Wiersze wybrane - Zbigniew Herbert

Reflow text when sidebars are open.
Lasy płonęły - a oni na szyjach splatali ręce jak bukiety róż
ludzie zbiegali do schronów - on mówił że żona ma włosy w których się można ukryć
okryci jednym kocem szeptali słowa bezwstydne litanię zakochanych
Gdy było bardzo źle skakali w oczy naprzeciw i zamykali je mocno
tak mocno że nie poczuli ognia który dochodził do rzęs
do końca byli mężni do końca byli wierni do końca byli podobni jak dwie krople zatrzymane na skraju twarzy
Dnie były amarantowe błyszczące jak lanca ułańska
śpiewano w megafonach anachroniczną piosenkę o Polakach i bagnetach
tenor ciął jak szpicrutą i po każdej zwrotce ogłaszano listę żywych torped
które notabene przez sześć lat wojny szmuglowały słoninę żałosne niewypały
wódz podnosił brwi jak buławę skandował: ani guzika
śmiały się guziki: nie damy nie damy chłopców płasko przyszytych do wrzosowisk
Mój ojciec bardzo lubił France'a i palił Przedni Macedoński w niebieskich chmurach aromatu smakował uśmiech w wargach wąskich i wtedy w tych odległych czasach gdy pochylony siedział z książką mówiłem: ojciec jest Sindbadem i jest mu z nami czasem gorzko
przeto odjeżdżał Na dywanie na czterech wiatrach Po atlasach biegliśmy za nim zatroskani a on się gubił W końcu wracał zdejmował zapach kładł pantofle znów chrobot kluczy po kieszeniach i dni jak krople ciężkie krople i czas przemija lecz nie zmienia
na święta raz firanki zdjęto przez szybę wyszedł i nie wrócił nie wiem czy oczy przymknął z żalu czy głowy ku nam nie odwrócił raz w zagranicznych ilustracjach widziałem jego fotografię gubernatorem jest na wyspie gdzie palmy są i liberalizm
1
O Trojo Trojo archeolog przez palce twój przesypie popiół a pożar większy od Iliady na siedem strun -
za mało strun potrzebny chór lamentów morze i łoskot gór kamienny deszcz
- jak wyprowadzić z ruin ludzi jak wyprowadzić z wierszy chór -
myśli poeta doskonały jak soli słup dostojnie niemy - Pieśń ujdzie cało Uszła cało płomiennym skrzydłem w czyste niebo
Nad ruinami wschodzi księżyc O Trojo Trojo Milczy miasto
Poeta walczy z własnym cieniem Poeta krzyczy jak ptak w pustce
Księżyc powtarza swój krajobraz łagodny metal w zgorzelisku
2
Szli wąwozami byłych ulic jak przez czerwone morze zgliszcz
a wiatr podnosił pył czerwony wiernie malował zachód miasta
Szli wąwozami byłych ulic chuchali na czczo w zmarzły świt
mówili: przejdą długie lata zanim tu stanie pierwszy dom
szli wąwozami byłych ulic myśleli że odnajdą ślad
na harmonijce gra kaleka o wierzb warkoczach o dziewczynie
poeta milczy pada deszcz
Prof. Henrykowi Elzenbergowi
Dobranoc Marku lampę zgaś i zamknij książkę Już nad głową wznosi się srebrne larum gwiazd to niebo mówi obcą mową to barbarzyński okrzyk trwogi którego nie zna twa łacina to lęk odwieczny ciemny lęk o kruchy ludzki ląd zaczyna
bić I zwycięży Słyszysz szum to przypływ Zburzy twe litery żywiołów niewstrzymany nurt aż runą świata ściany cztery cóż nam - na wietrze drżeć i znów w popioły chuchać mącić eter gryźć palce szukać próżnych słów i wlec za sobą cień poległych
więc lepiej Marku spokój zdejm i ponad ciemność podaj rękę niech drży gdy bije w zmysłów pięć jak w wątłą lirę ślepy wszechświat zdradzi nas wszechświat astronomia rachunek gwiazd i mądrość traw i twoja wielkość zbyt ogromna i mój bezradny Marku płacz
Tej ściany ostatniego widoku nie ma
wapno na domy i groby wapno na pamięć
ostatnie echo salwy uformowane w kamienną płytę i zwięzły napis odbity spokojną antykwą
przed najazdem żywych umarli schodzą głębiej niżej
skarżą się nocą w rurach żalu wychodzą ostrożnie kropla po kropli
jeszcze raz zapalają się za byle potarciem zapałki
a na powierzchni spokój płyty wapno na pamięć
na rogu alei żywych i nowego świata pod stukającym dumnie obcasem wzbiera jak kretowisko cmentarz tych którzy proszą o pagórek pulchnej ziemi o nikły znak znad powierzchni
Zapisuję czterem żywiołom to co miałem na niedługie władanie
ogniowi - myśl niech kwitnie ogień
ziemi którą kochałem za bardzo ciało moje jałowe ziarno
a powietrzu słowa i ręce i tęsknoty to jest rzeczy zbędne
to co zostanie kropla wody niech krąży między ziemią niebem
niech będzie deszczem przezroczystym paprocią mrozu płatkiem śniegu
niech nie doszedłszy nigdy nieba ku łez dolinie mojej ziemi
powraca wiernie czystą rosą cierpliwie krusząc twardą glebę
wkrótce zwrócę czterem żywiołom to co miałem na niedługie władanie
- nie powrócę do źródła spokoju
Złóż ręce tak by sen zaczerpnąć tak jak się czerpie wody ziarno a przyjdzie las: zielony obłok i brzozy pień jak struna światła i tysiąc powiek zatrzepoce liściastą mową zapomnianą odpomnisz wtedy białe rano gdyś czekał na otwarcie bram
wiesz tę krainę ptak odmyka co w drzewie śpi a drzewo w ziemi lecz tutaj źródło nowych pytań pod nogą nurty złych korzeni więc patrz na kory wzór na której zaciska struna się muzyki lutnista co przykręca kołki aby nabrzmiało to co milczy
odgarnij liście: krzak poziomki rosa na liściu trawy grzebień a dalej skrzydło żółtej łątki i mrówka siostrę swoją grzebie wyżej nad zdrady wilczych jagód dojrzewa słodko dzika grusza więc nie czekając większych nagród pod drzewem usiądź
złóż ręce tak by pamięć czerpać umarłych imion wyschłe ziarno więc znowu las: zwęglony obłok czoło znaczone światłem czarnym i tysiąc powiek zaciśniętych wąsko na gałkach nieruchomych drzewo z powietrzem przełamane zdradzona wiara pustych schronów
a tamten las jest dla nas dla was umarli proszą też o bajki o garstkę ziół o wodę wspomnień więc po igliwiu po szelestach i po zapachów wątłych przędzach to nic że gałąź zatrzymuje że cień po krętych wodzi przejściach ale odnajdziesz i odemknies nasz Las Ardeński
Myślałem: nigdy się nie zmieni
zawsze będzie czekała ubrana w białą suknię i niebieskie oczy na progu wszystkich drzwi
zawsze będzie uśmiechała się wkładając ten naszyjnik
aż nagle urwała się nitka teraz perły zimują w szparach podłogi
mama lubi kawę ciepły kafel spokój
siedzi poprawia okulary na szpiczastym nosie czyta mój wiersz i siwą głową mu zaprzecza
ten który upadł z jej kolan zaciska usta i milczy więc niewesoła rozmowa pod lampą źródłem słodyczy
nieunoszony żalu z jakich pije on studni po jakich drogach chodzi syn niepodobny do marzeń
karmiłam mlekiem łagodnym jego spala niepokój krwią go obmyłam ciepłą ręce ma zimne i szorstkie
z daleka od twoich oczu przebitych ślepą miłością łatwiej unieść samotność
za tydzień w zimnym pokoju ze ściśniętym gardłem czytam jej list
w tym liście litery stoją osobno jak kochające serca
Drży i faluje niepokojem ogromna przestrzeń małych planet która jak morze mnie pochłonie
uwięzłe w pulsach sekundniki jak młyńskie koła w ciepłej krwi rok obracają bardzo szybki
na północ woła niema igła nad ciemnej wody wartki prąd pod chmur i nieba przemijanie
pochowaj w zmarszczce bliską śmierć czołem jej drogi nie zagrodzisz w pustynię wsiąknie myśl i krew
z atomów punktów włosów komet buduję trudną nieskończoność pod szyderstwami Akwilonów| porty kruchemu wznoszę trwaniu
Zatrać mnie gwiazdo - mówi poeta - przeszyj mnie strzałą odległości
wypij mnie źródło - mówi pijący - do dna mnie wypij do nicości
niech mnie wydadzą dobre oczy pożerającym krajobrazom
słowa co miały chronić ciało niech mi przepaści przyprowadzą
gwiazda w czoło korzeń zapuści źródło twarz mi odczłowieczy -
potem obudzisz się milczący w dłoniach bezruchu w sercu rzeczy
W końcu nie można ukryć tej miłości mały czworonóg na dębowych nogach o skórze szorstkiej i chłodnej nad podziw przedmiot codzienny bez oczu lecz z twarzą na której zmarszczki słojów sąd dojrzały znaczą szary osiołek najcierpliwszy z osłów sierść mu wypadła od zbyt długich postów i tylko kępkę szczeciny drewnianej czuję pod ręką gdy go gładzę rano
- wiesz mój kochany byli szarlatani którzy mówili: kłamie ręka kłamie oko kiedy dotyka kształtów co są pustką -
to byli ludzie źli zawistni rzeczom świat chcieli złowić na wędkę zaprzeczeń
jak ci wyrazić moją wdzięczność podziw przychodzisz zawsze na wołanie oczu nieruchomością wielką tłumacząc na migi biednemu rozumowi: jesteśmy prawdziwi - na koniec wierność rzeczy otwiera nam oczy
Naprzód szły elementy: woda muły niosąca ziemia o oczach mokrych ogień żarłoczny i skory potem trzęsąc grzywami łagodne szły smoki powietrza tak otwierały procesję dla kwiatów i roślin małych przeto trawę wychwala dłuto artysty Zielony płomień nieludzki jak płomień rzucany z okrętów trawę która przychodzi kiedy historia się spełnia i jest rozdział milczenia
tupot zwierząt ofiarnych żegna Tellus wilgotną idą cielesne i jasne na szyjach ciepło niosące i nieświadomość losów na czołach znaczonych rogami upadną na przednie kolana krwią własną zdziwione bardzo Wołają ciebie żywioły zwierzęta drogę otwarły rozstąpi się niebo przed tobą i Bóg przemówi piorunem człowieku bardzo mizerny i bardzo godny pogardy lecz uniesiony wysoko na grzbiecie ziemskich gatunków
tu przerwa jest w płaskorzeźbie - jeżeli umiesz to domyśl może ofiara była niemiła bogom wieczystym lub wilgoć niechętna trwaniu zdjęła kształty człowiecze
sandał i kawał stopy bogini Ironii ich strzegła a także fałdów szaty po których łatwo odczytasz gest ramion pięknie wzniesionych i to naprawdę wszystko rąk nie było grających na rogach zwierząt ofiarnych nie wiesz jakie twe słowo i jaki kształt może błahy przechowa zmarszczka kamienia - nie to co myślisz że tobą i nie wiesz czy krew i kości może rzęsę wybiorą w ziemi ułożą łaskawej gdzie dojrzewają posągi
Jerzemu Turowiczowi
Patriotyczną kataraktę na oczach miał ten co cię zrównał z gmachem marmurów
Peryklesie smucić się musi twa kolumna i prosty cień dostojność głowic harmonia ramion uniesionych
a tu ceglany śmieszny zgiełk królewskie jabłko renesansu na austriackich koszar tle
i tylko może w noc w gorączce w obłędzie żalu barbarzyńca co się od krzyżów i szubienic dowiedział równowagi brył
i tylko może pod księżycem kiedy anioły od ołtarza odchodzą by tratować sny
i tylko wtedy - Akropolis
Akropol dla wydziedziczonych i łaska łaska dla kłamiących
Nareszcie złote jelenie spokojnie śpią na polanach
a także kozły górskie z głową na kamieniu
tury jednorożce wiewiórki w ogóle wszelka zwierzyna drapieżna i łagodna a także ptaki wszelkie
Król Midas Nie Poluje
umyślił sobie pojmać sylena
trzy dni go pędził aż wreszcie złapał i zdzieliwszy pięścią między oczy zapytał: - co dla człowieka najlepsze
zarżał sylen i powiedział: - być niczym - umrzeć
wraca król Midas do pałacu ale nie smakuje mu serce mądrego sylena duszone w winie
chodzi szarpie brodę i pyta starych ludzi - ile dni żyje mrówka - dlaczego pies przed śmiercią wyje - jak wysoka będzie góra usypana z kości wszystkich dawnych zwierząt i ludzi
potem kazał przywołać człowieka który na czerwonych wazach maluje piórem czarnej przepiórki wesela pochody i gonitwy a zapytany przez Midasa dlaczego utrwala życie cieni odpowiada: - ponieważ szyja galopującego konia jest piękna a suknie dziewcząt grających w piłkę są jak strumień żywe i niepowtarzalne
pozwól mi usiąść przy tobie prosi malarz waz będziemy mówili o ludziach którzy ze śmiertelną powagą oddają ziemi jedno ziarno a zbierają dziesięć którzy naprawiają sandał i rzeczpospolitą obliczają gwiazdy i obole piszą poematy i pochylają się aby z piasku podjąć zgubioną koniczynę
będziemy trochę pili i trochę filozofowali i może obaj którzy jesteśmy z krwi i złudy wyzwolimy się w końcu od gniotącej lekkości pozoru
Najpiękniejsza jest Nike w momencie kiedy się waha prawa ręka piękna jak rozkaz opiera się o powietrze ale skrzydła drżą
widzi bowiem samotnego młodzieńca idzie długą koleiną wojennego wozu szarą drogą w szarym krajobrazie skał i rzadkich krzewów jałowca
ów młodzieniec niedługo zginie właśnie szala z jego losem gwałtownie opada ku ziemi
Nike ma ogromną ochotę podejść pocałować go w czoło
ale boi się że on który nie zaznał słodyczy pieszczot poznawszy ją mógłby uciekać jak inni w czasie tej bitwy
więc Nike waha się i w końcu postanawia pozostać w pozycji której nauczyli ją rzeźbiarze wstydząc się bardzo tej chwili wzruszenia
rozumie dobrze że jutro o świcie muszą znaleźć tego chłopca z otwartą piersią zamkniętymi oczyma i cierpkim obolem ojczyzny pod drętwym językiem
Wszystkie linie zagłębiają się w dolinie dłoni w małej jamie gdzie bije źródełko losu oto linia życia patrzcie przebiega jak strzała widnokrąg pięciu palców rozjaśniony potokiem który rwie naprzód obalając przeszkody i nie ma nic piękniejszego nic potężniejszego niż to dążenie naprzód
jakże bezradna jest przy niej linia wierności jak okrzyk nocą jak rzeka pustyni poczęta w piasku i ginąca w piasku może głębiej pod skórą przedłuża się ona rozgarnia tkankę mięśni i wchodzi w arterie byśmy spotykać mogli nocą naszych zmarłych we wnętrzu gdzie się toczy wspomnienie i krew w sztolniach studniach komorach pełnych ciemnych imion
tego wzgórza nie było - przecież dobrze pamiętam tam było gniazdo czułości tak krągłe jak gdyby ołowiu łza gorąca upadła na rękę pamiętam przecież włosy pamiętam cień policzka kruche palce i ciężar śpiącej głowy kto zburzył gniazdo kto usypał kopiec obojętności którego nie było
po co przyciskasz dłoń do oczu wróżbę stawiamy Kogo pytasz
1 Zbigniew Herbert debiutował krótkim artykułem Egzystencjalizm dla laików, opublikowanym w "Tygodniku Wybrzeża" 1948, nr 35, s. 10 (zob. Zbigniew Herbert Węzeł gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998: zebrał, opracował i notami opatrzył Paweł Kądziela. Warszawa: Biblioteka "Więzi", 2001). Natomiast jako poeta zadebiutował dopiero w roku 1950 w "Dziś i Jutro" (nr 37 z 17 września) wierszami Napis, Pożegnanie września oraz Złoty środek. Jedynie dwa pierwsze z nich włączył do swojego późnego debiutu książkowego, tomiku Struna światła (1956).
2 Pierwodruk w tomie Struna światła (1956).
Zachowały się jedynie brulion (w Notatniku 32, s. 18-17 verso, datowany: 15 X [1]951) i kopia maszynopisu w tece Struna światła (akc. 17 841) oraz czystopis (bez dedykacji) w liście do Henryka Elzenberga z 16 grudnia 1951 (zob. Zbigniew Herbert / Henryk Elzenberg Korespondencja; redakcja i posłowie Barbara Toruńczyk. Warszawa: Zeszyty Literackie, 2002).
W pierwodruku, podobnie jak w czystopisie nowe frazy zaczynają się dużą literą; w późniejszych wydaniach zostały zastąpione małymi, nie wiadomo, czy z woli Zbigniewa Herberta, czy w trakcie przepisywania. Największym problemem jest jednak zapis trzynastego i czternastego wersu. W wersji wysłanej Henrykowi Elzenbergowi brzmią one:
Cóż nam - na wietrze mrzeć I znów popioły chuchać mącić eter
podobnie zresztą jak w brulionie, gdzie słowo mrzeć zostało nadpisane nad przekreślonym: drżeć, najwyraźniej przywróconym w wersji ostatecznej. Porównanie wersji z Notatnika 32 z wersją wysłaną Elzenbergowi może sugerować, że w czasie przepisywania na maszynie wersy trzynasty i czternasty zostały zapisane pomyłkowo i zgodnie z tonacją wiersza powinny one brzmieć raczej następująco:
Cóż nam - na wietrze drżeć I znów w popioły chuchać mącić eter
Po deszczu gwiazd na łące popiołów zebrali się wszyscy pod strażą aniołów
z ocalałego wzgórza można objąć okiem całe beczące stado dwunogów
naprawdę jest ich niewielu doliczając nawet tych którzy przyjdą z kronik bajek i żywotów świętych
ale dość tych rozważań przenieśmy się wzrokiem do gardła doliny z którego dobywa się krzyk
po świście eksplozji po świście ciszy ten głos bije jak źródło żywej wody
jest to jak nam wyjaśniają krzyk matek od których odłączają dzieci gdyż jak się okazuje będziemy zbawieni pojedynczo
aniołowie stróże są bezwzględni i trzeba przyznać mają ciężką robotę
ona prosi - schowaj mnie w oku w dłoni w ramionach
zawsze byliśmy razem nie możesz mnie teraz opuścić kiedy umarłam i potrzebuję czułości
starszy anioł z uśmiechem tłumaczy nieporozumienie
staruszka niesie zwłoki kanarka (wszystkie zwierzęta umarły trochę wcześniej) był taki miły - mówi z płaczem - wszystko rozumiał kiedy powiedziałam głos jej ginie wśród ogólnego wrzasku
nawet drwal którego trudno posądzić o takie rzeczy stare zgarbione chłopisko przyciska siekierę do piersi - całe życie była moja teraz też będzie moja żywiła mnie tam wyżywi tu nikt nie ma prawa - powiada - nie oddam
ci którzy jak się zdaje bez bólu poddali się rozkazom idą spuściwszy głowy na znak pojednania ale w zaciśniętych pięściach chowają strzępy listów wstążki włosy ucięte i fotografie które jak sądzą naiwnie nie zostaną im odebrane
tak to oni wyglądają na moment przed ostatecznym podziałem na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy
Co stało się z duszą po tylu miłościach
ach to już nie ptak olbrzymi białymi skrzydłami bijący do świtu każdej nocy
motyl wyleciał przez usta umarłej Nefertiti motyl jak kolorowy oddech
jakże daleka jest droga od ostatniego westchnienia do najbliższej wieczności
lata motyl nad głową umarłej Nefertiti osnuwa ją w kokon jedwabny
Nefertiti larwo jak długo czekać na twój odlot na uderzenie skrzydeł które poniesie ciebie w dzień - jeden w noc - jedną
nad wszystkie bramy przepaści nad wszystkie urwiska niebios
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej