Wielki Północny Ocean. Księga V. Wszędziebądź - Katarzyna Szelenbaum

-
Proszę czekać

 

Rozdział 99

Chwilowa cisza

Słyszałem, że miałeś jakiś napad bólu - Toniris zerknął na porucznika z ukosa.

- Tak. - Mężczyzna uśmiechnął się blado.

- Podobno strasznie nabałaganiłeś...

- Bardzo mi przykro... Jestem zawstydzony.

- Nie wyglądasz dobrze. Jesteś chory?

- Nie... Ale żołnierskie życie szybko odbiera ciału siłę i sprawność. Powiadają, że żołnierze starzeją się trzy razy szybciej.

Toniris zbliżył się, przyglądając się rozmówcy z niemalejącą uwagą. Opuszkami palców dotknął kosztownego kolczyka na uchu Danaena.

- A... to... - speszył się tamten, odruchowo zasłaniając ucho.

- To wszystko jest bardzo podejrzane - rzekł Toniris. - Wyskakujesz jak diabeł z pudełka, pozbywasz się sługi, który kręci się wśród szlachty, masz jakieś ataki i nosisz tak drogą biżuterię. Od kiedy to stać cię na takie rzeczy? I dlaczego zjawiasz się akurat w czasie, gdy ojciec...

- Przepraszam - porucznik spojrzał błagalnie na brata. - Jeśli chodzi o Pana Ojca, naprawdę nie miałem pojęcia o jego wizycie... Proszę mi uwierzyć...

Toniris mruknął coś pod nosem i raz jeszcze musnął ozdobny kolczyk.

- Ojciec przysyła ci jakieś pieniądze? - spytał.

- Skąd! - Danaen szybko zaprotestował. - Nie śmiałbym nawet prosić!... Nigdy! Żyję... wyłącznie z żołdu...

- To jak to wyjaśnisz?

- To... prezent.

- Prezent, co? A niby od kogo?

Porucznik westchnął ciężko i zwiesił głowę na piersi.

- Od generała Monde - odparł półszeptem.

- Monde... - Toniris gwałtownie cofnął palce, jakby się sparzył.

Usiadł na sąsiednim łóżku i znów począł pożerać mężczyznę wzrokiem.

- Więc w końcu jakiś generał cię docenił. Co ja mówię "jakiś"! Zmieniłeś się. I co? Pewnie awansik się kroi.

- Cóż... - Porucznik odwrócił wzrok, przypominając sobie o poleceniu Dżaermione i o kapitańskim mundurze ze złotymi akselbantami, który miał odebrać z dworu Pareara. - Być może...

Toniris chwilę dumał nad czymś, oparłszy dłonie na kolanach, po czym z powrotem przeniósł spojrzenie na wspartego na stercie poduszek mężczyznę i na biel jego opatrunków.

- Bardzo boli? - spytał, wskazując ruchem głowy na rękę.

- Dziękuję... To tylko draśnięcie.

- Draśnięcie! - prychnął Toniris. - Widziałem takich, co ryczeli wniebogłosy przy mniejszych ranach. Powiedz mi, tego uczą w wojsku?

- Ach... - Danaen zawahał się. - Tego?... młodszy bracie?...

- Rzuciłeś się na tego konia jak żbik. Jeszcze czegoś podobnego nie widziałem. A potem...

Chłopak spuścił głowę, jego oczy zakrył cień.

- Potem też martwiłeś się tylko o Aliję... Gdyby nie ty... A ja nie byłem zdolny się ruszyć...

- Młodszy bracie... - porucznik nie wiedział, co po­wiedzieć.

Toniris spojrzał nań i uśmiechnął się niewyraźnie.

- Wiesz co? Nigdy cię nie lubiłem, Danaenie... Rzadko kiedy słyszałem twoje imię, ale zawsze przynosiło ze sobą jakąś niezdrową aurę, pełną tajemnic i gniewu. Pewnie wiesz, że nikt z nas nie mówi o tobie, jeśli nie musi.

- Wiem... - szepnął żołnierz. - Przepraszam...

- Nie wolno, absolutnie nie wolno o tobie mówić, zwłaszcza przy ojcu... Zawsze myślałem, że to dlatego, że jesteś synem marnotrawnym. Chociaż cię nie znałem, nienawidziłem cię szczerze. Dlatego, że jesteś czarną owcą. Że kisisz się w jakiejś duszącej mgle niejasności. Zawsze wydawało mi się, że w jakiś sposób zdradzasz i narażasz naszą rodzinę. A do tego...

Oczy młodzieńca zalśniły mocniej.

- Do tego jesteś jego pierworodnym... A pierworodny zawsze jest najważniejszy. Takie jest boskie prawo.

- Młodszy bracie... - Danaen pokręcił głową z niedowierzaniem. - Ja bym... nigdy...

- Nie chodzi mi o prawa ludzkie - syknął Toniris. - Chodzi mi o to, że jesteś pierwszym z nasienia ojca. Nie mogłem tego zaakceptować. Nie mogłem szanować kogoś takiego jak ty... Ale przez to przeklęte pierworództwo zawsze będziesz mnie przewyższał. Zawsze. Nieważne, jak wiele posłuszeństwa okażę ojcu. Widzisz to?

Wskazał palcem na swój policzek.

Porucznik nachylił się i przyjrzał się rumianej, zadbanej skórze. Nie mógł na niej znaleźć niczego niepokojącego.

- Proszę darować, ale nic nie widzę... - powiedział.

- Tak, nie widać. - Toniris ściągnął brwi i przyłożył dłoń do policzka. - Ale ja to czuję! Ciągle to czuję!

- Młodszy bracie...

- Kilka dni po tym, jak wyniosłeś się z zamku Sandraela, po raz pierwszy w życiu wymówiłem twe imię przy ojcu.

Danaen znieruchomiał, patrząc na młodzieńca z przerażeniem malującym się na twarzy.

- Tak - warknął ten. - I po raz pierwszy w życiu ojciec podniósł na mnie rękę. Uderzył mnie! Przez ciebie!

- Przeze mnie... - wyszeptał mężczyzna, czując, że życie wypływa z niego.

Przez chwilę wpatrywał się tępo w pustkę, oddychając tak wolno i cicho, że aż zaniepokoił podejrzliwego Tonirisa.

- Co z tobą? Gorzej ci? - spytał ten.

- Przepraszam... - Porucznik podniósł dłoń do ust i pokręcił bezradnie głową. - Przepraszam... Przepraszam... - powtarzał obłędnie.

- Posłuchaj - Toniris położył mu dłoń na ramieniu.

Czarne źrenice spojrzały nań nieprzytomnie, drżąc z bólu.

- Posłuchaj... - powtórzył z wahaniem chłopak. - Coś zaszło między wami dwoma... Coś, co kładzie się cieniem na całym naszym rodzie. Ale... już mi nie zależy, żeby wiedzieć, co to było... Dopóki ojciec jest zadowolony, nie chcę nic wiedzieć...

- Młodszy bracie - rzekł z podziwem porucznik - jesteś prawdziwie najlepszym z synów...

- Uratowałeś mojego syna - ciągnął Toniris, zaciskając pięści. - Czułem się dłużny... dlatego powiedziałem ci to wszystko.

- Młodszy bracie - mężczyzna spojrzał nań ze wzruszeniem - nie masz pojęcia, ile radości sprawia mi twoja szczerość. Nie zasłużyłem na nią...

- Ciągle mam cię przed oczami... jak skaczesz na tego przeklętego ogiera... Walczyłeś tak, jakby nic innego cię nie obchodziło. Nawet twoje własne życie. Nie widziałem nigdy czegoś takiego... Nigdy...

- Młodszy bracie - westchnął porucznik, skłaniając głowę - uwierz mi, proszę, gdyby to tylko było możliwe... z radością służyłbym u boku moich braci... Z radością zostałbym choćby podnóżkiem dla twojego syna... Ale... - Odwrócił wzrok - To niemożliwe...

- Hmm... - Toniris uśmiechnął się do siebie. - Dotrzymam słowa i nie będę rozgrzebywał twoich tajemnic... To nie jest moja sprawa.

- Młodszy bracie... jestem wdzięczny...

- Ojciec bardzo długo zabiegał o tytuł rządcy tej prowincji. I w końcu się udało.

- To wspaniale! Nie miałem pojęcia! - Danaen spojrzał nań błyszczącymi z podniecenia oczami. - Proszę mówić dalej!

- Przyjedzie do Bystrzyny, by odebrać insygnia od syna byłego zarządcy i uczcić to, oczywiście. Pomyślałem... - Młodzian odwrócił wzrok z zawstydzeniem. - W końcu uratowałeś Aliję... Pomyślałem, że może chciałbyś zobaczyć ojca...

Danaen wstrzymał oddech, przeszył go dreszcz.

- Zobaczyć... Pana... Ojca...- wykrztusił, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Ale... przecież...

- Chcesz tego, prawda? - spytał Toniris.

- Ale... - oficer z trudem przełknął ślinę, jego ramiona poczęły się unosić niespokojnie - przecież... przecież...

- Hej - młodzian przywołał ku sobie jego wzrok. - Może i ma zatargi z Danaenem, ale na pewno zgodzi się chociaż zerknąć na tego, kto ocalił jego umiłowanego wnuka.

- A... - wargi mężczyzny poruszyły się nerwowo.

- Spokojnie - koił go Toniris, widząc jego wielkie wzburzenie. - Ojciec uwielbia Aliję. I ja sam przemówię do niego w twojej sprawie.

- Nie... - porucznik pokręcił nerwowo głową. - Nie... to...

- Nie obawiaj się - posłyszał pocieszający głos młodego lorda. - Prawda, że ojciec uderzył mnie wtedy, ale krótko potem znów dokazywaliśmy sobie wesoło. Wezmę jego wnuki do pomocy i poskromię go czułostkami, słodkimi słówkami i pieszczotami, którym nikt oprzeć się nie może. Nie mówię, że odbędziecie miłą rozmowę, ale wprowadzę cię do jednej z sal, abyś mógł przykucnąć gdzieś w kącie i zobaczyć jego tryumf. Czy to cię zadowoli?

- Czy to możliwe? - spytał błagalnie żołnierz. - Czy mógłbym?... Czy ja... mógłbym?...

- Ojciec przyjedzie tam jutro i pewnie zostanie ze trzy czy cztery dni. Jeżeli naprawdę tego chcesz, możesz dołączyć do mnie. To co powiesz, starszy bracie?

Bladą twarz porucznika rozjaśnił blask ognia. Toniris aż się wyprostował, patrząc ze zdumieniem na zmianę w tym przedziwnym obliczu, które z poszarzałej, zmęczonej masy, przemieniło się w gładkie, lśniące życiem lico, jak gdyby z wnętrza ciała Danaena począł bić gorący płomień, ogrzewający jego niezdrowo szarą skórę i napełniający ją barwami istnienia. Czarne źrenice migotały od buzującego w nich światła gwiazd.

- Młodszy bracie... - Oczy mężczyzny rozmyły się skrzącym wzruszeniem - Jesteś zbyt dobry dla mnie... Czy ja... naprawdę mógłbym?...

- Jeżeli będziesz trzymał się na uboczu, grzecznie i potulnie, to nie widzę przeszkód. Minęło wiele lat, odkąd się widzieliście po raz ostatni, prawda?

- Zbyt wiele, młodszy bracie... Jeżeli nie sprawię ci wielkiego kłopotu, błagam, pozwól mi towarzyszyć sobie do Bystrzyny.

- Czy będziesz w stanie podróżować? To nie tak daleko, ale...

- W każdej chwili, młodszy bracie! Choćby i zaraz!

- Nie, nie... Jutro... Ale lepiej, żebyś nie pokazywał się tak od razu. Przenocujesz w miasteczku, a nazajutrz przyślę kogoś po ciebie. Sam najpierw pokażę się ojcu. Chyba to ro­zumiesz?

- Młodszy bracie... - Ku zdumieniu Tonirisa porucznik uniósł jego dłoń i ucałował z najgłębszą czcią. - Nie zasługuję na tyle dobra z twojej strony, ale... jeżeli to możliwe... pozwól mi... pokornie proszę...

- Skoro... tak bardzo chcesz... - chłopiec zabrał rękę i cofnął się, patrząc na mężczyznę z nieskrywaną nieufnością. - No nic... - westchnął w końcu. - Odpoczywaj... Wyruszamy o świcie.

Danaen długo leżał w łóżku, wpatrując się w zawieszony w głuchej ciszy sufit, ale nie mógł spać. Serce biło mu mocno, przeszywając ciało rytmicznym dreszczem. Był tak rozbudzony, że nawet powieki niechętnie opadały mu na drżące oczy.

"Czy to możliwe?..." - pytał siebie raz po raz.

Nie czuł już bólu ani zmęczenia, tylko wzbierający ogień. Uśmiechnął się do siebie, czując jak żar rozlewa się z piersi po jego ciele i wtapia się w ciążący brzuch i gorejącą głowę, w których brzmiało donośne echo bezgłosu.

*

Rin czekał w napięciu, opierając się o powóz, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, nerwowo zaciskając palce na materiale kurtki. Na samo wspomnienie tej istoty, która ledwie wczorajszego dnia wstąpiła w ciało porucznika, robiło mu się mdło, a na kark występował zimny pot. Zacisnął mocniej zęby, szykując się w duchu na konfrontację z tym "czymś", co Tarubo nazwał demonem.

Wreszcie porucznik pojawił się, krocząc wolno, lecz dumnie, z bandażami starannie ukrytymi pod czernią szat. Rin przez całą noc, odkąd tylko dowiedział się od Tonirisa o tej wyprawie, przygotowywał sobie hardą mowę, którą miał się osłonić jak tarczą, by nie pozwolić porucznikowi się prze­płoszyć. Kiedy jednak zobaczył twarz oficera, wszystkie słowa uleciały mu natychmiast z pamięci.

Mężczyzna uśmiechał się promiennie, a jego rozmarzone oczy błądziły gdzieś w niebycie. Jakby został czymś upojony. Na jego twarzy zakwitł niezwykły uśmiech - łagodny i pełny czułości. Uśmiech, jakiego nikt nigdy nie mógłby oczekiwać po żadnej z masek porucznika, Dzikiego Kruka czy tego, którego generał Monde nazywał Danaenem. Przypominał on niespotykany pod tym niebem uśmiech człowieka szczęśliwego.

- Pośpiesz się - ponaglił go Toniris, ukazując się nagle z synem, którego niósł na barana.

- Tak. - Porucznik natychmiast się ożywił, dwoma skokami dopadł powozu i zamknął za sobą drzwi.

- Eee... A twój Mikadejo? - spytał Toniris, zerkając przez okno na oszołomionego Rina.

- A tak, Mikadejo... - powiedział porucznik, jakby przypominając sobie o jakimś mało istotnym drobiazgu.

Wyskoczył na zewnątrz, złapał Rina za kołnierz i wrzucił go do powozu niczym tobół.

- To już możemy jechać? - spytał, patrząc z nadzieją na Tonirisa.

Chłopak skinął nieprzytomnie głową, zerkając na podnoszącego się z ziemi, równie zaskoczonego co on, Mikadejo, ciesząc się przy tym, że sam nie został żołnierzem. Zwłaszcza, że niebiosa oszczędziły mu bycia ordynansem takiego obłąkańca jak Danaen.

Rin usiadł w milczeniu, zszokowany i niepewny, co z tego wszystkiego wyniknie. Cały czas spoglądał na porucznika, który usiadł przy oknie, oparł brodę na dłoni i wpatrywał się w dal z rozmarzeniem. Jego oczy lśniły intensywnie, a twarz jaśniała od kwitnącego rumieńca. Uśmiechał się tajemniczo, emanując jakimś niezdrowym podnieceniem i błogością jedno­cześnie. Wyglądał jak chłopiec, który po raz pierwszy w życiu zakosztował szaleństwa zakochania się.

Również Toniris nie odrywał od niego oczu, pieszcząc chichoczącego cicho Aliję. Chłopca jednak szybko zmęczyły łaskotki, wyrwał się z rąk ojca i począł się rozglądać dookoła, szukając sobie jakiegoś zajęcia. Rin nie wydał mu się zbytnio interesujący, przeniósł więc swą uwagę na czarnookiego mężczyznę, który wyratował go od upadku z konia.

Alija wiedział, że ten człowiek go uratował, ale wydawał mu się zbyt przerażającym i wielkim, by się do niego zbliżać. Kiedy tak leżał, wśród tych bandaży, z tymi płonącymi oczami, sam przypominał oszalałego ogiera. Ale teraz coś się zmieniło w tym strasznym, potężnym obcym.

Alija był tylko dzieckiem i być może właśnie dlatego to dostrzegł. Instynktownie wyczuł, że z tym przedziwnym dorosłym można nawiązać kontakt. Nie sztuczny i wymuszony, jak wtedy, gdy ojciec czy matka zmuszali go, by się pokazywał, przedstawiał i dziękował, podczas gdy on najchętniej schowałby się za ich plecami, prosząc, by nie wypychano go w krąg wielkich, głośnych, niepojętych dorosłych. Coś w jego małym, ufnym sercu podpowiadało mu, że gdzieś w tym silnym, postawnym mężczyźnie mógłby znaleźć towarzysza, przed którym nie musiałby odczuwać wstydu i zażenowania.

- Kto to jest? - spytał swego ojca.

- Nie pokazuje się palcem - skarcił go Toniris. - Czyżbyś zapomniał, kto ci uratował skórę?

- Nie zapomniałem. Ale nie wiem, kto to jest - odparł chłopiec.

- Cóż... - Toniris zawahał się. - To... porucznik Danaen... Żołnierz...

- Żołnierz... Jak dziadek? - słowa dziecka przywołały ku sobie zdumione spojrzenie Danaena.

- Tak, tak jak twój dziadek...

Chłopiec stanął przed porucznikiem i oparł się rączkami o jego kolana, żeby się nie przewrócić w rozkołysanym powozie. Przez dłuższą chwilę mężczyzna i dziecko spoglądali sobie głęboko w oczy. Rin przypatrywał się tej scenie w milczeniu. W oczach Aliji płonęła ciekawość. Oczy Danaena wypełniały się zmieszaniem. Rin wpatrywał się w nie z uporem, ale wciąż nie miał pewności, czy chociaż ten zawstydzony ich wyraz jest prawdą, czy tylko prze­biegłą iluzją.

- Wiem, co to porucznik - powiedział z dumą Alija.

- Naprawdę? - spytał cicho mężczyzna, przeczuwając, że tego wymaga grzeczność.

- To drugi stopień młodszego oficera - mówił chłopiec. - W państwie Gabriev nie mają poruczników, tylko lejtnantów. A kiedyś porucznikiem nazywało się każdego oficera, któremu poruczano jakieś zadanie.

- Nie miałem pojęcia... - żołnierz uśmiechnął się blado. - Jego lordowska mość jest bardzo mądry...

- Dziadek mnie nauczył - chłopiec ucieszył się z pochwały. - Mój dziadek był żołnierzem, wiesz?

- Wiem, lordzie - przytaknął z uśmiechem Danaen. - Twój szanowny dziadek, panie, był najwaleczniejszym i najwspanialszym ze wszystkich żołnierzy... Armia nigdy nie znajdzie mu podobnego.

- Tak? - zdziwił się Alija.

- Dość już - Toniris niespodziewanie uniósł chłopca w ramionach i posadził na swoich kolanach. - Nie męcz pana porucznika, słyszysz?

Danaen chciał coś powiedzieć, ale spojrzenie, jakie rzucił mu brat, było wystarczająco wymowne. Mężczyzna powrócił do kontemplowania pustki, ale jego oblicze nie odzyskało już dawnej, płomiennej barwy.

Rin przyjrzał się z kolei Tonirisowi i jego świdrującym porucznika źrenicom. Kryła się w nich jakaś okrutna złośliwość. Dopiero teraz jednak zauważył, jak podobne czoła i brwi mają do siebie bracia. Przełknął ślinę na myśl, że jedzie właśnie do miejsca, gdzie po raz pierwszy zobaczy ojca Dzikiego Kruka. Ojca swego pana!

Pamiętał wydatny brzuchu leżącego mężczyzny i jego wielką, silną rękę oraz niewysłowioną cześć, jaką porucznik okazał, klęcząc u łoża tego człowieka. Chytre oczy Tonirisa niepokoiły Rina, który coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że zdarzy się coś bardzo, bardzo złego. Raz jeszcze spojrzał na przełożonego, przypominając sobie jego przepełnione furią, nieludzkie oblicze, które zmiękczyło kolana nawet wojowniczemu Tarubo.

"Kim są ludzie, którzy wychowali takiego człowieka? - zastanawiał się. - Co się kryje za historią tej przedziwnej rodziny?".

Toniris uśmiechnął się sam do siebie, zamyślając się nad czymś głęboko. Rin miał rację, uważając go za dziecko. W istocie był dużym, rozpuszczonym dzieckiem, zazdrosnym i mściwym.

Ojciec pozwalał mu robić wszystko, na co miał ochotę, dopóki chłopak nie wchodził mu w drogę i nie zawracał głowy. Wszyscy synowie bali się ojca i szanowali go, ale żaden z nich nie był tak łasy jego uwagi jak właśnie Toniris. Wszyscy mieli własne życia i, choć okazywali mężczyźnie całkowite posłuszeństwo, nie obchodziło ich zbytnio, co się z nim dzieje ani co on naprawdę o nich myśli. Tylko Toniris pragnął uznania.

Kiedy był mniejszy, rodziciel nie skąpił mu pieszczot, ale wydzielał je bardzo skrupulatnie - przysługiwały tylko za wyjątkową grzeczność i posłuch. W miarę jak ojciec przeobrażał się w prawdziwego szlachcica, zaczynał rozumieć, że w sferach towarzyskich szanowane w wojsku szorstkość i dystans, nie zawsze robią dobre wrażenie na błękitnokrwistych. Z przymusu więc nauczył się przyjaznego szturchania i kuksańców, poklepywania po plecach i powitalnych uścisków. A skoro wypadało poklepywać tak jakiegoś księcia czy hrabiego, z którym pieczołowicie budował przyjazne stosunki oparte na serdecznej zażyłości i koleżeńskich układach, nie było powodu, by nie odnosić się tak również do własnych dzieci. Ale Toniris wciąż czuł niedosyt. Nie chciał być równy obcym szlachcicom, chciał mieć specjalne względy. Był zazdrosny o każdą, nawet najmniejszą pochwałę czy nawet o wymagane zwykłymi zasadami etykiety zainteresowanie.

Nie kłamał Danaenowi, mówiąc, że nienawidził go już od początku. Od kiedy tylko pamiętał, mówiono mu o nim tylko tyle, ile było konieczne dla jego wiedzy i bezpieczeństwa, czyli właściwie nic. Wiedział tylko, że istnieje jakiś pierworodny ojca, żołnierz, który gnije gdzieś w nędznych placówkach wojskowych, czarna owca, o której nie wolno nigdy wspominać ani się do niej przyznawać. Wyrzutek, niegodny tego, by wymawiać jego imię.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył Danaena, był już tak przesycony nienawiścią do jego osoby, że nie chciał go w ogóle widzieć, a co dopiero roztrząsać jego przeszłości i doszukiwać się powodów jego wygnania.

Ale to z jego przyczyny ojciec go uderzył. Po raz pierwszy w życiu ojciec uniósł nań swą wielką, ciężką rękę i po prostu go walnął. Toniris był przerażony i załamany. Nie chodziło bynajmniej o sam cios, lecz o świadomość, że Danaen zajmuje miejsce w pamięci ojca. W swej chorobliwej zazdrości młodzieniec nie dostrzegał absurdu swojego myślenia. Wiedział, że ojciec nienawidzi tego wyrzutka, ale fakt, że w ogóle zapłonął tak silnym uczuciem niechęci do kogoś, kogo Toniris uważał za niewartego uwagi, ranił chłopcu serce. Danaen był nienawidzony, ale przez to był ważny, bo istniał w umyśle lorda seniora - był powodem realnego, potężnego gniewu i przyczyną nakazu milczenia, którego nikt z całej familii nie ważył się złamać. A więc parszywa owca, która nie egzystowała z nimi fizycznie, okrywała ich ród swoim cieniem, a wymówienie jej imienia było w pojęciu wszystkich jego członków równoznaczne z przywołaniem tajfunu niewyobrażalnej wściekłości ojca, którego skrycie się bali i przeciw któremu nie mogli i nie mieli powodu występować. Danaen był w jakimś sensie stale obecny w ich życiu, a tego Toniris nie mógł mu darować. Podobnie rzecz się miała z pierworództwem, dzięki któremu niegodny wyrzutek miał przewyższać go na zawsze.

Z jednej strony naprawdę był mu wdzięczny za uratowanie Alii. Nie był co prawda dojrzałym ojcem, nie potrafił szczerze kochać własnego dziecka, czasami wydawało mu się ono głupie i zbyteczne, dlatego najczęściej pozostawiał je wśród służby, z rzadka poświęcając mu dłuższą chwilę, ale wyuczono go, że ma obowiązek dbać o nie, strzec jego zdrowia i bezpieczeństwa. Syn był dla niego obowiązkiem, który chciał wypełnić, aby czuć się dobrze. Aby zasłużyć sobie na pochwałę własnego ojca. Zawsze, gdy ten mówił, że Alija dobrze wygląda, Toniris mógł spodziewać się choć jednego słowa uznania czy zachęty. I dlatego właśnie nie kochał Alii - swego dziecka, lecz Aliję - swój obowiązek i popieraną przez ojca drogę, na której mógł zakosztować uczucia spełnienia. Kiedyś Toniris usłyszał, że znajomemu księciu zginął sześcioletni syn, który wpadł do studni. Książę bardzo to przeżywał, odsunął się od świata, a w końcu zapadł na jakąś dziwną, pozbawiającą go w niezwykłym tempie sił chorobę. Toniris szczerze się dziwił tej historii, zastanawiając się, dlaczego książę po prostu nie spłodził sobie następnego dziecka. I nie widział nic niestosownego w tej myśli. Wszak nie było nic prostszego nad robienie dzieci! Był pewien, że gdyby Alija zginął, nie czekałby długo ze zbliżeniem się do swojej żony. Jednak ojciec naprawdę przepadał za chłopcem, toteż Toniris uczuł ulgę, widząc, że synowi nic nie zagraża, i że będzie mógł znów z dumą i osobistą satysfakcją pokazać go własnemu rodzicielowi. Dlatego właśnie odczuwał wdzięczność.

Poza tym ucieszyła go szansa, jaka się nadarzyła. Przyszło mu bowiem na myśl, że jeśli dojdzie do spotkania tych dwóch, ojciec będzie musiał jakoś zareagować. Miał też pewność, że jeśli uderzy, to właśnie jedynego i prawdziwego winnego - Danaena. Myślał, że kiedy już dojdzie do konfrontacji, coś zostanie wreszcie ustalone w sprawie tego podejrzanego żołdaka, a ojciec wyda wreszcie jakąś ostateczną decyzję czy konkretny rozkaz. Nakaz milczenia zostanie zniesiony, dręczące wątpliwości rozwiane, bo raz na zawsze wszyscy przekonają się o rozstrzygającym stosunku pana domu do tego wyrzutka. Stosunku, którego do tej pory musieli się tylko domyślać i który mogli jedynie przeczuwać.

Gdyby Danaen został złajany i przepędzony na oczach ich wszystkich, uwolniliby się od męczących wątpliwości i niedomówień w kwestii traktowania tego dziwaka. I pozbyliby się go nie tylko fizycznie, lecz także przegnali jego ciężki, dręczący cień, który wisiał nad ich głowami, ilekroć zdawało im się, że brwi ojca zaczynają się marszczyć bez powodu. Sam zaś Toniris doświadczyłby satysfakcji z poniżenia tego, który nosił miano pierworodnego. Z radością szykował się na jego klęskę i hańbę i na oczyszczający powietrze wybuch gniewu ojca, licząc na umniejszenie roli Danaena w swoim własnym poczuciu hierarchii.

Wcale nie zamierzał mówić ojcu, że przyprowadzi mu jego dawno niewidzianego syna. Planował po prostu przedstawić pokrótce przygodę z ogierem, tłumacząc, że w okolicy przebywa akurat ten biedny żołdak, który uratował Aliję, i prosząc, by ten odważny, młody człowiek mógł wstąpić do rezydencji, by w nagrodę uczestniczyć w jednym z bankietów, wydawanych w tych dniach z okazji zaszczytu, jaki spotkał lorda seniora, dla wciąż przybywających gości. Gdy ojciec już ochłonie po przepędzeniu wyrzutka sprzed swoich oczu, Toniris będzie mógł się wytłumaczyć, że został wprowadzony w błąd - w końcu kto poznałby jakiegoś tam Danaena w tym przedziwnym mężczyźnie o lśniących, starannie wyczesanych włosach i z takim misternym kolczykiem w uchu!

Młodzian niemal roześmiał się do siebie, podziwiając swą własną przebiegłość. Nie przewidział tylko jednej rzeczy. Zupełnie nie wziął pod uwagę możliwości, że ojciec raz jeszcze wyrzucił Danaena z pamięci i kompletnie nie przejmował się jego istnieniem. Nie dyszał więc nienawiścią i gniewem, bo w jego sercu i umyśle Danaena po prostu nie było.

- A ty kiedy zamierzasz mieć dzieci? - spytał nagle Toniris, demonstracyjnie przytulając Aliję do siebie i ciesząc się z jeszcze jednej rzeczy, którą mógłby przewyższyć brata.

Zmieszane spojrzenie czarnookiego spłynęło ku ziemi.

- Dzieci... mieć nie będę... - wyszeptał.

- Ach tak... - zamyślił się Toniris.

"On nie może spłodzić dziecka! - przeszło mu przez myśl, gdy bezwiednie skierował wzrok ku kroczu żołnierza i uśmiechnął się złośliwie. - Co za nieudacznik!".

Tak ucieszył się z domniemanej i poniżającej niemocy brata, że musiał się powstrzymać, by nie wybuchnąć śmiechem. Zaczął namiętnie łaskotać trzymane w ramionach dziecko, aby Danaen mógł się na własne oczy przekonać, jak silne i zdrowe jest nasienie Tonirisa. Była to zresztą jedyna pieszczota, na jaką Toniris się zdobywał względem własnego potomka. Alija walczył chwilę z rękoma rodzica, ale w końcu począł krzyczeć, by ten przestał, po czym bezsilnie zastygł w jego ramionach i przytulił się do jego piersi. Gdyby nie fakt, że od małego przywykł do tych ojcowskich karesów, chyba nie zniósłby tego.

 

Rozdział 100

Co powie tata?

Porucznik prawie nie spał tej nocy. Cały czas dreptał po pokoju, w tę i z powrotem, nie będąc w stanie nigdzie przysiąść na dłuższą chwilę. Od kiedy tylko wyszedł z powozu, stał się nadzwyczaj nerwowy. Pocierał wilgotne dłonie o siebie, co jakiś czas zatrzymywał się i, krzyżując ramiona na piersi, zastanawiał się nad czymś z wyraźnym zdenerwowaniem.

- Czy ja mogę?... Czy tak wolno?... - szeptał bezradnie, w ogóle nie dostrzegając przyglądającego mu się z niepokojem Rina.

Bywały chwile, gdy zrywał się nagle ku drzwiom, jakby chciał stamtąd uciec, ale zaraz się zatrzymywał i po krótkim namyśle znów zaczynał krążyć po pokoju. Parę razy położył się na łóżku, drżąc i ściskając kolana ramionami, po zmroku zaś musiał wyjść na dwór i zwymiotować nędzne okruchy pokarmów, które przyjął z wielkim oporem. W końcu, zmęczony już własnym chodzeniem i napięciem, dostrzegł milczącą i nieruchomą sylwetkę Rina. Podszedł do niego, patrząc nań błagalnie.

- To jeszcze za wcześnie... - mamrotał. - Ja wiem... Nie mam prawa... Mógłbym... najwyżej... za kilka lat... Tak, za kilka lat... Teraz jest za wcześnie... Nic nie zrobiłem... Nie złapałem go... Nie zabiłem... Jeszcze za wcześnie... Ale... tylko na chwilę... Tylko, żeby zobaczyć... Nic więcej... Zbyt wcześnie, ale tylko zobaczyć... To będzie możliwe, prawda? Tylko zobaczyć... to wolno, prawda? Chcę tylko wiedzieć... Tylko popatrzeć... Prawda?...

Młodzian patrzył nań szeroko otwartymi oczami. Danaen ocknął się nagle z pętającego go oszołomienia i spróbował odzyskać zmysły. Usiadł na łóżku i z westchnieniem począł przecierać twarz dłońmi. Wreszcie zaległ ciężko na posłaniu, lecz aż do świtu drżał i kręcił się niespokojnie, otulając się ramionami i raz po raz zwijając w kłębek.

- Nie... To głupi pomysł... Tak nie wolno... - podrywał się, jakby chciał wybiec z pomieszczenia, ale prawie natychmiast opadał znów na poduszkę, by trzeć o nią nerwowo policzkiem.

O poranku nic się nie zmieniło. Rin patrzył nieprzytomnym wzrokiem na biegającego od ściany do ściany żołnierza, sam już bardzo tym wszystkim zmęczony. Chwilami nie mógł się pozbyć wrażenia, że Tarubo miał rację, nazywając tego człowieka obłąkanym. Mężczyzna rzucający się po kątach i wpijający sobie palce we włosy nie przypominał nawet cienia porucznika Danaena, Dzikiego Kruka, siewcy strachu i respektu. Prawdę mówiąc, Rin sam miał ochotę uciec stamtąd. Gdyby był z nim Tarubo, chłopiec pewnie wypłakałby się na jego ramieniu, szukając ukojenia - zbyt wylękniony, by móc jeszcze się wstydzić. W duchu przyzywał do siebie zielono­okiego, struchlały z nadmiaru niepewności.

Porucznik wciąż miotał się dookoła jak tracący zmysły niedźwiedź, który z powodu zbyt krótkiego łańcucha zaczyna tańczyć i kręcić się bez sensu w wyrazie dzikiej rozpaczy. Wreszcie przybył sługa przysłany przez Tonirisa, prowadząc dla nich dwa osiodłane konie. Porucznik natychmiast rzucił się do drzwi, lecz znieruchomiał raptem i zastygł tak w bezruchu, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Zmęczony, niewyspany i wystraszony ostatnimi wydarzeniami Rin pisnął przez zaciśnięte usta, czując, że łzy wzbierają mu w oczach.

"To niesprawiedliwe... - jęknął w duchu. - Jestem tylko dzieckiem... Jestem tylko małym, głupim dzieckiem!".

- Przepraszam... - usłyszał ku swemu zdumieniu.

Zadarł wzrok, patrząc na obejmujące go współczuciem, czarne jak noc źrenice. Źrenice prawdziwego porucznika Danaena. Chłopak nie mógł uwierzyć, że znów je widzi.

- Przepraszam cię... - powtórzył półszeptem mężczyzna. - Kiedyś zostanę surowo ukarany za twoje cierpienia... Rin...

Zbliżył się nieśpiesznie, spuszczając ze wstydem wzrok.

- Przepraszam cię... za wszystko... Za wszystko, co ci zrobiłem... Bądź pewien, że otrzymam za wszystko słuszną zapłatę...

- Poruczniku... - Rin przetarł oczy, patrząc na mężczyznę z niedowierzaniem.

- Proszę cię... Chodź ze mną... - Porucznik z wysiłkiem przełknął ślinę. - Proszę... idź blisko mnie... Tylko na dziś zapomnij o urazach, zapomnij, co widziałeś, i idź blisko mnie...

Rin wiedział, że te słowa wiele go kosztowały. Zbyt wiele, by mógł jeszcze czekać na odpowiedź. Dlatego odwrócił się pośpiesznie i wyszedł na zewnątrz. Rin szybko go dogonił, w milczeniu dosiadł wierzchowca i zrównał jego chód z klaczą porucznika. Danaen nie patrzył na niego. Nic nie powiedział. Ale w jego ciężkim milczeniu chłopiec posłyszał niemy pogłos niewyrażonej wdzięczności.

*

Wprowadzono ich wejściem dla służby i kazano czekać w małym saloniku. Przez blisko półtorej godziny nikt do nich nie zaglądał. Porucznik nerwowo chodził od ściany do ściany, zataczając kółka i umierając z niepokoju. Rin nie wiedział, co mógłby dla niego zrobić, więc milczał tylko, patrząc w jego wystraszone czymś bardzo oczy i na zaciskające się za plecami dłonie. Mężczyzna zatrzymał się, odnajdując wzrokiem piękne lustro zdobiące jedną ze ścian. Zbliżył się doń i po­łożył rękę na zimnej tafli. Rin przełknął ślinę, patrząc jak czoło żołnierza wolno opada i przywiera do powierzchni zwierciadła, a z lekko rozchylonych ust wydobywa się pełne bólu westchnienie.

Nagle posłyszeli charakterystyczny, podobny człapaniu odgłos. Przez uchylone drzwi wtoczyła się skórzana piłka, zatrzymując się wprost u stóp Danaena. Mężczyzna przyklęknął, ostrożnie ujął przedmiot w dłonie i przyjrzał mu się z zainteresowaniem. Po chwili do pokoju wbiegł roześmiany Terrana, nieruchomiejąc gwałtownie na widok obcych.

Rin patrzył uważnie na porucznika, na twarzy którego zakwitł blady, życzliwy uśmiech.

- Proszę, lordzie Terrano - powiedział żołnierz, przyklęknąwszy z szacunkiem, po czym wyciągnął trzymaną piłkę w stronę dziecka. - To chyba należy do ciebie, panie.

Chłopczyk wziął ją z wahaniem, nieufnie przyglądając się czarnym, obcym oczom.

- Kim... ty jesteś? - spytał.

Porucznik uśmiechnął się szerzej, patrząc na chłopca z największą czułością.

- Nikim ważnym... - odparł miękko. - Nikim ważnym, panie... Ale... Jeżeli będziesz miał jakiekolwiek kłopoty... Jeżeli ktoś... będzie dla ciebie niemiły... albo piłka znów ci się zawieruszy... zawsze możesz liczyć na moją pomoc...

- Jesteś kimś ze służby? - Terrana przekrzywił głowę.

- Tak... Jestem twoim sługą...

- Nigdy cię nie widziałem... - mruknął chłopiec.

Porucznik westchnął tylko, nie przestając się uśmiechać.

- Dziwny jesteś... - stwierdziło dziecko.

- Tak... - mężczyzna znów przytaknął. - Wybacz mi, mój panie...

W drzwiach ukazała się niania Terrany, szczerze zaskoczona widokiem nieznajomych. Złapała szybko chłopca za rękę i wyprowadziła go stamtąd. Właśnie wtedy otworzyły się drzwi na drugim końcu pokoju, a odziany w liberię sługa kazał im iść za sobą. Porucznik odetchnął głębiej, zerknął na Rina i ruszył przed siebie, zaciskając pięści.

Sługa przeprowadził ich długim korytarzem zakończonym podwójnymi drzwiami, które otworzył z gracją. Porucznik zastygł w bezruchu, wstrzymując oddech. W przestronnym, zimnym od ciężkości marmurów wnętrzu czekali jego bracia i siostry. Stali pod ścianami lub siedzieli na krzesłach, tworząc krąg, w który siłą rzeczy musiał wkroczyć.

Rin czekał w napięciu na pierwszy krok porucznika, chcąc iść tuż u jego boku. Zaciśnięte pięści mężczyzny zadrżały. Danaen wreszcie uczynił ten pierwszy krok. Potem następny. I jeszcze jeden. Szedł na bezdechu, wchodząc w ogień piętnujących go spojrzeń. Rin powiódł wzrokiem po ludzkich posągach, o oczach pełnych pogardy i pychy. Jedna z kobiet miała podobny do porucznika nos i uszy. Telasilla zaś, jedyny z braci, którego Rin dotąd nie widział, przejawiał pewne podobieństwo rysów. Ale nawet ta dwójka wyglądała teraz jak zupełnie obcy ludzie. Niczym niemy sąd, który zebrał się, by ukarać swoją ofiarę.

Porucznik stracił rytm kroków. Każdy następny stawiany był z coraz większym ociąganiem i niepewnością. Z każdym kolejnym głowa mężczyzny zwieszała się bardziej na piersi, aż w końcu broda przylgnęła mocno do ciała. Ostatecznie jego kroki stały się tak drobne i ciężkie, że nie mógł uczynić ani jednego więcej.

- Poruczniku... - szepnął z lękiem Rin, czując przeszywające ich na wylot spojrzenia milczących, przepełnionych gniewem istot.

Danaen odetchnął bezsilnie i odwrócił się na pięcie, nie odrywając zawstydzonego wzroku od ziemi i splatając dłonie.

- Przepraszam - uśmiechnął się blado. - Tak mi przykro...

Rin zerknął na jego złączone dłonie. Drżały.

- Moi najdrożsi - mówił półszeptem porucznik, nie śmiejąc unieść oczu. - Tak bardzo mi przykro.

W pokoju panowała śmiertelna cisza. Oddech żołnierza wbijał się w nią jak uderzenie gongu.

- Przepraszam was... Zawsze sprawiam wam tylko kłopoty, moi najmilsi bracia i siostry. Jestem dla was ciężarem.

Uśmiech stał się szerszy.

- Jestem... parszywym nędznikiem. Wiem... wiem, że postępuję niegodnie, zjawiając się tutaj. I że to bluźnierstwo z mojej strony. Wiem, że nie powinienem był tego robić. Wiem, że powinienem na zawsze usunąć się wam z drogi. Proszę, uwierzcie, nigdy nie chciałem wam zawadzać. I jest mi niezmiernie przykro, że przysparzam wam niepotrzebnych zmartwień. Wiem, że nie powinienem pokazywać się wam na oczy, a tym bardziej Panu Ojcu. Ale...

Dłonie zacisnęły się mocniej.

- Wybaczcie mi, błagam... Ale ja... tak bardzo... tak bardzo...

Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Jego ramiona opadły z bólem, oddech ucichł w gęstym i lepkim milczeniu. Naraz drzwi za plecami żołnierza otworzyły się. Kobiety i mężczyźni ruszyli ze swych miejsc i bez słowa poczęli mijać porucznika i Rina, jakby ci byli dla nich powietrzem. Tylko Telasilla przeszedł na tyle blisko, by mocno uderzyć oficera ramieniem, zmuszając go do półobrotu.

- Przepraszam... - szepnął Danaen, spoglądając na odchodzącego brata, ale tamten nawet się nie obejrzał.

Rin zacisnął mocno pięści, czując wzbierający w nim gniew.

"Dlaczego?! - pytał siebie z rozpaczą. - Dlaczego on?!...".

- Hej - zawołał Toniris, który to właśnie otworzył drzwi od drugiej strony. - Możesz przyjść...

Porucznik spojrzał na niego z niedowierzaniem. Chytre źrenice chłopca uśmiechnęły się przebiegle.

- Tylko się nie rzucaj w oczy - powiedział. - Najlepiej w ogóle się nie odzywaj.

- Tak - wyszeptał Danaen. - Oczywiście.

Toniris oddalił się, zostawiając ich samym sobie i dołączając do reszty towarzystwa. Porucznik stał u drzwi marmurowego salonu, wpatrując się w dal, poprzez korytarz porozwieranych teraz na oścież drzwi. W ostatnim pokoju gromada ludzi śmiała się i dokazywała wesoło. Rin widział braci i siostry Danaena, nieruchome posągi, które teraz ożyły i korzystały z zabawy, wmieszane w gromadkę bogato odzianych osobistości. Głosy radosnej krzątaniny słały się cichym echem, roztapiając na lśniącej z mocą posadzce i przydreptując drżeniem wprost pod stopy porucznika. Rin ze smutkiem spojrzał na skamieniałą twarz oficera.

- Nie musimy tam iść, poruczniku - szepnął błagalnie, widząc lęk poruszający czarne źrenice.

- Mogę przyjść? - spytał mężczyzna, zupełnie zapominając, że ktoś jeszcze jest przy nim. - Mogę?... - powtórzył, nie mogąc oderwać oczu od barwnego tłumu.

Zerwał się niespodzianie i przebiegł pospiesznie przez oddzielające go od zgromadzenia pokoje, nieruchomiejąc dopiero przed samym progiem salonu. Kilkoro gości spojrzało na niego z niechęcią i lekkim zdziwieniem, ale nikt więcej nie zwrócił na niego większej uwagi.

Porucznik wstrzymał oddech. Rin stanął bliżej wejścia, starając się odnaleźć cel, w którym utkwiła linia jego wzroku. Mimowolnie przełknął grudkę śliny.

"Więc to jest on... - powiedział w duchu. - Więc to jest lord Szabraelion Miskantesios tiens Angarde...".

Od razu poznał ten wielki, wydatny brzuch i silną rękę ściskającą kieliszek. Mężczyzna był bardzo wysoki i postawny. Niemal cały tłuszcz zgromadził się na jego brzuchu, toteż wyglądał, jakby miał przyczepiony do siebie jakiś wielki, pękaty worek. Ale nawet pomimo niego poznać można było dawną siłę i sprawność ciała. Pierś była szeroka, a ramiona potężne, nogi zaś bardzo mocne. Nie było wątpliwości, że człowiek ten nie pochodził z błękitnokrwistej rasy, lecz zaznał w swym życiu wiele ciężkiej pracy, a jego ciało rzeźbione było dawniej solidnym wysiłkiem. Gdyby nie ten worek sadła, stanowiłby obraz pięknie przekwitającej męskości. Bo mimo niezbyt fortunnej estetycznie metamorfozy, nadal czynił imponujące wrażenie. Rin pomyślał, że nie chciałby zaleźć mu za skórę. Potężne dłonie budziły w nim respekt i lęk.

Mężczyzna śmiał się głośno, otoczony wianuszkiem szlachciców, odchylając głowę i odsłaniając swe mocne, zadbane zęby. Szczękę miał bardzo męską, wyrazistą, a uszy wyraźnie odrysowane, nieco szpiczaste. Śmiał się nieprzerwanie, tak że Rin nie mógł dostrzec barwy ni kształtu jego oczu. Wreszcie lord pohamował się trochę i począł się przysłuchiwać jednemu z arystokratów z wielkim zainteresowaniem. Chłopak przyjrzał się dokładnie jego jasnej skroni. Na jedną chwilę twarz mężczyzny zwróciła się w jego kierunku, każąc mu wstrzymać oddech.

Ten rozstaw i kształt oczu, zgrabność brwi i ten prosty, foremny nos! Jak żywo wycięte z oblicza porucznika!

Roześmiane, błękitnawe źrenice powiodły wzrokiem po sali, zatrzymując się nagle na dwóch żołnierzach stojących nieruchomo w drzwiach. Porucznik drgnął boleśnie, pojmując, że został dostrzeżony. Lord z wolna zaczął kroczyć w jego stronę. Oficer przyklęknął w pośpiechu na jedno kolano, przyciskając lękliwie brodę do piersi i chowając oczy przed wielkim, silnym mężczyzną, a zdezorientowanemu i podenerwowanemu Rinowi nie pozostało nic innego, jak tylko naśladować swego pana. Niemal uczuł ciężar cienia, który nakrył ich obu, gdy tylko zobaczył przed sobą stopy lorda.

- A wy coście za jedni? - spytał lekko rozbawiony głos.

Porucznik zacisnął usta, drżąc z trwogą.

- Unieście oczy - rzekł lord.

- Nie możemy, panie - Danaenowi ledwo starczyło tchu, by to powiedzieć.

- Co takiego? - lord zachichotał wesoło.

- Ach, ojcze! - posłyszeli naraz głos Tonirisa. - To właśnie ten żołnierz, o którym ci wspomniałem.

- Naprawdę? To ty uratowałeś mojego wnuka? Spójrz na mnie...

- Nie... mogę... panie...

- Ho, ho! Jestem generałem w stanie spoczynku, ale jednak generałem. Więc nie sprzeciwiaj mi się, żołnierzu - mówił pogodnie lord.

- Nie śmiałbym... Nigdy... - wykrztusił z wysiłkiem porucznik.

- Spójrz na mnie! - głos lorda stał się niemal władczy.

Porucznik lękliwie uniósł głowę. Rin wstrzymał oddech.

Przez jakiś czas mężczyźni wpatrywali się w siebie w ciężkim, dusznym milczeniu. W pewnej chwili spokojne i łagodne dotąd oczy lorda drgnęły, wchłaniając coraz więcej światła, mięśnie powiek poczęły się naprężać, a brwi marszczyć. Zupełnie jakby te oczy usiłowały wydostać na zewnątrz coś pogrzebanego głęboko w obszarach niepamięci. Jakby w źrenicach Danaena dostrzegły coś, czego nie potrafiły dokładnie nazwać i sprecyzować - coś, co je pobudziło, drażniąc uśpione obszary świadomości bezgłośnym łechtaniem.

- Ty... - usta lorda poruszyły się niepewnie, nie mogąc dosięgnąć tej dziwnej grudki, która przykleiła się do końca języka, a która spływała tam długimi, lepkimi nitkami z najgłębszych pokładów mózgu.

Toniris zaniepokoił się, widząc powolne zmiany świateł i cieni przesuwających się po męskiej skroni. Nie chciał mówić nic więcej, ale w końcu strach wziął nad nim panowanie i, sam nie wiedząc dokładnie, jakiej kary się obawia, powiedział pośpiesznie:

- To przyjaciel generała Monde, ojcze.

- Monde? - drżące źrenice lorda znieruchomiały natychmiast.

Chwilę jeszcze wpatrywały się w klęczącego porucznika, lecz światło poczęło ustępować miejsca gęstniejącemu cieniowi, połykającemu wszelkie lśnienie.

- Monde - powtórzył lord, jak gdyby recytował zaklęcie usypiające niezdrowo pobudzone zmysły.

Spojrzał na Tonirisa i uśmiechnął się szerzej.

- Skoro tak, to nalejcie im czegoś dobrego, no dalej...

Odwrócił się na pięcie i wrócił do wyczekujących na niego arystokratów. Po dłuższej chwili, wśród głosów, chichotów i szeptów znów rozbrzmiał jego melodyjny śmiech. Rin wsparł porucznika na swoim ramieniu, pomagając mu wstać. Kolana mężczyzny były zupełnie miękkie. Danaen dłuższą chwilę wpatrywał się w plecy Szabraeliona, po czym odepchnął szorstko Rina od siebie i przemknął między tłumem postaci na drugi koniec sali, gdzie skrył się w pobliżu ozdobnej kotary i począł przyglądać się lordowi z wypiekami na twarzy.

Chłopiec zbliżył się do niego z westchnieniem. Cóż więcej mógł zrobić, jak tylko stać u jego boku i czekać na dalszy rozwój wypadków? W innym kącie odnalazł pociągającego z kielicha Tonirisa. Jego oczy płonęły wściekłością, ale westchnienie pełne było przedziwnej ulgi. Młodzian sięgnął po następny kielich, usiłując ukoić skołatane nerwy. Również porucznik wyciągnął rękę po podawany mu przez służącego trunek, który wypił duszkiem, nie mogąc powstrzymać zdenerwowania.

"Co się dzieje z tymi ludźmi?!" - Rin był na skraju wyczerpania.

Musiał usiąść na krześle, inaczej nie ustałby długo. Ściskał w dłoniach swój kielich, nie znajdując siły, by choć przysunąć go do warg. Patrzył wciąż na oblicze porucznika, jakże niepodobne do tych wszystkich twarzy czy masek, których doświadczył do tej pory! Danaen uśmiechał się, spoglądając czule ku pozostającemu w dali lordowi. Jego oczy płonęły szczęściem. Najprawdziwszym, rozpalającym ciało i ducha szczęściem.