Wieszanie - Jarosław Marek Rymkiewicz

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AU­TORA

Książka ta prze­zna­czona jest dla mi­ło­śni­ków hi­sto­rii oj­czy­stej - ta­kich, któ­rzy lu­bią czy­tać o tym, jak wy­glą­dało ży­cie pol­skie w daw­nych cza­sach i jak żyli nasi przod­ko­wie, ja­kie mieli przy­gody oraz oby­czaje. Mówi ona o wy­da­rze­niach, które miały miej­sce w War­sza­wie przed po­nad dwu­stu laty, mię­dzy po­łową kwiet­nia a po­cząt­kiem li­sto­pada 1794 roku. Jest w niej rów­nież mowa o kilku wy­da­rze­niach nieco póź­niej­szych i nieco wcze­śniej­szych, a także (dla przy­kładu oraz po­rów­na­nia) o wy­da­rze­niach, do któ­rych do­szło w tymże cza­sie w Wil­nie i w Kra­ko­wie. Nie zna­czy to, że moja opo­wieść zdaje sprawę ze wszyst­kich waż­nych wy­da­rzeń, które miały miej­sce w War­sza­wie w roku 1794. Tę kwe­stię do­sta­tecz­nie wy­ja­śnia ty­tuł książki - jej te­ma­tem są wy­da­rze­nia wią­żące się z wie­sza­niem na szu­bie­nicy, a więc, uj­mu­jąc to ina­czej, z le­gal­nym lub nie­le­gal­nym wy­ko­ny­wa­niem wy­ro­ków śmierci - nie­kiedy są­do­wych, a nie­kiedy wy­da­wa­nych spon­ta­nicz­nie przez lud War­szawy.

Książka hi­sto­ryczna - na­wet je­śli jej au­tor, ba­da­jąc i opi­su­jąc wy­da­rze­nia, które miały miej­sce w prze­szło­ści, ma także am­bi­cje tro­chę in­nego ro­dzaju i chciałby przy oka­zji zba­dać i opi­sać jesz­cze coś in­nego - po­winna być za­opa­trzona w przy­pisy lub noty bi­blio­gra­ficzne - ta­kie, które umoż­li­wia­łyby do­kładne umiej­sco­wie­nie (i ewen­tu­alne spraw­dze­nie) cy­ta­tów, a także wska­zy­wa­łyby wszyst­kie źró­dła, z któ­rych po­cho­dzą in­for­ma­cje. Spo­rzą­dza­jąc wska­zówki bi­blio­gra­ficzne, które miały być po­dane na końcu każ­dego z roz­dzia­łów, do­sze­dłem jed­nak do wnio­sku, że tych wska­zó­wek jest zbyt wiele i zaj­mują bar­dzo dużo, o wiele za dużo miej­sca - w nie­któ­rych wy­pad­kach ta­kie do­kładne wska­zówki bi­blio­gra­ficzne nie­mal do­rów­ny­wały wiel­ko­ścią roz­dzia­łom, do któ­rych się od­no­siły. Zre­zy­gno­wa­łem więc z ich opu­bli­ko­wa­nia - książka tak ob­cią­żona przy­pi­sami sta­łaby się trudno czy­telna, zaś dla czy­tel­nika, który nie za­mie­rza spraw­dzać au­tora (czy za­cy­to­wał coś do­kład­nie i wier­nie), war­tość ta­kich przy­pi­sów by­łaby ra­czej nie­wielka. Za­miast przy­pi­sów i not na końcu książki jest bi­blio­gra­fia - kto chciałby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o wie­sza­niu w roku 1794, może się­gnąć po wy­mie­nione tam dzieła, w więk­szo­ści dość ła­two (w fa­cho­wych bi­blio­te­kach) do­stępne. Ta bi­blio­gra­fia jest pełna - w tym sen­sie, że za­wiera wszyst­kie dzieła, z któ­rych ko­rzy­sta­łem w cza­sie pi­sa­nia.

Po­nie­waż re­guły pi­sowni pol­skiej, je­śli cho­dzi o na­zew­nic­two róż­nych obiek­tów miej­skich, bu­dowli, ulic, pla­ców, ogro­dów, a także na­zew­nic­two róż­nych in­sty­tu­cji, władz, or­ga­ni­za­cji są nie­kon­se­kwentne, mętne, w su­mie - nie­udane, a co gor­sza - od­wo­łują się czę­sto do nie­ja­snych od­czuć pi­szą­cego, mu­sia­łem wy­my­ślić na uży­tek tej książki (w któ­rej aku­rat na­zew­nic­two z tego za­kresu zaj­muje istotne miej­sce) moje wła­sne re­guły. Nie będę tu ich wy­czer­pu­jąco tłu­ma­czył, bo sprawa nie jest tego warta. Uj­mu­jąc to naj­ogól­niej, we wszel­kich na­zwach miejsc i obiek­tów sto­suję (choć nie­ko­niecz­nie kon­se­kwent­nie) duże li­tery wszę­dzie tam, gdzie to jest moż­liwe - tak, aby było ich jak naj­wię­cej.

Kiedy w tek­ście po­dane są tylko daty dzienne, mowa jest za­wsze o roku 1794. 9 maja lub 28 czerwca - to za­tem za­wsze 28 czerwca lub 9 maja w roku 1794. Je­śli po­daję datę dzienną od­no­szącą się do in­nego roku, do­daję do niej także datę roczną.

Po­dob­nie jak moje po­przed­nie książki en­cy­klo­pe­dyczne, także i tę nie­koń­czącą się opo­wieść można czy­tać na wy­rywki albo po ko­lei, dla przy­jem­no­ści albo dla po­żytku, dla na­uki albo dla za­bawy, a czy­ta­nie można za­cząć w do­wol­nym miej­scu - na po­czątku lub na końcu, a także w środku - czyli jak kto chce oraz jak kto lubi czy­tać. Za­le­cał­bym czy­ta­nie od środka lub od końca, bo­wiem tak wła­śnie tę książkę pi­sa­łem - tro­chę od środka, a tro­chę od końca.

DE­KA­PI­TA­CJA KSIĘ­CIA GA­GA­RINA

W tym miej­scu, gdzie te­raz, na rogu Kró­lew­skiej i Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia, stoi Dom bez Kan­tów, znaj­do­wał się wów­czas kom­pleks bu­dyn­ków, który na­zy­wano Kuź­niami Sa­skimi albo Kuź­nią Sa­ską. Kuź­nie, zbu­do­wane w roku 1726 dla króla Au­gu­sta II Moc­nego, zaj­mo­wały nie­mal do­kład­nie tę prze­strzeń, którą od roku 1934 zaj­muje Dom bez Kan­tów - od strony Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia stał tam wtedy pię­trowy bu­dy­nek, za­pewne miesz­kalny, w par­te­ro­wych skrzy­dłach od Kró­lew­skiej i od dzie­dzińca Pa­łacu Sa­skiego mie­ściły się staj­nie, a w środku, na we­wnętrz­nym po­dwó­rzu, umiesz­czony był bu­dy­nek owej Sa­skiej Kuźni, gdzie (jak można przy­pusz­czać) pod­ku­wano ko­nie kró­lew­skich gwar­dzi­stów. Jak ta sto­jąca na we­wnętrz­nym po­dwó­rzu Kuź­nia wy­glą­dała, nie po­tra­fię po­wie­dzieć - nie udało mi się do­trzeć do żad­nej ry­ciny, która by ją przed­sta­wiała; może być i tak, że żadna taka ry­cina nie ist­nieje. Trzeba więc wy­obra­zić so­bie Kuź­nię Sa­ską na po­do­bień­stwo każ­dej in­nej kuźni - sko­śny dach, kryty czer­woną da­chówką albo sza­rym gon­tem, pod nim sze­roko otwarte wrota, we­wnątrz ciem­ność, a w ciem­no­ści pa­le­ni­sko, mie­chy i ko­wa­dła, oraz ko­wale w dłu­gich skó­rza­nych far­tu­chach. Kto pa­mięta, jak wy­glą­dały kuź­nie (ja wi­dzia­łem je we wcze­snym dzie­ciń­stwie), jest tu w sy­tu­acji uprzy­wi­le­jo­wa­nej. Sły­chać stuk młot­ków i rże­nie koni, tych w staj­niach od ulicy Kró­lew­skiej, oraz tych, które, przy­wią­zane na we­wnętrz­nym po­dwó­rzu, cze­kają na swoją ko­lej. Re­gi­ment X pie­choty sze­fo­stwa Dzia­łyń­skiego - w skró­cie na­zy­wany w War­sza­wie re­gi­men­tem lub puł­kiem Dzia­łyń­skich, lub, jesz­cze kró­cej, Dzia­łyń­czy­kami - 17 kwiet­nia wy­szedł z ko­szar Ujaz­dow­skich, we­dług świa­dec­twa sztab­sle­ka­rza pułku, Jana Droz­dow­skiego (jego Pa­mięt­niki zo­stały opu­bli­ko­wane w roku 1883), o go­dzi­nie ósmej rano. "Ósma wy­biła, my­śmy ru­szyli przez pólko ku ale­jom". Do­wo­dzący re­gi­men­tem puł­kow­nik Fi­lip Hau­man miał za­miar przez Aleję, miej­sce na­zy­wane Krzyże lub Trzy Krzyże (czyli obecny Plac Trzech Krzyży), Nowy Świat i Kra­kow­skie Przed­mie­ście do­trzeć do Zamku, gdzie na przy­by­cie Dzia­łyń­czy­ków ocze­ki­wał Sta­ni­sław Au­gust Po­nia­tow­ski. W dro­dze do Zamku pułk Hau­mana mu­siał przejść obok roz­lo­ko­wa­nych w po­bliżu No­wego Światu od­dzia­łów ro­syj­skich. Opis prze­mar­szu, spo­rzą­dzony przez Wa­cława To­ka­rza w jego In­su­rek­cji war­szaw­skiej, mówi, że u wy­lotu Mo­ko­tow­skiej stały trzy kom­pa­nie je­ka­te­ry­no­sław­skich je­grów, a na ty­łach No­wego Światu, w oko­li­cach ka­mie­nicy Ca­brita i znaj­du­ją­cego się poza nią ogrodu zwa­nego Vau­xhall, dwa szwa­drony ach­tyr­skich szwo­le­że­rów. Je­ka­te­ry­no­sław­scy je­grzy i ach­tyr­scy szwo­le­że­ro­wie nie pró­bo­wali za­trzy­mać Dzia­łyń­czy­ków, po­dobno od­dano so­bie na­wet ho­nory woj­skowe i re­gi­ment do­szedł bez kło­po­tów nie­mal do miej­sca, w któ­rym Nowy Świat łą­czył się z Kra­kow­skim Przed­mie­ściem. Tam, przy skrzy­żo­wa­niu z ulicą Świę­to­krzy­ską, mu­siał się za­trzy­mać, bo­wiem na No­wym Świe­cie, za­my­ka­jąc do­stęp na Kra­kow­skie Przed­mie­ście, mię­dzy ko­ścio­łem Świę­tego Krzyża a ko­ścio­łem Do­mi­ni­ka­nów Ob­ser­wan­tów (te­raz tam, gdzie był ko­ściół Ob­ser­wan­tów, stoi Pa­łac Sta­szica), roz­miesz­czone były trzy roty z ba­ta­lionu sy­be­ryj­skich gre­na­die­rów. Mieli oni roz­kaz za­trzy­ma­nia każ­dego pol­skiego od­działu, który zmie­rzałby w kie­runku głów­nej kwa­tery Igel­ströma, czyli ro­syj­skiej am­ba­sady na ulicy Mio­do­wej. We­dług Pa­mięt­ni­ków o re­wo­lu­cji pol­skiej ro­syj­skiego ge­ne­rała Jo­hanna Ja­koba Pi­stora, kwa­ter­mi­strza wojsk ro­syj­skich sta­cjo­nu­ją­cych w War­sza­wie, gre­na­die­rzy sto­jący pod Ob­ser­wan­tami mieli trzy ar­maty. We­dług Dia­riu­sza Sta­ni­sława Au­gu­sta ro­syj­skich ar­mat, "za­cią­gnię­tych na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu", było pięć, we­dług Jana Ki­liń­skiego ar­mat było dzie­sięć. Ki­liń­ski twier­dził też, że stały one tro­chę da­lej, w głębi Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia - mniej wię­cej na tej li­nii, którą te­raz mo­gli­by­śmy po­łą­czyć bramę Uni­wer­sy­tetu z bramą Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Re­gi­ment Dzia­łyń­skich miał, jak twier­dził w swoim pa­mięt­niku An­toni Trę­bicki, "cztery po­lowe har­matki", opis To­ka­rza mówi, że pol­skich ar­mat było tylko trzy. To­karz, co temu wiel­kiemu hi­sto­ry­kowi rzadko się zda­rzało, w tym miej­scu swo­jej opo­wie­ści praw­do­po­dob­nie po­peł­nił błąd, bo­wiem o czte­rech pol­skich ar­ma­tach mowa jest też w Pa­mięt­ni­kach Droz­dow­skiego - były to "cztery ar­maty 6cio fun­towe". Sy­be­ryj­skimi gre­na­die­rami do­wo­dził puł­kow­nik Fio­dor Ga­ga­rin, ofi­cer znany i sza­no­wany, może na­wet lu­biany w War­sza­wie. Po­cho­dził on ze zna­nego ksią­żę­cego rodu i miał wtedy trzy­dzie­ści sie­dem lat. Do­wódcą ca­łego od­cinka był ge­ne­rał Mi­ła­sze­wicz, także po­dobno lu­biany przez Po­la­ków. Puł­kow­nik Hau­man pró­bo­wał z ro­syj­skimi do­wód­cami per­trak­to­wać, dwu­krot­nie wy­sy­łał do nich swo­jego ad­iu­tanta z za­pew­nie­niem, że re­gi­ment nie chce wal­czyć z Ro­sja­nami i nie za­mie­rza wziąć udziału w pol­skim po­wsta­niu, a udaje się do Zamku wy­łącz­nie po to, żeby bro­nić króla. Z po­dobną mi­sją - prze­ko­na­nia Mi­ła­sze­wi­cza i Ga­ga­rina, żeby prze­pu­ścili Dzia­łyń­czy­ków - przy­był pod ko­ściół Świę­tego Krzyża wy­słany przez Sta­ni­sława Au­gu­sta ge­ne­rał Sta­ni­sław Mo­kro­now­ski. We­dług wer­sji wy­da­rzeń, która znaj­duje się w pa­mięt­niku An­to­niego Trę­bic­kiego, książę Ga­ga­rin miał uznać, że Mo­kro­now­ski jest ge­ne­ra­łem Ko­ściuszki i po­wie­dzieć: "Wra­cajże, skąd przy­by­łeś. Ja tylko słu­cham roz­ka­zów Igel­ströma, ge­ne­rała mej mo­nar­chini". Do­szło wtedy do ja­kiejś słow­nej utarczki mię­dzy Ga­ga­ri­nem a Mo­kro­now­skim i kiedy pol­ski ge­ne­rał wsiadł pod ko­ścio­łem Świę­tego Krzyża na ko­nia i od­je­chał ze swoją świtą w kie­runku Zamku, sy­be­ryj­scy gre­na­die­rzy, na roz­kaz księ­cia, od­dali salwę w jego kie­runku. Mo­kro­now­ski uszedł z ży­ciem i wró­cił do Zamku, ale zgi­nęło dwóch uła­nów z od­działu, który to­wa­rzy­szył ge­ne­ra­łowi. Ta salwa, we­dług opo­wie­ści Trę­bic­kiego, stała się czymś w ro­dzaju sy­gnału, bo­wiem Dzia­łyń­czycy, usły­szaw­szy ją, za­częli strze­lać do Ro­sjan kar­ta­czami ze swo­ich trzech lub czte­rech po­lo­wych ar­ma­tek usta­wio­nych na skrzy­żo­wa­niu No­wego Światu i Świę­to­krzy­skiej. Sy­be­ryj­scy gre­na­die­rzy od­po­wie­dzieli ogniem ze swo­ich trzech, pię­ciu lub dzie­się­ciu ar­mat i w ten spo­sób roz­po­częła się naj­krwaw­sza bi­twa war­szaw­skiej in­su­rek­cji. Trwała ona mię­dzy Do­mi­ni­ka­nami Ob­ser­wan­tami a Pa­ła­cem Ka­zi­mie­rzow­skim mniej wię­cej pół­to­rej go­dziny, od dzie­sią­tej do wpół do dwu­na­stej, może pół go­dziny dłu­żej. Kiedy się za­koń­czyła, tam, gdzie te­raz jest brama Uni­wer­sy­tetu, wej­ście na Wy­dział Fi­lo­zo­fii, wy­lot ulicy Trau­gutta i jesz­cze tro­chę da­lej brama Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, schody pro­wa­dzące do pod­ziem­nego przej­ścia oraz Księ­gar­nia imie­nia Prusa, na jezdni nie było ani ka­wałka wol­nego miej­sca - jak pi­sał To­karz, "Kra­kow­skie Przed­mie­ście było po­kryte za­bi­tymi i ran­nymi". O zwy­cię­stwie Dzia­łyń­czy­ków, któ­rzy, praw­do­po­dob­nie gdzieś po go­dzi­nie je­de­na­stej, po­szli do ataku na ba­gnety (re­gi­ment, jak czy­tamy w Dia­riu­szu Sta­ni­sława Au­gu­sta, "po­szedł­szy na ba­gnety, wy­wró­cił i roz­pro­szył od­dział Ga­ga­rina"), o zwy­cię­stwie za­de­cy­do­wał więc może na­wet nie tyle ten atak, ile to, że tro­chę wcze­śniej kil­ku­na­stu żoł­nie­rzom, naj­lep­szym strzel­com re­gi­mentu, udało się do­stać, po wy­ła­ma­niu drzwi do klasz­toru Do­mi­ni­ka­nów Ob­ser­wan­tów, na wieżę do­mi­ni­kań­skiego ko­ścioła, zaś kil­ku­na­stu in­nym na wyż­sze pię­tra Pa­łacu Ka­ra­sia. Tych wy­bo­ro­wych strzel­ców re­gi­mentu Dzia­łyń­skich na­zy­wano kur­pi­kami - mieli oni zie­lone mun­dury i zie­lone okrą­głe ka­pe­lu­siki, a uzbro­jeni byli, jak pi­sał Droz­dow­ski, w "sztućce, co je zwano gwin­tów­kami. [...] Te sztućce tak biły do­no­śnie i cel­nie, że o 400 kro­ków nie chy­bił". Ostrzał pro­wa­dzony z wieży ko­ścioła oraz od strony Oboź­nej, a po­tem także z do­mów na Kra­kow­skim (skąd strze­lali do Ro­sjan cy­wile) cał­ko­wi­cie wy­eli­mi­no­wał z walki ro­syj­skich ar­ty­le­rzy­stów. Koło go­dziny wpół do dwu­na­stej ge­ne­rał Mi­ła­sze­wicz ka­zał swoim gre­na­die­rom za­prząc się do nie­przy­dat­nych ar­mat (koni już nie było) i za­rzą­dził od­wrót w kie­runku ulicy Kró­lew­skiej i ko­ścioła Pa­nien Wi­zy­tek. "Ra­żeni z okien ogniem żoł­nie­rzy pułku Dzia­łyń­skiego - pi­sał w Pa­mięt­ni­kach o re­wo­lu­cji pol­skiej Pi­stor - w ulicy Nowy Świat i Alek­san­dryj­skiej, spo­trze­bo­waw­szy już amu­ni­cję dzia­łową, cof­nąć się mu­sieli na Sa­ski plac". Ulica Alek­san­dryj­ska, a wła­ści­wie Ale­xan­dria, to ten od­ci­nek obec­nej ulicy Ko­per­nika, który łą­czy te­raz (i łą­czył wtedy) Nowy Świat z Or­dy­nacką. Ro­sja­nie wy­co­fy­wali się, cią­gnąc swoje pięć lub dzie­sięć ar­mat po tru­pach, a za nimi, po tru­pach, szli Dzia­łyń­czycy. Był to, w ca­łych na­szych dzie­jach oj­czy­stych, je­den z naj­pięk­niej­szych ata­ków na ba­gnety. Przy­po­mi­nam tu tę wspa­niałą scenę, bo zdaje się, że obec­nie mało kto o niej pa­mięta - re­gi­ment Dzia­łyń­skich szedł do ataku na ba­gnety całą sze­ro­ko­ścią Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia, od Pa­łacu Sta­szica (to zna­czy od Do­mi­ni­ka­nów Ob­ser­wan­tów) i da­lej, mię­dzy bramą Szkoły Ry­cer­skiej a ko­ścio­łem Świę­tego Krzyża. Ich gra­na­towe mun­dury, ich żółte na­ra­mien­niki i koł­nie­rze, ich ró­żowe ra­baty, ich błysz­czące w słońcu war­szaw­skiego kwiet­nia ba­gnety i pa­ła­sze mię­dzy bramą Uni­wer­sy­tetu i przy­stan­kiem au­to­bu­so­wym przed Księ­gar­nią imie­nia Prusa! "Gdy pułk cały ru­szył na­przód - pi­sał Droz­dow­ski - szli­śmy po tru­pach nie­przy­ja­ciół aż do króla Zyg­munta". Praw­do­po­dob­nie za­raz po za­rzą­dze­niu od­wrotu, jesz­cze pod ko­ścio­łem Świę­tego Krzyża, ge­ne­rał Mi­ła­sze­wicz zo­stał ciężko ranny i może wła­śnie dzięki temu oca­lał - wszyst­kie bramy na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu były za­ta­ra­so­wane, ale Ro­sja­nie, wy­co­fu­jąc się, wy­ła­mali jedną z nich i ukryli ran­nego do­wódcę w któ­rymś z do­mów. Książę Fio­dor Ga­ga­rin, który prze­jął do­wódz­two po Mi­ła­sze­wi­czu, zgi­nął kil­ka­na­ście mi­nut, może pół go­dziny póź­niej. Opo­wieść o jego śmierci znana jest w dwóch wer­sjach. We­dług wer­sji pierw­szej książę, rów­nież ranny pod ko­ścio­łem Świę­tego Krzyża, je­chał na ko­niu, któ­rego pro­wa­dzili jego sy­be­ryj­scy gre­na­die­rzy, osła­nia­jący za­ra­zem swo­jego do­wódcę przed ostrza­łem od strony Pa­łacu Ka­ra­sia i od strony Placu Sa­skiego. Tych gre­na­die­rów, wy­co­fu­ją­cych się w kie­runku Mio­do­wej i Zamku, nie było już chyba wielu, jak pi­sał dwa dni póź­niej, w li­ście do Dre­zna, sa­ski dy­plo­mata Jo­hann Ja­kob Patz, "ba­ta­lion ów [sy­be­ryj­skich gre­na­die­rów] zo­stał zma­sa­kro­wany nie­mal cał­ko­wi­cie obok ko­ścioła Świę­tego Krzyża". Gdzieś w po­bliżu ko­ścioła Wi­zy­tek książę zo­stał ranny po raz drugi i na skrzy­żo­wa­niu Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia z Kró­lew­ską zsu­nął się z ko­nia, może stra­cił przy­tom­ność. Gre­na­die­rzy wzięli go na ręce i za­nie­śli do Kuźni Sa­skiej - na to we­wnętrzne po­dwó­rze, o któ­rym była mowa wy­żej. Tam po­ło­żono go na stole i - we­dle re­la­cji Droz­dow­skiego - ktoś, ja­kiś le­karz (nie wia­domo, pol­ski czy ro­syj­ski), za­czął opa­try­wać jego rany. "Tam wi­dzia­łem księ­cia - pi­sał Droz­dow­ski - i przy nim le­ka­rza z in­stru­men­tami chi­rur­gicz­nymi w ręku". Trwało to kilka mi­nut, po­tem do Kuźni Sa­skiej we­szło kil­ku­na­stu lu­dzi, któ­rzy (jak się zdaje) wal­czyli z Ro­sja­nami na Placu Sa­skim, i ten ktoś, kto opa­try­wał rany Ga­ga­rina, zo­stał ode­pchnięty. W pa­mięt­niku Ka­rola Wojdy (O re­wo­lu­cji pol­skiej w roku 1794) mowa jest o tym, że od księ­cia za­żą­dano, żeby się pod­dał, lecz żą­da­nie to zo­stało przez niego od­rzu­cone. "Był to - pi­sał Wojda - młody i godny ofi­cer, sza­no­wany od Po­la­ków, lecz wzy­wany o żą­da­nie par­donu, gdy go żą­dać nie chciał, po­legł". Jedna z re­la­cji mówi, że pierw­szy cios miał za­dać księ­ciu do­brze mu znany woź­nica ka­rety, który przez kilka lat wo­ził go w War­sza­wie. Pa­ła­szami, kor­de­la­sami i rzeź­ni­czymi roż­nami księ­cia Ga­ga­rina przy­bito do stołu, na któ­rym le­żał. Druga wer­sja, praw­do­po­dob­nie bliż­sza prawdy (w tym sen­sie, że czę­ściej po­ja­wia­jąca się w re­la­cjach; Wa­cław To­karz w In­su­rek­cji war­szaw­skiej przyj­mo­wał jed­nak wer­sję pierw­szą), ta wer­sja może bliż­sza prawdy mówi więc, że książę nie do­tarł do Kuźni Sa­skiej i nie zo­stał tam wnie­siony przez swo­ich żoł­nie­rzy, lecz zgi­nął, kiedy, ranny, zna­lazł się na rogu Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia i Kró­lew­skiej, tuż obok Domu bez Kan­tów. "Nie­szczę­śliwy i praw­dzi­wie godny sza­cunku Ga­ga­rin - pi­sał An­toni Trę­bicki - [...] chcąc pod Kuź­nią Sa­ską opa­trzyć swą ranę, ja­kiś ko­wal­czyk, wy­padł­szy z Kuźni, sie­kierą czyli in­nym że­la­zem ży­cie mu ode­brał". We­dług jesz­cze tro­chę in­nej wer­sji ranny książę pod­je­chał na ko­niu pod Dom bez Kan­tów, a wtedy z Kuźni Sa­skiej wy­szedł chło­piec w skó­rza­nym far­tu­chu, cze­lad­nik ko­wal­ski, nie­mal dziecko, z wielką, roz­pa­loną do czer­wo­no­ści sztabą że­laza - i do­się­gnął tą sztabą (chyba mu­siał pod­sko­czyć, je­śli książę sie­dział na ko­niu) do karku Ga­ga­rina. Sztaba ude­rzyła w kark, prze­cięła, może prze­pa­liła szyję, głowa Fio­dora Ga­ga­rina od­pa­dła od ciała i po­le­ciała na jezd­nię, jeź­dziec bez głowy za­chwiał się w sio­dle, ale ścią­gnął cu­gle i utrzy­mał rów­no­wagę, a jego głowa upa­dła w tym miej­scu, gdzie te­raz, vis?-a-vis ko­ścioła Pa­nien Wi­zy­tek, u wy­lotu Kró­lew­skiej, stają na czer­wo­nych świa­tłach sa­mo­chody, ja­dące od strony ho­telu Vic­to­ria i za­mie­rza­jące skrę­cić na prawo w Kra­kow­skie Przed­mie­ście - i po­to­czyła się pod koła sa­mo­cho­dów.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki