Preludium
Szanowny czytelniku, droga czytelniczko! Witam po pięciu latach mojego wagarowania na wyższej uczelni kontemplacji wierszoddechu. Co u mnie? Zramolałe bogactwa. Jednak nie martwicie się - pionierskie biedy również się znajdą. Ze wszystkich ważkich kwestii najbardziej trapi mnie, dlaczego moja dusza cierpi wraz z natężeniem szczęścia? Właśnie zaznajomiliście się z myślą przewodnią tomu, który dzierżycie w swoich dłoniach.
Tytuł tego zbioru wierszy z lekka przypomina cykle bajek kierowanych do najmłodszej publiczności, lecz zaręczam, że akurat tutaj kajtki raczej niczego dla siebie nie znajdą, ponieważ owe wersety to baśniowy świat pełnojesiennych. Tych z osobistymi dowodami zbrodniczego przekroczenia przeklętej granicy lat osiemnastu. Zagubionych w labiryntach nabitych ćwiekami wnyków życia, rozstawionych przez przebiegły los.
Główną rolę w książce odgrywają Anki i - wrzęsę pozorantom - wcale nie są to kobiety o przywołanym imieniu. Ankami określamy zmartwienia, z którymi przychodzi nam stawać w szranki niemal każdego dnia: "co ludzie powiedzą?", "wystarczy mi do pierwszego?", "czuję się samotny", "tęsknię". Zagłębiając się w następne zestrofowane utwory, odszukacie środki stylistyczne na wszelakie ludzkie frasunki.
Barowy blat, zadymiony okap, układanie puzzli. Miszmasze z przysłów, mezalianse cudzowłasnych sennych marzeń, traktowanie bzdurnych słów po macoszemu. Stawanie na wysokości zjadania, gdy ktoś podkłada świnię. Prognozy na niepogodę z odpornością na tombak złotych rad. Panicze, dziedzice, hrabianki, baronessy, lordowie i rozrzutny markiz. Dorosłe dzieci też potrafią się świetnie bawić. Szkoda tylko, że nie mają już szkolnych problemów, a może właściwie są szkolne przez to, że tak szkodliwie problematyczne.
Każdy, kto spotkał mnie na szlaku w ciągu ostatnich dwóch lat, jest współwinny wierszo-puentowania lirycznych moralniaków, zakluczonych w dalszej części tomiku. Ale nie dajcie się zwieść, bo jeśli nadzieja faktycznie rzuca cień, to znaczy, że skądś pada światło.
Wymienione zastępy bliźnich wyrażeń (lub wyrazów bliźniaczych) czekają na Was w "WierszowAnkach". Dosyć przeciągania struny. Zapraszam do krainy wierszowania dorosłego życia.
Mateusz Połuszańczyk
BarmAnka
Za zamkniętymi drzwiami godzin ludzkich,
Wiatr wieje deszczem w oczy, lęk płowieje,
Puchary, mnożąc się na nóżkach krótszych,
Zwiastują snom koszmarnym lepsze dzieje,
Bluesowego płótna życie w pustkach pęka,
Bo z płuc tchnienie setny skurcz wytrzyma,
Szybuje pod okap myśli idea granic cienka,
Tu tercet kumpli, zadymiarzy. Ot, zadyma!
Każdego z nich zna świetnie towarzystwo,
Czasem przelotnie ukłoni się ktoś z cicha,
A żaden jeszcze się wódką nie zachłysnął,
Więc bacznie patrzą na denka od kielicha,
Dialog mocny, a komicznie przeszył serca,
W gadkach się zmroczył fascynujący świat,
Oto nadciąga świtów dawka niebezpieczna,
Którą udźwigną podparci o zakurzony blat,
I lania wody w ich języku nie uświadczysz,
Już teraz opowiastki pomiędzy bajki wsadź,
Na nic krętactwa i kuglarski twój teatrzyk,
Sprawa jest prosta: bujać to my, ale nie nas.
KołysAnka
Wewnątrz izby nadszarpniętej zębem czasu,
W oddech lamp, szklących się pod pierzyną,
Zamyślenie wścibia słów krzepiących zasób,
Z lat zamierzchłych przesączonych naftaliną,
Wierzchnich nakryć szubienica stoi w kącie,
Meloniki dekorują szczyt, pragnąc zapobiec,
Świadomości - Ziemia znów okrąży Słońce,
Drży strachliwy, wysłużony już prochowiec,
Sierść dachowca, która przyprósza zapiecek,
Ogrzewając chwile pustki wiejskich chałup,
W cieniu skrywa tajemnice, na nich pieczęć:
Liście z futra, ślady łapek, wzrok z kryształu,
Mróz oszronił okna, gapiąc się przez witraż,
Na tętniący prostym życiem świat wylinień,
Wie, że zima chce go chłodnie wykorzystać,
Więc ucieka, gubiąc smutek, na dziedziniec,
A ta chatka, w której wonnych drew żywica,
Przetrwa starców, młódź i dziatek pokolenie,
Zbił ją z klasyk strażnik epok, kult, tradycja,
Co w zasadach nigdy już nie spowszednieje.
RzutowAnka
Co miało być rzutkie, stało się miałkie,
Choć diamentowy spadł na lico płatek,
Na baryłkach miodu, z wina antałkiem,
Mroku blask zbiegł już ponad światem,
I brak nam zdolności głoszenia mowy,
W której metafory frazowane mgliście,
Pojąć by można dosadniej, niż skowyt,
Szeleszczący ciszej niż szumiące liście,
Bo oddech na lutni świetnego lutnisty,
Tylko szlachetni wielbiony instrument,
On nie czarno-biały, ale przeźroczysty,
Winorośl dąży do zgodności z tłumem,
Oplatając gałęzie słuchu, co nie słyszy,
Dociera doń treść słabnąca, wybiórcza,
Która szukając w gronach towarzyszy,
Jest i za wiotka, lecz i nazbyt twórcza,
Zatem się ukłonimy uniżeniem przeto,
I naszej widowni przekażemy krótkie:
Że każdy spośród nich jest tutaj poetą,
Miałkie być miało, a stało się rzutkie!
PogadAnka
Zmrok odpalił srebrną skrzynkę,
Wręczył wnet z herbatą szklankę,
Chciałem zerknąć na pogodynkę,
Trzask! Słuch dostał pogadankę,
Dobry wieczór - rzecze do mnie,
Baba z informacyjnego szkiełka,
Skąd optymizm? Pytam skromnie,
Wieczór jest. Dobry? Fuszerka!
Już przestrzega lud przed burzą,
Trwożąc spadkiem temperatur,
Na spacery? Gdzie? Nie służą!
Tak obwieszcza wieści światu,
Ględzi, zrzędzi przy tej mapie,
Wskazując na szarość chmurki,
Cóż, jak tuman wciąż się gapię,
Płeć przedziwna ciągnie sznurki,
Oto padło ustalenie, że od jutra,
Ubiór nasz zależy tylko od niej,
Rękawice, czapka, ciepła kurtka,
Ale w radach pominęła spodnie,
Jest petarda, że ciśnienie skoczy,
I obliczył to niejaki hektopaskal,
Zaraz zejdę bez lekarskiej pomocy,
Bo napięcie chyba właśnie wzrasta,
Napędziła stracha i teraz się żegna,
Analizę wykonuję sam na chłodno,
Czas najwyższy już wygasić ekran,
Nie brać serio od suflerów prognoz,
Nikomu nie wróżąc planu nazajutrz,
Zawieruszam w słowach zawieruchę,
Zakładając sobie coś, najlepiej załóż,
Że do twarzy jest z pogody duchem.