Wiersze Tom 3 - Cyprian Kamil Norwid

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pożegnanie

I z miłości i z pieśni świat się naigrawa. Burzę, co w głębi serca żywot nam pustoszy, Zowią oczarowaniem sławy i rozkoszy; Ot cierniowa to rozkosz! opłakana sława!

B. Z.

Żegnam was, o lube ściany, Skąd, dziecinne strzegąc łoże Chrystus Pan ukrzyżowany Promieniami witał zorze. A i dzisiaj, choć dokoła Pasorzytne pną się zioła, Z ziół i pustek krzyż bronzowy Błogosławi mi na drogę. - Ostatni to sprzęt domowy, Który jeszcze żegnać mogę, Sprzęt domowy i grobowy...

Żegnam także i was, szyby, Tęczowemi lśniące blaski; Do rodzinnej wy siedziby Tak potrzebne jak obrazki I tak święte jak szkaplerze. Przez was pierwszy raz ujrzałem Wieś i niebo, przez was wierzę, I tak wierzę, jak widziałem...

Wieś i niebo, dwa pojęcia, Które ranny brzask umila, Były dla mnie, dla dziecięcia, Jak dwa skrzydła dla motyla. Wsią i niebem żyłem cały, O nich skrzydła mi szumiały. A, kłos złoty biorąc z ziemi I kłos słońca, promień złoty, Wierzchołkami związanemi W tajemnicze wiłem sploty I bujałem nieujęty, I bujałbym tak na wieki, Lecz łza w swoje dyjamenty Zakowała mi powieki I strąciła w przepaść nocy. A ciążyły te okowy I ciążył mi chleb sierocy, Przełzawiony, piołunowy.

Chleb sierocy, smutna dola, Opuszczony dom i rola...

Potem sfinks, nauką zwany, Roztoczywszy obszar skrzydeł, Hieroglifem zapisany, Do zgubniejszych gnał mię sideł. A patrzyłem w skrzydła jego, Jako w zwój pargaminowy: Jak w rozwartą księgę złego, Tajemnemi bitą słowy. I dojrzałem słów ubóstwo Wśród czarnego głosek stada, Co, jak wielkie kawek mnóstwo Boju myśli plac osiada I odleci, a zostanie Blada kość i piasek blady.

Smutne grzechu panowanie, Marna rzecz i marne ślady.

Potem jeszcze świat wesoły, Bo wesołym się być mniema, I ci ludzie, pół-anioły, Gdy aniołów całych niema. Potem jeszcze miłość czysta, Umarłego cień rycerstwa, Za urocza i za mglista, By w nią wierzyć bez szyderstwa. Potem jeszcze przyjaciele Litościwi i oszczerce, Co na złe lub dobre cele Odważają się mieć serce. Ci i tamci równie biedni, Tem nad zwykłą stojąc rzeszą, Że, gdy znudzi świat powszedni, Dokuczają albo cieszą. A to w snach przedpołudniowych Miło widzieć, w snach młodości, Że bez celów rachunkowych Udzielają - chociaż złości. Biedni ludziel! - niech im cnota Rozpromieni noc żywota.

Cóż więc jeszcze dodać mogę, Bym zapłakał, idąc dalej? Spojrzę oto na podłogę: Kędym pełzał, pełza szaléj, Kędym dumał, krzew pamięci Lazurowem błyska okiem, Jak ci młodzi wniebowzięci, Dumający za obłokiem. I krzyż tylko zardzewiały Na wezgłowiu mchów zielonych, I te szczątki, co zostały

Z szyb tęczowo przepalonych, I ta myśl, i te wspomnienia, I weselszych przeczuć tysiąc, Zwitych w tęczę odrodzenia, Którą Twórca raczył przysiąc I zaklinał się na siebie, Że znów góry wyjrzą z głębi - A obłoki stały w niebie, Jak trwożliwy rój gołębi, I świat cały się odradzał, I znów słońce wyszło z chmury, I znów księżyc się przechadzał Łabędziowy, jasnopióry... Gdy zaś, wedle słów Jehowy, Siedmiobarwna niebios wstęga, Jako świt popotopowy, Dotrzymuje, co przysięga - Może również, kto wie, może I ta moich przeczuć tęcza, Wysnowana w imię boże, Uskuteczni, co zaręcza. Może - tak, lecz, jeśli burza, Nim się jasne barwy sprzędą, Wszystkie nieba pozachmurza, Które tylko są i będą? Jeśli nawet sfinks nauki Marnym się okaże płazem: Mamże, w szare strącon bruki, Dla spokoju zostać głazem? Mamże, ojców tłocząc kości, Wołać głosem znikczemnienia: Witaj mi, obojętności, Ideale doświadczenia!

Nie, choć piorun po piorunie Gorejące wstęgi wije, Ja w spienionych walów runie Zakrwawioną pierś obmyję...

Pierś obmyję lub rozbiję..

Nim zaś z czuciem Haroldowem Cisnę się w to groźne morze, Pożegnajcież starem słowem: Szczęść ci Boże!...

Próby

JAKO WSTĘP DO ZARYSÓW OBYCZAJOWYCH PIĘCIU.

Błogosławione pieśni malinowe, Błogosławione pieśni kalinowe; Błogosławione otchłanne niebiosy, Obłoki, wiatrem gnane jako stada I kołysane wiatrem ciężkie kłosy - Duch się w harmonję męką nie układa, By w pieśni stanąć, dość stanąć pod progiem; Odetchnąć dosyć, by odetchnąć Bogiem!

Błogosławiona jest gorycz wiośniana, Wśród pękających drzew rozpowietrzana, Drzew, co od ziemi jak kolumny rosną; Gdy w niebie miękkich gałęzi obręcze Podobne mają, do harf strojnych wiosną I psalmem: "święty!" tak, że patrząc, klęczę.

Błogosławione jest i obce dalej Powietrze, które się jak myrra pali, Rozpustujące z dzikiej lauru woni; Pomarańcz złotem kapiące - i niebem Pod którym każdy głaz jak Memnon dzwoni, Każdy lazaron gdy zechce, jest Febem.

Błogosławiony i step ów bez końca Oceanowej przestrzeni - na której Nie mają spocząć gdzie promienie słońca, Szmaragdowemi odpychane góry:

Z dumą żywiołu, co jak chaos stary, Mało się komu dał deptać - bez wiary!

Błogosławione są Islandskie mroki I cichość morska, taka - że umarli Nie mając w grobach zarówno głębokiej, Możeby śmierci swoich się zaparli. - Otchłanie morza i niebios otchłanie Dnami tam w siebie patrzają, po za nie I fal, jakoby nie było: Cisza, co słowu nakazując ciszę Zda się układać z samym Słowem-słowa Że swoich prac nie skończyło - - Ocean taflą jedną się kołysze, Jakby go właśnie osadzano z nowa, Jakby się globu kończyła budowa; Jakby tej było chwili odpomnienie, Co końcem dzieła wzbudza zadziwienie, Nie będąc jednem ni drugiem - Tylko coś - jakby koniec i początek Przedpotopowej tajemnicy szczątek, Ducha, wyorany pługiem.

Błogosławione jest, próżniactwo człeka, Co szuka aby mu było wygodnie; Poezya w usta by szła zdrojem mleka, Wiek się nikczemnie nie kłopotał o dnie, Natura z pierśią czekała otwartą I z swoim miękkim bogactwa welonem; By każda twoja łza była otartą, Każde uczucie było podzielonem; A ty - bezkrwawą promienny zaletą Dobranych ludzi otoczony chórem; Żebyś był harfą - rzec chciałem poetą Lecz mi to słowo przychodzi z oporem -

Błogosławione wszystko to - i nie to - Ale czy będę błogosławić tobie

O! miasto wielkie - serc i kwiatów grobie? - Gdzie oddychając, cudze chłoniesz tchnienia, Kroku niemocnyś zrobić pierworodnie. Myślisz żeś wesół - to nie twe wrażenia Cnoty nie twoje i nie twoje zbrodnie: Nie jesteś! - z bruku wołają kamienie Przechodź! -

Dopiero - wśród tego miliona Dopiero w takim obozie ludzkości, Dopiero tutaj, jeżeli nie skona Pieśń twa - nie skona z niedokończoności - Jeźli anielstwo jej wyżywić zdołasz Na każdą dobę, co jest przypadkowe, Rzucając na bok; jeźli nie zawołasz: "Ojcze! i niebo już nudzi mię płowe, Jako wytartej szaty wielka poła -" O! w tedy będę wierzył muzie twojej, Że bezwidnego filarem kościoła Na safirowym utwierdzeniu stoi! -

Błogosławione są i w myśli sferze Złudzenia, którym niestety - nie wierzę - Bałwany różnych szkół i różnej doby, Nie istniejące - a możne! - i nie raz Wiekiem rządzące jak wielkie osoby. - Wyrazem jednym, jednym słowem: teraz Jakoby berła żelaznego siłą Bijące tłumy, aż się im pokłonią, Aż się przed ciosem zastawią mogiłą Aż się zastawią krzyżem - nigdy dłonią!

Błogosławione są te wszystkie mary, Bo kto im szyję podesłał, szczęśliwy! Miłości bole i cierpienia Wiary Nieznane jemu - on zna tylko: wpływy - Mody - mniemania - i czasów-ukazy: Lecz ty szaleniec - on mędrcem sto razy!

- Jeźli więc w łunach tych ciebie zobaczę Nie odmienionym i z gwiazdą na czole Której ci z włosem nie wydrą rozpacze; Jeźli usłyszę cię mówiącym: wolę Mówiącym kocham - chcę - jestem człowiekim: - Dłoń mą wyciągam, chociażby rozdartą. Z czystego złota wykowanym ćwiekiem Wyciągam moją dłoń, szczerze otwartą Wszystkiemu co jest zacne i godziwe" - O! wtedy powiem że pieśni twe - żywe!

Lecz nie tu koniec prób - ja wyznam - oni Poczekać zechcą na harfy rozpadek, Na spopielenie tej co grała dłoni, By tylko kamień i Bóg, był ci świadek. - Miłości-otchłań i twardość-granitu By tobie były od szczytu do szczytu, Jako monument utwierdzony w wieczność, Że kochać śmiałeś, wierzyć, konać - i tu Nie była twoją Poezyą - konieczność! -

Praca

I "Pracować musisz" - głos ogromny woła, Nie z potem dłoni twej, lub twego grzbietu, (Bo prac początek, doprawdy, jest nie tu): "Pracować musisz z potem twego CZOŁA!" " - Bądź sobie, jak tam chcesz, realnym człekiem, Nic nie poradzisz! - twoje każde dzieło, Choćby się z trudów Herkulejskich wszczęło, Niedopełnionem będzie i kalekiem; Pokąd pojęcie pracy, korzeń jeden, Nie trwa, dopóty wszystkie tracą zgoła; Głos brzmi w twej piersi: "Postradałem Eden!" Głos brzmi nad tobą: "Pracuj z potem czoła." - Ekonomistów zbierz wszystkich i nagle Spytaj ich, co jest pracy abecadłem? Zacząć mam z czego ? gdy na skałę wpadłem, Lub wiatr mię zdradził, zerwawszy pierw żagle; Od czegóż zacząć? czy od dłoni potu? Od ramion potu?... gdy brak i narzędzi!... Gdy otchłań wkoło, a ty - na krawędzi... . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Zacznij... by w głowie nie było zawrotu, Więc głos ogromny znów jak pierwej woła: "Pracować musisz z potem twego CZOŁA!" II Najprostszy cieśla, co robi toporem, Choćby on nie wiem jak był pracowity, Chociażby cieśli tyryjskich był wzorem, Jeżeli w duszy smutek ma ukryty, Lub trumnę robi, gdy dławi go żałość, Łzy własne widząc w żelaza połysku, Wyrobić musi pierw umysłu stałość, Bez której nie ma siły - - nawet zysku! Więc prac początek, prac pierwsza litera, Nie to, co wasza dziś realna szkoła Uczy - zarówno płytka, jak nieszczera. "Pracować musisz zawsze z potem CZOŁA!" - Spustoszonemu mów ty narodowi, Niech się wzbogaci jak można najprędzej, A mając posag resztę postanowi, Do-rychtowawszy do onych pieniędzy: Naucz, by jednym krokiem się przerzucał Z historii-jatek krwawych do warsztatów, Nauczysz, by się tak śmiał, jak zasmucał, Wybawisz naród... lecz automatów! - Będą tam, zamiast rozwinięcia rzeczy, Takie, owakie, fazy gorączkowe - Po tej, co twierdzi, ta druga, co przeczy: Obiedwie warte tyle, ile nowe! I wszystkie razem w tym tylko zdradliwe, Że każdej naprzód zmierzona jest trwałość, I wszystkie zawsze w końcu nieszczęśliwe: . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nie! - pracą pierwszą jest: umysłu-stałość! III Widziałem Indian dzikich w Ameryce I wiem, w ojczyźnie własnej wyszli na co? Gdy pogardzili rzemiosłem i pracą, Na łowy jeżdżąc lub malując lice- Językiem mówiąc pokoleń nieżywych, Mową, co w własnej się spętała dumie, Podstępnie milcząc o prawdach drażliwych, Dlatego że ich wyrażać nie umie. Wiem, czemu język stracili i czemu Rzucają włócznie do chmur ci - nikczemni, Ci - heroiczni, a służący złemu, Życiem obmierźli, uśmiechem przyjemni - - Widziałem mężów z piórami na głowie, Noszących tarcze ze skóry żubrowéj, I wiem, że po nich nie spalą się wdowy, Że marnie zginą ci wielko-ludowie - Zupełni pychą, energią i ciałem... - Lecz nie tu koniec tego, co widziałem! IV Jest tam i plemię, co inaczej żyło : Porozkiełznanych spuścizną warsztatów, Które się więcej niż kto zbogaciło (!), Najrealniejszych pełne demokratów - Ideałowi niepodległe w niczem - Wolne jak pieniądz, co się toczy krągło; I wiem, że smaga je tatarskim biczem, Los ów, darzący pierwej ciszą ciągłą... Wiem, że już milion blisko w pień wycięto Tych zbogaconych i tych zapłaconych, Doganiających się ofiarą świętą, A kapitałów żądzą wyścignionych: Ci - z Indian śmieją się... lecz ci, i owi, Na pastwę idą historii-orłowi, Co, nad ludzkością przelatując, woła: "Pracować będziesz z potem twego CZOŁA!"