ian przyjrzał się Evan z podziwem, a zakonnikowi z ironią. Desire zaniemówił i poczerwieniał na twarzy.

Nagle usłyszeli tupot nóg. Mnich pomyślał z ulgą, że oto nadciąga wybawienie. Szybko zmienił zdanie, bo ktoś właśnie sprintem pokonywał schody i mrok korytarza, potykając się i wrzeszcząc jak opętany:

- Desire! Desiree! Konstable! Nalooot!

- Szlag! - Zakonnikowi wróciła mowa.

Odepchnął Trellera, potrącił Iana i wyskoczył na korytarz. Wszyscy pobiegli za nim. Na zewnątrz mnich niemal zderzył się z Colinem. Tamten zatrzymał się zdyszany, pochylił, wsparł ręce o kolana.

- Właśnie Eric mi doniósł. Są na drodze dojazdowej do klasztoru. - Colin otarł pot z czoła. - Sporo samochodów, konstabli i vivernów! Co robimy, szefie?!

Spojrzał z wyczekiwaniem na Desire. Reszta poszła w jego ślady. Ciemnowłosy zakonnik wykrzywił z gniewem usta, potarł nerwowo czoło.

- Że też wasze matki cichodajki nie podusiły was w kołyskach! - wycedził pod adresem nadciągających konstabli. - Kinnon, nogi ci za to z tyłka powyrywam!

Zobaczył, że wszyscy przyglądają mu się z niecierpliwością.

- Desire! Mów, co robić! - Elfka złapała go za ramię. Była przerażona.

To wystarczyło, by mnich się ocknął.

- Colin, gdzie reszta braci?

- Kończą modły.

- Dobra. Ile mamy czasu?

- Maksymalnie kwadrans.

- Powinno wystarczyć.

Szybkimi, zdecydowanymi ruchami zaczął się rozbierać.

- Desire? - wykrztusiła Evangeline, nic nie rozumiejąc.

Zignorował jej pytanie. Ściągnął przez głowę ciemny golf.

- Trzymaj! - Wcisnął go Evan do rąk. Zaraz za nim w ręce kobiety trafił też podkoszulek. Elfka chrząknęła, gdy mnich zaczął zdejmować buty, pozostali patrzyli na niego z konsternacją.

- Robimy tak... - szybko zaczął instruować - Colin, idziesz ze mną. Potrzebuję zastępcy Cicerona. Ian, zabierz Trellera i elfy do sektora szpitalnego. Zamkniecie się w gabinecie Tancmistrza i będziecie udawać, że was nie ma.

Wyjął stopy z butów i zaczął rozpinać spodnie. Zsunął materiał z bioder, zobaczył, że Evangeline dyskretnie oblizuje usta.

- Twoje sekretne marzenia spełnię, jak tylko pozbędziemy się naszych miłych gości w mundurach. - Zaśmiał się na widok głupiej miny elfki. - Ani Silentium, ani nawet Mortua mnie przed tym nie powstrzymają! - W ramionach osłupiałej elfki lądowały kolejne części jego garderoby. - Teraz bądź uprzejma przestać się gapić na moje gatki i zabierz ze sobą wszystkie te ciuchy.

- A ty? - Evan nie zdążyła ugryźć się w język. - Pójdziesz do konstabli taki... goły?!

- Aha, i z ptakiem na wierzchu - palnął, wskazując Dante. - Scenę zazdrości zrobisz mi później, zgoda? Teraz uwierz na słowo, że to konieczne. Konstable muszą zobaczyć mnicha. Ukryjcie te ciuchy, ja lecę po habit.

- A argemony?! - krzyknął Ian.

- Też pójdą z wami.

- Jak konstable zejdą do piwnic...

- Nie zejdą. Zaklęcie blokujące, pamiętasz? Dopilnuj, by Sloan je rzucił. Z zewnątrz nie widać szczytu schodów, wyglądają jak zwykła ściana. Nalotów mieliśmy wiele. Kretyni za każdym razem sprawdzają wszystkie zabudowania, a szczególnie piwniczkę z winem. Dostają butelczynę dla komendanta, słoik miodu dla jego żony plus kilka butelek wina ekstra i mamy ich z głowy. Szybko, a co najważniejsze bezboleśnie - zapewnił Desire. - Zawsze tak jest.

Za nic nie przyznałby się, że kolejne odwiedziny konstabli w tak krótkim czasie są czymś wysoce niepokojącym, łamiącym wszelkie dotychczasowe schematy. W myślach zaklinał rzeczywistość, by i ten nalot okazał się tak łatwy do przejścia jak poprzednie. Jednak intuicja podpowiadała mu, że słodko nie będzie.

- Evan, pozwól za mną.

Bosy i w samych bokserkach prędko wrócił do pokoju Mai. Wybudził ją jednym zaklęciem. Ryk pełen wściekłości wypełnił pomieszczenie.

Zaraz potem dało się słyszeć ostre "Fidel, nie!" i jeszcze "do nogi! ale już!" rzucone przez Evan i pokorne "pani Evangeline!? Tak jest, najmocniej przepraszam!".

Ian zacisnął usta. Domyślił się, przed czym elfka właśnie uratowała Desire. Nie spodobał mu się sposób, w jaki to zrobiła, choć rozumiał, że to konieczne.

Tymczasem ciemnowłosy zakonnik pobiegł do celi Ravena. Wybudził również jego i zwiał, nim Evander zdołał zapanować nad kurduplem. Na odchodnym mnich jeszcze zatrzymał się przed Evan, spojrzał na nią. Tym razem w jego oczach nie było kpiny.

- Pamiętajcie, co żeście mi obiecali! Ufam wam. Okiełznajcie te bestie i czekajcie na mnie u Tancmistrza. Aha, jeszcze jedno. Bezpieczniej będzie, jak weźmiecie ją ze sobą. - Zdjął kaburę, w której nosił Dante, odebrał z rąk Evan swój podkoszulek i pieczołowicie owinął nim pisklaka. Musnął ustami jego łepek, spojrzał w węgielki oczu. - Treller zaopiekuje się tobą - szepnął. - Bądź dla niego miła, rozumiesz? Zabraniam ci robić mu krzywdę. Niedługo wracam. Treller - zwrócił się do starszego pana McLauriego - nikomu innemu bym jej nie powierzył.

Ten jedynie pociągnął nosem, mruknął coś w stylu "jasne" i jeszcze "tylko się pospiesz, ten pisklak wytrzyma bez ciebie może z godzinę, potem stanie się niebezpieczny".

Z trudem ukrywając wzruszenie, odebrał Dante z rąk zakonnika i szybko schował pod habit.

- A teraz biegnijcie - zakomenderował Desire. - No już, spadać! I pamiętajcie, co wam mówiłem: niezależnie od tego, co się wydarzy, macie udawać, że was tam nie ma.

Usłyszał jeszcze, jak Ian woła "chodźcie, pokażę wam drogę!", a potem stanowczą komendę "Fidel, Raven za mną!" rzuconą przez rodzeństwo.

Elfka okręciła się na pięcie. Jej złoty warkocz śmignął Desire przed nosem.

Mnich odprowadził ich wzrokiem aż do schodów, na których zniknęli mu z oczu. Rozejrzał się, szybko zabezpieczył pokoje gościnne zaklęciem.

- Spotkamy się w oratorium! - rzucił do Colina i pognał do swej celi.

Niedługo potem, okryty pokrwawionym habitem i obuty w mnisie sandały, podążył ku klasztornej kaplicy. Zmieniony w Cicerona Colin podążył za nim jak cień.

Dopiero co wtopili się w grupę rozmodlonych zakonników i dołączyli do zaintonowanych właśnie psalmów, gdy drzwi kaplicy otwarły się z hukiem. Donośny jęk uciął chóralne śpiewy. Zapadła cisza, w której dało się słyszeć stukot obcasów i kolejne jęki. Jak na komendę bracia odwrócili głowy. Poobijany i zakrwawiony Eric został brutalnie wrzucony do oratorium. Zatoczył się, upadł i zastygł na kamiennych płytach. Za nim w drzwiach ukazała się wysoka, szczupła sylwetka odziana w świetnie skrojony mundur nakryty peleryną. Towarzyszyło jej wiele innych umundurowanych postaci, w tym kilka dzierżących na krótkich smyczach viverny tropiące. Mężczyzna zatrzymał się, rozejrzał. Obleczone w skórzane mitenki dłonie wsparł na biodrach. Na pięknej twarzy malowało się zadowolenie.

"By to szlag, tylko nie on! - Desire zacisnął szczęki na widok konstabla. - I jeszcze te viverny! Nigdy dotąd nie wchodziły na teren klasztoru. Mamy kurewsko przesrane! Dante, elfy, Tancmistrz, opat! Konstable nie mają prawa ich znaleźć! Co robić?!".

* * *

Należący do Instytutu nieoznakowany SUV pruł ciemną wilgotną tkaninę nocy, zostawiając daleko w tyle Sleepy Graves. Helen Gregorian rozsiadła się na tylnej kanapie, zdjęła buty, wyciągnęła nogi. Podczas gdy Heron skupił się na prowadzeniu auta, ona wyjęła z teczki dwa portrety pamięciowe oraz spory plik dużych zdjęć. Interesujące materiały zawsze wolała mieć wydrukowane. Taki staroświecki nawyk. Rozłożyła niewielki stoliczek, nalała sobie kawy z podróżnego termosu, włożyła okulary. Zaczęła przeglądać rysunki. Heron przyjrzał się kobiecie w lusterku wstecznym. Nic nie powiedział. Szybko ponownie skupił się na drodze. Tymczasem lekarka, popijając kawę, zajęła się studiowaniem portretów rodzeństwa.

"Jakim cudem przeżyły zarazę? I jak to możliwe, że nikt się nie domyślił? - pomyślała. - Nieistotne. Trzeba ich namierzyć. I to szybko. Wyduszę z nich wszystko, co wiedzą o Dzielnicy Elfów. Bo jak nic muszą tam zmierzać. Na Onyksową, ależ są piękni! Już zapomniałam, że aż tak piękni potrafią być. - Westchnęła, oblizała usta. - I jeszcze ten kościółek. To istna kolekcja klepsydr. Pewnie zbierali je całe dekady. Ale w przeciwieństwie do mnie im dopisywało szczęście. Znaleźli właściwe klepsydry i mapę. Mamy przełom, Mary się ucieszy. I chyba już wiem, co jej dolega".

Heron kolejny raz ukradkiem zerknął w lusterko wsteczne. Zaraz, czy dostrzegł błysk zachwytu i zadowolenia w oczach doktor Gregorian? Helen zabrała się za przeglądanie zdjęć rezydencji. W skupieniu badała jedno za drugim.

- Skoro ten kościółek i samo Sleepy Graves są takie ważne, to czemu wracamy do Metropolii? - zapytał strażnik. - Nie powinniśmy tam zostać i dokończyć poszukiwania tego całego McLauriego?

Kobieta podniosła wzrok znad fotografii. Przyjrzała się swemu kierowcy. Minę miała nieprzeniknioną.

- Tym zajmie się komendant - powiedziała. - Spokojnie, nie pozwolę ci się nudzić. Pamiętasz naszą listę zadań? Czas na jej kolejne punkty. Poza tym niedługo Święto Srebrzystych Kaganków. Trzeba się godnie do niego przygotować. Bo rozumiem, że nie chciałbyś przegapić świąt? - Przyjrzała się Heronowi z wyczekiwaniem.

- Oczywiście, że nie! - zapewnił. - Nikt nie chciałby!

- Dobrze. - Uśmiechnęła się łaskawie. - W takim razie niech każde z nas zajmie się swoją robotą.

Heron uniósł brwi, ale nie śmiał zapytać o szczegóły.

- Ja studiowaniem materiałów, ty bezpiecznym dowiezieniem nas na miejsce. Będziesz tak uprzejmy skupić się na drodze? Dziękuję - rzuciła i ponownie zatopiła wzrok w detalach fotografii.

* * *

- Dobry wieczór - usłyszeli mnisi. - A może dobranoc? Ostatecznie już niemal północ. No, to jak się tu witacie?

- Najczęściej: niech będzie pochwalony - odezwał się Colin głosem Cicerona.

Naśladując opata najwierniej, jak potrafił, podszedł do leżącego Erica i kucnął przy nim. Tamten uniósł ku niemu twarz. Jedno oko zniknęło pod sporą opuchlizną, która już nabierała jagodowego koloru, z rozciętej wargi płynęła krew. Eric leżał zgięty wpół i trzymał się za brzuch. Z trudem oddychał, po wykrzywionej bólem twarzy spłynęła łza. Colin pogładził go po głowie, bezgłośnie zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Wiedział, że nie może dać się sprowokować.

"Bezpieczeństwo klasztoru przede wszystkim".

Ale wiedział też, że opat nie zostawiłby tak tej sprawy. Podniósł się, zerknął przez ramię, skinieniem dał znać dwóm innym braciom, by pomogli Ericowi. Sam spokojnie podszedł do konstabla, założył ręce do tyłu.

- Przełożony tego opactwa, ojciec Ciceron - przedstawił się. - A pan? - Spojrzał chłodno na gliniarza. - Ma pan jakieś nazwisko? Muszę wiedzieć, na kogo złożyć skargę.

- Skargę? - Kąciki ust tamtego drgnęły z nieukrywaną kpiną.

- Nasz klasztor jest regularnie kontrolowany. Kulturalnie i bez burd. Ostatnia kontrola była trzy dni temu i jak zawsze wykazała, że jesteśmy uczciwymi obywatelami Palatynatu - oświadczył Colin pewnym siebie tonem; tylko Desire dostrzegł, że nerwowo zacisnął jedną z dłoni. - Zgodnie z ustaleniami, które poczyniliśmy z pana przełożonymi, pańskim podwładnym udostępnimy każdy zakątek klasztoru, ale viverny mają opuścić teren opactwa. Natychmiast. To ziemia święta. Pana komendant to wie i akceptuje. Co do dzisiejszego pobicia jednego z naszych braci w antykwariacie pana Smitharda w Fenaby...

Głośne plaśnięcie w policzek przerwało monolog fałszywego opata i rozniosło się echem po kamiennych ścianach kaplicy. Zatoczył się, ale nie upadł. Wyprostował się, hardo spojrzał na konstabla. Tamten nie zaszczycił go spojrzeniem. Wyminął go i zatrzymał się naprzeciw reszty mnichów. Bracia zaszemrali. Colin zacisnął szczęki. Przyjrzał się pozostałym funkcjonariuszom czekającym przy wejściu, porozumiał wzrokiem z Desire. Ten dyskretnie pokręcił głową. Eskalacja konfliktu nie wchodziła w grę.

Colin opuścił powieki, odwrócił się ku konstablowi. Dużo kosztowała go ta gra w pokornego mnicha nadstawiającego drugi policzek złemu gliniarzowi.

- Konstablu! - Musiał zaprotestować, bo prawdziwy opat właśnie tak by zrobił, lecz postarał się, by jego głos brzmiał nieco tchórzliwie.

- Odezwij się jeszcze raz niepytany.

Nabijana ćwiekami mitenka rozcięła skórę na brodzie Colina. Zabolało. Zagryzł usta spanikowany, że za chwilę na oczach gliniarza zmieni się ze staruszka w całkiem sprawnego i młodego mnicha. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Colin zamarł, całkowicie wczuwając się w rolę zastraszonego opata. Tymczasem zmysłowe usta intruza wykrzywiła pogarda.

- D'Adreaux. Jestem starszy konstabl Lucien d'Arveaux, cioty.

"Ustalamy hierarchię stada, co, Lucien? Na razie idzie ci nieźle - pomyślał tymczasem Desire, dyskretnie zerkając wokół. Bracia rozglądali się niepewnie, jakby strachliwie. Też całkiem dobrze udawali. - Nie doceniasz nas, przyjacielu. Ale my docenimy ciebie. Jak każdego wroga".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki