Wierzyciele swatami - Xavier de Montépin

Kup ebooka

4.99 zł
4.29 zł (4,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

VII. Mikołaj Bouchard de Montmorency

 

Willa a właściwie zameczek pana Mikołaja Bonchard należał do owych domków, tak częstych w okolicach Turyngii, mających wspaniałą powierzchowność i dachy z grzbietem ołowianym.

Wchodząc do parku, potrzeba było przejść fosę i most zwodzony, jakby do rodzaju fortecy, której nic nie brakło, bo nawet najeżone miała ściany kolcami żelaznemi.

Dwie małe armatki z cynku, które czas pokrył barwą bronzu, tem więcej podnosiły znaczenie fortecy. Widać było z lekka zatarty herb; który Mikołaj Bouchard zmuszony, uledz żądaniom prokuratora kazał zniszczyć.

- A co? panie hrabio? zapytał Gerard, czy to nie pieścidełko?

- Prawdziwa dekoracja z teatru Opery.

W chwili kiedy powóz wjechał na most, dały się słyszeć dźwięki rogu.

- Co to jest? Zwyczaj średniowieczny wprowadzony u mojego przyjaciela Mikołaja Bouchard, odparł tapicer uśmiechając się. Róg zastępuje tu bojową trąbę.

- A to wesołe, szepnął hrabia. Jeżeli małżeństwo przyjdzie do skutku, będę miał najdziwaczniejszego w całej Francji teścia.

Mikołaj Bouchard uprzedzony od dwóch dni o wizycie arystokratycznej, oczekiwał z upragnieniem przybycia hrabiego i ujrzawszy wspaniały powóz podjeżdżający na peron, oraz herby i lokai, nie mógł się powstrzymać od wykrzyku radości.

- A! pan hrabia, zawołał podbiegając do powozu, zanim przybywający zdołali wysiąść, to uroczysty, bardzo uroczysty dzień dla mnie, gdy mara przyjemność przyjmowania w mojej ubogiej chacie przedstawiciela jednej z najstarszych rodzin szlachty francuzkiej.

- Honor to dla mnie prawdziwy, odparł hrabia, że mogę poznać pana dobrodzieja, radość to rzetelna, którą zawdzięczam naszemu wspólnemu przyjacielowi.

Ex-korkarz rzeczywiście w całej postawie zdradzał typ dawnego mieszczanina, zbogaconego z przemysłu.

Wzrostu mniej jak średniego, odznaczał się wydatnością brzucha, na wielkich, rozłożystych ramionach spoczywała równie wielka głowa. Twarz barwy nadmiernie czerwonej wchodzącej w fioletowa, zdradzała usposobienie do apopleksji.

Ubrany jak na wieś zbyt starannie, zbyt wykwintnie, zdawał się być rzeczywiście czemś wyższem, rodzajem udzielnego panka, podlegającego eleganckim fantazjom.

Lebel-Gerard z pewną wewnętrzną satysfakcją studjował we wszystkich szczegółach jego ubranie i sam do siebie mówił:

- Prawda że jest nieco śmiesznym, ale jako przyszły teść rzeczywiście wspaniały.

Szukając zaś oczami Pawła Nancey i powstrzymując śmiech, dodał tym samym głosem.

- Co też hrabia powie!

- Panie hrabio, odezwał się Mikołaj Bouchard, ściskając obie ręce młodego człowieka, którego już prawie uważał jako przyszłego zięcia, mój zacny przyjaciel Lebel-Gerard, radca municypalny i kawaler legii honorowej, obudził we mnie nadzieję, że hrabia zaszczycić raczysz nasz skromny obiadek. Powiedz mi więc otwarcie, czy nie odmieniłeś pan swego zamiaru?

- Owszem przyjmuję z całego serca, odparł hrabia.

- A to dobrze. To mnie rozrzewnia. Będziemy jak rodzina. Pokosztujesz pan win z mojej piwnicy. Wiem że się panu spodobają... Wypijemy za pomyślność dawnych czasów... Jak się panu to zdaje?

- Niezmiernie mnie to cieszy.

- I mnie także.

- Raczcie więc panowie pójść za mną, przyczem sam postępował przodem.

Naprzód tedy weszli do rodzaju westibulu prawdziwej zbrojowni aleji niezmiernie wątpliwej starożytności, było to tylko niezręczne naśladownictwo.

Za westibulem następowały dwa salony, jeden wykładany czarnem drzewem, drugi obity flamandzką materją, dla którego właśnie Gerard dostarczył sprzętów sięgających czasów starożytnych.

We wszystkich oknach kształtu kwadratowego, szyby były ze szkła kolorowego, pomalowane drobniutkimi herbami. Prokurator w tym razie nie mógł wcale przeszkodzić i mniemany potomek Montmorency, już obawy malował co mu przyszło do głowy.

Nareszcie dotarli aż do sali jadalnej.

Sala ta była tryumfem Lebela-Gerard, który tu nagromadził rozmaite szczegóły przypominające dawne czasy oraz ustawił meble najcenniejsze.

Stół olbrzymi z snycerskiemi ozdobami, okryty wspaniłaym kobiercem, zastawiony był zimnemi potrawami i napojami.

- Jakże panie hrabio, odezwał się Montmorency, nalewając wino w duże kieliszki w kształcie tulipanów, jakże się podobał panu mój mały zameczek?

- Jestem nim olśniony, odparł hrabia.

- E! mój Boże, mówił Mikołaj Bouchard, cóż to za rolę odgrywać może ta skromna chałupka w porównaniu z wspaniałemi zamkami naszych praojców. Cóż się da porównać z dawniejszemi olbrzymami? My, klasa średnia, jesteśmy liliputami.

- O, wierz mi pan, każdy z nas niezawodnie udusiłby się w zbroi i nie byłby zdolny dźwignąć ciężkiej rycerskiej szablicy.

- O to tylko skromność zbyteczna. Ja, com zamiłował pamiątkę przeszłości, lubię otaczać się przedmiotami zabytków starożytnych. Dla mnie kącik ten przepełniony zabytkami sztuki średniowiecznej stał się ulubionem, uroczem siedliskiem. Ja oddycham dopiero wówczas, gdy się znajdę pod dachem wielkich przodków.

- O, niezawodnie, wszystko to zasługuje na szczególną uwagę, a ja stokroć wyżej je cenię, wiedząc z jakim trudem zbierałeś pan te perły minionej przeszłości.

Mikołaj Bouchard w istocie rozrzewniony, pochwycił za ręce hrabiego de Nancey i uścisnął je w swoich serdecznie.

- A panie hrabio! rzekł, mówisz pan jak uczone dzieło, a jednak jeszcze nie zapoznałeś się z najpiękniejszem, co jest niezawodnie o wiele czarowniejsze, o wiele pełniejsze uroku, droższe niż to wszystko, co tu jest zebrane.

- Z czem? zapytał Paweł zaciekawiony.

- Z moją córką, odezwał się poczciwina.

- Wiem już o tem, że panna Bouchard jest osobą zupełnie skończoną, odparł hrabia, i będę nawet niezmiernie ukontentowany, gdy raczysz mi pozwolić ujrzeć ją jak najwcześniej.

- Owszem, uczynię wedle woli pana hrabiego, rzekł Montmorency.

- Radbym natychmiast.

- Bardzo dobrze. Małgorzata niezawodnie jest w małym saloniku obok parku, tam bowiem spędza dni całe rysując lub grając na fortepianie, ponieważ kochane dziecko rysuje i gra jak anioł. O! jej edukacja kosztowała bardzo drogo, nie żałuję przecież pieniędzy, ponieważ moja mała nadzwyczajną odniosła korzyść. Czy zatem pragniesz pan abyśmy sami ją poszukali, czy też aby pierwsza ochmistrzyni, zapowiedziała jej nasze przybycie.

- Jeżeli to nie sprawi jakiej przykrości pannie Małgorzacie, radbym sam pójść i przywitać ją.

- Chodźmy, odezwał się Bouchard, przejdziemy przez aleję lipową, ponieważ jest tam sporo cienia a i tym sposobem zwiedzimy zarazem i część parku. Nie jest on tak obszerny jak naszych ojców, ale zawsze jest on wielki.

I dwaj goście prowadzeni przez gospodarza, poszli drogą ku parkowi.

 

III. Oryginalna propozycja.

 

- Nie jestem w stanie wam zapłacie, mówił hrabia.

Hałas ogólny zagłuszył mówiącego. Wszyscy zaczęli razem krzyczeć. Twarze ożywiły się. Głosy mówiących przybierały ton coraz groźniejszy.

Pan hrabia najobojętniejszy na wszystko, wybrał sobie cygaro i zapalił.

Wielki z początku hałas zaczął powoli przycichać.

Gobert dał znak milczenia i zbliżywszy się do hrabiego rzekł:

- Panie hrabio, nie jesteśmy znowu tak bardzo naiwni, jak się to panu zdaje...

- Ależ, odparł młodzieniec, ja panów nie posądzam o to.

- Mówmy otwarcie, rzekł Gobert, pan wiesz, że mamy prawo pana ścigać i pan starasz się jedynie zyskać na czasie. Otóż my na to nie zgadzamy się.

- Nie, nie! dodali inni.

- Zaraz się panom wytłómaczę, odparł hrabia.

- Owszem.

- Oto, szkoda słów na powtarzanie jednej i tej samej piosenki. Wcale nie mam zamiaru żądać od panów jakiejś prolongaty, nie potrzebuję zyskiwać na czasie, ponieważ jestem zrujnowany, zrujnowany bez ratunku.

Nowy krzyk, ale daleko groźniejszy jak przedtem. Gobert tymczasem zaczął znowu gestykulować i zdołał uspokoić kolegów, poczerń mówił:

- Zrujnowany, być może. Możesz pan jednak uregulować się, gdybyś chciał zapłacić wszystkie swoje długi. Idzie tu bowiem o małe wywłaszczenie... Posiadasz pan w Paryżu pałac, którego cena wynosi co najmniej 350 tysięcy franków, w Normandji, niedaleko Caen, posiadłość ziemską, ocenioną na 400 tysięcy franków, a zatem ogólnie 750 tysięcy franków. Tak przynajmniej oceniają pański majątek. Zamieniwszy zatem to na gotówkę, z łatwością da się zapłacić 300 tysięcy długu. Wierz mi panie hrabio, że doskonale zostałem przed dworna laty poinformowany w tym względzie... Działałem jak człowiek rozumny...

Przyczem Gobert uśmiechnął się zwycięzko.

Nadzieja ożywiła serca wierzycieli, zamienili ze sobą spojrzenia bardzo znaczące.

Pan de Nancey wydobył z portfelu dwa arkusze papieru stemplowego zapisanego od góry do dołu.

Niestety! panie Gobert, spóźniliście się, odparł hrabia, wiadomości pańskie przed dwoma laty były bardzo rzetelne, teraz jednak zmieniły się okoliczności. W roku zeszłym, chciałem jak wszyscy nierozsądni grać na giełdzie, zdwoić mój majątek i płacić długi. Otóż tedy w Towarzystwie Kredytowem zastawiłem moje wszystkie dobra za 700 kroć sto tysięcy franków i wszystkie co do grosza straciłem na giełdzie. Oto kopia aktów hipotecznych... możecie je sprawdzić.

Ten ostatni przejrzawszy papiery, zawołał:

- Okradzeni! Jesteśmy okradzeni!

- Okradzeni! powtórzyli wszyscy.

- Jakby w lesie Bondy!

- To niegodnie! To haniebnie! krzyknęli wierzyciele. Pan hrabia jest...

Nie mieli czasu na dokończenie frazesu.

Paweł pobladły, głosem doniosłym, strasznym, którego dźwięki słychać by było nawet podczas huraganu, zawołał:

- Żadnych obelg, panowie. Ostrzegam panów, że żadnych nie ścierpię, bo jakkolwiek jestem waszym dłużnikiem, pociągnę wszystkich do surowej odpowiedzialności przy najmniejszym wyrazie... Powiadam, że unikajcie ze mną kłótni, w waszym to bowiem leży interesie. Mówiliście niedawno o zakończeniu serjo waszego posiedzenia, bardzo dobrze. Od was zatem zależy abyście nie stracili ani grosza.

Każdy wierzyciel jest najwrażliwszem w świecie stworzeniem. Jedno nie doprowadza go do rozpaczy, jedno nie uspakaja i wprowadza do krainy marzeń. Często dość jednego wyrazu aby zażegnać burzę.

Jednem słowem, wierzyciel jest tygrysem, którego najsłabsza nadzieja, najniepewniejsza, często himeryczna prawie drobnostka, może zmienić w baranka.

Ostatnie wyrazy pana Nancey, wyrazy trudne do usprawiedliwienia, po przyznaniu się do zupełnej ruiny, uspokoiły nagle wszystkich. Dziki wyraz twarzy zmienił się w uśmiech, a nawet najzaciętszy z wierzycieli przybrał postawę pokorną.

- Wybornie moi kochani, teraz widzę, że jesteście ludźmi dobrze wychowanymi i szczerze wam tego winszuję. Do czegóż mogłaby doprowadzić ta wrzawa nierozsądna? Krzyk wcale nic działa na mnie. Przeklinajcie giełdę na której tyle straciłem, ależ moi panowie nie macie się o co gniewać, strata ta nie zmniejszyła wcale waszych kapitałów. Byłem w tym razie filozofem i zalecam wam ten środek jako najskuteczniejszy.

Dało się słyszeć szemranie. Wszyscy wierzyciele nie spodziewali się wcale od hrabiego lekcji filozofii.

Hrabia mówił dalej:

- Nie nadużywałem waszej cierpliwości moi przyjaciele, ale jedynie prosiłem, abyście posłuchali mnie jeszcze jedną chwilkę. Potrzeba było mówić o sobie, abyśmy mogli przyjść do zamierzonego celu. W mojem nieszczęściu co przedsięwziąść, co począć. Zastanawiaem się nad tem w rozmaity sposób, zdaje mi się, zdecydowałem się już... Widziano wielu młodych ludzi zrujnowanych tak samo jak ja, a jednakże kiedy zajęli się energicznie pracą, w części przynajmniej powrócili sobie majątek... Ja ich naśladować nie mogę. Znam siebie bardzo dobrze. Przywyknienie i potrzeba życia pełnego przyjemności, nigdy nie pozwoli mi zająć się czemkolwiek... Walczyć przeciwko nędzy jest dla mnie memożliwe. Pytam się panów, czy jestem stworzony do wegetacji, do życia i utrzymania się z 3000 płacy. Czyliżby mi one wystarczyły na utrzymanie koni wyborowej rasy, pięknych kobiet, na obiady wykwintne i cygara? Nigdy, nigdy! Wyśmianoby mnie, gdybym jechał omnibusem. A wreszcie cóżbyście skorzystali z mojego heroizmu. Nie spłaci się trzech kroć sto tysięcy franków, z tysiąca franków rocznego wynagrodzenia. Nie mówmy zatem o pracy. Mogę sobie w łeb strzelić... Myślałem o tem, i kto wie czy tego nie zrobię. Jest to rozwiązanie bardzo praktyczne i nie obowiązujące do niczego. Nie byłożby to stosowniej żyć jak obecnie, a nawet lepiej jeszcze, mieć konie, powozy, pierścienie, biżuterją, spłacić wszystkie razem długi i niczem się nie kłopotać; niczem nie zajmować. Co mówicie na to? Jest to sen przyjemny nie prawdaż? Otóż sen ten jeżelibyście zdecydowali się mi dopomódz, mógłby się urzeczywistnić niewątpliwie. Cała tajemnica w tych trzech wyrazach: Czy mi dopomożecie?

- To zależy... odpowiedział pierwszy.

- Jeżeli nie będzie potrzeba pieniędzy, to zobaczymy, dodał drugi.

- Na wszystko się zgadzam, ale pieniędzy nie dam, dodał trzeci.

- O bądźcie spokojni, rzekł Paweł, nic nie stracicie a zyskacie jeszcze.

- Jak to?

- Zobaczycie... Nie mam ani pałacu, ani zamku ani wioski, ani kredytu... Obligacje i kupony od akcji, wszystko, jednem słowem, poszło; ale pozostał mi najcenniejszy kapitał...

- Kapitał? zawołali wierzyciele. Jaki?

- Moja osoba. Ja sam; to aż nadto. Mam lat 28, białe zęby i włosy czarne jak kruk... Mogę się pomieścić i znaleść jak należy w najpierwszem towarzystwie wielkiego świata, damy uważają mnie jako pięknego mężczyznę, a wreszcie nazywam się: Pawel Armand, Gaston, hrabia de Nancey, jest to stare nazwisko, ze starszym jeszcze herbem... Wszystko to warte milion... Potrzeba tylko znaleśc mi małżonkę wykształconą z pieniędzmi...

- Zgadzamy się. Ale gdzież jest ta kobieta? odezwał się tapicer.

- Gdzie jest? nie wiem i nic mię to nie obchodzi... Ja jej wcale szukać nie myślę...

- Któż więc?

- Wy, moi kochani przyjaciele.

- My! wykrzyknęli razem.

- Tak jest, i znajdziecie ją, jeżeli będziecie dobrze szukali. Któż to uczyni jeżeli nie wy! Pojmujecie dobrze, że osobiście nie mogę zajmować się tą sprawą. Poszukiwania odbywać się powinny w części świata i w społeczności mnie wcale nieznanej... Widzę rzeczy tak jak się one przedstawiają. Ażeby pozyskać majątek, trzeba dopuścić się mezaliansu. Przyszła hrabina de Nancey musi być sobie przystojna mieszczka, dość znośna, pragnąca zostać wielką damą i jeździć w powozie z herbem. Wasz proceder należy do wyższej sfery, macie styczność z ludźmi bogatymi, z rodzinami, które doszły do majątku przez spekulacją lub handel... To właśnie w tej kopalni złota, należy mi szukać żony... Będziecie pracować korzystnie dla siebie i dla mnie... Postępowanie w tym razie nie wymaga zbytnich zdolności. Chwalcie mnie jak umiecie, a nawet jeżeli podobna, przesadzajcie w pochwałach. Niech będę w waszych oczach czemś nadzwyczajnym, feniksem, białym krukiem. Czyńcie wszystko aby ten rodzaj handlu czy spekulacji, przyniósł nam wszystkim znakomite korzyści. Naśladujcie w tym względzie naszego przyjaciela pana Meyer, który chcąc sprzedać konia, mówi o nim niestworzone rzeczy... słuchajcie jak to on mówi, deklamuje... Naśladujcie go panowie, powtarzam... Wreszcie nie przesadzicie w pochwałach, gdyż jestem człowiekiem dobrego tonu i dystynkcji... jestem eleganckim młodzieńcem w całem znaczeniu tego wyrazu... nie mam innych wad, prócz chęci wydatkowania ile się da i używania przyjemności... Małżeństwo mnie poprawi... tak się spodziewać należy...

- Niewątpliwie, rzekł Lebel-Gerard, który odrazu stał się optymistą...

- Wreszcie jak pan hrabia będzie znowu bogatym, odezwał się jubiler, po co się ścieśniać.

- Pan hrabia zbytnie się potępia, mówił z kolei handlarz końmi, najbardziej rozpustni kawalerowie, bywają najprzykładniejszymi mężami... Młodzi ludzie są jak źrebaczki, którym potrzeba dać zupełną swobodę, dać się im wybujać na przestrzeni, zanim się ich użyje do zaprzęgu w powozie lub pod siodło.

- Najzupełniejsza racja, dodał Paweł. Z prawdziwą rozkoszą przekonywam się że mnie zrozumieliście. Mam nadzieję, że na nowo zapanuje między nami dawna harmonja. Rachuję na was! Rachuję na was! Nie potrafię wam się wywdzięczyć jak należy. Pozwólcie mi jednak powiedzieć, że jakkolwiek nie jestem ani przesądnym ani zabobonnym, nie znoszę jednak wcale śmieszności. Zaślubię każdą jaką mi przedstawicie, nie wymagam zbyt wiele, niech tylko będzie młoda i nie bardzo brzydka. W żadnym razie nie zgodzę się na ozdobienie tytułem hrabiny, starej, garbatej baby.

- O pan hrabia może być spokojny, zawołał Lebel-Gerard, nie zaproponujemy panu nic takiego, coby nie było godne hrabiowskiego tytułu.

- Pan hrabia jest zanadto dobrym znawcą, aby się pozwolił "omamić", odparł Meyer w sposobie zwykłym swej obrazowej wymowy.

- Pamiętajcie jeszcze i to, żeby majątek przyszłej hrabiny był wystarczającym. Wam trzeba wypłacić 300 tysięcy, 700 kroć na wykupno mego pałacu i majętności wiejskiej, a chciałbym też żeby i dla mnie pozostał przyzwoity kapitalik. Otóż tedy minimum, majątek wynosić powinien 1,200.000 franków.

- Bardzo naturalnie, rzekł Meyer, pan hrabia wart daleko więcej.

- Przypuśćmy, że potrzeba na to co najmniej miesiąc, więc spodziewam się, że przez ten czas żaden z was nie uczyni najmniejszej wzmianki, nie zaczepi mię nigdy i nie przypomni się o dług; że nie będzie między nami żadnej sprzeczki i że nie ujrzę wcale stemplowego papieru.

- Do licha! Wszak to samo przez się rozumie się. Nawet kapitaliści, o których wspominałem schowają weksle do portfelów i czekać będą na termin oznaczonej wypłaty.

- Wszystko więc ułożone, rzekł Nancey, możemy zatem rozstać się jako prawdziwi przyjaciele, aby się znowu zobaczyć w warunkach daleko przyjaźniejszych.

Wierzyciele zupełnie uspokojeni opuścili pałac, składając hrabiemu powinszowania wszelkiej pomyślności.

Dawid Meyer usiadł do powoziku, którym sam kierował; Gerard pomieścił się w ekwipażu, gdyż posiadał rzeczywiście bardzo elegancki powóz.

Hrabia pozostawszy sam, otworzył okno, aby jak mówił, oczyścić powietrze z woni wierzycieli.

Poczem złożywszy napowrót papiery i zamknąwszy portfel roześmiał się wesoło:

- Otóż tedy sam wszedłem do jaskini tygrysów, i jestem zdrów i cały. Pokonałem dzikie zwierzęta, sprawa jaką im przedstawiłem jest pomysłem genialnym. Miałem dziewięciu okrutnych wierzycieli, teraz mam swatów weselnych, którzy energicznie zajmą się mojem ożenieniem. Nie tylko że mnie nie pożrą, ale przeciwnie żywić będą... Będę bogatym i żonatym. Żonatym? Ja? a to śmieszne. W tym świecie nic nie jest niepodobnego. Każą mi się żenić. Dobrze, ożenię się, a właściwie to moja żona pójdzie za mąż... ja zawsze kawalerem pozostanę.

 

II. Dłużnik.

 

Wierzyciele usiedli.

Nancey zajął miejsce wprost nich, z drugiej strony stołu jaki stał niedaleko, a na którym, wchodząc, położył portfel.

Przycisnął teraz guzik, otwierający misternej roboty sprężynę. Usłyszano małe trzaśnięcie i portfel otworzył się, okazując wnętrze swe zdziwionym.

Wierzyciele z mocnem biciem serca czekali na tę chwilę dramatyczną. Ich oczy błyszczały ogniem chciwości i pożądania, jak oczy kota czatującego na pochwycenie myszy.

Niestety! portfel w swych składach miał jedynie mnóstwo rachunków, ale ani jednego biletu bankowego.

Nieobecność tak pożądanego przedmiotu, znakomicie wpłynęła na osłabienie uśmiechu a z nim razem iluzji.

Należało wszakże wysłuchać tego co mówi p. Nancey, jakoż mimo pochmurzonych twarzy, żaden nie pisnął ani słowa.

Fizjonomia Pawła zawsze uśmiechająca się, czyniła najgorsze wrażenie, hrabia jednak jakkolwiek zauważył zmiany na obliczach, nie stracił wcale dawniejszej swobody.

Pan Nancey był bardzo pięknym, jak to już wspomnieliśmy, lecz urocza jego twarz nie darzyła ani dobrocią ani szczerością, kiedy młodzieniec nie panował nad sobą (co mu się rzadko zdarzało), miał spojrzenie fałszywe a nawet złośliwe.

Paweł z chłodną obojętnością, wydobył z portfelu rozmaite noty i rachunki i ułożył je przed sobą w porządku, jak to zwykli czynić mówcy w izbie, przygotował on dowody i dokumenta mające poprzeć jego rozumowania zwycięzkie.

Tak tedy zaczął:

- Nie wątpicie zapewne panowie, że kiedym zadał sobie tyle trudu aby was wszystkich tu zgromadzić, będziemy mówili niezawodnie o naszych sprawach i interesach. Wszak domyśliliście się tego. Co?

- Tak, niby.

Paweł uśmiechnął się.

- Byłem pewny, że nic nie ujdzie waszej uwagi. O tak, mamy wspólny interes, co mnie niezmiernie cieszy. Jakkolwiek nie jesteście dla mnie wcale wierzycielami, to przecież ja zawsze jestem waszym dłużnikiem i pragnę być nim jeszcze dłużej. Chciałbym wam być daleko więcej dłużnym. O tak, słowo honoru, chciałbym być dłużnym daleko więcej.

Tu odezwały się westchnienia ale bardzo ciche.

- Ba! szepnęli niektórzy półgłosem.

- Pan hrabia nam i tak sporo dłużny, odezwali się niektórzy.

- Dla czegóż zatem pragniesz pan powiększenia się długu?

- Pojmiecie to natychmiast moi przyjaciele, odezwał się hrabia z swym uśmiechem, coraz bardziej żartobliwym.

Przyczem włożywszy w oko szkiełko, zaczął przeglądać arkusz papieru zapełniony cyframi i rzekł:

- Mając na względzie odwieczną zasadę i nieodmienny pewnik: "że dobre rachunki czynią dobrych przyjaciół" przytem pragnąc utrzymać i nadal sympatją moich drogich dostawców, postanowiłem uporządkować jak należy moje rachunki. Znam moje położenie bardzo dobrze, a może nawet lepiej niż przysięgły taksator, oceniający upadłość, chciałbym przytem dać wam najdoskonalsze sprawozdanie z obrotu funduszów, zanim się ze sobą pożegnamy. Nie wątpię, że nasza pogadanka utwierdzi jeszcze silniej naszą dotychczasową zgodę i harmonię.

Wstęp tak tajemniczy i ciemny nie zadowolnił nikogo. Wierzyciele pytali siebie wzajemnie, dokąd ich hrabia zaprowadzi i uczuli drżenie nerwów.

- Tutaj, rzekł Paweł, opierając palec na pliku papierów, tutaj znajduje się lista wierzycieli. Przebiegniemy ją jeżeli pozwolicie razem. Nie ułożyłem jej literalnie, ponieważ chciałem dać pierwszeństwo grubszym sumom... Każdemu właściwie należy się odpowiednia cześć. Rozpoczyna pochód p. Gobert.

Wszyscy zwrócili spojrzenie ku osobie, którą Paweł pozdrowił ręką i uśmiechem.

Był to młody jeszcze mężczyzna, bardzo chudy, prawie łysy, dość dobrze ubrany, ale bez pretensji, mający ruchy i postawę wice-naczelnika w biurze ministra finansów. Była to kreatura wcale nie pozorna, jedne tylko oczy barwy szarej, miały pewien dziwny wyraz, a nos orli zagięty znacznie ku brodzie, nadawał jego twarzy podobieństwo do jakiegoś drapieżnego ptaka.

Pan Nancey pozdrowiwszy go rzekł:

- Jest temu już dwa lata, jak nazajutrz po pewnym dniu, czy też po pewnej nocy, znalazłem się w dość krytycznem położeniu skutkiem nieszczęśliwej gry w bakarata. Pan Gobert którego uprzejmość i usłużność znana jest całemu Paryżowi, pożyczył mi, na rewers z terminem trzymiesięcznym, sumę dwadzieścia pięć tysięcy franków.

- Przepraszam, przepraszam, panie hrabio, nie podejmujmy tej kwestji... Ja panu wcale nic nie pożyczyłem. Skromność fortuny mojej nie pozwalała mi na ten wybryk. Przeciwnie, znałem dobrze kilku znakomitych kapitalistów, którzy wiedząc o mojej uczciwości i będąc pewni, że nigdybym takiej sprawy nie lekceważył, załatwili z panem ten interes, gdyż powtarzam, nie posiadam żadnego majątku.

- Bardzo pięknie kochany panie Gobert, ale ponieważ nie znam nikogo prócz pana, przeto tylko o panu mówię. Ci znakomici kapitaliści, o których pan mówisz obecnie, pozostali dla mnie na zawsze mytem.

- Ponieważ nigdy nie występują osobiście.

- Dla czego?

- Są to ludzie zwykli, znani na giełdzie i niechcący zdradzać swego incognito. Zadowolnili się więc procentem przezemnie ofiarowanym.

- Szczególna! Zdawałoby się zatem, że suma ta w ciągu dwóch lat, wcale się nie powiększy. Dodawszy przecież rozmaite naddatki a mianowicie komisowe, giełdowe, procent i t. p. dziś czyni ona nie wielką sumkę 80.400 franków.

Słysząc wymienioną cyfrę, wierzyciele spojrzeli na nieszczęśliwca, nie mogąc ukryć pewnej dla niego sympatji.

- O majster! rzekli półgłosem, umie prowadzić interesa.

Gobert powstał z żywością.

- Uważam, że pan hrabia zaczyna sobie ze mnie drwić, rzekł z odcieniem złośliwości. Jeżeli się układ nie podobał, nie trzeba go było zawierać, tak mi się przynajmniej zdaje. Dziś dopiero pan hrabia się skarży. Miałożby to być skutkiem tego, ze wierzyciele nie zgadzają się na żadną zwłokę!

- Pan mnie źle zrozumiałeś, kochany panie Gobert. Chciałem po prostu donieść, że otrzymawszy 25.000 franków, jestem dłużny obecnie 80.400 franków. Choćbym nawet był dłużny dwa lub trzy razy więcej nie skarżyłbym się wcale. Nie ma najmniejszej zasady do skargi. O czem przekonasz się pan natychmiast.

Gobert nie odezwał się. Tajemniczy frazes zmusił go jedynie do marzenia.

- Drugi z kolei na liście, mówił Nancey, po chwolowem milczeniu, jest nasz przyjaciel Lebel-Gerard, tapicer genialny, znany wszystkim, a który proceder swój podniósł do wyżyn artystycznych. Najpierwsze hotele umeblowano jego wyrobami. Winienem mu 63.180 franków. Czy tak, kochany panie?

- Najzupełniej, panie hrabio, odpowiedział tapicer. Suma odpowiadająca mojemu rachunkowi, wliczając w to obicia i sprzęty w sypialni panny Kory Saphir budoar pani z ulicy Bellechasse, (której nazwiska nie wymieniam dla zachowania tajemnicy), budoar zatem hrabiego kosztuje trzecią część tego. Mąż płaci mi regularnie co kwartał, i nie może dość nauwielbiać się małżonki, kupującej sprzęty po tak nizkiej cenie.

Lebel-Gerard roześmiał się. Dwóch lub trzech jego kolegów (żonatych) naśladowało go. Odzyskawszy krew zimną mówił:

- Mam w tym pugilaresie rachunki zawczasu przygotowane i podpisane. Mogę je zaprodukować.

Wszyscy wierzyciele sięgnęli do swych kieszeni.

Hrabia ich powstrzymał.

- Jeszcze nie nadeszła stosowna chwila, rzekł, pozwólcie mi panowie mówić dalej.

I tak kończył:

- Andersen, jubiler, a raczej artysta nieporównany, nowoczesny Beuvenuto Celini, jest moim wierzycielem w sumie 32.208 franków. Jest to istotna drobnostka, jeże i pomyślimy o wspaniałych biustach, o ramionach uroczych, o rączkach niebiańskich, którym te przedmioty dodają jeszcze więcej wdzięku. Jestem panu istotnie niewypowiedzianie wdzięczny. Nie miałbym nawet sumienia skwitować się kiedy z panem.

Była w tem dwuznaczność.

Czy zatem hrabia mówił o długu wdzięczności, czy też o pieniężnym, z którego nie mógł się uiścić? Jubiler skrzywił się.

- To co powiedziałem o naszym przyjacielu Andersenie, mógłbym powiedzieć i o panu, panie Palladieux; o panu, karetniku sławnym, którego wyroby do obecnej chwili przewyższają wszystko w elegancji, w smaku, przenoszą nawet o wiele najpiękniejsze wyroby Anglii. Panu to zawdzięczam radość jaką mi sprawiłeś, gdym ujrzał Małgorzatę w tem pieścidełku "na ośmiu resorach. " Nini Monchette wygląda jak Djana, ciągnięta przez łabędzie, w muszli misternej. Berta Lambert, czyliżby kiedykolwiek i gdziekolwiek zdolna była odnaleźć tak lekką "wiktorją?" Zapewniam pana, że znam się na podobnych wyrobach, i powiadam panu, że są arcydziełami!

- Pan hrabia, szepnął karetnik, winien mi także 80 tysięcy franków za powozy.

- Tak jest. Nie sądź pan abym był dłużnikiem targującym się o ceny wyrobów prawdziwego geniuszu. Nigdy nie są one dla mnie za drogie. Znam wysokość ceny i wartość tych wehikułów i wiem iż są nieopłacone.

Wierzyciele spojrzeli po sobie.

Hrabia w istocie mówił zagadkowym sposobem. Niepokój wzrastał. Czyliżby zatem chciał wywołać burzę, któraby dla niego miała fatalne następstwa?

- Teraz na ciebie kolej, kochany panie Dawidzie Meyer, rzekł Paweł. Polem pańskiej sławy Pola Elizejskie. Zasługą owe rumaki Małgorzaty; małe poney Nini Monehette; stepowcy Berty Lambert. Zaliczam je do pierwszorzędnych.

- O panie, rzekł Meyer, gdyby mogły one do mnie powrocie.

- Za trzy zaprzęgi 80 tysięcy franków. To za bezcen. Powtarzam to każdemu i chwalę pana pod niebiosy. Gdyby wszystkie te pochwały zamieszczane w rozmaitych gazetach dały się zrachować. niezawodnie byłbyś pan dłużnikiem moim i do tego bardzo znakomitej sumy. Ale nie obawiaj się, uczyniłem to z prostej sympatji i nie mi pan dłużnym nie jesteś.

- Bardzo szczęśliwie, rzekł handlarz końmi.

Tym sposobem najznakomitsi wierzyciele byli załatwieni. Co do innych hrabia przyznał, że jest dłużnym siodlarzowi 5 tysięcy franków, 8.600 fr. krawcowi, 4.090 swemu bieliźniakowi, 5.115 franków szewcowi, 2.125 swemu perfumiarzowi.

- Te maluchne rachuneczki, mówił wykładając na stół papiery, wynoszą ni mniej ni więcej jak sumę 300.600 franków. Drobnostka, jak to sami uznajecie.

- 300.600 franków, bagatela, powtórzył machinalnie tapicer Lebel Gerard.

- Mój Boże, tak...

- Otóż tedy jesteśmy niezmiernie uszczęśliwieni, że dla pana hrabiego suma tak znaczna jest drobnostką, ale mogę zaręczyć panu, a wszyscy moi koledzy przyznają mi słuszność, że tak wielka suma nie jest wcale drobnostką, lecz przeciwnie, że zgodzilibyśmy się na część jej, gdybyśmy ją mieli.

- Tak jest, powtórzyli wszyscy dostawcy jednogłośnie.

Zachęcony wystąpieniem swego kolegi, Lebel-Gerard rzekł:

- Jesteśmy przejęci do głębi słowami pana hrabiego, wzruszyła nas jego pochwała, jego wysoka znajomość we wszystkich rodzajach procederu... staraliśmy się w przeszłości zadowolnić wszelkie wymagania naszego klienta... mamy zamiar nawet działać tak samo w przyszłości, obecnie jednak, a upoważnia mnie do tego solidarność moich kolegów, mam honor przypomnieć panu hrabiemu, że czas jest dla nas drogi... "Times is mony, jak mówi anglik i ponieważ jesteśmy zupełnie zgodni co do cyfry rachunków, prosimy pana hrabiego o przystąpienie do zakończenia "serja" naszego posiedzenia.

Lebel-Gerard zrobił nacisk na wyraz, jaki podkreśliliśmy.

- Nie pozwolę panom czekać dłużej na to "serjo" zakończenie, odparł hrabia nie zmięszany. Przekonałem się od niejakiego czasu, że moja ufność w panach jest jednakowa, wasza jednak z każdym dniem się zmniejsza. Dawniej nie bylibyście wcale żądali odemnie pieniędzy.

- Ponieważ pożyczaliśmy, przerwał ktoś z obecnych.

- Otóż najgorszy powód wyjaśnienia, rzekł Paweł roześmiawszy się. Największą zasługą jest nie żądać pieniędzy kiedy ich nie dają.

Szmerem ogólnym przyjęto ten aforyzm.

- Więc to w ten sposób postępujecie, rzekł hrabia. Nasz przyjaciel Gobert odmówił mi prolongacji, dla tego 84 tysięcy franków nie mogą być do dyspozycji z końcem tego miesiąca.

- To nie moja wina, kapitaliści żądają zwrotu swoich kapitałów.

- Jesteście zbyt natarczywi, moi panowie. Już otrzymywałem od was bileciki, które nie odznaczały się zbytnią grzecznością. Słowem zgaduję, że tu papier stemplowy będzie w robocie i że woźny do mnie wkrótce zjedzie. Czyż nie tak?

Nikt nie odpowiedział, tylko tapicer zamruczał:

- Trudno. Jeżeli pan hrabia nie chce nas zaspokoić, choćby w części, trzeba chwycić się innych środków. Bardzo nam to przykro.

- Tak, znajdziemy środki, zawołali wszyscy.

- Właśnie dla tego was wezwałem aby wam umniejszyć kłopotów. Oświadczam tedy panom, że nie jestem w stanie zapłacić.

 

V. Blanka Lizely.

 

Nazajutrz, o godzinie w pół do pierwszej, pan de Nancey, udał się na pola elizejskie, czyniąc sobie wyrzuty, że nie jest bardzo przyjemne żenić się, mając za swatów faktora koni i tapicera.

Było to przecież złe nieuniknione. Roztrwoniwszy majątek, należało bądź co bądź odzyskać dawną fortunę, choćby nawet spekulując na posag.

Dawid Meyer w stroju krzyczącem i najfatalniejszego smaku, oczekiwał już na hrabiego.

Błyszczący faktor nie posiadał się z durny.

Któż może zaręczyć, że ta sama hrabina, później... ba! trudno odgadnąć.

W każdym razie nie ma nic niepodobnego...

- Brawo! panie hrabio, zawołał Dawid. Jesteś pan punktualnym jak chronometr Breguet'a. Godne naśladowania! Szklankę madery i w drogę.

Hrabia ukłonił się i dotknął kieliszka ustami.

Dawid wypił odrazu.

- Naumyślnie kazałem to wino przygotować dla hrabiego. Zdaje mi się, że należy do wyjątkowych pod względem dobroci. Piętnaście lat! No! zdrowie pana hrabiego!

Wino rzeczywiście było wyborne.

Dwaj przyjaciele zapalili cygara i wsiedli do faetonu.

Dawid sam wziął lejce do ręki.

Do połowy drogi, nie wspominano wcale o celu wizyty.

Paweł jednak przerwał milczenie zapytując się:

- Panna Lizely oczekuje zatem na nas dzisiaj?

- Do licha! Przecież nie mam zamiaru poprowadzenia pana hrabiego po to, aby się przypatrywał jedynie drzewom parku? Oto tekst depeszy, jaką wysłałem:

"Pan hrabia i ja, jutro, oddamy wizytę we względzie poney". To dostateczne. Czekają na nas najniezawodniej.

- Dla czegóż pan mówisz o jakichś poney?

- To tylko pozór. Pan hrabia nie przyjeżdża z wizytą do panny Lizely, ale dla ocenienia koni, które zamierza kupić. Przy tej okazji zawiąże się rozmówka, a jeżeli wówczas pan hrabia nie potrafi podobać się, nie moja wina.

- Dobrze obmyślane, rzekł Paweł z uśmiechem.

- To mój jedynie pomysł. Bywają wodewiliści, którzy w swoich utworach mniej daleko okazują sprytu. A zatem śmiało do dzieła. Notarjusz wkrótce zatemperuje pióro a pan mer z Ville-d'Avray, zabierze się do spisania małżeńskiego aktu. Wkrótce dojechano do wymienionej wyżej miejscowości.

- Przybyliśmy, rzekł Dawid Meyer.

Domownik a raczej groom faktora zeskoczył z kozła i zadzwonił.

Ogrodnik otworzył na roścież bramę i powóz wjechał w dziedziniec.

- Cóż pan mówisz panie hrabio? Czv nie "szyk"

- Prześlicznie!

Faeton zatrzymał się przed peronem pełnym kwiatów.

Na schodach służący ubrany po angielsku w czarny frak stał oczekując na gości.

- A to ty James? rzekł poufale Dawid. Czy pani jest uprzedzona o naszym przybyciu? Jest w altanie czy też w parku?

- Pani jest w altanie. Kogoż będę miał honor zameldować?

- Zamelduj pana hrabiego de Nancey i dodaj jeśliś dobry, że przybył z nim David Meyer. Znasz mię zapewne?

Obaj przybywający zeszli po schodach.

James ukłoniwszy się bardzo nisko, poszedł naprzód dla wskazania drogi.

Młoda dama leżąca w połowie w szeslągu, z książką w ręku, powstała nieco zarumieniwszy się i pozdrowiła bardzo grzecznie przybywających, z pewnem jednak zakłopotaniem, które nie uszło uwagi Pawła.

Tą młodą damą była panna Blanka Lizely, która, jak wiemy, żyła samotna z dochodów od spadku jaki otrzymała niewiadomo kiedy i od kogo.

Pan de Nancey żyjąc długo w świecie, znał doskonale kobiety i piękność panny Lizely nie uczyniła na nim zbyt wielkiego wrażenia.

Blanka Lizely znaną już była w świecie pod innem imieniem.

Będziemy się starali narysować jej portret.

Jest to dama mająca zaledwie około dwadzieścia pięć lat, więcej wysoka niż niska, cienka w pasie, z ramionami czarującemi, z biustem jakby wykutym z marmuru, z szyją powabną, umieszczoną na barkach jakby ręką mistrza.

Postać jej istotnie posiadała wszystkie warunki skończonej piękności. Włosy blond wijące się w pierścieniach, ocieniały jej czoło złotawą barwą jakby aureolą. Była to prawdziwa kamelia, biała jak marmur kararyjski, z lekkim odcieniem rumieńca.

Oczy miała rzeczywiście niezwykłe, w spojrzeniu jej było coś magicznego.

Nie darzyło ono ani życiem nadmiernem, ani żądzą namiętną, miało jednak wyraz któremu oprzeć się nie było podobna.

Panna Lizely zaczęła mówić.

Dźwięk jej głosu metalicznym tonem wpadał mile do ucha.

Najmniejszy dźwięk budził w sercu jakieś ukryte, drzemiące struny i nigdy nie mógł być zapomnianym.

Ten ton właśnie nadawał każdemu wyrazowi dźwięk jakiś uroczy i niesłychanie powabny.

Paweł wsłuchiwał się z rozkoszą, kiedy mówiła o poney, które chciała kupić, a w tym właśnie handlu należało hrabiemu dać stanowcze przychylne lub nieprzychylne zdanie.

Obaj słuchający znajdowali się pod wpływem jakiegoś uroku.

Lizely dostrzegłszy to najwyraźniej, odezwała się:

- Uważam, że pan hrabia wcale mnie nie słucha.

Paweł zadrżał jakby pochwycony na gorącym uczynku.

- Jeżelibym nie była zbyt zuchwałą, zapytałabym się pana: O czem hrabio myślisz?

Pan de Nancey utkwiwszy spojrzenie, czynił przegląd swych dawniejszych wspomnień. Był pewnym że ją gdzieś widział, że spotkał gdzieś tę postać bladą, z pięknym złotawym włosem, z okiem czarnem, które dziś przenikało go do głębi. Przypominał sobie gdzie widział tę uroczą główkę, przesuwającą się w przelotnem widzeniu.

Zdawało mu się, że to było wieczorkiem, na lewym brzegu jeziorka, prawie tuż naprzeciw wyspy, pośród ekwipaży panów i arystokracji najwykwintniejszej Paryża.

Był przekonanym, że ta piękność spoczywała w powozie o ośmiu resorach, w wspomnieniach tych rysowała się obok Blanki inna jeszcze postać, starca, o twarzy poważnej, nachylonego nad nią i mówiącego do swojej towarzyszki z uczuciem.

Byłoż więc to zamglone wspomnienie, obraz imaginacyjny czy też rzeczywistość?

Nie wiedział wcale.

- Przebacz mi pani, rzekł... Słuchałem bardzo ciekawie.

- Przeciwnie z roztargnieniem, szepnęła Blanka z uśmiechem.

- Być może... ale to nie moja... ale pani wina.

- Moja, powtórzyła Blanka. Jakto?

- Rysy bowiem twarzy pani przypominają mi przeszłość. Zastanawiam się nad tem, gdzie widziałem panią.

- Więc pan mię sobie przypominasz?

- Najniezawodniej, kto panią raz jeden widział, ten o pani zapomnieć nie jest w stanie. O tak, twarz pani pozostała mi w pamięci, ale nic więcej. Obraz istnieje, jednak ramy znikły.

- Mogę zatem panu dopomódz. Spotkaliśmy się ze sobą trzy razy. Naj pierwej na przedstawieniu "Grandę Duchesse", ale ukryta w cieniu nie mogłam być dla pana widzialną. Pańskie nazwisko wymówione w mojej obecności, przez jakiegoś wysokiego młodzieńca, utkwiło mi w pamięci. Ujrzałam pana znowu w kilka dni, na wieczorze w Operze. Grano wówczas Proroka. Szkła pańskiej lornetki, nie odrywały się od mojej loży. Nasze trzecie spotkanie, miało miejsce przed sześcioma miesiącami na brzegach jeziora. Pan jechałeś konno, mój powóz toczył się powoli. Pańskie spojrzenie spotkało moje.

- Tak, tak, zawołał z żywością hrabia, zdaje mi się że to było wczoraj. Pani nie byłaś sama!

Panna Lizely okryła się rumieńcem.

- Nie, odparła z lekko zniżonym głosem, nie byłam sama. Lord Dudley, stary przyjaciel znajdował się obok mnie.

Zakłopotanie młodej dziewczyny było widoczne. Zmieniła natychmiast przedmiot rozmowy.

- Powróćmy do ponny, rzekła, jeżeli pan sobie życzysz, pójdziemy je obejrzeć.

Blanka wzięła parasolkę z materji różowej, otworzyła drzwi komunikujące się z parkiem, wyszła pierwsza i zatrzymała się.

Pan de Nancey podał jej rękę, którą przyjęła bez wahania.

Dziwne wrażenie opanowało hrabiego, ciepło ręki młodej kobiety, sprawiało mu pewną przyjemną senzacją.

Wywołało to bezwzględne hrabiego milczenie, jakkolwiek czuł że staje się zamyślonym.

Blanka ze swej strony, także nie odzywała się wcale.

Od chwili do chwili zwracała ona spojrzenie na hrabiego i widząc, że tenże wciąż na nią patrzy, coraz silniejszym okrywała się rumieńcem.

Dawid Meyer postępował o cztery kroki za nimi, włożywszy ręce w kieszenie żakiety.

Zdawał się marzyć.

- Idzie bardzo dobrze! Idzie bardzo dobrze, mówił do siebie zacierając ręce. Będzie to wyśmienity, wspaniały zaprząg. Oboje wyglądają jak bukiecik z polnych kwiatów. Dostanę moje pieniądze i utrzymam klienta, który się nigdy prawie nie targuje.

Przybycie do stajni rozproszyło marzenia.

Paweł odzyskał dawniejszą swobodę i jak zwykle stał się bardzo miłym i rozmownym towarzyszem.

Blanka udzielała mu objaśnień uśmiechnięta.

Ponny zostały wyprowadzone. Były to koniki stalowego koloru z czarną grzywą.

Hrabia znajdował je bardzo pięknymi i nie żałował wcale pochwał.

 

IV. Zabiegi matrymonialne

 

W ciągu tygodnia po posiedzeniu wierzycieli, jakie opisaliśmy naszemu czytelnikowi, Paweł nie słyszał o nich zupełnie, a był pewnym, że pracują dla niego gorliwie i nie wątpił też o pomyślnym skutku.

Dziewiątego dnia, w chwili właśnie kiedy hrabia miał wsiadać na konia celem wycieczki do lasku, lokaj zameldował panu, Dawida Meyera, który domagał się audjencji.

Paweł dał rozkaz wprowadzenia go natychmiast, był bowiem pewny, że przynosi wiadomości.

- O przodkowie moi, szepnął młodzieniec uśmiechając się, cóżbyście powiedzieli, gdybyście się dowiedzieli tam, w górze, że waszego potomka żeni faktor koni.

Dawid Meyer wszedł.

Wszyscy sportsmani, wszyscy wyścigowcy, znali dobrze tego jegomości, mającego bardzo rozgałęzione stosunki.

W r. 1867, miał on lat trzydzieści, był izraelitą, mimo to ładnym chłopcem, jakkolwiek miał figurę nieco niezgrabną, przytem wielką czarną brodę, bardzo starannie utrzymaną, wyraz twarzy i rysy zdradzające najwyraźniej jego semickie pochodzenie, włosy czarne, kędzierzawe.

Lubiący żyć bez rachunku, uczynił nieszczęśliwą panią Meyer, jeszcze młodą i bardzo piękną osobę, którą zaślubił z miłości; handlarz koni, pretensjonalny do obrzydzenia, stawiający swą osobę wyżej nad wszystko, zachował maniery najwyższej elegancji, w rzeczywistości zaś był to sobie człowieczek mający najgorszy smak posunięty nieraz do śmieszności.

Lubił podwyższać wdzięki swej powierzchowności toaletą niezwykle dziwaczną. Przepadał za kolorami krzyczącemi i ekscentryczną formą. Otaczał się zawsze indywiduami ubierającemi się jak on, przesadzał swoje zasługi pod względem tresowania koni, jeździł w powozie w cztery konie, gościom swym wyprawiał smaczne obiady i skłonny był nawet do orgii.

Dawid Meyer był dzieckiem szczęścia albo mówiąc inaczej miał wiarę i zaufanie wszystkich.

Otaczał się kobietami, które obsypywał złotem, lubił, kiedy ten fraucymer wymawiał:

- Mój pieszczoszku, mój zajączku, mój gołąbku!

Żaden z paryżanów nie bywał z taką jak on namiętnością w Teatrze Rozmaitości, w Palais-Royal i w Bouffes.

Znał wszystkie statystki i statystów. Rozkoszował się znakami małych rączek, przesyłających mu ze sceny całusy.

- Jestem człowiekiem, któremu oprzeć się niopodobna, mówił do siebie pokręcając wąsa. One mnie uwielbiają.

Dawid Meyer, w chwili kiedy wprowadził go lokaj hrabiego, ubranym był w kostjum zupełnie biały.

Wielki rubin zapinał krawat.

W lewym ręku trzymał kapelusz szarego koloru a w drugim szpicrutę z główką z korala. Szpicruta i ostrogi przekonywały, że przybył konno.

Rzeczywiście groom, w pantalonach z białej skóry jak i w butach ze sztylpami oprowadzał po ulicy Boulogne dwa piękne konie, które Dawid decydował się sprzedać po 25 tysięcy franków za sztukę.

- Pan hrabia od ostatniego posiedzenia, jak uważam, ma się wybornie, rzekł ze swobodą światowca.

- Doskonale, kochany panie, odparł Paweł i jestem niezmiernie ucieszony z pańskich odwiedzin. O ile mi nic się zdaje, pan masz zamiar do zakomunikowania mi jakiejś nowiny.

- Pan hrabia uczynił bardzo słuszne spostrzeżenie. Tak jest, mam coś rzeczywiście... Obciąłbym pomówić. Ale przedewszystkiem pozwoli pan hrabia, że go zapytam...

- O co?

- Czy jestem pierwszy? Czy żaden z tamtych jegomościów nie był tutaj?

- Pan jesteś pierwszym. Żaden z tych jegomości. nie pokazał się.

- Brawo! zawołał Dawid, uderzając w ręce, wiedziałem, że ich uprzedzę. Pracując gorliwie dla pana hrabiego, chciałbym ich wszystkich zdystansować.

- A więc, zapytał z uśmiechem Paweł, więc pan nie istotnie już coś znalazłeś?

- Coś bardzo znakomitego, ośmielę się dodać. Sroczkę w gnieździć, bardzo potulną. Czy pan hrabia lubi blondynki?

- Tak jest. Blond to barwa złota, dojrzałych renglotów i kolor starego hiszpańskiego wina.

- Wspaniała idea! gdyż i ta osoba jest tak dobrą jak Xeres autentyczny.

 

"Pójdziemy śpiewać w gronie innych.

Jeżeli chcecie.

Bo ja uwielbiam, tę piękność.

Z blond włosem".

 

- Pan hrabia zna tę piosenkę doskonale, to z Teatru Buffa, muzyka Offenbacha, Offenbach jest bardzo mi mocnym w muzyce.

Paweł przerwał Dawidowi zapytując:

- Więc ta osoba jest piękna?

Za całą odpowiedź zesznurował grube usta i przyłożywszy palce klasnął wesoło.

- Pantomina ta aż nadto była wymowna.

- Bardzo dobrze, odpowiedział Nancey śmiejąc się, pański entuzjazm sprawia mi prawdziwą przyjemność, ponieważ jesteś pan znawcą. Jakiż wiek tej cudownej piękności?

- Zdaje mi się, ma lat dwadzieścia pięć. Być może jest młodsza, ale nie starsza wcale. Pan hrabia rozumie zapewne, że nie mogłem przeglądać aktu urodzenia, ma

- Majątek?

- Stosownie do ułożonego programu a może nawet nieco większy. Pan hrabia kładł za warunek 1,200.000 franków, a tam jest więcej, bo 1,400.000 franków. Wszystko w papierach publicznych i w akcjach kolei żelaznych.

- Coraz lepiej. A ród? Rodzina?

- Nie ma żadnej.

- Jakto, nikogo z krewnych?

- Ani dalszych ani bliższych.

- Ależ to wyśmienite. Ani macochy, ani ojczyma, ani żadnych kuzynów. Zdaje mi się że marzę. Gdzież kochany pan znalazł tę perłę drogocenną?

- Ta osoba, jest moją klientką.

- Czy ma konie?

- Cztery, panie hrabio. Dom piętrowy... wielki "szyk!"

- Dom piętrowy. I osoba ta mieszka sama?

- Naturalnie, przecież jest panną.

- A ułożenie, wychowanie?

- Wszystko jak należy. Ojciec był pułkownikiem i komandorem legii honorowej; ona wychowana była w St. Denis.

- Wszystkie elewki w St. Denis nie mają majątku.

- Panna Lizely (to jej nazwisko, Blanka Lizely) także nie miała ale odziedziczyła.

- Po kim?

- Pan hrabia sam ją o to zapyta. Ja nie wiem nic zupełnie. Wiem że pieniądze są, że jest wszystko jak na dłoni. Oto wszystko. To dla mnie wystarcza.

- Bardzo słusznie. I pan sądzisz, że się podobam pannie Lizely.

- Więcej jak wierzę, jestem pewny że pan hrabia podoba się.

- Zkąd ta pewność.

- Mówiła mi.

- Więc ona mnie zna.

- Doskonale.

- Gdzie mnie widziała?

- W lasku zapewne, w Operze, na wyścigach, wszędzie. Nie zasięgałem w tym względzie wiadomości.

- Czy zna moje położenie pieniężne.

- Najzupełniej i to jej wcale nie stoi na przeszkodzie. Nawet opowiadając, o wiele przesadzałem położenie hrabiego, aby tym sposobem zdobyć dla niego pewną sumkę do kieszeni.

- Wyśmienita myśl, praktyczna, jak mówi nasz przyjaciel Gobert. Ta młoda dziewczyna zresztą jest aniołem. Czy wiesz pan, że pałam żądzą ujrzenia ją kiedykolwiek.

- Czy pan hrabia ma wolny dzień w tygodniu.

- Jestem wolny zawsze.

- Czy nic nie przeszkodzi panu hrabiemu, naprzykład jutro pojechać ze mną o godzinie pierwszej po południu.

- Pojechać? Gdzie?

- Do Ville-Avray.

- Więc to w Ville-Avray mieszka panna Lizely?

- Tak, w lecie i w jesieni. Pieścidełko prawdziwe. Pan hrabia zobaczy. Wprawdzie to do niej należy, ale nie liczy się do majątku. Ot poprostu jak pierścionek, za 80 tysięcy franków, dla ozdoby paluszka. Pan hrabia zobaczy. Jakże, zgoda?

- Dobrze. Przyjadę po pana jutro w moim powozie, o godzinie trzy kwadranse na pierwszą.

- Będę oczekiwał na pana hrabiego, ale proszę o pozwolenie zawiezienia go tam w moim faetonie. Mam w tym interes mój własny.

- Jaki?

- Interes czysto handlowy. Ten spacer pozwoli panu hrabiemu ocenić moje rumaki czystej krwi, które mam zamiar odstąpić panu hrabiemu. Są to wyśmienite dwa bieguny, które nigdy nie powinny pozostać w mojej stajni. Uważam że są godne zawieść pana hrabiego i panią hrabinę do merostwa i do kościoła, w dniu ślubu.

- Jest to interes, który się załatwi bardzo łatwo, odpowiedział Paweł z uśmiechem.

Dawid Meyer pożegnał hrabiego z nadzwyczajną grzecznością, a pan Nancey zapytywał sam siebie z wielką ciekawością, co to może być za kobieta piękna i bogata, która przyjmuje męża z rąk faktora, gustu wielce trywialnego i pretensjonalnego. Włożył rękawiczki i właśnie zabierał się do wyjścia, gdy wszedł na nowo lokaj zapowiadając nowe odwiedziny tapicera, pana Lebel-Girard.

Tapicer, którego już poznaliśmy jako mającego pretensję do wymowy, mógłby prawie uchodzić za pana.

W wieku do pięćdziesięciu pięciu lub sześciu lat, wysoki i chudy, postawy poważnej, z włosami siwiejącemi, bardzo zawsze starannie wygolony, ubrany jak notarjusz, nosił w dziurce od guzika czerwoną wstążeczkę, którą otrzymał w r. 1865, w skutek wystawy rzemiosł, wyjeżdżał tylko w powozie i przyjmował zlecenia tylko wielkiej wagi.

Posiadając 60 tysięcy rocznego dochodu i piękną posiadłość w Enghien, był radcą magistratu, w nadziei pozostania kiedyś rządcą prowincji czyli merem a przynajmniej pierwszym pomocnikiem, aby tym sposobem silną ręką pochwycić sprawy swoje przemysłowe.

Z tego widać że nie było najmniejszego podobieństwa między tapicerem zwyczajnym a dumnym, przemyślnym w przyszłości merem.

Lebel-Gerard rozpoczął rozmowę w tym samym guście jak Meyer, po przywitaniu bowiem, zapytał:

- Panie hrabio czy jestem pierwszym?

- Jesteś pan drugim z kolei, odparł śmiejąc się, ale straciłeś pan tylko na czasie nic więcej.

- Któż mnie uprzedził?

- Nasz przyjaciel Meyer, był przed pięciu minutami... Zapewne minęliście się panowie przy sztachetach.

Lebel-Gerard zrobił minę pogardliwa.

- Dawni Meyer, rzekł, jest elegancki chłopak, ale tak lekkomyślny, że niepodobna rachować wcale na niego. Człowiek ubiegający się za przyjemnościami i bez należytej moralności, nic przedstawia żadnej gwarancji. Ludzie dobrze powiadomieni utrzymują, że żonę uczynił nieszczęśliwą i że zrujnowały go kobietki. Czyż zatem znalazł co dla pana?

- Bezwątpienia, odpowiedział Paweł, i znaleziona przez niego osoba dość mi się podoba.

- To mnie dziwi.

- Dlaczego? Dawid Meyer rzeczywiście ma rozliczne stosunki.

- Zgadzam się, ale te ograniczają się do znajomości takich kobiet z któremi żenić się niepodobna... Wreszcie mało mnie to obchodzi, czy mu się powiodło lub nie...

- Jakto? Jakto? zawołał Paweł śmiejąc się. Przeciwnie to bardzo wiele znaczy.

-Jesteś w błędzie hrabio, zawołał przemysłowiec. Ponieważ osoba przedstawiona przez niego nie może równać się z moją.

- Ba! A jeżeli to istotna perła?

- Moja jest brylantem. Niech pan hrabia osądzi sam: Lat szesnaście, sama niewinność i wykształcenie świetne, milion pięć kroć sto tysięcy zaraz a w przyszłości dwa miliony, po śmierci ojca który strasznie je, pije olbrzymio, i doktorzy przepowiadają mu atak apoplektyczny.

Wyrecytowawszy wszystko jednym tchem, Girard umilkł aby spocząć, a następnie dodał tonem zwycięzcy:

- Pan hrabia raczy zważyć, że artykuł proponowany przez Dawida, o wiele mniej posiada wartościowych warunków.

Rzeczywiście "artykuł" proponowany przez Dawida, pod wielu względami daleko mniejszej jest wartości, ale posiada jednak przymiot nieoceniony.

Tapicer zdawał się być ździwionym.

- Nieoceniony! szepnął. Jaki?

- Taki, że nie ma żadnej rodziny a pan, mówiłeś mi podobno o ojcu.

- Apoplektyku, panie hrabio, zawołał z żywością Lebel-Gerard. Szyja w ramionach, czerwony jak rak po ugotowaniu. Biorę na siebie, że nie zabawi z nami długo. To bardzo dzielny człowiek. Pan hrabia będzie kontent ze mnie.

- A czy w kontrakcie ślubnym zaręczy, że umrze w danym terminie?

- Mógłbym to zagwarantować, wybełkotał tapicer, a widząc uśmiech pana de Nancey, wykrzyknął: Ależ pan hrabia żartuje. Kiedy zobaczy Małgorzatę nie będzie żartował i małżeństwo dla pieniędzy zamieni się w małżeństwo z miłości.

- Młoda dziewczyna ma na imię Małgorzata?

- Tak, panie hrabio, imię to jest arystokratyczne, nie prawdaż? Dziecko to daleko dystyngowańsze od imienia. Znam je dobrze. Jej ojciec jest moim sąsiadem. Kiedy interesa pozwolą mi na przepędzenie kilku chwil w Enghien, gdzie mam zaszczyt być radcą municypalnym, gdzie mogę powiedzieć śmiało: posiadam pięknej architektury pałacyk, w guście średniowiecznym, obiaduję w Montmorency, u mego przyjaciela. Moglibyśmy tam pojechać niby tak z ciekawości. Tam dla pana wyśmienita znajduje się piwniczka. O pan Bouchard znany z gustu.

- Bouchard? zawołał Nancey, ależ to nazwisko w Montmorency jest patrjarchalnem.

- Rzeczywiście, to zawdzięcza on swojej manii.

- Jakiej manii?

- Zaraz będę miał honor wytłumaczyć to panu hrabiemu.

- Trzeba panu wiedzieć że mnie to mało obchodzi.

- Za pozwoleniem. Bouchard był istotnie "korkarzem", i na korkach właśnie zrobił miljony. A ponieważ udało mu się kupić Montmorency, zawróciło mu to głowę. Chciał gwałtem wmówić w siebie, że należy do tej starożytnej rodziny i że pochodzi choćby z jakiej bardzo pobocznej gałęzi potomków.

- Mania rzeczywista.

- Zrobił też co chciał, odnalazłszy tak zwanych archiwistów paleografii, którzy mu sporządzili genealogiczne drzewo, niepodobna przecież było odnaleźć ojca owej nowej prozarpii, gdyż ojciec naszego arystokraty świeżo upieczonego był korzennikiem w Petite Ville... Nie stracił jednak odwagi. Wynalazł bowiem sposób bardzo oryginalny... Zakupił grunta należące do Montmorency; i po zrobieniu fortuny postanowił wycofać się z interesów. Zbudował zamek i pompatycznie miejsce to ochrzcił: "Bouchard et Montmorency".

- Ależ to śmieszne!

- To też Prokurator królewski wkrótce wezwał go i zapowiedział mu, iż w razie używania wzbronionego tytułu, będzie zmuszony osadzić go w kozie. Bouchard naturalnie przyrzekł, ale zarazem dał sobie słowo, że jego córka zaślubi co najmniej barona. Przypomniawszy sobie o tem, kiedym odwiedził starego Mikołaja, powiedziałem mu też, że znam młodego hrabiego, pochodzącego z rodów jeszcze średniowiecznych... w końcu wymieniłem pańskie nazwisko, Bouchard rzucił mi się na szyję i w tej chwili jedynem jego marzeniem był tytuł córki: "Pani hrabina". Zapowiedziałem mu również o wizycie pana hrabiego. Ozy pan hrabia jutro będzie wolnym?

- W czwartek mogę panu służyć.

- Będę miał zaszczyt przedstawić się panu hrabiemu o godzinie trzeciej. Pan hrabia raczy wybrać powóz z największemi herbami w tym wypadku nawet przesada nie zaszkodzi.

Na tem skończyła się rozmowa.

 

VI. W którym jest mowa o lordzie Dudleyu.

 

Po dwugodzinnym spacerze pod cienieni drzew parku, Paweł de Nancey i faktor napowrót znaleźli się na drodze ku Paryżowi.

Zanim hrabia siadł do powozu, wyjednał sobie pozwolenie przybycia po raz drugi, na co panna Lizely zgodziła się z wielkiem ukontentowaniem i oświadczyła iż czeka hrabiego u siebie nazajutrz.

Kiedy faeton przejechał bramę parku, Dawid Meyer, ciągle powożący sam, zawiązał rozmowę.

- A więc, zapytał, cóż pan hrabia sądzisz o naszej Wizycie?

- Sądzę, żeśmy widzieli osóbkę bardzo interesującą, odparł.

- Mogę sam nawet przyznać że wcale nie przesadziłem w pochwałach. To śliczna kobieta, ta panna Lizely. Postać, oczy, usta, ręce, nogi, talia, wszystko zachwycające. Znam wiele pięknych kobiet w Paryżu, zdolnych zawrócić głowę, a jednak żadna z nich nie wytrzyma z nią porównania.

- Jednem słowem, jest istotą dla której możnaby się rozkoszą zrujnować. Warta milionów.

- A jednak, dodał Dawid, to ona ofiaruje miliony.

Interes oniemal brylantowy. W tem właśnie cała wyższość pana hrabiego.

- Sądzisz pan, że się jej podobałem?

- Pan hrabia zbyt skromny. Panna Lizely jest nim oczarowaną. O tem jak najmocniej twierdzić mogę. Już wczoraj słyszałem coś, co jest dowodem najserdeczniejszego dla hrabiego usposobienia. Ale jednak...

- Co?

- Pozwolenie powrotu udzielone z takim uroczym uśmieszkiem, może panu hrabiemu tłumaczyć wyraźnie stan serca panny Lizely. Nie licząc w to, że była nadzwyczaj wzruszoną, że patrzyła na pana z szczególnym wyrazem. O ja się znam na tem, mam rzut oka amerykański, przywykłem zgadywać w locie. Chciałoby biedne dziecko już jutrzejszego wieczora wyprawić wesele i mam nadzieję, że hrabia nie pozwoli na siebie zbyt długo czekać. Czyżbym się przypadkiem omylił?

- Być może, że małżeństwo to dojdzie do skutku.

- Pan hrabia chciał powiedzieć zapewne, że to już nie ulega wątpliwości. Pieniądz, piękność, rozum, obejście się, wszystko wzrusza, przywabia. Nie podobna znaleść nic lepszego.

Po chwili milczenia Paweł zapytał:

- Co to za jeden ten lord Dudley, który powozem przejeżdżał się po lasku z panną Lizely?

- Dawny przyjaciel, odparł Dawid. Ona sama mówiła o tem panu hrabiemu.

- Jakim sposobem poznała się z tym anglikiem?

- Nie wiem.

- Czy go zawsze przyjmuje?

- A! Broń Boże! zawołał ze śmiechem Dawid, i to z bardzo naturalnej przyczyny.

- Jakiej?

- Lord już umarł.

- Więc to zapewne ów spadek od niego pochodzi?

- Miałem już honor upewnić pana, że nie znam zupełnie pochodzenia majątku panny Lizely. To samo powtarzam jeszcze dzisiaj.

Paweł nie nacierał a Dawid widząc że rozmowa na nowo zawiązaną być nie może, zajął się wyłącznie swoimi końmi.

Pan Nancey był niespokojny.

Jako znający dobrze świat, domyślił się że jakaś tajemnica otacza przeszłość i życie panny Lizely. Jakiej natury była ta tajemnica? Mnóstwo przypuszczeń i kombinacji przesunęło się mu po głowie.

Ani na chwilę nie powątpiewał, że majątek panny Lizely pochodził od lorda Dudley, ale z jakiego tytułu lord miał prawo zajmować się tą młodą osobą?

- Jeżeliby tak rzeczywiście było, to jak podpić w tym wypadku, rzekł sam do siebie. Mimo wyraźnego podobania się pannie Lizely, czy powinienem z nią się ożenić? Miłość może wszystko usprawiedliwić. W czasach, w jakich obecnie żyjemy, nawet książęta krwi poślubiają tancerki i aktorki, nie ma się nad czem długo zastanawiać. Cóż jednak powiedzą, gdy się rozgłosi wieść, że moje nazwisko i moją osobę sprzedałem za tysiące kochanki lorda Dudleya. W tym razie zbrakłoby kamieni na moje ukamienowanie.

- Ha! cóż robić!

W chwili kiedy faeton faktora koni zatrzymał się przed pięknym pałacykiem na ulicy Boulogne, pan de Nancey był tak zamyślony i w tak melancholijnem usposoieniu, że Dawid zaczął się serjo niepokoić o zrealizowanie swojej należności.

Pożegnawszy też hrabiego oddał się przypuszczeniom:

- Jest coś w tem? Widzę to doskonale. Ale co? Hrabia w początkach nadzwyczaj ożywiony ochłódł niespodzianie. Zkąd pochodzi ta zmiana? Muszę dowiedzieć się i usunąć wszelkie przeszkody. Ba! jeżeli mu wynalazłem sroczkę w gniazdku, jeżeli podaję mu sposób łatwy spłacenia długów, nie ma prawa dąsania się.

 

* * *

 

Nazajutrz, punkt o godzinie trzeciej Lebel-Gerard przybywszy do swego dłużnika był istotnie oślepiony.

Powóz W którym mieli jechać do Montmorency stał już przed tarasem.

Hrabia kazał zaprządz do najpiękniejszego powoziku na ośmiu resorach, którego zwykle używał na wyścigach powożąc sam.

Powożący w białych spodniach, w butach ze sztylpami, siedział w wspaniałym stroju na siodle. Konie ryły ziemię niecierpliwie kopytami.

Dwóch lokajów, mających zająć miejsce po za powozem, czekało równie w galowej liberji.

Na rękach i na kapeluszach jak równie na powozie błyszczał wspaniały herb hrabiego.

Paweł czatował na przybycie Gerarda i wybiegł prawie na jego spotkanie.

- Widzisz pan, kochany panie, że w zupełności posłuchałem pańskiej rady. Jesteś pan teraz zadowolony?

- Ach, panie hrabio, zawołał olśniony kupiec, mogę bezwarunkowo i stanowczo zapewnić pana hrabiego, że mój nieoceniony przyjaciel Mikołaj Bouchard, utraci najniezawodniej głowę.

- Tak być właśnie powinno! Pozostaje nam więc tylko jedno, odjeżdżać natychmiast.

- Jestem na rozkazy pana hrabiego.

Dwaj przyjaciele wsiedli do powozu, brama rozwarła się i wspaniały ekwipaż tęgim galopem wjechał w ulicę St. Denis wywołując zdumienie przechodniów, którzy zatrzymywali się na trotuarach z otwartemi ustami.

W chwili przejazdu przez Clichy dziwna myśl przyszła do głowy Pawła.

- Pan co znasz wyśmienicie świat, zapewne nieraz musiał słyszeć o lordzie Dudley.

- Lord Dudley, zawołał Gerard, nie tylko że słyszałem ale znałem go doskonale. Był on jednym z moich klientów. Mówię "był," gdyż umarł nagle przed sześciu lub ośmiu miesiącami. Człowiek wzorowy, nigdy prawie szczegółowo nie przeglądał rachunków, ale sprawdziwszy ogólną sumę nakazywał kasjerowi uregulować natychmiast należność. Meblowałem jego mieszkanie na ulicy Trouchet a nawet wykonywałem wiele innych robot ważnych.

- Co to był za człowiek?

- Dawny magnat, bogatszy od częściowych posiadaczy Peru. Nieco opryskliwy, nieco dumny, jak wszyscy ci wielcy lordowie, w gruncie jednak człowiek lubiący piękne meble i znający się na nich. Jak mówiłem nie przeglądał nigdy rachunków. Prawdziwy książę! Miał już przeszło lat sześćdziesiąt, a mimo siwych włosów najwyżej wyglądał na czterdzieści. Można bardzo łatwo zrozumieć dla czego kochały go kobiety.

- Czy pan nie słyszałeś, czy pan ten nie miał czasem naturalnej córki w Paryżu?

- Nie. Miał w Anglji żonę prawną i dwie córek prawnych. Dowiedziałem się o tem od jego kamerdynera. Żona jeszcze bardzo młoda kobieta i dzieci także gdyż się ożenił w czterdziestym roku życia.

- Mówisz pan że w Anglii? Wiec rodzina nie mieszkała z nim w Paryżu?

- Mieszkała kiedyś, lat temu pięć lub sześć, kiedy rodzice byli ze sobą w najlepszych stosunkach; później dopiero lady Dudley nie opuszczała wcale swego pałacu w Londynie lub mieszkała w hrabstwie Jork i oświadczyła iż nigdy nie postawi nogi na stałym lądzie od chwili, w której lord przyjął metresę z którą afiszował się jak niedorosły młodzieniaszek.

- A! Więc lord miał kochankę?

- Tak jest.

- Zapewne jaką aktorkę lub też kokotę, będącą w modzie.

- Ani komedjantkę ani kokotkę, lecz młodą dziewczynę, czarującej urody, którą kochał i utrzymywał z wielkim przepychem.

- Angielkę?

- Bynajmniej. Angielki są wprawdzie bardzo przystojne, ale nie posiadają wrodzonego uroku. Była francuzka, paryżanka.

- Gdzie lord odnalazł tę czarodziejską istotę.

- W swoim własnym domu. Była ona rodzajem towarzyszki, nauczycielki i damy do towarzystwa, bardzo bliską ich córek, kamerdyner lubo nie zbyt chętny do rozmowy, opowiadał mi o bardzo burzliwych scenach między żoną a mężem z tytułu tej młodej kobiety. Milady groziła procesem, separacją, Bóg wie czem milord trwał przy swoim. Co pan chcesz, kochał rzetelnie swoją pannę.

- Znałeś pan ją?

- Ma się rozumieć, że znałem. Dostarczałem dla mej meble, jedne do miasta, drugie na wieś, ponieważ lord Dudley zaofiarował jej wiejską posiadłość Pozostawił nawet jej w spadku dwa lub trzy miljonów. Był to sposób wynagrodzenia jej cnoty, dodał tapicer ze śmiechem.

- Jakże się nazywa ta piękność?

- Nazywa się Blanka Lizely, chociaż nie jestem pewny. Pan hrabia wie z jaką to łatwością piękne kobiety zmieniają nazwiska.

Hrabia już domyślał się, że młoda osoba z Ville-d'Avray jest właśnie tą kochanką lorda, nie zdziwił się bardzo, kiedy tapicer wymienił jej nazwisko.

- Ba, jak zwykle starzy, lord przywiązał się ślepo do swej lubej, ale był zwodzony jak wszyscy inni, przemówił hrabia.

- Przeciwnie panna Lizely w tym razie stanowiła prawdziwy wyjątek.

- A!

- Czy była wierną? powiedzieć tego nie mogę, dość że umiała utrzymać tak zręcznie pozory, iż służba nie była w stanie zarzucić jej cokolwiek. Można oddać jej sprawiedliwość, że zachowała się bardzo sprawiedliwie i uczciwie. Przyjmowała jedynie lorda Dudley, z nim tylko wychodziła i wyjeżdżała. Doprawdy nie jedna mężatka mogłaby wziąść z niej przykład. Miała zapewne nadzieję zostania lordową, gdyby lady umarła wcześniej niż jej mąż. Dzisiaj jest wolną, milionerką, zdolna wyjść za mąż bardzo świetnie. A pan, panie hrabio nie słyszałeś wcale o tem?

- Nigdy, kochany panie, to jednak o czem mi pan powiedziałeś, tak zaostrzyło moją ciekawość, że pałam żądzą poznania tej czarującej istoty.

- Ja przynajmniej pana tam przedstawić nie myślę.

- Dla czego?

- Bo pan hrabia popełniłby czyn nie moralny, zrzekając się małżeństwa z panną Małgorzatą Bouchard.

- De Montmorency, dodał Paweł uśmiechając się.

- De Montmorency! powtórzył bardzo poważnie Gerard.

 

Wierzyciele swatami 

 

I. Posiedzenie wierzycieli.

 

"Jeżeli cię żona zdradza, zabij ją!" Taką radę naszym mężom podał mój drogi, znakomity Dumas i jego syn, w małej broszurce, która była wielkim wypadkiem.

Rada istotnie nadzwyczaj praktyczna, lecz niezbyt radykalna i niepodoba się ona bardzo wszystkim.

Sławny publicysta naprzód tnie prawdę, a potem miriadem broszur krążących około dziełka "L'homme-femme", pragnie wykazać, choć okruszynę dowodów popierających jego cel i opinie.

Nie mam zamiaru przeciwstawić żadnej kwestji, lecz pragnę wprost, poprostu zamiast teorji wykazać faktami, że prawo przysługujące mężowi w Art. 524. kodeksu karnego jest prawem niebezpiecznem, strasznem, zbytecznem, że prawodawcy winni je zmienić koniecznie lub całkiem usunąć jeżeli w przyszłości nie chcą zmusić ludzkości, że mają warunki bytu: "podstępu i morderstwa!"

 

* * *

 

Na ulicy Boulogne istnieje dotąd pałacyk zbudowany między dziedzińcem i ogrodem.

Przez ładne sztachetki a właściwie przez elegancką kratę można widzieć fronton pałacyku w stylu odrodzenia, taras obwiedziony podwójnemi poręczami, który zarazem stanowi wejście główne i dwa pawilony eleganckie po lewej i po prawej stronie dziedzińca, gdzie równie mieszczą się stajnie, wozownie i mieszkania służby.

Wierzchołki lip i kasztanów ogrodu wznoszące się po nad dachem ze szczytem ołowianym, wyglądają jak kita zielona nad kaskiem rycerza.

Pałace ten wartości około 300 do 400 tysięcy franków, lubo na pozór zacieśniony, jest prawdziwem pieścidełkiem.

Stary włoski fajans z Urbino i Faenza, którym ozdobione są rzeźby ram okna, nadaje frontowi pałacu styl prawdziwie wytworny i czyni go niezmiernie malowniczym. Nie podobna przejść obok niego nie zwróciwszy uwagi, choćby go widzieć raz jeden tylko, niepodobna zapomnieć.

Jednego dnia a było to w maju 1867 roku, około godziny dziewiątej rano, stało przed pałacem kilka powozów, a między niemi wielki koczobryk i tilbary.

Właściciele czy też pasażerowie tych ekwipaży wyglądali rozmaicie, jedni byli ubrani z wyszukanym gustem; inni odznaczali się nadzwyczaj zaniedbaną toaletą, byli jednak zupełnie do siebie podobni skutkiem złego humoru malującego się na ich obliczach.

W miarę jak z kolei wysiadali z powozów i zbliżali się do drzwi chcąc zadzwonić, służący otwierał małą furtkę od strony kraty i wprowadzał ich do pokoju obitego skórą rosyjską; umeblowanego na sposób wschodni sofami, a łączącego się z jednej strony z przedsionkiem z drugiej zaś z salą przyjęcia.

Służący odchodząc mówił:

- Pan hrabia prosi panów o chwilkę cierpliwości. Oto cygara i gazety...

W istocie, pudełka rozmaitego kształtu, napełnione: "kabanosami, kazadorami, Partayes i Conchas imperiales," mieściły w sobie najwyborniejsze produkta Havany, a na stoliku mahoniowym leżące: "Le Figaro, Le Gaulois, Paris-Journal" i inne pisma illustrowane, dopraszały się ręki, któraby porozcinała ich karty jeszcze zupełnie nieruszane. Wszystkie miały na sobie nazwisko pana zamku "hrabiego Pawła de Nancey."

Pierwszy z przybyłych nie dotknął ani gazet ani cygar. Usiadł w kącie, mocno nadąsany i rzekł do siebie dość głośno:

- Każą mi kochać. Tego jeszcze brakowało. Wcale mi się to nie podoba.

Drugi i trzeci nie znał zupełnie pierwszego przybysza i wszyscy nie znali się wcale. Ograniczono się tylko na obojętnym, wzajemnym ukłonie, lecz czwarty nadzwyczaj zdziwiony zbliżył się do nich a podając rękę, zawołał:

- Jakto? Jakto? Palladieux, Laurent, Chaudet...

- Jak widzisz panie Lebel-Gerard.

- Więc jesteście zaproszeni?

- Listownie, odpowiedzieli wszyscy trzej, wydobywając koperty prawie jednakowe.

Jeden z nich rozwinął list i czytał głośno:

"Hrabia de Nancey pozdrawia pana Chaudet i prosi aby raczył przybyć do pałacu w przyszły czwartek, czwartego sierpnia o godzinie dziewiątej rano, celem zakomunikowania mu bardzo ważnej sprawy".

- Mój list to samo opiewa, odezwał się Palladieux.

- Mój pisany jest w tym samym tonie. Zamienione tylko nazwisko, dodał Laurent.

- Więc to chyba cyrkularz, wtrącił Lebel-Gerard. Tym sposobem jest to posiedzenie wierzycieli.

- Najwyraźniej! potwierdziło trzech innych.

- Jeżeli tak jest, dobrze uczynimy, skoro uzbroimy się w cierpliwość... Potrzeba sporo czasu, jak sądzę, na zebranie się wszystkich wierzycieli. Lista takowych jest djabelnie długa!

Trzy westchnienia zakończyły mowę Gerarda.

- Gdyby jeszcze pan hrabia dla tego nas tu zaprosił, żeby nam ofiarować coś na rachunek, ha! to byłoby nieźle, ale jednak w cyrkularzu nie ma o tem najmniejszej wzmianki. Słowo "ażeby mu zakomunikować" nie znaczy przecie "ażeby mu zaofiarować" i to właśnie najgorzej mnie usposabia.

- Niestety! szepnęły trzy głosy.

- Wreszcie, odezwał się znowu Lebel-Gerard, dowiemy się wkrótce... Oczekując, możemy pozwolić sobie zapalić cygara... Oto pudełka które z pozoru bardzo powabne. Do djabła! Cygara po 75 centimów i po franku! Pan hrabia pieszczoszek. Dla niego nie ma nic ani zanadto dobrego ani za drogiego. Co prawda my za to płacimy, ponieważ kupuje za pieniądze jakie nam winien. A zatem, nie ma się co wstydzić... Bądźmy panowie jak u siebie w domu, palmy owe partagas imperiales. Od dłużnika bież i łyka.

Propozycja wywarła skutek. Pudełka zostały opróżnione. Podawano sobie wzajemnie ogień.

Wonny dym napełnił już fajczarnią, gdy drzwi otwierały się co chwila i cztery nowych indywiduów weszło do pokoju, w towarzystwie piątego który przyjechał w tilbury sam się powożąc a był ubrany dość elegancko, ale z najgorszym smakiem.

Dziewięć osób zebranych w małym saloniku pałacu byli to: tapicer, kareciarz, kowal, siodlarz, jubiler, krawiec, bieliźnik, szewc i perfumiarz pana hrabiego Pawła de Nancey.

Mała ta grupka osób wreszcie zaczynała być hałaśliwą. Wszyscy mówili bardzo głośno. Panowie wierzyciele pobudzali jeden drugiego. Słychać było krzyżujące się frazesy:

- Tak, tak... pan hrabia bardzo się mi zadłużył.

- Nie tyle co mnie, założyłbym się... Ja jak mnie widzicie, jestem wierzycielem znakomitej sumy.

- Co chcecie, miałem w nim ufność nieograniczoną...

- Bardzo naturalnie... Płacił bardzo regularnie. Był to klient mój najlepszy.

- E! mój kochany, zawsze się w podobny sposób zaczyna... Naprzód się płaci. Następnie wyzyskuje kredyt i wkrótce dochodzi się do deficytu. Już od roku przewidywałem stanowczy upadek hrabiego, de Nancey. On też szybko zbliżał się ku niemu.

- Potrzeba było przynajmniej oszczędzić sobie kosztów, kiedyś pan miał taki węch delikatny.

- O tak do licha, trzeba było. Ale jak się do tego wziąść. Byłem w matni, kiedy się idzie niepodobna się zatrzymać.

- Zaufanie nas gubi. Gdyby nie to, rzemiosło szłoby dobrze.

- Masz pan zupełną słuszność. Trzeba niedowierzać całemu światu.

- Ba, ale w takim razie nie byłoby interesów.

- Przynajmniej nie traciłoby się.

- Zapewne, ale nic by się nie zyskiwało.

- Co od nas chce pan Nancey?

- Zapewne zaproponuje nam jaki układ.

- Obawiam się tego.

- Siedmdziesiąt pięć na sto.

- Albo pięćdziesiąt.

- Albo dwadzieścia pięć.

- Ja najpierwszy na to nie zgadzam się.

- Ba! Nie zgodzę się na zredukowanie na 50 cent. mojego rachunku, który wynosi 48 tysięcy franków. Winieneś, zapłać.

- Bardzo naturalnie. Jednakże jeżeli hrabia zażąda prolongaty?

- Odmówię.

- Odmówmy wszyscy. Tem więcej, że nie dał nam żadnej pewności.

- Tak jest.

- Będziemy go ścigać i prześladować.

- Nie może ogłosić upadłości, bo nie jest handlującym.

- Można go wywłaszczyć. Posiada oprócz tego pałacu majętność w Normandji, z małym zamkiem. To zawsze coś warto.

- Nie licząc mebli, które można sprzedać, są konie, powozy, uprząż na nie...

- Meble! za żadne w świecie pieniądze, zawołał tapicer. Nie pozwolę się dotknąć. On mi winien za meble, ja je wezmę.

- Ja uczynię to samo z końmi, za które także mi należy zapłata.

- Ja biorę uprząż.

- Ja powozy.

Czterej ci panowie zaczęli się ze sobą ucierać na dobre.

Koledzy nie chcieli znowu przystać na postępowanie tak arbitralne, uważali bowiem je za gwarancją zapłaty wszystkim, gdy nagle otworzyły się drzwi i lokaj ubrany bardzo starannie, zakrawający na pana, rzucił między ścierających się, bliskich do wzięcia się za czuby, następne wyrazy:

- Panowie! Pan hrabia.

Natychmiast jakby pod wpływem czarów wszyscy umilkli.

Taka jest siła (przywyknienia), że wszyscy ci do obecnej chwili oburzeni i rozgniewani, na usłyszane nazwisko przywołali na twarz uśmiech, uśmiech słodki jakimi odznaczają się kupcy i przemysłowcy w obec klienta bogatego i nie patrzącego prawie na rachunek kiedy takowy płaci.

Uśmiech to wystudjowany jak u aktora, a nie ma prawie nigdy żadnego znaczenia.

Pan de Nancey przestąpił próg, z twarzą wesołą, jak gdyby znalazł się między najszczerszemi przyjaciółmi. Nie miał on wcale powierzchowności dłużnika zakłopotanego obecnością wierzycieli.

W r. 1867 pan hrabia de Nancey miał około 28 lat, był bardzo przystojnym mężczyzną, bardzo dystyngowanym, bardzo zajmującym, o czem po części sam wiedział.

Wysoki, szczupły, blondyn, z oczami ciemnemi, z w losem starannie ułożonym, wijącym się w pierścienie, twarzy bladej, zapewne skutkiem życia na ryzyko, z wąsem pięknym, potoczystym, miał rysy i formy prawdziwie arystokratyczne.

Paweł de Nancey ubrany był w żakietę z aksamitu, w białe pantalony jak również kamizelkę zapiętą aż do szyi, która była nadzwyczaj biała, formy prawdziwie kobiecej.

Wyglądał tak wspaniale, że krawiec Lorent mimowoli szepnął:

- Jak go ubieram! Jaka szkoda, że tak piękne suknie noszone z prawdziwym gustem dotąd jeszcze nie zostały zapłacone.

Hrabia pod lewą pachą trzymał wielki portfel z czerwonej skóry wypchany papierami, prawdziwy ministrowski portfel.

Widząc tę fizjognomią ożywioną i wesołą, tę swobodę i portfel napełniony papierami, wierzyciele doznali pewnego wzruszenia.

- Człowiek zawikłany w interesach miałby zupełnie inną minę, szepnęli do siebie. Portfel zawiera niezawodnie bilety bankowe. Pan hrabia przyszedł zapłacić nasze rachunki, i jeżeli nie otrzymamy wszystkiego to zawsze większą część.

Uśmiech stereotypowy na ustach przemysłowców stawał się coraz słodszym.

Pan de Nancey pozdrowił wszystkich ręką, z takim wdziękiem, że twarze jeszcze bardziej wyjaśniły się.

Hrabia gotował się do mówienia, wierzyciele do słuchania.

- Moi kochani dostawcy, rzekł, pozwólcie mi przedewszystkiem podziękować sobie jak należy. Przybyliście na moje wezwanie z godną podziwu punktualnością. Opuściliście bez wahania wasze pracownie, wasze wyśmienite interesa, dla uczczenia mnie dzisiaj swoją obecnością. Jestem wdzięcznym wam tak, że nie jestem wam w stanie wypowiedzieć. Jestem zachwycony tem przyjacielskiem posiedzeniem. Daliście mi nieobliczone dowody swego zaufania. Jednem słowem, jesteście moimi przyjaciółmi, prawdziwymi przyjaciółmi i daję wam słowo honoru, że nic na świecie tak nie cenię jak moich wierzycieli. Ten wyraz "wierzyciele" nie wiem dla czego, ale razi mój słuch i szczerość, otwartość powstrzymuje. Zmieńmy go.

- Do licha! odezwało się kilku półgłosem.

Wstęp taki zaniepokoił ich cokolwiek.

Jeden z nich więcej nieco wtajemniczony w literaturę klasyczną pamiętał doskonale ową scenę między Don-Juanem a p. Dimauche i czoło jego dotąd jasne, pochmurzyło się.

- Zajmijcie miejsca, moi przyjaciele, mówił dalej Paweł, wskazując krzesła, mamy dłuższą nieco ze sobą pogadankę i mniemam, że skutkiem takowej pozostaniemy na zawsze w zgodzie.