- Jeśli możesz odkaszlnąć Pip, zmiłuj się, uczyń to - mówił Joe, zaczynając się denerwować. - Sztuka sztuką, a zdrowie zdrowiem.
Siostra wreszcie straciła cierpliwość i rzuciwszy się na Joego, dwa razy szarpnęła go za bokobrody i uderzyła nim o ścianę. Siedziałem, nie ruszając się, na miejscu, czując, że jestem winnym tego, co się stało.
- No, teraz spodziewam się, że mi powiesz, o co chodzi, ośle! - zawołała siostra, zadyszana z podniecenia.
Joe bezradnie spojrzał na nią, potem równie bezradnie na mnie.
- Wiesz co, Pip - mówił uroczyście, trzymając ostatni kęs chleba w ustach, i to takim przyjacielskim tonem, jakbyśmy byli obaj równi. - Ale to połknąć taki niezwykły kęs!!...
- Wszystko od razu połknął... tak? - krzyknęła siostra.
- Wiesz, przyjacielu, robiłem i ja takie sztuki, gdy byłem w twoim wieku... i to dość często... z takimi samymi chłopcami... ale nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek połykał takie kawały. I jakeś ty z tego nie zginął!
Siostra moja jak szalona rzuciła się ku mnie, chwyciła za włosy i nic więcej nie rzekła, prócz tych strasznych słów:
- Chodź mi zaraz i pij lekarstwo!
Jakiś niegodziwy lekarz wprowadził w tym czasie w użycie dziegciową wodę jako lekarstwo na wszystkie choroby, a pani Gargery miała w swojej szafce znaczną ilość tego środka. Wierzyła, że jego lecznicze właściwości odpowiadają zupełnie jego obrzydłemu smakowi. Leczniczy eliksir, jako środek wzmacniający, wiele już razy we mnie wlewano w takiej ilości, że czuć było ode mnie dziegciem, jakby od świeżo posmolonego parkanu. Tego wieczora doza przeznaczona dla mnie osiągnęła największe rozmiary. Pani Gargery wlała mi ją wprost z butelki, ściskając mą głowę pod ręką. Joe musiał wypić połowę porcji pod pretekstem, że "źle mu się zrobiło". Sądząc po sobie, mogę istotnie przyznać, że źle mi się robiło nie tylko przed przyjęciem lekarstwa, ale i po przyjęciu.
Nie ma nic przykrzejszego nad wyrzuty sumienia, które męczą dorosłego człowieka lub dziecko, zwłaszcza jeśli do nich przyłącza się jeszcze ciężkie brzemię ukryte w spodniach. Wówczas (mogę to stwierdzić własnym doświadczeniem) znoszą ludzie największą karę w świecie. Świadomość, że mam zamiar okraść panią Gargery (nigdy nie myślałem, że i Joego, ponieważ gospodarstwa nie uważałem za jego własność), połączona z koniecznością przytrzymywania chleba z masłem, gdy siedziałem albo gdy musiałem przejść po coś przez kuchnię, doprowadzała mnie do rozpaczy. Gdy wiatr wiejący od moczaru wpadał do komina i podniecał płomień ogniska, zdało mi się, że słyszę skądś z zewnątrz głos człowieka z żelazną okową u nogi mówiący, że nie myśli umrzeć z głodu do jutra, i żądający, by mu natychmiast jeść dano. Potem myślałem nad tym, co będzie, jeśli młodzieniec, którego wstrzymywał z takim trudem, aby nie rzucił się na mnie, straci wreszcie cierpliwość albo pomyli się co do czasu i będzie się czuł zupełnie w prawie, nie czekając jutra, dobrać się do mego serca i wątroby? Jeśli to prawda, że włosy stają dęba, moje już z pewnością musiały się podnieść. A może to nigdy nikomu się nie przytrafiło?
Była Wigilia Bożego Narodzenia i kazano mi mieszać pudding przeznaczony na dzień jutrzejszy. Mieszałem go akurat od siódmej do ósmej wieczorem. Robiłem to z obciążeniem u nogi (co zmuszało mnie do ciągłego myślenia o człowieku z żelazną okową) i wciąż czułem, jak chleb z masłem zsuwa się do kostki przy najmniejszym poruszeniu, co w końcu stało się nie do zniesienia. Na szczęście upatrzyłem dogodną chwilę i wyśliznąłem się do swej izdebki na poddaszu.
- Cóż to! - zawołałem, siadając przy kominku, aby ogrzać się cokolwiek przed snem. - Strzelono z wielkiej armaty?... Słyszysz, Joe?
- A... - odpowiedział. - Znowu jakiś więzień zbiegł.
- Co to znaczy? - spytałem.
Pani Gargery, która miała zwyczaj wszędzie wmieszać się ze swymi objaśnieniami, krzyknęła takim grubym głosem, jakim zwykle proponowała dozę dziegciowej wody.
- Uciekł! Uciekł!
Powiedziawszy to, zajęła się znów pończoszkową robotą, a ja, korzystając z tego, spytałem szeptem Joego:
- Co to takiego więzień?
Joe założył swe wargi, jak się to czyni, gdy się mówi cicho, ale z całej odpowiedzi zrozumiałem tylko jedno słowo: "Pip".
- Wczoraj wieczorem - mówił głośno - po zachodzie uciekł więzień! Strzelono, aby dać znać o ucieczce. Teraz widocznie uciekł drugi.
- Kto strzelał? - pytałem.
- Co za głupi malec! - wmieszała się siostra, ponuro patrząc na mnie spoza swej roboty. - Do wszystkiego się musi wtrącić ze swymi pytaniami. Nie dopytuj się, a nikt cię nie okłamie.
Pomyślałem, że źle czyni, zapowiadając, że i ona by kłamała, gdybym do niej zwrócił się z pytaniem. Ale ona nigdy przy nikim nie liczyła się ze słowami.
W tej chwili Joe jeszcze bardziej podsycił moją ciekawość, usiłując wymówić jakieś słowo. Nie zrozumiałem go!
- Pani Gargery - rzekłem, zwracając się do niej, jakby do pierwszorzędnego źródła - chciałbym wiedzieć, jeśli się nie pogniewasz, skąd był ten wystrzał?
- Ach, ty nieboskie stworzenie - krzyknęła siostra takim głosem, jakby powiedziała co innego, niż chciała. - Z hulków!
- O! - zawołałem, patrząc na Joego. - Hulki!
Joe kaszlnął z odcieniem wyrzutu, jakby mówił: "Mówiłem ci!".
- A co to takiego hulk?
- No, jakże wam się podoba ten malec! - krzyknęła siostra, wskazując na mnie drutem i z niezadowoleniem kręcąc głową. - Odpowiedzieć mu na jedno pytanie, on cię zarzuci innymi. Hulki to statki więzienne, które stoją tam, daleko za bagnem.
- Chciałbym wiedzieć, kogo tam sadzają i za co? - pytałem z rezygnacją.
Tego już było trochę za wiele dla pani Gargery, zerwała się ze swego miejsca.
- Słuchaj, malcze! Nie na to wychowywałam cię "własnymi rękami", abyś męczył ludzi swymi głupimi pytaniami! Wielka zasługa, nie ma co mówić! Każdy miałby prawo mnie ganić. Na hulki, widzisz, wyprawiają takich, którzy zabijają, kradną, wyrabiają fałszywe monety i szkodzą innym. Tacy ludzie zawsze zaczynają od tego, że męczą wszystkich pytaniami i dlatego: precz, natychmiast idź spać!
Nigdy mi nie dawali świecy, gdy szedłem spać, toteż wdrapywałem się po schodach w zupełnej ciemności. W głowie mi szumiało i dzwoniło prawdopodobnie stąd, że pani Gargery akcentowała ostatnie słowa akompaniamentem, który wykonywała na mej głowie za pomocą naparstka. Jeszcze większy strach owładnął mną na myśl, że jestem przeznaczony do hulków. Widziałem obecnie jasno tę drogę przed sobą. Zacząłem od pytań, a oto przygotowywałem się okraść panią Gargery.
Od tego czasu, który jest już daleko za mną, często myślałem, że ludzie nie rozumieją, do czego może doprowadzić dziecko strach. Nie chodzi o to, czy poważna jest jego przyczyna, chodzi o sam strach. Czułem śmiertelną obawę na myśl o młodzieńcu pragnącym mego serca i wątroby; czułem śmiertelny strach na myśl o jego towarzyszu z żelazną okową; bałem się samego siebie z tego powodu, że dałem taką okropną obietnicę. A mimo to nie śmiałem spodziewać się pomocy ze strony swej wszechmogącej siostry, która zawsze, w każdym czasie gotowa była mnie odepchnąć. Z przerażeniem myślę o tym, na co mógłbym się odważyć dzięki strachowi.
Za każdym razem, gdy zasypiałem tej nocy, zdawało mi się we śnie, że silny prąd wody niesie mnie rzeką wprost na hulki i że w tej samej chwili, gdy przepływałem obok szubienicy, widmo pirata woła do mnie przez tubę, bym lepiej teraz nie płynął do brzegu, bo mnie powieszą, w przeciwnym razie zaś odłożą to na później. Bałem się usnąć, choć chciało mi się spać. Wiedziałem, że muszę dokonać kradzieży z pierwszym przebłyskiem dnia. Nocą nic nie mogłem uczynić, bo ogień wówczas jeszcze nie tak łatwo było wzniecić. Musiałbym w tym celu wziąć hubkę i krzesiwo, a to wywołałoby hałas podobny do szczęku łańcucha tego pirata.
Gdy czarna aksamitna zasłona nocy widniejąca za moim oknem obramowała się szarawym blaskiem, wyskoczyłem z pościeli i zszedłem na dół po schodach. Najmniejszy trzask i szmer dobywające się, gdy schodziłem po stopniach, zdawały się mówić: "Trzymaj złodzieja!" lub "Wstawaj, Joe!".
W spiżarni, gdzie wedle zwyczaju przygotowano wiele zapasów na nadchodzące święta, przestraszyłem się okropnie na widok wiszącego zająca, który - jak mi się zdawało - mrugnął do mnie, gdy byłem do niego zwrócony. Nie miałem jednak czasu do sprawdzenia swych wrażeń ani do rozmyślań, i w ogóle na nic, musiałem korzystać z każdej chwili. Wziąłem kawał chleba i sera, pół garnka drobno posiekanego mięsa, zawiązałem to w kawałek płótna wraz z wczorajszą kromką chleba z masłem, odlałem z kamiennego gąsiora trochę wódki do przygotowanej na to szklanej butelki, po czym dolałem do pełności do kamiennego gąsiora z konewki stojącej w kuchennej szafce. Wziąłem prócz tego kość z odrobiną mięsa i piękny, okrągły pieróg nadziany wieprzowiną. Mało już nie odszedłem bez tego pieroga, ale oglądając półki, czy nie ma tam czegoś odpowiedniego, zauważyłem okrągłe, gliniane naczynie, zakryte z góry. Zajrzawszy do niego, dostrzegłem pieróg, i zaraz zabrałem go w nadziei, że nie tak prędko może być potrzebny, więc nie od razu zauważą jego brak.
W kuchni były drzwi łączące ją z kuźnią. Otworzyłem je i wyszukałem pilnik między przyrządami Joego. Zamknąłem za sobą drzwi do kuźni, wyszedłem przez te, którymi wróciłem wczoraj z cmentarza, zamknąłem je i zacząłem biec ku moczarom.