Wieszczka - Tomasz Betcher

-
Proszę czekać

PROLOG

Dziecko spało, pogrążone w głębokim śnie, a wpadające przez okno światło księżyca muskało jego twarz bladą poświatą. Chłopiec nie miał nawet roku, a jego ciemne włosy rozsypały się na poduszce. Zacisnął małe palce w pięści i od czasu do czasu nieznacznie nimi poruszał, jakby walczył z niewidzialnym przeciwnikiem.

Bożena Jóźwiak nachyliła się nad łóżeczkiem, przyglądając się spokojnej twarzy synka. Pomimo tego, czego doświadczyła, nie potrafiła się na niego złościć. Przeciwnie. W takie noce, kiedy nie płakał, rozczulał ją do granic możliwości. Wpatrywała się w skrzydełka małego nosa, które rozchylały się miarowo w rytm jego oddechu. Waldek był ślicznym dzieckiem, choć nie każdy potrafił to dostrzec. Może dlatego, że najczęściej jego twarz była czerwona od głośnego płaczu, a włosy – zlepione potem, który spływał po chłopcu wraz z wysiłkiem, z jakim Waldek mocował się z życiem.

Była zmęczona, potwornie zmęczona. Miała siedemnaście lat, a czuła się starsza od swojej matki. I tak wyglądała. Natłok myśli, poczucie osamotnienia i wszystkie piętrzące się trudności przygarbiły Bożenę niczym wielka wiązka chrustu. Wokół oczu już dawno pojawiły jej się sine obwódki. Dziewczyna nie pamiętała, kiedy ostatni raz porządnie się wyspała. Paznokcie poobgryzane do skóry piekły przy każdym dotyku, a dłonie drżały jak w febrze. Nie tak miało to wszystko wyglądać.

Chciała pogłaskać synka po włoskach, ale cofnęła rękę w panice, że to go obudzi i zniweczy cały plan. Plan, za który się nienawidziła.

Zamiast tego zbliżyła nos do ciepłej skóry dziecka. Marzyła, by pachniała mlekiem matki, ale i tego nie potrafiła mu już dać. Poczuła inny zapach. Chmiel, melisa i kozłek lekarski wisiały w lnianych saszetkach. Mieszanki ziół przygotowywał ojciec Bożeny, a matka szyła niewielkie woreczki, wypełniała je roślinami i wiązała sznurkiem. Przez ziołowy aromat przebijał się naturalny zapach skóry jej dziecka. I to właśnie on spowodował, że Bożenie łzy napłynęły do oczu. Wytarła je wierzchem dłoni, po czym z trudem oderwała się od łóżeczka, w którym spał Waldek.

Stawiając ostrożnie stopy na deskach podłogi – doskonale wiedziała, które z nich skrzypią – podeszła do śpiącego Marka. Posapywał przez sen, a jego oddech przesiąknięty był odorem trawionego alkoholu.

Przysiadła na skraju łóżka i delikatnie potrząsnęła go za ramię.

– Marko, obudź się. – Szarpnęła mocniej, bo zamroczony alkoholem mężczyzna nie zareagował. – Marko!

Przy Waldku nauczyła się krzyczeć szeptem. Chłopca budziły najlżejsze szmery, odgłos rozmów, szczekanie psa na podwórku. I wtedy rozwierały się bramy piekieł.

Mężczyzna otworzył ciemne oczy, które we wpadającym do izby blasku księżyca wyglądały niepokojąco. Widziała, jak nabiera powietrza, aby na nią fuknąć. Była przygotowana. Położyła palec na ustach, a on usłuchał. Wiedział, co się dzieje, kiedy ich syna budzi jakiś hałas. A tej nocy chłopiec spał jak nigdy.

– Co jest, babo? – syknął i podciągnął wyżej kołdrę.

– Chcę stąd uciec – powiedziała, czując, jak bolesny skurcz chwyta jej żołądek. Nie sądziła, że kiedykolwiek zdecyduje się na takie słowa. Albo na taki krok.

Senność natychmiast opuściła Marka. Otworzył szerzej oczy i uniósł się na łokciach. Łóżko skrzypnęło i na chwilę oboje zamarli, ale dziecko nawet się nie poruszyło.

– Że co?

Przełknęła ślinę. Nie była pewna, czy da radę to powtórzyć.

– Słyszałeś. Już dalej nie mogę. Jestem wykończona. Chcę stąd uciec. – Wyrzucała z siebie szeptane słowa niczym karabin maszynowy pociski.

Rom usiadł na łóżku i ziewnął.

– A co z... nim? – Skinął głową w kierunku łóżeczka. Rzadko używał imienia swojego syna.

– Tylko my. Moi rodzice zajmą się Waldkiem. Wrócę po niego, gdy podrośnie. Nie dam rady tak dłużej...

– Dokąd chcesz uciec?

– Dokądkolwiek. Do Berlina, a potem do Londynu. Opowiadałeś, że tam jest zupełnie inne życie. Chcę je poznać.

Waldek mlasnął i poruszył się niespokojnie. Jego rodzice doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że wyczerpali limit słów, które mogli wypowiedzieć w ciszy. Marko ześliznął się z posłania, zdjął z krzesła spodnie i koszulę. W ciągu minuty był ubrany.

Bożena wyciągnęła spod łóżka walizkę, pamiętającą jeszcze lata pięćdziesiąte. Ojciec przytargał ją kiedyś z bazaru i jej podarował, wierząc, że będzie towarzyszyła córce podczas podróży. Tych, o których tak bardzo marzyła.

Walizka nie była ciężka, bo oboje z Markiem mieli niewiele. Trochę ubrań, dokumenty, skromny prowiant i tyle pieniędzy, ile Bożena zdołała zgromadzić. Wszystko zapakowane tak, by nie wydało z siebie najmniejszego dźwięku. Wsunęła stopy w pantofle i podała bagaż mężowi, który niemal zdążył wytrzeźwieć.

– Idź już – szepnęła mu do ucha i delikatnym ruchem wypchnęła go za drzwi.

Rom zniknął w ciemnej otchłani korytarza. Ona musiała jeszcze choć raz spojrzeć na syna. Nie wiedziała dlaczego, ale po prostu musiała to zrobić. Miała złe przeczucia, a najgorsze było to, że nie potrafiła określić, czego dotyczą. Bała się, że coś pójdzie nie tak. Że być może widzi synka ostatni raz w życiu. Chciała wyryć sobie jego obraz głęboko w pamięci.

W nieskładnym tańcu pomiędzy skrzypiącymi deskami podłogi zbliżyła się do łóżeczka, pochyliła – i oniemiała. Gdy nachylała się nad dzieckiem, Waldek otworzył oczy. Były ciemne i błyszczące, zupełnie jak jego ojca.

Bożena zamarła, a bolesny skurcz po raz kolejny ścisnął jej żołądek.

"I cały plan diabli wzięli...", pomyślała, ale ku jej zaskoczeniu chłopiec jedynie lekko się uśmiechnął, po czym jego oczy zaczęły znów zachodzić powiekami. Bożena wypuściła powietrze. Czuła, jak palą ją płuca, a nogi robią się jak z waty.

Musiała się ruszyć, musiała wyjść. Wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, zemdleje z nerwów. Posłała synkowi ostatnie spojrzenie, przeklinając diabelski plan, który zrodził się w jej głowie. Wiedziała, że kiedy zobaczą się ponownie, nic nie będzie już takie samo. I ona, i on będą zupełnie innymi ludźmi.

– Do zobaczenia, aniołku.

Wysłała mu niewidzialny pocałunek, odwróciła się i ze zwinnością wiewiórki dopadła do drzwi. Zanim je za sobą zamknęła, wsunęła dłoń w szparę między komodą a ścianą. Zesztywniałymi z emocji palcami wyjęła płócienne zawiniątko. Schowała je do torby na ramię i zniknęła niczym duch.

ROZDZIAŁ 1

Strzeżne, koniec lat 50.

W domu czaiło się zło.

Było inne niż to, które potrafił zaklinać Waldemar. Tak naprawdę Jadwiga przez długi czas nie była przekonana, czy ono rzeczywiście istnieje. Składała wszystko na karb swojej wyobraźni, która w opuszczonej wiosce, naznaczonej krwią i śmiercią, pracowała wyjątkowo wydajnie. Księżyc w pełni wydawał się tutaj większy niż gdziekolwiek indziej. Drzewa rzucały bardziej upiorne cienie, a sowy huczały donośniej. Zapytała nawet kiedyś o to Waldemara, ale on tylko machnął ręką. Jadwiga nie wiedziała, czy nie chciał jej martwić, czy okłamywać.

Przytłaczało ją to, że nie ma z kim podzielić się swoimi obawami. Oprócz niej i Waldka w Strzeżnem nie było żywej duszy. Samo Strzeżne nie było nawet wioską, lecz widmowym cieniem maleńkiej osady w środku beskidzkiej puszczy. Waldek niechętnie mówił o tym, co się tutaj stało, ale Jadwiga miała pewność, że doszło do niewyobrażalnej tragedii. W walących się ruinach domów straszyły puste oczodoły okien, przez spalone dachy deszcz wlewał się strumieniami, a wokół rozsiewał się zapach butwiejącego drewna. To nie było dobre miejsce. Nawet dzikie zwierzęta niechętnie się tu zapuszczały. Omijały też niewielki cmentarz, który Waldek otoczył prostym ogrodzeniem z desek. Czasami widywała, jak przesiaduje na pniu zwalonego świerka i wpatruje się w pochylone krzyże. Jadwiga tam nie chodziła. Bała się tamtego miejsca bardziej niż każdego innego w tej wymarłej wsi.

Ale zło czaiło się gdzie indziej.

Czasami przychodziło w snach. Uciekali przez las, który szybko zamieniał się w spleję. Początkowo szło im dobrze, ale wkrótce trzęsawisko pokazywało swoją morderczą siłę. Nogi zaczynały im się zapadać w mieszaninę mchu, trawy i torfu. Najpierw po kostki, potem do kolan. Mimo wszystko brnęli dalej. Choćby pragnęła najbardziej na świecie, nie była w stanie nic zrobić. Z jednej strony Jadwiga była bierną obserwatorką tego, co działo się z jej ciałem, z drugiej czuła na sobie lodowatą wodę, korzenie oplatające jej łydki, gałęzie smagające ją po twarzy. W końcu zapadali się po pas, a wtedy już nie było ratunku. Spleja pochłaniała ich bezlitośnie. Swoimi zimnymi dłońmi ciągnęła ich w czarną toń. Jadwiga dokładnie pamiętała ostatni oddech, a potem obrzydliwą torfową zawiesinę wlewającą się do gardła i dalej do płuc. Próbowała krzyczeć, ale to nic nie dawało. Mętna czarna toń pochłaniała ich oboje.

Jadwiga budziła się z krzykiem i łomoczącym sercem. O dziwo, jej ukochany spał wtedy kamiennym snem. Po przebudzeniu długo nie mogła zasnąć – i to wtedy najbardziej czuła zło czające się w domu. Schody złowieszczo skrzypiały, choć nikt po nich nie chodził. Przez szpary w oknach wdzierał się przeszywający wiatr, choć na zewnątrz żadne drzewo nie kołysało się w jego rytm. Chowała się wtedy pod kołdrę albo przytulała się do Waldka, struchlała ze strachu. Miała wrażenie, że zło jest zadowolone. I że nabiera ochoty na więcej.

Myślała, że z czasem się przyzwyczai, ale to nie było coś, do czego człowiek może przywyknąć. Czasami Jadwidze wydawało się, że traci rozum. Przybory kuchenne znikały, a potem pojawiały się w zupełnie innych miejscach. Ogień w palenisku gasł, mimo że karmiła go szczodrze. Otwierały się drzwi i słyszała kroki w sieni. Wołała Waldka, a potem się okazywało, że nikogo oprócz niej w domu nie ma.

Najgorsze było jednak to, że Waldek się zmienił. Stał się chłodny i obojętny, a kiedy opowiadała mu o swoim strachu i o tym, że nie czuje się tu dobrze, machał tylko ręką. Albo bagatelizował.

– To wiatr musiał otworzyć te drzwi – tłumaczył jej jak dziecku. Nie, jak wariatce, schizofreniczce, której się coś przywidziało. I na tym nie poprzestawał. – Stary dom wydaje z siebie dużo dźwięków. Na pewno to tam położyłaś, a potem zapomniałaś. Sam tak czasem mam.

Doprowadzało ją do szewskiej pasji, kiedy tak mówił. I to on, zaklinacz. Mężczyzna, który widział różne rzeczy, niewidoczne dla innych oczu. Który potrafił poradzić sobie ze złymi duchami, zjawami i Bóg wie czym jeszcze. Teraz wydawał się zupełnie głuchy na to, co mówiła. Nie dostrzegał niczego niezwykłego w jej koszmarach, samoistnie otwierających się oknach, skrzypiących deskach podłogi.

Zima była najgorsza. Do tego wszystkiego, co prześladowało Jadwigę, doszła jeszcze surowa natura. Beskidy przykryła gruba warstwa śniegu, a trzaskający mróz wręcz uniemożliwiał wyjście z domu. Czuła się zamknięta jak w klatce. Zapasy, które naszykowali na zimę, kurczyły się, mimo że jedli oszczędnie i palili w piecu tylko tyle, by nie zamarznąć. Waldemar wychodził i znikał na długi czas, ale nie było innego wyjścia – wracał z całymi naręczami opału i jedzeniem, które zdobywał sobie tylko znanym sposobem.

W lutym zima zaczęła odpuszczać, a kiedy nadeszło przedwiośnie, wraz z nim w ich życiu pojawiło się coś jeszcze.

– Waldek... – Stanęła nad nim, kiedy skrobał ryby wyłowione niedawno z wody.

– No?

– Chyba jestem w ciąży.

Dopiero teraz podniósł głowę i spojrzał na Jadwigę. Widział w jej oczach napięcie i oczekiwanie na reakcję. Odłożył nóż, wypłukał ręce z łusek i śluzu i mokrymi dłońmi chwycił ją w pasie. Jego twarz pojaśniała.

– Naprawdę? To wspaniale. – Uśmiechnął się i przytulił ukochaną. – Jesteś pewna?

Odetchnęła z ulgą, że się ucieszył.

– Jeszcze nie. Ale są znaki.

Niepewnie położył dłoń na jej brzuchu, jakby spodziewał się wyczuć jakąś wypukłość.

– Od kiedy wiesz?

– Mój drogi, to jeszcze nic pewnego. Po prostu dziwnie się ostatnio czuję i... no, nieważne. Babskie sprawy.

Rozejrzał się po wnętrzu domu już nie okiem gospodarza, ale przyszłego ojca.

– Będzie trzeba tu trochę ogarnąć. Naprawię dach i uprzątnę tę izbę, z której nie korzystamy. Jak mi się uda, to kupię gdzieś kozę. A potem...

Zawahała się, czy powinna mu mówić o swoich obawach. Ostatnio wydawało się, jakby zupełnie jej nie rozumiał. Jakby nagle wyparowała z niego cała empatia.

– Waldek, chyba... chyba nie powinniśmy tu zostać na dłużej. Nie czuję się tu dobrze. Boję się, że dziecko też nie będzie.

Spojrzał na nią, jakby wspomniała mu o tym pierwszy raz. A przecież tyle razy napomykała mu wcześniej. Może robiła to zbyt subtelnie.

– Dlaczego?

– Coś złego wisi tu w powietrzu. Co jakiś czas mam koszmary. Śnię, że tonę w splei, że bagno nas pochłania. W takie noce słyszę dziwne hałasy, szmery rozmów, choć nikogo nie ma w pobliżu. Nie potrafię tego sprecyzować, ale to nie jest dobre miejsce do życia.

Zasępił się i podrapał po zarośniętym policzku. Nie chciała go martwić, ale też nie chciała zostawać z tym sama. I tak milczała zbyt długo.

– Wszystkie niespokojne dusze już znalazły ukojenie. Nic tu nie ma. Nic mnie tu nie niepokoi. Mamy też spokój od ciekawskich. Nawet grzybiarze tu nie zaglądają. Poza tym dokąd mielibyśmy pójść?

– Nie wiem, dokądkolwiek. Najlepiej daleko stąd.

– To nie takie proste. Pamiętaj, że milicja i bezpieka być może wciąż nas szukają. Mogli nas uznać za martwych lub zaginionych.

– Nie możesz zasięgnąć języka?

Pokręcił głową i westchnął. Oderwał się od Jadwigi, pogrzebał w palenisku, po czym dołożył kilka gałązek. Był zły, ale nie chciał tego okazywać. Z jakiegoś powodu myśl o opuszczeniu Strzeżnego budziła w nim gniew.

– Nie chcę za bardzo wypytywać o to ludzi. Boję się, że to sprowadzi kłopoty.

– To co zrobimy? – spytała, przysiadając na stołku, skleconym przez Waldka z przynajmniej dwóch innych.

Jego usta ściągnęły się w wąską linię.

– Nie wiem. Idę zastawić sidła.

Otrzepał dłonie z popiołu i wyszedł z domu, zostawiając Jadwigę z niewesołymi myślami.

Ta rozmowa, pozornie spokojna, była niczym pęknięcie stopniowo zamieniające się w szczelinę, której brzegi oddalają się od siebie. Coraz więcej milczeli, coraz bardziej zatapiali się w swoich myślach. Rozmawiali półsłówkami, tak naprawdę nie rozmawiając.

Jadwiga miała poczucie, że każdego dnia oddalają się od siebie coraz bardziej. I wtedy zrozumiała, że właśnie do tego dąży zło.

ROZDZIAŁ 2

Dwa lata później

Po sześciu tygodniach od ostatniej miesiączki Jadwiga poczuła poranne mdłości. Wtedy już miała pewność. Postanowiła, że następnego dnia powie Waldkowi. Krzątała się po izbie, po raz pierwszy pełna nadziei na lepsze jutro. Ostatnio koszmary prześladowały ją rzadziej, a zło... Może faktycznie przesadzała, a Waldek miał rację. Ten dom był stary, a wiatr hulający w kominie potrafił czasami wydobyć z siebie taki dźwięk, że przypominał wołanie człowieka.

Waldek wrócił wieczorem. Widziała, że jest zmęczony. Zjadł zupę rybną, której nagotowała z pstrągów nałapanych w pobliskim potoku.

– Borsuki wyszły z nor. Dwa złapały się w sidła. Zrobię sadła i sprzedam. Po zimie to chodliwy towar.

Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie pierwszego spotkania z borsuczym sadłem. Wzięła je wtedy za miód. Pamiętała, jak długo Waldek się z niej śmiał, i dałaby teraz wszystko, żeby znów było tak beztrosko jak kiedyś.

– Jesteś padnięty – powiedziała, kiedy ziewnął po raz trzeci. – Jutro mi wszystko opowiesz. Chodź, oporządzisz się i do łóżka.

Nalała mu do miski gorącej wody, a obok położyła wykonaną przez niego kostkę mydła z zatopioną w niej dużą ilością lawendy. Jadwiga wsunęła się pod kołdrę i czekała na niego, a sen powoli zaczął zlepiać jej powieki. Zasnęła, nim skończył się myć.

Bezksiężycowa noc opadła na dolinę jak ciężka zasłona. Sen... tym razem zupełnie inny niż to, co śniła do tej pory. Coś stało u jej łóżka – ciemna sylwetka, zbyt wysoka, nieludzka. Głową sięgała pod powałę, przez co niknęła jej z oczu. To coś, co na pewno nie było człowiekiem, wyciągnęło ku niej długie czarne palce. Wyglądały jak utkane z dymu. Poczuła na łydce chłodny, pełznący w górę dotyk. Próbowała walczyć, wyrwać się, ale to coś było silniejsze. Minęło jej kolano, udo, a potem nagle poczuła szarpnięcie w brzuchu, jakby ktoś niewidzialny chciał ją rozerwać od środka.

Krzyknęła i się obudziła. W chacie było zimno, choć w piecu dogasały jeszcze resztki ognia. Jadwiga nie wiedziała, jak długo spała i która może być godzina. W tej głuszy czas stawał się pojęciem względnym i nie miał wielkiego znaczenia. Była zlana potem, serce biło jej niczym młot.

Waldek spał obok, pochrapując cicho. Jak zwykle spokojnie. Od dawna mu tego zazdrościła.

Przez chwilę trwała bez ruchu, próbując złapać oddech. Dopiero gdy poczuła ciepło spływające leniwie po udach, uniosła się na łokciach. Odsłoniła kołdrę, choć tak naprawdę nie musiała tego robić, by wiedzieć, co się stało. W półmroku zobaczyła ciemną plamę na prześcieradle – najpierw niewielką, później rosnącą, jak inkaust rozlewający się po papierze.

– Waldek... – wyszeptała, ale głos ugrzązł jej w gardle.

Z trudem podniosła się z łóżka i postawiła stopy na zimnych deskach. Każdy krok sprawiał jej trudność. Kiedy dotarła do kuchni, świat załamał się falą bólu. Przytrzymała się stołu, a jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Jadwiga zgięła się wpół. Coś w niej pękło, także dosłownie. Poczuła, jak ciepła krew spływa po nogach, jak podłoga pod jej stopami staje się śliska.

– Waldek! – Tym razem krzyk był ostry, suto doprawiony paniką. Słyszała, jak mężczyzna zrywa się z posłania. Zanim przybiegł, sięgnęła po ścierkę, którą zwykle owijali chleb, by dłużej zachował świeżość, i przytknęła ją do zakrwawionego krocza.

Waldek wybiegł z izby, zaspany, z potarganymi włosami. Zerknął na Jadwigę, na krew, na jej twarz wykrzywioną bólem. Momentalnie oprzytomniał. Dopadł do niej i przytrzymał ją w mocnym uścisku.

– Matko jedyna, Jadzia... – mruknął. – Trzeba cię położyć.

Zaprowadził ją do łóżka, przytrzymując ramieniem.

– Miałam sen... – wydyszała, chwytając go za rękę. – Jakaś czarna postać mi to zrobiła. Była jak cień, jak mrok. To przez nią. Ja to czuję, Waldek, ja...

Głos jej się załamał.

– Daj spokój – powiedział twardo. – Sny nie wywołują takich rzeczy. Zima była ciężka, słabo jadłaś.

– Waldek, proszę cię. – Czuła bezradność, której nie znosiła.

– A to... – Gestem wskazał na krew. – Bywa. Bóg dał, Bóg wziął.

Jadwiga spojrzała na niego tak, jakby nie rozumiała ani jednego słowa. Łzy zmieszały się z potem.

– Jak możesz tak mówić? To było nasze dziecko...

– Przecież wiem. Myślisz, że mnie to nie boli? – odburknął. Przyniósł miskę z wodą i pomógł Jadwidze wstać, przytrzymując ją za łokieć. – Ale co ja poradzę? Taki los.

Wyrwała rękę, słaniając się. Wolała upaść, niż pozwolić mu sobą kierować.

– Ty nic nie czujesz! Nic! Jakby cię tu nie było! Gdzie jest ten czuły, wrażliwy mężczyzna, którego poznałam? Gdzie on, do cholery, jest?

Waldek zacisnął szczękę.

– A co mam robić? Wyć? Narzekać? Powtarzam ci: na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Możesz mówić, co chcesz. Możesz zganiać na diabła, na zło, na czary. Ale prawda jest taka, że to jest wola nieba. A nam pozostaje ją przyjąć ze spokojem.

– Nieba? Myślisz, że czuwa nad nami Bóg? On już dawno opuścił to przeklęte miejsce. Nie widzisz, co tu się dzieje? – krzyknęła, głos jej wibrował z emocji. – Ja tu wariuję! Boję się zasypiać! Co noc wraca to samo! A ty mi mówisz o spokoju?

– Bo to tylko sen – syknął. – Sen, rozumiesz? Nie może wywołać poronienia, tak jak nie może sprawić, że będziesz brzemienna.

Jadwiga opadła na kolana, zmęczona walką, bólem, krwią sączącą się na zimne deski. Choć Bogiem a prawdą, najbardziej zmęczyła ją obojętność Waldemara.

– To nie był tylko sen... – szepnęła. – Coś tu jest. Ja to wiem.

Waldek patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby oceniając, czy odpowiadać, czy dać temu zgasnąć w ciszy. W końcu odwrócił wzrok.

Nie odpowiedział.

W chacie zapanowała cisza, ale nie było w niej nic kojącego ani uspokajającego. Była ciężka, jakby w każdym kącie domu czaiło się echo ich kłótni. I coś jeszcze, coś ciemniejszego, czego Waldek zdawał się nie zauważać.

***

Siedziała na wąskiej, krzywej ławeczce zbitej z kilku starych desek. Nie prosiła Waldka, by ją zrobił. Sama znalazła młotek, gwoździe i deski. Drewno miało w sobie wilgoć i chłód poranka, które spowiły okolicę mgłą. Nawet latem w dolinie było o wiele zimniej niż gdziekolwiek indziej. Jakby również słońce pogniewało się na tę okolicę.

Spojrzenie miała utkwione w jednym punkcie, rozmazanym przez łzy. Przed nią, w prostokątnym płacie trawy, wznosiły się trzy nierówne kopczyki ziemi. Każdy z nich oznaczony był prostym krzyżem – ot, dwa patyki związane kawałkiem sznurka.

I tyle. Żadnych imion, dat czy tabliczek.

Odwróciła wzrok i z odrazą spojrzała na martwą osadę na krańcu lasu – zostały z niej już tylko ruiny i wspomnienie lęku, którego codziennie doświadczała. Po pierwszym poronieniu nie miała siły, by z nim walczyć, a na wsparcie Waldka nie mogła liczyć.

Jadwiga nazywała to miejsce cmentarzykiem. Waldek zwykle mówił o nim "tam". Czasami myślała, że dla niego nie ma ono szczególnego znaczenia. Że nie pochował tu dzieci, lecz resztki: zakrwawione prześcieradło, poplamione opatrunki, spódnicę z czasu trzeciej ciąży. Pamiątki, które według Waldka powinny trafić do ognia, a nie do ziemi. Ale ona się uparła. To był jej azyl. Miejsce odosobnienia i zadumy. I miejsce, w którym nie czuła zła. Najwyraźniej jego macki tu nie sięgały.

Patrzyła na kopczyki, niemy dowód rozczarowania i niespełnionych marzeń. Czuła w sobie bezdenną pustkę, której nic nie potrafiło wypełnić. Żalu w niej nie było – dawno już się wypalił.

Spojrzała w kałużę pod nogami i prawie siebie nie poznała. Wyglądała na starą, zmęczoną życiem kobietę. Na twarzy zachował się jedynie cień dawnej urody, nakryty grubym woalem zmartwień i strachu. Ale nie tylko Jadwiga się zmieniła. Ostatnio zauważyła, że Waldek też się postarzał. Kiedy go poznała, był energiczny, skory do żartów, pełen ciepła. Teraz chodził, jakby coś ściskało go za kark, jakby się bał, że las go obserwuje lub podsłuchuje. Na skroniach pojawiły mu się pierwsze siwiejące włosy, a cera przybrała ziemisty odcień. On jednak zacięcie twierdził, że to miejsce nie wpływa na niego źle. Że jest mu tu dobrze. Wciąż był uparty, wciąż patrzył na świat z tej samej, ślepej perspektywy.

– To miejsce jest przeklęte – powiedziała do siebie szeptem. – Dlaczego Waldek tego nie widzi?

Właśnie wtedy usłyszała jego kroki. Ciężkie, powolne, jakby maszerował z wielkim bagażem na plecach. Zbliżył się, stanął obok, ale nie usiadł. Wyciągnął fajkę, nabił ją tytoniem i zapalił, wydmuchując chmurę dymu, który szybko zmieszał się z mgłą.

– Po co tu znowu przyszłaś? – zapytał, nie patrząc na nią. – Nie dość ci tej sromoty?

– Po co? – powtórzyła, zaskoczona jego tonem. – To nasze dzieci, Waldek.

– Dzieci... – mruknął, jakby sam nie wiedział, co myśleć. – Co to za dzieci, co nie można ich potrzymać na rękach. Tyle razy o tym rozmawialiśmy. Lepiej nie rozdrapywać ran. Tylko się człowiek pogrąża w bólu.

– A co mam robić? Udawać, że tego nie było? Że to nie dzieci umierają we mnie jedno po drugim?

Pyknął fajkę kilka razy w zadumie. Wreszcie odwrócił się do Jadwigi.

– Ja też to przeżywam, Jadzia. Myślisz, że nie? Ale słabość to nie jest luksus, na który możemy sobie pozwolić.

Spojrzała na niego ostro.

– Słabość? To jest słabość, że nie chcę tu żyć? Że boję się tego... – wskazała na ruiny Strzeżnego – ...przeklętego miejsca?

– Przecież wiesz, że wyczułbym takie rzeczy. Nic tu nie ma, wszystkie duchy znalazły swoje miejsce – powiedział, wydmuchując kolejny obłok dymu. – Zrobiłem, co mogłem.

Mówił prawdę. Po tym, jak poroniła po raz pierwszy, przywiózł wody święconej z oddalonej o trzydzieści kilometrów cerkwi, okadził dom białą szałwią i wpuścił do niego zaskrońca. Odmówił wszystkie znane sobie modlitwy i czuwał przy niej przez trzy noce. O dziwo, wtedy spała dobrze. Potem stopniowo koszmary wracały.

– Nie czuję się tu bezpiecznie. To miejsce mnie nie chce. Ani mnie, ani naszych dzieci.

– Tu nas nikt nie znajdzie.

– Kto ma nas znaleźć, Waldek? Kogo się tak boisz?

Zacisnął dłonie w pięści.

– Po tym wszystkim, co przeszliśmy, jeszcze pytasz? Milicja obywatelska. Bezpieka. Nie chcę reszty życia spędzić w więzieniu. Tutaj mam spokój.

– Spokój?! – Zaśmiała się krótko i gorzko. – Ty nazywasz to spokojem? Tę ruinę, w której mieszkamy, te noce, kiedy coś chodzi po strychu, a ja budzę się z wrzaskiem? Chociaż w jednym masz rację: TY masz tu spokój. To MNIE prześladuje zło, które tu mieszka.

Waldek dopalił fajkę i postukał nią o kamień, żeby wysypać popiół. Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. Wiatr zaszumiał w koronach drzew, ławka zaskrzypiała pod ciężarem Jadwigi, kiedy ta się z niej podnosiła. Podeszła do grobów, przykucnęła i przesunęła palcami po jednym z kopczyków, tak lekko, jakby się bała, że obudzi śpiące w nim dziecko.

– Waldek – powiedziała spokojnie. Wiele razy wyobrażała sobie ten moment. Wreszcie poczuła, że jest gotowa. – Muszę stąd odejść. Skoro ty nie chcesz, zrobię to sama.

Zmrużył oczy, jakby nie wiedział, czy mówi poważnie.

– Co ty wygadujesz...

– Odchodzę. Z domu. Z doliny. Stąd. – Każde słowo było ostrzem wymierzonym w ich wspólną przyszłość. – Ja tu umieram, Waldek. I jeśli zostanę, to będziesz mnie musiał pochować między nimi.

– Nie masz dokąd iść.

– Mylisz się – szepnęła, choć jeszcze przed chwilą sama nie wierzyła, że będzie potrafiła to zrobić. Wciąż go kochała. Wciąż wierzyła, że jeszcze może im się udać. Tyle że nie tutaj. – Dokładnie wiem, dokąd pójdę i co muszę zrobić.

Waldek patrzył na nią długo, jak na osobę obcą, której twarz wydaje się znajoma.

Wstała z kolan i otrzepała spódnicę z ziemi. Spojrzała jeszcze raz na trzy kopczyki. Każdy był jak wyrzut sumienia i zostawiał wyraźną bliznę na jej duszy.

Waldek zrobił krok, jakby chciał ją zatrzymać. Ale nie podszedł. Kiedyś zrobiłby to bez wahania. Rzuciłby się jej na ratunek bez względu na to, czy atakowałby ją niedźwiedź, czy pochłaniałaby ją spleja. Tyle że tak było, zanim zamieszkali w tej przeklętej dolinie śmierci. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Teraz ledwie drgnął.

Wyraźnie widziała, że z Waldemara Jóźwiaka, którego znała, został jedynie cień.