Wiersze wszystkie - Wisława Szymborska

Kup ebooka

71.99 zł
64.79 zł (43,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Janko Muzykant

Pamięci poległego

1

Patrzysz pochmurnie wskroś spłakanych szyb.

Ten deszcz nie w porę - krzyżuje ci plany.

Palcami dudnisz o okienne ramy.

Puste przestrzenie w oczach twych.

Widzę, jak moknie szyba w kroplach stu,

a każda z nich - aż ciężka od zmilczanych myśli -

pęcznieje w wilgnym drżeniu, wahająco wisi,

za chwilę smugą spłynie w dół.

Odwracam głowę

i śmiesznie krzyczę w twe zdumione oczy,

w zakłopotaną linię ust -

że wiem, że pójdziesz.

2

Dzień stygnie cicho.

Wieczór będzie chłodny.

Wiatr gasi nasze czoła.

A głos się gubi, głos się rwie -

za trudno, żeby wołać.

Tchem pytam:

Wrócisz?... Jutro?...

Czas pożegnania pisze świeca

sznurkiem woskowych łez.

Twój wielki, aż pod sufit cień

ręką unosi gest

i - salutuje:

Wrócę. JUTRO.

3

Nieśmiała, młoda, lepka zieleń liści.

Chciałabym zrywać, deptać, ranić.

Za jej bezwstyd - że pulsuje słońcem,

że nie wie, co to jest czekanie.

Mam w rękach siłę nienawiści,

mam gniew zwęźlony w krtani.

Za jej życie - krótkie, musujące,

za jej beztroskie przemijanie.

Ułożę stos olbrzymi z liści,

podpalę jego cztery końce.

Gdy obce niebo dymem zmącę -

może się prośba moja ziści.

Będę się modlić o twój powrót

do wszystkich bogów świata.

4

Na grób, który może być wszędzie,

pęki nie ściętych kwiatów.

Nie wolno deptać ziemi.

Grzech.

Już tylko smutkiem szukam,

z dawna znajomym światu:

- gdzie?

Pierwodruk: "Inaczej" [jednodniówka], wrzesień 1945, s. 8 [pod tytułem Janko Muzykant - Pamięci poległego].

5

Zagmatwana ścieżyna w konary i chwasty.

Biorę oddechem leśny zapach cienia.

W dobrej pustce od nowa męcząco

lęk i tamte wspomnienia.

Coraz bliżej polana.

Ktoś melodię napina w długą srebrną nić

i wysnuta piosenka ze skrzypiec

nieznajoma a znajoma brzmi.

Słońce pierwsze od wielu miesięcy

ciepło jasno na rękach się topi.

Niebem echo szuka nowych granic,

lasem kroki.

Tylko jeden ze wszystkich, za wszystkich

wraca - Stamtąd - bogatszy o śmierć.

Idzie tutaj Janko Muzykant.

Kroki słychać i pieśń.

Ballada dzisiaj

Jakże wspaniale głodny

jest o tej porze poeta,

gdy wiatr pnie drzewne zgina,

kwiaty wytrząsa z gałęzi

i słońce tak jeszcze wzrusza

jak pierwsza dziecka wesołość,

chcąca najlżejszy obłok

w piąstce promiennej uwięzić.

Na skrzyżowaniu ulicznej

na skrzyżowaniu piosenki

kochanka czułych pożegnań

i w powitaniach płocha

czeka schylając usta

w bukiet tkliwej zieleni.

Taką ją ujrzał poeta.

I taką dzisiaj pokochał.

Nie był poeta zręcznym

agitatorem miłości.

Rzekł jej: - Nie umiem chwili

własnej od cudzych oddzielać.

Pójdź ze mną. A jeśli pójdziesz -

nie będę przez to szczęśliwy.

Żaden kalendarz nie mówi

która to - moja niedziela.

Nim usta twoje podniosę

do wysokości wiersza,

ja - wolny - powietrzem świata

jak silną opięty zbroją,

wznosić będę swe słowa

na serc stokrotną wysokość

ludów walczących o wolność

i ludów broniących pokoju.

Głowę zanurzył w liście,

którymi kwitły jej dłonie.

Imię powtórzył cicho

jakby na trwalszą pamięć.

I odszedł startą uliczką

szczęśliwych i lekkomyślnych,

i odszedł startą uliczką

beztrosko zakochanych.

Patrząc w słońce - dziewczyna

oczy mruży łez pełne.

Patrząc w chmury - poznaje

trudne pismo pożegnań.

Ale nie ta. Nie ona.

Jak ptak lotu się ucząc

twarz i ręce podnosi,

biegnie za nim. Pobiegła.

1948

Niedziela w szkole

Zachęcił mnie do wnętrza

dom, w którym nikt nie mieszka.

Ciszę oparł o ściany

odprawiając samotną niedzielę.

Liście patrzyły mu w okna,

lecz daremnie im szyby przymrużać:

skwar najsilniejszej wiosny

spełniał sufit po brzegi.

W ławkach z pustoty i nudy

trzeszczało życie drewniane.

Wycinanki łączone za ręce

obtańczały klasę w podskoku.

Na szafie próżnował globus -

przedmiot jutrzejszych godzin

i ptak, któremu trociny

zabrały serce spłoszone.

Żółte lądy i morza błękitne

kształtem kuli uścisły się wzajem,

ptak ich dotykał skrzydłem

ulatującym wieczyście.

Łatwo wam będzie wierzyć

w okrągłość ziemi, o dzieci,

i w oczy ptaka zaglądać

bez żalu - jak w oczy żywe!

Nam trudniej. My wiemy: człowiek,

co ptaka w locie ustrzelił,

stał-był na ziemi płaskiej

płaskiej jak taca, na której

zdobycze są, żyzne owoce,

słoneczny kruszec i trzewia

do wojennych potrzebne wróżb.

Na plecach pokłonionych ciężarem

cierpliwie kołysała, cierpliwie,

cierpliwie kołysała, cierpliwie,

alegorię nie swego świata

służba żarłocznych uczt -

prężąc wysiłek ciała,

napinając wysiłek pokory

i w kolorowych twarzach

zamykając przekleństwo krzywd.

Aż z włókna ostatecznego

wspólny narodził się wybuch,

póki nie stało się prawem

prawo przebranych miar.

I oto stojąc na głazach

ziemi zrzuconej z ramion

w zdumieniu ponad nienawiść

pięć zwrócą światu stron.

Piąta będzie ojczyzna,

ojczyzna każdego z nich.

Stąd

mijam próg. Jutro na nim

zbiegną się polne ścieżki,

papierowi tancerze

od rana zaczną swój popis.

Globus będzie się toczył

na osi spojrzeń dziecięcych.

Przez oceany spokojne

przesunie okienna łuska.

A w szklanej ptasiej źrenicy

światło złamane - tęcza.

Minęłam kwiaty u wyjścia.

Cień się pochylał za mną -

wytrwały cichy towarzysz,

myśl co przylega do ziemi:

że czas rozwinąć Minione

w epopeję. Tej jeszcze nie ma.

Pierwodruk: "Dziennik Literacki", 17-23 X 1948, nr 42, s. 1.

Dlatego żyjemy

Notatki z lektury materiałów historycznych o obronie Stalingradu

ŻOŁNIERZ PIECHOTY MORSKIEJ - PANOW

Prysła za wcześnie - nad głową -

butelka mieszcząca pożar.

Żołnierz, który ją dzierżył -

zapłonął czerwoną łuną.

Lecz ogień woli nie niszczy.

Z ostatnią butelką na wroga,

na czołgu zieloną skorupę

płomień człowieczy runął.

DOWÓDCA KOMPANII STRZELCÓW - KOLEGANOW

Już kul poświstu nie słyszał,

schwytany w obręcz wystrzałów.

Dymów natarcia nie widział.

Był już w ciemności i ciszy,

gdy mówił garstce żyjących:

Gwardziści się nie cofają.

Zginiemy? - Naród zostanie.

On wszystko widzi i słyszy.

LOTNIK MYŚLIWIEC - ROGALSKI

W maszynie, w pełni akcji,

ucicha warkot motoru.

Trzeba wyskoczyć. Lub zginąć.

Zginąć. Ale najdrożej.

Lotnik spadając mierzy

w węzeł niemieckich taborów.

Wstrząsnęły frontem wybuchy.

On do nich życie dołożył.

DOWÓDCA PLUTONU CEKAEMÓW - ZAJCEW

Jest w sercu życia ostatek.

Wystarczy jeszcze na słowo.

Ciężko do ziemi ze sobą

nie wymówione zabierać.

- Chłopcy, koniec już ze mną.

Nie będę nudzić przemową.

Proszę - przyjmijcie do Partii.

Chcę komunistą umierać.

KOMENDANT ZAŁOGI CZOŁGU - JAMBEKOW

Rażony termitówkami,

zakuty w ulic granit

czołg uwiązł. Nie ma odwrotu.

Płomień przez pancerz przesiąkł.

Dowódca zaintonował -

i cała załoga za nim:

"Bój to jest nasz ostatni..."

Potem dym zmieszał się z pieśnią.

Pierwodruk: "Życie Literackie", 14 X 1951, nr 19, s. 9.