Wielkie nadzieje - Charles Dickens

Kup ebooka

71.00 zł
58.93 zł (49,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Roz­dział I

Nazwi­sko ojca mego było Pir­rip, na chrzcie zaś dano mi imię Filip. W swym dzie­cin­nym języku połą­czy­łem oba te imiona, które tym spo­so­bem zlały się w krót­sze i łatwiej­sze Pip. I ja sam i wszy­scy ludzie nazy­wali mnie Pipem.

To, że ojciec nazy­wał się Pir­rip, stwier­dzał napis na nagrobku, a także świa­dec­two mej sio­stry Joeowej Gar­gery, żony kowala. Ni­gdy nie widzia­łem ojca i matki, ani nawet ich por­tre­tów (żyli jesz­cze przed wyna­le­zie­niem foto­gra­fii), poję­cie zaś o ich wyglą­dzie łączyło się w mej dzie­cin­nej wyobraźni z nagrob­kami. Kształt liter na nagrobku ojca nasu­nął mi dziwną myśl, że był to rosły, silny i smu­kły męż­czy­zna z czar­nymi, wiją­cymi się wło­sami. Ze stylu zaś napisu na pły­cie matki po dzie­cin­nemu wywnio­sko­wa­łem, że matka moja była kobietą cho­ro­witą, a twarz jej pokry­wały wyrzuty. Pięć małych kamieni o for­mie rom­bo­idal­nej, każdy na pół­to­rej stopy długi, leżą­cych rzę­dem za mogi­łami rodzi­ców i poświę­co­nych pamięci pię­ciu mych bra­cisz­ków, któ­rzy rychło usu­nęli się od udziału w walce życio­wej, wzbu­dzały we mnie dziwne prze­ko­na­nie, które z usza­no­wa­niem pie­lę­gno­wa­łem, że wszy­scy rodzili się, leżąc na grzbie­cie z rękami w kie­sze­niach od spodni i nie wyj­mo­wali ich przez całe swe życie.

Żyli­śmy w bagni­stej oko­licy, w pobliżu rzeki i o dwa­dzie­ścia mil1 od morza. Pierw­sze sil­niej­sze wra­że­nie odnio­słem w życiu pamięt­nego wil­got­nego wie­czora, kiedy po raz pierw­szy zro­zu­mia­łem, że ponure, zaro­słe pokrzy­wami miej­sce było cmen­ta­rzem; że Filip Pir­rip, nale­żący do tej gminy i Geo­r­gina, żona jego, pomarli i są pocho­wani; że Alek­san­der, Bar­tło­miej, Abra­ham, Towit i Roger, dzieci wyżej wymie­nio­nych, pomarły rów­nież i zostały pogrze­bane; że ponure pustynne miej­sce poza cmen­ta­rzem, poprze­ci­nane we wszyst­kich kie­run­kach kana­łami, gro­blami, rowami, na któ­rym gdzie­nie­gdzie pasło się bydło, moczar; że kręta, poły­sku­jąca oło­wiem smuga w dali, rzeka; że wid­nie­jąca na dale­kim hory­zon­cie płasz­czy­zna, od któ­rej dmie wiatr, morze; a mała, drżąca ze stra­chu na widok tego wszyst­kiego i pła­cząca istota, Pip.

- Prze­stań beczeć! - krzyk­nął straszny głos i spoza mogiły w pobliżu kościel­nego por­tyku wynu­rzył się jakiś czło­wiek. - Ciszej, mały dia­ble, bo pode­rżnę ci gar­dło.

Był to straszny czło­wiek w gru­bym sza­rym ubra­niu i z wielką, żela­zną okową na nodze, bez kape­lu­sza, w zno­szo­nych cho­da­kach, z głową okrę­coną w starą, brudną szmatę. Był on prze­mok­nięty na wylot, obry­zgany bło­tem, poka­le­czony o kamie­nie, popa­rzony pokrzywą i pokłuty trzciną. Chro­mał i drżał na całym ciele, oczy jego błysz­czały, a zęby szczę­kały. Schwy­cił mnie za kurtkę.

- Panie, nie pod­rzy­naj mi gar­dła! - bła­ga­łem go ze stra­chem. - Zmi­łuj się, nie czyń tego!

- Jak się nazy­wasz? - rzekł - żywo!

- Pip, panie.

- A dalej - mówił czło­wiek, nale­ga­jąc. - No, mówże!

- Pip... Pip, panie!

- Pokaż, gdzie miesz­kasz - rzekł. - Pokaż pal­cem!

Wska­za­łem stronę, gdzie leżała nasza wio­ska, nad brze­giem rzeki, w odda­le­niu mili, lub nieco wię­cej od kościoła, oto­czona olchami.

Czło­wiek popa­trzył chwilę na mnie, następ­nie wywró­cił mnie na dół głową i wypróż­nił mi kie­sze­nie. Nic w nich nie zna­lazł prócz kawałka chleba. Gdy kościół odzy­skał poprzed­nie poło­że­nie... bo w chwili, gdy mnie schwy­cił za nogi i obró­cił głową w dół, zda­wało mi się, że szczyt jego znaj­duje się u mych stóp, kiedy kościół zna­lazł się w poprzed­nim poło­że­niu, sie­dzia­łem na wyso­kim nagrobku i drża­łem na całym ciele, póki jadł mój kawa­łek chleba.

- No, szcze­niaku - rzekł, obli­zu­jąc wargi - ale też masz pyski!

Tak, policzki moje były dość tłu­ste, choć w ogóle byłem na swój wiek mało roz­wi­nięty.

- Niech mnie dia­bli wezmą, jeśli ich nie zjem - rzekł, groź­nie poru­sza­jąc głową - bo i dla­czego nie miał­bym ich zjeść!

Poważ­nie wyra­zi­łem nadzieję, że tego nie zrobi i jesz­cze sil­niej schwy­ci­łem płytę gro­bowca, na któ­rej mnie posa­dził, po czę­ści aby się na niej utrzy­mać, po czę­ści by stłu­mić łzy.

- Posłu­chaj no! - rzekł czło­wiek. - Gdzie twoja matka?

- Tu, panie - odrze­kłem.

Drgnął, odbiegł na kilka kro­ków, następ­nie sta­nął i zaczął patrzeć na mnie przez ramię.

- Oto tu, panie! - rze­kłem trwoż­li­wie. - Wła­śnie Geo­r­gina. To moja matka.

- O! - rzekł, wra­ca­jąc. - To zna­czy, że twój ojciec wraz z twoją matką?

- Tak, panie! - odpo­wie­dzia­łem. - On rów­nież podzie­lił jej los.

- Aha! - mruk­nął. - U kogoż miesz­kasz?... Jeśli przy­pu­ścimy, że będziesz żył... jesz­cze nic nie zde­cy­do­wa­łem co do tego.

- U sio­stry, panie!... U pani Joeowej Gar­gery... żony Joe Gar­gery'ego, kowala!

- Kowala?! - krzyk­nął i popa­trzył na swą nogę.

Chmur­nie spo­glą­dał kilka razy na nogę, to na mnie, wresz­cie pod­szedł do nagrobka, na któ­rym sie­dzia­łem, schwy­cił mnie za obie ręce i trzy­ma­jąc za nie wygiął mnie w tył, jak mógł naj­wię­cej, tak że oczy jego groź­nie patrzyły na mnie z góry, a ja bez­rad­nie spo­glą­dałem nań z dołu.

- No, słu­chaj! - rzekł. - Cho­dzi o to, czy mam cię zosta­wić przy życiu, czy nie? Wiesz, co to pil­nik?

- Tak, panie!

- A wiesz, co to pokarm?

- Tak, panie!

Za każ­dym pyta­niem prze­chy­lał mnie niżej i niżej, widocz­nie w tym celu, by prze­ko­nać mnie o mej bez­rad­no­ści i nie­bez­pie­czeń­stwie, w jakim się znaj­do­wa­łem.

- Dostar­czysz mi pil­nik? - Prze­chy­lił mnie jesz­cze niżej. - Przy­nie­siesz mi coś do zje­dze­nia? - Jesz­cze mnie prze­giął niżej. - A jeśli nie przy­nie­siesz, wyrwę twe serce i wątrobę! - Jesz­cze naci­snął niżej.

Tak prze­stra­szy­łem się i tak mi się zakrę­ciło w gło­wie, że z całych sił ucze­pi­łem się go rękami i rze­kłem:

- Nie był­byś pan łaskaw posta­wić mnie głową do góry... może wów­czas w gło­wie prze­sta­nie mi się krę­cić i będę mógł lepiej sły­szeć pana.

Zamiast odpo­wie­dzi tak mną zakrę­cił, że zda­wało mi się, jakby wraz ze mną kościół wywró­cił koziołka. Następ­nie chwy­cił mnie za obie ręce, posta­wił na pły­cie gro­bowca i prze­mó­wił do mnie tymi strasz­nymi sło­wami:

- Jutro rano przy­nie­siesz mi pil­nik i coś do zje­dze­nia. I to przy­nie­siesz tu na te stare okopy. Masz to zro­bić i nikomu ni­gdy ani sło­wem, ani zna­kiem nie dasz poznać, żeś widział takiego czło­wieka, jak ja. Tylko wtedy zosta­niesz przy życiu. Odważ się nie posłu­chać mnie i zdradź się jakimś słów­kiem, a natych­miast wyrwę ci serce i wątrobę i pożrę! Nie myśl, że jestem tu sam. Jest tu wraz ze mną jeden mło­dzie­niec. W porów­na­niu z nim jestem praw­dzi­wym anio­łem. Sły­szy każde słowo, jakie mówię do cie­bie i wie dosko­nale, jak należy się roz­pra­wić z takim mal­cem, jak ty i z jego ser­cem i wątrobą. Taki jak ty malec powi­nien uni­kać go. Choć­byś zamy­kał drzwi na klucz, choć­byś krył się w cie­płej pościeli, choć­byś otu­lał się w swą koł­drę, choć­byś myślał, że jesteś zupeł­nie bez­pieczny, młody czło­wiek mimo to cicho, po cichutku prze­krad­nie się do cie­bie i upro­wa­dzi cię z domu. Wiele, bar­dzo wiele trudu mnie kosz­to­wało wstrzy­ma­nie tego czło­wieka, aby się nie roz­pra­wił z tobą. Ach, jak trudno było zatrzy­mać go, by się nie rzu­cił na cie­bie. Cóż powiesz na to?

Przy­rze­kłem mu, że przy­niosę naza­jutrz rano pil­nik i tro­chę jedze­nia, jeśli znajdę.

- Powiedz - "Niech mnie Bóg ska­rze, jeśli nie przyjdę!".

Powtó­rzy­łem te słowa, a on posta­wił mnie na ziemi.

- Uwa­żaj! - mówił. - Pamię­taj, co masz zro­bić i nie zapo­mnij o mło­dym czło­wieku. Idź teraz do domu!

- Dob... dobrej nocy, panie! - ledwo wyją­ka­łem.

- Oczy­wi­ście! - rzekł, obrzu­ca­jąc wzro­kiem wil­gotną, błot­ni­stą oko­licę. - Jed­nego tu tylko można sobie życzyć... by być żabą lub rybą.

Drżąc całym cia­łem, schwy­cił się rękami, jakby w oba­wie, że się roz­leci i uty­ka­jąc powlókł się do niskiego płotu kościel­nego.

Patrzy­łem na niego, kiedy prze­cho­dził wśród pokrzyw i kolą­cych krza­ków, które rosły po brze­gach zie­lo­nego nasypu i zda­wało mi się, że sta­ran­nie omija mogiły, bojąc się, by z nich nie wysu­nęły się ręce mar­twych, nie schwy­ciły go za nogi i nie wcią­gnęły do sie­bie, do mogił.

Doszedł­szy do kościel­nego płotu, prze­lazł prze­zeń, jak czło­wiek, któ­remu nogi zdrę­twiały i nie zgi­nają się, zatrzy­mał się tu i spoj­rzał w moją stronę. Skoro tylko to spo­strze­głem, puści­łem się pędem do domu. Nie usta­jąc w biegu, na jakimś zakrę­cie obej­rza­łem się w tył i widzia­łem, że idzie ku rzece, schwy­ciw­szy się rękami jak poprzed­nio, z tru­dem prze­su­wa­jąc chorą nogę po ogrom­nych kamie­niach, roz­rzu­co­nych tu i tam dla wygody pie­szych na czas ulew­nych desz­czów i powo­dzi.

Moczar wid­niał na hory­zon­cie jakby długa ciemna smuga, kiedy znowu się zatrzy­ma­łem, by spoj­rzeć na niego, rzeka też wyglą­dała, jak smuga, ale nie tak już sze­roka i czarna, niebo zaś poza nią, jak pasmo smug kolo­ro­wych, poroz­dzie­la­nych ciem­nymi. Na samym brzegu rzeczki led­wie mogłem roz­róż­nić dwa czer­nie­jące przed­mioty obok sie­bie; jed­nym z nich była wie­cha, przy któ­rej lądo­wali rybacy; był to drąg, na szczy­cie któ­rego zatknięto dnem do góry beczkę bez obrę­czy. Dru­gim przed­mio­tem była szu­bie­nica, a na niej resztki łań­cu­chów, na któ­rych nie­gdyś powie­szono pirata. Czło­wiek szedł w stronę tej ostat­niej; jakby sam był pira­tem, który zmar­twych­wstał i poja­wił się tu, by go znowu powie­szono. Myśl ta prze­stra­szyła mnie i zda­wało mi się, że krowy też popod­no­siły łby i patrzyły za nimi, choć nie mogłem pojąć o czym w ogóle mogły myśleć. Ogląd­ną­łem się dookoła, czy nie ma gdzie w pobliżu strasz­nego mło­dzieńca, ale ni­gdzie nie doj­rza­łem naj­mniej­szych śla­dów jego obec­no­ści. Znowu mnie ogar­nął strach i, nie zatrzy­mu­jąc się ani chwili, pobie­głem do domu.

Rozdział II

Roz­dział II

Sio­stra moja, pani Joeowa Gar­gery była o dwa­dzie­ścia lat star­sza ode mnie i cie­szyła się wiel­kim wzię­ciem u sąsia­dów, dla­tego że wycho­wy­wała mnie "twardą ręką". Wiele razy wów­czas pró­bo­wa­łem wyja­śnić zna­cze­nie tego dziw­nego wyra­że­nia, a wie­dząc, jak ciężka i silna była jej ręka, i jak czę­sto kła­dła ją na swego męża i na mnie, dosze­dłem do prze­ko­na­nia, że taką ręką wycho­wuje nie tylko mnie, ale i Joe Gar­gery'ego.

Nie na dobro­duszną wyglą­dała moja sio­stra i robiła takie na mnie wra­że­nie, jakby swą "ręką" wzięła za męża Joe Gar­gery'ego. Joe był bar­dzo pięk­nym męż­czy­zną, z jasnymi, wiją­cymi się wło­sami, spa­da­ją­cymi na twarz, z oczyma nie­okre­ślo­nego błę­kit­nego koloru, zle­wa­ją­cego się z biał­kami oczu. Był to nad­zwy­czaj ule­gły, dobro­duszny, czuły i wesoły czło­wiek i dobry towa­rzysz, Her­ku­les z wyglądu i ze sła­bo­ści swego cha­rak­teru.

Sio­stra moja miała czarne włosy, czarne oczy i nie­zwy­kle czer­woną twarz; tak, że czę­sto przy­cho­dziło mi do głowy, czy zamiast mydła nie używa do mycia musz­ka­to­ło­wego kwiatu. Wzro­stu wyso­kiego, kości­sta, nosiła zawsze gruby far­tuch, zwią­zany z tyłu w dwie pętle, z czwo­ro­boczną zasłoną na piersi, całą nabitą igłami i szpil­kami. Far­tuch ten uwa­żała za spe­cjalną ze swej strony zasługę i wiecz­nie robiła wymówki Joe, że musiała go nosić. Nie wiem doprawdy, dla­czego go nosiła, ale jeżeli już musiała nosić, czemu nie zdej­mo­wała go przez cały dzień.

Kuź­nia Joe przy­le­gała do naszego domu, zbu­do­wa­nego z drewna, jak więk­szość budyn­ków naszej oko­licy w tym cza­sie. Gdy przy­bie­głem z cmen­ta­rza, kuź­nia była już zamknięta, a Joe sie­dział w kuchni. Joe i ja byli­śmy współ­uczest­ni­kami cier­pień i żyli­śmy z sobą w przy­jaźni. Tym razem nie zdą­ży­łem otwo­rzyć drzwi i zaj­rzeć do kuchni, gdy po przy­ja­ciel­sku rzekł mi:

- Pani Joeowa już ze dwa­dzie­ścia razy wycho­dziła cię szu­kać, Pip! Przed chwilą wyszła znowu.

- Tak?

- Tak, Pip - rzekł Joe - a co gor­sza wzięła ze sobą "łaskotkę".

Usły­szaw­szy nie­miłą wia­do­mość, posu­ną­łem się ku świa­tłu i zaczą­łem krę­cić jedyny guzik mej kurtki, póki się cał­kiem nie ode­rwał. "Łaskotką" nazy­wa­li­śmy trzcinę z cien­kim koń­cem, która zmię­kła od czę­stego sty­ka­nia się z moim wierzch­nim odzie­niem.

- To sia­dała - mówił Joe - to zry­wała się, chwy­tała za rózgę, rzu­cała się i mio­tała. Ot co wypra­wiała - mówił, popra­wia­jąc pogrze­ba­czem w komi­nie. - Tak, Pip, rzu­cała się i mio­tała!

- A dawno wyszła, Joe?

Zawsze zwra­ca­łem się do niego, jak do star­szego dziecka, albo do rów­nego.

- Tak - odpo­wie­dział, patrząc na zega­rek - z pięć minut temu. Pip! Idzie!... Skryj się prędko przy­ja­cielu za drzwi!... Tu, za ręcz­nik!

Usłu­cha­łem go. Sio­stra żywo otwo­rzyła drzwi i w tej chwili poczuła za nimi jakąś prze­szkodę, od razu domy­śliła się co to i puściła w ruch rózgę. W końcu pchnęła mnie na Joe, czę­sto słu­ży­łem jej za przed­miot do rzu­ca­nia w mał­żeń­skich nie­po­ro­zu­mie­niach, a Joe, zado­wo­lony, że mógł mnie wes­przeć, wsu­nął mnie w zagłę­bie­nie kominka i zasło­nił sobą.

- Gdzieś prze­pa­dał, smar­ka­czu? - rze­kła, tupiąc nogą. - Mów mi zaraz, gdzieś prze­pa­dał? Cóż to? Ha? Chcia­łeś mnie zanie­po­koić? Chcia­łeś mnie prze­stra­szyć? Wyrzucę was wszyst­kich stąd, choćby było pięć­dzie­się­ciu Pipów i pię­ciu­set Gar­ge­rych.

- Byłem tylko na cmen­ta­rzu - odpo­wie­dzia­łem ze swego miej­sca - pła­cząc i roz­cie­ra­jąc sobie ciało.

- Na cmen­ta­rzu! - Gdyby mnie nie było, dawno byś już był na cmen­ta­rzu! Kto cię "wła­sną ręką" wycho­wał?

- Ty - odpo­wie­dzia­łem.

- A jak to uczy­ni­łam, rada bym wie­dzieć?

- Nie wiem - wyją­ka­łem.

- Nie wiesz! A ja wiem, że już ni­gdy wię­cej tego nie uczy­nię. Śmiało mogę powie­dzieć, że ani razu nie zdję­łam tego far­tu­cha od czasu twego naro­dze­nia. Dość mi, że jestem żoną kowala, jesz­cze mam być twoją matką!

Smutno patrzy­łem na ogień i różne myśli prze­la­ty­wały mi przez głowę. Myśla­łem o zbiegu z żela­zną okową na nodze, o tajem­ni­czym mło­dym czło­wieku, o pil­niku, o poży­wie­niu, o przy­gnia­ta­ją­cym mnie stra­chu, pod wpły­wem któ­rego goto­wa­łem się okraść ludzi, co dali mi przy­tu­łek; zda­wało mi się, że roz­ża­rzone węgle w kominku z wyrzu­tem patrzą na mnie.

- Ach! - mówiła, sta­wia­jąc trzcinkę na zwy­kłe miej­sce. - Cmen­tarz... tak! O czym macie obaj mówić, jak nie o cmen­ta­rzu! (Żaden z nas ani słowa o cmen­ta­rzu nie wspo­mniał.) Czy wcze­śniej, czy póź­niej zło­ży­cie mnie na cmen­ta­rzu, zło­ży­cie!... Piękna z was będzie parka beze mnie, lepiej już o tym nie mówić.

Póki pani Joeowa krzą­tała się, przy­go­to­wu­jąc her­batę, Joe pil­nie patrzył na mnie, jakby roz­wa­żał, jaka by z nas była para, gdyby wbrew ocze­ki­wa­niom speł­niło się wyżej wspo­mniane zda­rze­nie. Sie­dział wciąż w jed­na­ko­wej pozy­cji, gła­dząc prawą ręką swe włosy i boko­brody, śle­dząc uważ­nie oczyma wszyst­kie ruchy pani Joeowej, co czy­nił zwy­kle, gdy była w takim uspo­so­bie­niu.

Sio­stra zawsze jed­na­kowo przy­go­to­wy­wała nam chleb z masłem. Sil­nie przy­ci­skała boche­nek do swej sukni na piersi, wsku­tek czego wbi­jały się weń i szpilki i dosta­wały się z nim do naszych ust. Potem brała nożem masło (nie­zbyt wiele) i sma­ro­wała nim chleb po apte­kar­sku, jak pla­ster, posłu­gu­jąc się przy tej czyn­no­ści obiema stro­nami noża z nad­zwy­czajną zręcz­no­ścią i wprawą, i kunsz­tow­nie zbie­rała masło z brze­gów skórki. Wygła­dziw­szy nożem powierzch­nię masła, odkra­wała grubą kromkę i, nie odej­mu­jąc jej od bochenka, dzie­liła na pół, po czym połowę poda­wała Joe a drugą mnie.

Tego dnia byłem głodny, lecz nie mogłem się zde­cy­do­wać na zje­dze­nie swej por­cji. Czu­łem, że powi­nie­nem zosta­wić cokol­wiek w zapa­sie dla strasz­nego zna­jo­mego i jego wspól­nika, okrop­nego mło­dego czło­wieka. Wie­dzia­łem, jak porząd­nie pro­wa­dziła swe gospo­dar­stwo pani Joeowa i sądzi­łem, że naj­sta­ran­niej­sze poszu­ki­wa­nia nie dostar­czą mi nic, czym by się można było poży­wić; dla­tego zde­cy­do­wa­łem się ukryć swój kawa­łek chleba z masłem, prze­pusz­cza­jąc go mię­dzy spodniami a nogą.

Nie­ła­two, oj, jak nie­ła­two było to speł­nić. Lżej by mi było zesko­czyć z dachu wyso­kiego domu lub nur­ko­wać w głę­bo­kiej wodzie. A jesz­cze trud­niej było uczy­nić to tak, by nie doj­rzał Joe. Już wspo­mnia­łem, że żyli­śmy w przy­jaźni i mie­li­śmy zwy­czaj wie­czo­rami porów­ny­wać, kto z nas prę­dzej zje swą kromkę; mil­cząc też poka­zy­wa­li­śmy ją sobie wza­jem­nie, jakby pobu­dza­jąc jeden dru­giego. I tym razem Joe parę razy poka­zy­wał mi swój szybko zmniej­sza­jący się kawa­łek, dając mi znak, bym przy­stą­pił do zwy­kłych wyści­gów, za każ­dym jed­nak razem, ku swemu zadzi­wie­niu widział, że sie­dzę, jak poprzed­nio, trzy­ma­jąc na jed­nym kola­nie żółty kubek z her­batą, a na dru­gim nie­tknięty kawa­łek chleba z masłem. Wresz­cie, tra­cąc nadzieję, zde­cy­do­wa­łem, że cokol­wiek by się stało, muszę to uczy­nić i to w naj­prost­szej for­mie, sto­sow­nie do oko­licz­no­ści. Korzy­sta­jąc z chwili, gdy Joe, popa­trzyw­szy na mnie, odwró­cił się, wsu­ną­łem chleb do spodni.

Joe widocz­nie roz­stro­jony tym, że stra­ci­łem ape­tyt, w zamy­śle­niu, bez żad­nego zado­wo­le­nia, odgry­zał kąsek za kąskiem. Wol­niej niż zwy­kle żuł je, zatrzy­mu­jąc się chwi­lami, a potem łykał, jak pigułki. Miał zamiar odgryźć nowy kąsek i już pochy­lił na bok głowę, aby móc to łatwiej uczy­nić, gdy nagle wzrok jego padł na mnie i spo­strzegł, że moja kromka chleba gdzieś zni­kła.

Tak był zdzi­wiony tym, co się stało, że z chle­bem w ustach wytrzesz­czył na mnie oczy, co oczy­wi­ście nie mogło ujść uwagi sio­stry.

- Co się stało? - zapy­tała, sta­wia­jąc kubek na stół.

- Słu­chaj no - mru­czał do mnie Joe, kiwa­jąc głową z wyrzu­tem - Pip, przy­ja­cielu! Biedy się dopy­tasz. Udła­wisz się... Prze­cież nie zdą­ży­łeś go pogryźć!

- Cóż tam takiego się stało? - pytała sio­stra, jesz­cze ostrzej­szym tonem.

- Jeśli możesz odkaszl­nąć Pip, zmi­łuj się, uczyń to - mówił Joe, prze­cho­dząc stop­niowo do obawy. - Sztuka sztuką, a zdro­wie zdro­wiem.

Sio­stra wresz­cie stra­ciła cier­pli­wość i, rzu­ciw­szy się na Joe, dwa razy szarp­nęła go za boko­brody i ude­rzyła nim o ścianę; sie­dzia­łem, nie rusza­jąc się na miej­scu, czu­jąc, że jestem winny tego, co się stało.

- No, teraz spo­dzie­wam się, że mi powiesz o co cho­dzi, ośle! - zawo­łała sio­stra, zady­szana z pod­nie­ce­nia.

Joe bez­rad­nie spoj­rzał na nią, potem rów­nież bez­rad­nie na mnie.

- Wiesz co, Pip - mówił uro­czy­ście, trzy­ma­jąc ostatni kęs chleba w ustach, i to takim przy­ja­ciel­skim tonem, jak­by­śmy byli obaj równi. - Ale to połknąć taki nie­zwy­kły kęs!...

- Wszystko od razu połknął... tak?! - krzyk­nęła sio­stra.

- Wiesz, przy­ja­cielu, robi­łem i ja takie sztuki, gdy byłem w twoim wieku... i to dość czę­sto... z takimi samymi chłop­cami... ale ni­gdy nie widzia­łem, aby kto­kol­wiek poły­kał takie kawały. I jak ty od tego nie zgi­ną­łeś!

Sio­stra moja, jak sza­lona, rzu­ciła się ku mnie, schwy­ciła za włosy i nic wię­cej nie rze­kła, prócz tych strasz­nych słów:

- Chodź mi zaraz i pij lekar­stwo!

Jakiś nie­go­dziwy lekarz wpro­wa­dził w tym cza­sie w uży­cie dzieg­ciową wodę, jako lekar­stwo na wszyst­kie cho­roby, a pani Joeowa miała w swo­jej szafce znaczną ilość tego środka; wie­rzyła, że lecz­ni­cze jego wła­ści­wo­ści odpo­wia­dają zupeł­nie jego obrzy­dłemu sma­kowi. Lecz­ni­czy elik­sir, jako śro­dek wzmac­nia­jący, wiele już razy we mnie wle­wano w takiej ilo­ści, że czuć było ode mnie dzieg­ciem, jakby od świeżo posmo­lo­nego par­kanu. Tego wie­czora doza, prze­zna­czona dla mnie, doszła naj­więk­szych roz­mia­rów; pani Joeowa wlała mi ją wprost z butelki, ści­ska­jąc mą głowę pod ręką. Joe musiał wypić połowę dozy pod pozo­rem, że "źle mu się zro­biło". Sądząc po sobie, mogę istot­nie przy­znać, że źle mi się robiło nie tylko przed przy­ję­ciem lekar­stwa, ale i po przy­ję­ciu.

Nie ma nic przy­krzej­szego nad wyrzuty sumie­nia, które męczą doro­słego czło­wieka lub dziecko, zwłasz­cza jeśli do nich przy­łą­cza się jesz­cze cięż­kie brze­mię, ukryte w spodniach; wów­czas (mogę to stwier­dzić wła­snym doświad­cze­niem) zno­szą ludzie naj­więk­szą karę w świe­cie. Świa­do­mość, że mam zamiar okraść panią Joeową (ni­gdy nie myśla­łem, że i Joe, ponie­waż gospo­dar­stwa nie uwa­ża­łem za jego wła­sność) połą­czona z koniecz­no­ścią przy­trzy­my­wa­nia chleba z masłem, gdy sie­dzia­łem, albo gdy musia­łem przejść po coś przez kuch­nię, dopro­wa­dzała mnie do roz­pa­czy. Gdy wiatr, wie­jący od moczaru, wpa­dał do komina i pod­nie­cał pło­mień ogni­ska, zdało mi się, że sły­szę skądś z zewnątrz głos czło­wieka z żela­zną okową u nogi, mówiący, że nie myśli umrzeć z głodu do jutra i żąda­jący, by mu natych­miast jeść dano. Potem myśla­łem nad tym, co będzie, jeśli mło­dzie­niec, któ­rego wstrzy­my­wał z takim tru­dem, aby nie rzu­cił się na mnie, straci wresz­cie cier­pli­wość, albo omyli się co do czasu i będzie się czuł w zupeł­nym pra­wie, nie cze­ka­jąc jutra, dobrać się do mego serca i wątroby? Jeśli to prawda, że włosy stają dęba, moje już z pew­no­ścią musiały się pod­nieść. A może to ni­gdy nikomu się nie przy­tra­fiło?

Była wigi­lia Bożego Naro­dze­nia i kazano mi mie­szać pud­ding, prze­zna­czony na dzień jutrzej­szy; mie­sza­łem go aku­rat od siód­mej do ósmej wie­czo­rem. Speł­nia­łem to z kulą u nogi (co zmu­szało mnie do cią­głego myśle­nia o czło­wieku z żela­zną okową) i wciąż czu­łem, jak chleb z masłem zsuwa się do kostki przy naj­mniej­szem poru­sze­niu, co w końcu stało się nie do znie­sie­nia. Na szczę­ście upa­trzy­łem dogodną chwilę i wśli­zną­łem się do swej izdebki na pod­da­szu.

- Cóż to! - zawo­ła­łem, sia­da­jąc przy kominku, aby ogrzać się cokol­wiek przed snem. - Strze­lono z wiel­kiej armaty?... Sły­szysz, Joe?

- A... - odpo­wie­dział. - Znowu jakiś wię­zień zbiegł.

- Co to zna­czy? - spy­ta­łem.

Pani Joeowa, która miała zwy­czaj wszę­dzie wmie­szać się ze swymi obja­śnie­niami, krzyk­nęła takim gru­bym gło­sem, jakim zwy­kle pro­po­no­wała dozę dzieg­cio­wej wody.

- Uciekł! Uciekł!

Powie­dziaw­szy to, zajęła się znów poń­czosz­kową robotą, a ja korzy­sta­jąc z tego, spy­ta­łem szep­tem Joe:

- Co to takiego wię­zień?

Joe zało­żył swe wargi, jak się to czyni, gdy się mówi cicho, ale z całej odpo­wie­dzi zro­zu­mia­łem tylko jedno słowo - "Pip".

- Wczo­raj wie­czo­rem - mówił gło­śno - po zacho­dzie uciekł wię­zień! Strze­lono, aby dać znać o ucieczce. Teraz widocz­nie uciekł drugi.

- Kto strze­lał? - pyta­łem.

- Co za głupi malec! - wmie­szała się sio­stra, ponuro patrząc na mnie spoza swej roboty. - Do wszyst­kiego się musi wtrą­cić ze swymi pyta­niami. Nie dopy­tuj się, a nikt cię nie okła­mie.

Pomy­śla­łem, że źle czyni zapo­wia­da­jąc, że i ona by kła­mała, gdy­bym do niej zwró­cił się z pyta­niem. Ale ona ni­gdy przy nikim nie liczyła się z wyra­że­niami.

W tej chwili Joe jesz­cze bar­dziej pod­nie­cił mą cie­ka­wość, usi­łu­jąc wymó­wić jakieś słowo. Nie zro­zu­mia­łem go!

- Pani Joeowo - rze­kłem, zwra­ca­jąc się do niej, jakby do pierw­szo­rzęd­nego źró­dła, chciał­bym wie­dzieć, jeśli się nie pognie­wasz, skąd był ten wystrzał?

- Ach, ty nie­bo­skie stwo­rze­nie! - krzyk­nęła sio­stra takim gło­sem, jakby powie­działa co innego, niż chciała. - Z pon­tonu!

- O! - zawo­ła­łem, patrząc na Joe. - Pon­ton!

Joe kaszl­nął z odcie­niem wyrzutu, jakby mówił:

- Mówi­łem ci!

- A co to takiego pon­ton?

- No jakże wam się podoba ten malec?! - krzyk­nęła sio­stra, wska­zu­jąc na mnie dru­tem i z nie­za­do­wo­le­niem krę­cąc głową. - Odpo­wie­dzieć mu na jedno pyta­nie, on cię zarzuci innymi. Pon­tony to wię­zienne okręty, które stoją tam, daleko za bagnem.

- Chciał­bym wie­dzieć, kogo tam sadzają i za co? - pyta­łem z rezy­gna­cją.

Tego już było tro­chę za wiele dla pani Joeowej, zerwała się ze swego miej­sca.

- Słu­chaj, mal­cze! Nie na to wycho­wy­wa­łam cię "wła­snymi rękami", abyś męczył ludzi swymi głu­pimi pyta­niami! Wielka zasługa, nie ma co mówić! Każdy miałby prawo mnie ganić. Na pon­tony, widzisz, wypra­wiają takich, któ­rzy zabi­jają, kradną, wyra­biają fał­szywe monety i szko­dzą innym. Tacy ludzie zawsze zaczy­nają od tego, że męczą wszyst­kich pyta­niami i dla­tego precz, natych­miast idź spać!

Ni­gdy mi nie dawali świecy, gdy sze­dłem spać, to też dra­pa­łem się po scho­dach w zupeł­nej ciem­no­ści; w gło­wie mi szu­miało i dzwo­niło praw­do­po­dob­nie stąd, że pani Joeowa akcen­to­wała ostat­nie słowa akom­pa­nia­men­tem, który wyko­ny­wała na mej gło­wie z pomocą naparstka. Jesz­cze więk­szy strach owład­nął mną na myśl, że jestem prze­zna­czony do pon­to­nów. Widzia­łem obec­nie jasno tę drogę przed sobą. Zaczą­łem od pytań, a oto przy­go­to­wy­wa­łem się okraść panią Joeową.

Od tego czasu, który pozo­stał daleko za mną, czę­sto myśla­łem, że ludzie mało rozu­mieją, do czego może dopro­wa­dzić dziecko strach. Nie cho­dzi o to, czy ważna jest jego przy­czyna, cho­dzi o sam strach. Czu­łem śmier­telną obawę na myśl o mło­dzieńcu, pra­gną­cym mego serca i wątroby; czu­łem śmier­telny strach na myśl o jego towa­rzy­szu z żela­zną okową; bałem się samego sie­bie z tego powodu, że dałem taką okropną obiet­nicę. A mimo to nie śmia­łem spo­dzie­wać się pomocy ze strony swej wszech­mo­gą­cej sio­stry, która zawsze, w każ­dym cza­sie gotowa była mnie ode­pchnąć. Z prze­ra­że­niem myślę o tym, na co mógł­bym się odwa­żyć dzięki stra­chowi.

Za każ­dym razem, gdy zasy­pia­łem tej nocy, zda­wało mi się we śnie, że silny prąd wody nie­sie mnie rzeką wprost na pon­tony i że w tej samej chwili, gdy prze­pły­wa­łem obok szu­bie­nicy, widmo pirata woła do mnie przez tubę, bym lepiej teraz nie pły­nął do brzegu, bo mnie powie­szą, w prze­ciw­nym razie zaś odłożą to na póź­niej. Bałem się usnąć, choć chciało mi się spać; wie­dzia­łem, że muszę speł­nić kra­dzież z pierw­szym prze­bły­skiem dnia. Nocą nic nie mogłem uczy­nić, bo ogień wów­czas jesz­cze nie tak łatwo było wznie­cić; musiał­bym w tym celu wziąć hubkę i krze­siwo, a to wywo­ła­łoby hałas podobny do szczęku łań­cu­cha tego pirata.

Gdy czarna, aksa­mitna zasłona nocy, wid­nie­jąca za moim oknem, obra­mo­wała się sza­ra­wym bla­skiem, wysko­czy­łem z pościeli i zsze­dłem po scho­dach. Naj­mniej­szy trzask i szmer, gdy scho­dzi­łem po stop­niach, zda­wało się, mówiły: "Trzy­maj zło­dzieja!", lub "Wsta­waj Joe!". W spi­żarni, gdzie przy­go­to­wano wiele zapa­sów, wedle zwy­czaju, na nad­cho­dzące święta, prze­stra­szy­łem się okrop­nie na widok wiszą­cego zająca, który, jak mi się zda­wało, mru­gnął do mnie, gdy byłem doń zwró­cony. Nie mia­łem jed­nak czasu do spraw­dze­nia swych wra­żeń, ani do roz­my­ślań i w ogóle na nic, musia­łem korzy­stać z każ­dej chwili. Wzią­łem kawał chleba i sera, pół garnka drobno usie­ka­nego mięsa, zawią­za­łem to w kawa­łek płótna, wraz z wczo­raj­szą kromką chleba z masłem, odla­łem z kamien­nego gąsiora tro­chę wódki do przy­go­to­wa­nej na to szkla­nej butelki, po czym dola­łem do peł­no­ści do kamien­nego gąsiora z konewki sto­ją­cej w kuchen­nej szafce, wzią­łem prócz tego kość z tro­chą mięsa i piękny okrą­gły pie­róg nadziany wie­przo­winą. Mało już nie odsze­dłem bez tego pie­roga, ale oglą­da­jąc półki, czy nie ma tam czego odpo­wied­niego, zauwa­ży­łem okrą­głe gli­niane naczy­nie, zakryte z góry; zaj­rzaw­szy doń dostrze­głem pie­róg i zaraz zabra­łem go, w nadziei, że nie tak prędko może być potrzebny, a zatem nie od razu poznają brak jego.

W kuchni były drzwi łączące ją z kuź­nią; otwo­rzy­łem je i wyszu­ka­łem pil­nik mię­dzy przy­rzą­dami Joe. Zamkną­łem za sobą drzwi do kuźni, wysze­dłem przez te, któ­rymi wró­ci­łem wczo­raj z cmen­ta­rza, zamkną­łem je i zaczą­łem biec ku mocza­rom.

Rozdział III

Roz­dział III

Ranek był chmurny i mgli­sty. Zewnętrzna strona mego maleń­kiego okna była obsiana osia­dłymi na niej kro­pel­kami wil­goci, jakby jakiś leśny duch prze­pła­kał nad nim całą noc i przez ten czas posłu­gi­wał się nim, jak chustką. Wszystko dookoła pokryte było wil­gocią, błysz­czącą na nagich pło­tach i wątłej tra­wie, podobną do gru­bej paję­czyny, wią­żą­cej gałązki roślin. Ta sama kle­ista wil­goć pokry­wała par­kany i bramy, a z bagna pod­no­siła się tak gęsta mgła, że dotąd nie doj­rza­łem drew­nia­nego palca, wska­zu­ją­cego drogę do naszej wio­ski, do któ­rej zresztą nikt ni­gdy nie zacho­dził. Gdy zaś spoj­rza­łem nań i widzia­łem, jak mgła kro­pla za kro­plą spa­dała w dół, wydał mi się wid­mem, wska­zu­ją­cym mi pon­ton.

Mgła gęst­niała w miarę zbli­ża­nia się do moczaru, tak że teraz już nie ja bie­głem do ota­cza­ją­cych mnie przed­mio­tów, lecz one ku mnie. Zanie­po­ko­jone sumie­nie zwięk­szało jesz­cze nie­przy­jem­ność wycieczki. Wrota, napisy i rowy rwały się ku mnie przez mgłę i krzy­czały: "Malec z czymś w rodzaju pie­roga z wie­przo­winą! Zatrzy­maj­cie go!". Zupeł­nie nie­spo­dzia­nie poja­wiło się przede mną bydło z roz­dę­tymi noz­drzami, z któ­rych buchała para. "Ej, ty, mały zło­dzieju!". Czarny byk z białą plamą na szyi, która wyda­wała się memu win­nemu sumie­niu podobna do koł­nie­rza pastora, upo­rczy­wie wpi­jał się we mnie oczami i z takim peł­nym wyrzutu wyra­zem poru­szał głową, że nie mogłem wytrzy­mać i zawo­ła­łem: "Nie jestem nic winien, panie! Zro­bi­łem to nie dla sie­bie!". W odpo­wie­dzi na to schy­lił łeb, wypu­ścił z noz­drzy kłąb pary, zadarł ogon i, kop­nąw­szy tyl­nymi nogami, znikł w jed­nej chwili.

Cały ten czas sze­dłem ku rzece. Pomimo tego, że szybko posu­wa­łem się naprzód, nie mogłem roz­grzać nóg; chłód i wil­goć tak ści­śle je objęły, jak żela­zna okowa nogę czło­wieka, do któ­rego sze­dłem. Dobrze zna­łem drogę do oko­pów, bo czę­sto w nie­dzielę przy­cho­dzi­łem tu z Joe, który sie­dząc raz ze mną na sta­rej arma­cie, mówił, że nie­raz wypra­wiać się tu będziemy, gdy zostanę jego uczniem. Tym­cza­sem skut­kiem gęstej mgły zsze­dłem w prawo z wła­ści­wej drogi i musia­łem wra­cać w dół rzeki błot­ni­stym wybrze­żem, pokry­tym śli­skimi kamie­niami i wie­chami, wska­zu­ją­cymi linię, do któ­rej docho­dzi wylew rzeki. Dążąc naprzód z moż­liwą dla mnie szyb­ko­ścią, prze­brną­łem rów w pobliżu oko­pów i chcia­łem już biec po nasy­pie z dru­giej strony rowu, gdy nagle ujrza­łem sie­dzącego czło­wieka. Zwró­cony ple­cami ku mnie, ze zło­żo­nymi rękami i nisko pochy­lony naprzód, spał twardo.

Pomy­śla­łem, że bar­dzo się ucie­szy, gdy w tak nie­spo­dzie­wany spo­sób otrzyma śnia­da­nie i dla­tego ostroż­nie pod­sze­dłem ku niemu i z lekka dotkną­łem go w ramię. Szybko zerwał się na nogi i zoba­czy­łem nie wczo­raj­szego, lecz jakie­goś innego czło­wieka.

Miał taką samą grubą szarą odzież, taką samą wielką żela­zną okowę, także uty­kał i mówił chra­pli­wym gło­sem, drżał od chłodu i wszystko było podobne, jak u tam­tego czło­wieka, z wyjąt­kiem twa­rzy i pła­skiego z sze­ro­kim skrzy­dłem kape­lu­sza na gło­wie. Wszystko to zmiar­ko­wa­łem w jed­nej sekun­dzie. On zaś ze strasz­nym prze­kleń­stwem rzu­cił się ku mnie i chciał mnie ude­rzyć, ale nie tra­fił, pośli­znął się, mało nie upadł i zaczął ucie­kać, potknął się jesz­cze dwa, trzy razy i znikł we mgle.

Sta­now­czo jest to wła­śnie ten młody czło­wiek! - pomy­śla­łem i serce me zabiło na tę myśl. Mogę dodać, że poczuł­bym też i ból w wątro­bie, gdy­bym wie­dział tylko, gdzie się ona znaj­duje.

Wkrótce potem byłem w oko­pach i zasta­łem wczo­raj­szego ska­zańca, który w ocze­ki­wa­niu na mnie błą­kał się tu i tam. Było mu widocz­nie bar­dzo zimno. Myśla­łem, że pad­nie na zie­mię i umrze z zimna w mej obec­no­ści. Oczy jego pło­nęły żądzą jadła, i gdy mu poda­łem pil­nik, z zimną krwią odło­żył go na bok na trawę, a całą swą uwagę sku­pił na zawi­niątku w mych rękach. Tym razem nie wykrę­cał mnie głową w dół, stał spo­koj­nie i patrzył, jak wypróż­nia­łem kie­sze­nie.

- Co tam masz w butelce, mały? - zapy­tał.

- Wódkę.

Jadł już przy­nie­sione drobno sie­kane mięso, wpy­cha­jąc je do ust, nie jak czło­wiek zaspo­ka­ja­jący swój głód, lecz jak ten, co w pośpie­chu pakuje swe rze­czy do walizki. Zatrzy­mał się tylko na chwilę, aby wypić kilka łyków wódki. Drżał całym cia­łem i zda­wało mi się, że odgry­zie i połknie szyjkę butelki.

- Ma pan pewno febrę? - spy­ta­łem.

- To samo myślę, mój mały! - odpo­wie­dział.

- Tu nie­zdrowe miej­sce - rze­kłem. - Pan leżał na ziemi, a tu mokro i łatwo się naba­wić febry... lub reu­ma­ty­zmu.

- Jesz­cze zdążę zjeść śnia­da­nie, zanim śmierć nastąpi - powie­dział. - I będę jadł, choćby mnie potem mieli pro­wa­dzić na szu­bie­nicę. Nic to, usta­nie ten dreszcz, usta­nie... gotów jestem się z tobą zało­żyć, mal­cze!

Chci­wie łykał drobno sie­kane mięso, chleb, ser, pie­rogi z wie­przo­winą bez wyboru, jedne za dru­gim, z trwogą spo­glą­da­jąc w mgłę ota­cza­jącą nas i od czasu do czasu prze­sta­jąc żuć, by nasłu­chi­wać. Każdy rze­czy­wi­sty i uro­jony odgłos, czy dźwięk żelaza na rzece, czy wrzask cze­goś żyją­cego na mocza­rze trwo­żyły go i wów­czas pytał:

- Nie myślisz ty mnie, dia­ble, oszu­kać? Nikogo nie spro­wa­dzi­łeś ze sobą?

- Nie, panie! Nie!

- A poli­cji nie zawia­do­mi­łeś?

- Nie!

- No, dobrze - rzekł - wie­rzę ci. I to prawda! Na cóż by się przy­dał taki szcze­niak, jak ty, gdyby w twych latach zamy­ślał poma­gać innym do drę­cze­nia na śmierć tak nie­szczę­śli­wego stwo­rze­nia, jak ja.

Dziw­nie zagrało mu w ustach przy tych ostat­nich sło­wach, wytarł oczy podar­tym, gru­bym ręka­wem.

Było mi go bar­dzo żal, a widząc, jak stop­niowo zabrał się do pie­roga z wie­przo­winą, rze­kłem mu wresz­cie:

- Bar­dzo jestem zado­wo­lony, że pie­róg panu sma­kuje.

- Co mówisz?

- Rad jestem, że pie­róg panu sma­kuje.

- Dzię­kuję, mój mały! Tak, sma­kuje mi.

Czę­sto przy­glą­da­łem się, jak jadł pokarm nasz podwó­rzowy pies i zna­la­złem wiele podo­bień­stwa w spo­so­bie ich jedze­nia. Podob­nie jak pies z początku odgry­zał kęsy, chwy­tał je i spiesz­nie, nie żując ich, poły­kał, oglą­da­jąc się rów­no­cze­śnie na wszyst­kie strony, jakby w oba­wie, czy się kto nie pojawi i nie wyrwie mu pie­roga. Znaj­do­wał się w ogóle w takim sta­nie, że z tru­dem mógł oce­nić war­tość pie­roga, choć nikomu z pew­no­ścią nie pozwo­liłby podzie­lić go z sobą bez wyszcze­rze­nia zębów na nie­pro­szo­nego gościa. Wtem zupeł­nie był podobny do psa.

- Boję się, że nic nie zostawi pan dla niego - nie­śmiało zauwa­ży­łem po chwili mil­cze­nia, pod­czas któ­rego namy­śla­łem się, czy nie będzie nie­de­li­katną z mej strony taka uwaga. - Wię­cej już nic w spi­żarni nie zostało.

Tylko wiara w rze­czy­wi­stość wspo­mnia­nego faktu pobu­dziła mnie do zwró­ce­nia się doń z tą uwagą.

- Zosta­wić dla niego? Dla kogo? - spy­tał, prze­sta­jąc gryźć skórkę pie­roga.

- Dla mło­dego czło­wieka, o któ­rym pan mówił... który ukrył się razem z panem.

- O... o! - krzyk­nął z czymś w rodzaju tłu­mio­nego śmie­chu. - Jemu? Tak, tak! On obej­dzie się i bez jedze­nia; niczego nie potrze­buje.

- Zda­wało mi się, że głodny - odrze­kłem.

Prze­stał jeść i spoj­rzał na mnie z naj­więk­szym zdzi­wie­niem, a zara­zem z nie­do­wie­rza­niem.

- Wyda­wało ci się? Kiedy?

- Teraz wła­śnie.

- Gdzie?

- Ot tam! - rze­kłem. - Sie­dział i spał, a ja myśla­łem, że to pan.

Schwy­cił mnie za kurtkę i tak spoj­rzał na mnie, że prze­stra­szy­łem się, czy nie wró­ciła mu poprzed­nia chęć pode­rżnię­cia mi gar­dła.

- Był ubrany tak, jak pan, tylko z kape­lu­szem na gło­wie - mówi­łem, drżąc ze stra­chu - i... i... - chcia­łem deli­kat­nie to wyra­zić - i miał te same powody życzyć sobie pil­nika. Sły­szał pan dziś w nocy wystrzał?

- Tak, prawda - rzekł do sie­bie - zdaje się, strze­lali.

- Dziwne, że nie jest pan pewien tego - odpo­wie­dzia­łem. - Myśmy sły­szeli w domu... a prze­cież do nas dalej, a i drzwi były zamknięte.

- Widzisz - rzekł - gdy człek musi włó­czyć się po tym bagnie z pustą głową i pustym żołąd­kiem, gdy ginie z zimna i głodu, całą noc nic wię­cej nie sły­szy prócz wystrza­łów i krzy­ków, które go prze­śla­dują. Widzi żoł­nie­rzy w czer­wo­nych mun­du­rach z pochod­niami w rękach... widzi, jak coraz cia­śniej i cia­śniej ota­czają go kołem. Sły­szy, jak wywo­łują jego numer i wołają po imie­niu, jak szczę­kają ich musz­kiety i roz­lega się komenda: "Pal!". - Wyce­lo­wali i... nic! Nie jedną ich par­tię, niech ich dia­bli wezmą, widzia­łem dziś w nocy, ale setki... Raz, dwa! Raz, dwa! A co wystrza­łów!... Widzia­łem, jak drżała mgła i nie prze­stała drżeć nawet z prze­bły­skiem dnia... Ale co do tego czło­wieka - dotych­czas mówił, jakby zupeł­nie zapo­mniał o mej obec­no­ści - nie zauwa­ży­łeś u niego cze­goś cha­rak­te­ry­stycz­nego?

- Całą twarz miał w sinia­kach - rze­kłem, sta­ra­jąc się przy­po­mnieć go sobie.

- Czy nie tutaj? - zawo­łał, ude­rza­jąc się z całej siły w lewy poli­czek dło­nią.

- Tak, tutaj!

- Gdzież on? - pytał, cho­wa­jąc resztki jedze­nia pod szarą kurtkę. - Wskaż mi, w którą stronę poszedł. Wyśle­dzę go nie gorzej od tre­so­wa­nego psa. Niech licho weź­mie okowę z mej nogi. Daj no tu pil­nik, mój mały!

Wska­za­łem mu kie­ru­nek, w któ­rym pobiegł ów czło­wiek, a on przez chwilę patrzył uważ­nie w tę stronę. Po czym osu­nął się na nędzną trawę i z wście­kło­ścią zaczął piło­wać swą okowę, zapo­mi­na­jąc widocz­nie o mej obec­no­ści, a całą uwagę kie­ru­jąc wyłącz­nie na swą nogę; była na niej krwa­wiąca rana, a tak nie­ostroż­nie się z nogą obcho­dził, że można było sądzić, iż jest rów­nie nie­czuła, jak pil­nik. Widząc, z jaką bez­względ­no­ścią obcho­dzi się ze swą wła­sną nogą, znowu się prze­stra­szy­łem i poczu­łem, że jestem tro­chę za daleko od domu. Powie­dzia­łem mu, że już czas na mnie i muszę odejść, nie spoj­rzał nawet, sądzi­łem więc, że lepiej będzie jak naj­prę­dzej odda­lić się od niego. Po kilku minu­tach odwró­ci­łem się i ujrza­łem, że sie­dzi, pochy­liw­szy głowę nad kola­nem i z wście­kło­ścią piłuje, osy­pu­jąc prze­kleń­stwami kaj­dany i nogę. Ostatni odgłos, jaki usły­sza­łem, gdy mgła zakryła go przed mymi oczami, gdy się zatrzy­ma­łem, był zgrzyt pil­nika.

Rozdział IV

Roz­dział IV

Byłem pewny, że zastanę w kuchni poli­cjanta, który się zjawi, by mnie aresz­to­wać. Ale nie zoba­czy­łem go, a nawet nie wykryła się speł­niona przeze mnie kra­dzież. Pani Joeowa krzą­tała się, przy­go­to­wu­jąc wszystko do zbli­ża­ją­cego się przy­ję­cia, a Joe sie­dział na stop­niach za drzwiami, aby nie wpaść przy­pad­kiem na koszyk ze śmie­ciem. Zawsze go los prze­śla­do­wał i Joe naj­czę­ściej cier­piał odeń wów­czas, gdy sio­stra z naj­więk­szą tro­skli­wo­ścią krzą­tała się, sprzą­ta­jąc we wszyst­kich kątach.

- Gdzieś prze­pa­dał, dia­ble?

Odpo­wie­dzia­łem, że posze­dłem posłu­chać kolęd.

- No, to dobrze! - odrze­kła. - Można się było po tobie cze­goś gor­szego spo­dzie­wać.

Nie należy w to wąt­pić, pomy­śla­łem.

- Gdy­bym nie była żoną kowala i zwią­zaną z domem nie­wol­nicą, która ni­gdy nie zdej­muje tego far­tu­cha, także bym z przy­jem­no­ścią posłu­chała kolęd. Bar­dzo lubię kolędy, może dla­tego, że ni­gdy nie mogę ich sły­szeć.

Joe ośmie­lał się wejść do kuchni dopiero po wynie­sie­niu kosza ze śmie­ciami. Za każ­dym razem, gdy pani Joeowa patrzyła na niego, lewą stroną ręki gła­dził się po nosie z dobro­dusz­nym, łagod­nym wyra­zem; ale skoro tylko odwró­ciła się, krzy­żo­wał oba wska­zu­jące palce, co było naszym umó­wio­nym zna­kiem w tych razach, gdy sio­stra była nie w humo­rze. Ten zaś stan, prawdę mówiąc, był jej sta­nem nor­mal­nym tak, że ja i on całymi tygo­dniami, bywało, krzy­żo­wa­li­śmy palce i przy­po­mi­na­li­śmy sobą gro­bowce ryce­rzy ze zło­żo­nymi na krzyż nogami.

Dziś przy­go­to­wy­wano u nas wspa­niały obiad, skła­da­jący się z szynki, jarzyny i dwóch pulard. Pie­róg z mię­sem był gotów już wczo­raj (główny powód, że nie użyto doń drobno usie­ka­nego mięsa), a pud­ding piekł się na ogniu. Skut­kiem świą­tecz­nych przy­go­to­wań śnia­da­nie nasze nie było wykwintne.

Nakra­jała nam sio­stra tyle kawał­ków chleba, jakby miała nakar­mić nie jed­nego doro­słego czło­wieka i dziecko, lecz cały pułk i to po for­sow­nym mar­szu; chleb zapi­ja­li­śmy mle­kiem, roz­ro­bio­nym wodą z dzbanka. Pani Joeowa tym­cza­sem zało­żyła czy­ste firanki, zmie­niła stare nakry­cie na kominku na nowe z kwia­tami, po czym oczy­ściła pokój bawialny i zdjęła z mebli pokry­cie, które zdej­mo­wano zwy­czaj­nie tylko raz do roku; pokrowce osła­niały także i cztery małe gli­niane pudelki z czar­nymi noskami i koszycz­kami kwia­tów w pyskach, sto­jące na kamien­nej pod­sta­wie, a podobne do sie­bie, jak kro­ple wody. Pani Joeowa była skrzętną gospo­dy­nią i umiała porzą­dek uczy­nić mniej miłym i przy­jem­nym niż nie­ład. Sys­te­ma­tycz­ność, podob­nie jak i poboż­ność, ludzie czę­sto fał­szy­wie poj­mują.

Sio­stra była tak zajęta w tym dniu, że nie mogła iść do kościoła: poszli­śmy więc we dwójkę z Joe. W zwy­czaj­nym ubra­niu przed­sta­wiał on cha­rak­te­ry­styczny typ pięk­nego i dosko­nale zbu­do­wa­nego kowala, ale świą­teczna odzież zmie­niała go w praw­dziwe stra­szy­dło. Wszystko leżało na nim nie­dbale i zda­wało się uszyte zupeł­nie nie dla niego. Gdy przy dźwię­kach weso­łych dzwo­nów świą­tecz­nych wyszedł ze swego pokoju w parad­nym ubra­niu, wyglą­dał jak istne wcie­le­nie nie­szczę­ścia. Co do mnie, sio­stra wyobra­ziła sobie widocz­nie, że jestem mło­dym prze­stępcą, któ­rego w chwili uro­dze­nia wziął z rąk aku­szerki poli­cjant i oddał jej, by postę­po­wała z nim, jak na to zasłu­guje każdy burzy­ciel prawa. Postę­po­wano ze mną tak, jak gdy­bym sam posta­rał się o to, aby poja­wić się na świe­cie, na prze­kór zasa­dom roz­sądku, reli­gii, oby­czaj­no­ści i wszyst­kim dąże­niom swych naj­lep­szych przy­ja­ciół. A także i wów­czas, gdy kra­wiec miał robić mi ubra­nie, pole­cono mu, aby uszył je tak, bym się w nim nie mógł swo­bod­nie poru­szać.

Jestem pewny, że wspólna nasza wyprawa do kościoła sta­no­wiła dla wszyst­kich współ­czu­ją­cych ludzi wzru­sza­jący widok. Ale to, co raziło mnie w mym stroju, było niczym w porów­na­niu do mych ducho­wych tor­tur. Strach na widok Joeowej, zmie­rza­ją­cej do spi­żarni, był rów­nie silny, jak wyrzuty sumie­nia, nęka­jące mnie za to, co zro­bi­łem; cię­żar prze­stęp­nej tajem­nicy był tak wielki, że już myśla­łem o tym, czy nie lepiej wyja­wić go w kościele, co może by mnie uchro­niło od zemsty mło­dego czło­wieka. Oto w chwili, gdy zacznie się spo­wiedź, a pastor powie: "Kto z was ma coś na sumie­niu, niech wyjawi", wstanę i popro­szę o pozwo­le­nie przej­ścia do zakry­stii. Byłem pewien, że tym wystą­pie­niem zwrócę uwagę całego zboru, ale było to Boże Naro­dze­nie, nie Wiel­ka­noc, i spo­wie­dzi nie było.

Na obiad do nas przyjść mieli pan Wop­sle - kościelny, pan Hub­ble - koło­dziej, pani Hub­ble - jego żona, wuj Joe Pum­ble­chook - zamożny han­dlarz zbo­żem. Obiad wyzna­czono na pół do dru­giej. Kie­dy­śmy wró­cili do domu, stół był już nakryty, pani Joeowa ubrana, obiad gotów i drzwi wej­ściowe otwarte dla ocze­ki­wa­nych gości; wszystko przy­brało szatę uro­czy­stą. A o kra­dzieży jak przed­tem ani słowa.

Czas mijał, nie przy­no­sząc ulgi mym uczu­ciom, aż wresz­cie zebrali się goście. Pan Wop­sle odzna­czał się wiel­kim rzym­skim nosem, wyso­kim, błysz­czą­cym czo­łem i gru­bym basem, któ­rym się bar­dzo szczy­cił; nasi zna­jomi mówili, że dać mu tylko swo­bodę, to prze­krzy­czy pastora. Sam zaś mawiał zwy­kle, że gdyby posada pastora była dostępna dla każ­dego w myśl kon­ku­ren­cji, byłby już z pew­no­ścią uto­ro­wał sobie drogę, ale ponie­waż nie jest dostępna, musi zado­wa­lać się sta­no­wi­skiem kościel­nego. "Amen" wywo­dził prze­raź­li­wym gło­sem, a gdy zaczy­nał czy­tać psalm, zawsze oglą­dał się na obec­nych, jakby mówił do nich:

- Sły­sze­li­ście wła­śnie mego przy­ja­ciela, teraz zaś bądź­cie łaskawi wyra­zić sąd swój o mym gło­sie.

Otwie­ra­łem drzwi gościom: Naj­pierw panu Wop­sle'owi, potem pań­stwu Hub­ble'owi, a wresz­cie wujowi Pum­ble­cho­okowi.

Raz na zawsze i pod grozą kary zabro­niono mi nazy­wać go wujem.

- Pani Joeowo - rzekł wuj Pum­ble­chook, tłu­sty, chory na astmę czło­wiek, z wiel­kimi, jak u ryby, ustami, z zamglo­nymi oczami i wło­sami pia­sko­wego koloru, ster­czą­cymi do góry; wygląd jego był taki, jakby dopiero co udła­wił się i w tym sta­nie tu przy­szedł. - Pani Joeowo, zamiast życzeń świą­tecz­nych przy­nio­słem pani... przy­nio­słem pani butelkę xeresu i... przy­nio­słem pani butelkę port­we­inu.

W każde Boże Naro­dze­nie poja­wiał się tak samo, powta­rzał te same słowa i przy­no­sił takie same butelki wina. Za każ­dym razem odpo­wia­dała mu Joeowa tymi samymi sło­wami:

- O, wu-ju Pum-ble-chook! Jak to pięk­nie.

- Nie jest to niczym w porów­na­niu z zasłu­gami pani. A teraz, czy wszy­scy zdrowi? Jak się masz pół­pen­sie? (To do mnie).

W podob­nych razach jedli­śmy obiad zazwy­czaj w kuchni, potem prze­cho­dzi­li­śmy do gościn­nego pokoju i jedli­śmy tam orze­chy, poma­rań­cze i jabłka, co można było porów­nać ze zmie­nia­niem przez Joe ubra­nia zwy­kłego na odświętne. Sio­stra moja była tym razem nie­zwy­kle wesoła; w ogóle w niczyim towa­rzy­stwie nie czuła się tak zado­wo­lona, jak w towa­rzy­stwie pani Hub­ble, która, o ile pamię­tam, była małą figurką z ostrymi rysami twa­rzy w sukni błę­kit­no­nie­bie­skiego koloru; zacho­wy­wała się po dzie­cin­nemu, dla­tego że gdy wycho­dziła za mąż za pana Hub­ble'a - nie wiem jak dawno - była znacz­nie od niego młod­sza. Pan Hub­ble był sil­nym, o sze­ro­kich bar­kach męż­czy­zną o zapa­chu wió­rów, z nie­zwy­kle sze­roko roz­sta­wio­nymi nogami; w dzie­ciń­stwie, gdy sze­dłem naprze­ciw niego, zawsze o parę wiorst przed sobą widzia­łem mię­dzy jego nogami leżącą za nim oko­licę.

Wobec gości czu­łem się nie­swojo nawet wów­czas, gdy jesz­cze nie popeł­ni­łem kra­dzieży w spi­żarni.

I obec­nie było mi nie­przy­jem­nie, nie dla­tego, że sie­dzia­łem w samym rogu stołu, który gniótł mi piersi, nie dla­tego, że Pum­ble­chook trą­cał mnie łok­ciem w oko, nie dla­tego, że nie pozwo­lono mi się odzy­wać (bo i sam tego nie chcia­łem), nie dla­tego, że mi dawano do ogry­za­nia tylko kości z kury i podej­rzane kąski wie­przo­winy, któ­rymi świ­nia pewno nie chlu­biła się w cza­sie swego życia. Nie! Nie mia­łem o to pre­ten­sji, ale żeby mnie tylko nie prze­śla­do­wano. Oni jed­nak nie pozo­sta­wili mnie w spo­koju. Widocz­nie, wszel­kimi siłami sta­rali się według swego zwy­czaju skie­ro­wać na mnie roz­mowę i czym­kol­wiek mnie dotknąć. Byłem dla nich małym bycz­kiem na hisz­pań­skiej are­nie, w któ­rego wbi­jali swe duchowe piki.

Zaczęło się to od chwili poda­nia obiadu. Pan Wop­sle prze­czy­tał modli­twę, dekla­mu­jąc ją, jakby na sce­nie; o ile sobie przy­po­mi­nam, wyglą­dała ona na wizję z Ham­leta lub Ryszarda III; modli­twę swą zakoń­czył sło­wami, że wszy­scy powin­ni­śmy być wdzięcz­nymi, w odpo­wie­dzi na to sio­stra ostro popa­trzyła na mnie i rze­kła cichym, ale peł­nym wyrzutu gło­sem:

- Sły­sza­łeś? Wdzięcz­nymi.

- Ty zaś szcze­gól­nie, chłop­cze, powi­nie­neś być wdzięcz­nym dla tych, któ­rzy cię wycho­wali swymi "rękami" - rzekł pan Pum­ble­chook.

Pani Hub­ble pokrę­ciła głową i, patrząc na mnie z takim wyra­zem, jakby ze mnie nic ni­gdy porząd­nego być nie mogło, rze­kła:

- Ach, mło­dzi ni­gdy nie bywają wdzięczni.

Tajem­ni­cze zna­cze­nie słów tych nie było zro­zu­miałe dla całego towa­rzy­stwa, dopóki go nie roz­ja­śnił pan Hub­ble, mówiąc:

- Dla­tego, że mło­dzież już z natury jest bez cha­rak­teru.

Wszy­scy mruk­nęli: "słusz­nie", i każdy z osobna spoj­rzał na mnie.

Wpływ i zna­cze­nie Joe zmniej­szyły się jesz­cze bar­dziej w obec­no­ści tej kom­pa­nii. Ale zawsze tak, czy owak, sta­rał się uspo­koić i osło­nić mnie; jak zwy­kle pod­czas obiadu tak i w tym wypadku, wlał mi do tale­rza pra­wie pół kwa­terki sosu.

W poło­wie obiadu pan Wop­sle przy­stą­pił do suro­wej kry­tyki dzi­siej­szego kaza­nia i znowu wspo­mniał o tym, że gdyby kościelna kariera była dla wszyst­kich otwarta, poka­załby im, jak się powinno mówić kaza­nie. Otrzy­maw­szy kilka potwier­dza­ją­cych zna­ków od swych słu­cha­czy, wyra­ził zapa­try­wa­nie, że na dziś był wybrany zupeł­nie nie­od­po­wiedni temat do kaza­nia, czego ni­gdy wyba­czyć nie może szcze­gól­nie wobec tego, że spo­ty­kamy na każ­dym kroku tyle żywot­nych kwe­stii.

- Cał­kiem słusz­nie! - dodał pan Pum­ble­chook. - Tra­fi­łeś pan w samo sedno! Tema­tów wiele dla tych, któ­rzy umieją posy­pać im soli na ogon. Tego wła­śnie im potrzeba. Taki czło­wiek nie potrze­buje szu­kać tema­tów do kazań, ma je zawsze w zapa­sie w swej sol­niczce - Pan Pum­ble­chook cią­gnął dalej po krót­kiej roz­wa­dze. - Popa­trz­cie na tę szynkę. Czyż to nie temat?! Chce­cie zna­leźć temat, spoj­rzyj­cie na szynkę!

- Istot­nie! Ileż to mora­łów można zaczerp­nąć z tego dla mło­dzieży - rzekł pan Wop­sle; od razu zro­zu­mia­łem, że myśli o mnie.

- Słu­chaj dobrze - rze­kła mi surowo sio­stra, a Joe dolał mi sosu na talerz.

- Świ­nia - cią­gnął pan Wop­sle gru­bym gło­sem, wska­zu­jąc widel­cem na moją zaczer­wie­nioną twarz, jak­bym nie miał chrze­ści­jań­skiego imie­nia - Świ­nia zawsze była towa­rzy­szem syna mar­no­traw­nego. Obżar­stwo świń jest wadą, przed którą zawsze prze­strze­gają mło­dzież. (Myśla­łem, czy by nie zasto­so­wać tego do tych, któ­rzy wychwa­lają soczy­stą i tłu­stą szynkę). Co wstrętne jest u świni, jesz­cze wstręt­niej­sze u chłopca.

- Albo u dziew­czynki - dodał pan Hub­ble.

- Rozu­mie się, że i u dziew­czynki, panie Hub­ble - odparł z roz­draż­nie­niem pan Wop­sle - ale tu nie ma dziew­czynki.

- W każ­dym razie - rzekł pan Pum­ble­chook - ni­gdy nie powi­nie­neś zapo­mi­nać o tym, że masz być wdzięczny. Jeśli byś się uro­dził pro­sia­kiem...

- On i był zawsze pro­sia­kiem! - dorzu­ciła moja sio­stra.

Joe znów dolał mi sosu.

- Mówię o rze­czy­wi­stym, czwo­ro­no­gim pro­się­ciu - odpo­wie­dział pan Pum­ble­chook. - Gdy­byś się uro­dził takim pro­się­ciem, czyż był­byś tutaj? Nie...

- Chyba w takiej postaci - wtrą­cił pan Wop­sle, wska­zu­jąc głową pół­mi­sek.

- Nie o tym chcia­łem mówić - cią­gnął pan Pum­ble­chook, nie lubiący, gdy mu prze­ry­wano. - Chcia­łem powie­dzieć, że nie sie­dział­byś w towa­rzy­stwie ludzi star­szych i lep­szych, nie korzy­stał­byś z ich roz­mów i nie roz­ko­szo­wał­byś się tym. Czyż mógł­byś się cie­szyć tym wszyst­kim? Nie! I jakiż byłby twój los? - zwró­cił się znów do mnie. - Sprze­da­liby cię, jako rzecz war­to­ściową, za pewną ilość szy­lin­gów na targu, a rzeź­nik Dun­sta­ble pod­szedłby ku tobie, kiedy byś leżał na sło­mie, niczego nie podej­rze­wa­jąc, schwy­ciłby cię pod lewą łopatką a prawą odrzu­ciłby połę swego kaftana, aby wygod­niej mu było wydo­stać skła­dany nóż, a potem wypu­ściłby z cie­bie wszystką krew, a z nią twe życie. Nie wycho­wy­wa­liby cię wów­czas "rękami"... o nie, bratku, nie!

Joe znów dolał mi podwójną por­cję sosu, ale bałem się już jeść.

- Dużo kło­potu, myślę, spra­wił pani? - rze­kła pani Hub­ble ze współ­czu­ciem do sio­stry.

- Kło­potu? - odrze­kła tym samym tonem sio­stra. - Kło­potu?

Po czym zaczęła szcze­gó­łowo wyli­czać, ile to razy cier­piała z mego powodu, wiele bez­sen­nych nocy spę­dziła, wiele razy spa­da­łem z wyso­kich miejsc, wiele razy wpa­da­łem w niskie, wiele razy sam się ska­le­czy­łem, wiele razy życzyła sobie, bym umarł, a ja zawsze wykrę­ca­łem się od śmierci.

Zdaje mi się, że Rzy­mia­nie męczyli się wza­jem­nie swymi dłu­gimi nosami; czyż nie dla­tego byli oni tak nie­spo­koj­nego, popę­dli­wego uspo­so­bie­nia? Jak­kol­wiek było, rzym­ski nos pana Wop­sle'a pozba­wiał mnie bez­u­stan­nie spo­koju i nie­raz, gdy sio­stra opo­wia­dała o mych postęp­kach, gotów byłem tak zła­pać go za nos, aby zawył na całe gar­dło. Ale wszystko, co prze­cier­pia­łem dotąd, niczym było w porów­na­niu z tym, czego doświad­czy­łem, gdy po opo­wia­da­niu sio­stry nastą­piła prze­rwa, pod­czas któ­rej każdy uwa­żał za swój obo­wią­zek spoj­rzeć na mnie z nie­chę­cią i wstrę­tem.

- Tak - rzekł pan Pum­ble­chook, sta­ra­jąc się zwró­cić uwagę ogółu na ten temat, od któ­rego zbo­czy­li­śmy - szynka to dosko­nała rzecz! Nie­praw­daż?

- Czy wuj nie zechce tro­chę wódki? - spy­tała sio­stra.

O, nieba! Zaczyna się...! Spró­buje jej, powie, że słaba i prze­pa­dłem! Sil­nie schwy­ci­łem za nogę stołu i cze­ka­łem roz­strzy­gnię­cia swego losu.

Sio­stra poszła po gli­niany gąsio­rek, przy­nio­sła go i nalała wódki jed­nemu tylko panu Pum­ble­cho­okowi. Ale wstrętny czło­wiek nie wypił jej od razu; chciał delek­to­wać się swą szklanką... pod­niósł, spoj­rzał pod świa­tło i znów posta­wił, prze­dłu­ża­jąc tym moją mękę. Tym­cza­sem pań­stwo Joe zaczęli sprzą­tać resztki ze stołu i przy­go­to­wy­wać miej­sce dla pie­roga i pud­dingu.

Nie mogłem ode­rwać oczu od Pum­ble­cho­oka. Trzy­ma­jąc się sil­nie rękami i nogami nogi od stołu ujrza­łem, jak postu­kaw­szy pal­cem w szklankę, pod­niósł ją, uśmiech­nął się, odchy­lił głowę w tył i wypił od razu wszystką wódkę. W tej chwili, ku nad­zwy­czaj­nemu zdzi­wie­niu obec­nych, zerwał się na nogi, zaczął bie­gać po izbie, dysząc od spa­zma­tycz­nego kaszlu, wresz­cie wybiegł za drzwi. Przez okno widać było, jak pluł i char­kał, czy­niąc naj­obrzy­dliw­sze miny i rzu­ca­jąc się, jak sza­lony.

Jesz­cze sil­niej schwy­ci­łem za stół, gdy pań­stwo Joe pod­bie­gli do niego. Nie wie­dzia­łem, jak się to stało, nie myśla­łem go truć. Wtedy dopiero zmniej­szył się tro­chę ogar­nia­jący mnie prze­strach, gdy ujrza­łem, że wraca; prze­su­nął nie­za­do­wo­lo­nym wzro­kiem po całym towa­rzy­stwie, rzu­cił się na krze­sło i krzyk­nął:

- Dzie­gieć!

To zna­czy, że dola­łem dzieg­cio­wej wody! Wie­dzia­łem teraz, że będzie mu wciąż gorzej i gorzej. Stół pod naci­skiem mych drżą­cych rąk pod­niósł się, jak przy praw­dzi­wym medium.

- Dzie­gieć! - ze zdzi­wie­niem zawo­łała sio­stra. - Skąd mógł się wziąć dzie­gieć?

Ale wuj Pum­ble­chook zawo­łał, że nie chce sły­szeć o tym sło­wie, ani mówić o nim; mach­nął wspa­nia­ło­myśl­nie ręką i zażą­dał dżinu z wodą. Sio­stra, która ku wiel­kiej mej trwo­dze, zaczęła się już namy­ślać, pospie­szyła przy­nieść mu dżinu, gorą­cej wody, cukru i skórki cytry­no­wej i zajęła się przy­go­to­wa­niem pon­czu. Na razie byłem oca­lony. Trzy­ma­łem wciąż nogę stołu i ści­ska­łem ją teraz z uczu­ciem wdzięcz­no­ści.

Z wolna uspo­ko­iłem się do tego stop­nia, że puści­łem nogę i zają­łem się jedze­niem pud­dingu. Pan Pum­ble­chook powe­se­lał pod dodat­nim wpły­wem pon­czu. Już mia­łem nadzieję, że dzień minie spo­koj­nie, gdy sio­stra moja rze­kła Joe:

- Podaj czy­ste tale­rze... chłodne.

Chwy­ci­łem znów za nogę stołu i przy­ci­sną­łem ją do sie­bie tak, jakby była towa­rzy­szem mego dzie­ciń­stwa i przy­ja­cie­lem mej duszy. Prze­wi­dy­wa­łem, co się sta­nie i czu­łem, że zginę.

- Obec­nie popro­szę was o spró­bo­wa­nie - sio­stra zwró­ciła się do swych gości z nad­zwy­czajną grzecz­no­ścią, na jaką tylko mogła się zdo­być - popro­szę o spró­bo­wa­nie dosko­na­łego i wspa­nia­łego pre­zentu wuja Pum­ble­cho­oka.

Spró­bo­wać! Próżne ich nadzieje co do popró­bo­wa­nia!

- Idzie tu - rze­kła moja sio­stra, wsta­jąc ze swego miej­sca - o pie­róg z wie­przo­winą.

Całe towa­rzy­stwo obsy­pało ją kom­ple­men­tami. Wuj Pum­ble­chook, prze­ko­nany o tym, że prócz pochwał nic innego nie może go spo­tkać, pospie­szył dodać:

- O, bądź pani spo­kojna, oddamy pie­ro­gowi co mu się należy, a nikt z nas nie ma nic prze­ciw temu, by go spró­bo­wać po kawałku.

Sio­stra poszła po pie­róg. Sły­sza­łem, jak prze­szła do spi­żarni. Widzia­łem, jak pan Pum­ble­chook zamie­rzał się swym nożem. Zro­zu­mia­łem po roz­dę­tych noz­drzach rzym­skiego nosa, jak oży­wił się ape­tyt pana Wop­sle'a. Usły­sza­łem uwagę pana Hub­ble'a, że "Kąsek pach­ną­cego pie­roga z wie­przo­winą można zjeść po każ­dym wspa­nia­łym obie­dzie i nie przy­nie­sie to szkody", a potem słowa Joe: "I tobie, Pip, dadzą kawa­łek". Nie mogę jed­nak na pewno powie­dzieć, czy rze­czy­wi­ście krzyk­ną­łem ze stra­chu, czy mi się to tylko zda­wało. Czu­łem, że jest to ponad moje siły i że muszę uciec... Puści­łem nogę stołu i rzu­ci­łem się ku drzwiom.

Nie zdą­ży­łem jed­nak dobiec do nich, gdy natkną­łem się na oddział żoł­nie­rzy, uzbro­jo­nych w musz­kiety. Jeden z nich, potrzą­sa­jąc ku mnie parą kaj­da­nów, rzekł:

- Otóż i my! No, gdzież tu kowal?

Rozdział V

Roz­dział V

W chwili poja­wie­nia się żoł­nie­rzy, ude­rza­ją­cych kol­bami nabi­tych musz­kie­tów o próg naszego domu, wszy­scy w strasz­nym zamie­sza­niu zerwali się od stołu. Pani Joeowa, która wła­śnie wró­ciła do kuchni z pustymi rękami, zatrzy­mała się ze zdzi­wie­niem, zale­d­wie zdą­żyw­szy wydać żało­sny okrzyk:

- Boże miło­sierny! Co się stało z pie­ro­giem?...

Sier­żant i ja byli­śmy w kuchni, gdy pani Joeowa osłu­piała ze zdzi­wie­nia. Wów­czas odzy­ska­łem już cokol­wiek przy­tom­no­ści. Sier­żant pierw­szy zapy­tał mnie przy bra­mie, a teraz stał, roz­glą­da­jąc się dokoła i trzy­mał w pra­wej ręce kaj­dany, lewą zaś oparł na mym ramie­niu.

- Wybacz­cie pań­stwo - rzekł - ale już w drzwiach oznaj­mi­łem temu pięk­nemu mło­dzień­cowi, że przy­cho­dzę tu w imie­niu króla i chciał­bym się widzieć z kowa­lem.

- Bądź pan łaskaw oznaj­mić nam, dla­czego chcesz się z nim widzieć? - spy­tała sio­stra.

- Pani - odpo­wie­dział grzecz­nie sier­żant - gdy­bym mówił od sie­bie, rzekł­bym że uwa­żam za zaszczyt i spe­cjalną przy­jem­ność zazna­jo­mie­nie się z tak wspa­niałą damą, jak pani, ale mówię w imie­niu króla i dla­tego odpo­wia­dam, że mam do kowala inte­res.

Wszyst­kim podo­bała się taka grzecz­ność ze strony sier­żanta, a pan Pum­ble­chook zawo­łał:

- Bar­dzo pięk­nie!

- Widzisz pan, panie kowalu - mówił sier­żant, który zdą­żył spo­strzec Joe - jest taka sprawa... Trzeba popra­wić zamek u tych kaj­da­nów a i połą­cze­nia słabe, tym­cza­sem koniecz­nie musimy ich użyć. Nie może pan ich obej­rzeć?

Joe obej­rzał je i rzekł, że do tego musi roz­nie­cić ogień w kuźni, na co zej­dzie nie mniej od dwóch godzin.

- Tylko tyle? A więc bądź pan łaskaw zabrać się do dzieła! - rzekł sier­żant. - To służba dla jego wyso­ko­ści. Każdy z mych ludzi może panu pomóc, chęt­nie zajmą się tym.

Zawo­łał swych ludzi i wszy­scy, jeden po dru­gim weszli do kuchni, usta­wili swe musz­kiety w kącie i sta­nęli wokoło, jak to czy­nią żoł­nie­rze. Jeden z nich stał ze skrzy­żo­wa­nymi rękami, drugi prze­cią­gał się, inny popra­wiał manierkę lub naboje, inny otwie­rał drzwi, by splu­nąć, z tru­dem zwra­ca­jąc szyję, ści­śniętą wyso­kim koł­nie­rzy­kiem.

Wszystko to widzia­łem, nie uświa­da­mia­łem sobie jed­nak, że ich widzę, tak dalece męczyły mnie różne obawy. Skoro tylko pozna­łem, że kaj­dany te nie są przy­go­to­wane dla mnie i że pie­róg, dzięki nie­spo­dzia­nemu poja­wie­niu się woj­ska, usu­nął się na dal­szy plan, zaczą­łem powoli przy­cho­dzić do sie­bie.

- Może mi pan powie, która godzina? - rzekł sier­żant, zwra­ca­jąc się do pana Pum­ble­cho­oka, jakby do czło­wieka, który jeden tylko poj­muje war­tość czasu.

- Dopiero pół do trze­ciej.

- Nie tak to źle, jak myśla­łem - rzekł sier­żant - nawet choćby przy­szło tu prze­sie­dzieć dwie godziny, nie będzie jesz­cze późno. Jak daleko stąd moczary? Myślę, że nie wię­cej nad milę?

- Aku­rat mila.

- Dosko­nale! Oto­czymy ich przed zmierz­chem. Kazano mi to uczy­nić zaraz po zmierz­chu. Zdą­żymy więc.

- Więź­nio­wie, panie sier­żan­cie? - spy­tał pan Wop­sle.

- Tak - odpo­wie­dział tenże. - Aż dwóch. Na pewno wiemy, że ukry­wają się wśród mocza­rów i że do nocy jesz­cze nie ruszą się z miej­sca. Czy nie widział kto z pań­stwa tej dzi­czy?

Wszy­scy prócz mnie powie­dzieli, że nie; a mnie nikt o to nie pytał.

- Cóż - rzekł sier­żant. - Wpadną w pułapkę prę­dzej, niż myślą. No, kowalu! Jeśli­ście gotowi, to peł­nij­cie służbę jego wyso­ko­ści.

Joe zdjął z sie­bie sur­dut, kami­zelkę i koł­nierz. Jeden z żoł­nie­rzy odsu­nął drew­niane zastawy, drugi roz­nie­cił ogień, trzeci chwy­cił za miech, inni stali wokół pieca, w któ­rym wkrótce zapło­nął ogień. Joe schwy­cił młot i pod­szedł do kowa­dła, my zaś patrzy­li­śmy, jak kuje.

Zain­te­re­so­wa­nie się przy­szłą obławą pochło­nęło nie tylko uwagę towa­rzy­stwa, ale prze­rwało gniew sio­stry. Nalała żoł­nie­rzom piwa z beczułki, sier­żan­towi zapro­po­no­wała kie­li­szek wódki. Na to Pum­ble­chook ostro zwró­cił jej uwagę:

- Daj mu, pani, wina. Ręczę, że nie ma w nim dzieg­ciu.

Sier­żant podzię­ko­wał mu i rzekł, że woli pić bez dzieg­ciu i dla­tego prosi o wino, jeśli jej wszystko jedno. Kiedy mu podano wino, wypił naj­pierw za zdro­wie jego wyso­ko­ści i zło­żył życze­nia; wino prze­łknął gło­śno i cmok­nął war­gami.

- Co pan powiesz? Jakie wino?

- Wiesz pan, co powiem - odpo­wie­dział - podej­rze­wam, że pan go dostar­czy­łeś.

Pum­ble­chook zaśmiał się i rzekł:

- Aj, aj! A cze­muż to?

- Dla­tego - odpo­wie­dział sier­żant, kle­piąc go po ramie­niu - że pan, według mnie, jesteś czło­wie­kiem zna­ją­cym się na war­to­ści rze­czy.

- Tak pan sądzi? - rzekł Pum­ble­chook z uśmie­chem zado­wo­le­nia. - Może jesz­cze kie­li­szek?

- Wraz z panem? Pozwól się pan ze sobą trą­cić! - rzekł sier­żant. - Brze­giem mego kie­liszka o pod­stawkę pań­skiego... i nóżką pań­skiego o brzeg mego... Raz, dwa! Naj­pięk­niej­sza muzyka, dźwięk kie­lisz­ków. Zdro­wie pań­skie! Daj wam Boże żyć tysiąc lat i tak rozu­mieć się zawsze na rze­czach, jak teraz.

Sier­żant znowu wypił wino i przy­go­to­wy­wał się, widocz­nie, do następ­nego kie­liszka. Zauwa­ży­łem, że Pum­ble­chook prze­jął się uczu­ciem gościn­no­ści i zapo­mniał o tym, że przy­niósł to wino w pre­zen­cie. Wziął z rąk pani Joeowej butelkę i ser­decz­nie wszyst­kich czę­sto­wał. I mnie także troszkę się dostało. Tak się roz­ocho­cił, że otwo­rzył i drugą butelkę i z taką samą ser­decz­no­ścią podej­mo­wał nią obec­nych.

Sta­łem wraz z innymi przy ogni­sku, widzia­łem, jak wesoło zapi­jali i myśla­łem sobie, za jaką to dosko­nałą przy­prawę posłu­żył im do obiadu mój nie­szczę­śliwy, zbie­gły przy­ja­ciel, ukry­wa­jący się na mocza­rach. Nie byliby z pew­no­ścią w tak dobrym uspo­so­bie­niu, gdyby nie pozy­skali nie­spo­dzia­nie tej weso­łej wia­do­mo­ści. Wszy­scy już z nad­zwy­czaj­nym pra­gnie­niem ocze­ki­wali uję­cia "dwóch nic­po­niów", dla któ­rych sapały mie­chy, gorzał żywym pło­mie­niem ogień, z komina buchał dym, stę­kał i hukał Joe, groź­nie przy każ­dym pod­nie­ce­niu ognia migały na ścia­nach cie­nie, trza­skały i roz­sy­py­wały się iskry, a mnie zda­wało się, że nawet zmierzch, mając na wzglę­dzie bied­nych zbie­gów, opusz­czał się na zie­mię wcze­śniej niż zwy­kle.

Joe koń­czył pracę, rów­no­cze­śnie uspa­ka­jało się wycie ognia i szum mie­chów. Wło­żyw­szy sur­dut Joe nie wia­domo skąd nabrał odwagi i zapro­po­no­wał, aby który z nas poszedł z żoł­nie­rzami, by się prze­ko­nać, jak się udała obława. Pan Pum­ble­chook i pan Hub­ble oświad­czyli, że prze­no­szą fajkę i towa­rzy­stwo dam, nato­miast pan Wop­sle rzekł, że poszedłby, gdyby Joe mu towa­rzy­szył. Joe zapew­nił, że pój­dzie z nim chęt­nie i weź­mie mnie ze sobą, o ile żona pozwoli. Sądzę, że za nic nie puści­łaby nas, gdyby nie była pod­nie­cona jej cie­ka­wość i nie chciała jak naj­prę­dzej wie­dzieć, czym się to wszystko skoń­czy. Dla­tego to powie­działa:

- Tylko, pro­szę cię, nie myśl, że jeśli przy­nie­siesz malca z pora­nioną wystrza­łami głową, będę się trosz­czyła o jego lecze­nie.

Sier­żant dwor­sko poże­gnał się z damami i po przy­ja­ciel­sku roz­stał się z Pum­ble­cho­okiem; wąt­pię, czyby był tak czuły na zasługi tego dżen­tel­mena w bar­dziej suchych oko­licz­no­ściach, niż obecne. Żoł­nie­rze wzięli broń i uszy­ko­wali się. Panu Wop­sle'owi, Joe i mnie zwró­cono uwagę, żeby­śmy się trzy­mali poza wszyst­kimi i nie mówili ani słowa, gdy doj­dziemy do bagien. Gdy­śmy już wyszli z domu i skie­ro­wali do miej­sca prze­zna­cze­nia, szep­ną­łem Joe do ucha:

- Spo­dzie­wam się, że ich nie znaj­dziemy.

- Dał­bym całego szy­linga, gdyby im się udało ukryć!

Ze wsi nikt nie przy­łą­czył się do nas, dla­tego że było zimno i pochmurno, droga błot­ni­sta i śli­ska, ściem­niało się, a w miesz­ka­niach było tak cie­pło i jasno, że nikt nie miał ochoty opusz­czać domu. Kilku ludzi uka­zało się w oświe­co­nych oknach, popa­trzyło z cie­ka­wo­ścią na nas, nikt jed­nak z nich nie podą­żył. Prze­szli­śmy obok słupa z ręką wska­zu­jącą i skie­ro­wa­li­śmy się pro­sto na cmen­tarz. Tu zatrzy­ma­li­śmy się na dany przez sier­żanta znak i dwaj lub trzej żoł­nie­rze okrą­żyli ścież­kami groby, prze­szu­kali kaplicę, ale nikogo nie zna­leźli. Potem prze­szli­śmy bocz­nymi drzwiami cmen­tarza i uda­li­śmy się wprost na moczary. Oto­czyła nas zwiana wschod­nim wia­trem mgła. Joe wziął mnie na plecy.

Gdy­śmy dostali się na otwarte pustynne miej­sce, gdzie przed ośmioma lub dzie­wię­cioma godzi­nami widzia­łem obu nie­szczę­śli­wych, prze­mknęła mi przez głowę przy­kra myśl, czy nie posą­dzi mnie mój wię­zień, że to ja go wyda­łem żoł­nie­rzom? Badał mnie, czy go nie oszu­kam i rzekł, że był­bym wstręt­nym psia­kiem, gdy­bym zamie­rzał przy­łą­czyć się do obławy na niego. Może pomy­śli, że jestem oszu­stem i wstręt­nym psia­kiem, który go wydał pod­stęp­nie?

Próżną rze­czą było teraz zada­wać sobie podobne pyta­nia. Byłem tu, na ple­cach Joe, który ze mną prze­ska­ki­wał doły, jak woj­skowy koń i wciąż prze­strze­gał pana Wop­sle'a, aby trzy­mał się bli­sko nas i nie padł na swój rzym­ski nos. Żoł­nie­rze szli przed nami, wycią­gnięci w długą linię, w pew­nym odda­le­niu jeden od dru­giego. Szli­śmy tą samą drogą, którą ja nie­dawno prze­by­wa­łem i z któ­rej zbo­czy­łem z powodu mgły. Mgła się jesz­cze nie pod­nio­sła, a może już wiatr ją roz­wiał, tak że przy czer­wo­na­wym bla­sku zacho­dzą­cego słońca były zupeł­nie widoczne wie­chy, szu­bie­nica, wał oko­pów i prze­ciw­le­gły brzeg rzeki, choć wszystko to było zasnute ponurą, sza­rawą oponą.

Z biją­cym ze stra­chu ser­cem, tłu­ką­cym się o sze­ro­kie plecy kowala, oglą­da­łem się dokoła, czy nie ma gdzieś śla­dów obec­no­ści więź­niów. Niczego nie widzia­łem i nie sły­sza­łem. Pan Wop­sle stra­szył mnie z początku swym sapa­niem i cięż­kim odde­chem, póź­niej jed­nak przy­wy­kłem do tych dźwię­ków i mógł­bym już je odróż­nić od kro­ków więź­niów. Przestra­szyłem się nagle, gdyż mi się zda­wało, że sły­szę zgrzyt pil­nika, oka­zało się, że było to tylko dzwo­nie­nie owcy, która prze­stała jeść i uważ­nie patrzyła na nas. Bydło, sto­jące tyłem do wia­tru i desz­czu, ze zło­ścią spo­glą­dało na nas, jak­by­śmy byli spraw­cami nie­po­gody. Ale prócz dzwo­necz­ków, poru­szeń stada i lek­kiego sze­le­stu trawy oświe­co­nej bla­dym jaśnie­niem zamie­ra­ją­cego dnia, nic nie naru­szało ota­cza­ją­cej nas ciszy.

Żoł­nie­rze szli w kie­runku sta­rych oko­pów, my zaś postę­po­wa­li­śmy za nimi w pew­nym odda­le­niu, gdy nagle wszy­scy sta­nę­li­śmy. Na skrzy­dłach wia­tru i ulewy dole­ciał nas nie­ocze­ki­wany krzyk. Po chwili znów się powtó­rzył. Był gło­śny i prze­cią­gły, a dola­ty­wał ze wschodu. Sądząc po roz­ma­ito­ści dźwię­ków, można było zmiar­ko­wać, że krzy­czy nie jeden czło­wiek, lecz dwóch lub wię­cej.

Sier­żant i sto­jący obok niego szep­tem coś ze sobą mówili, gdy­śmy do nich pode­szli. Sier­żant, czło­wiek bar­dzo rezo­lutny, pole­cił, aby nikt na krzyki nie odpo­wia­dał i dodał, że obec­nie należy podwoić szyb­kość mar­szu. Skrę­ci­li­śmy w prawo (to jest na wschód), a Joe biegł teraz tak, że ledwo zdo­ła­łem się na jego ple­cach utrzy­mać.

Nazy­wał to nie bie­giem, lecz lotem - jedyna uwaga zro­biona przez niego w tym cza­sie. Prze­bie­ga­li­śmy z pagórka na pagó­rek, prze­ła­zi­li­śmy przez płoty, brnę­li­śmy przez rowy, prze­ci­ska­li­śmy przez zaro­śla, nie zwra­ca­jąc uwagi na to, kto i gdzie pędził. Im bar­dziej zbli­ża­li­śmy się do tego miej­sca, skąd docho­dził krzyk, tym wyraź­niej­sze się oka­zy­wało, że krzy­czy nie jeden czło­wiek, lecz wię­cej. Cza­sami, gdy krzyk milk­nął, żoł­nie­rze sta­wali. Gdy znów się pod­no­sił, prę­dzej niż poprzed­nio bie­gli naprzód, a my za nimi. Gdy­śmy już byli bli­sko, tak, że mogli­śmy odróż­nić krzyki, sły­sze­li­śmy woła­nia:

- Rżną! - a potem dru­gie - Prze­stępcy! Zbiegi! Prędko! Tu zbie­gli ska­zańcy! - Po czym głosy głu­szyły się walką, a po chwili odzy­wały się jesz­cze dono­śniej. Żoł­nie­rze pędzili, jak sza­leni naprzód, a za nimi my z Joe.

Sier­żant przy­biegł pierw­szy na miej­sce, skąd roz­cho­dził się odgłos walki, a za nim dwaj jego żoł­nie­rze. Mieli już odcią­gnięte kurki, gdy­śmy do nich dotarli.

- Oto oni obaj! - krzy­czał sier­żant, scho­dząc do rowu. - Pod­daj­cie się, bydlęta!

Na wszyst­kie strony bry­zgała woda i błoto, roz­le­gały się straszne prze­kleń­stwa, sypały się ude­rze­nia, gdy pozo­stali żoł­nie­rze pospie­szyli pomóc sier­żan­towi do wynie­sie­nia obu: mego zna­jo­mego zbiega naj­pierw, a potem dru­giego. Obaj byli pokrwa­wieni i okryci bło­tem, mio­tali obe­lgi i chcieli się rzu­cić na sie­bie. Od razu obu pozna­łem.

- Zapa­mię­taj­cie sobie - rzekł mój wię­zień, ocie­ra­jąc krew z twa­rzy poszar­pa­nymi ręka­wami i strze­pu­jąc z pal­ców wyrwane włosy - że ja go zła­pa­łem! Ja go wyda­łem! Zapa­mię­taj­cie to sobie!

- Nie ma o czym roz­pra­wiać! - rzekł sier­żant. - Nic na tym nie zyskasz, kochanku, obu was zła­pano. Kaj­dany!

- Nie chcę żad­nego zysku... wię­cej nad to, co mi się udało speł­nić, nie pra­gnę - odpo­wie­dział mój wię­zień ze złym uśmie­chem. - Zła­pa­łem go! On wie to dobrze... no a z nim sie­bie.

Drugi wię­zień był blady jak śmierć i obec­nie miał sińce nie tylko z lewej strony twa­rzy, ale cały był pobity i pora­niony. Dyszał i mil­czał do tej pory, aż ich skuto każ­dego osobno; ledwo stał, opie­ra­jąc się na ramie­niu żoł­nie­rza.

- Zapa­mię­taj sobie, panie sier­żan­cie... że chciał mnie zabić - były jego pierw­sze słowa.

- Chcia­łem go zabić? - rzekł mój ska­za­niec z pogardą. - Sta­ra­łem się go zabić i nie uczy­ni­łem tego! Schwy­ta­łem go i wyda­łem... ot co zro­bi­łem! Nie tylko prze­szko­dzi­łem mu uciec z moczaru, ale jesz­cze dopro­wa­dzi­łem go tu... cof­ną­łem go. On dżen­tel­men, patrz­cie, ten łotr! No!... Galery otrzy­mają z powro­tem swego dżen­tel­mena i to dzięki mnie. Zabić go? Po co miał­bym go zabi­jać, kiedy mogłem jesz­cze gorzej mu uczy­nić, dopro­wa­dza­jąc go z powro­tem.

- Usi­ło­wał... usi­ło­wał... mnie zabić. Bądź­cie świad­kami.

- Słu­chaj­cie! - rzekł mój ska­za­niec sier­żan­towi. - Sam bez czy­jej­kol­wiek pomocy ucie­kłem z wię­zie­nia, oszu­ka­łem wszyst­kich i ucie­kłem. Mogłem spo­koj­nie odda­lić się i z tych mocza­rów... Popa­trz­cie na mą nogę! Czy na niej widzi­cie żelazo?... Uciekł­bym, gdy­bym nie wie­dział, że "on" tu jest... Puścić "go" na wol­ność? Pozwo­lić mu cie­szyć się tym, czego sam się dobi­łem! Dać mu moż­ność roz­po­rzą­dza­nia mną dla wła­snych jego celów! Znowu? Nie, nie, ni­gdy! Umarł­bym i ja na dnie tego kanału - mówił dra­ma­tycz­nie, wstrzą­sa­jąc rękami w kaj­da­nach - tak sil­nie trzy­mał­bym go rękami, że nie wyrwałby się z nich bez waszej pomocy.

Drugi ska­za­niec, który odczu­wał widoczny lęk przed swym towa­rzy­szem, znów powtó­rzył:

- Usi­ło­wał mnie zabić... i był­bym już tru­pem, gdy­by­ście nie nade­szli.

- Łże! - krzyk­nął pierw­szy. - Uro­dził się kłamcą i umrze kłamcą. Popa­trz­cie mu w twarz... Czyż na niej nie wyryte kłam­stwo? Każ­cie mu spoj­rzeć mi w oczy... Niech popa­trzy, jeśli może!

Drugi zbieg sta­rał się uśmiech­nąć pogar­dli­wie; nie udało mu się to jed­nak, tylko ner­wowo zadrgały mu usta i obrzu­cił wzro­kiem żoł­nie­rzy, potem bagno i niebo, a nie spoj­rzał na mówią­cego.

- Widzi­cie? - cią­gnął mój wię­zień. - Widzi­cie jak podły! Widzi­cie jego chy­tre, bie­ga­jące oczy? Takie same były one, gdy nas wspól­nie sądzili... On i wów­czas ani razu na mnie nie spoj­rzał.

Drugi ska­za­niec, który przez cały ten czas poru­szał wąskimi war­gami, trwoż­nie oglą­da­jąc się na wszyst­kie strony, popa­trzył na mówią­cego ze sło­wami: "nie wart jesteś, bym na cie­bie patrzył!", i rzu­cił wzro­kiem na swe skute ręce. Słowa te dopro­wa­dziły mego więź­nia do takiej wście­kło­ści, że rzu­ciłby się na niego, gdyby nie wmie­szali się w to żoł­nie­rze.

- Mówię wam - rzekł drugi wię­zień - że zabiłby mnie, gdyby mógł.

Rze­czy­wi­ście drżał cały ze stra­chu, a wargi jego pokryły się bia­łymi pla­mami, jak płatki śniegu.

- Po co tu gadać! - rzekł sier­żant. - Zapa­lić pochod­nie!

Gdy jeden z żoł­nie­rzy, który zamiast broni niósł koszyk, przy­kląkł, by otwo­rzyć go, mój zbieg po raz pierw­szy obej­rzał się dokoła i ujrzał mnie. Zsu­ną­łem się z ple­ców Joe, sko­ro­śmy tylko tu przy­szli i sta­łem na brzegu kanału, nie poru­sza­jąc się z miej­sca. Spoj­rza­łem na niego, kiedy obró­cił się ku mnie i poru­szy­łem rękami i głową. Chcia­łem, by uważ­niej spoj­rzał na mnie i zro­zu­miał, że nie jestem winien. Nic jed­nak nie wska­zało mi, że osią­gną­łem mój cel; rzu­cił na mnie tylko dziwne spoj­rze­nie, któ­rego nie zro­zu­miałem, ale to trwało tylko chwilkę, a potem zdaje mi się, choć­bym cały czas a nawet cały dzień patrzył, nic bym nie doj­rzał w jego twa­rzy, prócz dziw­nego, sku­pio­nego wyrazu.

Żoł­nierz z koszy­kiem wykrze­sał ognia, zapa­lił trzy czy cztery pochod­nie, jedną wziął sam a inne roz­dał. Ściem­niało się coraz bar­dziej. Zanim ruszy­li­śmy z tego miej­sca, czte­rej żoł­nie­rze sta­nęli kołem i dwa razy strze­lili w powie­trze. Wkrótce potem uka­zały się inne pochod­nie w pew­nym odda­le­niu za nami, a potem i na mocza­rach po dru­giej stro­nie rzeki.

- Wszystko w porządku - rzekł sier­żant. - Marsz!

Nie zdą­ży­li­śmy ujść kilku kro­ków, gdy roz­legł się wystrzał trzech armat, od któ­rego, zda­wało się, że coś pękło mi w uszach.

- Cze­kają was na pokła­dzie statku - mówił sier­żant swemu więź­niowi. - Widzi­cie, że wnet przy­bę­dzie­cie. Nie pozo­sta­wać w tyle! Bli­żej!

Zbie­go­wie szli oddziel­nie, a każdy z nich był oto­czony strażą. Trzy­ma­łem rękę Joe, nio­są­cego rów­nież pochod­nię. Pan Wop­sle nale­gał na to, by wró­cić, ale Joe posta­no­wił widzieć wszystko do końca i dla­tego uda­li­śmy się z oddzia­łem. Szli­śmy zwy­kłą ścieżką, po więk­szej czę­ści pro­wa­dzącą wzdłuż brzegu, od czasu do czasu skrę­ca­jąc w bok tam, gdzie znaj­do­wały się gro­ble z nie­wiel­kimi wia­tra­kami i błot­ni­stymi ślu­zami. Obej­rza­łem się wstecz i zoba­czy­łem parę ogni­ków, zbli­ża­ją­cych się ku nam. Od pochodni, które nie­śli­śmy ze sobą, roz­la­ty­wały na wszyst­kie strony piaty ognia i pada­jąc na drogę natych­miast gasły i dymiły się. Wokoło nic nie widzia­łem w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści. Sze­ro­kie pło­mie­nie smol­nych pochodni roz­grze­wały ota­cza­jące nas powie­trze, co widocz­nie bar­dzo podo­bało się nie­szczę­śli­wym więź­niom, któ­rzy wle­kli się, uty­ka­jąc, wśród żoł­nie­rzy. Szli­śmy powoli, byli oni jed­nak do tego stop­nia wyczer­pani, że musie­li­śmy się dwa razy zatrzy­mać, aby dać im wypo­cząć.

Bli­sko godzinę brnę­li­śmy w ten spo­sób, póki nie sta­nę­li­śmy wresz­cie przy pro­stej, skle­co­nej z bier­wion chatce u przy­stani. Straż­nik, znaj­du­jący się w niej, krzyk­nął na nas, a sier­żant mu odpo­wie­dział. Wszedł­szy do chatki, prze­siąk­nię­tej zapa­chem tyto­niu i wapna, zna­leź­li­śmy ogień, zapa­lone lampy, sza­ragi z bro­nią, bęben i niskie drew­niane łoże, podobne do ogrom­nych sań, bez dyszla, mogą­cych zmie­ścić w sobie od razu dwu­na­stu ludzi. Czte­rech żoł­nie­rzy, leżą­cych na nim w sza­rych płasz­czach, nie­zbyt zain­te­re­so­wało się naszym poja­wie­niem się pod­nie­śli głowy, popa­trzyli na nas sen­nymi oczami i znowu się poło­żyli. Sier­żant zdał raport, zapi­sał coś w książce, po czym kazał zawieźć na galar ska­zańca, któ­rego nazy­wam dru­gim.

Mój wię­zień przez cały ten czas raz tylko spoj­rzał na mnie. Dopóki pozo­sta­wa­li­śmy w chatce, stał przy ogniu to z zadu­ma­niem patrząc nań, to sta­wia­jąc kolejno na rusz­cie jedną to drugą nogę i spo­glą­da­jąc na obec­nych, jakby żało­wał tego, że tyle przy­kro­ści musieli znieść z jego powodu. Następ­nie zwró­cił się do sier­żanta i rzekł:

- Chciał­bym wyja­śnić coś, co się tyczy mej ucieczki. To uwolni innych od podej­rzeń, które winny się skie­ro­wać na mnie.

- Może­cie mówić, co chce­cie - rzekł sier­żant, sto­jąc ze zło­żo­nymi rękami i zimno patrząc na niego - choć was nikt nie prosi, aby­ście tu mówili. Wiele jesz­cze rze­czy przyj­dzie wam wyja­śnić i wysłu­chać, zanim się wszystko skoń­czy.

- Wiem, ale to co innego i nie o to cho­dzi. Czło­wiek nie może gło­do­wać i ja nie mogłem. Wzią­łem zatem coś do zje­dze­nia ot tam, w tej wio­sce, gdzie stoi kościół... za mocza­rem.

- To zna­czy, powiedz po pro­stu, ukra­dłeś - rzekł sier­żant.

- Powiem gdzie, u kogo... u kowala.

- Jak to! - zawo­łał sier­żant, zwra­ca­jąc się do Joe.

- Cóż to, Pip! - zawo­łał Joe, patrząc na mnie.

- Były to kawałki róż­nego jedze­nia.... a mia­no­wi­cie butelka wódki i pie­róg.

- U was rze­czy­wi­ście zgi­nął jakiś pie­róg, kowalu? - spy­tał sier­żant.

- Żona mówiła coś o tym w chwili, gdy­ście weszli. Czy nie tak, Pip?

- Ach, to pan jesteś kowa­lem? - rzekł mój wię­zień, posęp­nie spo­glą­da­jąc na Joe, a na mnie nie zwra­ca­jąc żad­nej uwagi. - Żal mi bar­dzo, że to zro­bi­łem! Zja­dłem pań­ski pie­róg.

- Daj wam Boże zdro­wie! Zwłasz­cza, że on nie mój - odpo­wie­dział Joe, przy­po­mi­na­jąc sobie w tej chwili żonę. - Nie wiem, co zro­bi­li­ście, ale z tego nie wynika, aby­ście umie­rali z głodu. Czy mówię słusz­nie, Pip?

Coś, co poprzed­nio już zauwa­ży­łem, zadźwię­czało w gar­dle więź­nia i odwró­cił się od nas. Łódka tym­cza­sem powró­ciła, straż­nik był gotów, poszli­śmy do przy­stani, zbu­do­wa­nej z gru­bych kołów i kamieni i widzie­li­śmy, jak go wsa­dzili do łódki, któ­rej wio­śla­rzami byli tacy sami, jak on więź­nio­wie. Żaden z nich nie wyra­ził zdzi­wie­nia, ani cie­ka­wo­ści, ani rado­ści, ani bólu na jego widok; wszy­scy mil­czeli i tylko ktoś sie­dzący w łódce, krzyk­nął na nich, jak na psów:

- Odbi­jaj! Łódka natych­miast odbiła od brzegu. Przy świe­tle pochodni ujrze­li­śmy czarny galar, który przy­po­mi­nał arkę Noego i stał w nie­wiel­kiej odle­gło­ści od błot­ni­stego wybrzeża. Skuty żela­zem i utwier­dzony potęż­nymi zardze­wia­łymi łań­cu­chami galar-wię­zie­nie zda­wał mi się tak samo okuty, jak i żyjący na nim prze­stępcy. Widzie­li­śmy, jak doń dobiła łódka, jak wzięto zbiega na pokład, na któ­rym znikł. Resztki pochodni rzu­cono w wodę; pada­jąc syczały i gasły i zda­wało się, że wszystko się z nimi skoń­czyło.

Rozdział VI

Roz­dział VI

Zbieg oko­licz­no­ści uwol­nił mnie od winy za popeł­nioną przeze mnie kra­dzież; zupeł­nie jed­nak nie pobu­dził mnie do wyznań, choć na dnie tej mojej skry­to­ści leżało przy­jemne uczu­cie.

Co się tyczy pani Joeowej, nie pamię­tam, abym się drę­czył wyrzu­tami sumie­nia, gdy prze­mi­nął strach, że odkryje moją kra­dzież. Ale lubi­łem Joe, do któ­rego przy­wią­za­łem się od naj­młod­szych lat i dla­tego nie mogłem czuć się zupeł­nie spo­kojny. Cza­sem mia­łem chęć (szcze­gól­nie wów­czas, gdy szu­kał swego pil­nika) odkryć mu całą prawdę. Ale nie czy­ni­łem tego ze stra­chu, że gorzej o mnie będzie sądził, niż było w rze­czy­wi­sto­ści. Obawa przed utratą jego zaufa­nia i myśl o tym, że sie­dząc przy ogni­sku, nie będę mógł spoj­rzeć pro­sto w oczy, jak poprzed­nio, swemu towa­rzy­szowi i przy­ja­cie­lowi, sku­wała mi język. Z bólem w sercu wyobra­ża­łem sobie, że za każ­dym razem, gdy będzie z zadumą gła­dził swe piękne boko­brody, będzie mi się zda­wało, że w tej chwili może roz­my­śla nad mym postęp­kiem. Że kiedy spoj­rzy na mięso lub pud­ding podane, jak dziś, na stół, zada sobie pyta­nie, czy byłem w spi­żarni, czy nie? A wów­czas, kiedy według domo­wego zwy­czaju poda­dzą piwo, wziąw­szy mój kubek zauważy, że ono cokol­wiek za rzad­kie lub za gęste, mnie zaś będzie się zda­wało, że podej­rzewa, czy nie ma w nim dzieg­ciu i krew ude­rzy mi do głowy. Bra­kło mi odwagi postą­pić tak, jak nale­żało, ale bra­kło mi też odwagi unik­nąć czynu, choć go uwa­ża­łem za zły. Nie mia­łem naj­mniej­szego poję­cia o świe­cie, ani o ludziach, któ­rzy tak postę­po­wali. I na wzór genial­nych samo­uków sam wyna­la­złem dla sie­bie wła­ściwy rodzaj dzia­ła­nia.

Byłem zupeł­nie senny, gdy­śmy wra­cali. Joe wsa­dził mnie znowu na plecy i nie zdej­mo­wał do samego domu. Znu­żony tą wycieczką, pan Wop­sle wpadł w taki zły humor, że gdyby kościelna kariera była otwarta dla wszyst­kich, z pew­no­ścią odsą­dziłby od kościoła uczest­ni­ków wyprawy, poczy­na­jąc ode mnie i Joe. Ponie­waż jed­nak był czło­wie­kiem świec­kim, mógł o tym tylko myśleć i dla­tego usiadł, by odpo­cząć na mokrej ziemi. Gdy­śmy wró­cili do domu, zdjął z sie­bie sur­dut, aby prze­su­szyć go w kuchni przy ogniu, a spodnie jego były w takim sta­nie, że gdyby był prze­stępcą kry­mi­nal­nym, na pewno zapro­wa­dzi­łyby go na szu­bie­nicę, jako cor­pus delicti.

Kiedy Joe opu­ścił mnie, zupeł­nie już sen­nego, na pod­łogę w kuchni, pora­żony nie­spo­dzie­wa­nym gwa­rem gło­sów i ośle­piony świa­tłem ognia, sta­łem przez pewien czas, zata­cza­jąc się, jak pijany. Przy­sze­dłem dopiero do sie­bie po otrzy­ma­niu tęgiego sztur­chańca wymie­rzo­nego w plecy i po żywym okrzyku mej sio­stry:

- Ach, cóż to za nic­poń!

Joe opo­wia­dał tym­cza­sem wyzna­nie więź­nia, po czym wszy­scy goście, jeden przez dru­giego sta­rali się odgad­nąć, jakim spo­so­bem mógł dostać się do spi­żarni? Pan Pum­ble­chook wyra­ził mnie­ma­nie, że naj­pew­niej wdra­pał się na dach kuźni, prze­szedł na dach domu i spu­ścił się przez komin do kuchni z pomocą liny, skrę­co­nej z prze­ście­ra­dła, które praw­do­po­dob­nie pociął w pasy. Ponie­waż zaś pan Pum­ble­chook był czło­wie­kiem na sta­no­wi­sku i jeź­dził swym wła­snym wóz­kiem na dwóch kołach, wszy­scy od razu zgo­dzili się z nim. Jeden tylko pan Wop­sle, zły z powodu zmę­cze­nia, krzyk­nął: "Nie!". Ale ponie­waż nie miał żad­nych danych do oba­le­nia zda­nia pana Pum­ble­chooka, nie miał sur­duta, i stał tyłem do ognia, skut­kiem czego para buchała z jego spodni (co nie mogło wzbu­dzić do niego zaufa­nia), nikt nie zwró­cił uwagi na jego pro­test.

To wszystko sły­sza­łem do chwili, gdy sio­stra schwy­ciła mnie, i abym nie zara­żał towa­rzy­stwa swym sen­nym wyglą­dem, zapro­wa­dziła do łóżka, przy czym zda­wało mi się, że mam na nogach co naj­mniej z pięć­dzie­siąt trze­wi­ków, a wszyst­kie trą­cały o stop­nie scho­dów. Stan duszy mej, o któ­rym mówi­łem wyżej, zaczął się u mnie od następ­nego poranka, a trwał jesz­cze i wów­czas, gdy wszy­scy już zapo­mnieli o tym, co się stało, jeśli zaś wspo­mi­nali, to chyba przy nad­zwy­czaj­nych jakichś oko­licz­no­ściach.

Rozdział VII

Roz­dział VII

W tym cza­sie, w któ­rym czy­ta­łem napisy na gro­bach, syla­bi­zo­wa­łem zale­d­wie słowa. Poję­cie moje o zna­cze­niu ich było też nie­zbyt pra­wi­dłowe. Słowa: "żona wyżej wspo­mnia­nego" mówiły mi o tym, że ojciec mój prze­niósł się do lep­szego świata. Jeśliby był na gro­bowcu któ­re­goś z mych zmar­łych krew­nych napis "niżej wspo­mniany", z pew­no­ścią odniósł­bym bar­dzo złe mnie­ma­nie o tym członku naszej rodziny. Teo­lo­giczne moje wia­do­mo­ści, zaczerp­nięte z kate­chi­zmu, nie odzna­czały się rów­nież zbyt­nią jasno­ścią. Tak na przy­kład dosko­nale pamię­tam, że wyuczony przeze mnie tekst: "Chodź dro­gami tymi po wszyst­kie dni żywota swego" rozu­mia­łem, jako zobo­wią­za­nie do wycho­dze­nia z domu i prze­cho­dze­nia przez wieś w pew­nym kie­runku, ani na krok nie zba­cza­jąc z drogi.

Sio­stra posta­no­wiła, że kiedy dojdę do pew­nego wieku, będę uczniem Joe, a do tego czasu nie mogę się lenić i przy­wy­kać do bez­czyn­no­ści. Dla­tego nie tylko wypeł­nia­łem funk­cje chłopca do posługi przy kowalu, ale za każ­dym razem, gdy komuś z sąsia­dów potrzeba było chłopca do odstra­sze­nia pta­ków, wyzbie­ra­nia kamieni lub cze­goś innego w tym rodzaju, zawsze mnie tam wypra­wiali. Nie chcąc jed­nakże kom­pro­mi­to­wać się ze względu na zaj­mo­wane przez nas nie­złe sta­no­wi­sko, w kuchni nad komi­nem powie­sili puszkę, którą poka­zy­wali wszyst­kim i obja­śniali, że w niej znaj­duje się mój zaro­bek. Zawsze myśla­łem, że te pie­nią­dze idą na spłaty dłu­gów pań­stwo­wych i nie mia­łem nadziei, aby ten skarb mnie się kie­dyś dostał.

Ciotka pana Wop­sle'a utrzy­my­wała we wsi wie­czorną szkołę, a raczej, prawdę mówiąc, ta dziwna sta­ruszka, mająca ogra­ni­czone środki a nie­ogra­ni­czoną ilość sła­bo­ści, każ­dego wie­czora od szó­stej do siód­mej spała w obec­no­ści dzieci, które pła­ciły jej za przy­jem­ność zaba­wie­nia się tym wido­kiem dwa pensy na tydzień. Wynaj­mo­wała nie­wiel­kie miesz­ka­nie, któ­rego górną izbę zaj­mo­wał pan Wop­sle; my ucznio­wie czę­sto sły­sze­li­śmy, jak dekla­mo­wał coś strasz­nym i uro­czy­stym gło­sem i od czasu do czasu tak tupał nogami, że drżał nad nami sufit. Co kwar­tał pan Wop­sle "egza­mi­no­wał" nas. Egza­min pole­gał na tym, że zawi­jał swe rękawy, roz­bu­rzał włosy i dekla­mo­wał nam mowę Marka Anto­niu­sza nad cia­łem Juliu­sza Cezara. Potem nastę­po­wała oda o nie­szczę­ściach Col­linsa, w któ­rej pan Wop­sle wystę­po­wał w roli Zemsty, gdy rzuca zakrwa­wiony miecz i z bole­snym wyra­zem bie­rze swą trąbę, aby ogło­sić wojnę. Kiedy popa­dłem w nie­szczę­ście i nie byłem już tym co daw­niej, porów­na­łem swe nie­dole z nie­szczę­ściem Col­linsa i Wop­sle'a, a porów­na­nie to nie wypa­dło na korzyść obu tych dżen­tel­me­nów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki