Rozdział I
Rozdział I
Nazwisko ojca mego było Pirrip, na chrzcie zaś dano mi imię Filip. W swym dziecinnym języku połączyłem oba te imiona, które tym sposobem
zlały się w krótsze i łatwiejsze Pip. I ja sam i wszyscy ludzie nazywali
mnie Pipem.
To, że ojciec nazywał się Pirrip, stwierdzał napis na nagrobku, a także
świadectwo mej siostry Joeowej Gargery, żony kowala. Nigdy nie widziałem
ojca i matki, ani nawet ich portretów (żyli jeszcze przed wynalezieniem
fotografii), pojęcie zaś o ich wyglądzie łączyło się w mej dziecinnej
wyobraźni z nagrobkami. Kształt liter na nagrobku ojca nasunął mi dziwną
myśl, że był to rosły, silny i smukły mężczyzna z czarnymi, wijącymi się
włosami. Ze stylu zaś napisu na płycie matki po dziecinnemu
wywnioskowałem, że matka moja była kobietą chorowitą, a twarz jej
pokrywały wyrzuty. Pięć małych kamieni o formie romboidalnej, każdy na
półtorej stopy długi, leżących rzędem za mogiłami rodziców i poświęconych pamięci pięciu mych braciszków, którzy rychło usunęli się
od udziału w walce życiowej, wzbudzały we mnie dziwne przekonanie, które
z uszanowaniem pielęgnowałem, że wszyscy rodzili się, leżąc na grzbiecie
z rękami w kieszeniach od spodni i nie wyjmowali ich przez całe swe
życie.
Żyliśmy w bagnistej okolicy, w pobliżu rzeki i o dwadzieścia mil1
od morza. Pierwsze silniejsze wrażenie odniosłem w życiu pamiętnego
wilgotnego wieczora, kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, że ponure,
zarosłe pokrzywami miejsce było cmentarzem; że Filip Pirrip, należący do
tej gminy i Georgina, żona jego, pomarli i są pochowani; że Aleksander,
Bartłomiej, Abraham, Towit i Roger, dzieci wyżej wymienionych, pomarły
również i zostały pogrzebane; że ponure pustynne miejsce poza
cmentarzem, poprzecinane we wszystkich kierunkach kanałami, groblami,
rowami, na którym gdzieniegdzie pasło się bydło, moczar; że kręta,
połyskująca ołowiem smuga w dali, rzeka; że widniejąca na dalekim
horyzoncie płaszczyzna, od której dmie wiatr, morze; a mała, drżąca ze
strachu na widok tego wszystkiego i płacząca istota, Pip.
- Przestań beczeć! - krzyknął straszny głos i spoza mogiły w pobliżu
kościelnego portyku wynurzył się jakiś człowiek. - Ciszej, mały diable,
bo poderżnę ci gardło.
Był to straszny człowiek w grubym szarym ubraniu i z wielką, żelazną
okową na nodze, bez kapelusza, w znoszonych chodakach, z głową okręconą
w starą, brudną szmatę. Był on przemoknięty na wylot, obryzgany błotem,
pokaleczony o kamienie, poparzony pokrzywą i pokłuty trzciną. Chromał i drżał na całym ciele, oczy jego błyszczały, a zęby szczękały. Schwycił
mnie za kurtkę.
- Panie, nie podrzynaj mi gardła! - błagałem go ze strachem. - Zmiłuj
się, nie czyń tego!
- Jak się nazywasz? - rzekł - żywo!
- Pip, panie.
- A dalej - mówił człowiek, nalegając. - No, mówże!
- Pip... Pip, panie!
- Pokaż, gdzie mieszkasz - rzekł. - Pokaż palcem!
Wskazałem stronę, gdzie leżała nasza wioska, nad brzegiem rzeki, w oddaleniu mili, lub nieco więcej od kościoła, otoczona olchami.
Człowiek popatrzył chwilę na mnie, następnie wywrócił mnie na dół głową
i wypróżnił mi kieszenie. Nic w nich nie znalazł prócz kawałka chleba.
Gdy kościół odzyskał poprzednie położenie... bo w chwili, gdy mnie
schwycił za nogi i obrócił głową w dół, zdawało mi się, że szczyt jego
znajduje się u mych stóp, kiedy kościół znalazł się w poprzednim
położeniu, siedziałem na wysokim nagrobku i drżałem na całym ciele, póki
jadł mój kawałek chleba.
- No, szczeniaku - rzekł, oblizując wargi - ale też masz pyski!
Tak, policzki moje były dość tłuste, choć w ogóle byłem na swój wiek
mało rozwinięty.
- Niech mnie diabli wezmą, jeśli ich nie zjem - rzekł, groźnie
poruszając głową - bo i dlaczego nie miałbym ich zjeść!
Poważnie wyraziłem nadzieję, że tego nie zrobi i jeszcze silniej
schwyciłem płytę grobowca, na której mnie posadził, po części aby się na
niej utrzymać, po części by stłumić łzy.
- Posłuchaj no! - rzekł człowiek. - Gdzie twoja matka?
- Tu, panie - odrzekłem.
Drgnął, odbiegł na kilka kroków, następnie stanął i zaczął patrzeć na
mnie przez ramię.
- Oto tu, panie! - rzekłem trwożliwie. - Właśnie Georgina. To moja
matka.
- O! - rzekł, wracając. - To znaczy, że twój ojciec wraz z twoją matką?
- Tak, panie! - odpowiedziałem. - On również podzielił jej los.
- Aha! - mruknął. - U kogoż mieszkasz?... Jeśli przypuścimy, że będziesz
żył... jeszcze nic nie zdecydowałem co do tego.
- U siostry, panie!... U pani Joeowej Gargery... żony Joe Gargery'ego,
kowala!
- Kowala?! - krzyknął i popatrzył na swą nogę.
Chmurnie spoglądał kilka razy na nogę, to na mnie, wreszcie podszedł do
nagrobka, na którym siedziałem, schwycił mnie za obie ręce i trzymając
za nie wygiął mnie w tył, jak mógł najwięcej, tak że oczy jego groźnie
patrzyły na mnie z góry, a ja bezradnie spoglądałem nań z dołu.
- No, słuchaj! - rzekł. - Chodzi o to, czy mam cię zostawić przy życiu,
czy nie? Wiesz, co to pilnik?
- Tak, panie!
- A wiesz, co to pokarm?
- Tak, panie!
Za każdym pytaniem przechylał mnie niżej i niżej, widocznie w tym celu,
by przekonać mnie o mej bezradności i niebezpieczeństwie, w jakim się
znajdowałem.
- Dostarczysz mi pilnik? - Przechylił mnie jeszcze niżej. - Przyniesiesz
mi coś do zjedzenia? - Jeszcze mnie przegiął niżej. - A jeśli nie
przyniesiesz, wyrwę twe serce i wątrobę! - Jeszcze nacisnął niżej.
Tak przestraszyłem się i tak mi się zakręciło w głowie, że z całych sił
uczepiłem się go rękami i rzekłem:
- Nie byłbyś pan łaskaw postawić mnie głową do góry... może wówczas w głowie przestanie mi się kręcić i będę mógł lepiej słyszeć pana.
Zamiast odpowiedzi tak mną zakręcił, że zdawało mi się, jakby wraz ze
mną kościół wywrócił koziołka. Następnie chwycił mnie za obie ręce,
postawił na płycie grobowca i przemówił do mnie tymi strasznymi słowami:
- Jutro rano przyniesiesz mi pilnik i coś do zjedzenia. I to
przyniesiesz tu na te stare okopy. Masz to zrobić i nikomu nigdy ani
słowem, ani znakiem nie dasz poznać, żeś widział takiego człowieka, jak
ja. Tylko wtedy zostaniesz przy życiu. Odważ się nie posłuchać mnie i zdradź się jakimś słówkiem, a natychmiast wyrwę ci serce i wątrobę i pożrę! Nie myśl, że jestem tu sam. Jest tu wraz ze mną jeden
młodzieniec. W porównaniu z nim jestem prawdziwym aniołem. Słyszy każde
słowo, jakie mówię do ciebie i wie doskonale, jak należy się rozprawić z takim malcem, jak ty i z jego sercem i wątrobą. Taki jak ty malec
powinien unikać go. Choćbyś zamykał drzwi na klucz, choćbyś krył się w ciepłej pościeli, choćbyś otulał się w swą kołdrę, choćbyś myślał, że
jesteś zupełnie bezpieczny, młody człowiek mimo to cicho, po cichutku
przekradnie się do ciebie i uprowadzi cię z domu. Wiele, bardzo wiele
trudu mnie kosztowało wstrzymanie tego człowieka, aby się nie rozprawił
z tobą. Ach, jak trudno było zatrzymać go, by się nie rzucił na ciebie.
Cóż powiesz na to?
Przyrzekłem mu, że przyniosę nazajutrz rano pilnik i trochę jedzenia,
jeśli znajdę.
- Powiedz - "Niech mnie Bóg skarze, jeśli nie przyjdę!".
Powtórzyłem te słowa, a on postawił mnie na ziemi.
- Uważaj! - mówił. - Pamiętaj, co masz zrobić i nie zapomnij o młodym
człowieku. Idź teraz do domu!
- Dob... dobrej nocy, panie! - ledwo wyjąkałem.
- Oczywiście! - rzekł, obrzucając wzrokiem wilgotną, błotnistą okolicę.
- Jednego tu tylko można sobie życzyć... by być żabą lub rybą.
Drżąc całym ciałem, schwycił się rękami, jakby w obawie, że się rozleci
i utykając powlókł się do niskiego płotu kościelnego.
Patrzyłem na niego, kiedy przechodził wśród pokrzyw i kolących krzaków,
które rosły po brzegach zielonego nasypu i zdawało mi się, że starannie
omija mogiły, bojąc się, by z nich nie wysunęły się ręce martwych, nie
schwyciły go za nogi i nie wciągnęły do siebie, do mogił.
Doszedłszy do kościelnego płotu, przelazł przezeń, jak człowiek, któremu
nogi zdrętwiały i nie zginają się, zatrzymał się tu i spojrzał w moją
stronę. Skoro tylko to spostrzegłem, puściłem się pędem do domu. Nie
ustając w biegu, na jakimś zakręcie obejrzałem się w tył i widziałem, że
idzie ku rzece, schwyciwszy się rękami jak poprzednio, z trudem
przesuwając chorą nogę po ogromnych kamieniach, rozrzuconych tu i tam
dla wygody pieszych na czas ulewnych deszczów i powodzi.
Moczar widniał na horyzoncie jakby długa ciemna smuga, kiedy znowu się
zatrzymałem, by spojrzeć na niego, rzeka też wyglądała, jak smuga, ale
nie tak już szeroka i czarna, niebo zaś poza nią, jak pasmo smug
kolorowych, porozdzielanych ciemnymi. Na samym brzegu rzeczki ledwie
mogłem rozróżnić dwa czerniejące przedmioty obok siebie; jednym z nich
była wiecha, przy której lądowali rybacy; był to drąg, na szczycie
którego zatknięto dnem do góry beczkę bez obręczy. Drugim przedmiotem
była szubienica, a na niej resztki łańcuchów, na których niegdyś
powieszono pirata. Człowiek szedł w stronę tej ostatniej; jakby sam był
piratem, który zmartwychwstał i pojawił się tu, by go znowu powieszono.
Myśl ta przestraszyła mnie i zdawało mi się, że krowy też popodnosiły
łby i patrzyły za nimi, choć nie mogłem pojąć o czym w ogóle mogły
myśleć. Oglądnąłem się dookoła, czy nie ma gdzie w pobliżu strasznego
młodzieńca, ale nigdzie nie dojrzałem najmniejszych śladów jego
obecności. Znowu mnie ogarnął strach i, nie zatrzymując się ani chwili,
pobiegłem do domu.
Rozdział II
Rozdział II
Siostra moja, pani Joeowa Gargery była o dwadzieścia lat starsza ode
mnie i cieszyła się wielkim wzięciem u sąsiadów, dlatego że wychowywała
mnie "twardą ręką". Wiele razy wówczas próbowałem wyjaśnić znaczenie
tego dziwnego wyrażenia, a wiedząc, jak ciężka i silna była jej ręka, i jak często kładła ją na swego męża i na mnie, doszedłem do przekonania,
że taką ręką wychowuje nie tylko mnie, ale i Joe Gargery'ego.
Nie na dobroduszną wyglądała moja siostra i robiła takie na mnie
wrażenie, jakby swą "ręką" wzięła za męża Joe Gargery'ego. Joe był
bardzo pięknym mężczyzną, z jasnymi, wijącymi się włosami, spadającymi
na twarz, z oczyma nieokreślonego błękitnego koloru, zlewającego się z białkami oczu. Był to nadzwyczaj uległy, dobroduszny, czuły i wesoły
człowiek i dobry towarzysz, Herkules z wyglądu i ze słabości swego
charakteru.
Siostra moja miała czarne włosy, czarne oczy i niezwykle czerwoną twarz;
tak, że często przychodziło mi do głowy, czy zamiast mydła nie używa do
mycia muszkatołowego kwiatu. Wzrostu wysokiego, koścista, nosiła zawsze
gruby fartuch, związany z tyłu w dwie pętle, z czworoboczną zasłoną na
piersi, całą nabitą igłami i szpilkami. Fartuch ten uważała za specjalną
ze swej strony zasługę i wiecznie robiła wymówki Joe, że musiała go
nosić. Nie wiem doprawdy, dlaczego go nosiła, ale jeżeli już musiała
nosić, czemu nie zdejmowała go przez cały dzień.
Kuźnia Joe przylegała do naszego domu, zbudowanego z drewna, jak
większość budynków naszej okolicy w tym czasie. Gdy przybiegłem z cmentarza, kuźnia była już zamknięta, a Joe siedział w kuchni. Joe i ja
byliśmy współuczestnikami cierpień i żyliśmy z sobą w przyjaźni. Tym
razem nie zdążyłem otworzyć drzwi i zajrzeć do kuchni, gdy po
przyjacielsku rzekł mi:
- Pani Joeowa już ze dwadzieścia razy wychodziła cię szukać, Pip! Przed
chwilą wyszła znowu.
- Tak?
- Tak, Pip - rzekł Joe - a co gorsza wzięła ze sobą "łaskotkę".
Usłyszawszy niemiłą wiadomość, posunąłem się ku światłu i zacząłem
kręcić jedyny guzik mej kurtki, póki się całkiem nie oderwał. "Łaskotką"
nazywaliśmy trzcinę z cienkim końcem, która zmiękła od częstego stykania
się z moim wierzchnim odzieniem.
- To siadała - mówił Joe - to zrywała się, chwytała za rózgę, rzucała
się i miotała. Ot co wyprawiała - mówił, poprawiając pogrzebaczem w kominie. - Tak, Pip, rzucała się i miotała!
- A dawno wyszła, Joe?
Zawsze zwracałem się do niego, jak do starszego dziecka, albo do
równego.
- Tak - odpowiedział, patrząc na zegarek - z pięć minut temu. Pip!
Idzie!... Skryj się prędko przyjacielu za drzwi!... Tu, za ręcznik!
Usłuchałem go. Siostra żywo otworzyła drzwi i w tej chwili poczuła za
nimi jakąś przeszkodę, od razu domyśliła się co to i puściła w ruch
rózgę. W końcu pchnęła mnie na Joe, często służyłem jej za przedmiot do
rzucania w małżeńskich nieporozumieniach, a Joe, zadowolony, że mógł
mnie wesprzeć, wsunął mnie w zagłębienie kominka i zasłonił sobą.
- Gdzieś przepadał, smarkaczu? - rzekła, tupiąc nogą. - Mów mi zaraz,
gdzieś przepadał? Cóż to? Ha? Chciałeś mnie zaniepokoić? Chciałeś mnie
przestraszyć? Wyrzucę was wszystkich stąd, choćby było pięćdziesięciu
Pipów i pięciuset Gargerych.
- Byłem tylko na cmentarzu - odpowiedziałem ze swego miejsca - płacząc i rozcierając sobie ciało.
- Na cmentarzu! - Gdyby mnie nie było, dawno byś już był na cmentarzu!
Kto cię "własną ręką" wychował?
- Ty - odpowiedziałem.
- A jak to uczyniłam, rada bym wiedzieć?
- Nie wiem - wyjąkałem.
- Nie wiesz! A ja wiem, że już nigdy więcej tego nie uczynię. Śmiało
mogę powiedzieć, że ani razu nie zdjęłam tego fartucha od czasu twego
narodzenia. Dość mi, że jestem żoną kowala, jeszcze mam być twoją matką!
Smutno patrzyłem na ogień i różne myśli przelatywały mi przez głowę.
Myślałem o zbiegu z żelazną okową na nodze, o tajemniczym młodym
człowieku, o pilniku, o pożywieniu, o przygniatającym mnie strachu, pod
wpływem którego gotowałem się okraść ludzi, co dali mi przytułek;
zdawało mi się, że rozżarzone węgle w kominku z wyrzutem patrzą na mnie.
- Ach! - mówiła, stawiając trzcinkę na zwykłe miejsce. - Cmentarz... tak!
O czym macie obaj mówić, jak nie o cmentarzu! (Żaden z nas ani słowa o cmentarzu nie wspomniał.) Czy wcześniej, czy później złożycie mnie na
cmentarzu, złożycie!... Piękna z was będzie parka beze mnie, lepiej już o tym nie mówić.
Póki pani Joeowa krzątała się, przygotowując herbatę, Joe pilnie patrzył
na mnie, jakby rozważał, jaka by z nas była para, gdyby wbrew
oczekiwaniom spełniło się wyżej wspomniane zdarzenie. Siedział wciąż w jednakowej pozycji, gładząc prawą ręką swe włosy i bokobrody, śledząc
uważnie oczyma wszystkie ruchy pani Joeowej, co czynił zwykle, gdy była
w takim usposobieniu.
Siostra zawsze jednakowo przygotowywała nam chleb z masłem. Silnie
przyciskała bochenek do swej sukni na piersi, wskutek czego wbijały się
weń i szpilki i dostawały się z nim do naszych ust. Potem brała nożem
masło (niezbyt wiele) i smarowała nim chleb po aptekarsku, jak plaster,
posługując się przy tej czynności obiema stronami noża z nadzwyczajną
zręcznością i wprawą, i kunsztownie zbierała masło z brzegów skórki.
Wygładziwszy nożem powierzchnię masła, odkrawała grubą kromkę i, nie
odejmując jej od bochenka, dzieliła na pół, po czym połowę podawała Joe
a drugą mnie.
Tego dnia byłem głodny, lecz nie mogłem się zdecydować na zjedzenie swej
porcji. Czułem, że powinienem zostawić cokolwiek w zapasie dla
strasznego znajomego i jego wspólnika, okropnego młodego człowieka.
Wiedziałem, jak porządnie prowadziła swe gospodarstwo pani Joeowa i sądziłem, że najstaranniejsze poszukiwania nie dostarczą mi nic, czym by
się można było pożywić; dlatego zdecydowałem się ukryć swój kawałek
chleba z masłem, przepuszczając go między spodniami a nogą.
Niełatwo, oj, jak niełatwo było to spełnić. Lżej by mi było zeskoczyć z dachu wysokiego domu lub nurkować w głębokiej wodzie. A jeszcze trudniej
było uczynić to tak, by nie dojrzał Joe. Już wspomniałem, że żyliśmy w przyjaźni i mieliśmy zwyczaj wieczorami porównywać, kto z nas prędzej
zje swą kromkę; milcząc też pokazywaliśmy ją sobie wzajemnie, jakby
pobudzając jeden drugiego. I tym razem Joe parę razy pokazywał mi swój
szybko zmniejszający się kawałek, dając mi znak, bym przystąpił do
zwykłych wyścigów, za każdym jednak razem, ku swemu zadziwieniu widział,
że siedzę, jak poprzednio, trzymając na jednym kolanie żółty kubek z herbatą, a na drugim nietknięty kawałek chleba z masłem. Wreszcie,
tracąc nadzieję, zdecydowałem, że cokolwiek by się stało, muszę to
uczynić i to w najprostszej formie, stosownie do okoliczności.
Korzystając z chwili, gdy Joe, popatrzywszy na mnie, odwrócił się,
wsunąłem chleb do spodni.
Joe widocznie rozstrojony tym, że straciłem apetyt, w zamyśleniu, bez
żadnego zadowolenia, odgryzał kąsek za kąskiem. Wolniej niż zwykle żuł
je, zatrzymując się chwilami, a potem łykał, jak pigułki. Miał zamiar
odgryźć nowy kąsek i już pochylił na bok głowę, aby móc to łatwiej
uczynić, gdy nagle wzrok jego padł na mnie i spostrzegł, że moja kromka
chleba gdzieś znikła.
Tak był zdziwiony tym, co się stało, że z chlebem w ustach wytrzeszczył
na mnie oczy, co oczywiście nie mogło ujść uwagi siostry.
- Co się stało? - zapytała, stawiając kubek na stół.
- Słuchaj no - mruczał do mnie Joe, kiwając głową z wyrzutem - Pip,
przyjacielu! Biedy się dopytasz. Udławisz się... Przecież nie zdążyłeś go
pogryźć!
- Cóż tam takiego się stało? - pytała siostra, jeszcze ostrzejszym
tonem.
- Jeśli możesz odkaszlnąć Pip, zmiłuj się, uczyń to - mówił Joe,
przechodząc stopniowo do obawy. - Sztuka sztuką, a zdrowie zdrowiem.
Siostra wreszcie straciła cierpliwość i, rzuciwszy się na Joe, dwa razy
szarpnęła go za bokobrody i uderzyła nim o ścianę; siedziałem, nie
ruszając się na miejscu, czując, że jestem winny tego, co się stało.
- No, teraz spodziewam się, że mi powiesz o co chodzi, ośle! - zawołała
siostra, zadyszana z podniecenia.
Joe bezradnie spojrzał na nią, potem również bezradnie na mnie.
- Wiesz co, Pip - mówił uroczyście, trzymając ostatni kęs chleba w ustach, i to takim przyjacielskim tonem, jakbyśmy byli obaj równi. - Ale
to połknąć taki niezwykły kęs!...
- Wszystko od razu połknął... tak?! - krzyknęła siostra.
- Wiesz, przyjacielu, robiłem i ja takie sztuki, gdy byłem w twoim
wieku... i to dość często... z takimi samymi chłopcami... ale nigdy nie
widziałem, aby ktokolwiek połykał takie kawały. I jak ty od tego nie
zginąłeś!
Siostra moja, jak szalona, rzuciła się ku mnie, schwyciła za włosy i nic
więcej nie rzekła, prócz tych strasznych słów:
- Chodź mi zaraz i pij lekarstwo!
Jakiś niegodziwy lekarz wprowadził w tym czasie w użycie dziegciową
wodę, jako lekarstwo na wszystkie choroby, a pani Joeowa miała w swojej
szafce znaczną ilość tego środka; wierzyła, że lecznicze jego
właściwości odpowiadają zupełnie jego obrzydłemu smakowi. Leczniczy
eliksir, jako środek wzmacniający, wiele już razy we mnie wlewano w takiej ilości, że czuć było ode mnie dziegciem, jakby od świeżo
posmolonego parkanu. Tego wieczora doza, przeznaczona dla mnie, doszła
największych rozmiarów; pani Joeowa wlała mi ją wprost z butelki,
ściskając mą głowę pod ręką. Joe musiał wypić połowę dozy pod pozorem,
że "źle mu się zrobiło". Sądząc po sobie, mogę istotnie przyznać, że źle
mi się robiło nie tylko przed przyjęciem lekarstwa, ale i po przyjęciu.
Nie ma nic przykrzejszego nad wyrzuty sumienia, które męczą dorosłego
człowieka lub dziecko, zwłaszcza jeśli do nich przyłącza się jeszcze
ciężkie brzemię, ukryte w spodniach; wówczas (mogę to stwierdzić własnym
doświadczeniem) znoszą ludzie największą karę w świecie. Świadomość, że
mam zamiar okraść panią Joeową (nigdy nie myślałem, że i Joe, ponieważ
gospodarstwa nie uważałem za jego własność) połączona z koniecznością
przytrzymywania chleba z masłem, gdy siedziałem, albo gdy musiałem
przejść po coś przez kuchnię, doprowadzała mnie do rozpaczy. Gdy wiatr,
wiejący od moczaru, wpadał do komina i podniecał płomień ogniska, zdało
mi się, że słyszę skądś z zewnątrz głos człowieka z żelazną okową u nogi, mówiący, że nie myśli umrzeć z głodu do jutra i żądający, by mu
natychmiast jeść dano. Potem myślałem nad tym, co będzie, jeśli
młodzieniec, którego wstrzymywał z takim trudem, aby nie rzucił się na
mnie, straci wreszcie cierpliwość, albo omyli się co do czasu i będzie
się czuł w zupełnym prawie, nie czekając jutra, dobrać się do mego serca
i wątroby? Jeśli to prawda, że włosy stają dęba, moje już z pewnością
musiały się podnieść. A może to nigdy nikomu się nie przytrafiło?
Była wigilia Bożego Narodzenia i kazano mi mieszać pudding, przeznaczony
na dzień jutrzejszy; mieszałem go akurat od siódmej do ósmej wieczorem.
Spełniałem to z kulą u nogi (co zmuszało mnie do ciągłego myślenia o człowieku z żelazną okową) i wciąż czułem, jak chleb z masłem zsuwa się
do kostki przy najmniejszem poruszeniu, co w końcu stało się nie do
zniesienia. Na szczęście upatrzyłem dogodną chwilę i wśliznąłem się do
swej izdebki na poddaszu.
- Cóż to! - zawołałem, siadając przy kominku, aby ogrzać się cokolwiek
przed snem. - Strzelono z wielkiej armaty?... Słyszysz, Joe?
- A... - odpowiedział. - Znowu jakiś więzień zbiegł.
- Co to znaczy? - spytałem.
Pani Joeowa, która miała zwyczaj wszędzie wmieszać się ze swymi
objaśnieniami, krzyknęła takim grubym głosem, jakim zwykle proponowała
dozę dziegciowej wody.
- Uciekł! Uciekł!
Powiedziawszy to, zajęła się znów pończoszkową robotą, a ja korzystając
z tego, spytałem szeptem Joe:
- Co to takiego więzień?
Joe założył swe wargi, jak się to czyni, gdy się mówi cicho, ale z całej
odpowiedzi zrozumiałem tylko jedno słowo - "Pip".
- Wczoraj wieczorem - mówił głośno - po zachodzie uciekł więzień!
Strzelono, aby dać znać o ucieczce. Teraz widocznie uciekł drugi.
- Kto strzelał? - pytałem.
- Co za głupi malec! - wmieszała się siostra, ponuro patrząc na mnie
spoza swej roboty. - Do wszystkiego się musi wtrącić ze swymi pytaniami.
Nie dopytuj się, a nikt cię nie okłamie.
Pomyślałem, że źle czyni zapowiadając, że i ona by kłamała, gdybym do
niej zwrócił się z pytaniem. Ale ona nigdy przy nikim nie liczyła się z wyrażeniami.
W tej chwili Joe jeszcze bardziej podniecił mą ciekawość, usiłując
wymówić jakieś słowo. Nie zrozumiałem go!
- Pani Joeowo - rzekłem, zwracając się do niej, jakby do
pierwszorzędnego źródła, chciałbym wiedzieć, jeśli się nie pogniewasz,
skąd był ten wystrzał?
- Ach, ty nieboskie stworzenie! - krzyknęła siostra takim głosem, jakby
powiedziała co innego, niż chciała. - Z pontonu!
- O! - zawołałem, patrząc na Joe. - Ponton!
Joe kaszlnął z odcieniem wyrzutu, jakby mówił:
- Mówiłem ci!
- A co to takiego ponton?
- No jakże wam się podoba ten malec?! - krzyknęła siostra, wskazując na
mnie drutem i z niezadowoleniem kręcąc głową. - Odpowiedzieć mu na jedno
pytanie, on cię zarzuci innymi. Pontony to więzienne okręty, które stoją
tam, daleko za bagnem.
- Chciałbym wiedzieć, kogo tam sadzają i za co? - pytałem z rezygnacją.
Tego już było trochę za wiele dla pani Joeowej, zerwała się ze swego
miejsca.
- Słuchaj, malcze! Nie na to wychowywałam cię "własnymi rękami", abyś
męczył ludzi swymi głupimi pytaniami! Wielka zasługa, nie ma co mówić!
Każdy miałby prawo mnie ganić. Na pontony, widzisz, wyprawiają takich,
którzy zabijają, kradną, wyrabiają fałszywe monety i szkodzą innym. Tacy
ludzie zawsze zaczynają od tego, że męczą wszystkich pytaniami i dlatego
precz, natychmiast idź spać!
Nigdy mi nie dawali świecy, gdy szedłem spać, to też drapałem się po
schodach w zupełnej ciemności; w głowie mi szumiało i dzwoniło
prawdopodobnie stąd, że pani Joeowa akcentowała ostatnie słowa
akompaniamentem, który wykonywała na mej głowie z pomocą naparstka.
Jeszcze większy strach owładnął mną na myśl, że jestem przeznaczony do
pontonów. Widziałem obecnie jasno tę drogę przed sobą. Zacząłem od
pytań, a oto przygotowywałem się okraść panią Joeową.
Od tego czasu, który pozostał daleko za mną, często myślałem, że ludzie
mało rozumieją, do czego może doprowadzić dziecko strach. Nie chodzi o to, czy ważna jest jego przyczyna, chodzi o sam strach. Czułem
śmiertelną obawę na myśl o młodzieńcu, pragnącym mego serca i wątroby;
czułem śmiertelny strach na myśl o jego towarzyszu z żelazną okową;
bałem się samego siebie z tego powodu, że dałem taką okropną obietnicę.
A mimo to nie śmiałem spodziewać się pomocy ze strony swej wszechmogącej
siostry, która zawsze, w każdym czasie gotowa była mnie odepchnąć. Z przerażeniem myślę o tym, na co mógłbym się odważyć dzięki strachowi.
Za każdym razem, gdy zasypiałem tej nocy, zdawało mi się we śnie, że
silny prąd wody niesie mnie rzeką wprost na pontony i że w tej samej
chwili, gdy przepływałem obok szubienicy, widmo pirata woła do mnie
przez tubę, bym lepiej teraz nie płynął do brzegu, bo mnie powieszą, w przeciwnym razie zaś odłożą to na później. Bałem się usnąć, choć chciało
mi się spać; wiedziałem, że muszę spełnić kradzież z pierwszym
przebłyskiem dnia. Nocą nic nie mogłem uczynić, bo ogień wówczas jeszcze
nie tak łatwo było wzniecić; musiałbym w tym celu wziąć hubkę i krzesiwo, a to wywołałoby hałas podobny do szczęku łańcucha tego pirata.
Gdy czarna, aksamitna zasłona nocy, widniejąca za moim oknem, obramowała
się szarawym blaskiem, wyskoczyłem z pościeli i zszedłem po schodach.
Najmniejszy trzask i szmer, gdy schodziłem po stopniach, zdawało się,
mówiły: "Trzymaj złodzieja!", lub "Wstawaj Joe!". W spiżarni, gdzie
przygotowano wiele zapasów, wedle zwyczaju, na nadchodzące święta,
przestraszyłem się okropnie na widok wiszącego zająca, który, jak mi się
zdawało, mrugnął do mnie, gdy byłem doń zwrócony. Nie miałem jednak
czasu do sprawdzenia swych wrażeń, ani do rozmyślań i w ogóle na nic,
musiałem korzystać z każdej chwili. Wziąłem kawał chleba i sera, pół
garnka drobno usiekanego mięsa, zawiązałem to w kawałek płótna, wraz z wczorajszą kromką chleba z masłem, odlałem z kamiennego gąsiora trochę
wódki do przygotowanej na to szklanej butelki, po czym dolałem do
pełności do kamiennego gąsiora z konewki stojącej w kuchennej szafce,
wziąłem prócz tego kość z trochą mięsa i piękny okrągły pieróg nadziany
wieprzowiną. Mało już nie odszedłem bez tego pieroga, ale oglądając
półki, czy nie ma tam czego odpowiedniego, zauważyłem okrągłe gliniane
naczynie, zakryte z góry; zajrzawszy doń dostrzegłem pieróg i zaraz
zabrałem go, w nadziei, że nie tak prędko może być potrzebny, a zatem
nie od razu poznają brak jego.
W kuchni były drzwi łączące ją z kuźnią; otworzyłem je i wyszukałem
pilnik między przyrządami Joe. Zamknąłem za sobą drzwi do kuźni,
wyszedłem przez te, którymi wróciłem wczoraj z cmentarza, zamknąłem je i zacząłem biec ku moczarom.
Rozdział III
Rozdział III
Ranek był chmurny i mglisty. Zewnętrzna strona mego maleńkiego okna była
obsiana osiadłymi na niej kropelkami wilgoci, jakby jakiś leśny duch
przepłakał nad nim całą noc i przez ten czas posługiwał się nim, jak
chustką. Wszystko dookoła pokryte było wilgocią, błyszczącą na nagich
płotach i wątłej trawie, podobną do grubej pajęczyny, wiążącej gałązki
roślin. Ta sama kleista wilgoć pokrywała parkany i bramy, a z bagna
podnosiła się tak gęsta mgła, że dotąd nie dojrzałem drewnianego palca,
wskazującego drogę do naszej wioski, do której zresztą nikt nigdy nie
zachodził. Gdy zaś spojrzałem nań i widziałem, jak mgła kropla za kroplą
spadała w dół, wydał mi się widmem, wskazującym mi ponton.
Mgła gęstniała w miarę zbliżania się do moczaru, tak że teraz już nie ja
biegłem do otaczających mnie przedmiotów, lecz one ku mnie.
Zaniepokojone sumienie zwiększało jeszcze nieprzyjemność wycieczki.
Wrota, napisy i rowy rwały się ku mnie przez mgłę i krzyczały: "Malec z czymś w rodzaju pieroga z wieprzowiną! Zatrzymajcie go!". Zupełnie
niespodzianie pojawiło się przede mną bydło z rozdętymi nozdrzami, z których buchała para. "Ej, ty, mały złodzieju!". Czarny byk z białą
plamą na szyi, która wydawała się memu winnemu sumieniu podobna do
kołnierza pastora, uporczywie wpijał się we mnie oczami i z takim pełnym
wyrzutu wyrazem poruszał głową, że nie mogłem wytrzymać i zawołałem:
"Nie jestem nic winien, panie! Zrobiłem to nie dla siebie!". W odpowiedzi na to schylił łeb, wypuścił z nozdrzy kłąb pary, zadarł ogon
i, kopnąwszy tylnymi nogami, znikł w jednej chwili.
Cały ten czas szedłem ku rzece. Pomimo tego, że szybko posuwałem się
naprzód, nie mogłem rozgrzać nóg; chłód i wilgoć tak ściśle je objęły,
jak żelazna okowa nogę człowieka, do którego szedłem. Dobrze znałem
drogę do okopów, bo często w niedzielę przychodziłem tu z Joe, który
siedząc raz ze mną na starej armacie, mówił, że nieraz wyprawiać się tu
będziemy, gdy zostanę jego uczniem. Tymczasem skutkiem gęstej mgły
zszedłem w prawo z właściwej drogi i musiałem wracać w dół rzeki
błotnistym wybrzeżem, pokrytym śliskimi kamieniami i wiechami,
wskazującymi linię, do której dochodzi wylew rzeki. Dążąc naprzód z możliwą dla mnie szybkością, przebrnąłem rów w pobliżu okopów i chciałem
już biec po nasypie z drugiej strony rowu, gdy nagle ujrzałem siedzącego
człowieka. Zwrócony plecami ku mnie, ze złożonymi rękami i nisko
pochylony naprzód, spał twardo.
Pomyślałem, że bardzo się ucieszy, gdy w tak niespodziewany sposób
otrzyma śniadanie i dlatego ostrożnie podszedłem ku niemu i z lekka
dotknąłem go w ramię. Szybko zerwał się na nogi i zobaczyłem nie
wczorajszego, lecz jakiegoś innego człowieka.
Miał taką samą grubą szarą odzież, taką samą wielką żelazną okowę, także
utykał i mówił chrapliwym głosem, drżał od chłodu i wszystko było
podobne, jak u tamtego człowieka, z wyjątkiem twarzy i płaskiego z szerokim skrzydłem kapelusza na głowie. Wszystko to zmiarkowałem w jednej sekundzie. On zaś ze strasznym przekleństwem rzucił się ku mnie i chciał mnie uderzyć, ale nie trafił, pośliznął się, mało nie upadł i zaczął uciekać, potknął się jeszcze dwa, trzy razy i znikł we mgle.
Stanowczo jest to właśnie ten młody człowiek! - pomyślałem i serce me
zabiło na tę myśl. Mogę dodać, że poczułbym też i ból w wątrobie, gdybym
wiedział tylko, gdzie się ona znajduje.
Wkrótce potem byłem w okopach i zastałem wczorajszego skazańca, który w oczekiwaniu na mnie błąkał się tu i tam. Było mu widocznie bardzo zimno.
Myślałem, że padnie na ziemię i umrze z zimna w mej obecności. Oczy jego
płonęły żądzą jadła, i gdy mu podałem pilnik, z zimną krwią odłożył go
na bok na trawę, a całą swą uwagę skupił na zawiniątku w mych rękach.
Tym razem nie wykręcał mnie głową w dół, stał spokojnie i patrzył, jak
wypróżniałem kieszenie.
- Co tam masz w butelce, mały? - zapytał.
- Wódkę.
Jadł już przyniesione drobno siekane mięso, wpychając je do ust, nie jak
człowiek zaspokajający swój głód, lecz jak ten, co w pośpiechu pakuje
swe rzeczy do walizki. Zatrzymał się tylko na chwilę, aby wypić kilka
łyków wódki. Drżał całym ciałem i zdawało mi się, że odgryzie i połknie
szyjkę butelki.
- Ma pan pewno febrę? - spytałem.
- To samo myślę, mój mały! - odpowiedział.
- Tu niezdrowe miejsce - rzekłem. - Pan leżał na ziemi, a tu mokro i łatwo się nabawić febry... lub reumatyzmu.
- Jeszcze zdążę zjeść śniadanie, zanim śmierć nastąpi - powiedział. - I będę jadł, choćby mnie potem mieli prowadzić na szubienicę. Nic to,
ustanie ten dreszcz, ustanie... gotów jestem się z tobą założyć, malcze!
Chciwie łykał drobno siekane mięso, chleb, ser, pierogi z wieprzowiną
bez wyboru, jedne za drugim, z trwogą spoglądając w mgłę otaczającą nas
i od czasu do czasu przestając żuć, by nasłuchiwać. Każdy rzeczywisty i urojony odgłos, czy dźwięk żelaza na rzece, czy wrzask czegoś żyjącego
na moczarze trwożyły go i wówczas pytał:
- Nie myślisz ty mnie, diable, oszukać? Nikogo nie sprowadziłeś ze sobą?
- Nie, panie! Nie!
- A policji nie zawiadomiłeś?
- Nie!
- No, dobrze - rzekł - wierzę ci. I to prawda! Na cóż by się przydał
taki szczeniak, jak ty, gdyby w twych latach zamyślał pomagać innym do
dręczenia na śmierć tak nieszczęśliwego stworzenia, jak ja.
Dziwnie zagrało mu w ustach przy tych ostatnich słowach, wytarł oczy
podartym, grubym rękawem.
Było mi go bardzo żal, a widząc, jak stopniowo zabrał się do pieroga z wieprzowiną, rzekłem mu wreszcie:
- Bardzo jestem zadowolony, że pieróg panu smakuje.
- Co mówisz?
- Rad jestem, że pieróg panu smakuje.
- Dziękuję, mój mały! Tak, smakuje mi.
Często przyglądałem się, jak jadł pokarm nasz podwórzowy pies i znalazłem wiele podobieństwa w sposobie ich jedzenia. Podobnie jak pies
z początku odgryzał kęsy, chwytał je i spiesznie, nie żując ich,
połykał, oglądając się równocześnie na wszystkie strony, jakby w obawie,
czy się kto nie pojawi i nie wyrwie mu pieroga. Znajdował się w ogóle w takim stanie, że z trudem mógł ocenić wartość pieroga, choć nikomu z pewnością nie pozwoliłby podzielić go z sobą bez wyszczerzenia zębów na
nieproszonego gościa. Wtem zupełnie był podobny do psa.
- Boję się, że nic nie zostawi pan dla niego - nieśmiało zauważyłem po
chwili milczenia, podczas którego namyślałem się, czy nie będzie
niedelikatną z mej strony taka uwaga. - Więcej już nic w spiżarni nie
zostało.
Tylko wiara w rzeczywistość wspomnianego faktu pobudziła mnie do
zwrócenia się doń z tą uwagą.
- Zostawić dla niego? Dla kogo? - spytał, przestając gryźć skórkę
pieroga.
- Dla młodego człowieka, o którym pan mówił... który ukrył się razem z panem.
- O... o! - krzyknął z czymś w rodzaju tłumionego śmiechu. - Jemu? Tak,
tak! On obejdzie się i bez jedzenia; niczego nie potrzebuje.
- Zdawało mi się, że głodny - odrzekłem.
Przestał jeść i spojrzał na mnie z największym zdziwieniem, a zarazem z niedowierzaniem.
- Wydawało ci się? Kiedy?
- Teraz właśnie.
- Gdzie?
- Ot tam! - rzekłem. - Siedział i spał, a ja myślałem, że to pan.
Schwycił mnie za kurtkę i tak spojrzał na mnie, że przestraszyłem się,
czy nie wróciła mu poprzednia chęć poderżnięcia mi gardła.
- Był ubrany tak, jak pan, tylko z kapeluszem na głowie - mówiłem, drżąc
ze strachu - i... i... - chciałem delikatnie to wyrazić - i miał te same
powody życzyć sobie pilnika. Słyszał pan dziś w nocy wystrzał?
- Tak, prawda - rzekł do siebie - zdaje się, strzelali.
- Dziwne, że nie jest pan pewien tego - odpowiedziałem. - Myśmy słyszeli
w domu... a przecież do nas dalej, a i drzwi były zamknięte.
- Widzisz - rzekł - gdy człek musi włóczyć się po tym bagnie z pustą
głową i pustym żołądkiem, gdy ginie z zimna i głodu, całą noc nic więcej
nie słyszy prócz wystrzałów i krzyków, które go prześladują. Widzi
żołnierzy w czerwonych mundurach z pochodniami w rękach... widzi, jak
coraz ciaśniej i ciaśniej otaczają go kołem. Słyszy, jak wywołują jego
numer i wołają po imieniu, jak szczękają ich muszkiety i rozlega się
komenda: "Pal!". - Wycelowali i... nic! Nie jedną ich partię, niech ich
diabli wezmą, widziałem dziś w nocy, ale setki... Raz, dwa! Raz, dwa! A co
wystrzałów!... Widziałem, jak drżała mgła i nie przestała drżeć nawet z przebłyskiem dnia... Ale co do tego człowieka - dotychczas mówił, jakby
zupełnie zapomniał o mej obecności - nie zauważyłeś u niego czegoś
charakterystycznego?
- Całą twarz miał w siniakach - rzekłem, starając się przypomnieć go
sobie.
- Czy nie tutaj? - zawołał, uderzając się z całej siły w lewy policzek
dłonią.
- Tak, tutaj!
- Gdzież on? - pytał, chowając resztki jedzenia pod szarą kurtkę. -
Wskaż mi, w którą stronę poszedł. Wyśledzę go nie gorzej od tresowanego
psa. Niech licho weźmie okowę z mej nogi. Daj no tu pilnik, mój mały!
Wskazałem mu kierunek, w którym pobiegł ów człowiek, a on przez chwilę
patrzył uważnie w tę stronę. Po czym osunął się na nędzną trawę i z wściekłością zaczął piłować swą okowę, zapominając widocznie o mej
obecności, a całą uwagę kierując wyłącznie na swą nogę; była na niej
krwawiąca rana, a tak nieostrożnie się z nogą obchodził, że można było
sądzić, iż jest równie nieczuła, jak pilnik. Widząc, z jaką
bezwzględnością obchodzi się ze swą własną nogą, znowu się
przestraszyłem i poczułem, że jestem trochę za daleko od domu.
Powiedziałem mu, że już czas na mnie i muszę odejść, nie spojrzał nawet,
sądziłem więc, że lepiej będzie jak najprędzej oddalić się od niego. Po
kilku minutach odwróciłem się i ujrzałem, że siedzi, pochyliwszy głowę
nad kolanem i z wściekłością piłuje, osypując przekleństwami kajdany i nogę. Ostatni odgłos, jaki usłyszałem, gdy mgła zakryła go przed mymi
oczami, gdy się zatrzymałem, był zgrzyt pilnika.
Rozdział IV
Rozdział IV
Byłem pewny, że zastanę w kuchni policjanta, który się zjawi, by mnie
aresztować. Ale nie zobaczyłem go, a nawet nie wykryła się spełniona
przeze mnie kradzież. Pani Joeowa krzątała się, przygotowując wszystko
do zbliżającego się przyjęcia, a Joe siedział na stopniach za drzwiami,
aby nie wpaść przypadkiem na koszyk ze śmieciem. Zawsze go los
prześladował i Joe najczęściej cierpiał odeń wówczas, gdy siostra z największą troskliwością krzątała się, sprzątając we wszystkich kątach.
- Gdzieś przepadał, diable?
Odpowiedziałem, że poszedłem posłuchać kolęd.
- No, to dobrze! - odrzekła. - Można się było po tobie czegoś gorszego
spodziewać.
Nie należy w to wątpić, pomyślałem.
- Gdybym nie była żoną kowala i związaną z domem niewolnicą, która nigdy
nie zdejmuje tego fartucha, także bym z przyjemnością posłuchała kolęd.
Bardzo lubię kolędy, może dlatego, że nigdy nie mogę ich słyszeć.
Joe ośmielał się wejść do kuchni dopiero po wyniesieniu kosza ze
śmieciami. Za każdym razem, gdy pani Joeowa patrzyła na niego, lewą
stroną ręki gładził się po nosie z dobrodusznym, łagodnym wyrazem; ale
skoro tylko odwróciła się, krzyżował oba wskazujące palce, co było
naszym umówionym znakiem w tych razach, gdy siostra była nie w humorze.
Ten zaś stan, prawdę mówiąc, był jej stanem normalnym tak, że ja i on
całymi tygodniami, bywało, krzyżowaliśmy palce i przypominaliśmy sobą
grobowce rycerzy ze złożonymi na krzyż nogami.
Dziś przygotowywano u nas wspaniały obiad, składający się z szynki,
jarzyny i dwóch pulard. Pieróg z mięsem był gotów już wczoraj (główny
powód, że nie użyto doń drobno usiekanego mięsa), a pudding piekł się na
ogniu. Skutkiem świątecznych przygotowań śniadanie nasze nie było
wykwintne.
Nakrajała nam siostra tyle kawałków chleba, jakby miała nakarmić nie
jednego dorosłego człowieka i dziecko, lecz cały pułk i to po forsownym
marszu; chleb zapijaliśmy mlekiem, rozrobionym wodą z dzbanka. Pani
Joeowa tymczasem założyła czyste firanki, zmieniła stare nakrycie na
kominku na nowe z kwiatami, po czym oczyściła pokój bawialny i zdjęła z mebli pokrycie, które zdejmowano zwyczajnie tylko raz do roku; pokrowce
osłaniały także i cztery małe gliniane pudelki z czarnymi noskami i koszyczkami kwiatów w pyskach, stojące na kamiennej podstawie, a podobne
do siebie, jak krople wody. Pani Joeowa była skrzętną gospodynią i umiała porządek uczynić mniej miłym i przyjemnym niż nieład.
Systematyczność, podobnie jak i pobożność, ludzie często fałszywie
pojmują.
Siostra była tak zajęta w tym dniu, że nie mogła iść do kościoła:
poszliśmy więc we dwójkę z Joe. W zwyczajnym ubraniu przedstawiał on
charakterystyczny typ pięknego i doskonale zbudowanego kowala, ale
świąteczna odzież zmieniała go w prawdziwe straszydło. Wszystko leżało
na nim niedbale i zdawało się uszyte zupełnie nie dla niego. Gdy przy
dźwiękach wesołych dzwonów świątecznych wyszedł ze swego pokoju w paradnym ubraniu, wyglądał jak istne wcielenie nieszczęścia. Co do mnie,
siostra wyobraziła sobie widocznie, że jestem młodym przestępcą, którego
w chwili urodzenia wziął z rąk akuszerki policjant i oddał jej, by
postępowała z nim, jak na to zasługuje każdy burzyciel prawa.
Postępowano ze mną tak, jak gdybym sam postarał się o to, aby pojawić
się na świecie, na przekór zasadom rozsądku, religii, obyczajności i wszystkim dążeniom swych najlepszych przyjaciół. A także i wówczas, gdy
krawiec miał robić mi ubranie, polecono mu, aby uszył je tak, bym się w nim nie mógł swobodnie poruszać.
Jestem pewny, że wspólna nasza wyprawa do kościoła stanowiła dla
wszystkich współczujących ludzi wzruszający widok. Ale to, co raziło
mnie w mym stroju, było niczym w porównaniu do mych duchowych tortur.
Strach na widok Joeowej, zmierzającej do spiżarni, był równie silny, jak
wyrzuty sumienia, nękające mnie za to, co zrobiłem; ciężar przestępnej
tajemnicy był tak wielki, że już myślałem o tym, czy nie lepiej wyjawić
go w kościele, co może by mnie uchroniło od zemsty młodego człowieka.
Oto w chwili, gdy zacznie się spowiedź, a pastor powie: "Kto z was ma
coś na sumieniu, niech wyjawi", wstanę i poproszę o pozwolenie przejścia
do zakrystii. Byłem pewien, że tym wystąpieniem zwrócę uwagę całego
zboru, ale było to Boże Narodzenie, nie Wielkanoc, i spowiedzi nie było.
Na obiad do nas przyjść mieli pan Wopsle - kościelny, pan Hubble -
kołodziej, pani Hubble - jego żona, wuj Joe Pumblechook - zamożny
handlarz zbożem. Obiad wyznaczono na pół do drugiej. Kiedyśmy wrócili do
domu, stół był już nakryty, pani Joeowa ubrana, obiad gotów i drzwi
wejściowe otwarte dla oczekiwanych gości; wszystko przybrało szatę
uroczystą. A o kradzieży jak przedtem ani słowa.
Czas mijał, nie przynosząc ulgi mym uczuciom, aż wreszcie zebrali się
goście. Pan Wopsle odznaczał się wielkim rzymskim nosem, wysokim,
błyszczącym czołem i grubym basem, którym się bardzo szczycił; nasi
znajomi mówili, że dać mu tylko swobodę, to przekrzyczy pastora. Sam zaś
mawiał zwykle, że gdyby posada pastora była dostępna dla każdego w myśl
konkurencji, byłby już z pewnością utorował sobie drogę, ale ponieważ
nie jest dostępna, musi zadowalać się stanowiskiem kościelnego. "Amen"
wywodził przeraźliwym głosem, a gdy zaczynał czytać psalm, zawsze
oglądał się na obecnych, jakby mówił do nich:
- Słyszeliście właśnie mego przyjaciela, teraz zaś bądźcie łaskawi
wyrazić sąd swój o mym głosie.
Otwierałem drzwi gościom: Najpierw panu Wopsle'owi, potem państwu
Hubble'owi, a wreszcie wujowi Pumblechookowi.
Raz na zawsze i pod grozą kary zabroniono mi nazywać go wujem.
- Pani Joeowo - rzekł wuj Pumblechook, tłusty, chory na astmę człowiek,
z wielkimi, jak u ryby, ustami, z zamglonymi oczami i włosami piaskowego
koloru, sterczącymi do góry; wygląd jego był taki, jakby dopiero co
udławił się i w tym stanie tu przyszedł. - Pani Joeowo, zamiast życzeń
świątecznych przyniosłem pani... przyniosłem pani butelkę xeresu i...
przyniosłem pani butelkę portweinu.
W każde Boże Narodzenie pojawiał się tak samo, powtarzał te same słowa i przynosił takie same butelki wina. Za każdym razem odpowiadała mu Joeowa
tymi samymi słowami:
- O, wu-ju Pum-ble-chook! Jak to pięknie.
- Nie jest to niczym w porównaniu z zasługami pani. A teraz, czy wszyscy
zdrowi? Jak się masz półpensie? (To do mnie).
W podobnych razach jedliśmy obiad zazwyczaj w kuchni, potem
przechodziliśmy do gościnnego pokoju i jedliśmy tam orzechy, pomarańcze
i jabłka, co można było porównać ze zmienianiem przez Joe ubrania
zwykłego na odświętne. Siostra moja była tym razem niezwykle wesoła; w ogóle w niczyim towarzystwie nie czuła się tak zadowolona, jak w towarzystwie pani Hubble, która, o ile pamiętam, była małą figurką z ostrymi rysami twarzy w sukni błękitnoniebieskiego koloru; zachowywała
się po dziecinnemu, dlatego że gdy wychodziła za mąż za pana Hubble'a -
nie wiem jak dawno - była znacznie od niego młodsza. Pan Hubble był
silnym, o szerokich barkach mężczyzną o zapachu wiórów, z niezwykle
szeroko rozstawionymi nogami; w dzieciństwie, gdy szedłem naprzeciw
niego, zawsze o parę wiorst przed sobą widziałem między jego nogami
leżącą za nim okolicę.
Wobec gości czułem się nieswojo nawet wówczas, gdy jeszcze nie
popełniłem kradzieży w spiżarni.
I obecnie było mi nieprzyjemnie, nie dlatego, że siedziałem w samym rogu
stołu, który gniótł mi piersi, nie dlatego, że Pumblechook trącał mnie
łokciem w oko, nie dlatego, że nie pozwolono mi się odzywać (bo i sam
tego nie chciałem), nie dlatego, że mi dawano do ogryzania tylko kości z kury i podejrzane kąski wieprzowiny, którymi świnia pewno nie chlubiła
się w czasie swego życia. Nie! Nie miałem o to pretensji, ale żeby mnie
tylko nie prześladowano. Oni jednak nie pozostawili mnie w spokoju.
Widocznie, wszelkimi siłami starali się według swego zwyczaju skierować
na mnie rozmowę i czymkolwiek mnie dotknąć. Byłem dla nich małym
byczkiem na hiszpańskiej arenie, w którego wbijali swe duchowe piki.
Zaczęło się to od chwili podania obiadu. Pan Wopsle przeczytał modlitwę,
deklamując ją, jakby na scenie; o ile sobie przypominam, wyglądała ona
na wizję z Hamleta lub Ryszarda III; modlitwę swą zakończył słowami, że
wszyscy powinniśmy być wdzięcznymi, w odpowiedzi na to siostra ostro
popatrzyła na mnie i rzekła cichym, ale pełnym wyrzutu głosem:
- Słyszałeś? Wdzięcznymi.
- Ty zaś szczególnie, chłopcze, powinieneś być wdzięcznym dla tych,
którzy cię wychowali swymi "rękami" - rzekł pan Pumblechook.
Pani Hubble pokręciła głową i, patrząc na mnie z takim wyrazem, jakby ze
mnie nic nigdy porządnego być nie mogło, rzekła:
- Ach, młodzi nigdy nie bywają wdzięczni.
Tajemnicze znaczenie słów tych nie było zrozumiałe dla całego
towarzystwa, dopóki go nie rozjaśnił pan Hubble, mówiąc:
- Dlatego, że młodzież już z natury jest bez charakteru.
Wszyscy mruknęli: "słusznie", i każdy z osobna spojrzał na mnie.
Wpływ i znaczenie Joe zmniejszyły się jeszcze bardziej w obecności tej
kompanii. Ale zawsze tak, czy owak, starał się uspokoić i osłonić mnie;
jak zwykle podczas obiadu tak i w tym wypadku, wlał mi do talerza prawie
pół kwaterki sosu.
W połowie obiadu pan Wopsle przystąpił do surowej krytyki dzisiejszego
kazania i znowu wspomniał o tym, że gdyby kościelna kariera była dla
wszystkich otwarta, pokazałby im, jak się powinno mówić kazanie.
Otrzymawszy kilka potwierdzających znaków od swych słuchaczy, wyraził
zapatrywanie, że na dziś był wybrany zupełnie nieodpowiedni temat do
kazania, czego nigdy wybaczyć nie może szczególnie wobec tego, że
spotykamy na każdym kroku tyle żywotnych kwestii.
- Całkiem słusznie! - dodał pan Pumblechook. - Trafiłeś pan w samo
sedno! Tematów wiele dla tych, którzy umieją posypać im soli na ogon.
Tego właśnie im potrzeba. Taki człowiek nie potrzebuje szukać tematów do
kazań, ma je zawsze w zapasie w swej solniczce - Pan Pumblechook ciągnął
dalej po krótkiej rozwadze. - Popatrzcie na tę szynkę. Czyż to nie
temat?! Chcecie znaleźć temat, spojrzyjcie na szynkę!
- Istotnie! Ileż to morałów można zaczerpnąć z tego dla młodzieży -
rzekł pan Wopsle; od razu zrozumiałem, że myśli o mnie.
- Słuchaj dobrze - rzekła mi surowo siostra, a Joe dolał mi sosu na
talerz.
- Świnia - ciągnął pan Wopsle grubym głosem, wskazując widelcem na moją
zaczerwienioną twarz, jakbym nie miał chrześcijańskiego imienia - Świnia
zawsze była towarzyszem syna marnotrawnego. Obżarstwo świń jest wadą,
przed którą zawsze przestrzegają młodzież. (Myślałem, czy by nie
zastosować tego do tych, którzy wychwalają soczystą i tłustą szynkę). Co
wstrętne jest u świni, jeszcze wstrętniejsze u chłopca.
- Albo u dziewczynki - dodał pan Hubble.
- Rozumie się, że i u dziewczynki, panie Hubble - odparł z rozdrażnieniem pan Wopsle - ale tu nie ma dziewczynki.
- W każdym razie - rzekł pan Pumblechook - nigdy nie powinieneś
zapominać o tym, że masz być wdzięczny. Jeśli byś się urodził
prosiakiem...
- On i był zawsze prosiakiem! - dorzuciła moja siostra.
Joe znów dolał mi sosu.
- Mówię o rzeczywistym, czworonogim prosięciu - odpowiedział pan
Pumblechook. - Gdybyś się urodził takim prosięciem, czyż byłbyś tutaj?
Nie...
- Chyba w takiej postaci - wtrącił pan Wopsle, wskazując głową półmisek.
- Nie o tym chciałem mówić - ciągnął pan Pumblechook, nie lubiący, gdy
mu przerywano. - Chciałem powiedzieć, że nie siedziałbyś w towarzystwie
ludzi starszych i lepszych, nie korzystałbyś z ich rozmów i nie
rozkoszowałbyś się tym. Czyż mógłbyś się cieszyć tym wszystkim? Nie! I jakiż byłby twój los? - zwrócił się znów do mnie. - Sprzedaliby cię,
jako rzecz wartościową, za pewną ilość szylingów na targu, a rzeźnik
Dunstable podszedłby ku tobie, kiedy byś leżał na słomie, niczego nie
podejrzewając, schwyciłby cię pod lewą łopatką a prawą odrzuciłby połę
swego kaftana, aby wygodniej mu było wydostać składany nóż, a potem
wypuściłby z ciebie wszystką krew, a z nią twe życie. Nie wychowywaliby
cię wówczas "rękami"... o nie, bratku, nie!
Joe znów dolał mi podwójną porcję sosu, ale bałem się już jeść.
- Dużo kłopotu, myślę, sprawił pani? - rzekła pani Hubble ze
współczuciem do siostry.
- Kłopotu? - odrzekła tym samym tonem siostra. - Kłopotu?
Po czym zaczęła szczegółowo wyliczać, ile to razy cierpiała z mego
powodu, wiele bezsennych nocy spędziła, wiele razy spadałem z wysokich
miejsc, wiele razy wpadałem w niskie, wiele razy sam się skaleczyłem,
wiele razy życzyła sobie, bym umarł, a ja zawsze wykręcałem się od
śmierci.
Zdaje mi się, że Rzymianie męczyli się wzajemnie swymi długimi nosami;
czyż nie dlatego byli oni tak niespokojnego, popędliwego usposobienia?
Jakkolwiek było, rzymski nos pana Wopsle'a pozbawiał mnie bezustannie
spokoju i nieraz, gdy siostra opowiadała o mych postępkach, gotów byłem
tak złapać go za nos, aby zawył na całe gardło. Ale wszystko, co
przecierpiałem dotąd, niczym było w porównaniu z tym, czego
doświadczyłem, gdy po opowiadaniu siostry nastąpiła przerwa, podczas
której każdy uważał za swój obowiązek spojrzeć na mnie z niechęcią i wstrętem.
- Tak - rzekł pan Pumblechook, starając się zwrócić uwagę ogółu na ten
temat, od którego zboczyliśmy - szynka to doskonała rzecz! Nieprawdaż?
- Czy wuj nie zechce trochę wódki? - spytała siostra.
O, nieba! Zaczyna się...! Spróbuje jej, powie, że słaba i przepadłem!
Silnie schwyciłem za nogę stołu i czekałem rozstrzygnięcia swego losu.
Siostra poszła po gliniany gąsiorek, przyniosła go i nalała wódki
jednemu tylko panu Pumblechookowi. Ale wstrętny człowiek nie wypił jej
od razu; chciał delektować się swą szklanką... podniósł, spojrzał pod
światło i znów postawił, przedłużając tym moją mękę. Tymczasem państwo
Joe zaczęli sprzątać resztki ze stołu i przygotowywać miejsce dla
pieroga i puddingu.
Nie mogłem oderwać oczu od Pumblechooka. Trzymając się silnie rękami i nogami nogi od stołu ujrzałem, jak postukawszy palcem w szklankę,
podniósł ją, uśmiechnął się, odchylił głowę w tył i wypił od razu
wszystką wódkę. W tej chwili, ku nadzwyczajnemu zdziwieniu obecnych,
zerwał się na nogi, zaczął biegać po izbie, dysząc od spazmatycznego
kaszlu, wreszcie wybiegł za drzwi. Przez okno widać było, jak pluł i charkał, czyniąc najobrzydliwsze miny i rzucając się, jak szalony.
Jeszcze silniej schwyciłem za stół, gdy państwo Joe podbiegli do niego.
Nie wiedziałem, jak się to stało, nie myślałem go truć. Wtedy dopiero
zmniejszył się trochę ogarniający mnie przestrach, gdy ujrzałem, że
wraca; przesunął niezadowolonym wzrokiem po całym towarzystwie, rzucił
się na krzesło i krzyknął:
- Dziegieć!
To znaczy, że dolałem dziegciowej wody! Wiedziałem teraz, że będzie mu
wciąż gorzej i gorzej. Stół pod naciskiem mych drżących rąk podniósł
się, jak przy prawdziwym medium.
- Dziegieć! - ze zdziwieniem zawołała siostra. - Skąd mógł się wziąć
dziegieć?
Ale wuj Pumblechook zawołał, że nie chce słyszeć o tym słowie, ani mówić
o nim; machnął wspaniałomyślnie ręką i zażądał dżinu z wodą. Siostra,
która ku wielkiej mej trwodze, zaczęła się już namyślać, pospieszyła
przynieść mu dżinu, gorącej wody, cukru i skórki cytrynowej i zajęła się
przygotowaniem ponczu. Na razie byłem ocalony. Trzymałem wciąż nogę
stołu i ściskałem ją teraz z uczuciem wdzięczności.
Z wolna uspokoiłem się do tego stopnia, że puściłem nogę i zająłem się
jedzeniem puddingu. Pan Pumblechook poweselał pod dodatnim wpływem
ponczu. Już miałem nadzieję, że dzień minie spokojnie, gdy siostra moja
rzekła Joe:
- Podaj czyste talerze... chłodne.
Chwyciłem znów za nogę stołu i przycisnąłem ją do siebie tak, jakby była
towarzyszem mego dzieciństwa i przyjacielem mej duszy. Przewidywałem, co
się stanie i czułem, że zginę.
- Obecnie poproszę was o spróbowanie - siostra zwróciła się do swych
gości z nadzwyczajną grzecznością, na jaką tylko mogła się zdobyć -
poproszę o spróbowanie doskonałego i wspaniałego prezentu wuja
Pumblechooka.
Spróbować! Próżne ich nadzieje co do popróbowania!
- Idzie tu - rzekła moja siostra, wstając ze swego miejsca - o pieróg z wieprzowiną.
Całe towarzystwo obsypało ją komplementami. Wuj Pumblechook, przekonany
o tym, że prócz pochwał nic innego nie może go spotkać, pospieszył
dodać:
- O, bądź pani spokojna, oddamy pierogowi co mu się należy, a nikt z nas
nie ma nic przeciw temu, by go spróbować po kawałku.
Siostra poszła po pieróg. Słyszałem, jak przeszła do spiżarni.
Widziałem, jak pan Pumblechook zamierzał się swym nożem. Zrozumiałem po
rozdętych nozdrzach rzymskiego nosa, jak ożywił się apetyt pana
Wopsle'a. Usłyszałem uwagę pana Hubble'a, że "Kąsek pachnącego pieroga z wieprzowiną można zjeść po każdym wspaniałym obiedzie i nie przyniesie
to szkody", a potem słowa Joe: "I tobie, Pip, dadzą kawałek". Nie mogę
jednak na pewno powiedzieć, czy rzeczywiście krzyknąłem ze strachu, czy
mi się to tylko zdawało. Czułem, że jest to ponad moje siły i że muszę
uciec... Puściłem nogę stołu i rzuciłem się ku drzwiom.
Nie zdążyłem jednak dobiec do nich, gdy natknąłem się na oddział
żołnierzy, uzbrojonych w muszkiety. Jeden z nich, potrząsając ku mnie
parą kajdanów, rzekł:
- Otóż i my! No, gdzież tu kowal?
Rozdział V
Rozdział V
W chwili pojawienia się żołnierzy, uderzających kolbami nabitych
muszkietów o próg naszego domu, wszyscy w strasznym zamieszaniu zerwali
się od stołu. Pani Joeowa, która właśnie wróciła do kuchni z pustymi
rękami, zatrzymała się ze zdziwieniem, zaledwie zdążywszy wydać żałosny
okrzyk:
- Boże miłosierny! Co się stało z pierogiem?...
Sierżant i ja byliśmy w kuchni, gdy pani Joeowa osłupiała ze zdziwienia.
Wówczas odzyskałem już cokolwiek przytomności. Sierżant pierwszy zapytał
mnie przy bramie, a teraz stał, rozglądając się dokoła i trzymał w prawej ręce kajdany, lewą zaś oparł na mym ramieniu.
- Wybaczcie państwo - rzekł - ale już w drzwiach oznajmiłem temu
pięknemu młodzieńcowi, że przychodzę tu w imieniu króla i chciałbym się
widzieć z kowalem.
- Bądź pan łaskaw oznajmić nam, dlaczego chcesz się z nim widzieć? -
spytała siostra.
- Pani - odpowiedział grzecznie sierżant - gdybym mówił od siebie,
rzekłbym że uważam za zaszczyt i specjalną przyjemność zaznajomienie się
z tak wspaniałą damą, jak pani, ale mówię w imieniu króla i dlatego
odpowiadam, że mam do kowala interes.
Wszystkim podobała się taka grzeczność ze strony sierżanta, a pan
Pumblechook zawołał:
- Bardzo pięknie!
- Widzisz pan, panie kowalu - mówił sierżant, który zdążył spostrzec Joe
- jest taka sprawa... Trzeba poprawić zamek u tych kajdanów a i połączenia
słabe, tymczasem koniecznie musimy ich użyć. Nie może pan ich obejrzeć?
Joe obejrzał je i rzekł, że do tego musi rozniecić ogień w kuźni, na co
zejdzie nie mniej od dwóch godzin.
- Tylko tyle? A więc bądź pan łaskaw zabrać się do dzieła! - rzekł
sierżant. - To służba dla jego wysokości. Każdy z mych ludzi może panu
pomóc, chętnie zajmą się tym.
Zawołał swych ludzi i wszyscy, jeden po drugim weszli do kuchni,
ustawili swe muszkiety w kącie i stanęli wokoło, jak to czynią
żołnierze. Jeden z nich stał ze skrzyżowanymi rękami, drugi przeciągał
się, inny poprawiał manierkę lub naboje, inny otwierał drzwi, by
splunąć, z trudem zwracając szyję, ściśniętą wysokim kołnierzykiem.
Wszystko to widziałem, nie uświadamiałem sobie jednak, że ich widzę, tak
dalece męczyły mnie różne obawy. Skoro tylko poznałem, że kajdany te nie
są przygotowane dla mnie i że pieróg, dzięki niespodzianemu pojawieniu
się wojska, usunął się na dalszy plan, zacząłem powoli przychodzić do
siebie.
- Może mi pan powie, która godzina? - rzekł sierżant, zwracając się do
pana Pumblechooka, jakby do człowieka, który jeden tylko pojmuje wartość
czasu.
- Dopiero pół do trzeciej.
- Nie tak to źle, jak myślałem - rzekł sierżant - nawet choćby przyszło
tu przesiedzieć dwie godziny, nie będzie jeszcze późno. Jak daleko stąd
moczary? Myślę, że nie więcej nad milę?
- Akurat mila.
- Doskonale! Otoczymy ich przed zmierzchem. Kazano mi to uczynić zaraz
po zmierzchu. Zdążymy więc.
- Więźniowie, panie sierżancie? - spytał pan Wopsle.
- Tak - odpowiedział tenże. - Aż dwóch. Na pewno wiemy, że ukrywają się
wśród moczarów i że do nocy jeszcze nie ruszą się z miejsca. Czy nie
widział kto z państwa tej dziczy?
Wszyscy prócz mnie powiedzieli, że nie; a mnie nikt o to nie pytał.
- Cóż - rzekł sierżant. - Wpadną w pułapkę prędzej, niż myślą. No,
kowalu! Jeśliście gotowi, to pełnijcie służbę jego wysokości.
Joe zdjął z siebie surdut, kamizelkę i kołnierz. Jeden z żołnierzy
odsunął drewniane zastawy, drugi rozniecił ogień, trzeci chwycił za
miech, inni stali wokół pieca, w którym wkrótce zapłonął ogień. Joe
schwycił młot i podszedł do kowadła, my zaś patrzyliśmy, jak kuje.
Zainteresowanie się przyszłą obławą pochłonęło nie tylko uwagę
towarzystwa, ale przerwało gniew siostry. Nalała żołnierzom piwa z beczułki, sierżantowi zaproponowała kieliszek wódki. Na to Pumblechook
ostro zwrócił jej uwagę:
- Daj mu, pani, wina. Ręczę, że nie ma w nim dziegciu.
Sierżant podziękował mu i rzekł, że woli pić bez dziegciu i dlatego
prosi o wino, jeśli jej wszystko jedno. Kiedy mu podano wino, wypił
najpierw za zdrowie jego wysokości i złożył życzenia; wino przełknął
głośno i cmoknął wargami.
- Co pan powiesz? Jakie wino?
- Wiesz pan, co powiem - odpowiedział - podejrzewam, że pan go
dostarczyłeś.
Pumblechook zaśmiał się i rzekł:
- Aj, aj! A czemuż to?
- Dlatego - odpowiedział sierżant, klepiąc go po ramieniu - że pan,
według mnie, jesteś człowiekiem znającym się na wartości rzeczy.
- Tak pan sądzi? - rzekł Pumblechook z uśmiechem zadowolenia. - Może
jeszcze kieliszek?
- Wraz z panem? Pozwól się pan ze sobą trącić! - rzekł sierżant. -
Brzegiem mego kieliszka o podstawkę pańskiego... i nóżką pańskiego o brzeg
mego... Raz, dwa! Najpiękniejsza muzyka, dźwięk kieliszków. Zdrowie
pańskie! Daj wam Boże żyć tysiąc lat i tak rozumieć się zawsze na
rzeczach, jak teraz.
Sierżant znowu wypił wino i przygotowywał się, widocznie, do następnego
kieliszka. Zauważyłem, że Pumblechook przejął się uczuciem gościnności i zapomniał o tym, że przyniósł to wino w prezencie. Wziął z rąk pani
Joeowej butelkę i serdecznie wszystkich częstował. I mnie także troszkę
się dostało. Tak się rozochocił, że otworzył i drugą butelkę i z taką
samą serdecznością podejmował nią obecnych.
Stałem wraz z innymi przy ognisku, widziałem, jak wesoło zapijali i myślałem sobie, za jaką to doskonałą przyprawę posłużył im do obiadu mój
nieszczęśliwy, zbiegły przyjaciel, ukrywający się na moczarach. Nie
byliby z pewnością w tak dobrym usposobieniu, gdyby nie pozyskali
niespodzianie tej wesołej wiadomości. Wszyscy już z nadzwyczajnym
pragnieniem oczekiwali ujęcia "dwóch nicponiów", dla których sapały
miechy, gorzał żywym płomieniem ogień, z komina buchał dym, stękał i hukał Joe, groźnie przy każdym podnieceniu ognia migały na ścianach
cienie, trzaskały i rozsypywały się iskry, a mnie zdawało się, że nawet
zmierzch, mając na względzie biednych zbiegów, opuszczał się na ziemię
wcześniej niż zwykle.
Joe kończył pracę, równocześnie uspakajało się wycie ognia i szum
miechów. Włożywszy surdut Joe nie wiadomo skąd nabrał odwagi i zaproponował, aby który z nas poszedł z żołnierzami, by się przekonać,
jak się udała obława. Pan Pumblechook i pan Hubble oświadczyli, że
przenoszą fajkę i towarzystwo dam, natomiast pan Wopsle rzekł, że
poszedłby, gdyby Joe mu towarzyszył. Joe zapewnił, że pójdzie z nim
chętnie i weźmie mnie ze sobą, o ile żona pozwoli. Sądzę, że za nic nie
puściłaby nas, gdyby nie była podniecona jej ciekawość i nie chciała jak
najprędzej wiedzieć, czym się to wszystko skończy. Dlatego to
powiedziała:
- Tylko, proszę cię, nie myśl, że jeśli przyniesiesz malca z poranioną
wystrzałami głową, będę się troszczyła o jego leczenie.
Sierżant dworsko pożegnał się z damami i po przyjacielsku rozstał się z Pumblechookiem; wątpię, czyby był tak czuły na zasługi tego dżentelmena
w bardziej suchych okolicznościach, niż obecne. Żołnierze wzięli broń i uszykowali się. Panu Wopsle'owi, Joe i mnie zwrócono uwagę, żebyśmy się
trzymali poza wszystkimi i nie mówili ani słowa, gdy dojdziemy do
bagien. Gdyśmy już wyszli z domu i skierowali do miejsca przeznaczenia,
szepnąłem Joe do ucha:
- Spodziewam się, że ich nie znajdziemy.
- Dałbym całego szylinga, gdyby im się udało ukryć!
Ze wsi nikt nie przyłączył się do nas, dlatego że było zimno i pochmurno, droga błotnista i śliska, ściemniało się, a w mieszkaniach
było tak ciepło i jasno, że nikt nie miał ochoty opuszczać domu. Kilku
ludzi ukazało się w oświeconych oknach, popatrzyło z ciekawością na nas,
nikt jednak z nich nie podążył. Przeszliśmy obok słupa z ręką wskazującą
i skierowaliśmy się prosto na cmentarz. Tu zatrzymaliśmy się na dany
przez sierżanta znak i dwaj lub trzej żołnierze okrążyli ścieżkami
groby, przeszukali kaplicę, ale nikogo nie znaleźli. Potem przeszliśmy
bocznymi drzwiami cmentarza i udaliśmy się wprost na moczary. Otoczyła
nas zwiana wschodnim wiatrem mgła. Joe wziął mnie na plecy.
Gdyśmy dostali się na otwarte pustynne miejsce, gdzie przed ośmioma lub
dziewięcioma godzinami widziałem obu nieszczęśliwych, przemknęła mi
przez głowę przykra myśl, czy nie posądzi mnie mój więzień, że to ja go
wydałem żołnierzom? Badał mnie, czy go nie oszukam i rzekł, że byłbym
wstrętnym psiakiem, gdybym zamierzał przyłączyć się do obławy na niego.
Może pomyśli, że jestem oszustem i wstrętnym psiakiem, który go wydał
podstępnie?
Próżną rzeczą było teraz zadawać sobie podobne pytania. Byłem tu, na
plecach Joe, który ze mną przeskakiwał doły, jak wojskowy koń i wciąż
przestrzegał pana Wopsle'a, aby trzymał się blisko nas i nie padł na
swój rzymski nos. Żołnierze szli przed nami, wyciągnięci w długą linię,
w pewnym oddaleniu jeden od drugiego. Szliśmy tą samą drogą, którą ja
niedawno przebywałem i z której zboczyłem z powodu mgły. Mgła się
jeszcze nie podniosła, a może już wiatr ją rozwiał, tak że przy
czerwonawym blasku zachodzącego słońca były zupełnie widoczne wiechy,
szubienica, wał okopów i przeciwległy brzeg rzeki, choć wszystko to było
zasnute ponurą, szarawą oponą.
Z bijącym ze strachu sercem, tłukącym się o szerokie plecy kowala,
oglądałem się dokoła, czy nie ma gdzieś śladów obecności więźniów.
Niczego nie widziałem i nie słyszałem. Pan Wopsle straszył mnie z początku swym sapaniem i ciężkim oddechem, później jednak przywykłem do
tych dźwięków i mógłbym już je odróżnić od kroków więźniów.
Przestraszyłem się nagle, gdyż mi się zdawało, że słyszę zgrzyt pilnika,
okazało się, że było to tylko dzwonienie owcy, która przestała jeść i uważnie patrzyła na nas. Bydło, stojące tyłem do wiatru i deszczu, ze
złością spoglądało na nas, jakbyśmy byli sprawcami niepogody. Ale prócz
dzwoneczków, poruszeń stada i lekkiego szelestu trawy oświeconej bladym
jaśnieniem zamierającego dnia, nic nie naruszało otaczającej nas ciszy.
Żołnierze szli w kierunku starych okopów, my zaś postępowaliśmy za nimi
w pewnym oddaleniu, gdy nagle wszyscy stanęliśmy. Na skrzydłach wiatru i ulewy doleciał nas nieoczekiwany krzyk. Po chwili znów się powtórzył.
Był głośny i przeciągły, a dolatywał ze wschodu. Sądząc po rozmaitości
dźwięków, można było zmiarkować, że krzyczy nie jeden człowiek, lecz
dwóch lub więcej.
Sierżant i stojący obok niego szeptem coś ze sobą mówili, gdyśmy do nich
podeszli. Sierżant, człowiek bardzo rezolutny, polecił, aby nikt na
krzyki nie odpowiadał i dodał, że obecnie należy podwoić szybkość
marszu. Skręciliśmy w prawo (to jest na wschód), a Joe biegł teraz tak,
że ledwo zdołałem się na jego plecach utrzymać.
Nazywał to nie biegiem, lecz lotem - jedyna uwaga zrobiona przez niego w tym czasie. Przebiegaliśmy z pagórka na pagórek, przełaziliśmy przez
płoty, brnęliśmy przez rowy, przeciskaliśmy przez zarośla, nie zwracając
uwagi na to, kto i gdzie pędził. Im bardziej zbliżaliśmy się do tego
miejsca, skąd dochodził krzyk, tym wyraźniejsze się okazywało, że
krzyczy nie jeden człowiek, lecz więcej. Czasami, gdy krzyk milknął,
żołnierze stawali. Gdy znów się podnosił, prędzej niż poprzednio biegli
naprzód, a my za nimi. Gdyśmy już byli blisko, tak, że mogliśmy odróżnić
krzyki, słyszeliśmy wołania:
- Rżną! - a potem drugie - Przestępcy! Zbiegi! Prędko! Tu zbiegli
skazańcy! - Po czym głosy głuszyły się walką, a po chwili odzywały się
jeszcze donośniej. Żołnierze pędzili, jak szaleni naprzód, a za nimi my
z Joe.
Sierżant przybiegł pierwszy na miejsce, skąd rozchodził się odgłos
walki, a za nim dwaj jego żołnierze. Mieli już odciągnięte kurki, gdyśmy
do nich dotarli.
- Oto oni obaj! - krzyczał sierżant, schodząc do rowu. - Poddajcie się,
bydlęta!
Na wszystkie strony bryzgała woda i błoto, rozlegały się straszne
przekleństwa, sypały się uderzenia, gdy pozostali żołnierze pospieszyli
pomóc sierżantowi do wyniesienia obu: mego znajomego zbiega najpierw, a potem drugiego. Obaj byli pokrwawieni i okryci błotem, miotali obelgi i chcieli się rzucić na siebie. Od razu obu poznałem.
- Zapamiętajcie sobie - rzekł mój więzień, ocierając krew z twarzy
poszarpanymi rękawami i strzepując z palców wyrwane włosy - że ja go
złapałem! Ja go wydałem! Zapamiętajcie to sobie!
- Nie ma o czym rozprawiać! - rzekł sierżant. - Nic na tym nie zyskasz,
kochanku, obu was złapano. Kajdany!
- Nie chcę żadnego zysku... więcej nad to, co mi się udało spełnić, nie
pragnę - odpowiedział mój więzień ze złym uśmiechem. - Złapałem go! On
wie to dobrze... no a z nim siebie.
Drugi więzień był blady jak śmierć i obecnie miał sińce nie tylko z lewej strony twarzy, ale cały był pobity i poraniony. Dyszał i milczał
do tej pory, aż ich skuto każdego osobno; ledwo stał, opierając się na
ramieniu żołnierza.
- Zapamiętaj sobie, panie sierżancie... że chciał mnie zabić - były jego
pierwsze słowa.
- Chciałem go zabić? - rzekł mój skazaniec z pogardą. - Starałem się go
zabić i nie uczyniłem tego! Schwytałem go i wydałem... ot co zrobiłem! Nie
tylko przeszkodziłem mu uciec z moczaru, ale jeszcze doprowadziłem go
tu... cofnąłem go. On dżentelmen, patrzcie, ten łotr! No!... Galery
otrzymają z powrotem swego dżentelmena i to dzięki mnie. Zabić go? Po co
miałbym go zabijać, kiedy mogłem jeszcze gorzej mu uczynić,
doprowadzając go z powrotem.
- Usiłował... usiłował... mnie zabić. Bądźcie świadkami.
- Słuchajcie! - rzekł mój skazaniec sierżantowi. - Sam bez czyjejkolwiek
pomocy uciekłem z więzienia, oszukałem wszystkich i uciekłem. Mogłem
spokojnie oddalić się i z tych moczarów... Popatrzcie na mą nogę! Czy na
niej widzicie żelazo?... Uciekłbym, gdybym nie wiedział, że "on" tu jest...
Puścić "go" na wolność? Pozwolić mu cieszyć się tym, czego sam się
dobiłem! Dać mu możność rozporządzania mną dla własnych jego celów!
Znowu? Nie, nie, nigdy! Umarłbym i ja na dnie tego kanału - mówił
dramatycznie, wstrząsając rękami w kajdanach - tak silnie trzymałbym go
rękami, że nie wyrwałby się z nich bez waszej pomocy.
Drugi skazaniec, który odczuwał widoczny lęk przed swym towarzyszem,
znów powtórzył:
- Usiłował mnie zabić... i byłbym już trupem, gdybyście nie nadeszli.
- Łże! - krzyknął pierwszy. - Urodził się kłamcą i umrze kłamcą.
Popatrzcie mu w twarz... Czyż na niej nie wyryte kłamstwo? Każcie mu
spojrzeć mi w oczy... Niech popatrzy, jeśli może!
Drugi zbieg starał się uśmiechnąć pogardliwie; nie udało mu się to
jednak, tylko nerwowo zadrgały mu usta i obrzucił wzrokiem żołnierzy,
potem bagno i niebo, a nie spojrzał na mówiącego.
- Widzicie? - ciągnął mój więzień. - Widzicie jak podły! Widzicie jego
chytre, biegające oczy? Takie same były one, gdy nas wspólnie sądzili...
On i wówczas ani razu na mnie nie spojrzał.
Drugi skazaniec, który przez cały ten czas poruszał wąskimi wargami,
trwożnie oglądając się na wszystkie strony, popatrzył na mówiącego ze
słowami: "nie wart jesteś, bym na ciebie patrzył!", i rzucił wzrokiem na
swe skute ręce. Słowa te doprowadziły mego więźnia do takiej
wściekłości, że rzuciłby się na niego, gdyby nie wmieszali się w to
żołnierze.
- Mówię wam - rzekł drugi więzień - że zabiłby mnie, gdyby mógł.
Rzeczywiście drżał cały ze strachu, a wargi jego pokryły się białymi
plamami, jak płatki śniegu.
- Po co tu gadać! - rzekł sierżant. - Zapalić pochodnie!
Gdy jeden z żołnierzy, który zamiast broni niósł koszyk, przykląkł, by
otworzyć go, mój zbieg po raz pierwszy obejrzał się dokoła i ujrzał
mnie. Zsunąłem się z pleców Joe, skorośmy tylko tu przyszli i stałem na
brzegu kanału, nie poruszając się z miejsca. Spojrzałem na niego, kiedy
obrócił się ku mnie i poruszyłem rękami i głową. Chciałem, by uważniej
spojrzał na mnie i zrozumiał, że nie jestem winien. Nic jednak nie
wskazało mi, że osiągnąłem mój cel; rzucił na mnie tylko dziwne
spojrzenie, którego nie zrozumiałem, ale to trwało tylko chwilkę, a potem zdaje mi się, choćbym cały czas a nawet cały dzień patrzył, nic
bym nie dojrzał w jego twarzy, prócz dziwnego, skupionego wyrazu.
Żołnierz z koszykiem wykrzesał ognia, zapalił trzy czy cztery pochodnie,
jedną wziął sam a inne rozdał. Ściemniało się coraz bardziej. Zanim
ruszyliśmy z tego miejsca, czterej żołnierze stanęli kołem i dwa razy
strzelili w powietrze. Wkrótce potem ukazały się inne pochodnie w pewnym
oddaleniu za nami, a potem i na moczarach po drugiej stronie rzeki.
- Wszystko w porządku - rzekł sierżant. - Marsz!
Nie zdążyliśmy ujść kilku kroków, gdy rozległ się wystrzał trzech armat,
od którego, zdawało się, że coś pękło mi w uszach.
- Czekają was na pokładzie statku - mówił sierżant swemu więźniowi. -
Widzicie, że wnet przybędziecie. Nie pozostawać w tyle! Bliżej!
Zbiegowie szli oddzielnie, a każdy z nich był otoczony strażą. Trzymałem
rękę Joe, niosącego również pochodnię. Pan Wopsle nalegał na to, by
wrócić, ale Joe postanowił widzieć wszystko do końca i dlatego udaliśmy
się z oddziałem. Szliśmy zwykłą ścieżką, po większej części prowadzącą
wzdłuż brzegu, od czasu do czasu skręcając w bok tam, gdzie znajdowały
się groble z niewielkimi wiatrakami i błotnistymi śluzami. Obejrzałem
się wstecz i zobaczyłem parę ogników, zbliżających się ku nam. Od
pochodni, które nieśliśmy ze sobą, rozlatywały na wszystkie strony piaty
ognia i padając na drogę natychmiast gasły i dymiły się. Wokoło nic nie
widziałem w nieprzeniknionej ciemności. Szerokie płomienie smolnych
pochodni rozgrzewały otaczające nas powietrze, co widocznie bardzo
podobało się nieszczęśliwym więźniom, którzy wlekli się, utykając, wśród
żołnierzy. Szliśmy powoli, byli oni jednak do tego stopnia wyczerpani,
że musieliśmy się dwa razy zatrzymać, aby dać im wypocząć.
Blisko godzinę brnęliśmy w ten sposób, póki nie stanęliśmy wreszcie przy
prostej, skleconej z bierwion chatce u przystani. Strażnik, znajdujący
się w niej, krzyknął na nas, a sierżant mu odpowiedział. Wszedłszy do
chatki, przesiąkniętej zapachem tytoniu i wapna, znaleźliśmy ogień,
zapalone lampy, szaragi z bronią, bęben i niskie drewniane łoże, podobne
do ogromnych sań, bez dyszla, mogących zmieścić w sobie od razu dwunastu
ludzi. Czterech żołnierzy, leżących na nim w szarych płaszczach, niezbyt
zainteresowało się naszym pojawieniem się podnieśli głowy, popatrzyli na
nas sennymi oczami i znowu się położyli. Sierżant zdał raport, zapisał
coś w książce, po czym kazał zawieźć na galar skazańca, którego nazywam
drugim.
Mój więzień przez cały ten czas raz tylko spojrzał na mnie. Dopóki
pozostawaliśmy w chatce, stał przy ogniu to z zadumaniem patrząc nań, to
stawiając kolejno na ruszcie jedną to drugą nogę i spoglądając na
obecnych, jakby żałował tego, że tyle przykrości musieli znieść z jego
powodu. Następnie zwrócił się do sierżanta i rzekł:
- Chciałbym wyjaśnić coś, co się tyczy mej ucieczki. To uwolni innych od
podejrzeń, które winny się skierować na mnie.
- Możecie mówić, co chcecie - rzekł sierżant, stojąc ze złożonymi rękami
i zimno patrząc na niego - choć was nikt nie prosi, abyście tu mówili.
Wiele jeszcze rzeczy przyjdzie wam wyjaśnić i wysłuchać, zanim się
wszystko skończy.
- Wiem, ale to co innego i nie o to chodzi. Człowiek nie może głodować i ja nie mogłem. Wziąłem zatem coś do zjedzenia ot tam, w tej wiosce,
gdzie stoi kościół... za moczarem.
- To znaczy, powiedz po prostu, ukradłeś - rzekł sierżant.
- Powiem gdzie, u kogo... u kowala.
- Jak to! - zawołał sierżant, zwracając się do Joe.
- Cóż to, Pip! - zawołał Joe, patrząc na mnie.
- Były to kawałki różnego jedzenia.... a mianowicie butelka wódki i pieróg.
- U was rzeczywiście zginął jakiś pieróg, kowalu? - spytał sierżant.
- Żona mówiła coś o tym w chwili, gdyście weszli. Czy nie tak, Pip?
- Ach, to pan jesteś kowalem? - rzekł mój więzień, posępnie spoglądając
na Joe, a na mnie nie zwracając żadnej uwagi. - Żal mi bardzo, że to
zrobiłem! Zjadłem pański pieróg.
- Daj wam Boże zdrowie! Zwłaszcza, że on nie mój - odpowiedział Joe,
przypominając sobie w tej chwili żonę. - Nie wiem, co zrobiliście, ale z tego nie wynika, abyście umierali z głodu. Czy mówię słusznie, Pip?
Coś, co poprzednio już zauważyłem, zadźwięczało w gardle więźnia i odwrócił się od nas. Łódka tymczasem powróciła, strażnik był gotów,
poszliśmy do przystani, zbudowanej z grubych kołów i kamieni i widzieliśmy, jak go wsadzili do łódki, której wioślarzami byli tacy
sami, jak on więźniowie. Żaden z nich nie wyraził zdziwienia, ani
ciekawości, ani radości, ani bólu na jego widok; wszyscy milczeli i tylko ktoś siedzący w łódce, krzyknął na nich, jak na psów:
- Odbijaj! Łódka natychmiast odbiła od brzegu. Przy świetle pochodni
ujrzeliśmy czarny galar, który przypominał arkę Noego i stał w niewielkiej odległości od błotnistego wybrzeża. Skuty żelazem i utwierdzony potężnymi zardzewiałymi łańcuchami galar-więzienie zdawał mi
się tak samo okuty, jak i żyjący na nim przestępcy. Widzieliśmy, jak doń
dobiła łódka, jak wzięto zbiega na pokład, na którym znikł. Resztki
pochodni rzucono w wodę; padając syczały i gasły i zdawało się, że
wszystko się z nimi skończyło.
Rozdział VI
Rozdział VI
Zbieg okoliczności uwolnił mnie od winy za popełnioną przeze mnie
kradzież; zupełnie jednak nie pobudził mnie do wyznań, choć na dnie tej
mojej skrytości leżało przyjemne uczucie.
Co się tyczy pani Joeowej, nie pamiętam, abym się dręczył wyrzutami
sumienia, gdy przeminął strach, że odkryje moją kradzież. Ale lubiłem
Joe, do którego przywiązałem się od najmłodszych lat i dlatego nie
mogłem czuć się zupełnie spokojny. Czasem miałem chęć (szczególnie
wówczas, gdy szukał swego pilnika) odkryć mu całą prawdę. Ale nie
czyniłem tego ze strachu, że gorzej o mnie będzie sądził, niż było w rzeczywistości. Obawa przed utratą jego zaufania i myśl o tym, że
siedząc przy ognisku, nie będę mógł spojrzeć prosto w oczy, jak
poprzednio, swemu towarzyszowi i przyjacielowi, skuwała mi język. Z bólem w sercu wyobrażałem sobie, że za każdym razem, gdy będzie z zadumą
gładził swe piękne bokobrody, będzie mi się zdawało, że w tej chwili
może rozmyśla nad mym postępkiem. Że kiedy spojrzy na mięso lub pudding
podane, jak dziś, na stół, zada sobie pytanie, czy byłem w spiżarni, czy
nie? A wówczas, kiedy według domowego zwyczaju podadzą piwo, wziąwszy
mój kubek zauważy, że ono cokolwiek za rzadkie lub za gęste, mnie zaś
będzie się zdawało, że podejrzewa, czy nie ma w nim dziegciu i krew
uderzy mi do głowy. Brakło mi odwagi postąpić tak, jak należało, ale
brakło mi też odwagi uniknąć czynu, choć go uważałem za zły. Nie miałem
najmniejszego pojęcia o świecie, ani o ludziach, którzy tak postępowali.
I na wzór genialnych samouków sam wynalazłem dla siebie właściwy rodzaj
działania.
Byłem zupełnie senny, gdyśmy wracali. Joe wsadził mnie znowu na plecy i nie zdejmował do samego domu. Znużony tą wycieczką, pan Wopsle wpadł w taki zły humor, że gdyby kościelna kariera była otwarta dla wszystkich,
z pewnością odsądziłby od kościoła uczestników wyprawy, poczynając ode
mnie i Joe. Ponieważ jednak był człowiekiem świeckim, mógł o tym tylko
myśleć i dlatego usiadł, by odpocząć na mokrej ziemi. Gdyśmy wrócili do
domu, zdjął z siebie surdut, aby przesuszyć go w kuchni przy ogniu, a spodnie jego były w takim stanie, że gdyby był przestępcą kryminalnym,
na pewno zaprowadziłyby go na szubienicę, jako corpus delicti.
Kiedy Joe opuścił mnie, zupełnie już sennego, na podłogę w kuchni,
porażony niespodziewanym gwarem głosów i oślepiony światłem ognia,
stałem przez pewien czas, zataczając się, jak pijany. Przyszedłem
dopiero do siebie po otrzymaniu tęgiego szturchańca wymierzonego w plecy
i po żywym okrzyku mej siostry:
- Ach, cóż to za nicpoń!
Joe opowiadał tymczasem wyznanie więźnia, po czym wszyscy goście, jeden
przez drugiego starali się odgadnąć, jakim sposobem mógł dostać się do
spiżarni? Pan Pumblechook wyraził mniemanie, że najpewniej wdrapał się
na dach kuźni, przeszedł na dach domu i spuścił się przez komin do
kuchni z pomocą liny, skręconej z prześcieradła, które prawdopodobnie
pociął w pasy. Ponieważ zaś pan Pumblechook był człowiekiem na
stanowisku i jeździł swym własnym wózkiem na dwóch kołach, wszyscy od
razu zgodzili się z nim. Jeden tylko pan Wopsle, zły z powodu zmęczenia,
krzyknął: "Nie!". Ale ponieważ nie miał żadnych danych do obalenia
zdania pana Pumblechooka, nie miał surduta, i stał tyłem do ognia,
skutkiem czego para buchała z jego spodni (co nie mogło wzbudzić do
niego zaufania), nikt nie zwrócił uwagi na jego protest.
To wszystko słyszałem do chwili, gdy siostra schwyciła mnie, i abym nie
zarażał towarzystwa swym sennym wyglądem, zaprowadziła do łóżka, przy
czym zdawało mi się, że mam na nogach co najmniej z pięćdziesiąt
trzewików, a wszystkie trącały o stopnie schodów. Stan duszy mej, o którym mówiłem wyżej, zaczął się u mnie od następnego poranka, a trwał
jeszcze i wówczas, gdy wszyscy już zapomnieli o tym, co się stało, jeśli
zaś wspominali, to chyba przy nadzwyczajnych jakichś okolicznościach.
Rozdział VII
Rozdział VII
W tym czasie, w którym czytałem napisy na grobach, sylabizowałem
zaledwie słowa. Pojęcie moje o znaczeniu ich było też niezbyt
prawidłowe. Słowa: "żona wyżej wspomnianego" mówiły mi o tym, że ojciec
mój przeniósł się do lepszego świata. Jeśliby był na grobowcu któregoś z mych zmarłych krewnych napis "niżej wspomniany", z pewnością odniósłbym
bardzo złe mniemanie o tym członku naszej rodziny. Teologiczne moje
wiadomości, zaczerpnięte z katechizmu, nie odznaczały się również
zbytnią jasnością. Tak na przykład doskonale pamiętam, że wyuczony
przeze mnie tekst: "Chodź drogami tymi po wszystkie dni żywota swego"
rozumiałem, jako zobowiązanie do wychodzenia z domu i przechodzenia
przez wieś w pewnym kierunku, ani na krok nie zbaczając z drogi.
Siostra postanowiła, że kiedy dojdę do pewnego wieku, będę uczniem Joe,
a do tego czasu nie mogę się lenić i przywykać do bezczynności. Dlatego
nie tylko wypełniałem funkcje chłopca do posługi przy kowalu, ale za
każdym razem, gdy komuś z sąsiadów potrzeba było chłopca do odstraszenia
ptaków, wyzbierania kamieni lub czegoś innego w tym rodzaju, zawsze mnie
tam wyprawiali. Nie chcąc jednakże kompromitować się ze względu na
zajmowane przez nas niezłe stanowisko, w kuchni nad kominem powiesili
puszkę, którą pokazywali wszystkim i objaśniali, że w niej znajduje się
mój zarobek. Zawsze myślałem, że te pieniądze idą na spłaty długów
państwowych i nie miałem nadziei, aby ten skarb mnie się kiedyś dostał.
Ciotka pana Wopsle'a utrzymywała we wsi wieczorną szkołę, a raczej,
prawdę mówiąc, ta dziwna staruszka, mająca ograniczone środki a nieograniczoną ilość słabości, każdego wieczora od szóstej do siódmej
spała w obecności dzieci, które płaciły jej za przyjemność zabawienia
się tym widokiem dwa pensy na tydzień. Wynajmowała niewielkie
mieszkanie, którego górną izbę zajmował pan Wopsle; my uczniowie często
słyszeliśmy, jak deklamował coś strasznym i uroczystym głosem i od czasu
do czasu tak tupał nogami, że drżał nad nami sufit. Co kwartał pan
Wopsle "egzaminował" nas. Egzamin polegał na tym, że zawijał swe rękawy,
rozburzał włosy i deklamował nam mowę Marka Antoniusza nad ciałem
Juliusza Cezara. Potem następowała oda o nieszczęściach Collinsa, w której pan Wopsle występował w roli Zemsty, gdy rzuca zakrwawiony miecz
i z bolesnym wyrazem bierze swą trąbę, aby ogłosić wojnę. Kiedy popadłem
w nieszczęście i nie byłem już tym co dawniej, porównałem swe niedole z nieszczęściem Collinsa i Wopsle'a, a porównanie to nie wypadło na
korzyść obu tych dżentelmenów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki