Prolog
W wiosce St Piran wciąż opowiadają, jak pewnego dnia morze wyrzuciło na
brzeg nagiego mężczyznę. Było to tego samego dnia, kiedy Kenny Kennet
zobaczył wieloryba. Niektórzy mówią, że była to środa. Inni wydają się
pewni, że czwartek. Było to na początku października. No chyba że pod
koniec września -?ale od wydarzeń tamtego dnia oraz zamętu kolejnych dni
i tygodni minęło prawie pół wieku, a nikt, ani wtedy, ani później, nie
wpadł na to, żeby wszystko spisać. Mamy więc tylko wspomnienia,
jakkolwiek kruche by były. Niektórzy w wiosce twierdzą, że pamiętają
każdy szczegół, jakby to było w zeszłym tygodniu. Byli wtedy młodzi, a ich opowieści to część plątaniny legend, w których echem odbijają się
dawne czasy i dawny świat. Wszystkie one opowiadają o tym nagim
mężczyźnie i o wielorybie.
Wielu osób, które uczestniczyły w tamtych wydarzeniach, nie ma już z nami. Staruszek Garrow już dawno nie żyje. Podobnie doktor Mallory
Books, Martha Fishburne, wielebny Alvin Hocking i Jeremy Melon, a także
wielu spośród tych, którzy pomagali ratować wieloryba. Ich opowieści
jednak przetrwały i powtarzają je teraz dzieci i wnuki mieszkańców
wioski, ich sąsiedzi i przyjaciele. Opowiada się je także na Festiwalu
Wieloryba, odbywającym się w starym normańskim kościele w każde Boże
Narodzenie. Jeśli więc kiedykolwiek trafisz do St Piran (co może być
trudne), usłyszysz tę historię na ulicach i w barach; a jeśli zaczepisz
kogoś z wioski i zapytasz, być może posadzi cię na ławeczce z widokiem
na fale oceanu i tam przytoczy tę opowieść -?o plaży, wielorybie i nagim
mężczyźnie. Być może zabierze cię na spacer wzdłuż muru starego portu i skalistą ścieżką wokół cypla do miejsca, gdzie zaczyna się żwir i piasek, a tam pokaże ci skałę, na której stał Kenny Kennet, kiedy
zobaczył wieloryba; po czym zaledwie o krok dalej kawałek plaży, na
której znaleziono mężczyznę o imieniu Joe. Możliwe, że spojrzy w morze,
na niegościnne skały okalające plażę niczym naszyjnik jakiegoś olbrzyma.
"Jak to możliwe", zapyta może, "żeby jakiś człowiek przedostał się
między nimi wszystkimi, unosząc się na wodzie, i nie został rozerwany na
strzępy?".
"To był niekonwencjonalny przyjazd". Tak właśnie mawiał Jeremy Melon,
przyrodnik, podczas dorocznego przemówienia na Festiwalu Wieloryba,
opisując przybycie Joe Haaka do St Piran. "Cały Joe, dać się wielorybowi
zanieść na plażę i to na nagusa! Inni ludzie pytają o drogę i grzecznie,
za dnia podjeżdżają na nabrzeże. Ale nie Joe. O nie. On chce zrobić
teatralne wejście. Zakrada się więc do miasteczka w środku nocy, wypływa
daleko w morze i wraca na grzbiecie cholernie wielkiego wieloryba". I za
każdym razem, kiedy opowiadał tę historię, Jeremy Melon wyginał nogi w pałąk niczym kowboj siedzący okrakiem na jakimś gigantycznym rumaku, a jedną ręką kręcił, jakby trzymał lasso. Można było wyobrazić sobie Joe,
siedzącego na grzbiecie tej wielkiej bestii i sterującego nią przez
skały na piasek. Jeremy równie dobrze jak wszyscy inni wiedział, że
prawdy było w tej opowieści bardzo mało, zawierała jednak jakieś jej
drobne fragmenty, a fragmenty prawdy często wystarczą, by zrozumieć
rzeczywistość. Historia Jeremy'ego bawiła ludzi -?nawet tych, którzy
znali Joe Haaka. I w ostatecznym rozrachunku to było najważniejsze.
"Czasami przesada może być bliższa rzeczywistości niż prawda", mawiała
Demelza Trevarrick, pisarka. A Jeremy'emu Melonowi wydawało się, że St
Piran woli zapamiętać Joe Haaka właśnie w ten sposób. Nie chcieli
poważnego Joe, geeka, który spędził życie pochylony nad swoimi
komputerami, wyliczając prawdopodobieństwo armagedonu. Nie chcieli
śliskiego, rozpuszczonego chłopaczka z miasta, który nosił jedwabne
krawaty, prowadził szybkie samochody i przez miesiąc zarabiał więcej niż
oni przez rok. Nie chcieli tego Joe, którego nikt z nich nie znał -
niepewnego siebie, niespokojnego Joe, Joe prześladowanego przez demony,
samotnego Joe, który czaił się w ciemnościach, walcząc z własnymi
lękami. Żaden z nich nie był mężczyzną, którego wspominają na Festiwalu
Wieloryba. Mężczyzna, którego upamiętniają, był bohaterem. Był
prorokiem. Był człowiekiem, który uratował świat. A jeśli mieszkasz w wiosce St Piran, to St Piran jest całym światem -?przynajmniej dla
ciebie. I tak mijały lata, a prawdziwe wspomnienia o mężczyźnie imieniem
Joe zaczęły się mieszać z opowieściami. Na Festiwalu Wieloryba opowieści
Jeremy'ego Melona słuchały dzieci, które odtąd zawsze miały wyobrażać
sobie Joe Haaka nagiego na grzbiecie wieloryba i być może kiedy umrą
wszyscy, którzy go znali, pozostanie już tylko ten obraz.
1. Dzień, w którym Kenny Kennet zobaczył wieloryba
1
Dzień, w którym Kenny Kennet zobaczył wieloryba
To Charity Cloke zobaczyła go pierwsza. Wówczas zaledwie
siedemnastoletnia, o cerze tak promiennej, że policzki lśniły jej niczym
miód koniczynowy. W St Piran mawiano, że była z tych, które "późno
rozkwitają", ale lato pełne miękkiego, kornwalijskiego słońca i ciepłych, atlantyckich wiatrów zatarło ostatnie ślady nastoletnich
krost, grymasów i fałdek dziecięcego ciałka, więc dziewczyna, która w tamten październikowy (może wrześniowy?) poranek wyszła na plażę na
spacer z psem, naprawdę nie była już dziewczynką. "Drzewa, które późno
rozkwitają", mawiała Martha Fishburne, "często kwitną najpiękniej". A Martha była nauczycielką, więc wiedziała, co mówi.
Charity Cloke przechadzała się z psem wzdłuż pasa suchego żwiru,
ciągnącego się od plaży aż po klify, tuż powyżej wyrzuconych na brzeg
przez fale resztek wodorostów. Kilkoro jesiennych wczasowiczów, którzy w cieplejszy dzień zapuściliby się na plażę, wędrowało zamiast tego
zakutanych po szczytach klifów. Plaża była praktycznie wyludniona.
Słuchając dzisiejszych opowieści, można by pomyśleć, że było tam pół
wioski, bo wiele osób twierdzi, że widziało mężczyznę lub pomagało
wyciągnąć go z morza, ale jeśli przeanalizować te historie i uważnie
posłuchać, co kto widział, to bez żadnych wątpliwości można stwierdzić,
że było tam tego dnia tylko pięć osób, łącznie z Charity Cloke, a sześć,
jeśli wziąć pod uwagę samego nagiego mężczyznę.
Był Kenny Kennet, plażowy zbieracz. Kręcił się po kamienistej plaży we
wschodniej części zatoki, szukając małży, krabów oraz rupieci i drewna
wyrzuconego przez morze. Jeśli trafiło mu się coś dobrego, z drewna
robił dzieła sztuki, które sprzedawał turystom w kolejnym sezonie. Małże
i kraby gotował i zjadał. A rupiecie -?cóż -?to już zależało od tego, co
znalazł.
Był też Staruszek Garrow, rybak, ale jak to mówią mieszkańcy wioski,
Staruszek Garrow był tam zawsze. Kiedy pogoda była ładna, a wiatr
niewielki, przez większą część dnia przesiadywał na ławeczce z dzierganą
czapką naciągniętą na uszy, palił fajkę i spoglądał w morze,
zaabsorbowany szumem fal, uderzeniami słonej mgiełki wodnej i nawoływaniem mew srebrzystych -?rozpamiętując być może czasy, gdy ocean
był mu domem.
Była też Aminata Chikelu, młoda pielęgniarka. Pracowała na nocnej
zmianie w szpitaliku wiejskim w Treadangel, dlatego poranek na plaży
Piran Sands był w pewnym sensie jej wieczorem. W ładne poranki Aminata
relaksowała się, spacerując wąską ścieżką wijącą się wzdłuż wybrzeża.
Pozwalało to ulotnić się stresom nocnej zmiany. "Co ty właściwie
robisz w szpitalu przez całą noc?", pytali czasem ludzie. "Patrzę, jak
chorzy śpią", odpowiadała. I to właśnie robiła podczas obchodu z przyćmioną latarką, w butach, które nie skrzypiały, sprawdzając
kroplówki, leki i puls starszych i (często) umierających pacjentów,
przebywających przez dłuższy czas na oddziale. Niewielu z nas ma tak
intymną relację ze śmiercią jak pielęgniarki, a kornwalijskie wybrzeże,
jak powiedziałaby Aminata, to jedno z tych miejsc, gdzie ludzie
przyjeżdżają, żeby umrzeć. Są gorsze miejsca, by przeżyć jesień
swojego życia. Ale czy potrafisz sobie wyobrazić, że zamieniwszy swój
dom w mieście na tani dom opieki nad morzem, pewnej nocy możesz wydać
ostatnie tchnienie w antyseptycznych warunkach przegrzanego oddziału
szpitalnego, gdzie nie potrzyma cię za rękę i nie będzie towarzyszyć ci
w odejściu nikt oprócz smukłej pielęgniarki z Senegalu? Nawet tym,
którzy mają wystarczająco dużo wyobraźni, może być trudno wyobrazić
sobie piękniejszą twarz, łagodniejszy głos lub cieplejsze dłonie
pomagające w odejściu niż Aminaty Chikelu. Obdarzona cerą w kolorze kawy
z mlekiem, świadczącą o koktajlu genów w rodowodzie, odrobinie Afryki,
odrobinie Europy i odrobinie kto-wie-czego, hybrydowej mieszance, która
zapewniła jej idealną kombinację cech: ciemne, subsaharyjskie oczy,
gęste włosy, które nosiła zaplecione w przewiązane wstążkami warkocze,
niewielki, celtycki nos i urzekający, cygański uśmiech.
Jako ostatni na plaży znalazł się tamtego dnia Jeremy Melon, przyrodnik
i pisarz. Szczupły i specyficzny Jeremy przychodził nad zatokę w poszukiwaniu inspiracji -?a przynajmniej tak mówił. Czasami rozstawiał
sztalugi i mazał po płótnie akwarelami, ale nigdy nie była to jakaś jego
szczególna pasja. Jego wyjątkową pasją były słowa. Opowieści. Częściej
wędrował po zatoce w czasie odpływu, przyglądając się stworzeniom
żyjącym w skalistych kałużach, wyobrażając sobie historie ich życia.
Jakie to musi być ciekawe, myślał sobie, być robakiem, rybą czy
skorupiakiem w sadzawce. Podczas przypływu twoje życie staje się częścią
wielkiego oceanu opasującego planetę. Możesz pływać, dokądkolwiek
zechcesz. Możesz wypłynąć z falą i dać się ponieść aż na plażę w Port
Nevis lub przez morze na Tahiti. A już za chwilę przypływ cię opuszcza,
morze wycofuje się i tkwisz w kruchym jeziorku wodnym, nie mogąc uciec
przed wysuszającą mocą słońca czy chociażby takimi zbieraczami jak Kenny
Kennet, który może zgarnąć cię do wiaderka i usmażyć. Pewnego dnia,
myślał sobie Jeremy Melon, mógłby napisać o tym opowiadanie.
Czyli sześć osób i jeden pies, a jedna z tych sześciu osób leżała nago,
twarzą do góry i wyglądała na topielca.
Ludzie pytali Charity Cloke: "Czy był tak samo piękny... no wiesz... tam na
dole?" i sugestywnie wskazywali wzrokiem w dół. Mieli oczywiście na
myśli: "Czy był tak samo piękny poniżej pasa, jak niewątpliwie był
powyżej niego?". A Charity Cloke odpowiadała wstydliwym uśmiechem, z rumieńcem na miodowych policzkach. "Nie powiem", mówiła, unosząc lekko
brwi -?szczęśliwa posiadaczka tak intymnych informacji, bynajmniej
nieskłonna się nimi dzielić.
Powyżej pasa, mówiło wiele osób, mężczyzna leżący na piasku był piękny.
Jego zimne od morza ciało wydawało się przejrzyste, błękitne żyły niczym
tajemna mapa pod bladym papierem skóry, włosy rozsypane po twarzy jak
mokra pszenica po burzy. Przy czym mieszkańcy, którzy poruszali ten
temat z Charity Cloke, najwyraźniej wiedzieli już (bo ewidentnie
powiedziały im to plotki), że u nagiego mężczyzny wystąpiło tamtego dnia
zjawisko fizjologiczne dość nietypowe dla jakiegokolwiek mężczyzny
wyciągniętego z zimnej wody. Doktor Mallory Books użył odpowiedniego
terminu medycznego, wyjaśniając je Charity. Mężczyzna z morza, jak
powiedział, cierpiał na priapizm. Bardzo zimna woda, wyjaśnił młodej
kobiecie, może w pewnych okolicznościach spowodować rozszerzenie naczyń
krwionośnych. A rozszerzenie naczyń krwionośnych może skutkować reakcją,
którą zaobserwowała Charity Cloke. "Proszę się nie martwić", powiedział
jej doktor Books, "obrzmiałość ta jest mimowolna". "Takie rzeczy nie
trwają długo", rzekł. I rzeczywiście, po kilku minutach w małym
gabinecie doktora Booksa przy Fish Street zjawisko ustąpiło, erekcja
mężczyzny zmniejszyła się, a pannie Cloke oszczędzono dalszych
rumieńców.
Jako gość odwiedzający St Piran możesz poskładać całą sekwencję zdarzeń,
które tamtego jesiennego dnia zaszły na plaży Piran Sands i w wiosce,
nakładając na siebie opowieści Charity Cloke, Kenny'ego Kenneta i Jeremy'ego Melona. Można dorzucić do nich cytaty z opowieści Caseya
Limbera, wyplatacza sieci, doktora Booksa i Staruszka Garrowa. Jeśli to
zrobisz, możesz z pewną dozą pewności ustalić prawdziwy przebieg
wydarzeń tego dnia, kiedy wszystko się zaczęło.
Można zacząć od Kenny'ego Kenneta, zbieracza plażowego, grzebiącego
wśród skał na wschodnim krańcu zatoki ze swoimi plastikowymi torbami,
podbierakami i cudacznym sprzętem. Były to dobrze mu znane skały.
Przeszukiwał tę zatokę, a także tuzin innych na tym wybrzeżu, w poszukiwaniu fragmentów wyrzuconych przez morze skarbów już od jakichś
dziesięciu czy piętnastu lat -?odkąd skończył szkołę, jeśli wierzyć jego
opowieściom. Rzadko obcinane włosy miał w dredach, skręcone i sztywne
niczym kawałki liny spłowiałej od soli i wiatru; odkąd dni robiły się
chłodniejsze, przytrzymywał niesforne loki na miejscu za pomocą lnianej
czapki żandarma. Miał na sobie podwinięte do kolan dżinsy Oxfam,
koszulkę z logo Guinnessa i bezsensowny, bawełniany szalik. Odrywał
właśnie małże od skały za pomocą noża o płaskim ostrzu, zgięty wpół,
kiedy pod wpływem impulsu wyprostował się, wdrapał ze trzy metry pod
górę i z tego dogodnego miejsca spojrzał w kierunku morza.
Czego wypatrywał? "Niczego szczególnego", mówił. Po prostu czasem tak
robił. Może liczył na dryfujące resztki, spławiki, które mógłby
odsprzedać poławiaczom homarów za cenę kufla piwa, albo skrawki sieci
dla Caseya Limbera.
Zobaczył tymczasem wieloryba.
Na początku wydawało mu się, że może to delfin. A nawet zwykła foka.
Pojawił się w polu widzenia niczym cień poniżej poziomu fal, jak
szarozielony kadłub jakiegoś starożytnego wraku, kołysząc się lekko,
wysysając z wody światło słońca. Kenny'emu wydawało się, jakby jakaś
ręka machnięciem zasłoniła na chwilę słońce, posyłając w głębiny skrawek
mroku. A potem, budząc ledwie zmarszczki na powierzchni wody, lewiatan
zanurzył się i zniknął.
Woda wokół cypla była ciemna i głęboka. Kenny Kennet wiedział o tym, ale
nigdy wcześniej nie widział delfina tak blisko brzegu. Wpatrywał się w pusty fragment morza, zastanawiając się nad tym, co zobaczył lub czego
nie zobaczył. To musiał być delfin, uznał. Chyba że... chyba że to
wieloryb? Woda błyszczała teraz w miejscu, gdzie wcześniej znajdował się
ogromny kształt, jakby na morzu pozostała cieniutka warstewka szkła.
Zbieracz odwrócił głowę, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze mógłby
potwierdzić, co widział. I w odległości jakichś stu metrów zobaczył
Charity i jej pudla.
-?Hej! -?Kenny zamachał obydwoma ramionami. -?Hej!
Jego wołanie przyciągnęło uwagę Charity Cloke, a także Aminaty Chikelu,
która znajdowała się dalej na wybrzeżu, oraz Jeremy'ego Melona, który
wciąż oglądał skaliste sadzawki.
-?Hej! -?zawołał znowu Kenny. -?Chyba widziałem wieloryba!
-?Co widziałeś? -?krzyknęła Charity. Jeremy i Aminata byli zbyt daleko,
by dołączyć do rozmowy.
-?Wieloryba. -?Kenny przywołał ją gestem.
Charity Cloke ruszyła biegiem przez piasek w kierunku cypla. Musiała
ominąć kilka występów skalnych.
-?Szybko! -?Kenny znowu dostrzegł kształt wyłaniający się powoli z głębiny.
-?Idę. -?Charity przytrzymała się rękami obrośniętego pąklami występu
skalnego.
-?Szybko.
Lewiatan wypływał na powierzchnię oceanu. Wraz z nim zdawała się rosnąć
fala przypływu, po bokach spływał wodospad piany. Można już było
dostrzec jego kształt, prążkowany balon zaporowy, rozciągający się i falujący. A może to łódź podwodna? Kenny'ego uderzyła ta myśl, ale
pomysł rozwiał się natychmiast, kiedy na powierzchnię wyłonił się
wielki, szary grzbiet walenia, a z jego nozdrzy ze straszliwym
prychnięciem trysnął pióropusz wody.
-?O mój Boże!
Kilka metrów od brzegu Charity Cloke wrzasnęła.
-?Wszystko w porządku -?zawołał zbieracz ze wzrokiem utkwionym w wieloryba. -?Nie zrobi ci krzywdy.
Ale Charity nie wrzeszczała z powodu wieloryba.
Później twierdziła, że to nie nagość mężczyzny wywołała jej wrzask. Nie
była to też jego wyraźna erekcja, jego priapizm, jak to nazwał doktor
Books. "To był po prostu szok", mówiła. "Wyszłam zza skały, a on tam
leżał. Myślałam, że nie żyje".
Mężczyzna na plaży być może nie był martwy, ale na pewno zimny i zupełnie nieruchomy. Jeremy Melon dotarł na miejsce jako drugi. Wydawał
się jeszcze bardziej zszokowany wyglądem mężczyzny niż wcześniej
Charity. A potem Kenny zszedł ze swojej skały, wciąż poruszony po
spotkaniu z wielorybem.
-?Co do...?
-?On chyba nie żyje -?powiedziała Charity.
Trzy osoby stały i patrzyły na ciało leżące na piasku, i nikt nie
odważył się go dotknąć. Powstrzymywała ich straszliwa inercja kryzysu.
Bezruch niezdecydowania. Był to mężczyzna... oczywiście, dowodziła tego
straszliwa obrzmiałość. Ale jego skóra była tak blada i zapiaszczona, że
w pierwszej chwili Charity uznała, że może to morświn. Albo foka. Albo
jakaś martwa istota wyciągnięta z głębin i wyrzucona niczym śmieć na
plażę.
-?Kto to jest? -?zapytał Kenny, jakby ta wiedza miała jakoś pomóc.
-?Nigdy wcześniej go nie widziałam -?rzekła Charity.
Jeremy powoli potrząsnął głową.
-?Ja też nie.
-?Czy powinniśmy... -?zaczęła Charity.
-?Co?
-?Zrobić mu... usta-usta?
Pauza była niezręczna. Żaden z dwóch mężczyzn nie wydawał się chętny
zastosować taką terapię.
-?Ja to zrobię -?powiedział po chwili Jeremy. Zaczął klękać.
-?Nie, ja to zrobię -?zawołał jakiś głos z tyłu. Nadeszła pielęgniarka
Aminata, zarumieniona od biegu przez plażę. Przepchnęła się między nimi
i opadła na piasek. -?Złapcie go za ręce.
Zrobili, jak kazała. Rozbitek był zimny i ociekał wodą, pewnie został
wyrzucony na brzeg całkiem niedawno. Może to fala wywołana przez
wieloryba wyniosła go na plażę.
-?Przełóżcie go na brzuch. Musimy opróżnić mu płuca.
Teraz była to praca zespołowa. Przewrócili ciało na brzuch, nie
zwracając uwagi na to, jak to wpłynie na jego erekcję. Aminata mocno
uderzyła mężczyznę w plecy. Z jego ust trysnęła woda. Nacisnęła jeszcze
raz. Wydawał się krztusić.
-?Chyba żyje -?rzekła Aminata. -?Nie miał w płucach zbyt dużo wody.
Odwróćcie go z powrotem.
Niezgrabnie przewrócili go na plecy.
-?Chyba oddycha -?rzekł Kenny.
-?Upewnijmy się. -?Pielęgniarka ścisnęła nozdrza mężczyzny i objęła jego
usta wargami, wydychając powietrze do jego płuc. Jego pierś uniosła się,
a potem opadła. Aminata puściła go. Potem dmuchnęła jeszcze raz.
-?Zdecydowanie oddycha -?powiedział Jeremy.
-?Jeszcze raz. -?Kolejna porcja ciepłego senegalskiego powietrza trafiła
do zimnych pęcherzyków płucnych mężczyzny, który nie umarł. I tym razem,
kiedy Aminata puściła Joe, a jego ciało powoli się odsunęło, ich wargi
zdawały się rozdzielać niechętnie, niczym spragnione usta rozstających
się kochanków.
-?Jest lodowaty -?rzekła Charity.
-?To zimno utrzymało go przy życiu. -?Aminata już ściągała płaszcz. -
Ale i tak musimy go ogrzać. Załóżmy mu to.
-?Skąd on się wziął? -?zapytał Kenny.
-?Czy to ma znaczenie? Pomóż mi tu.
-?Potrzebuje jakichś... spodni -?rzekła Charity. Tylko na tyle zdołała
odnieść się do stanu mężczyzny.
-?Moich nie dostanie -?zaprotestował Kenny.
-?Może wziąć moje. -?Jeremy rozpiął pasek. -?Nie przejmujcie się, jestem
przyzwoicie ubrany.
-?Na pewno bardziej przyzwoicie niż on -?oceniła Aminata.
Wciągnęli spodnie Jeremy'ego na mokre nogi rozbitka. Jeremy w wiatrówce
i bokserkach przyglądał się ich pracy.
-?Teraz najlepiej zabierzmy go do doktora Booksa -?powiedział.
Siedząc na swoim kamieniu i upychając tytoń w fajce, Staruszek Garrow
obserwował, jak cała czwórka z trudem unosi mężczyznę. W pierwszej
chwili każdy z ratowników złapał za jedną kończynę, przez co obcy zawisł
między nimi niczym wór, ale okazało się, że to niewygodne. Zatrzymali
się, zrobili kosz z ramion i przerzucili przez niego mężczyznę. Nie
wyglądało to elegancko, ale było łatwiejsze.
Garrow postukał fajką o kamień.
-?Widzieli wy tego wieloryba? -?zapytał, kiedy mijali go, ociężale brnąc
w piasku.
-?Ja widziałem -?odparł Kenny. -?Był tak blisko mnie, jak pan teraz.
-?Zła wróżba -?rzekł Garrow, wstając z trudem. Zakasłał gardłowo i chrapliwie. -?Za blisko, tak nie może być.
-?Nie może -?odparł Kenny. -?Panie Garrow, musimy zabrać tego mężczyznę
do doktora Booksa.
-?Wieloryb w zatoce, to źle.
-?Tak -?odparł Kenny. -?Musimy już iść.
-?Rybacy, im to się nie spodoba.
-?Pewnie nie.
-?To nie był wieloryb, który się żywi rybami, panie Garrow -?rzekł
Jeremy. -?Z tego, co widziałem, to był płetwal.
-?Płetwal, tak mówisz?
-?One nie jedzą ryb. To fiszbinowce.
Aminata wtrąciła się:
-?Panie Melon, bardzo byśmy chcieli stać tu i omawiać fizjologię
wielorybów, ale naprawdę uważam, że musimy zabrać tego mężczyznę do
lekarza.
-?No jasne, jasne.
Ścieżka wzdłuż plaży Piran Sands wije się dookoła skalistego cypla, a następnie skręca od razu w głąb lądu, na wielkie, granitowe płyty
wiejskiego portu St Piran. Para falochronów rozciąga się tu niczym
opiekuńcze ramiona, odpychające ocean od niepozornego paska niskich,
pobielanych budynków stojących wzdłuż nabrzeża. To wokół tego cypla
ekipa ratunkowa brnęła, potykając się, z wiszącym między nimi
niewygodnie ciałem obcego. Na nabrzeżu zwrócili na siebie uwagę każdego,
kto miał widok na port. Pierwszy dostrzegł ich Casey Limber, wyplatacz
sieci. Szedł właśnie wzdłuż falochronu w kierunku plaży, kiedy się na
nich natknął. Wkrótce dołączyli do nich Jessie Higgs, sklepikarka, oraz
rybacy Daniel i Samuel Robinsowie, a także właściciel baru Petrel Inn,
Jacob Anderssen, dwie dziewczyny pakujące ryby, O'Shea, kapitan portu,
żona pastora Polly Hocking, nauczycielka Martha Fishburne i z tuzin
innych osób, jeśli wierzyć opowieściom.
-?Kto to jest? -?rozległy się liczne wołania zaniepokojonych, by ciało
wyrzucone przez morze nie okazało się kochankiem, bratem, kuzynem czy
synem.
-?Nie wiemy -?powiedział Jeremy.
-?Czyli obcy?
-?Tak.
Za ekipą z noszami szedł Staruszek Garrow, machając laską w jednej, a fajką w drugiej ręce.
-?To zła wróżba, ja wam to mówię. Zły znak.
Żądni dalszych informacji mieszkańcy wioski skupili się na nim.
-?To był wieloryb -?powiedział im, machając z wielką emfazą. -?Wypłynął
na wierzch jak jaki diabeł z głębin. Większy niż dom. Większy niż rząd
domów.
To sprawozdanie wprowadziło pewien zamęt.
-?O czym pan mówi, panie Garrow? -?zapytał ktoś. -?To nie wieloryb. To
mężczyzna.
-?I to przystojny -?dodał ktoś inny. Mogła to być Polly Hocking, żona
pastora.
-?Tam był WIELORYB, mówię -?zawołał stary rybak. -?Sam widziałem.
Wypłynął z wody i łypał na mnie tym swoim oczyskiem.
Tłum zgromadzony na nabrzeżu przyjął tę wiadomość z pewną dozą
podejrzliwości.
-?Pan w ogóle nie był blisko tego wieloryba -?wtrącił Kenny Kennet,
który chciał się upewnić, że jego własna rola w wydarzeniach nie
zostanie przeoczona, skoro rozmowa zeszła na temat wieloryba. -?A ja
byłem tuż obok niego.
-?Widziałem go tak blisko, jak was widzę -?upierał się Garrow.
-?Czy możemy zabrać tego mężczyznę do lekarza? -?zapytała Aminata.
-?Ja pomogę -?zaoferował się młody Casey Limber. Podszedł, żeby uwolnić
Charity od jej części ciężaru, ale jego ramiona były tak silne, że po
prostu wziął nieprzytomnego mężczyznę i sam poniósł dalej.
Tłum przelewał się wzdłuż przystani, mijając chaty rybackie z wyjściem
na nabrzeże, aż dotarł na wąski plac, a następnie wąską, brukowaną
uliczką pod drzwi szeregowego domku. Wiele osób, które dołączyły do
pierwotnej czwórki na nabrzeżu, próbowało wejść za nimi do środka.
-?Czy jest pani chora? -?zapytał zniecierpliwiony Jeremy panią Penroth,
żonę poławiacza homarów. -?Nie? To proszę zostać na zewnątrz.
Drzwi domu przy Fish Street zamknęły się za nimi i gromada ciekawskich
gapiów została na ulicy ze swoimi teoriami.
2. Najmniejszy paluszek u nogi
2
Najmniejszy paluszek u nogi
-?Kraj jest jak ludzkie ciało -?mawiała Martha Fishburne do dzieci ze
szkoły podstawowej w St Piran. -?Wielkie miasta to serce, płuca i mózg.
To oczy, usta i uszy. To one myślą i one mówią. Drogi i koleje biegną w dal -?to tętnice i żyły, niosące wszystkie składniki odżywcze z powrotem
do miast. A mniejsze miasta i wioski to kości, to na nich opiera się
kraj. Gospodarstwa i fabryki to mięśnie -?to one wykonują całą pracę. To
one noszą i dźwigają.
-?A co z nami? -?pytały dzieci. -?Co z St Piran?
-?My jesteśmy tylko malusieńką krostką na samym najdalszym koniuszku
najmniejszego paluszka u nogi -?odpowiadała Martha. -?Nas się nigdy nie
odwiedza, nigdy nie ogląda, o nas się nawet nigdy nie myśli. -
Spoglądała na dzieci, od najstarszego do najmłodszego, najsurowszym
wzrokiem, na jaki potrafiła się zdobyć. A potem pozwalała swojej twarzy
na bardzo szeroki uśmiech. -?I to nam się właśnie podoba.
Może być trudno wyjaśnić komuś obcemu dokładnie, czy nawet w przybliżeniu, gdzie znajduje się wioska St Piran. Ta ciasna grupka
wąskich domków uczepionych wzgórza, przyciśniętych do zakrętu drogi
wijącej się w dół zbocza do portu, leży nad morzem na samym końcu cypla.
To mała wioska, raczej osada niż porządna wieś, twarzą zwrócona w stronę
wodnego pustkowia, a plecami zawsze w kierunku ciasnego skrawka lądu, na
którym się znajduje. Prowadzi do niej tylko jedna droga. Jak mogłoby być
ich więcej? Ta sama droga prowadzi oczywiście z powrotem i jest to
trasa, którą absurdalnie łatwo przeoczyć. Kiedyś przy długiej drodze z Treadangel do Penzance stał znak drogowy, przed ciasnym zakrętem, tuż za
wzgórzem. Znak głosił "St Piran 3? mili", ale najwyraźniej była to
nieprawda, ponieważ przemalowano go na "St Piran 4 mile". Później
kolejna ręka poprawiła to na "St Piran 4?". A jeszcze później znak w ogóle zniknął -?niektórzy mówią, że ktoś go ukradł na złom.
Utrata znaku drogowego nie wywarła, o ile ktokolwiek mógł się
zorientować, jakiegokolwiek wpływu na wioskę. Niewiele osób w ogóle
zauważyło, że go nie ma. Tylko najbardziej nieustraszeni wczasowicze
docierali tak daleko -?większość wolała szerokie, surfingowe plaże
Newquay lub bardziej oryginalne porty rybackie w Looe, Mevagissey czy
Fowey. Ci, którzy rzeczywiście dotarli aż do St Piran, by wynająć jedną
z chat na klifie lub zatrzymać się w pensjonacie Hedry i Mosesa
Penhallowów -?cóż, ci byli zdeterminowani. Wjeżdżali triumfująco do
portu i wysiadali wyczerpani z samochodów, machając atlasami na dowód
sukcesu.
-?Znaleźliśmy was -?piali z zachwytu -?znaleźliśmy was!
Dla tych nieustraszonych gości najwspanialszym osiągnięciem wyprawy
najwyraźniej nigdy nie były te godziny jazdy po autostradzie z dowolnego
miejsca, które nazywali domem, na wybrzeże kanału La Manche w Exeter,
czy nawet te dwie i pół godziny drogi z Exeter na cyple Kornwalii.
Apogeum stanowiła ta dróżka -?te 4? mili drogi wijącej się i skręcającej
to w jedną, to w drugą stronę, począwszy od szosy na Treadangel aż do
morza. Czy to naprawdę mogła być właściwa droga? Żywopłoty w tej części
Kornwalii są strasznie wysokie, więc kiedy już wydawało ci się, że
jesteś na szczycie wzgórza i zaraz zobaczysz przed sobą wioskę, droga
opadała kolejny raz lub zwijała się w następny zakręt. Niedaleko od
punktu początkowego szosa zwęża się do szerokości pojedynczego pojazdu.
Tutaj, w bramie gospodarstwa Bevisa Magwitha znajdowało się miejsce, w którym wielu przypadkowych gości poddawało się i zawracało. Tych, którzy
tego nie zrobili, wciąż czekały trzy mile jazdy bez żadnych znaków
drogowych, powitań ani migających w oddali wież kościelnych.
Nic dziwnego więc, że mieszkańcy St Piran od dawna porzucili nadzieję na
życie z przejezdnych turystów. Oprócz pensjonatu Penhallowów z widokiem
na port i małą, kamienistą plażę, oraz wątpliwych dzieł sztuki Kenny'ego
Kenneta, bardzo niewiele mogło ich tu przyciągnąć. Parkowanie bywało
trudne; na płatnym parkingu przy nabrzeżu było tylko sześć miejsc dla
samochodów i wielu przygodnych letników wracało pod górę drogą na
Treadangel, nie zdoławszy choćby raz wysiąść z auta. W miejscowym
sklepiku sprzedawano niewiele więcej niż podstawowy zestaw produktów
spożywczych; nie było tam miejsca na pocztówki, kostiumy kąpielowe czy
pamiątki. Bar Petrel Inn był mroczny, ciasny i kompletnie
niezachęcający. Nie było wycieczek statkiem, minigolfa, restauracji ani
nawet porządnej kawiarni. Hedra i Moses Penhallowowie reklamowali
tradycyjne kornwalijskie "herbatki" z ciastkami z dżemem, ale ich salon
starał się wyglądać tak odpychająco, ze swoimi wyblakłymi firankami i tanimi włoskimi ozdobami, że nawet w szczycie sezonu letniego nigdy nie
było zbyt wielu chętnych.
W dniu, kiedy Kenny Kennet zobaczył wieloryba i kiedy na plaży pojawił
się nagi mężczyzna, na parkingu stał tylko jeden samochód. Biały
mercedes coupé. Był zamknięty. Jeremy Melon zerknął do środka.
-?Nic -?rzekł do Polly Hocking, żony pastora.
-?Czego szukasz?
-?Nie jestem pewny. -?Wyprostował się. -?Czegoś, co by mogło
podpowiedzieć, kim jest właściciel.
-?Myślisz, że może należeć do niego? Tego faceta z plaży?
Jeremy skinął głową.
-?A jak inaczej by się tu dostał? -?zapytał.
-?Może -?zasugerowała Polly Hocking, która miała zmysł dramatyczny -
zmyło go z jakiegoś statku.
-?Możliwe. -?Jeremy spróbował otworzyć bagażnik. -?A może przyjechał tu
dzisiaj wczesnym rankiem, poszedł na spacer, zdecydował się popływać,
porwał go prąd...
-?Goły jak go Pan Bóg stworzył?
-?To się zdarza. Może zapomniał kąpielówek.
-?Powinniśmy zadzwonić na policję?
-?Może -?powiedział Jeremy. Odwrócił się od Polly, by spojrzeć na port.
-?Ale jeszcze nie teraz. Poczekajmy, aż się obudzi.
-?Niedługo skończy mu się czas parkowania -?rzekła Polly.
Jeremy wzruszył ramionami.
-?Kiedy ostatnio był w St Piran jakiś strażnik miejski?
Na końcu portu, gdzie zaczyna się falochron, poza zasięgiem wzroku
patrzących z wioski, Charity Cloke siedziała wyprostowana przy kamieniu,
nie zwracając uwagi na wilgoć piasku. Obok niej siedział Casey Limber.
Omijali się wzrokiem, skupiając się na przewalających się falach i nurkujących mewach srebrzystych.
Dlaczego Casey Limber był tego ranka na cyplu? Nie miał powodu tam być,
chyba że szukał Charity Cloke -?i niektórzy mówią, że tak właśnie było,
chociaż Casey zaprzecza temu po dziś dzień. Niektórzy mówią, że
wyplatacz sieci wręcz śledził Charity, ale to brzmi, jakby ją
prześladował. Właściwe wyjaśnienie mogłoby brzmieć, że Casey liczył na
przypadkowe spotkanie z Charity. Może trafiliby na siebie w odludnej
zatoczce i tam on mógłby uprzejmie uchylić kapelusza i rzucić wesołe
"dobry". Mogliby porozmawiać i może coś by z tego wynikło, a kto wie, do
czego takie spotkania mogą doprowadzić? Bo takie właśnie plany młodzi
mężczyźni układają względem dziewcząt, szczególnie tych późno
rozkwitających i tak pięknych jak Charity Cloke. I tak się złożyło, że
rzeczywiście do tego przypadkowego spotkania doszło -?i chociaż nie było
to dokładnie takie rendez-vous, jakie Casey mógł planować lub sobie
wyobrażać, ostatecznie coś z niego wynikło, a wynik ten z punktu
widzenia Caseya (a także Charity) można było spokojnie uznać za
pozytywny. Sami pracujemy na swoje własne szczęście, jak by powiedziała
Martha Fishburne.
-?Co za dziwny dzień -?rzekł Casey. Miał wrażenie, że jest tak blisko
Charity, iż mógłby usłyszeć bicie jej serca.
Co się dzieje w głowie takiej dziewczyny jak Charity Cloke? Casey pewnie
chciałby móc czytać w jej myślach, a przynajmniej odszyfrować jej wyraz
twarzy.
-?Chodźmy się przejść -?powiedział, kiedy wyszli z domu lekarza na Fish
Street, a ona zamiast spuścić wzrok i potrząsnąć głową, jakby może
zrobiła dzień wcześniej, zgodziła się. Dlatego powędrowali wzdłuż
nabrzeża z biegnącym za nimi pudlem i tu właśnie wylądowali, obserwując
łamiący się rytm fal i rozbryzgi piany na prastarych skałach.
-?Myślisz, że nic mu nie będzie? -?zapytała Charity.
-?Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Jest w dobrych rękach. Jeśli
ktokolwiek zdoła go wyleczyć, to doktor Books.
-?Nie jest już prawdziwym lekarzem.
-?Oczywiście, że jest. Po prostu jest na emeryturze. To nie znaczy, że
nie będzie wiedział, co robić.
-?Myślisz, że wezwą karetkę?
-?Może. -?Casey rozprostował swoje długie nogi. -?Ostatni raz wzywali tu
karetkę, kiedy Dorothy Restorick rodziła dziecko.
-?Pamiętam -?uśmiechnęła się Charity.
-?Dotarła po czterech godzinach.
-?Niektórzy twierdzą, że po pięciu.
-?I zanim dojechała, dziecko zostało już odstawione od piersi.
Roześmiali się i na sekundę odwrócili do siebie twarze, by pochwycić
swoje spojrzenie.
Był od niej starszy, ale niewiele. Pochodził z Port Nevis w Roseland,
naprawiał sieci w Mousehole, tańczył z dziewczętami na plaży w Newquay,
gdzie chłopcy mają na sobie bardzo niewiele, a dziewczęta jeszcze mniej.
Teraz mieszkał zupełnie sam w St Piran, w dwóch małych pokojach na
piętrze domu kapitana portu. Jego ojciec wciąż naprawiał sieci u siebie,
ale w jednej małej wiosce nie było zapotrzebowania na dwóch dorosłych
mężczyzn wykonujących tę samą pracę, więc oto Casey Limber wyrwał się na
wolność w St Piran, wysoki i szczupły niczym młody dąb, z ciemnymi,
hiszpańskimi brwiami i łagodną intonacją.
-?Widziałeś kiedykolwiek wcześniej takiego mężczyznę? -?zapytała
Charity.
-?Jakiego? -?odparł z nutą figlarności ukrytą w słowach.
-?Wyrzuconego na plażę -?odparła, ale nie zdołała ukryć uśmiechu.
Kiedy ją pocałował, nie było to planowane. Nie wydarzyło się, ponieważ
przysunął się za blisko albo ukradkiem objął ją ramieniem. Przypominało
bardziej nurkowy lot burzyka w ciemną głębinę, przyciąganie magnetyczne,
grawitację, która przechyliła jego ciało w jej stronę i przyciągnęła jej
twarz do jego twarzy. Czy nieoczekiwana wizja Priapa na plaży coś w niej
rozbudziła? Ich usta spotkały się i kiedy nabrała powietrza, wciągnęła
do płuc słodki zapach wyplatacza sieci.
Tak niewiele czasu minęło, odkąd pojawił się nagi mężczyzna, odkąd Kenny
Kennet dostrzegł wieloryba. A już coś zaczęło się zmieniać. Charity
wiedziała to, wdychając zapach Caseya Limbera. Wiedziała, że gdyby to
było wczoraj, nie padłaby pod naporem łagodnych gałęzi dębu Caseya. Nie
czułaby wilgotnego piasku na całej długości pleców swojej sukienki. Ale
wczoraj to nie dzisiaj.
-?Wszystko musi minąć -?mawiał wielebny Alvin Hocking. -?Wszystko musi
odejść.
Oczami wyobraźni Charity znowu zobaczyła tego mężczyznę, tak bladego i posiniaczonego, tak mokrego i zimnego, z erekcją niczym maszt flagowy
pnący się w górę klifu. "Proszę się nie martwić", powiedział doktor
Books. Czy była zmartwiona? Nie wydawało jej się. Wiedziała, jak
funkcjonuje ludzkie ciało. Miała brata -?piętnastoletniego -?i widziała
go w każdej możliwej pozycji.
Chociaż może i nie w tamtej.
-?Wszystko musi minąć -?szepnęła, kiedy język Caseya Limbera zaczął
poznawać jej wargi.
Odsunął się i spojrzał na nią.
-?Każdy dzień jest nowym dniem -?powiedziała. -?Nie wiem, czy wcześniej
tak naprawdę to dostrzegałam.
-?Oczywiście, że tak jest -?odparł i znowu ją pocałował.
-?Ale ten dzień jest nowszy niż nowy. Potrzebujemy innego słowa, by go
opisać.
-?Co powiesz na "idealny"? -?odparł.
-?Nie, to nie jest właściwe słowo. -?Opadła na piasek, resztki jej oporu
przepadły i odwzajemniła pocałunek. -?Ale musi wystarczyć.
3. Dobry punkt wyjścia
3
Dobry punkt wyjścia
-?Pierwsze, co musi pan wiedzieć, to że nie jestem prawdziwym lekarzem.
Leżał w świeżej, bawełnianej pościeli, suchy już i rozgrzany. Powieki
miał jakby sklejone ze sobą.
-?To znaczy jestem prawdziwym lekarzem. Tylko że nie prowadzę już
praktyki.
Z trudem otworzył oczy, szukając źródła słów. Odwrócił głowę.
-?Wszystko, co robię, robię jako jedna istota ludzka dla drugiej. Nie
mam żadnej umowy. Nie pracuję już w publicznej ochronie zdrowia. Jeśli
cokolwiek się panu nie spodoba, wystarczy wstać i sobie pójść.
W rogu pokoju, w pobliżu drzwi, stała jakaś niewyraźna postać. Mówiła
coś.
-?Bogiem a prawdą, to w takim miejscu jak to nigdy nie da się przejść na
emeryturę. Goście z Truro ciągle mi mówią, że powinienem po prostu
ludziom odmawiać. Któregoś dnia, mówią, jakiś niewdzięczny koleś pozwie
mnie do sądu i gdzie wtedy wyląduję, co? Pewnie w przytułku. Więc
oczywiście mówię, że przestanę przyjmować pacjentów. A potem okazuje
się, że przychodzi jakiś nieszczęśnik z gwoździem w stopie albo z ością
w gardle i co ja mam zrobić? Co z przysięgą Hipokratesa? Kogoś mi tu
przynoszą, na wpół utopionego i zamarzniętego -?i co wtedy?
Postać przestała na chwilę mówić, by długo i przesadnie zaciągnąć się
krótkim cygarem. Wydmuchnęła chmurę dymu i odkaszlnęła.
-?Więc jeśli chce pan prawdziwego lekarza, musi pan zabrać swój żałosny
tyłek z tego ciepłego, wygodnego łóżka i dostarczyć go do Truro, gdzie
lekarze pewnie pana zabiją. -?Mężczyzna zaciągnął się jeszcze raz. -
Zwykle to robią.
Joe Haak zamrugał. Gdzie się znajdował? Czyje to łóżko? Próbował skupić
wzrok na mężczyźnie, który do niego przemawiał, ale od wysiłku rozbolały
go oczy. Zacisnął je z powrotem.
-?To jak będzie? Ryzykuje pan tutaj u konowała czy maszeruje całą drogę
pod górę na autobus o trzeciej dwadzieścia i liczy na to, że dotrze do
Truro, zanim wszyscy pójdą do domu na noc?
-?Gdzie ja jestem?
-?Dobre pytanie. Bardzo dobre pytanie. Pokazać panu na mapie? Czy
wystarczy kod pocztowy?
-?Jakaś nazwa by się przydała. -?Próbował przypomnieć sobie wydarzenia
poprzedniego dnia. Była jakaś podróż. Długa. Był w wodzie. Wyciągnęli
jego nazwisko z kapelusza. Jakiego kapelusza? Spróbował się podnieść,
ale jego mięśnie wydawały się absurdalnie słabe.
-?Co, nazwa tej zapadłej dziury? A może moje nazwisko? -?Lekarz, który
nie był prawdziwym lekarzem, jeszcze raz pyknął cygaro, a potem zgasił
to, co z niego zostało, na małym, szklanym talerzyku. -?Nazywam się
Books. Mallory Books. Powinienem powiedzieć "doktor Books", ale gdybym
to zrobił, mógłby pan mnie pozwać.
Joe wydawało się, że ma przesadnie duży język.
-?Czemu miałbym pana pozwać? -?Czy ten lekarz zdoła zrozumieć jego
słowa? W jego własnych uszach brzmiały jak "szemu mały wana wozać".
Jeszcze raz spróbował otworzyć oczy. Gdyby zrobił tylko małą szparkę,
może by tak nie szczypały.
-?A kto to wie? -?Lekarz ewidentnie miał ucho do trudnych wypowiedzi. -
Może dlatego, że uratowałem panu życie? Nie każdego cieszy ten
błogosławiony stan, który nazywamy życiem.
-?Hm. -?Joe opadł z powrotem na poduszki. A więc żył. Na tę myśl poczuł
niespodziewany przypływ ulgi. -?Uratował mi pan życie? Znaczy... naprawdę?
-?Uatowai wazycie? Zaszy nawdę?
-?Ja i jeszcze kilka osób. Zdaje się, że zawdzięcza pan je pewnej
dziewczynie o imieniu Charity, pielęgniarce o imieniu Aminata i kilku
chętnym tragarzom. Ja tylko zapewniłem panu ciepło.
-?Dziękuję. -?Joe znowu zamknął oczy i przez chwilę miał wrażenie, jakby
odpływał. Ciągnęliśmy losy. Padło na ciebie, chłopie.
Kiedy ponownie otworzył oczy, lekarz zniknął. Joe zasnął.
-?Pomyślałem, że pewnie coś by pan zjadł. -?Doktor Books znowu stał przy
łóżku. W pokoju było teraz ciemniej. -?Zupy? Proszę usiąść. Dobrze panu
zrobi.
-?Dziękuję. -?Tym razem usiadł z mniejszym wysiłkiem, a język ewidentnie
skurczył się do normalnych rozmiarów. -?Gdzie ja jestem?
-?Chyba już zaliczyliśmy to pytanie?
-?Tak? Nie pamiętam odpowiedzi.
-?Bardzo niewiele osób pamięta. -?Lekarz postawił na łóżku tacę. Gorąca
zupa i kubek herbaty.
Joe złapał herbatę i wypił ją kilkoma łykami. Dlaczego tak mu się
chciało pić? Zabrał się do zupy. Kiedy uniósł wzrok, oczy już go nie
szczypały.
-?No to gdzie jestem? -?zapytał jeszcze raz.
Lekarz usiadł w głębokim fotelu uszaku.
-?Coś panu powiem -?rzekł. -?Udzielę panu odpowiedzi na to pytanie w zamian za odpowiedź na jedno moje.
-?Okej.
-?Co na litość boską robił pan tam na plaży w stroju Adama? O tej porze
roku?
W stroju Adama? Joe nagle poczuł się zawstydzony. Rozebranie się
wydawało się wtedy prawie naturalne. Może śmiałe, ale przecież nie
szokujące. Morze było ciemne, a plaża bezludna. Przypomniał sobie szok
wywołany lodowatą wodą.
-?Nie jestem pewien.
-?To może spróbujemy takie. Kim pan jest? Skąd pan pochodzi?
"To twoje nazwisko wyciągnęliśmy z kapelusza", powiedział głosik w jego
głowie. "Padło na ciebie".
Poczuł, że tętno mu przyspiesza.
-?Kim pan jest? -?zapytał ponownie lekarz.
-?Kim jestem? -?powtórzył słabo. Czy w ogóle chciał odpowiadać na to
pytanie? "Policja odnalazła mężczyznę w małej wiosce w Kornwalii", mówił
reporter w jego głowie. "Zdradził się, kiedy ujawnił swoje prawdziwe
nazwisko lekarzowi, a ten natychmiast powiadomił władze".
-?Jak się pan nazywa? -?Lekarz sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki
i wyciągnął staroświecki długopis oraz mały notes oprawiony w skórę. -
Zapiszę sobie.
-?Muszę odpowiadać?
-?To zawsze dobry punkt wyjścia -?powiedział lekarz. -?Tak mnie uczyli w szkole medycznej. Ustal tożsamość pacjenta. Nie żeby był pan moim
pacjentem, oczywiście. Jestem tylko zwykłym obywatelem, który wyświadcza
panu przysługę. A więc... imię?
Jak łatwo byłoby podać swoje imię. To tylko imię. Zwykła kombinacja
liter. Jedno "J", jedno "O", jedno "E". Mógł podać swoje imię i może
wtedy byłoby po wszystkim.
-?To jest proste pytanie. Potem będą trudniejsze. -?Lekarz postukał
długopisem w notes. -?Jest pan przynajmniej Anglikiem. Czy powinienem
powiedzieć: Brytyjczykiem? Jeden z chłopaków uznał, że może jest pan
cudzoziemcem, który spadł z jakiegoś tankowca albo coś.
-?Tankowca?
-?Albo coś. Ale tak nie jest. A więc... imię?
Spróbował coś wymamrotać, ale nie zdołał. Język jakby znowu spuchł. Mógł
oczywiście wymyślić jakieś imię, ale to wymagałoby wyobraźni.
-?Nie zna pan swojego własnego imienia? -?Był w tym ślad
niecierpliwości.
Jakie nazwisko byłoby dobre? John Smith? O wiele zbyt oczywiste, chociaż
w banku, w którym pracował, było dwóch Johnów Smithów. Jak by sobie
poradzili w takich okolicznościach, zastanowił się. Czy musieliby
wymyślić bardziej realistyczne nazwisko? Ale myślenie o tym mu nie
pomagało. Wpadło mu do głowy nazwisko Merkin Muffley, ale czy lekarz
rozpoznałby odniesienie do filmu? Możliwe. Na pewno są jakieś inne
nazwiska. Może jego mózg wyłączył się po traumatycznych przeżyciach. Ale
równie dobrze mógł to być dyskomfort na samą myśl o udawaniu. Joe Haak
nie był kłamczuchem, a nieuczciwość nie leżała w jego naturze. Być może
była to pozostałość po duńskich, luterańskich wartościach zaszczepionych
mu przez ojca. Albo po łagodniejszym, angielskim, hippisowskim
światopoglądzie, którego nauczył się od matki. Tak czy inaczej, wtrącił
się tu jakiś mentalny cenzor. Joe odkrył, że potrząsa głową.
-?Wie pan, skąd pan pochodzi?
Skąd pochodzi ktokolwiek z nas? Ten temat wymagał pewnego zastanowienia.
Jeśli nie potrafi tego lekarza okłamać, to może potrafi zamknąć oczy i przeczekać te pytania.
Lekarz odłożył długopis z westchnieniem.
-?Czyli amnezja? Czy to jest właśnie to?
Amnezja, to by była błogość. Padło na ciebie. Jak wspaniale byłoby nigdy
nie przypomnieć sobie tych słów.
-?Amnezja? -?powtórzył.
Ale lekarz wziął jego odpowiedź za potwierdzenie.
-?Amnezja. Rozumiem. Cóż, coś panu powiem, panie Jasonie Bourne, czy
kogokolwiek pan udaje. Za dużo się pan książek naczytał; za dużo filmów.
Amnezja to wymysł pisarzy. Nie istnieje -?nie w takim sensie, jak się
panu wydaje. Nikt nigdy nie budzi się, zapomniawszy własne nazwisko.
Jeśli tak, to kłamie. Poważne uszkodzenia mózgu potrafią zrobić z pamięcią bardzo nieprzyjemne rzeczy, ale pomijając kilka skaleczeń i siniaków, pana ciało i mózg wydają się na szczęście nietknięte. Ani
przez minutę nie wierzę, że ma pan amnezję, panie Goły Surferze czy
kimkolwiek pan jest. Dlatego zadam panu to pytanie jeszcze raz. -?Doktor
Books prychnął krótko i uniósł długopis. -?Gotowy?
Joe otworzył oczy.
-?Może zaczniemy od prostego pytania tak-nie? Czy zna pan swoje imię?
Joe skinął głową, bardzo powoli.
-?Doskonale. Poda mi je pan?
-?Pewnie będę musiał.
-?Dobrze -?odparł lekarz. -?Proszę już nie bawić się ze mną w żadne
gierki, jeśli chce pan nadal jeść moją zupę. Czy to pana samochód tam na
parkingu? Ten biały?
-?Tak.
-?Gdzie są kluczyki?
-?Nie wiem. Gdzieś na dnie morza. W brzuchu wieloryba. Kto wie?
Books zachichotał.
-?Czyli był tam wieloryb! A wszyscy myśleliśmy, że Kenny go wymyślił.
-?Wstał z fotela.
-?Joe. Mam na imię Joe. -?Mężczyzna wyciągnął rękę, a lekarz ją
uścisnął.
-?Bardzo mi miło pana poznać, Joe. Powie mi pan, skąd pan jest? Albo co
pan robił tam na plaży?
Joe westchnął przeciągle.
-?Tego też pana uczyli w szkole medycznej? -?zapytał. -?Musi pan
wiedzieć wszystko? Żadnych tajemnic?
-?Szczerze mówiąc -?wyznał Books -?już prawie nic nie pamiętam ze szkoły
medycznej. To było tak dawno temu. -?Zapisał w notesie imię "Joe". -?Czy
warto pytać o nazwisko? Nie? Dobrze. Nie mogę nazwać cię "Joe Doe", bo
to by głupio brzmiało. Niech będzie "Joe Soap". -?Zapisał to i zatrzasnął notes. -?To może być najkrótsza notatka lekarska, jaką
kiedykolwiek spisałem. -?Zabrał talerz po zupie i kubek. -?Jest pan
gościem w moim domu -?powiedział. -?Dzisiejsza noc jest gratis. Od jutra
zaczynam naliczać po dziesięć funtów dziennie. Zupa nie jest wliczona w cenę. Herbata też nie. Rozumiemy się?
-?Tak -?odparł Joe, delikatnie kiwając głową. -?Myślę, że tak.
-?Mam trochę ciuchów, które już na mnie nie pasują. Przyniosę je panu.
-?Dziękuję.
Ogarnęła ich przyjemna cisza.
-?Z miasta -?powiedział Joe po chwili.
-?Co?
-?Pytał pan, skąd pochodzę. Jestem z miasta.
-?Penzance? -?spytał lekarz.
Rozśmieszyło to Joe.
-?Nie. Z Londynu.
-?Aaa, z tego miasta.
-?I nazywam się Haak. Joe Haak.
-?Rozumiem. -?Doktor Books wyszedł z pokoju, ale zaraz wrócił. -?Mogę
załatwić panu trochę ryżu na mleku -?powiedział. -?Z puszki.
-?Byłoby wspaniale.
4. To cholerny płetwal
4
To cholerny płetwal
Wychodząc z domu lekarza w szary, jesienny poranek po swoim
niekonwencjonalnym przyjeździe do St Piran, Joe od razu wyczuł w tym
miejscu pewien dysonans. Miał wrażenie, jakby rzeczywistość w wiosce
była w pewien niewygodny sposób nieadekwatna -?coś jakby odchylenie
grawitacji lub zmiana w składzie gazów atmosferycznych. Może to krótka
śpiączka, z której się obudził, zachwiała ośrodkiem równowagi w jego
mózgu. Wyjście z domu przypominało pierwszą wyprawę w jakiś obcy świat.
Ciekawe, pomyślał Joe, że miejsce może mieć swoją atmosferę. Słyszał,
jak architekci rozmawiają o duszy różnych miejsc, jakby w glebie
działała jakaś alchemia lub jakby zbieżność magicznych linii mocy
nadawała miejscu mistyczne właściwości. Swego rodzaju geograficzne feng
shui. Joe zawsze uważał ten pomysł za mało prawdopodobny, ale coś w tej
wiosce zdawało się potwierdzać takie przekonania. Rozłożyła się w załomie zbocza tak wygodnie, a kręte uliczki i granitowe ściany
naśladowały naturalne kontury skalistych klifów w oddali. Rzeczywiście
trudno byłoby wyobrazić sobie tę zatokę bez wioski, jakby te niskie
ściany i łupkowe dachy były częścią miejscowej geologii, zjawiskami
wykutymi w skalistej ścianie przez morze i wiatr.
Wystarczyło trochę oddalić się od frontowych drzwi domu lekarza, by
wewnętrzny kompas Joe rozpoczął próbę zorientowania się w tym nowym
miejscu. Nie było słychać żadnych odgłosów drogi. Żadnego szumu tysiąca
silników, odgłosów zmiany biegów, klaksonów. A jednak nie było cicho.
Wysoko na dachach darły się mewy, latające strażniczki znaczące
krajobraz swoimi krzykami. Do uszu Joe docierały odgłosy oceanu,
kołysania fal, poruszania wody i wiatru. Gdzieś tłukła się jakaś lina i kawał płótna, trzepocząc się na wietrze. Nabrał powietrza w płuca i poczuł znajomy atlantycki zapach słonego powietrza, mokrego piasku,
wodorostów i rybiej łuski. Jeśli istniał przepis na rozpuszczenie lęku
czającego się w kościach, to ta wioska najwyraźniej go znała. Odwrócił
się, by zejść ze wzgórza. Coś poruszyło się w jego krwiobiegu. Nabrał
ochoty, by zbadać otoczenie, zejść na brzeg morza, poczuć chrzęst żwiru
pod stopami. Może znajdzie swoje ubrania, portfel, kluczyki od
samochodu. Może odszuka miejsce, w którym z taką determinacją wchodził w zimne fale.
W świetle dziennym wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Jedyny obraz
wioski, który zobaczył wcześniej, tonął w monochromatycznym blasku
świateł mijania. St Piran wyłoniło się z mroku na końcu wyjątkowo krętej
dróżki, a w szarym rzędzie domów, które go powitały, nie paliło się ani
jedno światło. Nie mógł pojechać nigdzie dalej. Zaparkował przy nabrzeżu
za kwadrans piąta nad ranem i przez chwilę siedział w samochodzie,
nasłuchując odgłosów morza, wdychając te same aromaty co w tej chwili. A jednak jakże samotna i opuszczona wydała mu się wtedy wioska. Podczas
tego pierwszego spotkania sprawiała wrażenie zatrzymanej w kamieniu
rozpaczy, najdalej wysuniętego przyczółka imperium melancholii.
Granitowe skały przy przystani wydawały się tak samo samotne i porzucone
jak on. A dzisiaj pojawiły się kolory i faktury, wapnowane ściany i ślady mchu na kamieniach, żółte porosty wgryzające się w tynk i jasnoniebieskie frontowe drzwi. Przeszedł ulicą w stronę niewielkiego
placyku. Pogoda nie była szczególnie ładna. Wiał silny wiatr, dało się
wyczuć pierwsze chłodne uderzenia zimowych szkwałów. Niebo było szare
jak okręt wojenny. Ale ktoś na placu zawołał wesoło "dzień dobry" i Joe
instynktownie odwrócił głowę, w razie gdyby powitanie było skierowane do
niego. Z wąskiego sklepu wyłoniła się jakaś kobieta o kwadratowej
twarzy, ubrana w fartuch, i uśmiechnęła się do niego.
-?Dzień dobry.
Uśmiech ma w sobie coś zaraźliwego i Joe poczuł, że jego własna twarz
pojaśniała. Wszyscy są teraz w pracy, pomyślał. Jego koledzy. Pousadzani
porządnie, rzędami przy biurkach, pochyleni nad ekranami komputerów lub
wykrzykujący polecenia do telefonu. Jeśli jeszcze było coś do zrobienia.
Jeśli nie zamknięto przed nimi drzwi, jeśli budynek nie roił się od
księgowych, inspektorów i policjantów. Tak czy inaczej, jego nazwisko
było już pewnie odmieniane przez wszystkie przypadki, nawet przez ludzi,
których nigdy nie spotkał. Może nawet tutaj, pomyślał. Może wieści
dotarły do tej wioski wcześniej niż on.
Za rogiem znajdował się port i stał tam jego samochód, samotny na małym
parkingu. Podszedł do niego i spróbował otworzyć drzwi. Zamknięte.
Nieważne. Dokąd miałby pojechać, nawet gdyby mógł? Najlepszą strategią
będzie chyba się przyczaić. Może więc to dobra pora, by przygotować
jakiś plan, pomyślał. Mógł pójść wzdłuż nabrzeża na plażę, a tam może
uda mu się oczyścić umysł i wymyślić, co dalej.
Ale nawet ten plan wydawał mu się dzisiaj wymykać.
Minęła go szybkim krokiem jakaś kobieta, pulchna i wesoła, w kwiecistej
sukience.
-?Dzień dobry, przystojniaku -?rzekła, przechodząc.
-?Dzień dobry. -?Odwrócił się za nią. Jej twarz była zaróżowiona i ogorzała. Skinęła mu głową, jakby go znała.
Czy rozpacz może być tak krótkotrwała? Czy pozdrowienie obcego może
wystarczyć, by podnieść go na duchu i wyciągnąć z mrocznych przeczuć,
których doświadczał, kiedy pierwszy raz wszedł na to nabrzeże? Joe wziął
głęboki oddech. Miał wiele do przemyślenia. W idealnym świecie miałby do
dyspozycji białą tablicę i zestaw kolorowych mazaków. Miałby kawę
americano i talerz ciasteczek. Mógłby zacząć od wypisania problemów w górnej części tablicy, a następnie zapełniać ją do dołu różnymi opcjami
i strzałkami. Mógłby zapisać pytanie "W jak wielkich jestem
tarapatach?". Poniżej jedna strzałka prowadziłaby do "ogromnych
tarapatów", druga do "umiarkowanych tarapatów", a potem byłoby pole
wyboru -?w lewo "oddać się w ręce policji" lub w prawo "uciekać!".
A może ucieka przed duchami? Czy to zjawy istniejące wyłącznie w jego
własnej wyobraźni?
Na cyplu ścieżka zakręcała wokół występu skalnego, a następnie znikała
na piasku i żwirze. Tu była plaża. Odkrył ją w ciemności, usiadł na
wilgotnym brzegu, obserwując pierwszą łunę świtu. O brzasku, ogarnięty
nagłym impulsem, rozebrał się i wszedł do morza. Ostry ból wywołany
przez zimną wodę Atlantyku był niemal jak katharsis.
Klify zapewniały bardzo marne schronienie przed wiatrem, który dął na
plaży, a mgiełka morskiej wody sprawiała, że skały pod nogami były
śliskie. Joe ciaśniej owinął się w pasie starą budrysówką lekarza i uniósł kaptur. Jak okiem sięgnąć na plaży nie było nikogo z wyjątkiem
zbieracza pochylonego nad skałami, ubranego w sztormiak rybacki i zydwestkę chroniącą przed bezlitosnym wiatrem. Joe podszedł do linii
przypływu i ominął długi występ skał wybiegających w morze. Trudno było
na nie wejść, były śliskie i słone. Próbował przypomnieć sobie, gdzie
zostawił ubranie, ale żadne miejsce nie wyglądało w świetle dziennym
znajomo. W oczach miał deszcz i morską pianę. Morze przybrało kolor
ołowiu.
Wtedy jego uwagę przykuło coś znajdującego się wśród skał, dalej wzdłuż
wybrzeża. Wyglądało jak kolumna piany unosząca się z wody bardzo blisko
linii przypływu. Niezgrabnie ześlizgnął się ze skał i ruszył wzdłuż
plaży. W jego głowie poruszyło się jakieś wspomnienie. Przecież nie mógł
tam być? Tuż przy piasku? Czy woda była dość głęboka dla wieloryba?
I był tam, niemożliwie wielki, rzucał się na płyciźnie, uderzając o powierzchnię wody swoim ogromnym ogonem.
Zbieracz też go dostrzegł. Biegł już w stronę Joe, machając ramionami.
Joe ruszył pędem. Wieloryb znajdował się częściowo w wodzie, a częściowo
poza nią, zanurzony do połowy. Skręcał się i rozbryzgiwał wokół pianę.
Był czarno-szary z pasmami bieli, a cały bok miał pokryty bliznami,
niczym ocaleniec z jakiejś wielkiej bitwy. W wodzie unosiła się mętna,
czerwona smuga -?prawdopodobnie krew z jakiejś rany.
-?Co to na Boga jest?
Zbieracz w żółtej zydwestce zatrzymał się jak w transie kilka kroków za
nim.
-?To wieloryb. Cholernie wielki płetwal.
W stronę plaży potoczyła się wysoka fala. Kiedy dotarła do wieloryba,
zwierzę zamachało ogonem i niczym wielka, ryflowana beczka wyjechało
głową do przodu z wody na piasek.
-?Uwaga! -?Joe wycofał się szybko po żwirze. -?Zaraz wyrzuci go na
brzeg!
Oceaniczna fala, która wylała się na plażę, teraz cofnęła się z piasku,
a porzucony wieloryb pozostał z głową i przednimi płetwami na plaży, a ogonem wciąż machającym w wodzie.
-?Szlag! -?krzyknął zbieracz. -?Słodki Jezu. Cholernik wylądował na
plaży.
Dobrze o nim świadczy, że Kenny Kennet, który żył z darów morza, nie
przyjął wieloryba jako finansowego podarunku z głębin. Instynktownie
chciał najwyraźniej wyłącznie chronić zwierzę i bezpiecznie wypuścić je
z powrotem do wody.
Tymczasem wieloryb, wciąż żywy, oddychający, wielki i niebezpieczny,
miał w sobie coś budzącego lęk. Mógłby przetoczyć się i przygnieść
człowieka w jednej chwili.
-?Musimy mu pomóc -?powiedział Joe. -?Musimy mu pomóc wrócić do wody.
Kenny przyjrzał mu się dziwnie.
-?Ja pana znam.
-?Tak?
-?Wyniosłem pana wczoraj z plaży. Tam pana znaleźliśmy. -?Skinął głową w stronę wschodnich klifów. -?Myśleliśmy, że pan nie żyje.
-?A więc uratował mi pan życie? -?zapytał Joe.
-?Można tak powiedzieć -?odparł Kenny. Tak samo jak w jego naturze nie
leżało dopatrywać się w wielorybie zysku, tak samo nie wydawał się
oczekiwać czegokolwiek od tego obcego.
-?Dziękuję. -?Joe skupił się ponownie na wijącym się na piasku
stworzeniu. -?Musimy coś zrobić. Nie możemy go tu tak po prostu
zostawić. -?Jednak już wypowiadając te słowa, Joe poczuł, jak ogarnia go
bezsilność. Co ktokolwiek mógłby zrobić dla tak wielkiego zwierzęcia? -
Zostanę tu z nim, a pan niech idzie po pomoc.
Kenny się wahał. Płuca wieloryba zadrżały gwałtownie, a z jego nozdrzy
wydobył się pióropusz piany. Cielsko zwierzęcia zdawało się osiadać
trochę niżej na piasku.
-?Pan niech idzie -?rzekł Kenny. -?Panu prędzej uwierzą. Ze mną to
pomyślą, że to kolejna bajeczka. Za dobrze mnie znają.
Joe wydawał się niepewny.
-?Niech pan idzie -?popędził go Kenny. -?No już. -?Brzmiało to jak
rozkaz.
-?To nie ma sensu. Potrzebowalibyśmy całej armii -?rzekł Joe. -?Trzeba
przynajmniej z pięćdziesięciu osób, żeby ruszyć tego wieloryba, a może i setki.
-?Znajdzie ich pan w wiosce. Proszę iść szybko. Za jakieś pół godziny
zacznie się odpływ.
Nagły poryw wiatru sprowadził na plażę wysoką falę i obydwaj mężczyźni
musieli się odsunąć. Przez krótką chwilę sytuacja wyglądała dla
wieloryba obiecująco. Zwierzę zdawało się unosić lekko, kiedy fala je
dosięgła, ale jeśli już, to przesunęła je tylko jeszcze dalej w głąb
plaży. Kiedy wieloryb opadł, jego wielka głowa odwróciła się lekko,
przechylona na jedną stronę i Joe spojrzał zwierzęciu w oko. Z samego
serca wieloryba zdawało się emanować straszliwe poczucie beznadziei.
Czy Joe Haak rozpoznał to uczucie rozpaczy? Czy zastanowił się, że nawet
dla wieloryba rozpacz może być krótkotrwała? Kiedy Jeremy Melon
przemawiał na Festiwalu Wieloryba wiele lat po tych wydarzeniach,
nawiązywał do tej chwili w życiu Joe. Uznał ją za chwilę przełomową,
jeden z tych rzadkich momentów, kiedy podejmowane decyzje mogą wyznaczyć
kierunek, w którym podąży od tej chwili życie. "Większość życia", mówił
Jeremy, "jest jak jazda po autostradzie. Nie mamy wyboru, możemy tylko
jechać naprzód. Kontrolujemy wyłącznie prędkość jazdy. Ale od czasu do
czasu mijamy jakiś zjazd. Mamy najwyżej chwilę na decyzję. Zostań na
autostradzie, a nic się nie zmieni. Albo skręć, a znajdziesz się w nieznanym mieście. W ciągu zaledwie kilku dni", mówił Jeremy, "Joe Haak
miał skręcić z autostrady wiele razy. Odszedł ze swojego banku. Wszedł
do morza. Zdecydował się uratować wieloryba. Joe nie był
prokrastynatorem", mówił Jeremy Melon. "Joe był mężczyzną, który
dokonywał wyborów. Podejmował decyzje i przyjmował ich konsekwencje".
Czy to było aż takie proste? W przypadku wieloryba trochę zasługi trzeba
oddać Kenny'emu Kennetowi, który zachęcił Joe. Jednak w tej chwili
wahania, w obliczu zniechęcającej perspektywy zbierania armii ludzi za
zamkniętymi drzwiami obcego miasteczka, Joe spojrzał w oko płetwala. Nie
tak wiele nas dzieli, pomyślał. Obydwaj jesteśmy ssakami. Oddychamy tym
samym powietrzem. Wkraczamy na ten świat przez krwawy kanał rodny, z trudem czepiamy się tego kruchego, efemerycznego, czarodziejskiego
momentu zwanego życiem. A potem, pewnego dnia odchodzimy. Mogliśmy
obydwaj odejść w ten sam sposób, pomyślał Joe. Na tym samym kawałku
piasku.
-?Idę -?powiedział.
5. To już martwa ryba
5
To już martwa ryba
Polly Hocking, żona pastora, mawiała, że pierwszą niepokojącą rzeczą,
którą pamięta z tamtego jesiennego poranka, był widok młodego mężczyzny
w budrysówce (kilka rozmiarów za dużej), gnającego nabrzeżem w kierunku
wioski i machającego ramionami jak wariat. Cichy dźwięk jego nawoływań
został niemal zupełnie zatarty przez wiatr, ale ewidentnie i tak coś
krzyczał. Chwycił za ramiona pierwszą mijaną osobę, którą okazał się
akurat Staruszek Garrow, i Polly zobaczyła, jak prowadzą ożywioną
dyskusję z dużą ilością pokazywania. Potem młody mężczyzna odwrócił się
i pobiegł dalej. Staruszek Garrow z nadzwyczajną prędkością ruszył
nabrzeżem w stronę cypla, nie oglądając się za siebie.
-?Co tam się wyprawia? -?zapytała Polly.
Siedziała w małej kawiarni w salonie pensjonatu Harbour Bed and
Breakfast prowadzonego przez Hedrę i Mosesa Penhallowów. Piła herbatkę z Demelzą Trevarrick. W Harbour B&B herbata była bezpieczniejszą opcją
niż kawa.
-?Moja droga, to pewnie po prostu jakiś turysta, który zgubił psa, czy
coś w tym stylu. -?Demelza pisała powieści romantyczne. Jakiś letnik
machający akurat ramionami na nabrzeżu nie stanowił żadnego szczególnego
dramatu. Sennie zamieszała cukier w herbacie.
-?Wydaje się być dość podenerwowany. -?Polly wstała, by wyjrzeć przez
okno.
-?Jest młody, tak jak ty. Młodzi zawsze się śpieszą.
-?Ja nigdy się nie śpieszę.
-?Ależ oczywiście, że tak, moja droga. Wyszłaś za mąż w wieku
siedemnastu lat. Jeśli to nie jest porywcze, to nie wiem, co jest.
-?Idzie w tę stronę.
Demelza poprawiła włosy.
-?Nie zamierzam wychodzić w tę pogodę na dwór szukać jakiegoś psa -
powiedziała.
Młody mężczyzna dogonił Daniela i Samuela Robinsów. Polly i Demelza
obserwowały ich przez okno. Więcej machania i pokazywania, po czym dwaj
rybacy również ruszyli pędem w tę samą stronę.
-?Może to jakiś pożar albo coś? -?zastanawiała się Polly.
-?Na plaży? Tam nie ma co się palić.
-?Cóż, jest tam coś, co ich tak wszystkich ekscytuje. Myślisz, że może
wrak jakiegoś statku?
-?Kochanie, to na pewno nic takiego. Zupełnie nic. Chłopcy po prostu
czasem się ekscytują. -?Demelza Trevarrick przeżyła w St Piran
wystarczająco wiele lat, by rozumieć, że spokój wioski jest niemal
geologiczny w swej trwałości.
-?Wydaje mi się, że to ten młody mężczyzna, którego znaleźliśmy na plaży
-?powiedziała Polly.
-?Moja droga! Nie wiedziałam, że to ty go znalazłaś.
-?Wiesz, co mam na myśli.
Drzwi kawiarni otworzyły się gwałtownie i mężczyzna stanął w nich
przemoczony, przewiany i bardzo zdyszany.
-?Przydałaby mi się wasza pomoc -?powiedział.
-?Mój drogi! Nawet nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
-?Potrzebujemy stu osób -?dodał Joe. -?Na plaży leży wieloryb.
-?Wielkie nieba! -?Demelza powoli zaczęła wstawać. -?Będziesz miał
szczęście, jak znajdziesz dwudziestkę. To nie Penzance, wiesz.
Zaalarmowany hałasem Moses Penhallow wyłonił się z kuchni w swoim
fartuchu, zasapany i z poczerwieniałą twarzą.
-?Wieloryb? -?prychnął, kiedy usłyszał wszystkie wyjaśnienia. -?To nie
żaden wieloryb. Co najwyżej morświn.
-?Cokolwiek to jest, potrzebujemy pana pomocy. -?Joe już był za
drzwiami. -?Czy w wiosce jest jakiś dzwon kościelny? -?zawołał przez
ramię. -?Albo syrena alarmowa?
-?Dzwonów kościelnych już się nie używa. Są niebezpieczne. Niech pan
idzie do kapitana portu. -?Polly Hocking wskazała chatę na skraju klifu.
-?Wypuści flarę.
-?Dziękuję.
-?Ściągniemy więcej ludzi.
St Piran nie jest dużą społecznością. Populacja, jak z przekonaniem
poinformował Joe doktor Mallory Books, wynosi trzysta siedem osób.
"Populacja zimą", powiedział. "Trzysta osiem", odparł Joe z uśmiechem.
To było wczoraj. Dzisiaj perspektywa wyciągnięcia wystarczającej liczby
tych duszyczek z domów w naprawdę paskudny dzień nie wydawała się
zachęcająca. Joe ruszył kamiennymi schodkami do domu kapitana portu,
przeskakując po dwa stopnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki