Wielkie Trio. Wielkie Trio i potwór z Loch Ness. Tom 1 - Joanna Jagiełło

Kup ebooka

27.99 zł
23.23 zł (19,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zula

Mam na imię Zula, ale dopiero od wczoraj, bo jeszcze przedwczoraj byłam po prostu Zuzią.

Bawiliśmy się z moim rodzeństwem w piratów. Z łóżka rodziców zrobiliśmy statek. Nat chciał być kapitanem, ale ja i Ada go przegłosowałyśmy. To my objęłyśmy dowodzenie, a on miał być majtkiem i pilnować, czy w pobliżu nie ma rekinów.

Pożyczyłyśmy sobie od mamy czarne rajstopy, z których zrobiłyśmy przepaski na oczy. Ada założyła czarny kapelusz taty, a ja - żółty beret mamy.

- Ej, ja też chcę kapelusz! - zaprotestował Nat.

- Jest tylko jeden. Mogę ci dać czarną czapkę! I przepaskę - odparła Ada i rzuciła w stronę Nata jeszcze jedną parę rajstop.

- Sama sobie załóż czapkę! Piraci ich nie noszą. A to nie są żadne przepaski, tylko rajstopy mamy! Na pewno będzie na was zła.

Wzruszyłyśmy ramionami. Co za maruda!

W tych przebraniach było nam do twarzy! Czarna przepaska pasowała do moich ciemnych loków. Ada z kolei - w tajemnicy przed rodzicami - zrobiła sobie taką płukankę, która miała nadać jej włosom rudawy odcień. Ostatecznie stały się jednak całkiem czerwone. Teraz wyglądała więc jak prawdziwa piratka, z płomiennymi włosami, w kapeluszu i z przepaską.

- Jestem kapitan Ada! To jest pirat Zuzia, a to nasz majtek Nat! Ahoj! - zawołała moja siostra. - Ale... Ej, Zuzka, skoro Nat nie chce przepaski, to domalujmy mu chociaż wąsy! Możemy pożyczyć od mamy kredkę do oczu.

Pobiegła do łazienki i przyniosła kosmetyczkę.

- Nie będę się malował żadną kredką do oczu! - oburzył się Nat.

- Teraz wcale nie wyglądasz jak pirat. Tylko jak dziecko - rzuciła Ada.

- Ty też wcale nie wyglądasz jak pirat, tylko jak czerwona kura! - odciął się. - A ty... A ty... - Spojrzał na mnie. - Masz złe imię! Pirat Zuzia! - prychnął. - Phi!

Z wrzaskiem ruszyłyśmy na brata, pchnęłyśmy go na łóżko i próbowałyśmy związać szalikiem.

Wtedy do pokoju wkroczyła mama. Zezłościła się, że skaczemy po łóżku, no i że wzięliśmy kosmetyczkę i rajstopy. Powiedziała, że próbuje pracować i jeśli natychmiast nie przestaniemy, obetnie nam kieszonkowe. W tym momencie z pracy wrócił tata.

- W co się bawicie? - zainteresował się, a my zaczęliśmy mu wszystko wyjaśniać.

- Jestem pirat Nat i wyruszyłem na poszukiwania skarbu! - zawołał mój brat i zaczął z całych sił walić w stary plastikowy bębenek.

- A ja jestem kapitan Ada!

- A ja... - zawahałam się. Rzeczywiście, Zuzia nie brzmiało jak dobre imię dla pirata. Musiałam wymyślić coś lepszego. Zuzka, Zuza... nie, to nadal nie było to. Ach! Nagle w mojej głowie pojawiło się idealne imię! - A ja jestem Zula! - zawołałam z dumą. - Też jestem piratem i kapitanem!

- Chyba raczej piratką i kapitanką! - sprostowała mama. - Należy tworzyć żeńskie formy zawodów! Pirat - piratka, kapitan - kapitanka...

- Cha, cha! Marynarz - marynarka! Tyle że marynarka to jest od garnituru! - Tata się roześmiał. - Kapitanka to zresztą komórka na mapy i takie tam.

Mama spojrzała na niego groźnie.

- A pilot jest od zmieniania kanałów w telewizorze - odcięła się.

Nasi rodzice często kłócą się o takie dziwne rzeczy, choć żadne z nich nie jest pilotem, pilotką, marynarzem ani marynarką. Mama jest profesorką (a nie profesorem) na uniwersytecie, a tata pracuje jako ratownik medyczny.

Trochę się zezłościłam, że rodzice zajmują się problemami współczesnej polszczyzny, zamiast zachwycić się moim pirackim imieniem.

- Ej! Jestem Zula... - powtórzyłam.

Nat zauważył moją rozczarowaną minę i powiedział:

- No dobra! Zula faktycznie brzmi jak piratka! W ogóle fajnie brzmi!

Nasz brat potrafi być słodki, kiedy nie marudzi.

I tak zostałam Zulą. Zuzia brzmi dość zwyczajnie, ale Zula to zupełnie co innego.

Często wymyślamy podobne zabawy, bo nasze życie jest straszliwie nudne. Żadnych ekscytujących przygód, tylko szkoła i szkoła! Chodzimy do jednej klasy, więc nawet nie mamy sobie o czym opowiadać. Ach, pewnie dziwicie się, jak to możliwe, że troje rodzeństwa jest w jednej klasie? Na pewno nie zgadniecie. Jesteśmy trojaczkami. Na szczęście nie jednojajowymi! Jak sobie pomyślę, że miałabym wyglądać identycznie jak Nat, to aż mi się w brzuchu przewraca. Nie to, żeby mój brat wyglądał aż tak źle, no ale przecież jest chłopakiem!

Żeby jednak wyglądać identycznie, musielibyśmy być trojaczkami jednojajowymi. Wtedy troje dzieci powstaje jakby z jednego jajeczka, które dzieli się na trzy, i dlatego mają te same geny. Włosy, oczy, wszystko. To zawsze są same dziewczyny albo sami chłopcy. A my jesteśmy trojaczkami trzyjajowymi, co jest częstsze, choć i tak bardzo rzadkie. Ada znalazła w internecie informację, że tylko jedno na siedem tysięcy narodzin to trojaczki. Możemy więc czuć się wyjątkowi.

Ada wygląda jak młodsza kopia mamy. Ma jasne włosy (no... teraz to się trochę zepsuło przez tę płukankę), jest wysoka i poważna jak na swój wiek. Pewnie też zostanie profesorką, bo ciągle się uczy. Bywa trochę przemądrzała. Ja w ogóle nie wyglądam jak jej siostra. Mam ciemne, kręcone włosy, obcięte do ramion, dlatego że i tak trudno je rozczesać, piwne oczy i kilka piegów na nosie. Jestem najniższa w klasie. Trochę się tym przejmuję, ale mama mówi, że jeszcze urosnę. Podobno przypominam prababcię, której niestety nie zdążyłam poznać. Mówili na nią Iskierka, bo nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Zupełnie jak ja! Ada, która czasem jest zmęczona moim temperamentem, mówi, że małe zwierzęta są ruchliwsze od dużych. Na przykład chomiki od świnek morskich, a delfiny od wielorybów. Cóż, może powinnam się obrazić, ale w sumie wolę być delfinem niż wielorybem!

Nat jest wysoki i tak szczupły, że wygląda, jakby ktoś go rozciągnął. Jego włosy są brązowe i proste jak u taty, tyle że bez łysiny, i podobnie jak on nosi okulary. Poza tym nie mają ze sobą wiele wspólnego. Tata jest wesoły i odważny, a Nat raczej nieśmiały. Czasem myślę, że to przeze mnie i Adę. Mimo że jesteśmy tak różne, tworzymy wspólny front, więc Nat jest z tego powodu trochę biedny. Tak jak już mówiłam, mój brat często narzeka, ale ma też kilka dobrych cech. Na przykład od razu widzi, gdy ktoś jest smutny, i potrafi go pocieszyć. Mama mówi, że Nat jest wrażliwy i empatyczny.

Zgadnijcie, kto urodził się pierwszy? Oczywiście ja! Potem była Ada, a Nat na końcu. Taak. Zdaje się, że jego los został przesądzony już wtedy.

Mieszkamy w Warszawie. Gdy okazało się, że rodzice będą mieli nie jedno dziecko, tylko troje naraz, sprzedali poprzednie mieszkanie i kupili większe, niestety na Wygwizdowie. Tak mama mówi na nasze osiedle, ponieważ jest daleko od centrum. Tata się wtedy obraża, bo uważa, że mama ma do niego pretensje, że nie zarabia więcej. Tata jest ratownikiem medycznym. Myślał o tym, żeby studiować medycynę, ale chyba pokrzyżowaliśmy mu plany...

Nasze obecne mieszkanie też wcale nie jest wielkie. Składa się z salonu połączonego z kuchnią, sypialni rodziców i naszego pokoju. Każde z nas ma swoje łóżko, biurko, szafę, komodę i regał na książki. Jednak czasem myślę, że fajnie byłoby mieć osobne pokoje. Może powinniśmy założyć jakiś biznes, zarobić mnóstwo pieniędzy i kupić całej naszej rodzinie dom, taki jaki ma wujek Albert?

Moje przemyślenia przerwała nasza komórka, która zaczęła tańczyć w rytmie samby.

Nie mamy własnych telefonów komórkowych, tylko jeden, którym musimy się dzielić. Rodzice są przeciwni temu, żeby każde z nas miało swój telefon. Mówią, że wtedy będziemy tylko grać w gry! Kupili nam jeden, na spółkę, ale możemy go używać tylko w domu, a i to nie zawsze.

- To wujek! - zdziwiłam się, bo zadzwonił, gdy tylko o nim pomyślałam.