Wierzba - Radosław Jeż
34.99 zł
27.99 zł
(8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Żar lał się z nieba, nie oszczędzaja?c ni ludzi, ni zwierza?t czy ros?lin. Gora?ce powietrze falowało nad ła?ka?, sprawiaja?c, że kolory różnobarwnych kwiatów, wystrzelonych ponad zielonożółtawa? gęstwinę łodyg i uschniętych lis?ci, rozmywały się w niewyraźne smugi i plamy. Ustało nawet natarczywe brzęczenie owadów, dota?d nachalnie atakuja?ce uszy kakofonia? nieskoordynowanych dźwięków.
Tutaj, w cieniu zwisaja?cych witek starej wierzby, upał był wyczuwalnie mniejszy. Chłodny, pachna?cy mokra? ziemia? i ples?nia? powiew od czasu do czasu wydobywał się spomiędzy belek starej, okutej żelazem kraty, chronia?cej kamienna? studnię. Błotnisty brzeg wyschniętego rowu, przechodza?cego za drzewem, spękał głębokimi rysami. Powywijany w geometryczne wzory ciemnoszary muł cia?gna?ł się aż do zwiędłego pasa pokrzyw, okalaja?cego postawiony dawno temu mur.
Ściana ogrodzenia była naprawdę solidna. Wysoka na trzy i pół metra, z łamanego kamienia, wygładzona zaprawa? i zwieńczona skos?nie ułożona? dachówka? z łupku. Zielonobrunatne wykwity porostów pokryły ja? w całos?ci, gasza?c błyski miki i maskuja?c niewielkie szklane odłamki zamurowane na jej szczycie.
Tak po prawdzie, od kiedy je postawiono, chyba nikt nigdy nie zajrzał za to ogrodzenie. Stało tu już ponad sto lat i jakos? nikomu z miejscowych nie chciało się dowiedziec?, co się za nim kryje.
Pojedyncze czubki drzew wystawały ponad mur, który prosta? linia? wcinał się w las, by po trzystu metrach ostro skręcic? i dojs?c? prawie do samego urwiska, zakręcic? pod ka?tem prostym i poła?czyc? się prostopadle z nadbiegaja?ca? s?ciana?, zamykaja?ca? obszar bez jakichkolwiek drzwi, bramy czy furtki. Może odległos?c? od pobliskiej wsi sprawiała, że mieszkańcom nie chciało się tu zapuszczac?, a może to zła sława tego miejsca była przyczyna? faktu, że tak niechętnie ktokolwiek wybierał się w tę stronę?
O włas?cicielu nie mówiło się wcale, jakby nigdy nie istniał, a przecież mur ktos? postawił. W zasadzie jedyna wioda?ca do wsi droga urywała się przy starym drewnianym kos?ciele, za którym niewielki, nieco zapuszczony cmentarz stanowił ostatnie we wsi widoczne miejsce, jakim opiekował się człowiek. Ciemna s?ciana lasu stanowiła nieprzekraczalna? granicę dla mieszkańców wsi, zupełnie tak, jakby ten kierunek s?wiata dla nich nie istniał. Tutejsza babina, zapytana, co jest za kos?ciołem, odrzekłaby, że cmentarz.
- A za cmentarzem?
- No jak za cmentarzem?! Toż panie, tam nic nie ma!
A jednak...
Ktos? ewidentnie kalał s?więte miejsce swoim oddechem. Urywanym, spazmatycznym i płytkim, ale mimo to nieustępliwym.
Uparte mrówki próbowały wedrzec? się do ust mężczyzny, niewiele robia?c sobie z tego, że jego zęby, choc? po bolesnym zabiegu niekompletne, sa? nadal sprawne i rozgryzaja? je na miazgę, a spuchnięty z pragnienia język i usta próbuja? się pozbyc? ich kwas?nych trucheł.
Jeszcze tylko kilka chwil, najwyżej kwadrans... Krew przestanie kapać, a mięso człowieka nakarmi Panią... - tę mys?l pochłonęło ciche grzechotanie pos?ród gałęzi.
Metaliczny brzęk poniósł się po lesie, gdy czubki drzew poruszyły się w ukłonie przed goszcza?cym tu rzadko wiatrem.
Odziana na czarno postac? majestatycznie uniosła się z pnia zwalonego drzewa, wyraźnie straciwszy zainteresowanie martwym mężczyzna?.
Do południa brakowało jeszcze dziesięciu minut, a Adam był już głodny jak wilk. Widza?c znak informacyjny o stacji benzynowej, zjechał na prawy pas autostrady i konsekwentnie dostosował prędkos?c? do poprzedzaja?cej go ciężarówki.
Nie dość, że nie zdążyłem nic zjeść w biurze, to jeszcze cała ta sytuacja w domu... - pomys?lał ze złos?cia?. Cholera! Nie powinienem był dopuścić do takiej eskalacji przemocy.
Głód i długotrwały brak zaspokojenia męskich potrzeb stanowił u niego bardzo wybuchowa? mieszankę. I o ile jego łóżkowe życie od miesięcy leżało w gruzach, o tyle jak dota?d chodził chociaż najedzony. Dzisiaj wszystko się skumulowało, a jeszcze kochanek Alicji zadbał o iskrę do tej beczki prochu...
Poczucie winy targało Adamem, mimo że doskonale potrafił sobie zracjonalizowac? każde podjęte działanie. Wiedział, że wa?tpliwos?ci nie usta?pia?, dopóki wszystkiego nie poukłada sobie w głowie. I tak pija?c kawę z papierowego kubka, przewijał w mys?lach ostatnie pół roku swojego życia, gapił się przez szybę stacji na parkuja?ce samochody oraz wymys?lał inne warianty, według których mógł posta?pic?.
Doskonale wiedziałem, że Alicja ma romans z kimś z pracy - pomys?lał. To było nieuniknione. Tak naprawdę sam wykorzystałem jej chutliwość, by wykonać zadanie. Nie spodziewałem się tylko takiego rozwoju wypadków. Wiedzieć a zobaczyć na własne oczy to jednak dwie różne rzeczy.
W obecnej sytuacji stało się jasne, że dziewczyna jest nimfomanka?. Jej krótkoterminowe zwia?zki gnały jeden za drugim, bez miejsca na przerwę, na żal po stracie kochanka, na zaczerpnięcie oddechu. Adam umiejętnie wpisał się w jej kalendarz i teraz zacza?ł zdawac? sobie sprawę z tego, jak wiele starań go to kosztowało, skoro udało mu się utrzymac? z nia? stały zwia?zek przez tak długi czas. Znudziła się nim jednak, co było nieuniknione, ale zanim do tego doszło, dotarł za jej pos?rednictwem do włas?ciwego człowieka i nawia?zał kontakt operacyjny, jak mawiano w fachowym języku. Potrzebował kilku miesięcy, by rozpracowac? gada i zdobyc? niezbędne dowody na jego współpracę z obcym wywiadem, podczas gdy zwia?zek z Alicja? stanowił doskonała? przykrywkę dla jego działań. Na szczęs?cie tydzień temu zda?żył zrealizowac? postawione zadanie, nim dzisiejsza katastrofa pogrzebałaby szanse na jego dokończenie.
Adam czuł potrzebę zresetowania się i chęc? ucieczki od obowia?zków wynikaja?cych z pracy w agencji kontrwywiadu. Szczęs?liwie włas?nie teraz nadarzyła się okazja na odebranie zaległego urlopu i zostawienie tego syfu za soba?.
Tylko skąd wziął się ten zawód? To uczucie porażki i wrażenie, że nie podołałem jako partner. Czy naprawdę byłem tak kiepskim kochankiem, że Alicja musiała szukać kogoś na boku? Bzdura! - zgasił w sobie poczucie winy.
Niewielka torba podróżna w bagażniku zawierała absolutne minimum. Kosmetyki, trzy komplety letnich ubrań na zmianę, kurtkę i zapasowe buty. Prawda? było, że drugie dno ukrywało przedmioty o nieco odmiennym przeznaczeniu, ale z porza?dna? latarka?, nożem Tanto i pistoletem Jerycho 941 - prezentem pożegnalnym od izraelskiego mistrza - Adam nie rozstawał się nigdy. Parę rzeczy o nieco bardziej militarnym przeznaczeniu wiózł także pod podłoga? bagażnika, ale to już było absolutnie wszystko, co musiał miec? przy sobie. Jeżeli ten urlop miał się udac?, Adam powinien zapomniec? dosłownie o wszystkim i albo wyciszyc? krzyki z przeszłos?ci, albo dac? się ponies?c? fali jakiejs? przygody, bez ogla?dania się na konsekwencje. Pos?więcic? dwa miesia?ce wyła?cznie dla własnej przyjemnos?ci.
Korzystaja?c ze starej samochodowej mapy, zjechał wreszcie z głównej drogi i pełna? wybojów oraz dziur wa?ska? asfaltówka? pomkna?ł ws?ród przepięknych starych buków przetykanych s?wierkami. Głębokie cienie rzucane przez gałęzie sprawiły, że samochód automatycznie przeszedł w tryb jazdy nocnej i pozapalał wszystkie możliwe s?wiatła. Od momentu opuszczenia głównej drogi w zasięgu wzroku nie pojawił się żaden pojazd ani człowiek, na rowerze czy choc?by pieszo. Ta pustka miała swój urok po ponad półrocznym pobycie w stolicy.
Nagle las skończył się jak ucięty nożem, a przed oczami Adama ukazał się krajobraz pofalowanych wzgórz, ozdobionych na przemian prostoka?tnymi polami ła?k, zagajników i pól uprawnych. Ostre słońce miał nieco za soba?, dlatego intensywnos?c? barw ukwieconych przestrzeni aż odebrała mu dech w piersiach. Do tego błękitne niebo i nisko płyna?ce białe obłoki, gdzieniegdzie rzucaja?ce wyraźny cień na kolorowa? szachownicę. Jakże inny był ten obraz od monotonnych betonowych konstrukcji w Warszawie i mrugaja?cych liter na ekranie komputera. Nawet wiruja?ce wokół siebie kolorowe motyle dodawały temu miejscu odrealnionego, idyllicznego kolorytu.
Zjechał na pobocze i wyła?czył silnik. Magia ciszy pozbawionej mechanicznych dźwięków była przytłaczaja?ca. Na chwilę zamkna?ł oczy i wcia?gna?ł w nozdrza przesycone zapachem milionów ros?lin powietrze. Świergot wisza?cych gdzies? na niebie skowronków jak za sprawa? czarów obudził w nim koszmarnie odległe wspomnienia z dzieciństwa, wzmocnione kukaniem ukrytej ws?ród gałęzi kukułki.
Czy może być coś piękniejszego niż ten cud natury? - pomys?lał.
Kwadrans później przekonał się, że mogło.
Dziurawa droga poprowadziła samochód przez kolejny, tym razem sosnowy las, aż do wsi nazwanej Osada?. I tu, co dziwne, asfalt się skończył. Kocie łby, stanowia?ce dalsza? nawierzchnię, wyrwały Adama z sennej zadumy nad pięknem okolicznego krajobrazu i radykalnie przywróciły do rzeczywistos?ci.
Kilkadziesia?t chałup porozrzucanych pozornie bez ładu skupiało się w wzdłuż rozszerzaja?cej się drogi, która ostatecznie kończyła bieg przed poczerniałym ze staros?ci drewnianym kos?ciółkiem.
Jedynymi oznakami nowoczesnos?ci, psuja?cymi efekt skansenu, w którym się znalazł, były blaszany szyld sklepu wielobranżowego, jak głosił napis nad drzwiami, i lodówka na napoje wystawiona przed wejs?ciem.
Zatrzymał się kilka metrów za sklepem z marzeniem o wypiciu choc?by szklanki wody. Wies? wygla?dała na wymarła?. W zasięgu wzroku nie było widac? żadnego psa, kota, o człowieku nie wspominaja?c. Głupie skojarzenie z poligonem atomowym Nevada obok Los Alamos lekko zjeżyło mu włoski na karku, ale odpędził niechciana? wizję i przesta?pił próg.
Brzęczenie agregatów chłodniczych i ciche podzwanianie umieszczonych w lodówkach butelek wydawało się jedynymi dźwiękami panuja?cymi w niespodziewanie obszernej izbie. Pod wyja?tkowo czystymi oknami stały dwie ławy na osiem osób i kilka stolików z krzesłami po przeciwnej stronie pomieszczenia. Za lada?, pamiętaja?ca? chyba czasy cara Mikołaja II, na zbitych z nieheblowanych desek regałach tłoczyły się, zgodnie z szyldem umieszczonym nad wejs?ciem, artykuły pierwszej, drugiej, a nawet trzeciej potrzeby. Ułożono je zgodnie z jakims? niejasnym dla przyjezdnych kluczem, znanym jedynie sprzedawcy i miejscowym. Bo jak ogarna?c? słoik majonezu kieleckiego na jednej półce z samoopalaczem i filtrami do zaparzacza kawy?
Gdy wzrok mężczyzny przes?lizgna?ł się po - i tu już cud - równiusieńko ustawionych w lodówce butelkach i puszkach z piwem, uporczywe pragnienie odezwało się w dwójnasób.
- Halo! Jest tu kto?! - zakrzykna?ł lekko podniesionym głosem w kierunku otwartych drzwi na zaplecze.
Adam nadstawił uszu i naraz zdało mu się, że słyszy delikatne poskrzypywanie sprężyn starego łóżka. Tak jakby ktos? przekręcał się, szukaja?c wygodniejszej pozycji do drzemki.
- Halo! - zawołał nieco głos?niej, po czym zbliżył się do przejs?cia.
Krótki korytarzyk miał, jak się okazało, troje drzwi. Pierwsze były wejs?ciem do sporej kuchni, która, chociaż urza?dzona po staremu, wygla?dała na czysta? i funkcjonalna?. Po przeciwnej stronie do kuchni na zamkniętych kłódka? drzwiach widniała tabliczka z napisem "magazyn". Zamkniętych to dużo powiedziane. W uchu skobla wisiała otwarta kłódka ze zwisaja?cym z niej pękiem kluczy. Trzecie wejs?cie było ostatnim miejscem, w którym mógł znajdowac? się sprzedawca, jednak gdy Adam zajrzał przez szczelinę uchylonych drzwi, kolejny okrzyk "halo" zamarł mu w gardle i tak już pozostał. To, co tam ujrzał, nie było pospolitym widokiem.
Plecami do wejs?cia, w starym szerokim fotelu, z uniesiona? broda? rozpierała się młoda, pulchna dziewczyna. Szeroko rozstawione, opalone nogi opierała bosymi stopami na podłokietnikach wiekowego mebla, a jej wzorzysta, kolorowa i podcia?gnięta do pasa sukienka ukazywała lekko zaokra?glony brzuszek. Ciemne, skłębione włosy u zbiegu ud mocno kontrastowały z wyraźnie blada? częs?cia? podbrzusza. Pomimo odchylonej w tył głowy kobiety Adam nie mógł dostrzec rysów twarzy, ponieważ długie loki w kolorze ciemnego miodu skryły ja? w zupełnos?ci. Za to soczysta, pełna piers?, która wysmyknęła się ponad luźne opadłe ramia?czko, dowodziła, że mimo nieznacznej nadwagi dziewczyna prezentowała miła? oku, bardzo kobieca? figurę. Krople potu perla?ce się na jej faluja?cym dekolcie mówiły, że zabawa trwa już od dłuższego czasu. Zatopione u zbiegu ud palce przesuwały się niespiesznie. Znikały sporadycznie gdzies? poniżej tego fascynuja?cego widoku, by powrócic? zupełnie mokre i błyszcza?ce. Druga dłoń tymczasem tarmosiła uwolniona? piers? za jasny sutek, bezustannie cia?gna?c i s?ciskaja?c go na wszelkie sposoby.
Pierwotna? naturalnos?c? całej sceny psuł jedynie kabel słuchawek, który biegł z uszu dziewczyny pomiędzy ciemnymi włosami i cienka?, biała? kreska? nikna?ł gdzies? za oparciem fotela.
Ciekawe, że zanim całkowicie ogarnęło mnie podniecenie, spostrzegłem najpierw kabel słuchawek, który jest jedynym prawdziwym symbolem nowoczesności w tym miejscu. I czyż jest coś piękniejszego niż widok pieszczącej się tak zmysłowo kobiety? - pomys?lał, drugi raz tego dnia przeskalowuja?c swoje odczucia.
Nie chciał, by wzięto go za podgla?dacza, dlatego ostrożnie wycofał się z korytarza. A że dodatkowo z wrażenia konkretnie zaschło mu w gardle, postanowił sam się obsłużyc?. Z jednej z lodówek wyja?ł bezalkoholowego radlera i usiadł jak najbliżej drzwi. Wystawił plecy na niewielki przecia?g i przyssał się do szyjki. Wysa?czył leniwie ponad połowę napoju, nim z pomieszczenia gospodarczego wreszcie wyszła spocona dziewczyna.
Obecnos?c? gos?cia wyraźnie ja? zaskoczyła i zbiła z tropu, bo stanęła w drzwiach i nie do końca wiedziała, co ma dalej zrobic?.
- Dzień dobry - powiedział. - Była pani zajęta, a ja chciałem uis?cic? należnos?c? za... - Tu podniósł w górę niedopita? butelkę piwa.
Dziewczyna zbladła, by po chwili odłożyc? na półkę przyniesione warzywa i zalac? się karminowym pa?sem. Ze spuszczonym wzrokiem podeszła do kasy i nabiła należnos?c?.
- Pięc? dwadzies?cia - powiedziała tak cicho, że Adam nie był pewien, czy w ogóle usłyszał cenę, czy może tylko wyobraził sobie, że ja? wypowiedziała.
Dwoma łykami dokończył zawartos?c? butelki i podszedł do kasy.
- Czy mogę zapłacic? karta?? - zapytał, rozgla?daja?c się za terminalem.
Dziewczyna dopiero wtedy podniosła spojrzenie i ruchem głowy zaprzeczyła.
- Nie mamy tu terminala - dodała cichutko.
- Ale zeszyt zapewne jakis? pani ma? - Popatrzył jej głęboko w oczy i spróbował zdobyc? się na najbardziej czaruja?cy z us?miechów, jakim dysponował w arsenale.
- No tak... Ale ja przecież pana nie znam! - Zawstydziła się do reszty.
- Poznajmy się zatem. Jestem Adam. - Wycia?gna?ł ku niej rękę.
- Bożena. - Dziewczyna nies?miało łypnęła spod oka i podała mu swoja? dłoń, wilgotna? od potu, a może i czegos? jeszcze.
- Bożenko, mogłabys? mi pomóc? - Adam jeszcze raz us?miechna?ł się do dziewczyny, sprawiaja?c, że soczysty pa?s dotarł do czubków jej uszu. - Szukam domu Łucji Makowskiej, ale u was budynki nie maja? numerów i pojęcia nie mam, który z nich jest tym włas?ciwym.
W spojrzeniu dziewczyny cos? się zmieniło. Przyjrzała się ciekawie Adamowi, zupełnie zapominaja?c o swoim wstydzie.
- A pan jest kims? z rodziny? - zapytała z nadzieja?.
- Adam! - poprawił stanowczo. - Żaden pan. Kupiłem ten dom, ale nawet go nie widziałem - wytłumaczył.
Błysk zrozumienia rozjas?nił spojrzenie dziewczyny, po czym odparła:
- Och, to dobrze, bo kręcili się tam podobno jacys? ludzie, kilka miesięcy temu, a przecież strach i szkoda, żeby się taki dom miał zmarnowac?. Ale to on nie stoi we wsi, ino za rzeka?. Będzie ze cztery kilometry sta?d.
- A jak do niego trafic??
- Jak pan... Znaczy... jak chcesz, to ja cię do niego zaprowadzę - powiedziała uradowana, po czym zmitygowała się, bo ustępuja?ca czerwień policzków znowu dała o sobie znac? i zabarwiła jej cała? twarz aż po nasadę włosów.
- Będę ci bardzo wdzięczny. Ale w takim razie powiedz mi, czy mógłbym tu zrobic? jakies? podstawowe zakupy na kredyt? Bo niestety mam tylko kartę i nie dysponuję gotówka?.
- No jasne! - Bożenka się rozpromieniła. - Czego ci potrzeba?
- Wezmę kilka bułek, masło, jakis? ser, może jeszcze ten pasztet i na koniec cos? z warzyw. Pomidor, nie ten, ten drugi, i koniecznie ogórek...
*
Jechali polna? droga?, od czasu do czasu zatrzymuja?c się przy zagajnikach, polach i rozstajach. Bożenka, przejęta rola? przewodniczki, zasypywała Adama cała? masa? informacji o włas?cicielach takiego czy innego miejsca. Kto z kim i jakie ma układy oraz jaki jest status materialny danej rodziny.
Nie zdziwiła Adama informacja, że sklep nie jest jej własnos?cia?, a rola, jaka przypadła temu miejscu, skupiała w sobie centrum kulturalne, s?wietlicę i bar. Oprócz tego sama włas?cicielka zajmowała się fryzjerstwem i była w okolicy jedyna? osoba? potrafia?ca? udzielic? pomocy medycznej, jak zapewniała dziewczyna.
Gdy przejeżdżali przez dobrze utrzymany drewniany mostek nad szerokim, lecz płytkim potokiem, Adam spostrzegł, że Bożenka aż zacisnęła ze strachu oczy.
- Cos? się stało? - zapytał zdziwiony.
Na odpowiedź przyszło mu poczekac?, aż widok żwawo płyna?cej wody znikna?ł zupełnie z zasięgu wzroku.
- Przepraszam. - Bożenka wtuliła głowę w ramię mężczyzny. - Okropnie boję się tego strumienia.
Adam zerkna?ł na dziewczynę, na chwilę oderwawszy wzrok od nierównos?ci na drodze. Jej przyspieszony oddech i fakt, że spociła się w jednej chwili jak mysz, były aż nazbyt widoczne. To było autentyczne przerażenie.
- Oj, przepraszam, nie miałem pojęcia... - zacza?ł.
- Nic się nie stało - przerwała mu. - Sama zapomniałam o tym potoku. To nie twoja wina. Jedźmy dalej! - Nieco skonfundowana odsunęła się od mężczyzny i poprawiła nieustannie podwijaja?ca? się, przykrótka? sukienkę.
Jechali bardzo powoli, bo coraz większe wyboje na drodze telepały całym autem. Przy jednym z takich wahnięc? wa?skie ramia?czko zsunęło się jej z ramienia, w połowie odsłaniaja?c apetyczna? kra?głos?c?. Adama dziewczyna niby nie interesowała, jednak powstrzymac? się przed zerknięciem już nie zdołał.
Bożenka natychmiast wyczuła na sobie jego lepki wzrok, bo spa?sowiała niczym burak. Tym razem jednak odważnie obróciła twarz w stronę mężczyzny i us?miechnęła się zalotnie. Przygryzła nerwowo wargę i z premedytacja? sprawiła, że ramia?czko jej bluzki opadło jeszcze o centymetr, odkrywaja?c fragment otoczki sutka. Ciekawa dalszych reakcji kierowcy, najpierw zerknęła na jego mocno zarysowany profil o prostym nosie i wa?skich ustach, potem na umięs?nione przedramiona i duże, żylaste dłonie, a następnie bezczelnie wprost na jego krocze.
Na szczęs?cie dla Adama las, przez który jechali, skończył się raptownie, a ich oczom ukazał się zdumiewaja?cy widok. Za wzniesieniem, na które wspinali się autem od dobrych dziesięciu minut, w otoczeniu niewysokich drzew i krzewów przycupna?ł stary, wymurowany z mienia?cego się mika? łamanego kamienia dom. Ze stosunkowo małymi, półokra?głymi oknami w głębi grubych, otynkowanych na biało glifów prezentował się przysadzis?cie i niezwykle dostojnie. A o jego solidnos?ci i długowiecznos?ci s?wiadczyła wysoka pogrubiona podmurówka z otoczaków dodaja?cych swymi kolorami nieco rados?ci poważnej bryle budynku. Dach w całos?ci pokrywała czerwona dachówka, jakby dopiero co przywieziona z hurtowni i ułożona przez robotników, co nadawało mu s?wieżos?ci i koja?cego, bezpiecznego ciepła.
- To tutaj. - Dziewczyna wskazała odnogę drogi nikna?ca? za jaka?s? szopa?.
Adam skręcił w ciasny zakręt i raptownie się zatrzymał, o włos unikaja?c wystaja?cego z trawy kamiennego słupka. Po wyła?czeniu zapłonu dźwięk pracuja?cego silnika zasta?piło głos?ne cykanie koników polnych i s?wierszczy, z powodzeniem konkuruja?ce z ptasim trelem, dobiegaja?cym z kępy dzikiego bzu, nader obficie rozros?niętego pod jedna? ze s?cian budynku. Gdy mężczyzna wysiadł z klimatyzowanego wnętrza, pełen intensywnych woni gora?cy powiew sprawił, że jego koszula natychmiast przykleiła się do pleców. Zerkna?ł badawczo na dziewczynę i odkrył, że z nia? wcale nie jest lepiej. Luźne kosmyki, wymykaja?ce się spod nacia?gniętej na włosy frotki, momentalnie przylepiły się do jej policzków, a sukienka nabrała wilgotnej przezroczystos?ci w interesuja?cych miejscach.
- Nie wiesz, czy ktos? opiekował się domem pod nieobecnos?c? włas?ciciela?
- Chyba włas?cicielki?! - Bożena popatrzyła na Adama, jakby spadł z księżyca.
- No tak - przyznał, by nie wchodzic? w szczegóły transakcji.
- Pani Łucja była bardzo skryta i rzadko bywała u nas w sklepie.
Niby nasza wies? to sam koniec s?wiata. - Us?miechnęła się smutno. - Ale ten dom to już chyba nawet jest poza jego krańcem.
Wysoka, uschnięta trawa położyła się na podwórku za domem. Brak gospodarza dawał się tu odczuc? na każdym kroku, jednak sam dom wygla?dał na zadbany i s?lady remontu, o których wspominał w lis?cie Paweł, rzucały się w oczy, zwłaszcza ogromne okna zainstalowane od zachodniej strony. To musiał byc? gruntowny remont, bo zasta?pienie szkłem ponad połowy powierzchni s?ciany zapewne nie było prostym zadaniem.
- Zobaczmy, co w s?rodku! - zakomenderował mężczyzna, gdy oboje z Bożenka? obeszli budynek i podwórko.
Pods?wiadomie oczekiwał trudnos?ci z otwarciem wiekowych drzwi, ale nowo wstawione zamki nie stawiły najmniejszego oporu. Co najwyżej stare zawiasy zaskrzypiały rozdzieraja?co, rozwarte pierwszy raz od miesięcy. Adam bardzo był ciekaw zapachu nowego miejsca. Jego miejsca. Tej ulotnej woni, która charakteryzuje każdy dom. Czy będzie kojarzyła się z ciepła? staros?cia? budynku, czy też będzie odrzucac? zapachem dawno niewynoszonych s?mieci i ubrań poprzednich włas?cicieli?
Kilka sekund później przekonał się, że ani jedno, ani drugie. Dom pachniał absolutna? nowos?cia?. Zapach s?wieżej farby i lakierowanego drewna podziałał na niego orzeźwiaja?co, aż us?miech samoistnie wypłyna?ł mu na usta.
- O, przepraszam - powiedział, następnie odwrócił głowę do dziewczyny wchodza?cej mu na plecy. - Pani przodem...
Zanim jednak zdołał się dostatecznie odsuna?c?, poczuł, jak diabelnie gora?ce i wilgotne od potu ciało przewodniczki przeciska się do s?rodka i ociera o jego ramię w progu wejs?cia. Bożenka bezceremonialnie wcisnęła się do sieni i nie czekaja?c na włas?ciciela, zaczęła rozgla?dac? się po wnętrzu.
- To ja pójdę po zakupy - rzucił, nie wiedza?c, czy jest bardziej podniecony bliskos?cia? młodego ciała, czy zaskoczony bezceremonialnos?cia? dziewczyny.
Głęboko odetchna?ł odrobinę chłodniejszym powietrzem sieni i wyszedł spod cienia niewielkiego ganku na pieka?cy skwar.
*
- Oddałabym wszystko za szklankę wody i możliwos?c? ka?pieli - szepnęła dziewczyna urzeczona widokiem, jaki rozcia?gał się za ogromnym oknem.
- Mys?lę - odparł Adam - że i jedno, i drugie da się zorganizowac?, jes?li dasz mi chwilę na to, bym się zorientował, gdzie co się znajduje.
Po chwili poszukiwań odnalazł w sieni wnękę, a w niej skrzynkę z bezpiecznikami. Przeła?czył wszystkie w górę.
- Jest już pra?d! - krzykna?ł, gdy zamrugały kolorowe kontrolki fazy.
Tylko nie wiem, co z wodą - pomys?lał strapiony.
Chwilę poczekał na odpowiedź dziewczyny, ale nie wiedziec? czemu, cisza przedłużała się w nieskończonos?c?. Poszedł więc do salonu i rozejrzał się spokojnie.
Puste, wymalowane na jasny beż pomieszczenie przywitało go cichym burczeniem pozostawionego gdzies? na podłodze, pochlapanego farba?, małego radia, zapewne schedy po remontuja?cych dom robotnikach.
- Bożena?! - krzykna?ł, ale nie usłyszał żadnego odzewu, wobec czego ruszył na poszukiwania w gła?b domu.
Tuż obok, w składziku, nie było nikogo. Nie było też w kolejnym pokoju i przyległej do niego sypialni. Dopiero gdy przechodził przez kuchnię, usłyszał zza drzwi łazienki jakies? ciche szelesty.
Dam się dziewczynie odświeżyć - pomys?lał i po cichu wycofał się pod ogromne okno kuchni.
Zaskoczyło go to pomieszczenie. Było naprawdę imponuja?ce, i to nie tylko z uwagi na jego rozmiar. Zapewne kiedys? stanowiło centralne miejsce i niepodzielne królestwo gospodyni tegoż domu. Teraz, pomniejszone o łazienkę i toaletę, nadal królowało rozmiarem nawet nad salonem. Chłodne, błękitne s?ciany doskonale współgrały z odrestaurowanymi i polakierowanymi na biało meblami, które ktos? udekorował ze smakiem ceramika? o ludowym charakterze. Stanowiło splot nowoczesnos?ci, funkcjonalnos?ci i piękna minionej epoki. Bezsprzecznie jakas? zdolna projektantka zadbała o to, by zachowac? w s?rodku wszystko, co najcenniejsze.
Adam zajrzał z ciekawos?ci najpierw do piekarnika, a potem do lodówki i tu doznał bardzo miłego zaskoczenia, bowiem na drzwiach nowiutkiego urza?dzenia pysznił się przewia?zany czerwona? kokarda? szampan, a na półkach metalicznie połyskiwały czteropaki z piwem. Szkoda tylko, że ktos? nazbyt zapobiegliwy powyła?czał korki w domu i nie dał się schłodzic? pozostawionym tu puszkom i butelkom.
Niewielkie, prawie niezauważalne drzwi za lodówka? zadziwiaja?co zgrabnie wkomponowywały się w s?cianę. Pomimo wszelkich zabiegów oraz użytej siły pozostały zamknięte, drwia?c sobie ze starań Adama. Dopiero gdy uważnie przyjrzał się ich zamkowi, dotarło do niego, że przedmiot, który uznawał dota?d za unikatowy brelok przypięty do spinaja?cego klucze stalowego kółka, w istocie był kluczem otwieraja?cym te włas?nie drzwi.
Po uporaniu się z podrdzewiałym mechanizmem zamka mężczyźnie udało się otworzyc? przejs?cie do piwnicy, do której, zaraz za progiem, wiódł łukowato wysklepiony, kamienny tunel. Zszedł nim z wła?czona? w telefonie latarka?, bo z nieznanych przyczyn mimo remontu nikt nie przewidział koniecznos?ci założenia tu s?wiatła. Na dole panował lekko stęchły chłód. Momentalnie poczuł, jak cierpnie mu skóra na karku, a włoski na rękach staja? dęba. W końcu kichna?ł kilka razy i przezornie wycofał się na górę, słusznie założywszy, że przy tak kiepskim s?wietle wpadnie w jaka?s? dziurę, a bez grubszego ubrania tylko się przeziębi, i to na pocza?tku lata.
Gdy zamkna?ł za soba? drzwi, jeszcze raz zawołał Bożenkę z nadzieja?, że będzie mógł ja? niebawem odwieźc? do wsi, ale tak jak poprzednio nie usłyszał odzewu.
Zaniepokojony poszedł do ustępu. Drzwi toalety były otwarte, a pomieszczenie puste. To samo dotyczyło łazienki, chociaż s?lady bosych stóp błyszczały wilgocia? na płytkach.
Gdzie też, do diabła, poniosło tę dziewczynę? - Adam zacza?ł się martwic? nie na żarty.
Zawrócił i już miał pójs?c? do salonu, gdy jakis? szelest z sypialni dobiegł do jego uszu.
No tak... kiedy poprzednio tu zaglądałem, pozostawiłem pomieszczenie otwarte, dokładnie tak, jak mi to wpojono na szkoleniu - pomys?lał. Teraz jest jednak zamknięte...
Po cichu nacisna?ł klamkę i delikatnie uchylił skrzydło drzwi. Na białej, pozbawionej narzuty pos?cieli leżała naga Bożenka. Jej ciemne od wilgoci włosy pyszniły się, rozrzucone po całej poduszce. Zdumiony mężczyzna zamarł w progu. Dziewczyna mimo wyraźnego zawstydzenia przypatrywała się Adamowi z napięciem, nawijaja?c lubieżnie na jeden z palców długi mokry kosmyk.
Próba uwiedzenia i wyuzdanie Bożenki tak go zaskoczyły, że stał oniemiały, bez pomysłu na to, co dalej. Trochę nieporadne ruchy, które nieustannie wykonywała, by zwrócic? jego uwagę, to odsłaniały, to zakrywały intymne częs?ci jej ciała. I fakt, że Adam widział ja? już w częs?ciowym negliżu, wcale nie zmniejszył niespodzianki. Wprost przeciwnie...
Głos?no przełkna?ł s?linę i ukradkiem dotkna?ł pulsuja?cego coraz większym dyskomfortem krocza.
- Przyjdziesz do mnie? - Wypowiedziała te magiczne słowa lekko drża?cym głosem, a wa?tła zasłona spokoju, która dota?d otulała Adama, opadła w ułamku sekundy.
Jego puls przyspieszył. Załomotał w skroniach tak mocno, że poza szumem pompowanej krwi przestał słyszec? cokolwiek. Dotkna?ł więc nerwowo prawego ucha i przysiadł na skraju łóżka, by nieco ochłona?c?, i z uwaga? wytrawnego konesera z bliska zlustrowac? ciało dziewczyny.
Pojedyncze pieprzyki, delikatne włoski, drobne piegi i odznaczaja?ce się nieopalone miejsca na skórze. Wszystko to składało się w jeden, niezwykle apetyczny obraz młodos?ci. Poczuł niepohamowane pragnienie pieszczoty. Jej pełne piersi, tak nabrzmiałe jędrnos?cia?, kusiły, by chwycic? je i zerwac? jak najpiękniejsze jabłka z jabłoni. Brzuszek, chociaż lekko zaokra?glony, prowokował, by wtulic? weń swoja? twarz i dac? się ponies?c? nieustannemu falowaniu, a łono... Skłębiona kępka ciemnych włosów bezskutecznie próbuja?ca przykryc? miękka? wypukłos?c? obfitych warg i ich pofalowanych sióstr, cudownie rozchylaja?cych swe gładkie i wilgotne brzegi, daja?cych jednoznaczny przekaz: zapraszamy do rozkoszy.
Jakże ten widok był mi ostatnio obcy i nieosiągalny. Adam z gniewem odrzucił wspomnienie o Alicji.
Do jego nozdrzy napłyna?ł zapach lawendy, unosza?cy się z pos?cieli rozgrzanej ciałem dziewczyny. Pomieszany z lekko piżmowym zapachem podnieconej skóry młodej kobiety oszałamiał niczym mocne wino.
Nachylił się nad Bożenka? i oparł rękę blisko jej nagiego biodra. Dziewczyna zastygła nagle w bezruchu, zaskoczona jego bliskos?cia?. Jej pogłębiony oddech parzył go w ucho i pachniał delikatnie mięta?. Dłoń Adama poda?żyła wolnym ruchem od biodra ku górze, delektuja?c się miękkos?cia? schłodzonego ciała. Wyczuwała pod skóra? kolejne żebra i zagłębiała się palcami w miękkos?ci obfitej piersi. Potem jej obrócony wierzch kostkami palców zahaczył o wyprężony sutek i zsuna?ł się niezwykle powoli w dół, przez s?rodek miękkiego brzucha. Na delikatnym podbrzuszu palce utonęły w wilgotnych od wody loczkach łona, by odnaleźc? najdelikatniejsze miejsce na całym ciele. Obrócił twarz, bez mała dotykaja?c nosem policzka Bożenki, i skupił swój wzrok na drgaja?cej, nerwowo zacis?niętej powiece.
- Boisz się? - zapytał cicho, by modulacja głosu wybrzmiała jak najłagodniej.
Wa?ska kreska ust i nerwowe kiwnięcie głowa? potwierdziły jego obawy.
- Nie musisz... - Odruchowo przygładził jeden ze stercza?cych kosmyków na jej głowie, przerywaja?c pieszczotę. - Nie zrobię ci krzywdy. - Powoli odsuna?ł się od dziewczyny i przysiadł na samym skraju materaca.
Bożenka zerwała się nagle i kryja?c łzy zacis?nięta? pięs?cia?, wybiegła z sypialni.
Chwilę trwało, nim podniecenie Adama opadło do znos?nego poziomu. Wstał z łóżka i poszedł do kuchni w poszukiwaniu czegos? do picia. Poprzesuwał czteropaki zafoliowanych puszek piwa i na samym końcu półki odnalazł wreszcie cos? bez alkoholu oraz w znos?nej temperaturze. Cudowny syk uchodza?cego z puszki gazu od razu rozproszył przykry nastrój. Co prawda zbyt ciepła, ale chłodniejsza niż wszystko inne pod ręka?, Coca-Cola naprawdę poprawiła mu nastrój. Słysza?c nies?miałe kroki za soba?, chwycił druga? puszkę i obrócił się do Bożenki. Gdy zobaczył, jak przeciera zaczerwienione oczy, odstawił napoje, podszedł do niej i bardzo ostrożnie obja?ł. Wtuliła się w niego jak dziecko, którym niestety nadal była. Stali tak z minutę, może dwie, po czym odsuna?ł się od niej i głęboko patrza?c w oczy, powiedział:
- Już dobrze. Nic się nie stało. Napij się, proszę, zanim zacznie się gotowac?. - Sięgna?ł po colę i podsuna?ł jej przed twarz czerwona? puszkę z charakterystycznym białym, rozpoznawalnym na całym s?wiecie logo.
Dziewczyna najpierw zapatrzyła się na jego sylwetkę i z wyrazem straty przeniosła wzrok na puszkę trzymana? w dłoni. Chwilę trwała w zamys?leniu, aż nagle ożywiła się, jakby znajomy widok przypomniał jej o czyms?, i gwałtownie otworzyła colę. Brunatna piana zalała jej dłoń i pociekła po zgiętym ramieniu aż do łokcia.
- Muszę już wracac? - powiedziała pomiędzy kolejnymi łykami.
- Oczywis?cie - potwierdził Adam i podszedł do piwnicznych drzwi, by wycia?gna?c? klucze z zamka.
*
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Adam zastanawiał się włas?nie, czy rytuał strzepywania ostatniej kropelki jest cecha? stricte męska?, czy też kobiety, adaptuja?c się do nowych czasów, nauczyły się korzystac? z własnych spostrzeżeń i, obserwuja?c panów, robia? to równie automatycznie, gdy wycia?gaja? pistolet z wlewu paliwa.
Dźwięk telefonu wyrwał go z durnego zamys?lenia, gdy sam wkładał pistolet w uchwyt dystrybutora. Nim wyja?ł komórkę z kieszeni krótkich spodenek, spojrzał jeszcze na zgrabna? pupę dziewczyny wsiadaja?cej do auta po drugiej stronie stanowiska dla klientów stacji. Kobieta najwyraźniej zauważyła jego zainteresowanie, bo us?miechnęła się przez szybę i obdarzyła powłóczystym spojrzeniem sylwetkę mężczyzny.
Telefon z wys?wietlonym nieznanym numerem natrętnie wibrował w lewej dłoni.
- Halo?! - warkna?ł nieco niegrzecznie do słuchawki, bo przygla?daja?ca mu się kobieta pokazała na zegarek i odjechała z wyrazem rozczarowania na twarzy.
- Czes?c?, Adam! - Ws?ród hałasów pobliskiej ulicy i podjeżdżaja?cych do myjni samochodów niewiele dało się usłyszec?.
- Czes?c?... Kto mówi?
- Ciekawe, że nie pamiętasz przyjaciół z liceum... - Cichy głos, przerywany sykiem z trudem wcia?ganego powietrza, ledwo słyszalnie dobiegł z głos?niczka.
Gdzies? z odmętów pamięci napłynęło niewyraźne wspomnienie dźwięku własnego imienia, a potem wymawiaja?cej je osoby.
- Paweł? Niemożliwe! To ty?
- No hej, przyjacielu. Kopę lat. - Urywany s?miech po drugiej stronie przeszedł nagle w kaszel.
- Stary! Ska?d masz mój numer?
- Dostałem... Ekhm... Od Radka. Ekhm, ekhm. Posłuchaj, mam sprawę... Miałbys? trochę czasu?
- To zależy, a o co chodzi? - Jakis? niepokój nagle ogarna?ł mys?li Adama.
- Jestem teraz w Warszawie... Ehm...
Długa przerwa wywołana spazmatycznym kaszlem była trochę niepokoja?ca.
- Moglibys?my się spotkac?? - Niewyraźny głos Pawła rwanymi słowami dobiegł po naprawdę długiej chwili monotonnego charczenia.
- Pewnie! Gdzie mogę cię znaleźc??
- Musisz przyjechac? na Roentgena, jestem na oddziale... - Jasne. Już jadę. Powinienem byc? za trzydzies?ci minut. Potrzebujesz czegos?? Może ci cos? przywieźc??
- Nie trzeba... Ekhm. Po prostu przyjedź.
Poła?czenie nagle się urwało.
Adam przerwał tankowanie i czym prędzej pobiegł na stację. Po drodze chwycił pudełko czekoladek Merci, by po chwili stana?c? w kolejce do jedynej czynnej kasy.
*
Klockowaty gmach szpitala onkologicznego na ulicy Roentgena w Warszawie stanowił niezbity dowód na to, że można w jednym miejscu poła?czyc? bezpodstawna? nadzieję z niewysłowiona? udręka? chorych i ich rodzin. Przytłaczaja?cy widok brunatnej, kanciastej bryły mimo szczerych chęci nie napawał optymizmem, chociażby z tego powodu, że metalowe rusztowania wokół budynku połyskiwały spod faluja?cych plandek jak żebra konaja?cego z głodu zwierzęcia. Do tego ten furkot... Niczym łopot znoszonego płaszcza samej s?mierci drwił ze starań lekarzy i modlitw chorych. Na zapełnionym parkingu szpitala Adam spędził piętnas?cie minut, nim udało mu się znaleźc? miejsce dla swojego auta. W trakcie parkowania doszło oczywis?cie do scysji, gdy jakas? nadęta kobieta próbowała wcisna?c? się na upatrzone przez niego miejsce. Bez najmniejszej refleksji, nie zważaja?c na wczes?niej wła?czony kierunkowskaz w oczekuja?cym samochodzie, postanowiła wymina?c? Adama i wjechac? w poszerzaja?ca? się lukę.
Gdyby nie jego zdecydowana reakcja i groźna mina, poszukiwania wolnego miejsca musiałby rozpocza?c? od nowa, w dodatku z poczuciem frajerstwa, na jakie wystawiła go niezręczna sytuacja.
Zanim przebił się przez kolejki pacjentów w poczekalni i uzyskał w końcu informację o numerze sali, w której leżał jego przyjaciel, minęła następna godzina.
Adam zapukał ostrożnie do uchylonych drzwi, lecz nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Zdesperowany tak długim poszukiwaniem, popchna?ł je więc nieco zbyt mocno, by zaraz stwierdzic?, że sala jest kompletnie pusta.
Na dyżurce oddziału zmęczona upałem pielęgniarka wypisywała włas?nie jakies? papiery. Podszedł do niej na sztywnych nogach i oparł się zdenerwowany o blat biurka.
- Przepraszam, szukam swojego przyjaciela, Pawła Dudzińskiego.
Długopis kobiety nagle się zatrzymał, a ona sama powoli podniosła na niego wzrok.
- Pan Adam? - zapytała ze smutkiem w oczach.
- Tak...
- Pański przyjaciel zmarł przed godzina?. Bardzo mi przykro... - powiedziała i opus?ciła wzrok na niewypełnione blankiety.
- Ale jak?! Dopiero co z nim rozmawiałem!
Trzymane dota?d w ręce Adama czekoladki głucho stuknęły o blat.
- Zostawił to dla pana... - Z szuflady wydobyła niewielka?, ale pękata? kopertę i podała ja? Adamowi, nie patrza?c mu już w oczy.
Na białym papierze widniało jego imię zapisane kobiecym charakterem pisma.
- Czy mógłbym...?
- Prosił, by pan tego nie robił! - Pielęgniarka szóstym zmysłem wyczuła zamiar w głosie mężczyzny i szybko przerwała Adamowi, nim wybrzmiało pytanie. - Jego stan był ciężki i chciał, aby zapamiętał go pan... - Zawahała się, nie wiedza?c, jakich słów ma użyc?. - Mys?lę, że nie chciał, by widział go pan w takim stanie. Zależało mu jedynie, by dostał pan tę kopertę.
- Jasne...
Adam pochylił głowę i z ocia?ganiem chwycił niewielki pakunek. Wraz z szorstkim dotykiem papieru z jego pamięci na moment wyłonił się obraz przyjaciela siedza?cego na metalowym łóżku w licealnym internacie. Średniego wzrostu chłopaka o figlarnym spojrzeniu, w wiecznie rozchełstanej koszuli, krótkich jeansowych spodenkach oraz nies?miertelnych czarnych klapkach ze skaju, towarzysza?cych mu zawsze i wszędzie, niezależnie od pory roku i pogody.
Wizja rozproszyła się, gdy salowa skrzypnęła przeszklonymi drzwiami. Oszołomiony wiadomos?cia? Adam wyszedł z oddziału. Nim dotarł do szeregu wind, po raz ostatni spróbował przypomniec? sobie twarz starego przyjaciela. Szedł w dół schodami, porażony smutkiem. Kilka razy zabła?dził w długich korytarzach, zanim w końcu wydostał się na parking. Przez cała? tę drogę zaciskał dłoń na białej kopercie, aż pod palcami papier nasia?kna?ł potem i rozmiękł. Gdy uruchomił auto, podkręcił maksymalnie klimatyzację i rozerwał wilgotne opakowanie, z którego jako pierwsza? wyja?ł złożona? na cztery, zapisana? kartkę.
Cześć, Druhu!
Żałuję, że nie było nam dane spotkać się wcześniej, ale sam rozumiesz - życie.
Zawsze byłeś dla mnie dobrym kumplem i nigdy się na Tobie nie zawiodłem, dlatego ostatni raz chciałbym Cię o coś poprosić.
Odziedziczyłem po ciotce mały domek w kompletnej dziczy. Może ze dwa razy w nim byłem, jeszcze jako dziecko, jednak po remoncie, który właśnie się zakończył, miałem zamiar się do niego wprowadzić na stałe. Jak widać, niestety nie dane mi było przez tę cholerną chorobę. Pomyślałem, że skoro ja nie skorzystam, to może Tobie się przyda - choćby na jakiś wypad od czasu do czasu. Rodziny bliższej już nie mam, a z tą dalszą nigdy nie utrzymywałem kontaktów, więc... Nie chcę, żeby stał pusty i zwyczajnie popadał w ruinę. Jeśli nie zechcesz go zatrzymać, zrozumiem. Po prostu sprzedaj dom komuś innemu. Wszelkie kwestie prawne są już załatwione, wystarczy, że zgłosisz się do notariusza na Placu Bankowym. Adres masz w papierach. On przekaże Ci klucze i dokumenty.
PS Jeszcze raz dziękuję Ci, przyjacielu, i proszę, wybacz mi, że nie było mnie, gdy byłem potrzebny. Wychyl czasem kieliszek za pamięć o koledze.
Paweł
Wstrza?s?nięty Adam czytał list raz za razem, aż jakis? niecierpliwy kierowca zapukał w szybę, by nies?miało spytac?, czy będzie za chwilę zwalniał miejsce.
*
Alicja za nic nie chciała słyszec? o tym, że zamiast wyjechac? wspólnie z nia? nad morze, Adam ma zamiar wyruszyc? do domku gdzies? na końcu s?wiata, którego nie dalej niż miesia?c temu został włas?cicielem. Teoretycznie nie spieszyło mu się z tym wyjazdem, ale od trzech miesięcy ich wspólne życie zaczęło przypominac? operę mydlana? w is?cie brazylijskiej wersji. Pragna?ł uwolnic? się od niej choc? na chwilę. Od bezustannego jęczenia, krzyków, kłótni i cichych dni. Nawet niedawny pogrzeb przyjaciela jawił mu się obecnie jako chwila relaksu i wytchnienia. Codzienny rollercoaster emocji stał się nie do zniesienia. Naprawdę zaczynał się zastanawiac? nad bardziej radykalnym rozwia?zaniem tej kwestii, mimo że zwia?zek z Alicja? stanowił konieczny s?rodek do wykonania zlecenia. Miał dos?c?! Już nie w smak było mu uleganie jej zachciankom, by zatrzymac? ja? przy sobie. To nigdy nie była miłos?c? jego życia. Przywia?zał się jednak, bo nie potrafił całkowicie udawac? uczuc?. Coraz częs?ciej jednak zerkał na przemykaja?ce chyłkiem asystentki i sekretarki z nadzieja?, iż okaża? się milsze niż Ala.
Któregos? dnia usterka klimatyzacji doprowadziła do totalnej awarii pra?du w budynku, w którym miał biuro. Nie było rady, musiał is?c? do domu i popracowac? trochę nad raportem jak za czasów pandemii we własnym, także pozbawionym klimatyzacji lokum.
Uprzejmy sa?siad spod pia?tki przytrzymał mu drzwi od klatki, gdy obładowany kartonem papierów i bez mała z laptopem w zębach podbiegł do zamykaja?cej się bramy.
Zwyczajowe "dziękuję" i "dzień dobry" było wszystkim, co zdołał z siebie wydusic?. Czuł pot, który strużka? ciekł mu po skroni i zalewał oczy. Gdy wysiadał z windy, pod opuszkami palców poczuł, jak spód kartonu rozchodzi się na boki, groża?c uwolnieniem całej zawartos?ci wprost na podłogę. Natychmiast kucna?ł i nim karton rozerwał się do reszty, z minimalnej wysokos?ci upus?cił swój ładunek obok wycieraczki.
Podsuna?ł go noga? bliżej drzwi mieszkania i zagłębił rękę w kieszeni w poszukiwaniu kluczy.
O dziwo, klamka, o która? się oparł, usta?piła, a drzwi uchyliły się pod jego naporem, zanim wydobył klucze ze spodni.
- Co jest, do cholery? - zakla?ł cicho pod nosem.
Z wnętrza mieszkania dobiegały niedwuznaczne odgłosy, od których momentalnie włosy stanęły mu dęba. Mimo ogólnej duchoty Adamowi zrobiło się nagle zimno, gdy na s?rodku korytarza dostrzegł porozrzucana? odzież i obuwie.
Po cichu zakradł się do salonu i ostrożnie wyjrzał zza futryny.
Alicja klęczała z gołym tyłkiem, wypiętym w stronę wejs?cia, nad jakims? facetem, a jej ruchy jednoznacznie wskazywały, co tak bardzo pochłania jej uwagę, a w zasadzie... co pochłania jej gardło. Koles? mruczał z rozkoszy, pokrzykuja?c:
- Mocniej, kurwo! Ssij mocniej, suko!
Wyraźne s?lady po klapsach czerwieniły się na jej przysadzistej pupie, a kosmate dłonie kochanka bezceremonialnie miażdżyły kołysza?ce się piersi.
Adam cofna?ł się za winkiel, by zebrac? mys?li. Nagle stało się jasne i oczywiste, dlaczego w ich relacji zagos?ciło takie oziębienie. Gniew i ogólny wkurw w cia?gu jednej sekundy naparły z cała? moca? na barierę spokoju i nim zadziałał rozsa?dek, podarł ja? na strzępy.
Jeszcze raz zerkna?ł do salonu, by przekonac? się, czy sobie tego nie uroił, ale nie... Facet nadal wywrzaskiwał obelgi pod adresem jego dziewczyny, a ona z upodobaniem młodego cielaka ssała niewielki farfocel. Zapewne największa? dumę włas?ciciela.
- Kurwa mac?! - zmełł przekleństwo przez zacis?nięte zęby.
Szybkim krokiem podszedł do kochanków i nim ktokolwiek zdołał spostrzec jego obecnos?c?, wycia?ł siarczystego klapsa w goły tyłek dziewczyny, powiększaja?c tym samym czerwienia?ca? się kolekcję. I tu chyba ździebko przesadził, bo... Hmm...
Stały się nagle dwie rzeczy. Po pierwsze, uderzenie Adama wywołało ogłuszaja?cy plask, który rozszedł się po salonie i kompletnie zaskoczył oboje, a po drugie, pieka?cy ból sprawił, że Alicja bezwiednie zacisnęła zęby, a te z ogromna? siła? wbiły się w przyrodzenie kolesia leża?cego na kanapie.
Jego rozpaczliwy wrzask w ułamku sekundy wypełnił pomieszczenie z taka? intensywnos?cia?, że aż zarezonowały szyby w oknach. A następnie przeszedł w skowycza?cy pisk, gdy uniesiona twarz Alicji objawiła zakrwawione usta i brodę oraz rozszerzone przerażeniem oczy. Ranny kochanek wił się na kanapie i utyskiwał na swój los, mieszaja?c w wypowiedzi: Jezusa, Maryję, kurwę, sukę, pizdę i jeszcze kilka interesuja?cych okres?leń, których próżno by szukac? w słowniku języka polskiego.
Adam z politowaniem popatrzył Alicji w oczy. Jej otwarte, czerwone od krwi wargi poruszały się bezwiednie, jakby zamierzała cos? powiedziec?, ale słowa w żaden sposób nie chciały się uformowac? i wydobyc? z gardła. Odetchna?ł więc, bo po raz pierwszy zobaczył jej bezradnos?c?, i z niejaka? ulga? wyszedł do drugiego pokoju, by spakowac? swoje rzeczy... Wyzwiska pod adresem Alicji jeszcze przez jakis? czas odbijały się echem od s?cian, podczas gdy naga dziewczyna biegała w panice pomiędzy łazienka? a salonem. Z uporem znosiła opatrunki, wodę utleniona? i inne utensylia. A gdy ucichły lamenty opatrywanego faceta, zza s?ciany do uszu Adama doszedł odgłos głuchego uderzenia, a potem charkot kogos? niemoga?cego nabrac? powietrza. Natychmiast zostawił pakowanie i wybiegł z pokoju. Porozrzucane ubrania zniknęły z korytarza, więc jeszcze raz zajrzał do salonu.
Na podłodze leżała Alicja. Z podkurczonymi kolanami zwijała się z bólu, a stoja?cy nad nia? w zakrwawionych majtkach facet zapinał włas?nie guziki koszuli.
No tak... - pomys?lał Adam. Można mieć ciężką rękę wobec kobiety, zwłaszcza gdy ta bardzo chce doświadczyć dominacji. Jednak bicie w złości w zasadzie bezbronnej osoby stanowczo przekracza możliwe do przyjęcia granice. Kurwa! Nie zostawię tak tego.
Mimo kipia?cych w nim emocji wkroczył do salonu opanowany, podszedł do dziewczyny i pomógł się jej podnies?c?.
- Już dobrze? - zapytał, okazuja?c troskę, o jaka? nigdy by siebie nie podejrzewał.
Ona jedynie ukryła twarz za kolanami, objęła je ramionami i wcisnęła się w gła?b kanapy.
- To nie było potrzebne - powiedział Adam i obrzucił mężczyznę pełnym pogardy wzrokiem.
Damski bokser nie zareagował na jego wypowiedź.
Facet był typem mięs?niaka z eleganckiej siłowni i hardo patrzył z góry, jakby każdy człowiek był dla niego s?mieciem. Wyraźnie próbował dominowac?, przyzwyczajony do nimbu władzy, jaki daja? pienia?dze i koneksje. Adam na szczęs?cie nie był wrażliwy na sztuczna? pewnos?c? siebie. Obiecał sobie solennie, że jes?li ten modnis? przeprosi dziewczynę, to nic mu nie zrobi.
Alicja otarła wierzchem dłoni łzy i spróbowała podac? oprawcy leża?cy na oparciu krawat.
- Nie waż mi się pokazywac? na oczy, ty kurwo! Nigdy więcej! Słyszałas??! - Mężczyzna wydarł się na nia? zaskakuja?co piskliwie. - Zasługujesz najwyżej na takiego palanta jak on! - powiedział, wskazuja?c podbródkiem Adama, po czym skupił się na zapinaniu paska od spodni i jednoczesnym wkładaniu stopy w skórzany mokasyn.
Prawa brew Adama podjechała w górę w niemym zdziwieniu. Uwielbiał, gdy ktos? tak ostentacyjnie go lekceważył. Nie dlatego, że był typem uległego faceta - wprost przeciwnie. Ilekroc? ktos? traktował go obcesowo, przez jego ciało przechodził intensywny dreszcz, bo wzbierała w nim nieopanowana rados?c? z lekcji pokory, jakiej wkrótce, już za chwileczkę, za momencik, będzie mógł udzielic? nies?wiadomemu dyskutantowi. Wyraźnie czuł, że facet nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji, jakie go czekaja?. I tylko sekunda, może dwie, dzieli mężczyznę od dogłębnego zapoznania się z jego jakże odmiennym zdaniem. Powstrzymał się jednak wbrew sobie i postanowił dac? mu kolejna?, tym razem naprawdę ostatnia? szansę.
- Tak, zgadzam się z toba?. Jest dziwka? - powiedział poważnie Adam. - Ale to nie upoważnia cię do jej bicia. Zachowaj się jak gentleman, przepros? pania? i wyjdź z mojego domu - dodał po chwili.
- Chyba cię pojebało, koles?! - rzucił mężczyzna, napinaja?c się jak kogut. - Nie będziesz mi, frajerze, mówił, co mam robic?! A przeprosiny mi się należa?, a nie tej kurwie.
- Wybrałes?... - skwitował smutno Adam.
"Walka to nieposkromiona agresja...", mawiał izraelski instruktor samoobrony, który szkolił Adama. Chociaż jego uczeń należał do niezwykle opanowanych osób, to bardzo szybko przyswoił sobie umiejętnos?c? wyzwalania jej w sobie. Potrafił w ułamku chwili przeskoczyc? ze stanu błogiego rozluźnienia do maksymalnej koncentracji, generuja?c nieodparta? wolę walki, i skumulowac? ja? w jednym punkcie, by skutecznie zniszczyc? zagrożenie.
Dlatego też facet zupełnie nie spodziewał się tego, co się stało. Pewnie pomys?lał, że swym małym różowym fiutkiem zaznaczył już teren i teraz, za sprawa? nabitych sterydami mięs?ni i dzięki drogim, markowym ciuchom, zawładnie każdym centymetrem przestrzeni i wszystkimi osobami w zasięgu swojego wzroku.
Jakże słodko się pomylił...
Błyskawicznie wyprowadzone kopnięcie w genitalia pozbawiło go oddechu, a uderzenie łokciem w nos sprawiło, że mężczyzna najpierw złożył się jak scyzoryk, a potem upadł na kolana, kurczowo zaciskaja?c ręce na zmiażdżonym kroczu. Nie zważaja?c na jego jęki i gulgoty, Adam spokojnie poszedł do kuchni i z szuflady wyja?ł tłuczek do mięsa. Gdy wrócił do salonu, facet leżał na podłodze, a jego ubranie, zarówno pod broda?, jak i w okolicy krocza, barwiły coraz szerzej rozchodza?ce się czerwone plamy. Gdy dostrzegł Adama, skulił się w pozycji zaskakuja?co podobnej do tej, w jakiej poprzednio on sam pozostawił Alicję.
- Zajebię cię, skurwysynu! - wydyszał nieledwie szeptem.
- Ach tak? - Adam us?miechna?ł się nieszczerze. - Zatem przyda ci się ta bolesna lekcja...
Wzia?ł zamach i z całej siły przyłożył elegantowi w ramię. A potem jeszcze raz i jeszcze. Aż poczuł, jak pod masywnym bijakiem tłuczka mięs?nie ramienia mężczyzny rozłaża? się niczym schabowy na desce. Trzask łamanej kos?ci bardziej w wyobraźni niż w rzeczywistos?ci wypełnił satysfakcjonuja?co uszy Adama, bo tak naprawdę facet darł się wniebogłosy, zagłuszaja?c wszystkie inne dźwięki. Kolejne uderzenia połamały mu kos?ci przedramienia i s?ródręcza, gdy próbował zasłonic? dłonia? miażdżone miejsca.
Siedza?ca tuż obok Alicja zerwała się nagle z kanapy i z przerażeniem wyzieraja?cym z szeroko otwartych oczu oraz niezwykła? dla siebie determinacja? zasłoniła kochanka.
Adam zastygł z uniesionym tłuczkiem i martwym wzrokiem patrzył na naga? dziewczynę, a w zasadzie poprzez nia?. Krzyczała cos? i płakała, ale jej błagania kompletnie do niego nie docierały. Postrzegał wszystko jak czarno-biały obraz w niemym kinie.
Zapomniane sceny z poprzedniego życia nagle wychynęły niczym duchy z grobowca w kiepskim horrorze. W uszach tylko piszczało. Ktos? wrzeszczał do niego, podczas gdy wokoło leżały rozszarpane pociskami martwe ciała wrogów, a ranni koledzy wili się z bólu ws?ród gruzów umocnień. Z pozbawionymi kolorów twarzami wszyscy jak jeden byli szarzy od opadaja?cej chmury pyłu, która? wzniecił bliski wybuch granatu.
- Skoro tak go bronisz, to ubierz się i zawieź do szpitala - powiedział matowym głosem, odzyskawszy kontakt z rzeczywistos?cia?. Następnie odwrócił się i poszedł do kuchni, by umyc? i odłożyc? tłuczek na miejsce.
Gdy oboje opus?cili mieszkanie, Adam wyja?ł z bocznej kieszonki swojej sportowej torby odrapany aparat telefoniczny i włożył do niego kartę SIM. Z pamięci wybrał numer i po zgłoszeniu operatorki wyrecytował numer służbowy, a po nim dodał:
- Operacja "Grzechotnik" zakończona.
Kobiecy głos zapytał o kilka pozornie błahych szczegółów. Adam spokojnie odpowiedział i poczekał cierpliwie, aż rozmówczyni wprowadzi do systemu włas?ciwe odpowiedzi.
- Proszę przekazac?, że biorę zaległy urlop. Wniosek przes?lę za kilka minut na pocztę - dodał.
Usłyszał od operatorki jeszcze listę poleceń oraz nowy namiar zaszyfrowanej skrzynki kontaktowej, co do którego upewnił się dwa razy, i po wysłuchaniu odpowiedzi kobiety wyła?czył telefon.
Miał dwa pełne miesia?ce wytchnienia, a jego życie startowało od nowa.