Wiersze pisane w Warszawie. Ekfrazy i inne rozpoznania - Piotr Otrębski

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG.O NIE­RO­DZE­NIU WIER­SZA

Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz, który by wi­siał na ścia­nie, jak we­duta, jak zdję­cie po­czątku i końca. Chcia­łoby się na­pi­sać taki wiersz, który za­miesz­kałby w mie­ście i mia­sto miesz­ka­łoby w nim, i za­miesz­kałby w nas, a my w każ­dej sy­la­bie i każ­dym braku za­mie­rzo­nym. Taki wiersz, do któ­rego ktoś na­grałby mu­zykę i tym kimś byłby ten, któ­rego już nie ma i ni­gdy nie było, mimo że mu­zyka gra i wszy­scy znamy me­lo­dię, i te­raz nam się tak dziw­nie ko­ja­rzy, a skoro nam się ko­ja­rzy - tak dziw­nie - to zna­czy, że coś zna­czy. Już. Taki wiersz, który na­piera na żo­łą­dek, kiedy czło­wiek wzla­tuje i ła­sko­cze w oko­li­cach pro­staty, kiedy spada (nie wiem, jak to jest z pa­niami). Taki wiersz, który cho­dzi po parku z psem i robi za­kupy, który jest wi­dy­wany cza­sem i jest mu mó­wione "dzień do­bry", a ten cza­sem od­po­wiada. Taki wiersz, który ła­pie od­dech na skwerku, który nie pali, nie pije, za nic nie płaci, łyż­kami sam sie­bie zjada.

Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz i zu­żyć naj­po­trzeb­niej­sze słowa. Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz, który uwal­nia od dal­szego pi­sa­nia i - do­bry Boże - od mó­wie­nia tak dużo i od scrol­lo­wa­nia. Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz, który uwal­nia od chce­nia i od nie­chce­nia za­ra­zem. Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz, który uwal­nia od po­trzeby uwal­nia­nia się co noc i co krok. Taki, ot, wiersz, który wy­ła­nia się jak fla­ner z je­sien­nych li­ści, z każ­dego stop­nia za­awan­so­wa­nia wil­goci i z każ­dej to­na­cji sza­ro­ści, jaka prze­szła przez mia­sto i prze­szła przez nas choć ni­gdy nie wy­cho­dziła ani z mia­sta, ani z na­szego je­ste­stwa, bo prze­cież sie­dzi i jest wciąż i so­bie, i nam po­społu. Z mo­zołu. Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz, który zna całe Po­wązki i Wólkę Wę­glową, i wszyst­kie inne miej­sca, ja­kie tylko wzra­stają z ziemi i do niej pro­wa­dzą.

I taki wiersz, który sły­szał, i taki wiersz, który wi­dział, i wiersz, który ro­zu­miał. Taki, który się zło­ści i który prze­ba­cza, który cier­pli­wie czeka i który nie zwleka, i taki, który przy­znaje, i który wie swoje, i taki wiersz wresz­cie, który lu­dzie pro­ści no­szą jak pa­ciorki, a lu­dzie har­dzi jak na­boje. Chcia­łoby się na­pi­sać wiersz, żeby już nie bo­lało, nie bra­ko­wało, żeby już nie wąt­piło, ani się nie śniło, i na wieki wie­ków. Amen.

PRZED­MOWA

Na­pi­sać taki wiersz...

Zbiór Otręb­skiego to miej­sce nie­zwy­kłego spo­tka­nia war­szaw­skiego fla­neura, mi­ło­śnika ma­lar­stwa, z war­szaw­skimi, a jakże, we­du­tami na pierw­szym pla­nie, li­te­ra­tu­ro­znawcy, dzien­ni­ka­rza, wresz­cie po­ety, czer­pią­cego ob­fi­cie z wielu źró­deł, by zbu­do­wać wła­sną ory­gi­nalną prze­strzeń po­etycko-ar­ty­styczną. Uważny czy­tel­nik bez trudu roz­po­zna w niej ska­man­dryc­kie tropy czy ślady po­etyki Awan­gardy (ryt­micz­ność, eko­no­micz­ność i skró­to­wość), tek­stów końca XX wieku, Mar­cina Świe­tlic­kiego z jego nie­zwy­kłym wy­czu­ciem per­for­ma­tyw­nej na­tury ję­zyka, Nor­wida, Mic­kie­wi­cza, po­etów re­ne­sansu czy słowne znaki an­tyku.

Wśród rów­no­le­głych dys­kur­sów, li­te­ra­tu­ro­znawcy, hi­sto­ryka, prze­wod­nika czy po­ety, pro­wa­dzo­nych z od­mien­nych per­spek­tyw, w róż­nych po­ety­kach i przy uży­ciu róż­no­rod­nych form, bar­dzo sil­nie (naj­sil­niej?) wy­brzmiewa ja-Otręb­skiego. To głos męż­czy­zny, syna, wnuka, ojca... Silny kom­po­nent au­to­bio­gra­ficzny, tak jed­no­znaczny zwłasz­cza w dwóch wier­szach za­my­ka­ją­cych tom ("Bab­cia przy­szła trze­ciego dnia, by odejść" Ma­mie oraz "Gra­niczna-Szpi­tal Or­łow­skiego") na­rzuca zbio­rowi, czu­łemu re­je­stra­to­rowi okru­chów do­świad­cza­nia co­dzien­no­ści, mi­kro­świata zwy­kłych pra­gnień i lę­ków każ­dego z nas wy­miar przej­mu­jąco oso­bi­sty. (Przez cały ży­cie ba­łem się, że umrze - "Gra­niczna - Szpi­tal Or­łow­skiego").

Otręb­ski wciąga czy­tel­nika w pu­łapki czasu, prze­strzeni i hi­sto­rii, ale też wła­snych pa­sji, ma­rzeń ba­da­cza i po­ety po uszy roz­ko­cha­nego we wszyst­kim, co war­szaw­skie... Wszystko, co ważne w tym to­mie, dzieje się w War­sza­wie: każdy spa­cer, mi­łość i śmierć. Tę geo­gra­ficzno-urba­ni­styczną iden­ty­fi­ka­cję, lo­ka­li­za­cję i formę in­te­rio­ry­za­cji jed­no­cze­śnie sy­gna­li­zuje ty­tu­łowe "Wier­sze pi­sane w War­sza­wie". Opo­wieść o do­świad­cze­niu in­nych staje się opo­wie­ścią o wła­snym do­świad­cze­niu Otręb­skiego, a ta do­świad­cze­niem i do­świad­cza­niem War­szawy. Po­etyka pa­limp­se­stu - to chyba naj­traf­niej­sze okre­śle­nie dla zło­żo­nej po­etycko-ar­ty­stycz­nej kon­struk­cji tego zbioru bu­do­wa­nej wier­szem, prozą i ob­ra­zem - kon­struk­cji wie­lo­war­stwo­wej (Otręb­ski zresztą lubi się­gać po tę fi­gurę także w in­nych swo­ich tek­stach...), w któ­rej pod war­stwą ję­zyka Au­tora uważny czy­tel­nik do­strzeże ślady cu­dzej my­śli i fraz: Nor­wida, Ba­czyń­skiego, Kra­hel­skiej albo Sta­chury (By­łem u Cie­bie w te dni przed­ostat­nie / Jezu z ka­plicy Ba­rycz­ków w War­sza­wie). Współ­cze­sność (to­miku) tu i ów­dzie od­sła­nia znaki i ślady prze­szło­ści, wcho­dzi z nią w nie­oczy­wi­ste re­ak­cje, co sy­gna­li­zują ciągi po­zor­nie za­ska­ku­ją­cych sko­ja­rzeń i tro­pów: "Chłopcy w ka­na­łach" - bu­tel­czyny w pa­ję­czy­nach - strzały - syl­we­stry - wina mu­su­jące; prze­cho­dzień - Me­tro Po­li­tech­nika - po­mnik Ty­siąc­le­cia Jazdy Pol­skiej - koń - jeź­dziec - Wy­stawa Hi­gie­niczna (rok 1896); "Śmierć Kra­hel­skiej" - pół­ry­bie ciało - sło­necz­niki - sierp­niowe słońce - "Długa droga, da­leka przed nami..." (Hej, chłopcy, ba­gnet na broń); ogród klasz­toru wi­zy­tek - wi­zytki zdą­ża­jące ło­dzią do War­szawy - fran­cu­sko-pol­ska kró­lowa Gon­zaga - Cho­pin - serce - Gdzie skarb twój, tam i serce twoje (Mt 6, 21); po­top szwedzki - Ikea - Erik Jöns­son Dahl­bergh ma­pu­jący War­szawę - mia­sto ca­ło­palne - Adam Ja­rzęb­ski; Dwur­nik... Aba­ka­no­wicz... Ha­sior... (i inni). Ko­ro­na­wi­rus... War­szawa itd., itd...

Czym więc jest ten tom, z jego nie­skoń­czo­no­ścią osa­dzeń w kul­tu­rze za­pro­po­no­wa­nych nam przez Au­tora? I kim jest jego Au­tor? Rap­tu­larz lub sylwa? - Ze swoją nie­cią­gło­ścią, otwar­to­ścią, strzę­po­wa­to­ścią...? Czy jest to trak­tat fi­lo­zo­ficzny czy może ra­czej spo­wiedź współ­cze­snego "dzie­cię­cia wieku"? Lub no­wo­cze­sny war­szaw­ski Karl Ba­ede­ker (Po­przez Hale Mi­row­skie, po Chel­sea Ho­tel...), na­zna­czony prze­ko­na­niem, że na­sza wie­dza o świe­cie, na­sze wra­że­nia z po­dróży po wielu kra­jach i po wielu kul­tu­rach cią­gle re­ali­zują się i ak­tu­ali­zują w każ­dej wę­drówce po uli­cach War­szawy (Nie umiem być nie stąd. Znam tylko ci­che ję­zyki i do­sadne, twarde er. Krew w piach War­szawy - "Naj­gło­śniej­szy sto­lik")?

Prof. dr hab. Elż­bieta Wi­chrow­ska

Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski