Przeciwko nim
Z powodu procesu Blachowskiego, zabójcy Gastona Koehler-Badin
To jest ziemia płaska i uboga
- dla podróżnych z Moskwy do Berlina
kolonia francuskich kapitałów
eksploatowane tereny.
Nam ten kraj - wieńcem na karabinach.
My ten kraj
pięścią
podniesiemy.
Tu jest nędza. Tu jest krzyk głodnych mas.
Tu jest rozpacz, co ściska gardło.
... W ciemnych dymach i w groźny czas
dniem i nocą
huczał
Żyrardów.
Mocno w rękach od 23-go roku
trzyma zakłady
"Comptoir de l'industrie cotonni?re"
W 26-ym lokaut, 3000 ludzi wyrzuconych -
Niech zdycha polskie bydło
- Miliony panom Boussac!
W ciemnych izbach co noc szeptała gniewna czerń
ale szpicle wszędzie dotarli.
Buntownicy - w więzienny mur.
Córki wygnał na ulicę głód.
W zgniłych izbach synkowie pomarli.
Dziś
jeśli prasa pisze o Żyrardowie
nie wierzcie jej. Prasa łże.
Ani teraz ni potem
ostrożni redaktorowie
nie napiszą
jak jest
co i gdzie.
Nieraz
dobrze napuchły portfele grzecznych ministrów,
jedwabnymi banknotami
płacono prasowym koncernom.
Sztabom złota w kasach pancernych
hymn, cześć, chwała nade wszystko.
Niebo ciche jak przed lat tysiącem
na twarz sypie reflektory światła.
Pod tym niebem, w XX wieku
życie trudne i prawda niełatwa.
Ląd (wizje)
I
Wiatr z północy. Wiatr z północo-zachodu.
Pięść zorzy w chmurach zbitych nurzała mdłe palce świateł
i okiennice wyły. I gwizdał drut telefonu
i lampy ciepłem kloszów zataczały koła
nad fosforyczną grzywą niskiego ogrodu
topolami, jesionami pchanego w dół, w przepaście czarnych olch.
Pamiętam ziemię gniecioną ciężkimi obłokami w dnie i w noce.
Przelatywał po niej wiatr, obracając ciężkie skrzydła wiatraków.
To była smutna ziemia, surowa północna ziemia
owinięta drogami wchodzącymi zawsze na wzgórza,
pełna jezior, nad którymi kwiliły stada nisko kołujących ptaków,
pełna rąk, którymi spłynęły ziarna deszczów, jesieni i łez.
Nie bój się gwiazd, choć były świadkami twoich upokorzeń.
Ani jarów pamięci, choć ich dno niewiadome nikomu,
ani zła. Bo człowiek nas usprawiedliwi.
Albo czas. Patrz: mamy po dwadzieścia kilka lat, a już przypomnieć nie umiesz,
czy to jaśmin wybuchał i kwitł? Czy to noce rozłamywał świt czerwony od krakania wron?
Czy to huczała pieśń? Czy może byliśmy szczęśliwi?
O czwartej gwizd nad archipelagiem pięciu jezior.
Lokomotywy bez ustanku wyprzedzają dym na leśnych torach,
z rannej mgły komin tartaku ziewając powstaje,
nad gruszkami terpentyniarni słychać trzask motoru - -
- - - taki jest ranek
taki jest ranek ścięty u swojej podstawy
bezwładnie położony jak belka w sortowni
obok tysięcy innych. I tylko sen, i tylko rosy w trawach
i tylko szept w izbach baraków, i flet w wiosenne noce nad brzegami wód
o ludzkiej doli i o życiu twoim ci przypomni
i włosy wiatr przewieje dmąc na południo-wschód.
II
Flagi z łopotem nad czarne domy
szły nieruchomo w powietrzu rannym,
ich szelest suchy więźniom w uszy bił
ich szmer klaszczący więźniom był znajomy.
Tak szumiał kiedyś nad dziecinną głową
las, ogromnymi sosnami podarty,
tak biegł obłoków pochód nieustanny
i szeptał księżyc i w puszczach wył tartak.
W celi zamknięci słuchali w skupieniu
głosów obchodu państwowego święta,
kraj pełen cierpień, które się nie zmienią,
rykiem trąb klaskał po żelaznych prętach,
potem noc pruły pijane gwiazdozbiory
pod jej ciężarem wginało się miasto
i ptak żałobnie zakrzyczał u krat
w łunach - czerwonych - brzasku -
Na wielkiej górze stoi ministerium
szron niebieskawy do jasnych szyb przywarł.
W szklanych pokojach kołują rozmowy
i dym i ognie holenderskich cygar.
Mateczka miała ręce sine z lęku,
sekwestratorzy opisali krowy,
co wieczór chudą i maleńką ręką
sprawdzała krzywe kolumienki cyfr.
Któż by tu myślał o starej babinie!
Stąd widać Polskę przez teleskop praw -
Wiatr z Wisły wiejąc, szybowce na linie
podbija w górę nad obłoków gmach -
mruczą w powietrzu nowe R. W. D.
i oddychamy patosem lotniska.
Jedno jest serce a miłości dwie:
Do ludzi - dalsza. Do bagnetów - bliska.
III
Obok nasypów, po których gna, zawsze pochylony, wagon elektrycznej kolei
domy gwintem podwórzy śrubowały w sen.
Noc w jaśminach i śpiewach szumiała, szumiała
jak muł czarny w tunelach bełkocących dren.
"Ziemia do kwiatów, ziemiaaa, ziemia, ziemia"
ten smutny krzyk przekupniów toczy wiosenne wieczory
i dzwoni w bryły powietrza, i miesza stygnące kolory
u stóp bloków wpatrzonych w prostokąty cienia.
Kręci się czarne koło, wiruje na pustym oknie
i bije z niego melodia, i nad nim drga membrana.
Twarz o złotawych wargach żarzy się ciemnym ogniem.
Jak balon targa się w górę skurczami nagłymi wstrząsana.
Myślicielowi ciemno. Biegł po wielkich bieżniach świata.
Słońce na czarnych wodach nad jego nagim karkiem wstawało.
A na nadrzecznych drzewach wycinał znak magiczny,
symbol nieprzemijania - serce przebite strzałą.
Myślicielowi ciemno. Jego ciężka głowa opada w tył.
Błędy, które popełnił, na oczach leżą jak na oczach umarłego monety.
Już nie pamięta strumieni górskich, z których pił.
Ani kurzawy winnic, ani słów poety.
IV
Nad lasem sieką powietrze cietrzewie,
śniegi parują w wieczornym połysku
i dom podchodzi obracając węgły,
do jezior nad mokry lód.
W izbie jej włosy czesano na ławie,
jej głowę matka przytulała nisko
pod piersi wolno puszczone w koszulę,
do brzucha znowu wzdętego przez płód.
Nowe zielone wiosny nadbiegną.
Białe kolana z szumem przejdą wody - -
rękami córka oczy przeciera.
Za lasami gwizdał tartak. Za wzgórzami lodów pękających huk.
I wrzask w powietrze tłukł
hurra! bili chłopcy śnieżkami. Hurra! hurra!
Fragmenty z poematu - buffo
Pachnący liliami pan, w lśniącym, czerwonym cylindrze
I z pękiem rudych storczyków włożonych do butonierki
Przyszedł do majstra Adolfa, którego lipiec tak przygrzał
Że ciągnął od siódmej rano z zielonej, pękatej manierki.
- Majstrze Adolfie. - Potrzeba trumny wykwintnej i mocnej
Bowiem przyjaciel nasz umarł i gnić już nawet zaczął
Przestań więc patrzeć w butelkę zmętniałym okiem miłośnie
Poszukaj dobrych desek - niechaj się w cieple nie spaczą. -
- Nie paczą się deski, panie. W trumnach jest dosyć wilgoci
Gdy z trupa pocieknie sok - deski dębowe przepoi -
Zrobimy trupowi poduszkę ze świeżych trocin -
I będzie mu wygodnie, jakby we własnym pokoju.
- Słuchaj majstrze Adolfie - trumny nie maluj na brąz
Ale niech będzie pąsowa jako wiosenne świtanie
Krzyża na wieku nie dawaj, bo my jesteśmy poganie
A zamiast niego trzy srebrne podkowy w jedno zwiąż. -
- A wieko ma być na zawiasach - jak w opowieściach Poego
Aby umarły usiąść wygodnie i łatwo mógł
Kiedy nad głową posłyszy czołgów miarowy stuk
I warkot samolotów niosących chwałę złego. -
Teraz chodź, by zdjąć miarę i śpiesz się, śpiesz z robotą.
- Panie, tego nie trzeba - znam dobrze jego wymiar.
Robiłem mu przecie łóżko z hebanu bitego złotem,
Gdy kupił Michaud i chciał ją godnie przyjąć.
Przed domem posypano ulicę zwiędłym ajerem,
Bo przyjaciele mówili, że raz się przecież umiera.
Na szóstym piętrze leży. Saksofon od beku mdleje,
Muzykom od senności oczy dziwnie maleją.
Nie można ni chwili ciszy, nie można mruczeć brewiarza,
Bo niespokojne prawdy na martwej odnajdzie się twarzy.
Czeszą, czeszą fryzjerzy włosy czarne i lepkie,
Golą zakrzepłe bruzdy i gorączkowo szepczą.
Możecie spokojnie panowie. Możecie nawet zaciąć.
Zupełnie grzeczny, łagodny jest ten wasz dobry pacjent.
Toaleta gotowa. Frak barwy palonej cegły,
Gwiazda Sowietów Birmy i krzyż żołnierzy poległych.
Nagroda za bieg stu metrów na amsterdamskim stadionie
Obrzmienie nozdrzy. Wargi krzywo spięte. Koniec.
1931
Teatr pcheł
Świt jest. Z wolna powstaje z mgły 30 mostów
Rzeka w ocembrowaniach szumi brudną wodą.
Auta wiozą jarzyny. Dymem opleciony
Słup nieba ponad miastem i błyszczą cysterny.
Czterech ludzi na pustym bulwarze.
Czarne płaszcze wiatr zimny rozwiewa.
Odwracają od siebie twarze.
Szepcą w kołnierz, a wiatr gasi szept.
I
Gdy mamusia mnie pieściła i do snu układała pod kołderką,
Bałem się huku armat za oknami.
Śpij, mówiła
I nie wiedziała wcale, nie,
O, nie wiedziała wcale,
Że chcę mieć bębenek z ludzkiej skóry,
Bębenek murzyńskich czarodziejów,
Nie wiedzą matki, jak się stajemy wodzami:
Laur na czole wyrasta nagle,
Czoła naiwne swoim cieniem plami.
II
Oto walczysz, mocno zaciskasz paznokcie na żyłach swojej ręki i myślisz
ze trwogą, i boisz się, czy starczy ci perwersji mózgu, by stworzyć to, co
pragniesz, by było stworzone.
Śledzisz ruch swego ciała, a kaszel napełnia serce twe przerażeniem.
Jeżeli gruźlica rozerwie twe kurczowo zwarte szczęki, wtedy będziesz pasem
transmisji, który opadł z kół.
III
Silny szron w trawach nogi czerwone palił.
Trąby z brzozowego drzewa grały po niskich borach,
Zabijałem żmije ciosem bata
I czekałem, aż bydło można przygnać do wioski,
A wieczorem
Wszyscy patrzyliśmy na fotografię, przysłaną
Przez brata
Z Ameryki.
Miał tam auto i nosił krawat na co dzień,
O, jakże musiał być szczęśliwy.
A kiedy zacząłem pracować w kopalni potasu (okręg Mulhouse), posłałem
do domu fotografię, gdzie uśmiechałem się przy Citroënie.
Citroën był na płótnie, Citroën był na płótnie.
IV
Stajesz się bardziej mądry, prawie doskonały, gdy na skrwawione
twarze umiesz patrzeć bez kurczowego uśmiechu, tłumiącego ból!
Jeżeli stuk twoich kroków dostarcza ci największej radości - to
czar dni prostopadłych, które mijasz, idąc, zasłuchany w spokojny, piękny rytm oddechu.
Lira nocy i czas utracony, niegodne potrącenia twym palcem,
choć dzwonią jak szkło.
Ty skręcasz pukiel swoich szorstkich, rdzawych włosów, a to jest
struna lutni i jedyna aureola nad czołem.
Ludzie podnieśli głowy.
Dotknęła ich głów wypukłość nieba nagle
I spostrzegli swe wyciągnięte kształty jak w zwierciadle,
W soczewce, sklejonej z niebieskawych szkieł,
A przez nią miliony oczu
Śledziły, podziwiały, patrzyły
Na teatr pcheł.
1932
List 1/ I 1935 r.
Jerzy, Jerzy, ty niedobry synu, poeto bojaźliwy, przyjacielu krzywdzony,
pozwól, abym ci pisał o tej przepaści,
o złotym progu, gdzie palce bose czują ogień snu.
Nie bój się, że naszą rozmowę inni zrozumieją,
czymże oni są, czymże są,
już opadają w dół z krzykiem nieświadomości,
jak robactwo przepowiedziane przez Michała Anioła -
w ich oczach szklane światło, w ich rękach osłabłe bronie,
ich głowy w dół odwrócone na dno wiekuistość woła.
Jerzy, Jerzy, czyż to jest pycha, kiedy wiara nam się odsłania
i łaska nie widzenia, ale dotykania
do praw i dziejów, które w ludziach śpią?
Grzeszny, nędzny i nagi jestem przed tym, który włada
i w czarny piach, w surowe wody rzuca mną.
Módl się, Jerzy. Dziękuj, że ci przeczuwać dano
to, co nadejdzie, jak noc nadchodzi po dniu.
Na wielkiej pomorskiej równinie będziesz sanitariuszem umarłych,
pod prześcieradłami spalone twarze przyjaciół znajdować będziesz,
pod zasłonami utkanymi z lnu, polskiego lnu.
A to nie będzie zdarzenie, jakiego boją się kobiety, aby im towarzyszy nocy nie zabrano,
ani nieszczęście narodów, którego lękać się trzeba.
Ale wielkich tajemnic wyjaśnienie,
czerwona puszcza rozdarta przez sine płomienie,
ażeby spełnił się ogień, dotychczas niewytłumaczony,
ten, co we śnie nas dogania.
Jestem na pomoście jasnym, ten pomost między dzieciństwem i młodością się rozpina
i spełnia się jakaś nadzieja dziecinna,
gdzieś, w dawnym kraju jesieni urodzona,
między rozlane czarnoziemu błota,
gdzie nad wodami osiny trzepotały,
jak ptaki z gwarem wyciągały szyje
i teraz jeszcze ich wrzawa się pieni,
pióra kłębem lecą, liście upadają.
Spomiędzy nich podniosłem jastrzębia małego,
moją wiarę, nie umiem jej utulić.
Czym odpłacić, czym zgłuszyć, czym uspokoić
krzyk przeraźliwy jej
gloria, gloria kwili w miast i lasów szumie.
Wieczorze mój drapieżny zgaśnij, mówię, nocy moja dniej -
A trzeba było przejść przez pełne jabłek sady
przez lata niskich dymów, pisania poezji,
przez jakąś ulicę Boufałłową, ulicę Dobrą,
albo rue Lepic spadzistą -
aż matka krzyż czarny wyszyje na koszuli, żeby od śmierci chronił,
słodki chleb wypiecze, żeby nas karmił,
ręką żylastą da znak, żeby syn przepadł.
Już wiatr lecąc po pustej ziemi suche trawy czesze,
kołem idzie słoneczko nad pustym ugorem.
Nic nie uciszy ptaka, co słów nie rozumie.
Wielkie jastrzębie lecą nad krainą czystą.
Czesław Miłosz Przypis po latach*
Widzę wewnętrzną logikę łączącą moje wiersze napisane w wieku lat dwudziestu z wierszami mego wieku dojrzałego i starości, aż po późny tom To, który ukazał się w roku 2000. Jest to jednak logika wymykająca się mędrkowaniom. Wierzę mocno w bierność poety, który wiersz otrzymuje w darze od sił jemu nie znanych i ma zawsze pamiętać, że dzieło, które stworzył, nie jest jego zasługą. Zarazem jednak jego umysł i wola muszą zachować czujną wrażliwość na to, co go otacza. Ponieważ byłem świadkiem scen horroru w moim stuleciu, nie mogłem uciec od nich w dziedzinę "poezji czystej", jak to doradzali niektórzy spadkobiercy francuskiego symbolizmu. Co prawda nasza gniewna reakcja na nieludzkość naszych czasów rzadko znajdowała wyraz w tekstach o trwałej wartości artystycznej, nawet jeżeli niektóre z moich wierszy pozostają jako świadectwo.
Moje wychowanie katolickie wpoiło mi szacunek dla wszelkich rzeczy widzialnych, które łączy godna ciągłego podziwu właściwość bycia, czyli esse. Myślę, że zdrowiem poezji jest jej dążność do uchwycenia tak wiele z rzeczywistości, jak to tylko możliwe. Mając do wyboru pomiędzy sztuką subiektywną i sztuką obiektywną, głosowałbym za tą drugą, chociaż co to jest, teoria nie powie, i trzeba szukać odpowiedzi samemu, we własnym warsztacie. Mam nadzieję, że moja praktyka potwierdza moje zasadnicze opcje.
Historia dwudziestego wieku zachęcała wielu poetów do szukania obrazów, które by przekazały ich moralny protest. A przecie bardzo trudno jest zachować wiedzę o ciężarze faktów i nie ulec pokusie przekształcenia się w reportera. Potrzebna jest pewna przebiegłość w dobieraniu środków i rodzaj destylacji materiału, aby uzyskać dystans pozwalający na kontemplację rzeczy tego świata bez złudzeń. Nie przesadzę, utrzymując, że taka kontemplacja zyskiwała dla mnie wymiar religijny. W ten też sposób moja poezja uczestniczyła w sprawach ludzkich tego historycznego okresu, w którym wypadło żyć mnie i moim współczesnym.
Kraków, maj 2001
* Przypis po latach otwierał pierwszy tom Wierszy Czesława Miłosza (Kraków 2001) w serii jego Dzieł zebranych [przyp. red.].