Wiersze Tom 1 - Cyprian Kamil Norwid

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Adam Kraft

I ty w szpitalu zakończyłeś życie,

Od nieudolnych zrozumiany głazów, Co ludzi jeszcze nauczają skrycie, Zaledwo echem twoich brzmiąc wyrazów, Twojego serca powtarzając bicie - I ty w szpitalu z trosk umarłeś! Smutno! Jakgdyby głazom tylko wierzyć można, Jeśli je dłuta w kształt szlachetny utną I zaopatrzy jaka myśl pobożna W kamienny pacierz...

Tyś ów pacierz zmówił, A jeszcze sięgasz, kędy zenit jego Kolumnę gmachu przeszedł gotyckiego I pod stopami Pana wieniec uwił. Z twoich to ramion latoroślą wzbity, Zaowocował w grona świętych twarzy, Nie jako rzeźba, lecz jak hymn lewity, Trzymającego przednią straż ołtarzy, Wylany z duszy, nie zaś stalą ryty. Kto go nie widział, komu nie padł cieniem Na całe życie, jako wątek marzeń, I z tajemniczem nie ochmurzył drżeniem Lazurowego tła doczesnych zdarzeń, Ten ani może błędną widzów drogę, Opuszczających próg kościelny, cenić; Gdziekolwiek bowiem zrazu stawisz nogę, Zdaje się jeszcze łuk za łukiem cienić - I jako prorok, obudzony świtem, Nie mogąc rychło zbyć drabiny sennej, Oczarowanem zbłąkasz się korytem I jeszcze wrócisz hołd powtórzyć lenny. O wielki mistrzu! Słusznie zginasz barki I na ramionach własne pieścisz dzieło, Gdy oto widzę wedle błahej miarki Nie ocenili, co ich prześcignęło: Samemu tobie zostawując brzemię Zniesienia siebie - boś opuścił ziemię. O wielki mistrzu! Tyś dał innym przykład, Ku jakim szlakom mają zdążać sami, Niech tylko pojmą, biorąc czyn za wykład, Cherubowemi wznosząc się skrzydłami Nad liść wawrzynu, łzę i szyderstw węża. Niechaj się ku nim oglądają zgóry Z ewangeliczną łagodnością męża. Ty nawet przebacz, jeśli z widzów który, Jerozolimskie naśladując córy, Gdy w grobie Pana oglądały płótno, Westchnie - a puste zawtórują mury: "I ty w szpitalu z trosk umarłeś! Smutno!..."

Norymberga, d. 20 października 1842.

A Dorio ad Phrygium

(URYWEK)

I.

Nie ciebie wzywam ja, o Apollo, któremu na nieśmiertelnej cięciwie Tętnią strzały, gdy z bark otrząsasz włos. Tyś rumieńcem dogmatu młodego ludu, Tyś energji harmonją... Lecz ku tobie wołam, o Apollinie. Którego akademicki ton i postać Wielokrotnie i najróżnotrafniej Pisarz brał i malarz kleił na mur, Nie twe dając ci ciało, nie twe, równe

Ładem linji i barwy harmonją, Nagie zawsze, nigdy rozebrane, Ale ciało męża, co szaty zwlekł, Myślę, że człowieka poczciwego, Z narobionych to widać rąk, z chyłego karku, Z nóg, co zdarły obuwia różny rodzaj. Tak cię nieraz Holender obfitym pendzlem Z dziewięcioma dziewki stawia na płótnie. I nie nudzisz się przecie, lubo Olimp, Przez mieszkańca mokrych kreślony równin, Zielenieje warzywem, a wiatr jest chłodny I nieumiejętnie pannom szarpie suknie. One myślą coś przecie, zacne blondyny, Silne w piersiach i w biodrach szerokie. Koń się pasie zdala biały i tłusty, Admetowy (podejrzewam) pegaz!

*

Onego ja ciebie niedaremnie Wzywam dziś na wszczęciu Odyssei: - Pchnij mi muzę, rękopisów praczkę! - U spółczesnych ukształconych ludzi Wszak się mówi: "Pchnij z listem człowieka". Człowiek bowiem cóż jest?... ...Cóż jest człowiek?!

*

Człowiek jest to ktoś, co sobie idzie Gdzieś przez pole, i ty widzisz jego, Drogą jadąc. Parskają twe konie - "Człek" uchyla czapki i żegna się... Lekkie chmury wyżej, niżej łany Grzywami bujnych kłosów trzęsą - Stoi zdala zamyślony bocian Był w Egipcie, wrócił od piramid; Faraonów nędze znając, duma O robaczka, o wężu... i o człowieku!

*

Muzo! Bywa, że jedynie bocian Poważnym jest miejsc obywatelem, Gdzie wzywałem był ciebie i kędy Błądzić uważałem za rozsądne... Muzo! Nie ty, dostojna u Hellenów Panno, rozmyślna w pewnej rzeczy, Która, śród dziewięciu zalotności Jednej swoją przyznając podnietę, Czynisz ją poważną i dawasz sobie Osobną stateczność - nie ty, która - Mówią, iż attyckie wiodłaś damy Do niebieskich potęg ziemskiego wdzięku, Lecz ty, córo czasów, tylokrotnie Na kurtynach malowana oper, Na wachlarzach, na pudełkach perfum... Ty gwoli mojemu zejdź wołaniu.

*

Strony różne, rozliczny obyczaj Poznawając, winienem mieć słowo Kolibrowem skrzące się skrzydełkiem, Ton winienem mieć nie jednotężny: Od cygańskiej drumli, co w zębach wre, Jak zgryzione jestestwo konające, I trzepoce się w wargach, - aż do organu, Swoje długie rozwlekającego brzmienia, Ileż strun, ustrojów ile mam poruszyć, Względów jak niemałą zachować liczbę!

*

Po trojańskiej wojnie w sporo już czasu, Kiedy nominalny ostatni król Panował w królestwie nominalnem, Jechałem był (pomnę) "borem lasem" - Sosn szeregi za mną i przede mną. Jak chór grecki zbiegały się w epod. Ale koła skrzyp, ale zacięcie bicza, Ale wiatr gdzieś suchą łamiący gałąź, Ale pijanego słodyczą kwiatów bąka Pieśń pijana, z kielicha niesiona w kielich, Ale żaby skrzek w pobliskim bagnie, Lazurową pstrem niezapominką, Zagajały tysiąc podrzędnych tonów, Podchwytujących główny pieśni ustrój. Tak nietylko w romanckich płodach późniejszych Z doryjskiego na frygijskie schodzi Rzecz poety, snując się napozór W barbarzyński i dziwaczny sposób. I lud dawny tak samo, w teatrach Gdy długie go umartwiało patos. Wołał przecież: "Dlaczego nic niema W tych tragedjach gwoli Bachusowi?" - Lud klasyczny więc wchadzał do chóru, Apostrofującym tym wykrzykiem Naglił formę, tok przerywał zrzędny, Oratorstwem grożący na scenie.

Owszem - właśnie, że za dni Nerona Przepis prawa i sam oklask objął. Równo było, metrycznie i sfornie, Arcymiernie było... nie było nic!

*

Przez las jadąc, myśliłem te rzeczy Za dni epoki "nominalnej", Gdy - jak długie królestwo i szerokie - Było równo... U słupów przy drodze

Mało dbale nie mogłeś się oprzeć, Wszystkie bowiem mokry zwilżał pendzel Kolorami monarszej chorągwi. I to nigdy nie schło: słupy, bramy. Skazodrogi, co cię garną w uścisk, Szubienice... wszystko pendzlem jednym Malowane, na żółto, na czarno... Tak, gdy domu jakiego lub zakładu Właściciele mienią się i zarząd, Przedmiot wszelki nowa przybiera postać, Zawieszona jest czynność gospodarcza, Szyld jaśnieje pod pendzlem i woła ludzi, Odrzwia cieką farbą... Wszystko piękne - Lecz ostrożnie tam idź - lub iść tam nie czas! Tam nic niema, tam jeszcze porządek, Mieszkać tam nie można ani gościć.

W drogę, w drogę, podróżny człowieku! Tobie tylko iść zostawa ówdzie! Nie zatrzymuj się nigdzie, lub ile wielbląd... Tak począłem - cóż było tam począć?...

II.

W Serjonicach dziś jestem. Serjonice Że poważnym były ongi grodem, Gwagnin pisze, kawaler złotej ostrogi. I kronikarz inny to powtarza; Kronikarze zaś cokolwiek skreślą, Dla mieszkańców starczy - starczy ile? Świadczą o tem baszty, gdzie stopa ludzka Nie zbłądziła od lat niepamiętnych. Cóż dopiero, by miał te ruiny Dotknąć rydel niebaczny i ciekawy, Podejmując pierwszy gmachu abrys. Bywa wszakże (wyznać się to godzi), Że przejezdni drogą budzą woźnicę, Lub woźnica ich budzi - i powstają, Ku szczerbatym poglądając wieżom; Bywa nawet, iż panny stopy lekkiemi Wyskakują z bryk, podbiegną nieco I fijołek uszczkną tam i owdzie.

Na podzamczu Serjonic, także i w karczmie, Nieobojętny jest lud dla dziejów miejsca: Z różnoszybnych gdy poziera okien I dzban chyli, gada coś o duchu...

*

Serjonicki pan arcy jest znany Pod przezwaniem "Salomon" (herbu "Przyjaciel"); Człowiek zacny i który świat widział, Znan jest w Wiedniu, gdzie u arcyksięcia, Gdy wenecki udawano zapust, Dam dwie było niesłychanie świetnych: Równe miały klejnoty, lecz jeden dowcip, Obie się przebrały za jedną Sabę, Skąd dwie było Sab! Spojrzały na się Okiem strasznem, tak, że arcyksiążę Delegował wtórego Salomona - A to był szambelan serjonicki, Do dziś tak zwan i nie innym umrze. Żony nie ma, nigdy onej nie miał, Córki nie ma, jedno siostrzenicę. Tej ja postać i urok wiewnej postaci Opiewałbym rymem Virgiliusa, Danta rymem jej oczy, Hafiza zwrotką Drżący jej włos na czole... ...zwano ją Różą - Iż trzeba było nazwać... ...byłaż nazwana?

*

Jak gdy kto ciśnie w oczy człowiekowi Garścią fijołków i nic mu nie powié - Jak gdy akacją zwolna zakołysze, By woń, podobna jutrzennemu ranu, Z kwiaty białemi na białe klawisze Otworzonego padła fortepianu - Jak gdy osobie, stojącej na ganku, Daleki księżyc wplata się we włosy, Na pałającym układając wianku Czoło, lub w srebrne ubiera je kłosy - Jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca, Bywa podobną do jaskółek lotu, Który ma cel swój, acz o wszystko trąca, Przyjście letniego prorokując grzmotu, Nim błyskawica uprzedziła tętno - Tak... ...lecz nie rzeknę nic, bo mi jest smętno.

*

Nominalny czas dziejów nie trzyma w dłoni Zamaszystej swej kosy, ani jej ostrzem Podchwytuje ludzkość i polny kwiat - On tylko społeczność nominalną Podsuwa pod profile postaci różnych. Tak, gdyby kto etruskie czarne rysunki Na czarne tło przeniósł, znikłyby w tle.

Z niewiasta cóż być ma, gdy społeczność Nominalnie istnieje? - Ta zaś jest czem, Skoro senat w mundurach szambelańskich

Poza ojczyzną - armja gdy w szeregach obcych - Parlament w dziecinniejącej pogawędce - Salony ledwo że modą żywe - A udawającemi zdań zamianę Monologami są rozmowy!...

"Bawić na wsi!" Te dwa tylko słowa Pozostają, jak z okrętu okrzyk: "Ziemia! Ziemia!..." gdy dni wiele i nocy Żagle twoje pękały od wichru. Wielokrotnem popstrzone łataniem, Jak chwiejący się w łachmanie nędzarz, Drżą, te słysząc słowa: "Ziemia! Ziemia!"

Na wsi bawić, dopókąd wieś jeszcze Niezupełnie jest czemś nominalnem! Ziemia bowiem, jakkolwiek pokorna, Tak, że się ja depcze wciąż i depcze, Ziemia nawet uprawianą chce być Ręką wolną! Nienajdłużej ona, Niewolnikom się ścieląc pod łańcuch ich. Wdzięczna chce być - i może!

Dnia jednego, jednej nocy... pewnej chwili Zapomniany zegar, gdzieś na niepomnej wieżycy Jaskółczemi pozornie osklepion gniazdy, Zawróci nagle rdzawe koła I wyjęknie, że czas jest - tylko to rzecze, Nic nie mówiąc więcej, lecz, że "jest czas".

I odepchnie ziemia pług - i nie raczy Chcieć, by ją nierozweselony niczem Oracz tykał, jak błoto kajdaniarz: Sto ma piersi Cybela, karmić gotowa Dzieci wiele, które ssą z uśmiechem!

To mawiałem, gdym podawał strzemię Lewej stopie Róży. - - Jeździliśmy...

*

O wsi biała w atłasie kwiatów jabłoni I w zwierciadłach księżyca, Jako oblubienica Na ustroni...

Przeszłość twa - zawsze wczora, Przyszłość - ręka dosiężna, U ciebie zawsze - pora! Tyś wczasów księżna...

Tyś u siebie zawsze, jak umysł zdrów. Czy w palmowym kraju posuchy, Czy w zieleni brzóz, w złocie mchów, Jak gajowe rozkoszna duchy.

Tobie, owszem, dziejów wydąża praca, Jako trzoda jałówce blędnéj, Gdy ku tobie i sam pasterz nawraca Tłum nieoględny -

Alić znagla strach milczkiem blisko Przypadł: górne prysnęły lody, Chat stu zgasło ognisko, Jeziorami ogrody!

Dęby płyną, wyrwane z ziemi, Cisza klęski dwakroć przeraża, Fale brudne przez mur cmentarza Biją trumny ciężkiemi -

Lecz o górnych kto myślił lodach, Niskie przecierając szyby? O rumianych prędzej jagodach Lub gdzie się węźlą grzyby - - - - - - - - - - - - - O jagodach!... Tych własnie kwiat bieliźniany Poopadał i, z miękkiemi podmuchy wiatru Zdala skoro igrał, wraz owoce Rumieniły się, mieniąc darń w kobierce. Cicho po nich stąpały konie nasze. Nie pytaliśmy się o drogę, świadomi dróg, Ścieżek, stoków i przez nie płasko rzucanych Głazów, które jak most służą, ustawnie myty Cienkiemi fal szybami - - - - błądziliśmy Umyślnie i bezbłędnie, Róża i ja, Dwoje tylko, albo w poczcie gości, Zarówno swobodnie zobcowanych. Wuj Salomon czekał nas to z obiadem, Umiejętnie zarządzonym przezeń, To z wieczerzą: tej miejsce było w ogrodzie, Gdy biała ćma lamp szuka lub robaczek Świetlny w głębokich cieniach alei Przelatuje, skrę niosąc...

- - Pogody równej W oddechu płuc, w duchu, w biciu serca Czuć nie może, kto nie zna wsi polskiej, Społeczności, będącej niby idylą, Niby wykwintnego świata kaprysem, Czy ponad, czy poza historycznym, Nie wiem - świat to osobny, zda się, Coś, jak fortunne wyspy starożytne, Dziejów mające wdzięk, nie trud i ciąg. Tak, ubłogosławione owdzie duchy Polityki zaledwo tyle dopuszczają,

Ile onej dla zacnych trzeba im rozmów Wśród alei, nieśmiertelnemi poważnej drzewy, Gdzie wszelako z zapałem i solennie I z rodzajem osobnego namaszczenia Wygłasza coś Brutusa cień lub Katona, Rozmawiający o Filippi!... Polityka, zda się, i historja, Doczesnemi ich strony, temi, które Do powszednich obowiązują służb i prac, Nie odwraca się zewsząd - nie wszystkim gwoli...

Czasem tylko Żyd, jak starożytny obelisk Ten sam, co za faraonów, przy drodze stoi I odpomina wieki - niekiedy bywa, Że utrafiony pługa ostrzem pancerz Wyrzuci kmieć na miedzę, a pacholęta Pobrzmiewają wen - bywa niekiedy, Że w zamkowej tej lub owej sali (Gdzie owoce się suszą) ściemniały portret Obsunie się wraz z gwoździem, zjedzonym rdzą... Tyle dziejów! Historja, jako fenomen, Przypadkami się ledwo odpomina.

U bramy dziś gdy rozmawiałem z Różą, Gdy Salomon wuj z gośćmi w przedsieniu stał, Gwar niezwykły powstał, służebni ludzie Nadbiegali - mąż jakiś rosły i czarny, Wyłamawszy się z tłumu, podskoczył ku nam, Do naszych stóp się rzucił konwulsyjnie, Mówiąc: "Księdzu, panie, każ księdzu twojemu, Który owdzie nadchodzi i gniewny jest, By dozwolił na pogrzeb!... Ja idę z książąt Cygańskiego narodu, i brat mój umarł W drodze długiej... My nie mamy ziemie. Ni gdzie pogrześć... Wiatr roznosi popiół Koczowiska..."

...Ulękła się Róża, Spazm nerwowy wsparł ją o ramię moje, Ją, której udatne palce tylokrotnie Obmywały rany okaleczałego ludu - Miłosierna będąca, ile piękna! Atoli nerwy nie są duchem i sercem nie są. Odpychliwe bywają równie, jak wstepne. Szczegół nieraz potoczny podejmą tak, Że się ogółem stawa, ogół natomiast Fraszką czyniąc...

Zbliżył się ksiądz sędziwy. I szambelan z gośćmi przystąpił zwolna. Kółko nasze, jak harmonijny światek, Na osi swej zdążało trybem statecznym, Gdy cygański mąż czarny, jak aerolit, Nie naruszył porządku w rzeczy istocie. Jako ziemia cmentarzy święta jest I ogrodzenie onych kanoniczne, Zacny mówił ksiądz; nie był to misjonarz, Wzorem był parafji dużej i możnej. Ze swej strony Salomon wuj dobrotliwie Skinął ku urzędnikom kasztelanji: "Ziemi" - rzekłszy - "tak wiele na pograniczu Serjonickiego dać umiałbym państwa, Że całe możnaby pogrześć rzesze!" A rzekłszy to i w rozmowy wziąwszy ogólność, Szliśmy zwolna ku schodom szerokich przedsień. Wieczornego powiewu łagodne tchnienie Przegarniało włos Róży i blade wstążki.

*

"Pani!" - rzekłem - "podjadę konno, wraz powrócę, Ofiarowanej gdy dojrzę gościnności, Opowiem obchód..." - Tu wniesiono herbatę, Której arom azjacki rozszerza nerwy Poza miejscowość całej części świata.

Przy otworzonym zamyślona fortepianie Stojąc, z palcem jednym na klawiszu, Róża rzecze: - "Kanonik z wujem zapewne W szachy zagra..." Ktoś inny do nas się zbliżył. Cowieczornym trybem arcypogodnym Zagaiła się całość serjonickiego kółka, Całość błoga i zacna.

III.

Jak maluczko jest ludzi, rzeklbym: niema prawie, Pragnących się objawić. Przechodzą, przechodzą... Czy się nie odpychają, tańcząc lub w zabawie Poufnej, czy się oni nie mylą i zwodzą?

Ni spółcześni, ni bliscy, ni istotnie znani. Ręce imając, kłoniąc się spólnym uściskiem; Pomiędzy nimi głębia wre i oceani, Gdy na jej pianach oni zbliżeni nazwiskiem,

Świat więc mówi: "To swoi, to kółko domowe, To nasi..." Szczerzej niebo łączy lazurowe Ludów tysiąc, co rżną się przez wieki, bo szczerzéj Z każdego aby jeden wspólne niebo wierzy! Oni zaś tańczą, łonem zbliżeni do łona, Polarnie nieświadomi siebie i osobni; Dość, że jedna nad nimi lampa zapalona, Że moda jedna wszystkich zarówno podobni To "nasi!" - Mapę życia gdyby kto zwysoka, Jak mapę globu, kreślił góry i pustynie Przeniosłyby się w krótkie jedno mgnienie oka, A ocean przepadłby, gdzie ledwo łza płynie.

IV.

Las był zdala, gdzie mnie wiódł konny, przede mną Pochodnię niosąc, jeździec Róży i Cygan Na klaczy pstrej, tudzież gruby ekonom. Przy siodle mem bliski swojem strzemieniem, Pojękiwały sosny, wzdychał dąb, Ilekroć wiatr szedł puszczy korytem. Tak, gdy... (jako wzoruje boski Homer Lub naucza porównań Virgilius czuły) - Tak, gdy o nocy letniej, a jednak chmurnej, Zżyma się morze na zbyt ustaloną pogodę, Piasek od brzegów śliniąc widny, gdy dalej jest ciemne, Zmieszane z firmamentem i huczące - Tak puszczy brzeg po stronach nam się zdawał, Cwałującym w szesnaście kopyt. Przecięliśmy gościniec, który las dzieli I przez który mkną niekiedy sarny; Cygan ujął się grzywy, wydłużył stopę Na zad klaczy i świsnął - niebawem ognie...

(Tu rękopis się urywa).

Wtedy ty, matko...

............

Wtedy ty, matko, przez zrządzenie boże Uprzedzasz wszystkich, drogę znając drugą: I stajesz cicho, gdzie drobne jest łoże, A świecy jasność okrywszy prawicą Cień ręki rzucasz, wielki, jak komnata, Którego palce, szyte błyskawicą, Drżą, i baldakin stąd nad dzieckiem lata... Niemowlę śni coś, a gwiazdy się świécą.

2.

Kiedy zaś uśnie jakie społeczeństwo Organem, który całość uczuć dawa, I niewidzialne nastanie męczeństwo Tego, co czuwa lub co raniej wstawa, I oziębi się wszelkie pokrewieństwo, Choć w okna jasność już zamży bladawa, Sen jeszcze radzi stale bezpieczeństwo I szepta jeszcze, że płonną obawa - Choć czujność stanie się rzemiosłem stróżów, Pieczołowitość nadzorców urzędem, Pewność trwałością niepewnych przedmurzów, Ciepło ogniska gościnności względem... I jednak, choć już słońce, na trzy chłopy Wstawszy, odeszło w safirowe stropy, Sen, niesłychanie podobny do jawu, Trwa, sprzeciwiając się bożemu prawu - Ty wtedy znowu, drogę znając drugą, Nie czekasz, aż się rozmówi gość z sługą, Lecz za dom cały czuwasz niewidzialnie - Ty, społeczeństwa stawszy się zasługą, Kryjesz znów światłość okrutną realnie!

3.

Niechże ci będzie "Cześć", jak jest rzeczono: Nietylko kochaj, lecz miej dla rodziców Układność wdzięku i mowę pieszczoną, Lub przyrodzone uśmiechnięcie liców (Które do łani ma też sarnię młode, Z wymion jej pijąc, jako z dzbanu wodę), Owszem, jak słowa nieodmienne stoją: "Będziesz czcił ojca i czcił matkę twoją!"