Siostra moja, pani Józefowa
Hardżeri była o dwadzieścia lat starszą odemnie i cieszyła się
wielkiem wzięciem u sąsiadów dlatego, że wychowywała mnie "twardą
ręką". Wiele razy wówczas próbowałem wyjaśnić znaczenie tego
dziwnego wyrażenia, a wiedząc, jak ciężką i silną była jej ręka i
jak często kładła ją na swego męża i na mnie, doszedłem do
przekonania, że taką ręką wychowuje nie tylko mnie ale i Józefa
Hardżeri.
Nie na dobroduszną wyglądała moja siostra i robiła takie na
mnie wrażenie, jakby swą "ręką" wzięła za męża Józefa Hardżeri.
Józef był bardzo pięknym mężczyzną, z jasnymi, wijącymi się
włosami, spadającymi na twarz, z oczyma nieokreślonego błękitnego
koloru, zlewającego się z białkami oczu. Był to nadzwyczaj uległy,
dobroduszny, czuły i wesoły człowiek i dobry towarzysz, Herkules z
wyglądu i ze słabości swego charakteru.
Siostra moja miała czarne włosy, czarne oczy i niezwykle
czerwoną twarz; tak, że często przychodziło mi do głowy, czy
zamiast mydła nie używa do mycia muszkatułowego kwiatu. Wzrostu
wysokiego, koścista, nosiła zawsze gruby fartuch, związany z tyłu w
dwie pętle, z czworoboczną zasłoną na piersi, całą nabitą igłami i
szpilkami. Fartuch ten uważała za specyalną ze swej strony zasługę
i wiecznie robiła wymówki Józefowi, że musiała go nosić. Nie wiem
doprawdy, dlaczego go nosiła, ale jeżeli już musiała nosić, czemu
nie zdejmowała go przez cały dzień.
Kuźnia Józefa przylegała do naszego domu, zbudowanego z
drzewa, jak większość budynków naszej okolicy w tym czasie. Ody
przybiegłem z cmentarza, kuźnia była już zamknięta, a Józef
siedział w kuchni. Józef i ja byliśmy współuczestnikami cierpień i
żyliśmy z sobą w przyjaźni. Tym razem nie zdążyłem otworzyć drzwi i
zajrzeć do kuchni, gdy po przyjacielsku rzekł mi:
- Pani Józefowa już ze dwadzieścia razy wychodziła cię
szukać, Pip! Przed chwilą wyszła znowu.
- Tak?
- Tak, Pip - rzekł Józef - a co gorsza wzięła ze sobą
"łaskotkę".
Usłyszawszy niemiłą wiadomość, posunąłem się ku światłu i
zacząłem - kręcić jedyny guzik mej kurtki, póki się całkiem nie
oderwał. "Łaskotką" nazywaliśmy trzcinę z cienkim końcem, która
zmiękła od częstego stykania się z mojem wierzchniem odzieniem.
- To siadała - mówił Józef - to zrywała się, chwytała za
rózgę, rzucała się i miotała. Ot co wyprawiała - mówił, poprawiając
pogrzebaczem w kominie. - Tak, Pip, rzucała się i miotała!
- A dawno wyszła, Józiu?
Zawsze zwracałem się do niego, jak do starszego dziecka,
albo do równego.
- Tak - odpowiedział, patrząc na zegarek - z pięć minut
temu. Pip! Idzie!... Skryj się prędko przyjacielu za drzwi!... Tu,
za ręcznik!
Usłuchałem go. Siostra żywo otworzyła drzwi i w tej chwili
poczuła za niemi jakąś przeszkodę, odrazu domyśliła się co to i
puściła w ruch rózgę. W końcu pchnęła mnie na Józefa - często
służyłem jej za przedmiot do rzucania w małżeńskich
nieporozumieniach - a Józef zadowolony, że mógł mnie wesprzeć,
wsunął mnie w zagłębienie kominka i zasłonił sobą.
- Gdzieś przepadał, smarkaczu? - rzekła, tupiąc nogą. - Mów
mi zaraz, gdzieś przepadał? Cóż to? Ha? Chciałeś mnie zaniepokoić?
Chciałeś mnie przestraszyć? Wyrzucę was wszystkich stąd, choćby
było pięćdziesięciu Pipów i pięciuset Hardżerich.
- Byłem tylko na cmentarzu - odpowiedziałem ze swego miejsca
- płacząc i rozcierając sobie ciało.
- Na cmentarzu! - Gdyby mnie nie było, dawnobyś już był na
cmentarzu! Kto cię "własną ręką" wychował?
- Ty - odpowiedziałem.
- A jak to uczyniłam, radabym wiedzieć? -
- Nie wiem - wyjąkałem.
- Nie wiesz! A ja wiem, że już nigdy więcej tego nie
uczynię. Śmiało mogę powiedzieć, że ani razu nie zdjęłam tego
fartucha od czasu twego narodzenia. Dość mi, że jestem żoną kowala,
jeszcze mam być twoją matką!
Smutno patrzyłem na ogień i różne myśli przelatywały mi
przez głowę. Myślałem o zbiegu z żelazną okową na nodze, o
tajemniczym młodym człowieku, o pilniku, o pożywieniu, o
przygniatającym mnie strachu, pod wpływem którego gotowałem się
okraść ludzi, co dali mi przytułek; zdawało mi się, że rozżarzone
węgle na kominku z wyrzutem patrzą na mnie.
- Ach! - mówiła, stawiając trzcinkę na zwykłe miejsce. -
Cmentarz... tak! O czem-że macie obaj mówić, jak nie o cmentarzu!
(Żaden z nas ani słowa o cmentarzu nie wspomniał.) Czy wcześniej,
czy później złożycie mię na cmentarzu, złożycie!... Piękna z was
będzie parka beze mnie, lepiej już o tem nie mówić.
Póki pani Józefowa krzątała się, przygotowując herbatę,
Józef pilnie patrzył na mnie, jakby rozważał, jakaby z nas była
para, gdyby wbrew oczekiwaniom spełniło się wyżej wspomniane
zdarzenie. Siedział wciąż w jednakowej pozycyi, gładząc prawą ręką
swe włosy i bokobrody, śledząc uważnie oczyma wszystkie ruchy pani
Józef owej, co czynił zwykle, gdy była wt takiem usposobieniu.
Siostra zawsze jednakowo przygotowywała nam chleb z masłem.
Silnie przyciskała bochenek do swej sukni na piersi, wskutek czego
wbijały się weń i szpilki i dostawały się z nim do naszych ust.
Potem brała nożem masło (nie zbyt wiele) i smarowała niem chleb po
aptekarsku, jak plaster, posługując się przy tej czynności obiema
stronami noża z nadzwyczajną zręcznością i wprawą i kunsztownie
zbierała masło z brzegów skórki. Wygładziwszy nożem powierzchnię
masła, odkrawala grubą kromkę i nie odejmując jej od bochenka,
dzieliła na pół, poczem połowę podawała Józefowi a drugą mnie.
Tego dnia byłem głodnym, lecz nie mogłem się zdecydować na
zjedzenie swej porcyi. Czułem, że winienem zostawić cośkolwiek w
zapasie dla strasznego znajomego i jego wspólnika, okropnego
młodego człowieka. Wiedziałem, jak porządnie prowadziła swe
gospodarstwo pani Józefowa i sądziłem, że najstaranniejsze
poszukiwania nie dostarczą mi nic, czemby się można było pożywić;
dlatego zdecydowałem się ukryć swój kawałek chleba z masłem,
przepuszczając go między spodniami a nogą.
Nie łatwo, oj, jak nie łatwo było to spełnić. Lżejby mi było
zeskoczyć z dachu wysokiego domu lub nurkować w głębokiej wodzie. A
jeszcze trudniej było uczynić to tak, by nie dojrzał Józef. Już
wspomniałem, że żyliśmy w przyjaźni i mieliśmy zwyczaj wieczorami
porównywać, kto z nas prędzej zje swą kromkę; milcząc też
pokazywaliśmy ją sobie wzajemnie, jakby pobudzając jeden drugiego.
I tym razem Józef parę razy pokazywał mi swój szybko zmniejszający
się kawałek, dając mi znak, bym przystąpił do zwykłych wyścigów, za
każdym jednak razem, ku swemu zadziwieniu widział, że siedzę, jak
poprzednio, trzymając na jednem kolanie żółty kubek z herbatą a na
drugiem nie tknięty kawałek chleba z masłem. Wreszcie, tracąc
nadzieję, zdecydowałem, że cokolwiekby się stało, muszę to uczynić
i to w najprostszej formie, stosownie do okoliczności. Korzystając
z chwili, gdy Józef, popatrzywszy na mnie, odwrócił się, wsunąłem
chleb do spodni.
Józef widocznie rozstrojony tem, że straciłem apetyt, w
zamyśleniu, bez żadnego zadowolenia, odgryzał kąsek za kąskiem.
Wolniej niż zwykle żuł je, zatrzymując się chwilami, a potem łykał,
jak pigułki. Miał zamiar odgryźć nowy kąsek i już pochylił na bok
głowę, aby módz to łatwiej uczynić, gdy nagle wzrok jego padł na
mnie i spostrzegł, że moja kromka chleba gdzieś znikła.
Tak był zdziwionym tem, co się stało, że z chlebem w ustach
wytrzeszczył na mnie oczy, co oczywiście nie mogło ujść uwagi
siostry.
- Co się stało? - zapytała, stawiając kubek na stół.
- Słuchaj no - mruczał do mnie Józef, kiwając głową z
wyrzutem - Pip, przyjacielu! Biedy się dopytasz. Udławisz się...
Przecież nie zdążyłeś go pogryźć!
- Cóż tam takiego się stało? - pytała siostra, jeszcze
ostrzejszym tonem.
- Jeśli możesz odkaszlnąć Pip, zmiłuj się uczyń to - mówił
Józef, przechodząc stopniowo do obawy. - Sztuka sztuką, a zdrowie
zdrowiem.
Siostra wreszcie straciła cierpliwość i rzuciwszy się na
Józefa dwa razy szarpnęła go za bokobrody i uderzyła nim o ścianę;
siedziałem, nie ruszając się na miejscu, czując, że jestem winnym
tego, co się stało.
- No, teraz spodziewam się, że mi powiesz o co chodzi, ośle!
- zawołała siostra, zadyszana z podniecenia.
Józef bezradnie spojrzał na nią, potem również bezradnie na
mnie.
- Wiesz co, Pip - mówił uroczyście, trzymając ostatni kęs
chleba w ustach i to takim przyjacielskim tonem, jakbyśmy byli obaj
równi. - Ale to połknąć taki niezwykły kęs!!...
- Wszystko odrazu połknął... tak? - krzyknęła siostra.
- Wiesz, przyjacielu, - robiłem, i ja takie sztuki, gdym był
w twoim wieku... i to dość często... z takimi samymi chłopcami...
ale nigdym nie widział, aby ktokolwiek połykał takie kawały. I
jakeś ty z tego nie zginął!
Siostra moja, jak szalona, rzuciła się ku mnie, schwyciła za
włosy i nic więcej nie rzekła, prócz tych strasznych słów:
- Chodź mi zaraz i pij lekarstwo!
Jakiś niegodziwy lekarz wprowadził w tym czasie w użycie
dziegciową wodę, jako lekarstwo na wszystkie choroby, a pani
Józefowa miała w swojej szafce znaczną ilość tego środka; wierzyła,
że lecznicze jego właściwości odpowiadają zupełnie jego obrzydłemu
smakowi. Leczniczy eliksir, jako środek wzmacniający, wiele już
razy we mnie wlewano w takiej ilości, że czuć było odemnie
dziegciem, jakby od świeżo posmolonego parkanu. Tego wieczora doza,
przeznaczona dla mnie, doszła największych rozmiarów; pani Józefowa
wlała mi ją wprost z butelki, ściskając mą głowę pod ręką. Józef
musiał wypić połowę dozy pod pozorem, że "źle mu się zrobiło".
Sądząc po sobie, mogę istotnie przyznać, że źle mi się robiło nie
tylko przed przyjęciem lekarstwa, ale i po przyjęciu.
Niema nic przykrzejszego nad wyrzuty sumienia, które męczą
dorosłego człowieka lub dziecko, zwłaszcza jeśli do nich przyłącza
się jeszcze ciężkie brzemię, ukryte w spodniach; wówczas (mogę to
stwierdzić własnem doświadczeniem) znoszą ludzie największą karę w
świecie. Świadomość, że mam zamiar okraść pani Józefową - (nigdy
nie myślałem, że i Józefa, ponieważ gospodarstwa nie uważałem za
jego własność) - połączona z koniecznością przytrzymywania chleba z
masłem, gdym siedział, albo gdy musiałem przejść po co przez
kuchnię, doprowadzała mię do rozpaczy. Gdy wiatr, wiejący od
moczaru, wpadał do komina i podniecał płomień ogniska, zdało mi
się, że słyszę skądsiś z zewnątrz głos człowieka z żelazną okową u
nogi, mówiący, że nie myśli umrzeć z głodu do jutra i żądający, by
mu natychmiast jeść dano. Potem myślałem nad tem, co będzie: jeśli
młodzieniec, którego wstrzymywał z takim trudem, aby nie rzucił się
na mnie, straci wreszcie cierpliwość, albo omyli się co do czasu i
będzie się czuł w zupełnem prawie, nie czekając jutra, dobrać się
do mego serca i wątroby? Jeśli to prawda, że włosy stają dębem,
moje już z pewnością musiały się podnieść. A może to nigdy nikomu
się nie przytrafiło?
Była wilia Bożego Narodzenia i kazano mi mieszać pudding,
przeznaczony na dzień jutrzejszy; mieszałem go akurat od siódmej do
ósmej wieczorem. Spełniałem to z kulą u nogi (co zmuszało mnie do
ciągłego myślenia o człowieku z żelazną okową) i wciąż czułem, jak
chleb z masłem, zsuwa się do kostki przy najmniejszem poruszeniu,
co w końcu stało się nie do zniesienia. Na szczęście upatrzyłem
dogodną chwilę i wyśliznąłem się do swej izdebki na poddaszu.
- Cóż to! - zawołałem, siadając przy kominku, aby ogrzać się
cokolwiek przed snem. Strzelono z wielkiej armaty?... Słyszysz
Józefie?
- A... - odpowiedział. - Znowu jakiś więzień zbiegł.
- Co to znaczy? - spytałem.
Pani Józefowa, która miała zwyczaj wszędzie wmieszać się ze
swemi objaśnieniami, krzyknęła takim grubym głosem, jakim zwykle
proponowała dozę dziegciowej wody.
- Uciekł! Uciekł!
Powiedziawszy to, zajęła się znów pończoszkową robotą, a ja
korzystając z tego, spytałem szeptem Józefa:
- Co to takiego więzień?
Józef założył swe wargi, jak się to czyni, gdy się mówi
cicho, ale z całej odpowiedzi zrozumiałem tylko jedno słowo "Pip".
- Wczoraj wieczorem - mówił głośno - po zachodzie uciekł
więzień! Strzelono, aby dać znać o ucieczce. Teraz widocznie uciekł
drugi.
- Kto strzelał? - pytałem.
- Co za głupi malec! - wmieszała się siostra, ponuro patrząc
na mnie z poza swej roboty. - Do wszystkiego się musi wtrącić ze
swemi pytaniami. Nie dopytuj się a nikt cię nie okłamie.
Pomyślałem, że źle czyni zapowiadając, że i onaby kłamała,
gdybym do niej zwrócił się z pytaniem. Ale ona nigdy przy nikim nie
liczyła się z wyrażeniami.
W tej chwili Józef jeszcze bardziej podniecił mą ciekawość,
usiłując wymówić jakieś słowo. Nie zrozumiałem go!
- Pani Józefowo - rzekłem, zwracając się do niej, jakby do
pierwszorzędnego źródła, - chciałbym wiedzieć - jeśli się nie
pogniewasz - skąd był ten wystrzał?
- Ach ty nieboskie stworzenie - krzyknęła siostra takim
głosem, jakby powiedziała co innego, niż chciała. - Z pontonu!
- O! - zawołałem, patrząc na Józefa. - Ponton!
Józef kaszlnął z odcieniem wyrzutu, jakby mówił:
- Mówiłem ci!
- A co to takiego ponton?
- No jakże wam się podoba ten malec! - krzyknęła siostra,
wskazując na mnie drutem i z niezadowoleniem kręcąc głową. -
Odpowiedzieć mu na jedno pytanie, on cię zarzuci innemi. Pontony to
więzienne okręty, które stoją tam, daleko za bagnem.
- Chciałbym wiedzieć, kogo tam sadzają i zaco? - pytałem z
rezygnacyą.
Tego już było trochę za wiele dla pani Józefowej, zerwała
się ze swego miejsca.
- Słuchaj, malcze! Nie na to wychowywałam cię "własnemi
rękami", abyś męczył ludzi swemi głupiemi pytaniami! Wielka
zasługa, niema co mówić! Każdy miałby prawo mnie ganić. Na pontony,
widzisz, wyprawiają takich, którzy zabijają, kradną, wyrabiają
fałszywe monety i szkodzą innym. Tacy ludzie zawsze zaczynają od
tego, że męczą wszystkich pytaniami i dlatego - precz, natychmiast
idź spać!
Nigdy mi nie dawali świecy, gdym szedł spać, to też drapałem
się po schodach w zupełnej ciemności; w głowie mi szumiało i
dzwoniło prawdopodobnie stąd, że pani Józefowa akcentowała ostatnie
słowa akompaniamentem, który wykonywała na mej głowie z pomocą
naparstka. Jeszcze większy strach owładnął mną na myśl, że jestem
przeznaczony do pontonów. Widziałem obecnie jasno tę drogę przed
sobą. Zacząłem od pytań, a oto przygotowywałem się okraść panią
Józefową.
Od tego czasu, który pozostał daleko za mną, często
myślałem, że ludzie mało rozumieją, do czego może doprowadzić
dziecko strach. Nie chodzi o to, czy ważną jest jego przyczyna,
chodzi o sam strach. Czułem śmiertelną obawę na myśl o młodzieńcu,
pragnącym mego serca i wątroby; czułem śmiertelny strach na myśl o
jego towarzyszu z żelazną okową; bałem się samego siebie z tego
powodu, że dałem taką okropną obietnicę. A mimo to nie śmiałem;
spodziewać się pomocy ze strony swej wszechmogącej siostry, która
zawsze, w każdym czasie gotową była mnie odepchnąć. Z przerażeniem
myślę o tem, na comógłbym się odważyć dzięki strachowi.
Za każdym razem, gdym; zasypiał tej nocy, zdawało mi się we
śnie, że silny prąd wody niesie mnie rzeką wprost na pontony i że w
tej samej chwili, gdy przepływałem obok szubienicy, widmo pirata
woła do mnie przez tubę, bym lepiej, teraz nie płynął do brzegu, bo
mnie powieszą, w przeciwnym razie zaś odłożą to na później. Bałem
się usnąć, choć chciało mi się spać; wiedziałem, że muszę spełnić
kradzież z pierwszym przebłyskiem dnia. Nocą nic nie mogłem
uczynić, bo ogień wówczas jeszcze nie tak łatwo było wzniecić;
musiałbym w tym celu wziąść hubkę i krzesiwo, a to wywołałoby hałas
podobny do szczęku łańcucha tego pirata.
Gdy czarna aksamitna zasłona nocy, widniejąca za mojem
oknem, obramowała się szarawym blaskiem, wyskoczyłem z pościeli i
zszedłem na dół po schodach. Najmniejszy trzask i szmer, gdy
schodziłem po stopniach, zdawało się, mówiły: "Trzymaj złodzieja!"
lub "Wstawaj Józefie!" W spiżarni, gdzie przygotowano wiele
zapasów, wedle zwyczaju, na nadchodzące święta, przestraszyłem się
okropnie na widok wiszącego zająca, który, jak mi się zdawało,
mrugnął do mnie, gdym był doń zwrócony. Nie miałem jednak czasu do
sprawdzenia swych wrażeń, ani do rozmyślań i wogóle na nic,
musiałem korzystać z każdej chwili. Wziąłem kawał chleba i sera,
pół garnka drobno usiekanego mięsa, zawiązałem to w kawałek płótna,
wraz z wczorajszą kromką chleba z masłem, odlałem z kamiennego
gąsiora trochę wódki do przygotowanej na to szklanej butelki,
poczem dolałem do pełności do kamiennego gąsiora z konewki,
stojącej w kuchennej szafce, wziąłem prócz tego kość z trochą mięsa
i piękny okrągły pieróg nadziany wieprzowiną. Mało już nie
odszedłem bez tego pieroga, ale oglądając półki czy niema tam czego
odpowiedniego, zauważyłem okrągłe, gliniane naczynie, zakryte z
góry; zajrzawszy doń dostrzegłem pierog i zaraz zabrałem go, w
nadziei, że nie tak prędko może być potrzebnym, a zatem nie odrazu
poznają brak jego.
W kuchni były drzwi, łączące ją z kuźnią; otworzyłem je i
wyszukałem pilnik między przyrządami Józefa. Zamknąłem za sobą
drzwi do kuźni, wyszedłem przez te, któremi wróciłem wczoraj z
cmentarza, zamknąłem je i zacząłem biedz ku moczarom.