ROZDZIAŁ 7
GPS zaprowadził Michała do chaty pod lasem. To nie był jeden z tych nowoczesnych domów, które budują sobie nowobogaccy, ale stara chata, którą ktoś pomalował na pomarańczowo. Dookoła domu rosły drzewa owocowe i krzewy, a posesja była otoczona drewnianym płotem. Wchodziło się do środka przez furtkę, która okropnie skrzypiała, a do domu prowadziła wyłożona dużymi kamieniami ścieżka. Pomyślał, że jest tu po prostu swojsko. Zapukał do drzwi i jakież było jego zdziwienie, gdy nie otworzyła mu żadna Maryna ani Jagna z warkoczem do pasa. Bo tak sobie Igę wyobrażał jak bohaterkę rodem z filmu o Janosiku albo ekranizacji Chłopów. Otworzyła mu śliczna, niska, trochę korpulentna blondynka o szerokim uśmiechu.
- Cześć. Iga. - Kobieta wyciągnęła do niego rękę.
- Marchlewski - rzucił może trochę zbyt oficjalnie.
Jezuuu - jęknęła w duchu Iga - co za sztywny, odpicowany gość. Starała się nie oceniać ludzi zbyt pochopnie, ale tutaj ocena sama się nasuwała. Facet był wystylizowany tak, jakby wyszedł z magazynu modowego.
- Wchodź. Przygotowałam śniadanie.
- Zjadłem po drodze tortillę i wypiłem kawę.
- Co tam tortilla, mamy tutaj wiejski serek z rzodkiewką, szczypiorkiem i bazylią i chleb z pieca od Ziutka. Najlepszy. Mam też kawę od znajomej z Hiszpanii, kakao i rogaliki od pani Halinki, która piecze dla swojaków.
- A pani jest swojaczką? - zapytał. Pomyślał, że jest ładna, kobieca, ma piękny duży biust... ale poza tym jest irytująca.
- Na początku nie byłam. Ale po dwóch latach jużem swoja. - Kobieta uśmiechnęła się szeroko.
- Chciałem na początku wyjaśnić, że przyjechałem tutaj na prośbę pani babci i to jest jedyny powód.
- Nie rozumiem, dlaczego pan mi się tak bardzo tłumaczy.
- Proszę pani...
- Czy możemy przejść na ty? - przerwała mu. - Wtedy będzie prościej.
- Iga, tak? - dopytał złośliwie, jakby nie pamiętał jej imienia. Nie bez satysfakcji spostrzegł, że przez jej wielkie niebieskie oczy przebiegła wściekłość.
- Tak, Michale - odpowiedziała urażona.
- A więc jestem tu, bo mam do spłacenia dług wobec twojej babci. I szczerze? Nie lubię pisarzy ani dziennikarzy.
- Żartujesz? - Wydęła zabawnie usta. - Nigdy bym nie zgadła, że tak jest. Ja z kolei nie przepadam za aroganckimi facetami, którzy jeżdżą audi TT.
- Zatem pora odjechać moim audi - powiedział ze złością. Jak ona go wkurzała! Pisareczka jedna, która wymyślała czytadła dla kobiet! Zamknęła się w jakiejś chacie, otoczona przez dziwaków!
- Nie ma sensu kłócić się z rana. Może zjemy śniadanie?
- To miłe z twojej strony - spuścił z tonu. - Zjemy, opowiem ci, co tam chcesz. Twoja babcia zdiagnozowała u mnie chroniczną samotność.
- A ty nie czujesz się samotny?
- Nie zwracam na to uwagi.
- Niewiarygodne, że można nie zwracać uwagi na to, co się czuje i jak się żyje.
- Mam wygodne mieszkanie, dobrą pracę... - Zawiesił głos, bo nie wiedział, co ma dalej powiedzieć.
Iga wyczuła jego zakłopotanie i się nie odezwała, zamiast tego zaprosiła go do kuchni.
- Ładna ta twoja chałupa. To znaczy dom - poprawił się Michał, chcąc zatrzeć niemiłe wrażenie z początku rozmowy.
- Zbudowana przed wojną, w trzydziestym piątym roku.
- Ale że masz piec kaflowy? - Zaskoczony, wskazał głową w stronę pieca obłożonego dużymi białymi kaflami w niebieskie wzory.
- Moim marzeniem było znalezienie takiej chałupy, w której zachował się kaflowy piec. Wiesz, że w kamienicy, w której mieszkacie z babcią, też były piece kaflowe? W takich kuchniach toczyło się kiedyś życie. I u mnie tutaj toczy się życie. Jakbyś został do wieczora, to przedstawiłabym ci sąsiadów i pana Józia, którego poznałam wczoraj.
- Na pewno nie zostanę do wieczora - uciął.
- Rozumiem, masz swoje plany.
Michał przytaknął, chociaż nie miał żadnych planów. Marzył o tym, by położyć się na swojej białej skórzanej sofie i pooglądać Netfliksa. Poza tym przy tej kobiecie czuł się jakoś dziwnie. Może trochę niepewnie? Nie, po prostu dziwnie.
- Szkoda, pomyślałam, że dołożyłabym do pieca... - Spojrzała na niego i mrugnęła, po czym zaśmiała się głośno.
Michał wciąż był pod wrażeniem jej wybuchów radości.
- Drewna bym dołożyła. Zobaczyłbyś, jak robi się przyjemnie. Jesienią na sznurkach nad piecem suszę grzyby, plastry pomarańczy, jabłek, cytryn. Na ciepłym blacie zazwyczaj stawiam też miskę z drożdżowym ciastem, żeby wyrosło. Nie jestem specjalistką od pieczenia, ale moje cytrynowe ciasto drożdżowe jest wspaniałe.
Michał się uśmiechał.
- To nie moja bajka - powiedział, rozglądając się po kuchni.
- Mnie tak dobrze. Każdy ma inne standardy.
- Mieszkasz tu sama?
- Nie, z Rudym, Burym i Pstrokatym.
- To koty?
- Rudy i Bury tak, ale Pstrokaty jest psem.
- Aha... - Michał nie wiedział, co jeszcze może powiedzieć.
- Pij kawę, bo zimna nie będzie dobra. Mam jeszcze kakao w garnku. Nałóż sobie, co chcesz i ile dusza zapragnie. - Iga nie przestawała się uśmiechać i gadać. - Kiedy skończyłam trzydzieści lat, postanowiłam, że czas na zmiany. Raz na jakiś czas nachodzą człowieka takie myśli i wtedy trzeba działać. Wiesz... żeby ochota nie przeszła. - Położyła dłonie na stole i palcem zaczęła bazgrać na blacie niewidoczne esy-floresy.
Michał jadł twarożek i gapił się na tę ekscentryczną kobietę.
- Strasznie dużo gadasz.
- Trzeba czasami się wygadać, wtedy tak jakoś lżej jest człowiekowi na duszy.
- I dlatego zamieszkałaś na pustkowiu? - zapytał. Chciał być miły. Naprawdę.
- Do Warszawy mam kolejką dwadzieścia minut. Wsiadam i ruszam do babci. Babcia kocha miasto i z niego nie zrezygnuje. Mamy do siebie rzut beretem, a jednak ja mam swoją chatę.
- I piszesz tutaj książki. Jesteś pisarką.
- Autorką książek. Napisałam Slow life po polsku i Odnaleźć siebie, może kojarzysz, a teraz planuję napisać Wiem, co czujesz.
- Dlaczego Wiem, co czujesz?
- Bo rozumiem, jak to jest być czasem samotnym, i wiem, jak czują się inni samotnicy. Każdy ma taką swoją samotnię, czasem dobrowolną, czasem taką, do której wpędza nas życie. W ogóle jesteśmy pokoleniem samotników. Świadomie odcinamy się od innych ludzi. Ale też wiem, co czujesz, kiedy jesteś szczęśliwy i zakochany...
- To dobry tytuł, ja chyba też wiem, co czujesz...
Iga wyjrzała przez okno. Jednoręki Ziutek obmacywał maskę samochodu Michała. Na szczęście ten siedział tyłem do okna i nic nie widział. Przez chwilę zastanawiała się, czyby się wkurzył, że ktoś dotyka jego cacka.
- Ale, ale, poczęstuj się szarlotką! - powiedziała trochę zbyt głośno. - Uwielbiam szarlotkę z dużą ilością cynamonu. A ty?
- Nie wiem.
- Dużo rzeczy nie wiesz.
- Może po prostu nie zastanawiam się nad pierdołami.
Iga zmrużyła oczy.
- Dziwne, ale niech ci będzie. Cudny dzień mamy. - Uniosła ręce. Z jej twarzy nie znikał uśmiech. - Jeśli chcesz, możemy nagrać naszą rozmowę podczas spaceru. W pobliżu są jeziorko i las.
- Kobieto, co z tobą jest nie tak?
- Że co? - Iga zmarszczyła czoło.
- Zachowujesz się, jakbyś się czegoś nawciągała! Świat jest piękny, ptaszki ćwierkają, słoneczko nam dogrzewa...
- A co w tym dziwnego? Kocham życie. I tyle.
- Okej, kochaj sobie to swoje życie, ale to do końca normalne nie jest.
- Każdy inaczej definiuje swoją normalność. Zresztą, czym ona jest?
- Dobra, zapomnij, że pytałem. Zaczynamy. Tutaj, okej? - Michał spojrzał na nią złowrogo. Minęło pół godziny, odkąd tu był, a czuł się, jakby spędził z tą wariatką kilka dni.
- A więc jesteś dyrektorem w dużej korporacji?
- Tak.
- Jesteś też wysokim, przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną, który na pierwszy rzut oka budzi zaufanie. Do wszystkiego doszedłeś ciężką pracą. Wiem, że jesteś też samotnikiem.
- Jestem samotnikiem - potwierdził po chwili zastanowienia.
Iga zauważyła, że był spięty.
- Dobrze ci z tą samotnością?
- Nie zastanawiam się na tym. Są ważniejsze rzeczy, nad którymi człowiek powinien się zastanowić.
- Na przykład?
- Praca, dobra zabawa. Głównie praca.
- Uciekasz przed pustką, jaką masz w sobie, zapełniając ją pracą?
- Chyba jesteś pisarką, a nie psycholożką. Nie przyszedłem do ciebie, żebyś robiła mi psychoanalizę. - Zacisnął szczęki.
- Znam się na ludziach. To czym jest dla ciebie samotność?
- Przekleństwem - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Cholernym przekleństwem.
- Czyli pod tą maską zadufanego egocentryka kryje się coś więcej?
- Wychodzę.
- Nie obrażaj się, Michał. - Iga złapała go za rękę. - Nie chciałam.
- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. - Był tak wściekły, że aż poczerwieniał na twarzy.
- Czym cię uraziłam?
- Wszystkim. Proszę, zostaw mnie w spokoju - uniósł ręce.
Nie mógł uwierzyć, że przyznał jej się do uczuć, które próbował ukryć nawet przed samym sobą. Wyszedł na zewnątrz, a Iga zamknęła za nim drzwi.
Wiedziała, że czasem nie należy za kimś biec, że człowiek w takich wypadkach potrzebuje zaszyć się w swojej samotni.
Usiadła przy stole i zaczęła skubać chałkę, kiedy usłyszała krzyk. Wybiegła na podwórko i zobaczyła dantejską scenę. Witold, znany wszystkim indor sąsiadów, cały nastroszony, z przeraźliwym sykiem atakował Michała, który biegł dookoła starej szopy, wymachując rękami i prosząc świat o pomoc.
Iga wiedziała, że Witolda odstrasza widmo oberwania łopatą. Oprócz niej nie bał się niczego. Boso pobiegła w stronę szopy i chwyciła łopatę. Za nią wylecieli Rudy, Bury i Pstrokaty. Pstrokaty zaczął ujadać, a Bury wściekle miauczeć.
- Witold! - krzyknęła Iga.
Ptaszysko zatrzymało się i spojrzało na nią. Kobieta trzymała w dłoniach wysoko uniesioną łopatę. Oczywiście Iga nigdy nie skrzywdziłaby zwierzęcia, ale Witolda trzeba było trochę postraszyć. Obłęd w jego oczach zniknął. Indyk zagulgotał, odwrócił się dostojnie i przeszedł z powrotem na podwórko sąsiadów.
Michał zatrzymał się zdyszany. Zaczerpnął powietrza.
- Co to było? - zapytał przerażony.
- Indyk.
- To nie indyk, to jakieś wielkie nastroszone monstrum!
- Uratowałam ci tyłek przed podziobaniem.
- Dzięki - rzucił Michał, wycierając spocone dłonie w nogawki spodni.
- Przestaniesz się na mnie obrażać?
- Iga... Jesteś zbyt ekspresyjna, szalona... To nie wyjdzie.
- Nie proszę o to, byś został moim księciem z bajki. Chcę tylko, żebyś ze mną szczerze pogadał. Strasznie chcę napisać tę książkę. - Iga nagle spoważniała i Michał mógłby przysiąc, że jej oczy lekko się zaszkliły. Zamrugała szybko, a na jej twarz wrócił uśmiech.
- Pozwól mi to przemyśleć. I dzięki za uratowanie tyłka. - Uśmiechnął się i skierował do samochodu.
Iga weszła do domu, a za nią Rudy, Bury i Pstrokaty. Wypiła kawę. Otworzyła zeszyt i zaczęła pisać.
Pstrokaty ułożył się na jej stopach, Bury też, bo był strasznym zazdrośnikiem. Iga uśmiechnęła się szeroko. Było jej dobrze. I podskórnie czuła, że Michał do niej wróci i opowie jej swoją historię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki