Aleksy von Baumgarten był
profesorem anatomii i fizyologii przy uniwersytecie w małem
niemieckiem: Keinplatz.
Będąc znakomitym badaczem w tych dwóch gałęziach nauki,
celował obok tego w chemii i innych wiadomościach przyrodniczych.
Ulubionym wszakże przedmiotem jego naukowych badań była
psychologia, a przedewszystkiem tajemnicze oddziaływanie duszy na
materyą. Z tego też powodu hypnotyzm, zwierzęcy magnetyzm, stan
kataleptyczny u ludzi i zwierząt stał się z czasem najważniejszym
przedmiotem jego dociekań naukowych.
Wysoki i szczupły, z czołem pooranem głebokiemi bruzdami, z
okiem stalowo-szarem, bystrem i przenikliwem, a ociemnionem
krzaczastemi brwiami, robił wrażenie człowieka surowego. Znający go
bliżej wiedzieli wszakże, że pod tą na pozór surową powłoką, kryje
się tkliwe i pełne dobroci serce.
Uczniowie lubili go bardzo - i nieraz po ukończonej
prelekcyi fizyologii, otaczali go kołem, wsłuchując się w jego
niezwykle zajmujące rozprawy o własnościach duszy ludzkiej i jej
oddziaływaniu na życie duchowe i cielesne człowieka.
Wśród takich naukowych pogadanek nieraz poprosił, ażeby
który z jego słuchaczów zgłosił się na ochotnika celem
zahypnotyzowania, względnie stwierdzenia faktami, iż teorye
profesora na słusznych wnioskach naukowych się opierają.
Jednym z najpilniejszych jego uczniów, a zarazem i pełniącym
obowiązki stałego asystenta, był pełen zapału młody akademik
Fryderyk von Hartmann.
Współtowarzyszom nieraz dziwnem to się wydawało, iż
hulaszczy Hartmann zajmuje się z takiem poświęceniem mozolnym
badaniom psychologicznym i że nieraz długie godziny spędza razem ze
swym uczonym profesorem nad studyowaniem mało zrozumiałych dzieł
treści metafizycznej.
Rzeczywistym powodem wszakże tego zaparcia się była córka
profesora Baumgartena, niebieskooka i jasnowłosa Eliza.
Hartmann jakkolwiek z jej własnych ust był się dowiedział,
iż jej zupełną wzajemność pozyskał, nie śmiał wszakże oświadczyć
się otwarcie o jej rękę rodzicom. Główną przeszkodą była tutaj
matka, pani profesorowa von Baumgarten.
Jakkolwiek Hartmann był bardzo przystojnym młodzieńcem, a
nawet po śmierci ojca znaczny majątek miał przypaść mu w udziale,
to jednakże matka niechętnem okiem na niego patrzała, uważając go
za niepoprawnego hulakę i urwisza.
Co prawda, Hartmann nie cieszył się najlepszą sławą.
Pierwszy zawsze do szklanki i do bójki, był zawsze przewódzcą
wszędzie, gdzie o hulankę lub pojedynek chodziło.
Nikt mu nie dorównywał w pijatyce, nikt w studenckiej
swawoli nie przewyższał - plótł co mu ślina do ust przyniosła -
grał w karty, szalał, a pomimo to nikt więcej od niego nie był
lubianym przez uniwersyteckich współtowarzyszów.
To też pani profesorowa jawnie mu swoją niechęć okazując,
otaczała swem opiekuńczem skrzydłem Elizę i o ile tylko mogła,
przeszkadzała ich wzajemnemu widywaniu się.
Mężowi często robiła gorzkie wymówki, że takiego wilka do
swego domu wpuszcza.
Hartmann nie miał zatem innej drogi, jak pomagać w studyach
swemu profesorowi, by tym przynajmniej sposobem zyskiwać od czasu
do czasu sposobność rzucenia słówka miłości pełnego swej ukochanej
i drobną dłoń jej serdecznie uścisnąć.
Ojciec zagłębiony w swe naukowe badania, na młodych wcale
uwagi nie zwracał.
Od dość już dawnego czasu umysł profesora pracował nad
rozwiązaniem pytania, czy jest możliwem, ażeby duch ludzki opuścił
swą materyalną powłokę tj. ciało, na pewien czas ograniczony, a
potem znowu do tegoż powrócił.
Im więcej się zagłębiał w to zagadnienie, im dalej w swych
doświadczeniach postępował, tem więcej prawdopodobnem mu się być
zdawało, iż potrafi to pytanie ostatecznie rozwiązać.
Dotychczas rozumowania jego były wyłącznie teoretycznemi,
brakło mu faktów do ich poparcia - aż wreszcie przyszedł do
przekonania, iż drogą oryginalnego doświadczenia, swej teoryi
pewniejsze potrafi nadać podstawy.
We "Wöchentliche Medicinalschrift", wychodzącem w Keinplatz,
ukazał się artykuł następującej treści:
"Nie ulega wątpliwości, że pod pewnemi warunkami, dusza
ludzka odłączyć się może od ciała. W zahypnotyzowanej głęboko
osobie, ciało pozostaje w stanie kataleptycznym, lecz dusza je
opuściła. Może mi ktoś odpowiedzieć, że dusza pozostaje w ciele,
lecz w stanie uśpienia. Jakże w takim razie możnaby wytłomaczyć
stan jasnowidzenia, które niestety przez nadużycia szarlatanów
zupełnie zostało zdyskredytowane - a którego istnienie z tem
wszystkiem daje się z wszelką łatwością udowodnić. Ja sam od ludzi
pogrążonych w śnie hypnotycznym, a obdarzonych odpowiedniem
usposobieniem, zyskiwałem najdokładniejsze opisy tego, co się
działo równocześnie w drugim pokoju, a nawet w innym domu. Jakżeż
inaczej możnaby objaw ten wytłomaczyć, jeżeli nie przez czasowe
opuszczenie ciała przez duszę, względnie jej poruszanie się w
oddzielonej przestrzeni? Na chwilę zmuszona do powrotu siłą
magnetyczną, powraca ta dusza i opowiada, co widziała, a potem
znowu ulata.
Ponieważ dusza, czyli duch ludzki, mocą swej istoty
bezmateryalnej, jest dla nas niewidzialnym, nie możemy zatem
śledzić jego ruchów w przestrzeni, lecz widzimy ich skutek. Ciało
raz pozostaje sztywnem i bezwiednem - innym razem sili się, by
wypowiedzieć doznane wrażenia, których powstanie daje się
wytłomaczyć na drodze naturalnej. Wedle mego przekonania jeden
tylko jest sposób mogący doświadczalnie wykazać sam fakt
opuszczenia czasowego ciała przez duszę. I jakkolwiek ciało nie
jest w stanie widzieć własnego ducha, to wszakże nasze własne
duchy, gdybyśmy byli w stanie równocześnie wydzielić je z powłok
cielesnych, mogłyby się porozumiewać ze sobą i odczuwać obecność
innych duchów. Mam zamiar zatem zahypnotyzować jednego z uczniów
moich, a następnie bezpośrednio potem samego siebie znanym mi i
wypróbowanym sposobem.
Jeżeli moja teorya jest prawdziwa, natenczas dusza moja bez
wszelkiej trudności spotka się i porozumie z duszą mego ucznia w
chwili, gdy obiedwie będą po za obrębem ciał naszych. Mam nadzieję,
iż niezadługo będę w możności podać do publicznej wiadomości wynik
moich dalszych badań".
Artykuł zaciekawił niezmiernie cały świat naukowy.
W kilka dni po ukazaniu się owego artykułu, profesor
zmęczony kilkogodzinną pracą w laboratorium, powracał do domu, gdy
naraz z przyległej piwiarni wysypało się całe grono akademików,
podnieconych świeżo wypitemi w mnogiej ilości szklankami wina i
piwa. Na czele tej hałaśliwej czeredy znajdował się Fryderyk
Hartmann. Profesor chciał usunąć się niepostrzeżony, lecz Hartmann
go dogonił.
- Hola! zacny mój mistrzu! - zagadnął go, towarzysząc mu w
dalszej drodze - mam panu coś do powiedzenia, a łatwiej mi będzie w
tej chwili to wyrzec, dopóki dobre piwo szumi mi w głowie, aniżeli
innym razem.
- Cóż to takiego? - zapytał łagodnie profesor z pewnem
zadziwieniem.
- Słyszałem, że pan profesor zamierza wykonać ważne jakieś,
a przytem i niezwykłe doświadczenie. Podobno chce pan wyjąć duszę z
człowieka, a potem znowu ją w nim usadowić. Czy to prawda?
- Prawda, kochany Fryderyku.
- A czy pan też pomyślał, że mogą tutaj zajść bardzo poważne
trudności w znalezieniu kogoś, któryby pozwolił robić na sobie
takie doświadczenia. Sto djabłów! Przypuść pan, że dusza wyjdzie z
ciała, a potem nie będzie chciała wleść w nie napowrót - a to
byłaby bardzo głupia sprawa. Któż będzie chciał poddać się takiemu
ryzykownemu przedsięwzięciu?
- Ależ Fryc! - zawołał przerażony profesor - rachowałem na
twoją pomoc w tem doświadczeniu - przecież nie zechcesz mnie teraz
właśnie opuścić. Miejże wzgląd na zaszczyt i sławę!
- I na wróble na dachu także - przerwał mu Hartmann. - Czyż
zawsze mam być wynagradzanym tylko obietnicami zaszczytu i sławy?
Czyż nie stałem przez dwie godziny na szklanym izolatorze, podczas
gdy pan w ciało moje pompował elektryczność!
Czyś pan nie oddawał elektrycznym doświadczeniom mego mózgu
i moich nerwów w żołądku, co mi tylko apetyt popsuło? Trzydzieści i
cztery razy byłem przez pana zahypnotyzowanym. I cóż mam z tego
wszystkiego? Nic! A teraz a dodatku chce pan duszę z ciała mego
wyjąć jak maszyneryę z zegarka. To już chyba jest więcej aniżeli
zwykły śmiertelnik znieść może!
- Prawda, prawda mój drogi! - odparł profesor cały skruszony
- nie pomyślałem o tem nigdy. Oznacz wszakże sam, jakim sposobem
mógłbym cię wynagrodzić tym razem.
- Więc posłuchaj, zacny profesorze! - odezwał się poważnie
Hartmann - jeżeli mi dasz słowo twoje, że po spełnionem
doświadczeniu uzyskam rękę twej córki, natenczas chętnie się poddam
wszelkim doświadczeniom - jeżeli zaś nie - no - to nie chcę o nich
słyszeć nawet i to jest ostatnie słowo.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.