Wierny. Jego Droga - Jay Crownover

-
Proszę czekać

SANTA:

Nie miałam czasu zastanawiać się nad tym, jakie konsekwencje będzie miało to, że Nash został na noc, ani nad tym wszystkim, na co mu pozwoliłam - i na co ja pozwoliłam sobie wobec niego, jeśli chodzi o ścisłość. Nie wiedziałam, gdzie podziały się wszystkie zwykłe obawy i cała ta niepewność, które zazwyczaj mi towarzyszyły, gdy w grę wchodził seks. Ale kiedy mój telefon zadzwonił w Nowy Rok przed szóstą rano, nadal byłam bardzo naga i bardzo mocno wtulona w bardzo wielkiego i gołego faceta. Nie miałam wyjścia, bo dzwonili ze szpitala, a kiedy coś dotyczyło pracy, wszystko inne schodziło na dalszy plan. Włącznie z niesamowicie apetycznym, wytatuowanym ciałem Nasha w moim łóżku - nieważne, jak kuszące było zostać przy nim.

Sunny była wściekła. Dwie osoby odwołały dyżury i musiała sama wziąć dodatkową zmianę, a do obsadzenia drugiej potrzebowała mnie. Tego dnia byłam wpisana w grafik na wieczór, co oznaczało, że spędzę cały dzień w pracy. Nie brzmiało to zbyt zachęcająco - tym bardziej że Nash nie dał mi spać prawie do białego rana - ale wiedziałam też, że dzięki pracy uniknę całej tej dziwnej, niezręcznej atmosfery, która pojawia się zwykle w takich sytuacjach, więc się zgodziłam.

Kiedy skończyłam rozmawiać przez telefon, Nash wygramolił się półprzytomnie z łóżka, ubrał się, a potem dał mi szybkiego buziaka i poprosił, żebym w wolnej chwili do niego zadzwoniła. Nie robił mi wyrzutów ani nie miał do mnie pretensji. Wyszedł bez zbędnych wymówek i zawracania głowy dociekaniem, czy w końcu jesteśmy ze sobą, czy nie. I czy jeszcze to kiedyś powtórzymy. Wyszedł, dając mi do zrozumienia, że decyzja należy do mnie - i że ode mnie zależy, czy chcę to dalej ciągnąć, czy nie. Dał mi wolną rękę - to dla mnie coś niecodziennego poza pracą - i musiałam przyznać, że możliwość wyboru sprawiała, że cała ta sytuacja była o wiele prostsza. Nie mówiąc już o tym, że byłam coraz bliższa przyznania się przed sobą, że jeśli chcę brnąć dalej w to, co między nami kiełkowało, będę musiała wybaczyć mu stare grzechy.

Kiedy dotarłam do pracy, zastałam nieopisany chaos. Na dyżurze aż kłębiło się od rannych ubiegłej nocy pacjentów. Był ktoś, kto obciął sobie dłoń piłą łańcuchową; gliniarz wezwany do domowej kłótni, który skończył z raną od noża; maluch, który dobrał się do środka czyszczącego w łazience, i dwie kobiety w ciąży - jedna z ułożeniem pośladkowym płodu, a druga z przedwczesnymi skurczami. Nie miałam czasu zawracać sobie głowy czymkolwiek innym ani zastanawiać się nad dziwnymi spojrzeniami, które rzucała mi Sunny za każdym razem, kiedy znalazłyśmy się w tej samej sali albo mijałyśmy się na korytarzu.

W chwili, w której powinnam zaczynać swoją zwykłą zmianę, podpierałam się już nosem. Siedziałam akurat w świetlicy, siorbiąc kawę, jakby to był eliksir życia, kiedy w końcu moja drobna szefowa mnie dorwała:

- No-o i-i...?

Aż podskoczyłam i oblałam się gorącym napojem. Spojrzałam na Sunny spode łba i rozejrzałam za papierowym ręcznikiem.

- "No-o i-i" co?

Przewróciła oczami i trzepnęła mnie żartobliwie w ramię.

- I jak tam randka z doktorkiem? Gdy zadzwoniłam do ciebie rano, wydawałaś się nieprzytomna, więc zakładam, że się udała? Byłaby z was piękna para!

Próbowałam nie dać nic po sobie poznać, ale nie mogłam spojrzeć jej w oczy - nie po tym, jak spławiłam strasznego konowała i spędziłam resztę upojnej nocy w ramionach Nasha.

- Nie zostałam na imprezie zbyt długo...

Wybałuszyła na mnie oczy i zmarszczyła śmiesznie nos.

- Wylądowaliście od razu u niego?

Westchnęłam i wyrzuciłam papierowy kubek z resztką letniej kawy do kosza.

- To egoistyczny dupek. Jego przyjaciele byli straszni, a przyjęcie okazało się niewypałem. Miałam wrażenie, że cała ekipa spotkała się tylko po to, żeby przechwalać się i jeden przez drugiego licytować w swoich osiągnięciach. Czułam się tam beznadziejnie i nudziłam się jak mops, więc zadzwoniłam po kumpla i wyszłam wcześniej. Doktor Bennet i ja... Cóż, chyba nie jesteśmy dla siebie stworzeni.

Sunny przyjrzała mi się uważnie.

- Mówisz o tym gościu z kółkiem w nosie?

- A co z nim nie tak?

- Do niego zadzwoniłaś?

Uznałam, że nie mam najmniejszego powodu wstydzić się ani tłumaczyć. Nash był w porządku. Tak bardzo w porządku, że teraz trudno mi było sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle aż tak starałam się przy nim pilnować.

- Tak.

Sunny prychnęła i wyszła za mną z pokoju. Jeden z pielęgniarzy podał mi nową kartę i poinformował, że w poczekalni mam kolejnego pacjenta.

- Wiem, że na pierwszy rzut oka może się wydać dziwny, ale to naprawdę fajny facet - zapewniłam szefową.

Wzruszyła ramionami i ruszyła w przeciwnym kierunku.

- Moje zdanie chyba nie ma znaczenia - rzuciła przez ramię. - Wiedziałaś w ogóle, że cały dzień szczerzysz się jak głupia? Nigdy wcześniej cię takiej nie widziałam. Zawsze jesteś poważna i skupiona bez reszty na pracy, ale dziś... - Obejrzała się na mnie i dotknęła palcem wskazującym kącika ust. - Dziś byłaś radosna jak skowronek! I cieszy mnie to. Nie obchodzi mnie, kto cię uszczęśliwił, Santa. Po prostu cieszę się tym.

Rzeczywiście, uśmiechałam się od ucha do ucha, zdałam sobie z tego sprawę dopiero teraz. Byłam zdechła i czułam się wypluta, miałam na obojczyku malinkę, a moje ulubione czarne majtki trafiły do kosza. Wiedziałam też, że nigdy więcej nie będę mogła założyć wysokich butów, nie rumieniąc się na wspomnienie ostatniej nocy. A jednak wciąż nie byłam stuprocentowo pewna, czy mogę być z facetem, który zawiódł mnie w przeszłości tyle razy. Czy mogę uwierzyć w to, że wszystkie uczucia, które we mnie wzbudzał, są szczere i prawdziwe. Nie mogłam jednak zaprzeczyć, że dzięki niemu było mi ze sobą lepiej i spokojniej. Jakbym pogodziła się ze sobą. Stałam się bardziej pewna siebie. Bardziej niż kiedykolwiek i przy kimkolwiek innym.

Pierwszy raz czułam się przy kimś tak cudownie, zmysłowo - i pragnęłam więcej, jeśli tylko Nash zechce mi na to pozwolić. Nie tylko go pożądałam - naprawdę go lubiłam, podobał mi się i musiałam niechętnie przyznać, że zależy mi na nim. To wszystko było tak skomplikowane i zagmatwane, że nie wiedziałam, czy którekolwiek z nas zdoła się z tego w razie konieczności wykręcić, nie cierpiąc przy tym i nie krzywdząc jednocześnie drugiego.

Ale nie było mi dane się nad tym zastanowić. Druga zmiana okazała się tak samo pracowita jak pierwsza. Kiedy dowlokłam się do domu, byłam zbyt padnięta, żeby w cokolwiek włożyć ręce, nie mówiąc już o rozmyślaniu nad kontynuacją - albo nie - mojej przygody z Nashem. Kolejne dwa dni upłynęły równie pracowicie. Chociaż chciałam napisać do niego albo przynajmniej zadzwonić, żeby dać mu znać, że o nim pamiętam, nie mogłam się na to zdobyć. Trzeciego dnia uznałam wreszcie, że czas coś zrobić. Wysłałam mu do salonu tatuażu kwiaty - śliczny bukiet czerwonych, żółtych i pomarańczowych róż, w kolorach płomieni, którymi przyozdobione było jego ciało. To był trafny dobór barw także z innego względu - czerwień symbolizowała pożądanie... a może nawet miłość? Żółć - przyjaźń i sympatię, zaś pomarańcz - zaangażowanie i uwielbienie. Cóż, przynajmniej te dwa ostatnie kolory do nas pasowały. Zrobiłam to po części dlatego, że sam pomysł wysłania wielkiemu, wytatuowanemu gościowi kwiatków wydawał mi się zabawny, a częściowo dlatego, że chciałam, żeby wiedział, że o nim myślę.

Nie pomyślałam ani przez chwilę, że uzna ten gest za głupi. Nie czułam się z tego powodu niepewnie ani nie martwiłam się tym, jak to przyjmie. Po prostu wysłałam mu bukiet z liścikiem, w którym napisałam tylko: "Dzięki!" Byłam mu wdzięczna za wspólnie spędzone chwile, za to, że został ze mną na noc, a także za to, że był po prostu, jaki był. Miałam nadzieję, że to zrozumie.

Pod koniec dnia otrzymałam od niego MMS ze zdjęciem wielkiego bukietu ustawionego na biurku w bardzo twardzielskim salonie tatuażu. W tle nie było nikogo, ale nie mogłam nie zauważyć wytatuowanych palców ułożonych w gest aprobaty. Ten widok sprawił, że parsknęłam śmiechem. Podpis do zdjęcia był krótki, ale słodki: "Nigdy wcześniej nie dostałem kwiatów... Są równie piękne, jak ty. Dziękuję!"

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ale ta wiadomość sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy do tej pory nie oceniałam siebie zbyt surowo. Odesłałam uśmieszek i wróciłam do roboty. Praca była dla mnie od zawsze odskocznią w momentach, kiedy w moim życiu działy się rzeczy, z którymi trudno było mi sobie poradzić.

Kiedy wieczorem wróciłam do domu, miałam zamiar zadzwonić do Nasha, ale koniec końców plany pokrzyżował mi telefon od Faith. Wyglądało na to, że moja mama wpadła w sklepie spożywczym na nową laskę taty i kiepsko się to skończyło - między innymi zniszczeniem paru półek, a także złożeniem oficjalnych zarzutów wobec mojej matki. Faith błagała ojca, żeby odwiódł swoją dziewczynę od oskarżenia mamy. Wiedział przecież, że pokryje wszystkie straty. Ale to nic nie dało. Tata upierał się, że mama powinna poszukać kogoś, kto pomógłby się jej z tym wszystkim pozbierać - i nie mogłam się z nim nie zgodzić. Potrzebowała pomocy. Cała ta sytuacja była niedorzeczna i zupełnie niepotrzebna, ale wyglądało na to, że sprawy wymknęły się spod kontroli. Moja matka posunęła się stanowczo zbyt daleko i wróciły do mnie moje słowa o tym, że nie chcę, żeby w coś się znowu wpakowała.

Miałam do wyboru: albo zmusić ciężarną Faith do zapakowania dzieciaków do samochodu i pojechania do Brookside, żeby wyciągnąć mamę z kicia, albo zrobić to sama. Oczywiście, w grę wchodziła tylko ta druga opcja - nawet jeśli absolutnie nie miałam na to ochoty. Tak więc wyszłam z pracy, pojechałam do miasta i zajęłam się wyciąganiem mamy z paki. To wszystko było jakimś koszmarem i miałam wrażenie, że biorę udział w kretyńskim telewizyjnym show. Naprawdę żałowałam, że nie ma przy mnie Nasha. Z jakiegoś powodu miałam wrażenie, że dzięki niemu wszystko stałoby się łatwiejsze do zniesienia.

Moja mama nie przywitała mnie z otwartymi ramionami. Może dlatego, że czuła się zawstydzona? A może dlatego, że cała była upaćkana jakąś bliżej niezidentyfikowaną substancją, miała rozmazany makijaż i podbite oko? A może po prostu dlatego, że do pokoju przesłuchań wprowadził ją - zakutą w kajdanki i wyglądającą zdecydowanie żałośnie - policjant na oko młodszy ode mnie? Możliwe też, że sprawił to fakt, iż ów policjant przypominał jej właśnie, żeby nie zapomniała o dacie rozprawy i że powinna rozważyć kurs panowania nad emocjami, bo sędzia z pewnością będzie na to nalegał.

Na mój widok spuściła wzrok. Wzięłam ją pod ramię i wyprowadziłam na zewnątrz, do samochodu. Nie odezwała się ani słowem. Kątem oka zauważyłam, że łkała cicho, bezgłośnie. Byłam rozdarta między chęcią przytulenia jej i uduszenia, ale to wszystko za bardzo mnie przytłaczało. Na dziś miałam dosyć wzruszeń.

Wypuściłam głośno powietrze i zerknęłam na nią spode łba.

- No dobra, mamo. Muszę wiedzieć, co planujesz z tym wszystkim zrobić. Naprawdę zamierzasz popijać każdą pigułkę butelką wina i potem zasłaniać się taką głupią wymówką? Naprawdę chcesz robić durne rzeczy, dopóki kogoś nie skrzywdzisz - może nawet siebie samej? Aż tak bardzo zatraciłaś się w gniewie i bólu, że chcesz stracić kontakt ze swoimi wnukami - także tym nienarodzonym - bo twoja córka boi się, co następnym razem odwalisz? Przykro mi, że muszę ci to mówić, mamo, ale jeśli nadal będziesz tak postępować, nikt... i to naprawdę nikt nie wyciągnie cię następnym razem z tarapatów. W końcu będziesz musiała ponieść konsekwencje swojego zachowania.

Nie odezwała się. Zamiast tego łkała tylko cicho na siedzeniu pasażera, całkowicie mnie ignorując. Nie wiedziałam, co więcej mogłabym powiedzieć. To wszystko wymknęło się spod kontroli już dawno temu, a ja nie miałam pojęcia, jak to z powrotem poskładać. Kiedy dotarłyśmy do jej domu, wjechałam na podjazd i odwróciłam się, żeby na nią spojrzeć. Pociągnęła nosem i spojrzała na mnie z ukosa przekrwionymi oczami.

- Twój ojciec był moją pierwszą miłością. Chodziliśmy ze sobą przez całą szkołę i poświęciłam wszystko, żeby tylko mógł iść na stomatologię. Dałam mu cudowną rodzinę i sądziłam, że jesteśmy szczęśliwi. Kiedy o tym myślę... Znacznie bardziej niż fakt, że się przeprowadził, boli mnie świadomość, że się tak po prostu odkochał. Jak można przestać cokolwiek do kogoś czuć, ot, tak, Santa? Po tym wszystkim?

Jej słowa sprawiały, że ściskało mi się serce.

- Nie wiem, mamo, i nie mogę udawać, że rozumiem, jak bardzo zranił cię tata. Ale wiem jedno, że to, co robisz, wcale nie przynosi ani tobie, ani nikomu innemu nic dobrego. Może i tata się odkochał, ale nadal masz dwie córki, które cię uwielbiają, a także wnuki, które tęsknią za szczęśliwą, zdrową babcią, by mogłyby spędzać z nią czas. My także się liczymy, mamo. I przykro nam jest patrzeć na to, co ze sobą wyprawiasz.

- Chciałabym po prostu, żeby cierpiał tak samo jak ja.

- Cóż, chyba nic z tego.

- To nie w porządku.

Pokręciłam głową.

- Nie, pewnie nie. Ale wierz mi, że w życiu są gorsze rzeczy od rozwodzenia się i zaczynania wszystkiego od nowa. Musiałam patrzeć, jak do rodziców stanowczo zbyt młodej dziewczyny dociera, że ich córka odebrała sobie życie tylko dlatego, że jej koledzy nie potrafili być dla niej mili. To nie jest wcale takie trudne być dla kogoś miłym. Ludzie nie muszą bezsensownie cierpieć, ale niestety, tak już jest, że żyjemy w świecie, w którym młode osoby giną niepotrzebnie. To też nie jest w porządku, mamo. Fakt, że ludzie się odkochują, jest okropny i niefajny, ale są gorsze rzeczy, które mogą nas spotkać w życiu. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale... po prostu tak już jest.

Coś się zmieniło w jej spojrzeniu. Odwróciła ode mnie wzrok.

- Zapomniałam, jak niezwykłą ścieżkę kariery sobie wybrałaś, Santa. Jesteś taka silna... Całkiem możliwe, że w tym chaosie zwyczajnie przestałam o tym pamiętać. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo jestem z ciebie dumna...

Rany, musiałam przyznać, że tego się nie spodziewałam.

- Dzięki, mamo.

- Gdybyś się umalowała, założyła push-upa i zakręciła się za którymś z tych doktorków z pracy, byłabym wniebowzięta.

No cóż, jesteśmy w domu, pomyślałam. Taki tekst był zdecydowanie bardziej w jej stylu. Wróciłyśmy do punktu wyjścia.

- Postaraj się trzymać z dala od kłopotów, dobrze? - poprosiłam. - I może przestań brać te prochy... - Starałam się, żeby zabrzmiało to naturalnie, ale jednocześnie zależało mi, żeby dostrzegła w moim spojrzeniu troskę. Chciałam dla niej dobrze, ale wiedziałam, że jeśli ma się pozbierać, będzie musiała sama podjąć właściwe decyzje.

Gdy wysiadła z samochodu i ruszyła do drzwi, odczekałam, aż wejdzie do środka, i sięgnęłam po telefon. Nie zastanawiałam się właściwie, co robię. Po prostu wyszukałam jego imię w książce adresowej i wybrałam numer. Odebrał po drugim sygnale.

- Cześć!

- Cześć. - Przywitałam się lekko zachrypniętym głosem.

- Co tam?

- Zajęty?

- Taaa, właśnie mam klienta, a potem jeszcze jednego. Dlaczego pytasz? Coś się stało?

Przygryzłam dolną wargę i zabębniłam nerwowo palcami w kolano.

- Nie, nic takiego. Po prostu miałam szalony dzień i pomyślałam, że może poczułabym się lepiej, gdybyśmy się spotkali...

Nash milczał przez długą chwilę. Już, już myślałam, że powie mi, że przegapiłam swoją szansę albo, że może by na to przystał... gdybym tylko zadzwoniła do niego wcześniej. Cóż, właśnie dlatego byłam taka kiepska w stosunkach damsko-męskich. Zakładanie, że rzuci wszystko natychmiast, byle się tylko ze mną spotkać, było... głupie. Niedorzeczne. I niegrzeczne. Wiedziałam, że jest zajęty. Że ma mnóstwo przyjaciół i ludzi zabiegających o jego uwagę i czas. Kim byłam, żeby prosić go o poświęcenie mi go, kiedy w końcu łaskawie zdecydowałam się odłożyć pracę na bok?

- Jasne, możemy się spotkać - usłyszałam wreszcie w słuchawce. - Czy to nie będzie problem, jeśli zobaczymy się trochę później? Chciałbym wpaść do Phila. Gdy wczoraj u niego byłem, nie wyglądał najlepiej. Nie wyrwę się z roboty przed ósmą, więc umówmy się jakoś bliżej dziesiątej, czy coś koło tego?

Nazajutrz miałam wolne, więc jak dla mnie, mógł się zjawić nawet i o północy - jeśli tylko zechciał mi poświęcić nieco swojego cennego czasu.

- Spoko. Będziesz chciał coś przegryźć?

Roześmiał się i usłyszałam, że mówi coś do kogoś.

- Nie. Zrobimy coś fajnego. Załóż coś, czego nie będziesz się bała pobrudzić.

To było... intrygujące i wzbudziło moją ciekawość. O dziwo, bo nie przepadałam za niespodziankami.

- Co masz na myśli, mówiąc "fajnego", Nash?

- Sama się przekonasz. Do zobaczenia wieczorem, Santa.

Rozłączył się, a ja gapiłam się w telefon jak sroka w gnat. Nie wiedziałam, co w ogóle robię. Nie wiedziałam, co on ze mną wyczynia. Ale nie miałam żadnej wątpliwości, że moje życie staje się lepsze dzięki temu, że Nash po prostu istnieje. Przeszukałam playlistę, nastawiłam The Vines i wyruszyłam w drogę powrotną do miasta.

Zadzwoniłam do Faith i zdałam jej relację z mojego spotkania z mamą. Wydawała się taka zdenerwowana i smutna! Było mi z tego powodu nieskończenie przykro, ale nasza matka dorosła dawno temu i wiedziałam, że musi sama dokonać własnych wyborów i ponieść ich konsekwencje. Nie mogłyśmy jej w tym pomóc. Rozmawiałyśmy przez większość mojej drogi do domu. Faith nie mogła uwierzyć, że spławiłam doktorka. Nie zdradziłam jej, z kim spędziłam resztę nocy - wiedziałam, że by tego nie pochwaliła. Nie po tym, czego - jak wiedziała - doświadczyłam dawno temu ze strony młodszego alter ego Nasha.

Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że tak naprawdę nie chodziło mu wtedy wcale o mnie. Że po prostu gadał, byle gadać. Porywczość w jego głosie, kiedy mnie o tym przekonywał, ogień w jego oczach... wszystko to sprawiało, że chciałam mu wierzyć... Ale nie byłam pewna, czy mogę. Nawet jeśli wówczas mówił o kimś innym, jego słowa bolały. Gdybym odpuściła wspomnieniom, przyznała, że istnieje odległa szansa na to, że to moje sponiewierane, dawne ja i moje stłamszone poczucie własnej wartości sprawiło, że usłyszałam wtedy to, co chciałam usłyszeć... Musiałabym przyznać sama przed sobą, że sama ponosiłam odpowiedzialność za wszystko, co się potem wydarzyło. To była bardzo gorzka pigułka do przełknięcia.

Posprzątałam trochę w mieszkaniu, wzięłam prysznic, uczesałam się i zjadłam płatki - bo mój żołądek bezpardonowo domagał się posiłku - a potem przegrzebałam szafę w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym pobrudzić, ale w czym nie wyglądałabym jak ostatni menel. Stanęło na parze legginsów, flanelowej koszuli i bawełnianej koszulce. Nie wyglądałam może jak gwiazda filmowa, ale uznałam, że na mój widok Nash raczej nie powinien uciec z krzykiem. Minęła dobra chwila, zanim zdałam sobie sprawę z tego, że nie świruję na myśl o tym, że pokażę mu się w takim stroju. Może było tak dlatego, że zdawałam sobie sprawę z tego, jak często widział mnie w roboczych ciuchach i bez makijażu? A może sprawił to fakt, że w łóżku nie wydawał się mieć żadnych zastrzeżeń co do mojego wyglądu? Sądzę, że gdyby na moim miejscu znalazł się ktoś inny, taka pozawerbalna forma akceptacji - i aprobaty! - mile połechtałaby jego ego. Ale jako że byłam dziwaczką, cieszyłam się po prostu, że zachował wszelkie uwagi na ten temat dla siebie.

Nash zjawił się parę minut po dziesiątej i obrzucił mnie taksującym spojrzeniem. Dał mi szybkiego buziaka, który sprawił, że zakręciło mi się w głowie, i zaprowadził mnie do samochodu. Miał na sobie ubranie, które - jak zakładałam - było jego strojem roboczym. Dostrzegłam też, że ma podkrążone oczy i jest trochę zarośnięty, inaczej niż zwykle. Wyglądał na wyczerpanego i zmęczonego. Na jego widok ogarnęło mnie znów poczucie winy, że molestuję go o tej porze, ale starałam się je od siebie odegnać.

- Długi tydzień w pracy? - zagadnęłam.

Otworzył mi drzwi samochodu i zaprosił gestem do środka. W środku było ciepło, a wnętrze wypełniały dźwięki The Tossers. Za każdym razem, kiedy jechałam jego autem, z głośników ryczał celtycki punk rock.

Nash zajął fotel kierowcy i spojrzał na mnie z krzywym uśmieszkiem.

- Cóż, muszę przyznać, że ucieszyłem się, gdy się odezwałaś... Nie mówiąc już o kwiatach! W salonie aż wrzało od plotek. Pewnie jeszcze długo będą mi suszyć głowę. Ale mniejsza o to. Phil nie czuje się najlepiej, a ja cały czas próbuję wyciągnąć z niego, dlaczego dopiero teraz przyznał, że jest moim ojcem... Na co on odsyła mnie do matki. Wolałbym się pochlastać, niż jechać z nią rozmawiać. A do tego teraz, gdy Rule wrócił już z miesiąca miodowego, powinniśmy zacząć ustalać, co z nowym salonem... Wszystko naraz. Za dużo tego.

- Przykro mi z powodu Phila. I dobrze rozumiem przejścia z matką - powiedziałam. - Dopiero co wyciągnęłam własną z kicia.

Nash parsknął śmiechem i zerknął na mnie spod oka.

- Żartujesz sobie?

- Nie. - Opowiedziałam mu o dzisiejszym dniu, co skończyło się tym, że paplałam bez ustanku przez pełny kwadrans, aż dotarliśmy do dzielnicy magazynów za Coors Field.

Nash wypytywał mnie o różne rzeczy, ale ani razu nie wszedł mi w słowo, a ja nie mogłam się nadziwić temu, z jaką łatwością mu się zwierzam. Nigdy wcześniej nie czułam się podobnie.

Wreszcie zatrzymaliśmy się przed wielkim garażem; Nash wpisał kod w panel przy wielkich, metalowych wrotach i wjechał do środka. Nie miałam najmniejszego pojęcia, co tu robimy, więc rzuciłam mu pytające spojrzenie.

- Jak grzebanie w samochodach może być fajne?

Przyłożył tylko palec do ust i wprowadził swój wóz w jedną z bramek.

- Złożyłem tego potwora praktycznie od podstaw. Wiele mu zawdzięczam. W dawnych czasach to była moja odskocznia. Ten wóz i Phil to praktycznie jedyne rzeczy w moim życiu, które utrzymały mnie z dala od więzienia. To właśnie dzięki temu cacku utwierdziłem się w przekonaniu, że istnieją znacznie bardziej produktywne sposoby spędzania czasu niż pakowanie się w kłopoty i próby zwrócenia na siebie uwagi własnej matki. Phil twierdził, że będę potrzebował czegoś klasycznego. Czegoś, co... przetrwa. Powiedział mi, że jeśli się nim zajmę, będę o niego dbał i się o niego troszczył... odwzajemni mi się tym samym. Teraz wiem, że starał mi się przekazać wiedzę o czymś więcej niż tylko o samochodach. Pomógł mi ściągnąć to cacko z wysypiska i spędziliśmy mnóstwo czasu, chuchając na nie i dmuchając. - Wysiadł z samochodu i wklepał w następną klawiaturę nowy kod. Po chwili zaczęły się otwierać inne, ciężkie wrota. Początkowo wnętrze garażu wydawało się mroczne i ponure, ale po chwili zapaliły się światła, oblewając poświatą kilka starych wozów - na różnych etapach naprawy. To nie był zwykły warsztat, tylko miejsce dopieszczania starych aut.

- To miejsce należy do mojego kumpla, Wheelera - wyjaśnił Nash. - Pomaga mi przy moim wozie, a ja odwdzięczam mu się, jak mogę. Co jakiś czas korzystam z jego warsztatu.

Podniosłam pytająco brew.

- Gość zajmuje się czterema kółkami i ma na imię Wheeler? Poważnie?

Nash roześmiał się i wysiadł z wozu, a potem wyjął zza siedzenia czarną torbę i coś, czego wcześniej nie zauważyłam.

- Ma na imię Hudsen. A poza tym - hej! - dziwisz się? Ty jesteś pielęgniarką o imieniu Santa! - Podał mi zwitek wyjęty zza siedzenia, to była rolka papieru. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, i powiedziałam mu o tym.

Nash wziął mnie tylko za rękę i poprowadził między samochodami do sali na tyłach warsztatu. Włączył światło i uśmiechnął się do mnie krzywo. Oczy lśniły mu dziwnie psotnie. Westchnęłam w duchu, zachwycona. Serio. Mogłam po prostu gapić się na niego cały dzień, i to wystarczyłoby mi do szczęścia.

- W tamtych czasach bawiłem się w sprayowanie, żeby się wyżyć. Wydawało mi się, że łamanie prawa jest czymś fajnym. Zostawianie własnych podpisów wszędzie na mieście... Dopóki mnie nie złapali i Phil nie musiał zapłacić cholernie wysokiej kaucji, żeby wyciągnąć mnie z więzienia. To właśnie w taki sposób wkręciłem się w grafikę, w projektowanie. Tak naprawdę wydaje mi się, że chciałem zostać przyłapany na robieniu czegoś nielegalnego, żeby moja matka zwróciła na mnie uwagę... Ale to stare dzieje, a ja nadal lubię malować sprayami.

Weszliśmy do pomalowanego na biało pomieszczenia o skomplikowanym systemie wentylacyjnym; na ścianie wisiały maski na twarz, a pod nią stało mnóstwo sprzętu, służącego chyba do lakierowania samochodów. Nash rzucił torbę na ziemię; usłyszałam grzechot puszek farby. Potem wziął ode mnie papier i podszedł do jednej ze ścian. Zwieszał się z niej kabel i kilka metalowych zacisków.

- Nie mogę już włóczyć się po mieście, mażąc po budynkach, murach i pociągach. Chyba że ktoś mi za to zapłaci... Ale graffiti to fajna sprawa. Jest w nim coś dzikiego, nieokiełznanego... I te żywe barwy! W malowaniu na ścianach nie ma żadnych zasad i czasem, po dziaraniu ludzi przez cały dzień, potrzebuję zmiany. Fajnie jest wyjść i robić coś po swojemu, przypomnieć sobie własny styl. Wheeler pozwolił mi się tu rządzić. Nie rozrabiam, nie narażam się na kaucje za wandalizm, a do tego świetnie się bawię.

Przyglądałam się, jak wiesza na ścianie dwa kawałki papieru dorównujące długością mojemu wzrostowi i prawie tak szerokie, jak drzwi. Potem przykucnął i zaczął szperać pośród puszek w torbie. Były tam chyba wszystkie kolory tęczy. Nigdy nie spotkałam kogoś, kto dopuściłby mnie do swoich małych rytuałów. Nigdy nie byłam z nikim aż tak blisko. Znowu poczułam ten dziwny magnetyzm, jakby coś mnie do niego przyciągało.

- Nie umiem namalować nawet prostej kreski, Nash. - Na miłość boską, był profesjonalnym artystą! Jak miałam w ogóle próbować popisywać się swoim beztalenciem pod okiem kogoś tak uzdolnionego?

Nash mruknął coś pod nosem i włożył czapeczkę bejsbolową, którą miał w torbie, daszkiem do tyłu. Dobrze w niej wyglądał.

- Santa, nie we wszystkim chodzi o to, żeby być najlepszym. To nie jest konkurs. Zabrałem cię tu, żebyśmy spędzili razem fajnie trochę czasu, w ciszy i spokoju. Po prostu odpręż się i... spróbuj.

Cóż miałam zrobić? Posłuchałam go, bo tak naprawdę nie miałam wyboru. Tęskniłam za nim i chciałam z nim pobyć. Czułam się, jakby dał mi na moment zajrzeć do swojej głowy. Staliśmy ramię w ramię i patrzyliśmy na wielkie płótno. Zaczął pierwszy. Zanim zdążyłam sięgnąć po puszkę farby, wypełnił już całe tło rozedrganymi, żywymi barwami - intensywnymi i przyciągającymi wzrok. Nie wiedziałam, co robi, ale obserwowałam go z zafascynowaniem, jak zaczarowana...

A potem przygryzłam czubek języka i zaczęłam bazgrolić zielone drzewka i białe obłoczki. Zanim się spostrzegłam, zapomniałam o Nashu, zapomniałam, że jestem w warsztacie samochodowym i rzeczywiście zaczęłam się dobrze bawić. Dodałam tęczę, a potem na jej końcu garnek ze złotem. Oczywiście, skoro już pojawił się krzywy i koślawy rondel ze złotem, trzeba było uzupełnić obrazek o karła. Kiedy skończyłam, śmiałam się tak mocno, że zgięłam się wpół. Papierowe płachty były pokryte niechlujnymi, pełnymi zacieków bazgrołami, na widok których można było dostać oczopląsu. Nie mogłam przestać, a kiedy zobaczyłam, jak Nash zagląda mi przez ramię, przechyla głowę na bok i mruży oczy, żeby lepiej przyjrzeć się mojemu dziełu, wybuchnęłam jeszcze głośniejszym śmiechem. To właśnie dlatego ludzie powtarzają mi, że powinnam częściej wychodzić z domu - nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się tak niepohamowanie, niemal histerycznie.

Obeszłam go, żeby przyjrzeć się efektom jego pracy, i śmiech zamarł mi na ustach. Opadła mi szczęka i wybałuszyłam na niego oczy.

- Czy... czy to ja? - Ledwie zdołałam wykrztusić.

- Serio, jeszcze się pytasz? - Jego głos brzmiał żartobliwie, ale było w nim coś jeszcze.

Postać, którą namalował, była w kreskówkowym stylu - nieco przesadzona i przejaskrawiona. Barwy wydawały się aż tryskać z tła. Przedstawił mnie w agresywnie seksownym stroju pielęgniarki, z rodzaju tych, jakie zakładają wyruszające na halloweenowe podboje napalone laski. Miałam jaskraworude włosy, w jednej ręce trzymałam wielką strzykawę, a w drugiej - serce. Pomimo zaburzonych proporcji i wyolbrzymionych "walorów", mających uczynić postać maksymalnie seksowną, nie było wątpliwości. To byłam ja. Włosy, oczy, twarz... wykapana ja. Jak, u licha, zdążył stworzyć coś takiego w ciągu dwudziestu minut?

- Jest... niesamowita.

- Zupełnie jak ty. Cały czas ci to powtarzam. Po prostu nie słuchasz. - Podszedł do graffiti, chcąc je zerwać ze ściany, ale go powstrzymałam.

- Mogę to zatrzymać?

Podniósł brew.

- Jasne!

Dzieło było ogromne i nie miałam pojęcia, co z nim zrobię... Ale świadomość, że właśnie tak mnie postrzegał: seksowną, piękną, profesjonalną... Nie chciałam tego stracić.

- Nash, chodźmy gdzieś - poprosiłam.

- Co masz na myśli? Sądziłem, że wrócimy do ciebie. Oczywiście, jeśli będziesz miała ochotę...

Wzięłam płachtę papieru i przycisnęłam ją do piersi.

- W szkole nie chodziłam na randki. Nigdy nie miałam faceta, który zabierałby mnie gdzieś i był taki niecierpliwy, żebym mogła mu dać po łapach. Pierwszy raz całowałam się tuż przed tym, jak stuknęła mi dwudziestka. Chciałabym, żebyś zabrał mnie w jakieś miejsce, w które chodzą dzieciaki, żeby się zabawić. Malowanie było naprawdę fajne. A wierz mi, że rzadko mi się zdarza zapomnieć i po prostu cieszyć tym, co robię. Sądzę, że randka w samochodzie to niezły pomysł... - Chciałam, żeby to zabrzmiało seksownie i pikantnie, bo było ucieleśnieniem najśmielszych fantazji, jakie miałam z nim w roli głównej.

- Santa, jest zimno - upomniał mnie łagodnie. - Mamy się gdzie podziać... A poza tym jesteśmy wysocy. Nie jestem już takim kurduplem, jakim byłem w szkole. Może i to brzmi fajnie, ale wierz mi, skończy się na tym, że zmarzniemy na kość i będziemy cali połamani. - Mówiąc to, uśmiechał się jednak lekko i wiedziałam, że trzeba go po prostu trochę mocniej namówić.

Położyłam mu dłonie płasko na piersi; czułam jak pod moim dotykiem jego serce bije równo, mocno. Spojrzałam mu błagalnie w oczy.

- Pro-oszę, Nash.

Westchnął i wsunął mi rękę pod warkocz, na kark.

- Jeśli tylko zdajesz sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie nie skończy się jedynie na zdobywaniu drugiej bazy, co oznacza, że to twój tyłek będzie na wierzchu i zmarznie... Wchodzę w to, że tak to ujmę.

Roześmiałam się - beztrosko, radośnie, tak jak nie śmiałam się od nie wiem jak dawna. I ucałowałam go w zarośnięty policzek.

- Umowa stoi.

Wrzucił akcesoria malarskie do bagażnika - miałam nadzieję, że po to, żebyśmy mieli wolną tylną kanapę, och, tak! - i wyjechaliśmy za miasto, kierując się ku Brookside.

- Gdzie jedziemy?

- Na Lookout Mountain.

Wzgórze Lookout Mountain leżało pod Golden i mieścił się tam grób Buffalo Billa Cody'ego. Słyszałam o tym miejscu, ale nigdy tam nie byłam. Podobno widziało się stamtąd całe miasto.

- Czy to właśnie tam zabierałeś swoje dziewczyny?

- Hm... Nie. W okresie, kiedy zorientowałem się, że dziewczyny mają do zaoferowania coś więcej poza tym, że miło pachną i odrobią za mnie pracę domową, jeśli tylko powiem którejś, że jest ładna, mieszkałem już z Philem. Gość lubił dobrą zabawę - i to znacznie bardziej niż ja czy kiedyś Rule. Prawie codziennie miałem wolną chatę, więc jak tylko nadarzyła się okazja, zabierałem je do domu.

- Co masz na myśli mówiąc "jak tylko nadarzyła się okazja"? - Pamiętałam, że w szkole był wiecznie obwieszony laskami. Nie wyglądał jak ktoś, kto musi się bardzo starać, żeby wyrwać sobie pierwszą lepszą niunię na noc.

- Obijałem się z gościem z kapeli, typem zbuntowanego rockmana, chodzącym ideałem i kapitanem drużyny futbolowej. Byłem po prostu zwykłym, niegrzecznym chłopcem, który wciąż musiał wysłuchiwać w domu, że jest chodzącą pomyłką. Nie wiedziałem, ile znaczy rozmawianie z dziewczynami. Wokół kręciło się mnóstwo łatwych panienek, których tak naprawdę nie obchodziło, z kim się prześpią. A to oznaczało, że wylądują w łóżku Jeta albo Rule'a. Wierz mi, to czy nadarzyła się okazja, czy nie, o wszystkim wówczas przesądzało.

To było takie dziwne! Moja szkolna rzeczywistość tak bardzo różniła się od tego, co teraz mówił! Miałam ochotę poprosić go, żeby opowiedział mi o tych czasach coś więcej, ale właśnie dotarliśmy do płaskiej, wysuniętej skały - dość przestronnej, żeby móc na niej zaparkować. Nash zgasił silnik, otoczył mój fotel ramieniem i spojrzał na mnie w półmroku.

- Jeśli chcesz, możemy wrócić do miasta. Wystarczy jedno twoje słowo.

Nie odpowiedziałam. Zamiast tego podniosłam się z siedzenia i wgramoliłam na kanapę z tyłu, po drodze ściągając flanelową koszulę. Nash zostawił włączone ogrzewanie, ale byliśmy w Kolorado, był styczeń, a do tego parkowaliśmy wysoko w górach, więc panował rześki chłód i szyby zaczynały już parować. Nash przyglądał mi się przez chwilę, a potem wysiadł z samochodu. Nie było szans, żeby zdołał przejść przez fotel jak ja. Wyciągnął portfel, podał mi foliowe zawiniątko, a potem zamknął drzwi. Zdjął bluzę z kapturem i usiedliśmy zwróceni twarzami do siebie.

Sądziłam, że przyciągnie mnie do siebie, ale patrzył na mnie tylko, a po ustach błąkał mu się dziwny uśmieszek. Oparł się łokciami o oparcia siedzeń i powiedział:

- To twoja gra, Santa. Jak chcesz ją rozegrać?

Za każdym razem oddawał mi inicjatywę, zmuszając do przekraczania granic i do mówienia mu, na co mam ochotę. Może to właśnie dlatego między nami zawsze iskrzyło i nie kwestionowałam niczego, co robiliśmy, bo sama wszystko inicjowałam? Dzięki temu nie było miejsca na osąd ani odrzucenie.

Zadrżałam. I to nie tylko z zimna.

- Chcę, żebyś mnie pocałował.

Sięgnął po mój warkocz i przyciągnął mnie za niego do siebie. Kiedy nasze wargi się zetknęły... To było coś znacznie więcej niż tylko zwykły pocałunek. Smakował jak przyszłość i przeszłość zarazem, jak "teraz" i "kiedyś". Nash był taki silny i twardy... A jednocześnie jego wargi były tak miękkie... I spragnione mnie! Jego skóra była bardziej szorstka niż zazwyczaj, ale kiedy przyciągnął mnie bliżej i nasze nosy otarły się o siebie, poczułam gładki dotyk metalowego kolczyka. Nasze języki splotły się, a jego zęby przygryzły lekko wnętrze mojej wargi. Jęknęłam cicho i poczułam, że Nash dygocze - wstrząsa nim cichy śmiech. Kiedyś odruchowo uznałabym, że naśmiewa się ze mnie - teraz jednak wiedziałam, że cieszy się po prostu, bo wie, że jest mi dobrze i podoba mi się to, co robimy.

Oparłam dłonie o jego pierś i zaczęłam podnosić mu koszulkę, odsłaniając płaski brzuch. Pomógł mi, podnosząc ręce do góry - na tyle, na ile zdołał. Zważywszy na ciasnotę w wozie i gabaryty Nasha, rozebranie się wymagało niezłej gimnastyki. Jego złotą skórę pokryła gęsia skórka i pochyliłam głowę, żeby przesunąć językiem po jego obojczyku. Odpowiedział na pieszczotę zadowolonym mruknięciem.

- Teraz ja chcę całować ciebie.

Nadal trzymał mój warkocz, ale musiał go puścić, kiedy przejechałam językiem po jego sutku, a później drugim.

Zaklął łagodnie pod nosem i wymamrotał:

- Obrałaś zły kierunek, moja piękna.

Powiodłam palcami po wypukłościach - twardych mięśniach jego brzucha - i patrzyłam z rozkoszą, jak tężeją i napinają się pod moim dotykiem. Wyglądało to, jakby wytatuowane na jego brzuchu skrzydła trzepotały w nocnym powietrzu.

- Nie, wcale nie. Może i odrobinę się martwię, jak poradzę sobie z całym tym żelastwem na dole, ale jestem pewna, że kieruję się w dobrą stronę.

Zaklął znów pod nosem, a ja zajęłam się rozpinaniem klamry paska. Nie miałam okazji robić tego zbyt często, nie mówiąc już o tym, że Nash lubował się w prawdziwie pancernym sprzęcie, ale byłam nim zafascynowana i chciałam, żeby poczuł się tak dobrze, jak ja zawsze czułam się przy nim.

- Po prostu udawaj, że tego tam wcale nie ma.

- Dlaczego? Skąd wiesz, że to nie moje ulubione zabawki?

Roześmiał się znowu, ale jego śmiech przerodził się w jęk, natychmiast gdy poczuł na swoim gorącym, twardym penisie moje dłonie. Jego fiut pulsował, gruby i zniecierpliwiony, gdy pochyliłam się nisko nad nim. Potarłam delikatnie kciukiem kółeczko na jego główce, a Nash odpowiedział gwałtownym drżeniem ciała. Gdy wypuściłam powietrze i wilgotny oddech musnął wrażliwą, nagą skórę, wydyszał cicho moje imię.

Pochyliłam głowę jeszcze niżej i wsunęłam ozdobioną kolczykiem główkę penisa do ust. Najwyraźniej nie był na to przygotowany, bo wyprężył całe ciało i szarpnął mnie za włosy na tyle mocno, żeby odrobinę mnie zabolało.

- Jezu... - Cóż, tym razem nie było to moje imię, ale wzięłam to za dobrą monetę i uznałam, że mu się podoba.

Przesunęłam po kółeczku językiem, a potem prześliznęłam nim po ukrytej niżej sztandze i dalej w dół, dopóki starczyło mi miejsca w ustach. Przesunęłam wargami z powrotem w górę, a potem znowu włożyłam go sobie do ust - z tą małą różnicą, że tym razem otoczyłam podstawę jego penisa dłonią i zaczęłam nią poruszać rytmicznie, w miarę jak moja głowa opadała się i podnosiła - cały jego kogut w życiu nie zmieściłby mi się do ust! Nash wymruczał jeszcze raz moje imię i poczułam, że jego nogi sztywnieją, a mięśnie brzucha stają się twarde jak skała. Jednak ledwie zdążyłam poczuć na języku lepką słoność, która potwierdziłaby, że odwaliłam kawał dobrej roboty, pociągnął mnie za włosy - jeszcze mocniej niż poprzednio - i zmusił do podniesienia głowy.

Dyszał ciężko, a jego oczy przybrały kolor indygo.

- Jeśli natychmiast nie przestaniesz, jedno z nas skończy niedopieszczone i bardzo zaniedbane. Mała podpowiedź, to nie będę ja. - Mówiąc to, zaczął ściągać mi legginsy. Cieszyłam się, że włożyłam coś, co dawało się łatwo zdjąć w takiej ciasnocie i takim zniecierpliwieniu i pośpiechu. Kiedy uporał się z legginsami, zabrał się do zdejmowania mi przez głowę koszulki. Musiałam przyznać, że miło było czuć, jak mocno na niego działam, jak bardzo mnie pragnie. To naprawdę bardzo poprawiało mi nastrój. Jak tylko pozbyłam się spodni, bez zdejmowania tenisówek, a Nash naciągnął gumkę, przyciągnął mnie do siebie, wszedł we mnie i oboje wydaliśmy z siebie odgłosy, których nie można by nazwać inaczej jak tylko zwierzęcymi - głębokie, gardłowe, połączone w jeden ochrypły jęk, gdy nasze ciała połączyły się w jedno.

Pochyliłam nieco głowę i skorzystałam z nowej pozycji, aby possać jego sutek. Poczułam elektryzujący dreszcz, pełznący mi wzdłuż kręgosłupa, kiedy jego kolczyki podrażniły mój punkt G. Poruszyłam się w górę i w dół i przyspieszyłam tempa, bo było zimno, a poza tym wiedziałam, że jest już na skraju spełnienia. To było niesamowite - za każdym razem wiedział dokładnie, jak doprowadzić mnie na skraj rozkoszy, sprawić, żebym była sobą i skupiła się na tym, co czuję. Ciasnota sprawiała, że ledwie mogliśmy się ruszać, widziałam, że Nash się hamuje - widziałam naprężone ścięgna na jego szyi, podczas gdy czekał, żebym dotrzymała mu kroku.

- Nash...

- Ci-i, Santa, będziesz musiała mi pomóc. Daj tu rękę. - Obie dłonie miał zajęte pomaganiem mi w utrzymaniu tempa, podczas gdy podskakiwałam w górę i w dół, ostrożnie, tak żeby nie rąbnąć głową w sufit samochodu. Zerknęłam na niego i od razu domyśliłam się, o co mu chodzi. Jasne, mógł sam dokonać tego jedną ręką, ale wiedziałam, że po prostu znowu to robi. Przesuwa granice, które - jak sądziłam - jasno wytyczyliśmy.

Nie lubiłam się nawet sama przed sobą przyznawać do tego, że się dotykam. A on chciał, żebym zrobiła to nie tylko na jego oczach, ale i siedząc na nim, w trakcie seksu! To było prawdziwe wyzwanie. Coś, co powinno mnie wytrącić z równowagi w samym środku jazdy, która miała być nastrojowa i fajna, ale chciałam dojść i chciałam, żeby on także skończył, bo czułam, że powstrzymuje się ostatkiem sił. Cudownie było czuć go w środku, pulsującego i sztywnego, ale widziałam, że pragnie, abym posunęła się o krok dalej, przekroczyła pewną granicę i zapomniała o zasadach, którymi kierowałam się do tej pory.

Nie myślałam. Po prostu zanurzyłam wolną rękę między nasze splecione ciała, wsunęłam ją między moje śliskie, rozchylone wargi w dole, dopóki nie natrafiłam na najczulszy punkt, pobudzony i nabrzmiały.

- Och... - Jego szept przerodził się w jęk spełnienia na sam widok mnie robiącej to, o co mnie poprosił.

Nie trzeba mi było wiele - zaledwie lekkie muśnięcie, nieskończenie delikatny dotyk i odpłynęłam. Zanim zdążyłam ochłonąć, pociągnął mnie na swoją falującą pierś i wycisnął na moich ustach mocny pocałunek. Smakował spełnieniem i zadowoleniem, jak zwykle.

- To była chyba najseksowniejsza, najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem kiedykolwiek w życiu. - Jego głos był lekko zachrypnięty i zdyszany.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nigdy nie wiedziałam, co mówić w takich sytuacjach, więc tylko przytuliłam się do jego piersi i mruknęłam:

- Coraz lepiej wychodzi ci pieprzenie się ze mną bez zdejmowania spodni.

Roześmiał się chrapliwie i przejechał pieszczotliwie dłońmi po moim kręgosłupie. Nie skomentował tego, ale wiedziałam, że martwi go, że nigdy nie odpowiadam na jego komplementy. Nie miałam pojęcia, czy kiedykolwiek zdołam się tego nauczyć i czy kiedykolwiek zobaczę w sobie tę osobę, którą on widział, gdy na mnie patrzył.

Koniec wersji demonstracyjnej.