Wiersze niegrzeczne - Roman Komassa

Kup ebooka

37.00 zł
30.33 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roman Komassa, Wiersze niegrzeczne

Recenzja: dr hab. Juliusz Grzybowski

Redaktor prowadzący: dr Sebastian Surendra

Korekta: dr Anna Surendra

Skład i łamanie: Maciej Torz

Projekt graficzny okładki: Studio Graficzne SILVA RERUM

Grafika na okładce: Roman Komassa

Źródło grafik wewnątrz książki: Studio Graficzne SILVA RERUM oraz averie woodard, źródło: https://unsplash.com/photos/woman-looking-up-to-the-sky-while-standing-on-white-sand-Av_NirIguEc?Zdjęcie Autora - Stephan Rech

? 2024 by Wydawnictwo Literackie SILVA RERUM

All rights reserved

Wydanie I: Wydawnictwo Literackie SILVA RERUM

www.wydawnictwo-silvarerum.eu

Poznań 2024

ISBN 978-83-67222-68-6 Książka w miękkiej oprawie

e-ISBN 978-83-67222-69-3 Publikacja elektroniczna online lub do ściągnięcia

Druk i oprawa: Perfekt Druk, ul. Świerzawska 1, 60-321 Poznań

Skład ukończono w lipcu 2024

Spis treści

Słowo redaktora prowadzącego

Słowo od recenzenta

Dyrdymałki

Biogram Romana Komassy

Słowo redaktora prowadzącego

W lustrze odbijającym rzeczywistość dokładnie taką, jaka jest. W krzywym zwierciadle ukazującym nieco (a czasem po prostu niecnie) groteskowy świat. Pod mikroskopem pokazującym więcej, niż zobaczy "oko nieuzbrojone", czyli nieprzygotowane do stawiania oporu ziemskim przywarom. Z dystansem na tyle dużym, by widziane obrazy życia nie stały się ikoną bylejakości. Roman Komassa czasem opowiada o świecie w sposób ironiczny, innym razem pokazuje "tu i teraz" w skali 1:1, by za chwilę sięgnąć po hiperbolę.

Wiersze niegrzeczne nie są grzeczne, bo nie ma grzecznej sztuki. W przeciwnym razie nie byłaby sztuką, lecz - co najwyżej - paradokumentem.

Autor poszczególne utwory nazwał "dyrdymałkami". Niech Czytelnika to nie zwiedzie. Życie składa się przecież m.in. właśnie z błahostek i drobiazgów. Więcej - po bliższym oglądzie albo dłuższym upływie czasu okazują się czymś fundamentalnie ważnym, a przynajmniej są elementami, bez których puzzli zwanych życiem nie da się złożyć.

Redaktor prowadzący dr Sebastian Surendra

Słowo od recenzenta

Zacznę może od tego, że wiersze chyba powinny być niegrzeczne, żeby w ogóle były wierszami. Być może w niegrzecznych czasach, kiedy grzeczność staje się z wolna niegrzeczna, a nawet niemile widziana, być może w jakiejś przewrotnej zapowiedzi wierszy dla odmiany grzecznych można by szukać wyzwania, ale w końcu i tak trafiłbym w to samo miejsce. Skoro wiersze są niegrzeczne, to znaczy, że mają być wierszami. Oczywiście autor zapewne sądzi (i nie różni się w tym poczuciu od innych autorów wierszy), iż jest w swojej niegrzeczności wyjątkowy, to znaczy zapewne wydaje mu się, że swoją niegrzecznością innych prześcignie i przekroczy, że tak to ujmę, niegrzeczność gatunkową (czy może rodzajową), to znaczy sprawi, że kilku pannom wstydliwym lico się spłoni, a kilkoro drzwi porządnych familii, zapewne mieszczańskich, zamknie drzwi przed autorem bezpowrotnie. Inaczej rzecz ujmując, marzenia młodzieńcze, które, jak wiem po trochu już z własnego doświadczenia, najżywiej dają o sobie znać, kiedy młodość jest bezpowrotnie utracona.

Tego typu niegrzeczność dwoi się ponadto za sprawą przyświecającej autorowi maniery tytułowej, oto bowiem wszystkie wiersze zowią się "Dyrdymałkami", ewentualnie "Dyrdymałkami o miłości", reszta tytułów to liczby arabskie uporządkowane, od 1 do 60. Słowniki etymologiczne milczą, licząc na to, że pytanie nie padnie; raz po raz pojawia się wykładnia, jakoby dyrdymały pochodziły od francuskiego dire du mal, "mówić źle", ale przecież kusząca wydaje się hipoteza łącząca dyrdymały z "dyrdać", a więc, jak podaje Boryś (s.v.), "iść szybko małymi kroczkami". Szczególnie, że mamy nie tyle poważne dyrdymały, ale dyrdymałki. Trochę zatem świat na opak, może wykrzywiony i może nawet rozdęty, w którym autor raz po raz przecież odnajduje samego siebie. Jasne, że raz po raz wpada w koleiny archetypicznego mędrca, skoro wiek się pojawił szacowny i coraz częściej spojrzeniem tęsknym człek się w czas przeszły wpatruje, wypada wznieść się ponad sprawy doczesne i z ust swoich wydać kilka tych gnom mądrościowych, z których przed nami słynęli inni sędziwi mężowie. Różnie to wychodzi, ale ten archetyp mędrca, za którym autor próbuje się raz po raz skrywać, czy z kolei jakoś od niego zależny archetyp oświeconego człowieka religijnego zdaje się być jedynie wymówką. Bardziej wstępną, trochę metaautorską informacją, że wbrew swawoli zapowiadającej się w tytule tomiku i w tytułach wierszy, w grę wchodzić będą sprawy poważne. Tym, co autora interesuje przede wszystkim, i w czym, trochę na przekór przecież wyznaczonej odgórnie zasadzie literackiej, się zwyczajnie zapomina, jest miłość. Różnie pojęta, czy może niepojęta właśnie. Tam się autor, skrywając za twarzą specjalisty od miłości, czuje nieswojo. Na tyle nieswojo, że postanawia tę nieswojość wyrazić wierszem.

Roman Komassa był tancerzem. Był i jest, nie w tym rzecz, że chciałbym mu teraz wypominać wiek, ale zwykle jego rówieśnicy nie tańczą. Nawet jeśli kiedyś tańczyli. Nie wiem właściwie, dlaczego tak się dzieje, zdrowie oczywiście czasem stanowi wymówkę, ale myślę, że przyczyna leży gdzieś indziej. Przyczyna, bądź jej brak. I, pozwalając sobie na zbyt wysokie może tony, ten brak zdaje mi się być powodem wielu innych jeszcze zaniechań, być może nawet tych najbardziej fundamentalnych. Zdaje się bowiem, że gdybyśmy tańczyli, to bylibyśmy lepszymi ludźmi. To, co skłania Romana Komassę do tańczenia, jest, myślę, tym samym, co skłania go do pisania wierszy, zresztą istnieje ostatecznie jakieś pradawne pokrewieństwo między tańcem a poezją i jeszcze nie tak dawno między poetą a tancerzem nie dostrzegano takiej znowu wielkiej różnicy. Owszem, jesteśmy trochę w miejscu, w którym wiersze trochę nie chcą, by je poezją nazywać, raczej spoglądają na siebie z dystansu, może nawet z tak znacznego, że siebie samych dojrzeć nie mogą. Wstydzą się siebie strasznie i jednocześnie są sobą zachwycone. Jest w tym coś pieruńsko niedojrzałego, szczeniactwo rzekłbym nawet; rzekłbym, gdybym nie miał pod ręką bardziej adekwatnego określenia: młodość. Trochę jej Romanowi Komassie zazdroszczę.

Dr hab. Juliusz Grzybowski, filozof

Dyrdymalka 1.

dla głuptasów i smutasów

może radość chwilą sprawię

czy literą czy humorem

kto przeczyta sam się dowie

jam jest osioł w poniewierce

dla Was drodzy

z wielkim sercem

Dyrdymałka 2.

Bóg na progu se siedział

trzęsąc głową od troski

że Świat z boskich kłosów

zawisł na włosku

przyczyna jest prosta pomyślał

człek powiększył plemię

zamiast żywić się miłością

zbudował Internet

więc zesłał anioła

co by przewietrzył trzodę

nim anioł opadł na ziemię

grzyb wykwitł atomu

więc Bóg się rozsierdził sowicie

i przesadził planetę

na której miłość rozkwita

i brzęczą trzmiele

Dyrdymalka 3.

Bóg zaczyn ukręcił gliniany

i z tych pierwszych powstały

dzbany

w których wodę się nosi

z tych drugich poczynił

nocniki

gdzie spoczywają siki

i tak oto Świat się kręci

gdzie pacholstwo chadza

i święci

Dyrdymałka 4.

Człek sztuką się sili

Dla swojego marnego ducha

Nim pojąć zdołał

Że boska to sztuka

Bo co odziedziczył

Przelać sobą może

Choć czasem

Przed rozbłyskiem

Zginąć może

Bóg przecie jest wszędzie

Choć niewidzialny na pozór

Dla świadectw istnienia

Sztuką nas korzy

Dyrdymałka 5.

Człek myślał że Boga chwycił za pięty

Bo w bogactwie upływał jak pasza

Ale kiedy dopadła go choroba

Z diabłem przystał w zawodach

Co by wykupić duszę i marne ciało

Które przed świtem rozlecieć się miało

I wszystko postawił na jedną kartę

W zakładzie o bliską rodzinę

Czart kartę podstawił z rękawa

A on samotny wciąż czeka

Na ostatnią godzinę ...