Jak pomnę, stała na stopniu
wiodącym do cieni
dużej altanki, wolnej od słońca promieni,
bo chociaż była obszerną przestrzenią,
to jednak cała usłana zielenią
krzewu - co uporczywie piąć się nie przestawał
po ścianie i po słupach - przez co cień jej dawał;
likiem i gałązkami zamknąłby ją całą,
gdyby nie obcinany był wciąż rączką dbałą
ogrodniczki - tą właśnie była ona sama.
Stała tak w drzwiach altanki ujęta jak w ramce
zielenią w koło - na tle tej zieleni
ciemnej
zdała się główka jej blaskiem promieni
odbijać dziwnie jasno - jakby do jej czoła
dodano ową świetlną przepaskę anioła.
O, bo anielską duszę miała - ku kochaniu
skłaniała wszystkich zaraz po jej poznaniu. -
Prawie nie uważała na mnie - wciąż patrzała
przed siebie - nie wiem zaś, coby znaczyła
boleść ta w jej twarzy - zamglone
jej łagodne oczy - ozdobione
zaledwie widzialnemi łzami
zdały się jak szafiry oprawne perłami,
że trzeba było tylko - choć jedno wzruszenie
więcej - jednego ruchu powiek, żeby to cierpienie,
co w głebi duszy tkwiło przytłumione
wybuchło naraz w rzewny płacz zmienione,
taką widziałem wtenczas smutną. - Wina zwoje
jakoby pochylały się nad nią płaczące
i dla jej żalu współczucie niosące
łzę otrzeć chciały z oka, lub ubrać jej głowę,
ze żywych liści kwieciem zdobiąc włosy płowe.
Sądziłem, jakby przez swe igranie swawolne
dokoła twarzy - może były zdolne
spłoszyć smutek z jej lica - z czoła myśl posępną,
aby się stała bardziej szczerą i przystępną...
I nagle wietrzyk, co zrazu spokojnie
długie, splecione chwiał gałązki krzewu
w takt szumu drzew i ptasząt miłych śpiewu:
zerwał się silniej - liściem niepamiętny
musnął po twarzy ją - nadto natrętny
dotknął ust - a czytaną mnie kartę przewrócił.
Nie zgadłem czy dlatego, że ją śmiały zbudził
z marzeń jej drogich - czy może wspomnieniem
dawnem rozranił serce: - dosyć, że westchnieniem
pierś się podniosła - jedna łezka się stoczyła
po licu bladem...
A że pozwoliła
u stóp mi swoich siedzieć - więc patrząc w jej oczy -
marzyłem, przeglądając się jakby w przeźroczy,
w jej duszy czystej - - właśnie rozłożoną
książkę czytałem: - łza na odwróconą
spadła mi kartę. - Poznałem, że była
zasmucona - że boleść swą przedemną kryła.
Ona spostrzegła - zmięszała się - biała
jej twarz rumieńcem zapłonęła cała.
Przeczuła, że jej boleść stała mi się jawną -
usta zadrżały prośbą - i z bladych niedawno
poczęły mienić barwą róży i koralu. -
Zdało się, że patrzyła wzrokiem pełnym żalu
za czemś, co stało się pomimo woli -
prosiła: nie wspominaj o tem, co mnie boli.
Potem odeszła prędko - ja nie rozumiałem
z tego wiele - zdziwiony - dalej skoro czytać chciałem -
rzecz dziwna - w miejscu gdzie karta zroszona
łzą: przeczytałem: miłość zawiedziona...