Janko Muzykant
Pamięci poległego
1
Patrzysz pochmurnie wskroś spłakanych szyb.
Ten deszcz nie w porę - krzyżuje ci plany.
Palcami dudnisz o okienne ramy.
Puste przestrzenie w oczach twych.
Widzę, jak moknie szyba w kroplach stu,
a każda z nich - aż ciężka od zmilczanych myśli -
pęcznieje w wilgnym drżeniu, wahająco wisi,
za chwilę smugą spłynie w dół.
Odwracam głowę
i śmiesznie krzyczę w twe zdumione oczy,
w zakłopotaną linię ust -
że wiem, że pójdziesz.
2
Dzień stygnie cicho.
Wieczór będzie chłodny.
Wiatr gasi nasze czoła.
A głos się gubi, głos się rwie -
za trudno, żeby wołać.
Tchem pytam:
Wrócisz?... Jutro?...
Czas pożegnania pisze świeca
sznurkiem woskowych łez.
Twój wielki, aż pod sufit cień
ręką unosi gest
i - salutuje:
Wrócę. JUTRO.
3
Nieśmiała, młoda, lepka zieleń liści.
Chciałabym zrywać, deptać, ranić.
Za jej bezwstyd - że pulsuje słońcem,
że nie wie, co to jest czekanie.
Mam w rękach siłę nienawiści,
mam gniew zwęźlony w krtani.
Za jej życie - krótkie, musujące,
za jej beztroskie przemijanie.
Ułożę stos olbrzymi z liści,
podpalę jego cztery końce.
Gdy obce niebo dymem zmącę -
może się prośba moja ziści.
Będę się modlić o twój powrót
do wszystkich bogów świata.
4
Na grób, który może być wszędzie,
pęki nie ściętych kwiatów.
Nie wolno deptać ziemi.
Grzech.
Już tylko smutkiem szukam,
z dawna znajomym światu:
- gdzie?
Pierwodruk: "Inaczej" [jednodniówka], wrzesień 1945, s. 8 [pod tytułem Janko Muzykant - Pamięci poległego].
5
Zagmatwana ścieżyna w konary i chwasty.
Biorę oddechem leśny zapach cienia.
W dobrej pustce od nowa męcząco
lęk i tamte wspomnienia.
Coraz bliżej polana.
Ktoś melodię napina w długą srebrną nić
i wysnuta piosenka ze skrzypiec
nieznajoma a znajoma brzmi.
Słońce pierwsze od wielu miesięcy
ciepło jasno na rękach się topi.
Niebem echo szuka nowych granic,
lasem kroki.
Tylko jeden ze wszystkich, za wszystkich
wraca - Stamtąd - bogatszy o śmierć.
Idzie tutaj Janko Muzykant.
Kroki słychać i pieśń.
Ballada dzisiaj
Jakże wspaniale głodny
jest o tej porze poeta,
gdy wiatr pnie drzewne zgina,
kwiaty wytrząsa z gałęzi
i słońce tak jeszcze wzrusza
jak pierwsza dziecka wesołość,
chcąca najlżejszy obłok
w piąstce promiennej uwięzić.
Na skrzyżowaniu ulicznej
na skrzyżowaniu piosenki
kochanka czułych pożegnań
i w powitaniach płocha
czeka schylając usta
w bukiet tkliwej zieleni.
Taką ją ujrzał poeta.
I taką dzisiaj pokochał.
Nie był poeta zręcznym
agitatorem miłości.
Rzekł jej: - Nie umiem chwili
własnej od cudzych oddzielać.
Pójdź ze mną. A jeśli pójdziesz -
nie będę przez to szczęśliwy.
Żaden kalendarz nie mówi
która to - moja niedziela.
Nim usta twoje podniosę
do wysokości wiersza,
ja - wolny - powietrzem świata
jak silną opięty zbroją,
wznosić będę swe słowa
na serc stokrotną wysokość
ludów walczących o wolność
i ludów broniących pokoju.
Głowę zanurzył w liście,
którymi kwitły jej dłonie.
Imię powtórzył cicho
jakby na trwalszą pamięć.
I odszedł startą uliczką
szczęśliwych i lekkomyślnych,
i odszedł startą uliczką
beztrosko zakochanych.
Patrząc w słońce - dziewczyna
oczy mruży łez pełne.
Patrząc w chmury - poznaje
trudne pismo pożegnań.
Ale nie ta. Nie ona.
Jak ptak lotu się ucząc
twarz i ręce podnosi,
biegnie za nim. Pobiegła.
1948
Niedziela w szkole
Zachęcił mnie do wnętrza
dom, w którym nikt nie mieszka.
Ciszę oparł o ściany
odprawiając samotną niedzielę.
Liście patrzyły mu w okna,
lecz daremnie im szyby przymrużać:
skwar najsilniejszej wiosny
spełniał sufit po brzegi.
W ławkach z pustoty i nudy
trzeszczało życie drewniane.
Wycinanki łączone za ręce
obtańczały klasę w podskoku.
Na szafie próżnował globus -
przedmiot jutrzejszych godzin
i ptak, któremu trociny
zabrały serce spłoszone.
Żółte lądy i morza błękitne
kształtem kuli uścisły się wzajem,
ptak ich dotykał skrzydłem
ulatującym wieczyście.
Łatwo wam będzie wierzyć
w okrągłość ziemi, o dzieci,
i w oczy ptaka zaglądać
bez żalu - jak w oczy żywe!
Nam trudniej. My wiemy: człowiek,
co ptaka w locie ustrzelił,
stał-był na ziemi płaskiej
płaskiej jak taca, na której
zdobycze są, żyzne owoce,
słoneczny kruszec i trzewia
do wojennych potrzebne wróżb.
Na plecach pokłonionych ciężarem
cierpliwie kołysała, cierpliwie,
cierpliwie kołysała, cierpliwie,
alegorię nie swego świata
służba żarłocznych uczt -
prężąc wysiłek ciała,
napinając wysiłek pokory
i w kolorowych twarzach
zamykając przekleństwo krzywd.
Aż z włókna ostatecznego
wspólny narodził się wybuch,
póki nie stało się prawem
prawo przebranych miar.
I oto stojąc na głazach
ziemi zrzuconej z ramion
w zdumieniu ponad nienawiść
pięć zwrócą światu stron.
Piąta będzie ojczyzna,
ojczyzna każdego z nich.
Stąd
mijam próg. Jutro na nim
zbiegną się polne ścieżki,
papierowi tancerze
od rana zaczną swój popis.
Globus będzie się toczył
na osi spojrzeń dziecięcych.
Przez oceany spokojne
przesunie okienna łuska.
A w szklanej ptasiej źrenicy
światło złamane - tęcza.
Minęłam kwiaty u wyjścia.
Cień się pochylał za mną -
wytrwały cichy towarzysz,
myśl co przylega do ziemi:
że czas rozwinąć Minione
w epopeję. Tej jeszcze nie ma.
Pierwodruk: "Dziennik Literacki", 17-23 X 1948, nr 42, s. 1.
Dlatego żyjemy
Notatki z lektury materiałów historycznych o obronie Stalingradu
ŻOŁNIERZ PIECHOTY MORSKIEJ - PANOW
Prysła za wcześnie - nad głową -
butelka mieszcząca pożar.
Żołnierz, który ją dzierżył -
zapłonął czerwoną łuną.
Lecz ogień woli nie niszczy.
Z ostatnią butelką na wroga,
na czołgu zieloną skorupę
płomień człowieczy runął.
DOWÓDCA KOMPANII STRZELCÓW - KOLEGANOW
Już kul poświstu nie słyszał,
schwytany w obręcz wystrzałów.
Dymów natarcia nie widział.
Był już w ciemności i ciszy,
gdy mówił garstce żyjących:
Gwardziści się nie cofają.
Zginiemy? - Naród zostanie.
On wszystko widzi i słyszy.
LOTNIK MYŚLIWIEC - ROGALSKI
W maszynie, w pełni akcji,
ucicha warkot motoru.
Trzeba wyskoczyć. Lub zginąć.
Zginąć. Ale najdrożej.
Lotnik spadając mierzy
w węzeł niemieckich taborów.
Wstrząsnęły frontem wybuchy.
On do nich życie dołożył.
DOWÓDCA PLUTONU CEKAEMÓW - ZAJCEW
Jest w sercu życia ostatek.
Wystarczy jeszcze na słowo.
Ciężko do ziemi ze sobą
nie wymówione zabierać.
- Chłopcy, koniec już ze mną.
Nie będę nudzić przemową.
Proszę - przyjmijcie do Partii.
Chcę komunistą umierać.
KOMENDANT ZAŁOGI CZOŁGU - JAMBEKOW
Rażony termitówkami,
zakuty w ulic granit
czołg uwiązł. Nie ma odwrotu.
Płomień przez pancerz przesiąkł.
Dowódca zaintonował -
i cała załoga za nim:
"Bój to jest nasz ostatni..."
Potem dym zmieszał się z pieśnią.
Pierwodruk: "Życie Literackie", 14 X 1951, nr 19, s. 9.