Wiersze tom IV - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

7.49 zł
6.14 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sowiński w okopach Woli

W starym kościołku na Woli Został jenerał Sowiński, Starzec o drewnianej nodze, I wrogom się broni szpadą; A wokoło leżą wodze Batalionów i żołnierze, I potrzaskane armaty I gwery: wszystko stracone!Jenerał się poddać nie chce, Ale się staruszek broni, Oparłszy się na ołtarzu, Na białym Bożym obrusie, I tam łokieć położywszy, Kędy zwykle mszały kładą, Na lewej ołtarza stronie, Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.I wpadają adjutanty, Adjutanty Paszkiewicza, I proszą go: "Jenerale Poddaj się... nie giń tak marnie" Na kolana przed nim padli, Jak ojca własnego proszą: "Oddaj szpadę Jenerale Marszałek sam przyjdzie po nią..."

"Nie poddam się wam panowie - Rzecze spokojnie staruszek - Ani wam, ni marszałkowi Szpady tej nie oddam w ręce, Choćby sam Car przyszedł po nią, To stary - nie oddam szpady, Lecz się szpadą bronić będę, Póki serce we mnie bije.Choćby nie było na swiecie Jednego już nawet Polaka, To ja jeszcze zginąć muszę Za miłą moją ojczyznę, I za ojców moich duszę Muszę zginąć... na okopach, Broniąc się do smierci szpadą Przeciwko wrogom ojczyzny, Aby miasto pamiętało, I mówiły polskie dziatki, Które dziś w kołyskach leżą I bomby grające słyszą, Aby mówię, owe dziatki Wyrosłszy wspomniały sobie, Że w tym dniu poległ na wałach Jenerał - z nogą drewnianą.Kiedym chodził po ulicach I smiała się często młodzież, Żem szedł na drewnianej szczudle I często stary utykał. Niechże teraz mię obaczy, Czy mi dobrze noga służy, Czy prosto do Boga wiedzie, I prędko tam zaprowadzi.Adjutanty me, fircyki, Że byli na zdrowych nogach, To też usłużyli sobie W potrzebie - temi nogami,

Tak że muszę na ołtarzu Oprzeć się człowiek kulawy, Więc smierci szukać nie mogę, Ale jej tu dobrze czekam.Nie klękajcie wy przedemną, Bo nie jestem żaden święty, Ale Polak jestem prawy, Broniący mego żywota; Nie jestem żaden męczennik, Ale się do smierci bronię, I kogo mogę zabiję, I krew dam - a nie dam szpady..."To rzekł jenerał Sowiński, Starzec o drewnianej nodze, I szpadą się jako fechmistrz Opędzał przed bagnetami; Aż go jeden żołnierz stary Uderzył w piersi i przebił... Opartego na ołtarzu I na tej nodze drewnianej.

Snycerz był zatrudniony Dyany lepieniem...

Snycerz był zatrudniony Dyany lepieniem. Stała już czysta, cała, miesięcznym promieniem Swiecąca z oczu; brakło już tylko na głowie Położyć srebrną, jasną skrę - księżyca nowie. Wtem do snycerni przyszedł człek, co wszędy biega Tak, że doń zawsze błoto uliczne przylega. Chodził, patrzał, trząsł sobą i błotem i swiatem; Sam z gliny, więc posągów wnet się nazwał bratem, Ojcem snycerza, który przed statuą ukutą Stał cicho... oczy w ziemię spuściwszy i dłuto. Już się mieli pożegnać, gdy snycerz, zajęty Statuy skończeniem, marząc owe dyamenty I półkręgi srebrzyste, miesięczne różowe, Które będą wieńczyły posągowi głowę, A nie widząc, skądby miał w szaleństwie zapału Na stworzenie miesiąca dostać materyału, Nagle, z wielką pokorą, wielkiego człowieka, Ujrzał na ziemi błoto, odpadłe od ćwieka I od podkówki gościa, na ziemi leżące, (Zwykle po błotnych ludzi śladach półmiesiące). Te snycerz wziął i z wielką położył pokorą Tam, gdzie nad posągami zwykle gwiazdy gorą, Albo przez lat tysiące; w kamień duszą wlany Płomyk się geniuszu podnosi różany. Zaledwo to uczynił, aż błotna istota W gościu zaczęła krzyczeć o tę kradzież błota, I pełna krwi na twarzy - w oczach błyskawicy.

Wrzeszczał ów gość: "Ja błoto przyniosłem z ulicy, Jam przyniosł i wydeptał, i miesiącem zrobił, A tyś skradł, abyś siebie u ludzi ozdobił I zarobił majątek u polskich szlachciców Tajemnicą, jaką mam, lepienia księżyców. Więc nietylko, żeś plagiat popełnił haniebny, Ale mnie w dom przyjmujesz, boć jestem potrzebny, Bo twych posągów czoła byłyby bez wieńca, Bez piękności"... - To słysząc snycerz, bez rumieńca Na twarzy, wobec gościa, który się szamotał Po snycerni, - ciął młotem w posąg i zdruzgotał.