Wielki Północny Ocean. Księga II. Kosmos - Katarzyna Szelenbaum


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 25
A zatem podzieliliśmy zatrzymanych na cztery grupy - mówił spokojnie żołnierz kroczący środkiem pokoju. - Wyłączywszy gości owego przybytku sromoty dla świń i kamieni, zatrzymaliśmy kumoterów gospodarza, a także tych, których przedstawiał jako prawomocnie nabytą służbę: pracujących z własnej woli, z przymusu oraz niewolnych. Zasadność podziału na pracujących z przymusu i niewolnych wynika z faktu stosowania wobec tych ostatnich mieszanek ziół i pewnych trucizn, których natura ujawni się nam w pełni dopiero w toku dalszych przesłuchań. Wyrażam podziękowanie dla wszystkich obecnych, a zwłaszcza dla porucznika Danaena, który zbyt długo, jak sądzę, musiał mierzyć się z oporem pewnych sił, wzbraniających mu działań na terenie podlegającym ochronie pieczęci królewskiej. Osobiście żywię nadzieję, że urzędnicy dworu przestaną naiwnie wierzyć, że pieczęć i herb dynastii eskaflońskiej nie stanowią, jak można by sobie tego życzyć, nienaruszalnej świętości, na którą - jak to drzewiej bywało - nie ważono się pluć i oddawać moczu, gdy strzegły sobą muru czy bramy. Zgodnie z poleceniem majora Dragunriorda z Munlitu szczegółowe przesłuchania zostaną przeprowadzone w Czarnej Wodzie i tam zostanie wydany ostateczny wyrok. Dziękując raz jeszcze za przykładnie wypełnione zadanie, proszę panów o złożenie podpisów pod tym oto wstępnym raportem.
Kilku zgromadzonych w pokoju żołnierzy kolejno podpisało ułożony na stole zwój. Oddawszy sobie honory, poczęli się nieśpiesznie rozchodzić. Pozostali tylko porucznik, Rin i dwóch gwardzistów. Jeden z nich postawił na stole ozdobny flakon wina, po czym z gracją i zadowoleniem począł częstować zebranych.
- Dzieci, chłopcy, nawet mężczyźni... - westchnął w końcu, oparłszy się ciężko o blat biurka. - Cieszę się, że mamy to już za sobą. Ten pomiot Dżasko to mimo wszystko uzdolniony bies. Nie przypuszczałem, że z soków mlecznych można wyczarować aż takie wywary. A ta jego... kuchnia... Widziałem coś, co wyglądało jak białe owoce kasztanowca...
- Jak się mają ofiary? - spytał jego towarzysz.
- Coraz lepiej... Chorowali trochę... Jeszcze przez jakiś czas nie będą wolni od cierpienia, ale nasi medycy twierdzą, że wyjdą z tego... Zwłaszcza dzieci szybko się odtruwają...
- No tak... Dzieci potrafią wiele przetrzymać...
- Obawiam się jednak, że niektóre z nich nie odzyskają już nie tylko zdrowia...
Rin w milczeniu przypatrywał się powierzchni czerwonej jak krew cieczy. Porucznik sączył napój drobnymi łykami.
- Jakie są rozkazy?
- Cóż, właściwie wszyscy są zdolni do cięższej czy lżejszej pracy, a nawet niedomagające dzieci przyuczono do czystości... Dlatego postanowiono przesłać wszystkich do zakonu Bractwa Róży Miłosierdzia Trzech Żywiołów... Przynajmniej będą tam mieli dach nad głową i ciepłą strawę...
Rin przechylił kielich, zanurzając czubek języka w cierpkim płynie. Spojrzał w stronę porucznika. Mężczyzna patrzył spokojnie na barwę trunku, osiadającą na ściankach naczynia. Chłopak powrócił do swego napoju i lekko pogładził palcami gładką powierzchnię czary, zastanawiając się przez moment, czy oficerowie gwardii potrafiliby się zniżyć do napicia się z najzwyklejszego drewnianego czerpaka.
- Tak... - mruknął wreszcie porucznik. - Oni mogą sobie poradzić... Ale nie ten chłopiec...
Rin zerknął na przełożonego, przyjemny chłód w piersi rozgorzał nagle większym płomieniem. A skąd ta niezwykła troska?
"Pan mnie zaskakuje, Leslun... Znowu..." - umoczył na powrót wargi w winie, apatycznie wpatrując się w pustkę.
- Ach... - Opierający się o biurko żołnierz na moment zwiesił głowę na piersi. - No tak... On...
- Trudno go uspokoić? - spytał jego towarzysz.
- Bardzo... Obawiam się, że bractwo odmówi przyjęcia go... Najlżejszą pracą, jaką u nich widziałem, jest wypalanie węgla drzewnego, ale pożytku byłoby tam z niego jak z niemowlęcia.
- Trzeba go będzie zostawić w domu dla znajd...
- Nie przeżyje tam - rzekł porucznik, ze znudzeniem obracając kielich w dłoni. - Czy mógłbym zobaczyć tego chłopca?
Rin zamknął oczy, dopijając ostatnie z karminowych kropli. Po dłuższej chwili do pokoju wkroczył strażnik, ciągnąc za rękę niezdarnie opierającego się młodzieńca. Rin nieznacznie zwrócił spojrzenie w stronę przybyłych. Nieprzystępna szklistość jego czystych źrenic pozostała niewzruszona. Raen kulił się, drżąc na całym ciele. Jego oczy były czerwone od łez.
- Jak się nazywasz? - spytał żołnierz.
Chłopiec przejeżdżał zaciśniętymi dłońmi po skrytych pod burzą włosów skroniach, jakby nie wiedział, co ma zrobić z własnymi rękoma.
- Umiesz cokolwiek powiedzieć?
Raen bezradnie rozejrzał się dookoła, nie unosząc wzroku. Przytulił ramiona do piersi i wbił wzrok w podłogę.
- Wyrzeczono się praw... - stwierdził żołnierz, zerkając na prostą umowę zawartą między właścicielem zajazdu a matką chłopca, nakreśloną pośpiesznie na strzępie po wielokroć odświeżanego pergaminu. - Ale właściwie... Nie widzę przeszkód, by zwrócić go matce...
- Nieee! - krzyknął nagle Raen, wprawiając w zdumienie zgromadzonych mężczyzn.
Strażnik wyciągnął w jego stronę rękę w uspokajającym geście, a wtedy Raen upadł na kolana, wpijając palce we włosy.
- Nie chcę znowu! Mamo! To boli! Boli! Proszę, przestań! Mamusiu!
Zakrył twarz dłońmi, wybuchając cichym, pełnym bezsilności i rozpaczy szlochem.
- Więc... ta blizna z tyłu głowy... - mruknął jeden z żołnierzy.
Rin spojrzał na porucznika, który nadal tym samym sennym wzrokiem wpatrywał się w resztkę napoju w swoim kielichu.
- Boi się własnej matki... - opierający się o biurko żołnierz syknął z niesmakiem.
- Pan się nie boi swojej? - spytał ze znużeniem porucznik.
Gwardzista spłonił się, uśmiechając przy tym niepewnie.
- Jak cholera! - roześmiał się po namyśle. - Ale... jednak...
Porucznik podniósł się nagle i stanął przed chłopcem, przypatrując mu się w milczeniu.
- Nie wrócisz do matki - powiedział w końcu zimnym, rzeczowym, jak zwykle, głosem.
Raen znieruchomiał. Po dłuższym wahaniu jego pełne udręki oczy płochliwie się wzniosły, badając powoli otuloną w czerń, potężną sylwetkę mężczyzny, gotowe w każdej chwili znów skryć się przed światem i począć krwawić łzami z jeszcze większą siłą.
- Co taki ktoś może potrafić? - zamyślił się porucznik.
Raen boleśnie spuścił wzrok, nowe spazmy wstrząsnęły jego ramionami.
- Nic nie potrafię... - jęknął cicho. - Jestem... taki głupi... Jestem...
- Lubisz zwierzęta?
Czerwone oczy znów się nieco uniosły, zerkając przez zasłonę gęstych, kruczych kędziorów.
- Znam takie miejsce, gdzie pełno jest małych króliczków i śnieżnobiałych jagniątek... Lubią, jak się je pieści... Ponoć dobrze im to robi, rosną duże i piękne... Poruczniku - Kruk zwrócił się do oficera, który uraczył ich winem. - Jeżeli to możliwe, chciałbym sporządzić umowę z panem, jako przedstawicielem armii... Jest pan wszak gwardzistą, znaczy pan więcej ode mnie.
- Nie rozumiem, dlaczego miałbym panu odmawiać... poruczniku - żołnierz uśmiechnął się. - Zaraz wszystko spiszemy...
Rin zerknął na siedzącego w bezruchu Raena, którego zrozpaczony wzrok błądził gdzieś po ciele Kruka. Zobaczył go jeszcze tylko raz, gdy dzieciak pokornie wsiadał do powozu. Chłopiec nawet raz się nie obejrzał, do końca nie odrywając wzroku od ziemi. A potem...
Potem był tylko stukot kopyt i jednostajne kołysanie w siodle. Ale również czerń. Lśniąca czerń płaszcza. Złowroga i dzika, jak ciężkie skrzydła. Lecz przecież tak bardzo znajoma...
Rin ponaglił ogiera, niemal ocierając się nogą o nogę przełożonego. Szklisty chłód oczu szarobiałych jak popiół i mroczna pustka czarnych źrenic nagle się spotkały. I sami nie zauważyli, kiedy - zupełnie niespodzianie - wśród milczenia i siności wieczornego powietrza, poczęli się ścigać po leśnych ostępach.
*
Dzban rozbił się z głuchym trzaskiem, znacząc podłogę głęboką czernią wołających się linii cieczy. Rin przyklęknął i powoli zaczął zbierać okruchy niemrawymi dłońmi. Naraz uniósł rękę i w skupieniu się jej przyjrzał. Dlaczego nagle tak zadrżała?
Poruszał palcami i na przemian je zginał, kontemplował ich harmonię i niewyjaśnione, poprzedzające myśl posłuszeństwo. Kolejny odłamek dzbana ugryzł go niespodziewanie. Szkliste oczy wpatrywały się z chłodną pustką w rodzącą się nieśmiało strużkę karminu. Gdzieś pod grubą warstwą mgły odezwał się okrutny trzask bicza.
Jeden chłopiec zabił swą starszą siostrę. Drugi po prostu coś ukradł. Obaj zostali ukarani tak samo. Porucznik stwierdził, że posłuży to za dobry przykład dla innych.
Nawet Rin, który po wielokroć przekonywał się, że coś jednak tkwi w zimnej logice porucznika, wedle którego okrucieństwo żołnierzy wobec więźniów różniło się od zwykłego, pierwotnego okrucieństwa ludzi tym, czym kara różni się od zbrodni ("Jesteśmy odpowiedzią" - rzekł kiedyś), nie mógł zrozumieć pewnych działań swego przełożonego.
- Jeżeli zabijamy, to dlatego właśnie i jedynie z tego względu, że człowieka absolutnie nie wolno zabijać - mówił Kruk. - Jeżeli dręczymy, to dlatego właśnie i jedynie z tego względu, że człowieka absolutnie nie wolno dręczyć.
W słowach swego pana Mikadejo odnajdywał wiele sensu. Ale bardzo mało widział go w jego działaniach.
Czasami wymierzał on ledwie kilka uderzeń, czasami wcale się do nich nie przykładał. Ale innym razem, nawet jeśli jeńcem było dziecko, okazywał całą swą bezwzględność.
Nie chodziło tylko o samo bicie, lecz o wyrafinowane tortury.
Rin musiał uczestniczyć tylko w niektórych biczowaniach: czasem tych słabszych, które kończyły się najwyżej na kilku krwawych pręgach na skórze, innym razem w tych, od których sponiewierane ciało przestawało już ciało przypominać, a stawało się jakąś nieokreśloną bryłą z mięśni i czerwieni. Miał jednak świadomość, że porucznik zna wiele rozmaitych tortur, i że - tak jak w wypadku walki - jest w nich doskonale doświadczonym mistrzem. Wiedział na przykład o pudełku igieł, które porucznik kiedyś mu pokazał, wyjaśniając, że istnieją techniki sprawiania potwornego bólu za pomocą wbijania określonej liczby igieł w określone miejsca i na określoną głębokość - bólu przerastającego najgorsze, najbardziej krwawe biczowania. Wiedział też, że jego pan stosuje czasem wyjątkowo okrutną, opisywaną po wielokroć w kronikach torturę Tysiąca Nacięć, która każdą ludzką jaźń potrafiła zepchnąć w najczystszy obłęd. Dzięki przebywaniu pod skrzydłami Kruka, nawet bez konieczności oglądania podobnych okropieństw, Rin wiedział, że z bólu naprawdę można postradać resztki zmysłów, i że nie jest to tylko powiedzenie.
Widział raz, jak porucznik długo bawił się ze skrępowanym więźniem. Umęczył go długim biciem i nieustającym gradem pytań, karząc za sam fakt istnienia, aż wreszcie doszedł do punktu, w którym poraniony na ciele i umyśle mężczyzna sam z siebie starał się zrobić wszystko, by tylko zaspokoić swego kata. Gdy porucznik pogłaskał go niespodzianie po policzku i przemówił doń czułym, pełnym delikatności głosem, rosły więzień popłakał się, jak mała dziewczynka, przytulając się z rozpaczą do swego oprawcy w całej swej bezbronności i poddaństwie.
To była jego ulubiona zabawa - przeplatać srogą, bestialską brutalność drobnymi, dozowanymi z umiarem aktami matczynej prawie dobroci. To było zaklęcie Kruka - sprawiać, by skatowane ofiary zakochiwały się w nim i w jego, wyczekiwanej bardziej niż zbawienie, tkliwości.
Patrząc, jak porucznik gładzi policzek broczącego krwią skazańca, który wpatruje się weń całą gorącością ledwo trzymającego się resztek ciała ducha, Rin zrozumiał, co się stało z umysłem owego pamiętnego jeńca, który wołał rozpaczliwie porucznika w ciemności swej celi, żyjąc już tylko wiecznym, pełnym udręki oczekiwaniem na jego powrót.
Porucznik sprawić musiał mu kaźń potworną - nie tylko przez powolne rozrywanie ciała bólem, ale też przez nieustanne przeżeranie jaźni jadem tysięcy słów, którymi nieśpiesznie nacinał umysł, pozbawiając go wiary w każdy dogmat - nawet ten o istnieniu nieba nad głową i ziemi pod stopami - i zastępując niebo i ziemię innym oparciem: swą zdradziecką, migającą poprzez nowe fale tortur, jak skra w ciemności, łagodnością.
Wreszcie jeniec zwątpił w niebo i ziemię. Świat miał już tylko jedno rozróżnienie: ból i ulgę, którymi władał wszechwielki, omnipotentny i przerażający Kruk. Jego chwilowa czułość i tkliwa łagodność stały się powietrzem, które usta rozpaczliwie próbowały pochwycić i na które ciało i umysł desperacko chciały sobie zasłużyć.
Zaraz potem, gdy zakuto w kajdany resztki jego ocalałej świadomości, zawierzonej całkowicie woli czarnych, lodowatych źrenic Pana Bólu i Ukojenia, więźnia zamknięto w głuchej, zimnej ciemności, z daleka od Kruka.
A jeśli nie było Kruka, nie było już niczego. Jeżeli nie było umiłowanego kata, nie było też powietrza - nie dało się oddychać.
Od tamtej pory skazaniec dusił się, co dzień modląc się w ciemności do wszechpotężnego Kruka, aby przybył i go wyzwolił. Zniszczone ciało nie przestawało boleć, żołnierze nie dawali mu umrzeć, a on sam nie pamiętał nawet o tym, że mógłby wszak spróbować odebrać sobie życie. Pogrążył się w obłędzie, wiedząc jedno - tylko Kruk może dać mu wytchnienie. Tylko Czarnooki Pan może zwrócić mu oddech. Tak, jak to uczynił dawno temu na dnie piekła.
Rin był nieskończenie wdzięczny porucznikowi, że ten miłosiernie odsyła go prawie zawsze z miejsca kaźni, z dala od tłoczni Kruczego gniewu - ogromnej, pozwalając oddalić się od krwi, krzyków agonii i nieustającego błagania o litość. Ale też od tego wyrazu czarnych źrenic, którego chłopak nie chciał nigdy widzieć. Od tego spojrzenia, które litości nie znało.
Porucznik obiecał swym patronom wychować żołnierza, nie następnego Kruka. Dlatego ograniczał Rinowi ciemność, bluźnierstwa i tortury - dawkował je, nie pozwalając, by Mikadejo poznał z jego mrocznej wiedzy coś więcej, niż było to absolutnie konieczne.
- Błogosławiony, kto choć na jedno mgnienie powstrzyma szaleńczy cwał tego oszalałego ogiera zwanego ludzkością - powiedział swemu uczniowi. - Spowalniając go, wstrzymując i męcząc, odciągasz go choć na moment od ostatecznej zagłady. Ale to nie znaczy, że musisz wyrywać mu ciało własnymi zębami. Nie, Rin. Ty masz być dumnym jeźdźcem. Tobie zostawię siodło i uzdę. Rozszarpywanie brzucha od spodu nie będzie twoją rolą. Dość ci wiedzieć, że każda wieża ma wiele pięter. Zostawię cię bliżej eteru.
Postanowił nauczyć go walczyć, ale nie katować ludzi. Postanowił dać mu rozeznanie w świecie, ale nie upodobnić go do świata. Dlatego właśnie nie pozwalał, by Rin wprawiał się w znęcaniu się nad więźniami czy rozrywaniu ich ciał i dusz na strzępy.
Kiedyś chłopakowi przyszło do głowy - lecz tylko na krótką chwilę - że porucznik być może ma też inny powód, by tak czynić.
Mikadejo zdecydował się ignorować wszystko, co nie łączyło się ściśle z wypełnianiem rozkazów jego pana - nawet gdyby to miały być krzyki, wrzaski i krew tryskająca aż po wędzidła koni. Ale im więcej razy widział to nowe, straszne oblicze Pana Bólu, który nagle wstępował w porucznika, tym więcej myśli tłoczyło mu się pod czaszką. Myśli, których nie dało się już tak łatwo lekceważyć.
Dlaczego raz okazywał łagodność, a zaraz potem znęcał się nad byle żebrakiem za byle drobiazg, taki jak kradzież sakiewki czy jabłka? Dlaczego niekiedy porucznik potrafił się długi czas bawić drażnieniem palcami świeżych ran na ciele jeńca, który obiecywał mu wszystko i oddawał wszystko, bez względu na to, czy skamlący człowiek był zwyrodniałym mordercą, czy tylko głodującym, całkowicie nieszkodliwym nędzarzem?
Rin nie mógł pojąć owej domniemanej prawidłowości, którą na próżno starał się odszukać w czynach swego pana, a czytanie z przelękłych oczu, które nosiły ten sam ból i tak samo żebrały o litość, niezależnie od stanu, wieku i ciężaru winy, nie miało najmniejszego - rozpatrując rzecz z całą bezwzględnością logiki - sensu.
Zazwyczaj patrzył na to wszystko z kamiennym wyrazem twarzy i niewzruszoną postawą, ale bywały takie chwile, że mgła w jego oczach poczynała się przerzedzać i krew naprawdę stawała się czerwona, a krzyk zaiste okazywał się krzykiem.
Wiedział, że nie powinien tego robić, ale mimo wszystko nie potrafił powstrzymać swych ust od tego drobnego aktu nieposłuszeństwa.
- Poruczniku... - zaczął cicho. - On już nie daje rady... Nie powie nam nic więcej...
Porucznik zwinął w dłoniach bicz i zwrócił znużone spojrzenie w stronę Mikadejo.
- Nie pamiętasz, czego cię uczyłem? - spytał chłodno.
Zmieszany z brzękiem łez i spadających kropli krwi szelest wycieńczonego oddechu łopotał na napiętej błonie powietrza jak umierające skrzydła.
- Pamiętam wszystko, poruczniku... - odparł Rin. - Ale nie potrafię pojąć sensu...
- Kary czy kagańca, który go powstrzyma przed kolejnymi stopniami? Nie... Nie wierzę, że nie rozumiesz...
- Sens obu jest mi jasny... Ale on nie zniesie już więcej... Już nic nie może zrobić... Za chwilę nie będzie mógł nawet krzyczeć...
- Pytasz o sens? - porucznik odgarnął kosmyk włosów z twarzy. - Dobrze...
Zbliżył się i uniósł podwładnego za kołnierz, patrząc mu groźnie w oczy.
- Powiedz mi, dlaczego tamten chłopiec nic nie czuł, zabijając swojego braciszka. Powiedz mi, dlaczego tamta kobieta, która udusiła owoc swego łona brudną poduszką, szczerze nie mogła zrozumieć, czego od niej chcemy. Dlaczego podpalono tę samotną chatkę, przemieniając ją w piec na ludzi? Dlaczego ten wyrostek nie mógł znieść jednego, głupiego, krzywego spojrzenia? Dlaczego to spojrzenie przywiodło śmierć? Dlaczego tamten zwyrodnialec zagwałcił na śmierć niemowlę, które sam spłodził? Dlaczego tamten drań głodził swoje świnie, a potem rzucił tamtą dziwkę bestiom na pożarcie? Odpowiadaj! - Potrząsnął nim ostro. - Wyjaśnij mi sens tego wszystkiego, a opowiem ci o sensie krwi na moich rękach.
Puścił go, gotując dłoń do uderzenia.
- Po co się bije psy, Rin?
Policzek.
- Dlaczego okłada się je kijem, gdy zrobią coś złego?
Policzek. Jak zawsze cierpliwe, nieznające gwałtownych poruszeń oczy Rina niespiesznie zwróciły się na powrót ku czarnym źrenicom pełnym żaru.
- Ludzie stoją tylko o tyle wyżej od psów, że jeśli pobudzi się im mózgi czerwienią krwi, jest szansa, że nauczą się na przykładzie innego psa, a nie na własnych plecach.
Mężczyzna ze wzgardą odepchnął chłopca od siebie.
- Pokrop krwią szczura kąty izby, a inne nie będą cię nękać.
- Ale czerwień rozdrażnia byki... - powiedział spokojnie Rin, wciąż patrząc przełożonemu prosto w oczy.
- Dlatego właśnie ostrzę ci kły, byś umiał przeżuć tę twardą wołowinę.
Mężczyzna odwrócił się, w skupieniu czyszcząc bicz z krwi. W ciszy rozbrzmiał głuchy jęk omdlewającego więźnia.
- Nie musisz tu być, Rin. Oddaj, co moje, i odejdź swoją drogą.
- Nie mogę, Leslun... - odparł natychmiast chłopak. - Leslun wie o tym dobrze.
- Nie masz już dość życia?
- Nie dano mi zdecydować, czy chcę się narodzić. Moje życie nie należy do mnie.
- Coś jeszcze?
- Muszę... wypełnić polecenie...
- Kazałem ci żyć.
- Tak, Leslun.
- Wciąż potrzebujesz tego rozkazu?
- Tak, Leslun.
- Każdy ma jakąś drogę, by odsunąć się od agonii...
- To, że tu stoję i oddycham, odpowiada na wszelkie pytania.
- Dobrze, Rin. Jesz, bo czujesz głód, oddychasz, bo ciało cię do tego zmusza, robisz to, co musisz, bo tu jesteś. Nie ma nic ponad to. Dla wielu to zbyt trudna nauka.
- Tak, Leslun.
- Życie każe ci żyć. Ciało każe ci żyć. Nie potrzebujesz mego rozkazu.
- Potrzebuję, Leslun.
- Rin... - porucznik spojrzał na ucznia uważniej - obroniłeś się przed moim ciosem. Oswajasz się z razami, które ci wymierzam, nauczyłeś się je przyjmować, żeby jak najznośniej bolało. Nie robiłbyś tego, gdybyś...
- To są odruchy, których nie rozumiem, tak jak nie można zrozumieć istoty ciała i materii - przerwał mu Rin. - Polecenie pana, Leslun, oto rzecz, którą rozumiem.
Porucznik westchnął i otarł dłonią szyję zwilgotniałą z wysiłku.
- Czy moje polecenie ci wystarczy? - spytał.
- Tak, Leslun.
- Skoro tak... Masz rację, Mikadejo. Powód dobry, jak każdy inny. O co mnie pytałeś? A, o to ścierwo...
- To tylko jeden mały robak, poruczniku.
- Twierdzisz, że skoro zobaczysz tylko jednego małego kleszcza, tylko jedną wynędzniałą pijawkę, nie powinieneś jej usuwać?
Rin zwarł wargi.
- Masz być żołnierzem. Częścią wielkiej, świętej rodziny. Twoje ciało ma się stopić z ciałem armii. Masz walczyć o nią, jak o swoje ciało. Ten robak nie zagraża może tobie, konkretnej jednostce. Ale pozostawić go, to jak pozostawić w spokoju wesz, tylko dlatego, że zdaje się mała i niepozorna. W ten sposób nie obronimy nikogo i niczego. Nie rozumiesz jeszcze, Rin? Nie każę ci walczyć tak, jak mi się podoba, i dlatego, że taki mam kaprys. Każę ci walczyć, bo taka jest wola całej ludzkości.
- Całej ludzkości - powtórzył niepewnie Rin.
- Cała ludzkość jest jak twoje ciało. Też chce żyć i też nie potrzebuje innych do tego powodów, poza tym tylko, że już istnieje. Ludzkość jest ślepym, rozpędzonym ogierem, ty jesteś jeźdźcem. Ile razy mam to powtarzać?!
- Ja to rozumiem, Leslun - szepnął w pokorze Mikadejo.
- Czy chcesz, aby taki robak był częścią ciebie? Częścią twojego ciała? Czy chcesz stracić rozróżnienie między nim a sobą?
Rin zadrżał mimowolnie, słysząc słowa o ciele i rozróżnieniu. Pod powiekami zamajaczył mu jakiś obraz, który próbował niekiedy przedrzeć się do niego przez opary snów.
- Nie, Leslun, nie! - zaprzeczył gwałtownie.
Rzadko okazywał jakiekolwiek emocje, nawet podczas tych krwawych, okrutnych przesłuchań. Bał się, że to mogłoby rozdrażnić porucznika. Poza tym pilnie się ćwiczył w tych swoich milczących medytacjach i powracaniu całą swą jaźnią do pustki, którą pamiętał z leżenia na cmentarnej ziemi. Wszystko po to, aby się odciąć od tego świata, aby nie być jednym z tym światem, pozostawać poza nim, na ile tylko jaźń będzie do tego zdolna, by nie być człowiekiem, tak jak mówiły mu to głosy roześmianych wyrostków sprzed lat. Teraz jednak poczuł dreszcz obrzydzenia, którego nie potrafił zataić. Porucznik z całą pewnością to dostrzegł, ale w żaden sposób nie zareagował.
- Jest tylko jedno rozróżnienie na tym świecie: jeździec i obłąkany koń, armia i reszta świata - powiedział. - Tak, Rin, będąc w armii, jesteś przeciw całemu światu... i tylko ty możesz świat spowolnić... stępić... Osłabić... Im słabszy ten świat, tym na mniej będzie go stać...
- Jedno rozróżnienie... - Mikadejo jeszcze długo trawił te słowa.
- Uwierz mi, Rin, świat stać na więcej niż morderstwa i gwałty. Masowe mordy, rzeki krwi... Czy myślisz, że to szczyt możliwości ludzi? Czy od tego spustoszona będzie ziemia i bezgranicznie rozdrapana? Czy widzieliśmy już wszystko, by niebo wraz z ziemią się wyczerpały? Nie, Rin, uwierz mi... To ci oznajmiam, co było od początku, cóżem słyszał o Śmierci, co ujrzałem własnymi oczami, na co patrzyłem i czego dotykały moje ręce - bo Śmierć objawiła się. Tylko dzięki temu, że ktoś postanowił stawić światu opór, dręczyć go i ujeżdżać, okaleczyć i spuścić krew, stworzyć prawo, uzdę, kary, łańcuchy, kagańce... bestia spowolniła... i stępiała... Rin...
Czarne oczy zalśniły, wpatrując się w chłopca z tak wielkim natężeniem, że ten omal się nie zachwiał pod mocą tej przytłaczającej go, mrocznej, dojmująco lodowatej siły.
- To wszystko, co widzieliśmy... nawet taki pomiot Dżasko jak Tekelili... to wszystko to tylko prymitywna żądza prymitywnych zwierząt. To tylko obłęd koni, wściekłość pieniących się psów, wygłodzenie świń... Pomyśl, Rin... Zastanów się. Choć przez chwilę zastanów się, co by się stało, gdyby wszyscy ci zwyrodnialcy byli inteligentni. Naprawdę, prawdziwie inteligentni.
Chłopak z trudem przełknął ślinę.
- Tak inteligentni, by utworzyć grupę. Zwartą strukturę. Przemyślaną formację. Niemal wojskowy oddział.
Mikadejo mimowolnie rozchylił wargi, porażony obrazem, który nagle zobaczył pod powiekami.
- Inteligentna, zwarta struktura zwyrodnienia - ciągnął porucznik. - Zjednoczona, uporządkowana konstrukcja. Czy nie znasz opowieści z Kronik Czterech Mędrców? Czy nie słyszałeś o tym, że na początku wszystkie byty były równie drobne, słabe i nikłe, ale z czasem poczęły rosnąć w siłę i inteligencję, tworzyć grupy, stada, a w końcu struktura pewnego bytu tak bardzo przybrała na sile i mocy, że stanął prosto i krzyknął "ja!" pośrodku świata? Co by się stało, gdyby pozwolić robakom rozwijać się i zdobywać nowe moce i talenty? Co by się stało, gdyby pozwolić, by Tekelili stanął i głośno krzyknął, a z krańca świata odpowiedziałoby mu wołanie kogoś, kto jest taki, jak on sam?
Rin potulnie wsłuchiwał się w głos mężczyzny, nie śmiejąc protestować. Mdlejący więzień zaskomlał bezwiednie.
- Nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg. Armię jednoczy tylko to, że jej wrogiem jest świat. Ludzkość ma do wyboru: zeżreć sama siebie albo uporządkować się pod władzą armii tak, jak porządkuje się miasta, wytycza ulice i dzielnice, oddziela pola od nieużytków, ogrody od ściernisk. Czy nie zrozumiałeś nic z moich nauk? Świat to Dżasko i robaki. My jesteśmy uzdą, batem i kagańcem. Nie możemy wytracić całego świata. Ale możemy stępić mu pazury, wybić zęby i odwlec jego samozagładę, zakuć w kajdany, nałożyć obrożę i powstrzymać przed samookaleczeniem, powyrywać zaropiałe kończyny, poodcinać gnijącą tkankę... Czyż nie mówiłem ci o tym wszystkim?
- Mówił pan, Leslun.
- Zatem... gdy wolność prowadzi tylko do martwicy, rzezi i orgii szaleństwa, co cię jeszcze dręczy? - Porucznik westchnął cicho, znów odgarniając gęste, nieposłuszne włosy. - Zaropiałe kończyny trzeba amputować. Nie da się uniknąć przelewu krwi.
Mikadejo patrzył na nauczyciela w skupieniu. Oddech chłopca stał się jeszcze wolniejszy.
- Nie da się nas uratować, Rin... - głos porucznika uzyskał nagle odmienny, melancholijny ton. - Należałoby nas wszystkich wybić i zasiać od nowa. Ale i to nie zwiększyłoby naszych szans. Nie ma ludzi dobrych, jedna tylko Śmierć jest dobra.
- Zastanawiałem się, czy wobec tego doświadczamy tego, co nazywamy szczęściem - powiedział Rin. - To bardzo abstrakcyjne pojęcie, ale obaj mamy to, co najważniejsze.
- Nieee - porucznik roześmiał się głośno. - Mój biedny chłopcze - uśmiechnął się pobłażliwie. - To, że nasze źrenice widzą więcej, to, że mamy zdolność objęcia całości i że los obdarzył nas łaską znajomości misji wypływającej z instynktu nakazującego nam przetrwanie, jak na ironię spycha nas jeszcze bardziej w brud i ciemność. Za mało jest podobnych nam źrenic. Ślepcy nigdy nie uwierzą światłu wyostrzonego wzroku ani słowom, które zburzą wszystko, co jest im znane. Jeśli szukasz szczęścia, szukasz tylko chwilowej przyjemności, krótkiej jak mgnienie rozkoszy.
Chłopak spojrzał na dyszącego ciężko jeńca, którego głowa bezsilnie zwiesiła się na lepkiej piersi.
- Zatem... jest we mnie słabość?... - spytał.
- W tym wypadku nazwałbym to raczej strachem.
- Czy strach nie jest słabością?
- Nie ten, który trzyma cię mocno na właściwym ci miejscu.
- Poruczniku... - chłopak odetchnął głębiej. - Jednak pan... ma w tym swoją rozkosz?
Żołnierz uśmiechnął się szerzej, mnąc z czułością bat w dłoniach.
- To tylko taktyka...
- Taktyka?
- Jeżeli jesz zupę i dzień za dniem wpada ci do niej chmara owadów, zwalczasz zmysły, ujarzmiasz je, niczym hardego ogiera. Najpierw przestaje ci to przeszkadzać, ale twoim celem, jako żołnierza, ma być efektywność. Droga do zwycięstwa to zdobycie panowania nad wrogiem. Baw się przeciwnikiem, delektuj się owadami.
- Czy to nie jest zwodzenie siebie?
- To tylko taktyka. To tylko walka. A walka...
- Wiem, Leslun... sens...
- Hmm... Twoje szczęście polega na tym, że jesteś moim Mikadejo, a nie uczniem mego, niech mu ziemia lekką będzie, nauczyciela... - Czarne oczy zmrużyły się. - Nauczył mnie wiele... Ty nauczysz się tego i owego. A jego historia niech przepadnie na zawsze. Tak jak moja. Tak jak twoja.
- Tak jest...
Porucznik przeciągnął się ze znudzeniem i trzasnął biczem w próżnię.
- No, ale my tu gadu-gadu, a nasz przyjaciel zaczyna się nudzić...
Chłopak patrzył na znieruchomiałe oblicze więźnia. Na brudnym policzku zalśniły strużki łez. Mgła poczęła gęstnieć.
Rin zlizał słonawą linię krwi z ręki i dokończył uprzątanie odłamków. Zebrał przejrzane dokumenty i, włożywszy je pod pachę, począł kroczyć pustką otulonego półmrokiem korytarza.
Oprócz wykonywania poleceń porucznika musiał też służyć miejscowym władzom - nieważne, czy chodziło o spisanie protokołu czy o chędożenie izby. Porucznik uważał, że jako żołnierz powinien on przede wszystkim służyć grupie i działać dla grupy oraz z grupą. Prawdopodobnie właśnie dlatego, iż posyłano go do zwykłych żołnierskich prac, a porucznik nie traktował go ani trochę lepiej od gnębionych na musztrach podwładnych, bardzo szybko rozdzielono ich od siebie i poczęto postrzegać jako dwa zupełne różne charaktery, niedzielące upodobań i poglądów.
Wielu szeptało między sobą, że z tym chłopakiem jest coś nie tak, ale wkrótce zarówno chłód i beznamiętność jego źrenic, jak i wieczne milczenie poczęto uważać za obrzydliwą niby-narośl - fizyczną manifestację skrzywienia powstałego poprzez przymus przebywania z Krukiem. Niektórym nawet było go żal. To wszystko ogółem sprawiało, że żołnierze nie odsuwali się już od Rina tak, jak byli to skłonni czynić na początku. Choć nie można było mówić o zażyłych stosunkach, chłopak zawsze mógł spokojnie zjeść miskę strawy, nie martwiąc się, że stanie się ofiarą docinków i niesmacznych żartów. Zawsze znalazł się też ktoś, kto zgodził się przeprowadzić dla niego inspekcję.
Oto właśnie, jak ich postrzegano - porucznik był zawsze tym obcym, zwyrodniałym bólczyńcą i bólżercą, pustoszycielem chronionym przywilejami i łaską możnych protektorów - czarnym siepaczem i pupilkiem arystokracji, od którego najrozsądniej trzymać się z daleka. Chłopak zaś - dziwny, bo dziwny - lecz ledwie ofiarą na łasce Kruka: najpewniej niewolnikiem przyuczonym do posłuszeństwa, jak pies. Coraz częściej więc, kiedy Rin meldował się nowym przełożonym jako Mikadejo porucznika Danaena, słyszał w odpowiedzi: "Moje kondolencje".
Kroczył wolno, wsłuchując się w nieśmiałe echo własnych kroków. Zatrzymał się przed jedną z cel i przez jakiś czas patrzył w tonący w mroku róg pomieszczenia. W ciszy odezwało się wspomnienie cichuteńkiego, bezsilnego płaczu.
Jeszcze niedawno trzymali tu chłopca nieco tylko starszego od niego. Zobaczył go po raz pierwszy, jak leżał twarzą do ziemi, a jego patykowate ręce były związane na plecach. Wtedy właśnie usłyszał ten płacz.
Właśnie ten dźwięk zwrócił jego uwagę. To on sprawił, że Rin nagle wstrzymał krok i spojrzał w ciemność celi, a potem jeszcze przez dłuższą chwilę nie potrafił odejść w swoją stronę.
Brudna, skulona istota niczym się nie różniła od tych, które widywał wcześniej. Było w niej coś wstrętnego i odpychającego. Nie poruszała się, przylgnąwszy do zimnej ziemi i tylko jej ramiona drgały trochę, wstrząsane ciężkością płaczu.
"Czemu takim jak on zakłada się tak silne więzy?" - myślał Rin.
Zupełnie jakby mysz przepasać ciężkim łańcuchem, aby krzyczała na chwałę łowcy i śpiewała mu o jego własnej potędze, ginąc w ciężkich, miażdżących ją splotach żelaza, pod ogromnym sztandarem oznajmianego donośnie zwycięstwa.
I jeszcze ten płacz... Prawie bezgłośny, bezradny, pełen rozpaczy...
Dlaczego nagle zdało mu się, że zna ten dźwięk tak dobrze?
Nim się zorientował, był już w środku. Istota wstrzymała oddech, gdy postawił przed nią miskę z jedzeniem. Z początku znieruchomiałe ciało nadal przylegało do ziemi, ale już po chwili rozedrgane wargi rzuciły się drapieżnie na strawę. Głód zawsze zwyciężał w tych stworzeniach.
Nie trwało to jednak długo. Istota rozpędziła się za bardzo i skończyło się na tym, że zastygła bezsilnie z twarzą w misie, oddychając ciężko i próbując zapanować nad niemocą wycieńczonego ciała. Na jeden, króciutki moment znów rozległ się ten dźwięk. Cichy, srebrzysty...
Ku rozpaczy istoty, Rin ujął naczynie w dłoń, lecz zaraz potem, ku jej niepomiernemu zdziwieniu, pomógł jej usiąść, mimo jęku protestu. Brzeg misy lekko musnął spękane wargi. Zadrżały z lękiem, lecz wkrótce otworzyły się z wahaniem i wdzięcznością jednocześnie.
Oddech uspokoił się i przez nieskończoną wieczność tamtej chwili rozlewał się coraz łagodniej i subtelnej w mroku trzymającym pokój w swym potężnym uścisku.
A potem... Potem otworzyły się oczy, skryte pod gęstą zasłoną włosów. Wielkie, smutne i lśniące... I w jakiś tajemny sposób przedziwnie znajome...
I kiedy spojrzał w te wcale niedrapieżne ani niewstrętne oczy, znajome tak przedziwnie, zrozumiał, czego mu brakowało w obrazie mrocznych, diabelskich, nieznoszących sprzeciwu źrenic, które więziły go i spętywały wszelkie jego zdolności i całą wolę, zmrażając ją całkiem nowym, bezwzględnym dotykiem czarnego lodu i zmuszając oddech do zmiany rytmu podług ich życzenia.
Zobaczył w nich to już dawno, ale - prawdę mówiąc - nie chciał tego widzieć. Być może dlatego przez cały czas nie dopuścił do siebie lśnienia szaleństwa.
Widział już taki blask.
Dziki i przerażający.
Roześmiany do bólu.
Porucznik miał w źrenicach tę samą skazę, która pokrywała oczy Tekelilego.
Tak, teraz miał pewność. Teraz dopiero widział to z taką dokładnością.
W nich obu było to samo szaleństwo, ten sam płomień niedający wytchnienia.
Teraz był już całkowicie przekonany, że jest coś ponad przeistaczaniem się we wroga, by go zdeptać, coś ponad smakowaniem owadów i rozgniataniem ich językiem...
Kruk nigdy nie mówi prawdy.
Ale to coś było na dnie jego źrenic. Coś, czego nie zobaczysz wprost, ale poczujesz tuż pod skórą - coś, co będzie wciąż burzyło spokojną taflę umysłu, rodziło obawy i przypuszczenia, dręczyło wyobraźnię, podpiekając ją niepewnością, jak kat ślizgający płomieniem po nagim ciele. Być może właśnie to coś instynktownie przeraża słabsze istoty.
Szaleństwo.
Zwyrodnienie.
To nie taktyka.
Nie walka.
To coś ukrytego i chowanego głęboko pod pancerzem. Pod żelazną maską, której żaden miecz nie rozkruszy.
Rozkosz.
Radość.
Nieobjęty umysłem obłęd, który przerasta możliwość pojmowania.
Ten powód... Ten inny powód, dla którego odsyła swego ucznia z sali tortur: rozkosz, którą nie chce się z nikim dzielić.
"Więc to wszystko to tylko przykrywka?" - zastanawiał się Rin.
Czy to wszystko to tylko jeszcze jedno przedstawienie, które służy zaspokajaniu jego obrzydliwych potrzeb?
Czy to możliwe, by godził się na tak ryzykowną zabawę, tylko po to, by zaspokoić głód krwi i krzyku?
Zwyrodnienie.
Najczystsze w swej formie zwyrodnienie wypisane w mózgu ręką bezmyślnego bożka ciemności.
Cień kruka.
Ten cień, który pokrywa jego źrenice.
Rin podejrzewał to już wcześniej, ale brał to za owoc kiełkującego pod skórą lęku, który zatruwa umysł, a który nosił w sobie od chwili, gdy zobaczył, jak ostre zęby wbijały się w wężowe ciało.
Teraz jednak wiedział.
Wiedział na pewno.
"Zwyrodnialec" - pomyślał.
To właśnie on.
Jego prawdziwe, skrywane w mroku wnętrze.
Długo ściskał pod kocem miękkość swej chusteczki, myśląc o szeleście potężnych drzew, które przeminęły wraz ze skruszonym na odłamki światem.
Sen nie nadchodził wcale tamtej nocy. Jak gdyby mścił się na nim za to, że jest własnością diabła. Zapomniał już, jak brzmiał trzask bicza, który zawsze powracał do niego w słodyczy marzeń i wspomnień.
Kiedyś świat sprowadzał się tylko do woli pana uzdy.
Potem przyszły rozróżnienia, a wśród nich zwyrodnienie i ludzie.
Teraz zobaczył, że zwyrodnienie jest wszędzie takie samo - w świecie i w armii, bez rozróżnienia. Ludzie to ludzie. Po co ich rozróżniać?
Świat myśli, że armia jest zła. Żołnierze myślą, że każdy nieżołnierz zasługuje na śmierć. Sztuczne rozróżnienie jednego ciała. Ułuda zwierciadła i odbicia, którego się nie chce utożsamić z sobą samym.
Rin rozmyślał nad tym gorączkowo, wpatrując się w gęstą ciemność, aż mu w oczach zaiskrzyło z wyczerpania.
I nagle, w tej parnej, lepkiej, udręczonej ciemności, która sączyła mu się pod skórę i, skapując w głąb mózgu, drążyła go jak skałę, zniknęło rozróżnienie między Mikadejo Rinem a Rinem z Latiltu, który zapadał w nicość, leżąc na cmentarnej ziemi i wdychając woń śmierci.
Koniec wrócił do początku.
Znów rozumiał jedno i tylko jedno.
Trzeba być posłusznym Władcy Uzdy.
Trzeba być posłusznym Krukowi.
Poza tym nie wiedział nic.
Nie rozumiał niczego.
Niczego nie chciał rozumieć.
Niczego nie chciał rozróżniać.
Rozróżnienie było tylko jedno: polecenie Kruka i nicość.
Trzeba wypełnić polecenie.
I nie istnieć.
Nic poza tym.
Nic poza tym.
Nic poza tym.
Dwóch Rinów zlało się w jedno.
Porucznik i ojciec zlali się w jedno.
Grevier i Latilt były jednym i tym samym.
Wypełnić polecenie.
I nie istnieć.
Nic poza tym.
Nic poza tym.
Nic poza tym.
Odetchnął.
Teraz mógł już tylko ostatecznie zapaść w mgłę.
I nie chciał już z niej powracać.
Już nigdy więcej.
Nie do świata.
Nie do porucznika.
Nigdzie.
Nigdzie...
Noc gęstniała coraz bardziej i mrok coraz usilniej spowijał świat, dusząc go w swych odmętach. Oczy Rina zmatowiły się od spowijającej rozgrzany umysł mgły, a zmęczone powieki wreszcie opadły z bólem, niby na znak poddaństwa.
Chyba...
Chyba że tak naprawdę... obaj byli jednym...
I tylko lęk w oczach słabych istot wypaczał im wzrok.
Rozdział 26
Kiedy porucznik podchodził do ogniska, natychmiast milkły wszystkie głosy. Pierzchały wesołość i gwar, jakby je kto nakrył gasidłem. Zapanowywało pełne niechęci milczenie, które obumierało dopiero z chwilą odejścia Kruka, odprowadzanego przez pełne nienawiści spojrzenia. Nawet jego przełożeni, którzy często okazywali mu tyle szacunku i życzliwości, otaczali się nimi niby grubym murem, fasadą obronną. Nikt z własnej woli nie zbliżał się do niego, jeśli nie zmuszały go do tego obowiązki bądź wymogi grzeczności. Nie dotyczyło to - rzecz jasna - tych, którzy nie widzieli nic złego w stosowaniu dotkliwych środków fizycznego przymusu nie tylko wobec jeńców, ale wobec wszystkich słabszych istot, ale - co osobliwe - nawet z takimi osobnikami porucznik nie chciał zawiązywać bliższych znajomości.
Rin widział nieraz, jak żołnierze znęcali się nad więźniami i - co dziwne - bywał świadkiem oburzenia Kruka na takie zachowanie. Nie był pewien, kto jest gorszy: szlam czy ten, który tak pogardza tym szlamem. Wiedział jednak, że nie jest równy wobec żadnej ze stron. Dla każdej z nich był obcym. I tylko dzięki temu jednemu uczuciu miał nadal wrażenie, że świat jeszcze jakoś trwa na swoim miejscu i tak naprawdę nic się nie zmieniło poza tym, że trochę wyostrzył mu się wzrok.
Podał porucznikowi list, bardzo podobny do tego, który miał mu zanieść, zanim zobaczył go wijącego się na podłodze. Takich listów przyszło jeszcze wiele w czasie trwania służby Mikadejo pod skrzydłami Kruka. Czas mijał, a ludzie ciągle domagali się cierpienia.
Mężczyzna z lekkim znużeniem przestudiował pismo.
- Odpisz, że domagam się śmierci tego człowieka - powiedział w końcu. - Napisz też do podporucznika Enesiana, żeby - jeśli to będzie możliwe - skontaktował mnie z lordem Geronem...
Rin natychmiast złożył list, z iście żołnierskim drygiem odwrócił się na pięcie i w milczeniu skierował się ku drzwiom.
- Zaczekaj - posłyszał nagle.
Odwrócił się. Żołnierz wpatrywał się w pustkę, podpierając czoło na spleconych dłoniach. W jego oczach zamigotało zmęczenie.
- Zmieniłem zdanie... Spal te listy... Pal wszystkie takie...
- Tak jest.
- Jeszcze jedno... - westchnął znów mężczyzna.
Rin przypatrywał mu się w milczeniu.
- Zaczynają się patrzeć...
- Wiem, poruczniku - odpowiedział cicho chłopak. - Jutro pojadę do Pałacyku...
Porucznik mruknął coś tylko i skinął głową z przyzwoleniem. Czarne źrenice na powrót zanurzyły się w pustce. Drzwi zamknęły się bezgłośnie.
Rin westchnął w duchu. Wcale nie miał zamiaru wracać do domu schadzek. Wiedział jednak, że zamiary i chęci tylko jakimś osobliwym zrządzeniem losu zdają się jeszcze trwać w ciemnościach nocy niczym męczące widziadła - istnieją, doświadcza się ich, lecz na tym kończy się ich znaczenie. Poza tym szlam był naprawdę gęsty i zdradliwy, bardzo łatwo mógł cię wciągnąć i pochłonąć, jeśli choć trochę nie zgodziłeś się poddać jego nurtowi. A co najważniejsze - było to polecenie jego pana...
Po drodze nieustannie ściskał w kieszeni pudełko, w którym spoczywał grzebyk. Całą noc głowił się, czy zabrać ze sobą chusteczkę. Ale im bardziej nad tym dumał, tym bardziej brzydził się tej myśli. Nie chciał skalać jej tak, jak skalał siebie. Oszukano go, to prawda, ale... on musiał żyć...
Tak mu kazano...
Nawet jeżeli kazał mu to Zwyrodnialec.
Nawet jeżeli kazał mu sam diabeł.
To wciąż był jego pan.
Istniały tylko polecenie i świat, w którym i dla którego tak bardzo się starał nie istnieć.
Nic innego nie ma znaczenia.
Tylko polecenie.
I mgła z cmentarza z Latiltu.
Zamknął oczy, kontemplując jej wspomnienie - wrażenie zimna i przejmujące doznanie głuchej, pustej przestrzeni, w którą uciekał przed natłokiem myśli. Teraz było mu już łatwiej oddychać. Lżej na piersi.
Drobna kobietka kłaniała mu się raz po raz, racząc skromnym, jak go nazywała, poczęstunkiem i z dumą zaznajamiając Mikadejo samego Kruka ze smakami kamfory i marcepanu.
- Szanowny panie Rinoardzie - mówiła z lekkim zakłopotaniem. - Jesteśmy szczęśliwi, iż raczył do nas pan znów zawitać... Chcielibyśmy wiedzieć, jak moglibyśmy sprawić panu przyjemność... Proszę się nie krępować i obrać nas za niegodnych, ale chętnych wysłuchania pańskich życzeń.
Pokłoniła się nisko.
- Nasi goście zwykle z wyprzedzeniem informują nas o swej wizycie - szczebiotała. - Dzięki ich łaskawym wiadomościom możemy zadbać, aby wszystko było przygotowane wedle ich życzeń... Oczywiście, jeżeli szanowny pan sobie życzy zawitać u nas bez zapowiedzi, będziemy niepomiernie szczęśliwi... Nie chcielibyśmy jednak, aby w takim wypadku okazało się niemożliwym dokładne wypełnienie pańskich pragnień... Dlatego proszę to mieć na względzie i wybaczyć nam naszą niedelikatność. Zapewniam, że chodzi nam tylko o dobro łaskawego pana, pański delikatny smak zasługuje na godne zaspokojenie.
Rin słuchał tego wszystkiego z należną grzecznością, choć mała kobietka coraz bardziej zaczynała go nudzić. Nie mógł jej jednak powiedzieć, że chciałby mieć już to wszystko za sobą i wrócić do swego pokoju.
- Zatem, jaki będzie dzisiejszy wybór? Jeżeli pan pozwoli, ośmielę się służyć swą nędzną poradą...
Ścisnął znów pudełeczko. Miał pewność, że porucznik nie kłamał wobec niego. W takim razie Tesil wydawała się oczywistym wyborem. Już miał wymienić jej imię, ponaglany wyczekującym spojrzeniem kobietki, gdy nagle ktoś zakrył mu oczy dłońmi.
- Tęskniłeś? - zaśmiał się znajomy głos.
- Liami! - kobietka aż zadrżała ze złości. - Jak śmiesz znowu zaczynać swoje żarty! I to przy gościu!
Czarnowłosa roześmiała się tylko, wyrywając z ręki znieruchomiałego Rina pudełko.
- To dla mnie? - uśmiechnęła się. - Jaki piękny! Och, dziękuję ci! Dziękuję!
Przyssała się do jego warg jak pijawka. Poczuł, że traci dech. Duszna woń jej pachnideł coraz usilniej i brutalniej wdzierała mu się pod skórę. Zdążył jeszcze tylko usłyszeć karzący wrzask małej kobietki.
Przez chwilę czuł silny ból i na moment jego oczy odzyskały zdolność widzenia. Ledwie zdążył złapać oddech w tym kotłującym się morzu gorąca, a znów mroczna fala powaliła go jednym uderzeniem. Jęknął, czując jak jakaś dzika, nieujarzmiona istota usiłuje go wgnieść w kształt własnej formy. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Jakby mdlał. A potem nagle rzucił się w przepaść. Z całym bólem. Z całym gniewem, który miał w sobie. Potem nie było już nic. Tylko ciepło. I gorąc...
I jeszcze tylko przez ułamek sekundy posłyszał w sobie cichy i łagodny szept kobiety o pachnących włosach i delikatnych ramionach. Znów uczuł ból.
Potem tylko ciemność...
*
Obudził się, wciągając głęboko powietrze. Poczuł dreszcz przeszywający zmęczone ciało. Liami leżała tuż obok, szczelnie okryta prześcieradłem, z głową złożoną na poduszce z własnych ramion. Spojrzała na Rina i uśmiechnąwszy się, zamruczała sennie, wyginając grzbiet.
- Mmmm... Mój mężczyzna...
Odwrócił się do niej plecami, gdy chciała go pocałować.
- Złośnik - zachichotała.
Zacisnął pięści, gdy jej pocałunki poczęły namaszczać jego ramiona.
- Dość - powiedział chłodno.
Znów się zaśmiała, po czym zaczęła wodzić palcem po jego plecach.
- Powiedziałem: dość - mruknął groźnie, ścisnąwszy mocniej pościel.
- Jak sobie życzysz - rzekła, przekładając się na bok.
Przełknął gorycz trawiącą język. Był wściekły. Uzyskał ostateczną pewność co do oszustwa, jakim oddychał szlam i jakim dławiły się zmysły. Dobrze, że jego chusteczka została daleko od tego miejsca.
Coś zakłuło go w piersi. Naprawdę chciałby zamienić te dwie obrzydliwe noce na tylko jedną chwilę, którą spędził w tych obcych, ale jakże znajomych i ciepłych ramionach, śniąc o wypłowiałych włosach matki. Lecz w jakimś sensie nienawidził się za to pragnienie i odczuwał wobec siebie gniew.
I na dodatek ta Liami. Dopiero teraz dotarło do niego, na czym polega jej gra.
Znów coś go ukłuło. Dreszcz wstydu zmusił go do podkulenia kolan.
Znów był pogryziony i wypluty...
Do ostatniego skrawka skóry...
Zebrało mu się na mdłości. Z trudem przełknął przesyconą bólem ślinę.
Kobieta bawiła się jego bezbronnością, chwytała go w swe drapieżne uściski i dusiła, wysysając z niego życie, jak odbierająca rozum wiła czy inna boginka, której uciechą jest sprowadzanie żądz i szaleństwa.
Czyżby w ten sposób mściła się za tresurę, przez którą musiała przejść? Tego nie wiedział. Ta myśl gasiła nieco gniew, ale jednocześnie pogłębiała gorycz i żal. Nie potrafił jej przebaczyć, a z drugiej strony i sam nie był bez winy.
Westchnął smętnie, bezsilnie przylegając mocniej do łóżka.
Jej zabawa rzeczywiście polegała na rozrywaniu skóry. Tylko że to, co kształtowała z masy pod skórą, nie miało w sobie wiele z istoty, która potrafi chodzić dumnie i prosto. Dlatego właśnie Rin odczuwał ból, żal i wstyd. Gdy leżąc obok tej kobiety, patrzył na swe dłonie, nabierał obrzydzenia dla samego siebie. Dla tego nieznanego mu zwierzęcia drzemiącego w trzewiach.
Mistrzyni miłosnej sztuki doskonale wiedziała, jak grać na strunach jego cielesności. Znała każdą melodię i potrafiła zmusić go do przybrania pożądanego rytmu. Igrając ze zmysłami, doprowadzała po prostu do stanu takiego napięcia i żaru boleści, że każdy mężczyzna byłby skłonny błagać ją, by pozwoliła mu zaspokoić pożądanie.
Ale Rin nie znał błagania o litość. Dlatego też to coś, co przybierało jego formę i rzucało się na kobietę z zamiarem rozszarpania jej na strzępy, pozwalając mu zachować jedynie resztki zmysłów i prawie żadnego panowania, było bliższe rozjuszonemu zwierzęciu. Zwierzęciu, które budziło w nim wstręt.
Podźwignął się na łokciach, przyglądając się aksamitowi jej skóry. Gorzkość pod językiem zapiekła. Drażniące mięśnie mrowienie domagało się wyzwolenia. Otworzył usta i pozwolił wypłynąć głosowi:
- Czy wiesz, że grzebałem umarłych?
Różane plecy zadrżały. Liami poderwała się gwałtownie i schwytała za poduszkę.
- Nie waż się wygadywać takich rzeczy! - warknęła, uderzając go nią.
Przycisnęła go do posłania, wpatrując się z gniewem w pustkę jego oczu.
- Wiedziałam, że z ciebie złośnik, ale nie że aż taki okropny! - mówiła. - Nie waż się opowiadać takich obrzydliwych żartów, bo ci wydrapię znamię na plecach!
- Uważasz, że to obrzydliwe? - spytał spokojnie.
- Ostrzegam cię! - zagrzmiała, przyciskając go mocniej.
Rin poczuł mrowienie wspinające się coraz drapieżniej po brzuchu. Ramiona poczęły dygotać. Nim się zorientował, z jego ust wydobył się ściszony chichot. Czarnowłosa spojrzała nań z najszczerszym zdumieniem. Chłopak odepchnął ją na bok, sięgając po swoje spodnie.
- Może żartowałem... - powiedział ozięble, choć na jego ustach wciąż pozostał cień bladego uśmiechu. - A co, jeżeli śmierć za mną chodzi?
Przez chwilę przytrzymywał jej oszołomione spojrzenie chłodem swojego.
Nie odzyska już tego, co mu zabrano, nie zmyje z siebie jej śliny. Ale przynajmniej w ten sposób podciął jej trochę skrzydełka.
Kiedy schodził na dół, gorycz straciła na wyrazistości, pierś stała się lżejsza i łatwiej mu było oddychać. Nie przypuszczał, że zemsta smakuje tak dobrze.
Znów poczuł ten chłód w sobie. Chłód dawnych dni, które odeszły. Oczy tej podłej kobiety, która miała nad nim panowanie, także okazały się tylko zwykłymi, plugawymi oczami człowieka.
Spojrzała na niego tak jak wszyscy. Z tym samym odcieniem, którego nie dało się zamaskować.
- To Rin... To on tańczy na cmentarzu i zaklina dusze... - posłyszał naraz cichy głos, błądzący w wąskiej szparce między ciężarem nieba a mrokiem zimnej, cmentarnej ziemi. - Nie podchodź do niego... Spotka cię nieszczęście... Zrobi ci coś złego...
Chłód i mgła przybrały na gęstości, przeszywający ziąb spłynął po linii kręgosłupa i wbił się w jego płuca miękkością i spokojem. Wracał tam, skąd żadne głosy i przezwiska, żadne ogryzki i kamyki nie mogły go przepłoszyć - do pokoju ordynansa Dzikiego Kruka Bólczyńcy.
*
Po jednostce niósł się jęk nieszczęśników, którzy zostali przydzieleni do grupy porucznika. Niektórzy z mężczyzn z ledwością człapali noga za nogą. Inni mieli plecy czerwone od uderzeń szpicrutą. Rin miał na szczęście dzień skryptorskiej roboty, ale domyślał się z jakiego śluzu pod językiem rodzą się te wszystkie złorzeczenia wyrzucane mdlejącymi, rwanymi głosami. Tym razem Kruk musiał istotnie przesadzić, skoro jeden ze starszych oficerów kategorycznie kazał mu zaprzestać treningu.
Porucznik miał jeszcze włosy mokre od kąpieli. Siedział za biurkiem i przy świetle świec zapisywał coś w swym czarnym notesie, zerkając czasem na mały stos woskowych tabliczek, na których z reguły przekazywano sobie służbowe notatki. To chyba zmęczenie jego ciała sprawiło, że w tym złocistym i ciepłym świetle wydawał się łagodniejszą istotą.
Rin postawił przed nim tacę z wieczerzą. Przełożony odłożył na bok pracę i ze znużeniem rozłożył serwetkę na kolanach.
- Myślisz, że kucharz napluł mi do zupy? - spytał nagle, rwąc w dłoniach pajdę chleba.
- To możliwe - odparł Rin.
Porucznik zanurzył łyżkę w zielonkawej cieczy i począł spijać z niej powoli. Łyżka zanurzała się i unosiła w idealnym rytmie i harmonii. Rin zerknął na mężczyznę z ukosa, robiąc porządek z dokumentami.
Jakiś dziwny cień błąkał się od rana na tym surowym licu. Musztra musiała być straszliwa.
- Pan Ksyrhin przekazał mi list dla pana - zaczął Rin.
- Czemu mi o tym mówisz? - żołnierz zanurzył ułamek ciasta w resztce zupy. - Spaliłeś go chyba?
- Nie, poruczniku.
- Ach, nie? - mężczyzna potrząsnął głową, odrzucając włosy i dolał więcej wody do wina.
- Pan Ksyrhin usiłował mnie przekonać, że będzie pan wielce niepocieszony, gdy wypełnię pana rozkaz i go spalę.
- O! - porucznik uśmiechnął się kąśliwie. - A czemu ten marny człowieczek o imieniu pasującym do odmiany wysypki śmie tak twierdzić?
- Mówił, że to dotyczy Oceanu...
Rin wyprostował się raptem, słysząc nagły kaszel. Zdziwił się niezmiernie, uświadomiwszy sobie, iż porucznik faktycznie się zakrztusił. Nigdy przedtem mu się to nie zdarzało.
- Dawaj ten list! - warknął mężczyzna, wyciągając drapieżnie rękę.
Rin przyglądał mu się w skupieniu i z lekkim speszeniem.
List był po prostu przydługim, przesłodzonym i wyperfumowanym zaproszeniem na spotkanie, podczas którego właściciel domu schadzek pragnie zaprezentować Szanownemu Porucznikowi Danaenowi "kryształ morza", który powinien uradować jego serce, ku wielkiej radości nędznej osoby gospodarza. Chłopak nie odrywał wzroku od twarzy przełożonego, nie rozumiejąc przyczyny jej nagłego napięcia.
- Zbieraj się - porucznik poderwał się gwałtownie, sięgając po kurtkę. - Masz jeszcze jedną noc rozkoszy...
- Poruczniku... - wykrztusił Rin, którego ta perspektywa zmierziła niczym uderzenie przykrej woni. - Ja... dopiero co...
- Bez dyskusji! Jeśli już tam mam jechać, to przynajmniej zapewnię pożywkę temu szlamowi! Z każdej plamy, w którą się wdepnie, trzeba wyciągnąć choć najmniejszą korzyść! Czego cię uczyłem?! No i co tak stoisz?! Wołaj po wóz!
- Poruczniku... - młodzian przełknął ślinę, zdziwiony tak nagłym wybuchem.
Nie było to w stylu Kruka... nie w ten sposób...
- Już prawie środek nocy...
- No i co z tego?!
- Ja... nie mam podarku...
- Dałeś jej jeden, to wystarczy!
- Ale... to nie była Tesil...
- Co mnie to obchodzi?! - warknął żołnierz. - Czy ja ci każę spać z Tesil?!
Rin znieruchomiał. Tak naprawdę sam nie pojmował, czemu to powiedział. Porucznik podszedł do kufra i począł wyrzucać stamtąd manatki.
- Szlag! Przysiągłbym, że została mi jeszcze jedna... No... - podniósł się i już z większym spokojem rzucił chłopakowi małe puzderko. - Weź to... Naucz się na przyszłość, że takie rzeczy kupuje się na zapas...
- Tak jest - Rin niepewnie zacisnął palce na pudełku, posłusznie podążając za przełożonym.
Przez całą drogę patrzył nań spokojem i chłodem swych pustych oczu. Tymczasem, wbrew ich martwemu wyrazowi, zapłonęła w nim najprawdziwsza, parząca ciekawość.
Co mogło doprowadzić porucznika do takiego stanu? Czemu tak nagle się zdenerwował? Zerkał tylko w mrok źrenic. Drżały od gniewu. Ale było w nich też coś innego niż gniew. Coś spokojniejszego i łagodniejszego, bliższego miękkości żalu. Dla Rina w każdym razie coś nowego, a nawet fascynującego.
Ich przybycie spowodowało niewielkie zamieszanie w Pałacyku. Drobna kobietka i jej służebnice kłaniały się nisko gościom, błagając o cierpliwość, gdyż gospodarz nie spodziewał się tak rychłego przybycia. Rin nie patrzył wtedy na porucznika, lecz miał wrażenie, że podzielili właśnie tę samą myśl: "Kłamstwo".
Zaproszono ich do eleganckiego pokoju pozbawionego mebli, ale za to z mnóstwem kunsztownie wyszywanych poduszek na podłodze i przyniesiono stoliki zastawione najznakomitszymi i drogimi przysmakami. Porucznik nie jadł jednak. Wypił zaledwie trochę wina i w milczeniu siedział prosto, wpatrując się w pustkę. Patrząc na jego spokój i opanowanie, trudno było uwierzyć, że kazał tu pędzić woźnicy na złamanie karku.
Rin umoczył wargi w słodkim płynie, zastanawiając się, która z masek nauczyciela była potężniejsza: obecna czy ta nieudolnie trzymająca się jego twarzy w chwili, gdy czytał list. Był pewien, że nawet tamten moment nie pozwolił mu dostrzec prawdziwej istoty tego cwanego lisa i nawet złość jego ciała była tylko chmurką dymu, która - co prawda - nieco wymknęła się spod kontroli, ale nie odsłoniła wnętrza.
Ale co do tego, że na zawsze pozostanie ono zakryte, Rin nie miał najmniejszych wątpliwości.
Ksyrhin długo kazał im na siebie czekać. Wreszcie jednak, niemożliwie wypachniony i fikuśnie ufryzowany, wkroczył z uśmiechem przez rozsuniętą kotarę, pełen dumy i zadowolenia. Włożył chyba swe najdroższe szaty. Tkanina sunęła za nim, niby pyszny pawi ogon. Z jego ozdobnego pasa spływały dwie szarfy, a każdą z nich trzymała jedna z ponętnych sióstr bliźniaczek, pokornie kroczących przy mężczyźnie ze wzrokiem spuszczonym ku podłodze.
- Porucznik Danaen, Mikadejo Rin - mężczyzna pokłonił się nisko, jego głos był słodki jak miód, a słowa sączyły się z ust o wiele wolniej niż zazwyczaj; jego oczy zalśniły chytrze, a w uśmiechu błąkał się jakiś złośliwy cień. - Jestem zaszczycony... Doprawdy...
- Czy to prawda, co pan napisał? - spytał chłodno porucznik.
- Oczywiście... - zamruczał mężczyzna. - Zawsze przepełnia mnie radość, gdy pańskie szlachetne oczy spoczną na mej niegodnej osobie...
- Pan wie, o czym mówię - porucznik nie dawał się wyprowadzić z równowagi.
- Czyżbym wyczuwał nutkę zniecierpliwienia? - Ksyrhin uśmiechnął się szerzej. - Jakie to do pana niepodobne, panie poruczniku...
Siostry usiadły przy gościach, gotowe by im usługiwać. Jedna chciała wymasować żołnierzowi ramiona, ale ten rzucił jej takie spojrzenie, że tylko potulnie przycupnęła z boku. Rin również nie miał ochoty, by go dotykano.
- Jeszcze raz dziękuję, że zechciał pan przyjąć me zaproszenie. Nie zasługuję na tyle dobroci...
- Skąd pan ma ten?... - zaczął porucznik, ale Ksyrhin specjalnie wszedł mu w słowo.
- Podczas mej krótkiej podróży w Góry Mądrości - mówił miękko, jakby opowiadał jakąś baśń - udało mi się dostąpić zaszczytu spotkania z potomkiem lorda Araena. Całkowitym przypadkiem nasza rozmowa zeszła nagle na temat wojska. A wtedy jego dostojność opowiedział zebranym gościom, w tym i mnie, o pewnym młodym żołnierzu, który kiedyś uratował życie lorda seniora.
Ksyrhin spokojnie wziął czarkę podawaną mu przez służącą i wolno spił kilka łyków, specjalnie przedłużając opowieść i przyglądając się z radością porucznikowi, który wciąż trwał w bezruchu ze spojrzeniem tak obojętnym, jakby wcale go to wszystko nie interesowało. Gospodarz wiedział jednak, że było inaczej i to zwiększało jego uciechę. Rzucał żołnierzowi rozradowane i złośliwe spojrzenia, jakby był dzieckiem, które każe rówieśnikowi spełniać wszystkie swoje żądania, grożąc, że inaczej nie pokaże mu swojej przepięknej zabawki i śmiejąc mu się w twarz: "Mam coś, a ty nie! Mam coś, a ty nie!".
- Tamten dzielny chłopiec bardzo krwawił, a mimo to nie chciał żadnej nagrody za swoje męstwo.
Rin zerknął z ukosa na porucznika. Kamienna twarz oficera pozostawała niezmienna.
- W czasie krótkiego pobytu na włościach lorda, gospodarz chwalił mu się swą gromadzoną latami kolekcją dzieł sztuki. Nic jednak nie wywierało większego wrażenia na młodym żołnierzu, który zachowywał się tak, jakby przykrzył mu się czas spędzany w rezydencji. Dopiero jeden, niepozorny, biorąc pod uwagę bogactwo i przepych kolekcji, obraz sprawił, że oczy młodzieńca rozbłysły innym światłem.
Porucznik uśmiechnął się z przekąsem, podając dziewczynie czarkę do napełnienia.
- Nie miałem pojęcia, że powstała o tym cała historia - rzekł nie bez znudzenia w głosie.
Ksyrhin również uśmiechnął się, nieśpiesznie poprawiając fałdy swego bogatego stroju.
- Zna pan tych arystokratów o artystycznej duszy - powiedział w końcu. - Nawet pióro wróbla na progu zdaje się im znakiem niebiańskiej doskonałości. Każda waza, talerzyk, łyżeczka, obraz, wszystko powinno mieć swoją historię. Najlepiej długą i tragiczną, zawierającą jakieś krwawe porachunki czy samobójstwo kochanków. O tak, wtedy dopiero w ich oczach przedmiot nabiera wartości i smaku.
- Mój bicz trzeba często czyścić z krwi, ale wcale się przez to nie robi smaczniejszy - usłyszał w odpowiedzi.
Gospodarz zadrżał, przez chwilę krzywiąc się z niesmakiem, ale miało to raczej zatuszować lęk, który odbił się w jego źrenicach.
- Chciałem powiedzieć - zaczął ozięble - że również ten niepozorny obraz zyskał wreszcie prawo do swej własnej opowieści.
- Widzę, że lord dużo panu opowiadał.
- O tak. Widzi pan, lord senior jakoś nie potrafił zapomnieć zachowania tego młodziana, kiedy ten ujrzał obraz, a potem... dotykał go...
Porucznik spokojnie dopijał ostatnie łyki z czarki. Ksyrhin odczekał nieco, po czym podjął z zadowoleniem:
- Lord senior często spotykał się z wybitnymi znawcami malarskich szkół. Prowadził z nimi rozmowy na temat sztuki i filozofii. Od kiedy jego wybawiciel dotknął tego obrazu, szlachetnym gościom przybył nowy temat do rozważań.
Porucznik wciąż nie reagował.
- Zastanawiali się nad wagą chwilowego przeżycia podczas kontemplowania dzieła, a także nad jego unikatowością, niepowtarzalnością i trwałością. Siedząc naprzeciw tamtego obrazu i pijąc krew winogron, długo się spierali, czy podziwiany przez nich obraz jest tym samym, który oglądał tamten odważny chłopiec, dotykając płótna... niczym swej kochanki...
- Ta opowieść ciągnie się jak flaki za wąpierzem... - rzekł porucznik bez cienia emocji. - Czy to prawda, że ma pan ten obraz?
- Lord nie chciał się go pozbywać od razu, ale gdy dowiedział się, komu chcę sprawić przyjemność... dał się przekonać...
- Zróbmy to szybko. Dość już tych ceregieli. Mój Mikadejo przybył tu z potrzebą, niech pan się zachowa, jak na gospodarza przystało.
- Proszę wybaczyć - mężczyzna skłonił głowę, uśmiechając się szeroko. - Jestem pewien, że szanowny Mikadejo również bardzo chciałby poznać ten obraz. Jestem przeświadczony, że podziela wysublimowany gust swego mistrza.
- To pan go przed tym powstrzymuje - zauważył żołnierz.
- Drogi panie poruczniku - Ksyrhin rzucił swemu gościowi figlarne spojrzenie. - Sztuka jest od tego, by ją kontemplować i przeżywać. Chwila powinna być odpowiednio przybrana na przyjęcie pokarmu dla duszy. Za moment przybędzie nam przepiękna muzyka. Potem potowarzyszy nam recytacja, która pozwoli nam uchwycić szlachetne drżenie zaklęte w słowach poety i dopiero tak przygotowani...
Porucznik podniósł się, poprawiając mundur.
- Zatem ja się pożegnam - powiedział. - Rin, pobaw się do południa, oczekuję cię jutro w gabinecie.
- Chwileczkę! - zdumiony Ksyrhin zerwał się z lękiem na nogi. - Poruczniku! Proszę tego nie robić!
- Dość mnie już pan znudził, jak na jeden wieczór - rzucił oschle żołnierz.
Rin przyjrzał się twarzy przełożonego. Przysiągłby, że na moment znów ukazał się na niej ten sam szary cień, który splamił ją już o brzasku.
- Chwileczkę! - gospodarz błagalnie wyciągnął ręce, po czym zaczął się nisko kłaniać. - Nieświadomie uraziłem pana... Jestem niegodny pańskiej życzliwości. Każę przynieść obraz! Już! Teraz! Natychmiast! Niech pan zostanie! Niech w ten sposób okaże pan, że się nie gniewa na takiego nieudacznika jak ja!
Oficer odwrócił się z wolna, mierząc skuloną postać wzrokiem.
- Pod warunkiem, że przestanie pan wymiotować tymi fasadowymi formułkami, którymi pan wszystkich omamia - powiedział w końcu.
- Poruczniku! - jęknął ze zgrozą Ksyrhin, ale zaraz potem pokłonił się głęboko i, wciąż dygając przed żołnierzem, począł pokrzykiwać na swoje sługi.
Dwóch mężczyzn wniosło niezbyt duży obraz, zakryty szczelnie krwistym materiałem. Ledwie się oddalili, a porucznik już stał przed sztalugą i, nie bacząc na przerażony okrzyk właściciela płótna, brutalnie zdarł zasłonę, która bezgłośnie opadła na ziemię. W pokoju zapanowała śmiertelna cisza.
ęicęzdiwanein
Rin uczuł niepokój. Wydawało mu się, że odkąd porucznik znieruchomiał przed płótnem, minęło nadspodziewanie wiele głębokich oddechów. Od chwili zdarcia zasłony, jego plecy i ramiona nie drgnęły ani o włos. Zupełnie jakby przemienił się w słup soli.
Gospodarz patrzył tylko trwożliwie, stojąc w bezpiecznej odległości i nie śmiejąc się odezwać. W końcu Rin podniósł się i krok za krokiem, ostrożnie i cicho, jakby stąpał na palcach, począł się zbliżać do zamrożonej w odłamku czasu sylwetki. Zachowanie porucznika napełniło go przedziwnym, subtelnym drżeniem lęku. Gdy stanął już przy nim, ramię przy ramieniu, miał wrażenie, że objęło go lodowate skrzydło wiecznie milczącej śmierci o słodkim zapachu. Nie mając w sobie dość siły, by zerknąć choć w twarz przełożonego, zatopił wzrok w barwach, jakie przylgnęły do nitek płótna - bo istotnie był to obraz na prawdziwym płótnie, a nie, jak byłby skłonny przypuszczać, na desce.
Obraz przedstawiał morze. Niebo poczynało się chmurzyć, a szare, lodowate wody oceanu mruczały miękko, pokrywając się wzbijającą pod niebo, lśniącą w promieniach słońca pianą. Szarość przechodziła w kojącą zieleń, w miejscach gdzie fala się cofała, odsłaniając inny odcień głębin. Największa z fal wyciągała się drapieżnie jak paszcza wygłodniałej bestii ku mknącemu naprzeciw wzburzonym wodom statkowi, który chybotał się niepewnie.
Malowidło ukazywało zachwyt artysty nad nieujarzmioną naturą bezkresnego oceanu, który bawił się statkiem - wytworem rozumu, nieprzerwanie rzucającego wyzwanie wszystkim niezgłębionym żywiołom, miast się przed nimi korzyć. Jedna niepojęta tajemnica usiłowała zmiażdżyć drugą. Odcienie i zachowanie wody zostały oddane z godnym podziwu realizmem, ale w samej kompozycji, w tej igraszce fal z walczącym o przetrwanie okrętem, było zbyt wiele uniesienia i przesadnego romantyzmu, zbyt wiele zachwytu i poetyckiego upojenia, które rozpierały płaszczyznę obrazu przelewem wydelikaconych szczegółów i nadmiernych ozdobników - jak choćby w postaci malutkich zawijasków kreślących zarys delikatnej piany. To wszystko odbierało dziełu jego piękno, obdzierało je z ostatnich posmaków naturalności w sposób niezwykle estetyczny i godny podziwiania, ale przynoszący ze sobą również rozczarowanie i smutek. Całość zbyt dotkliwie ociekała nieposkromionym liryzmem, aby dało się jej zawierzyć, a skoro tak, płótno stawało się zaledwie przesadnym ornamentem dla jakiejś większej, nieokreślonej całości salonu poświęconego bóstwom i baśniom. Nawet Rin, który nigdy w życiu nie widział morza, pojął, że to, na co patrzy, jest zaledwie euforią pewnego człowieka, a nie prawdziwym kształtem.
Kiedy to zrozumiał, jego oczy zostały uwolnione z odmętów wzburzonych wód i znów mógł swobodnie przemieszczać je po płótnie. Nagle silna męska dłoń spoczęła na rozbryzgującej się w powietrzu pianie i zakryła rzucającą się do ataku falę.
Rin przełknął ślinę, niepewnie zerkając na porucznika i odruchowo wstrzymał dech. Czarne źrenice drżały.
Młodzian niepewnie poruszył ustami, całkowicie zaskoczony tym, co zobaczył. Było to zbyt niesamowite doznanie, by od razu mógł w nie uwierzyć.
Mrok źrenic burzył się niczym te morskie fale, bladł i znów się wzmagał, powodowany jakimś głębokim i silnym uczuciem, którego nie dało się określić. Rin nigdy nie przypuszczał, że ujrzy te źrenice w takim stanie. Miał wrażenie, że ktoś obcy wcisnął się nagle w skórę porucznika i począł patrzeć jego oczami. Ciało pozostało niezmienne, ale dusza już nie.
Dłoń delikatnie przesuwała się po tańczących falach, po miękkim kobiercu chmur i chłodzie głębin, palce co rusz odrywały się i drżąc, zespalały na powrót z płótnem, jak gdyby kaleczyły się od tego dotyku, jak gdyby parzyła je szarość oceanu... Usta żołnierza rozwarły się, pomagając mu schwytać oddech. Nagle całe ciało zostało pochwycone przez tę duszącą słabość.
Wolna dłoń przylgnęła do brzucha, a na skroni ukazał się ten sam złowieszczy cień. Teraz dopiero do niego dotarło.
- Poruczniku! - Rin wsparł mężczyznę na swoim ramieniu, patrząc na jego zaciśnięte usta.
"Musiało boleć go tak już od samego rana" - myślał, wyjmując z kieszeni przełożonego mały woreczek ze sproszkowanym zielem.
- Zagotuj wodę - rozkazał służącej.
Porucznik odetchnął głębiej, prostując się.
- Nic mi nie jest - powiedział, odgrodziwszy się ręką od przerażonego gospodarza, który ruszył z pomocą.
- Pan porucznik musi się położyć - zauważyła nieśmiało jedna z kobiet.
Ksyrhin zawstydził się swej nieprzytomności i natychmiast kazał przygotować pokój do wypoczynku.
- Co za bzdury! - warknął oficer. - To tylko drobny rozstrój żołądka! Nie trzeba mnie niańczyć!
Hardym krokiem wyszedł z pokoju. Ksyrhin jęknął ze zgrozą, niezdarnie biegnąc za nim w swych długich szatach, przepraszając i błagając o wybaczenie.
- Niech pan się uspokoi - mruknął niechętnie żołnierz. - Nic się nie stało. Dziękuję za zaproszenie. A ty, Rin? Nie zostajesz?
- To by źle wyglądało - odpowiedział dyskretnie chłopak.
Tak naprawdę ten zwrot wydarzeń bardzo mu odpowiadał. Nie chciał stawać się ani cukierkiem do żucia, ani zwierzęciem, nad którym nie panował, więcej razy niż to było absolutnie konieczne.
- No tak... - na moment porucznik przyłożył dłoń do ciężkiej skroni. - Szlag... Co za dzień...
W końcu udało im się wsiąść do wozu i oderwać od jęków i próśb gospodarza, którego Rin musiał nawet odepchnąć od drzwi, bo nie dałby ich zamknąć. Wkrótce świat zatonął w ciemności przedbrzasku. Zza kotar, wplątane w jednostajny stukot kopyt i szuranie kół, dochodziły ich odgłosy budzącego się dnia.
- Zanim pójdziesz się przespać - powiedział mężczyzna, podpierając czoło długimi palcami- zawiadom jeszcze, żeby zwołano grupę... Zrobimy dziś walkę na miecze...
- Tak jest - odparł Rin, zerkając na bladą, męską dłoń, która lekko przylgnęła do brzucha.
Milczeli, a kląskanie kopyt trwało niezmiennie, póki jaśniejszy blask słońca nie rozświetlił niebios.
*
Łuna ognia rozmywała mu się przed oczyma. Obolałe ręce z ledwością zwieszały się wzdłuż ciała. Otaczały go jęki i złorzeczenia mieszające się z duszną wonią błota i potu.
- Czemu on siedzi z nami? - burknął z gniewem głos. - Niech wraca do swego pana...
- Daj mu spokój... - odparł inny. - Cierpiał tak samo jak my przez tego diabła... Widzisz, że ledwo dycha...
Rin nie miał nawet sił, by zadrzeć głowę. Każda cząstka jego ciała stopiła się z żarem płomieni i żebrała o wytchnienie.
- To wariat... Takich jak on powinno się ścinać...
- Drań... Już wiem, o co mu chodzi...
- Ma uciechę z naszej męki... Zwyrodnialec...
- Co? A może lubi patrzeć na twój spocony tors?
- Pewnie! A kogo trzepnął po tyłku batem?
- Uuu! Masz powodzenie!
Śmiech rozmywał się w nadchodzącej ciemności. Ogniska trzaskały głośno, zagłuszając pełne boleści westchnienia.
- Masz - ktoś wepchnął mu w dłonie dokładkę gulaszu.
Wargi niemal zapiekły pod dotknięciem słodkiego płynu.
- Kto zaniesie diabłu?
Zapanowała cisza.
- Co ci strzeliło do głowy?! Będzie chciał żreć, to przyjdzie!
- Może doprawimy mu porcyjkę?
- Sam się w to baw, idioto! Nie mam zamiaru mieć na pieńku z pułkownikiem!
Rin utkwił wzrok w mroku lasu. Porucznik wciąż musiał tam siedzieć, z dala od ognia i gromady, jak to on.
Zbyt wiele wymagał od elewów, choć dzielił z nimi wszystko to, przez co kazał im przechodzić. Jeżeli oni się brudzili, on był brudny po dwakroć. Nieraz bywał wobec nich brutalny, ale jak często zdarzały się takie wypadki jak dzisiejszy?
Jeden z żołnierzy nagle zaczął uderzać mieczem z o wiele większą agresywnością i siłą niż było trzeba. Z wolna zaciskał się krąg ciał otaczający walczących. I wtem ktoś uderzył porucznika. Ktoś szturchnął napastliwie. A młody żołnierz z mieczem nacierał coraz śmielej.
Rin przyglądał się temu wszystkiemu z niemiłym drżeniem lęku. Wiedział bowiem, co oznacza taki błysk w oczach tłumu.
Byli zbyt prymitywni i rozjuszeni, by opierać się instynktowi stadnemu i budzącej się żądzy krwi. Ich wymęczone ciała i upokorzone umysły domagały się zadośćuczynienia. Ich twarze się zmieniły, a oczy lśniły coraz potężniej i groźniej, tym samym szaleństwem, które drzemie najwidoczniej w mózgach wszystkich żywych istot. Rin patrzył na tę zbitą, organiczną masę falującej nienawiści, wzbierającej gniewem, jak chmury brzmiące piorunami, i zdawało mu się, że ziemia zaczyna drżeć, niby od nawałnicy galopujących obłąkańczo koni. Tych samych koni z wielkiego stada opisanego w Szkarłatnej Kronice, które za czasów wielkiego pożaru w mieście Garandżare, kiedy to straszliwy ogień strawił nie tylko metropolię, ale i wielkie połacie stepu, stratowało na miazgę wielu uciekających ludzi, a następnie niczym jedno skłębione ciało rzuciło się w przepaść. Patrzył na łypiące oczy umordowanych, brudnych od błota mężczyzn, słyszał ich ciężkie, pełne ognia oddechy i czuł, jak dzikie konie szarpią się w ich trzewiach. Trzymali je jeszcze za grzywy, jeszcze wstrzymywali ich bieg. Ale nieświadomie zbijali się w dyszącą bezmyślną złością jedność, skoncentrowaną na samotnej, otaczanej coraz ciaśniejszym kręgiem postaci Dzikiego Kruka.
Kto wie, do czego mogłoby dojść, gdyby nie stanowczy ton głosu pułkownika, który nagle zawrócił ze swoją drużyną, rozpraszając zbiegowisko. Pojąwszy, co się stało, domagał się wyraźnych kar, a nawet sądu - zwłaszcza dla tego młodzieńca z mieczem, który płonął żądzą przepołowienia Kruka. Ku zdumieniu, a nawet oburzeniu pułkownika, porucznik wziął w obronę młodego żołnierza, obiecując, że nie wniesie żadnego oskarżenia. Między obydwoma oficerami wywiązała się dość ostra wymiana zdań, która umożliwiła reszcie ledwo stojących na nogach mężczyzn wycofanie się na z góry upatrzone pozycje w zorganizowanym pośpiechu.
Rin przetarł zmęczone oczy, zastanawiając się, ile blizn musi pokrywać to skryte w czerni ciało. W jaki sposób się narodziły? Jak wiele z nich zostało zadanych przez tych, których chronił?
- Masz - żołnierz szturchnął go życzliwie, podając grubą pajdę chleba. - Jedz na zdrowie... Dał nam do wiwatu, co?
Poszturchiwali się nawzajem, obsypując docinkami i śmiejąc się ze sprośnych dowcipów. Rin miał już serdecznie dość siedzenia w kręgu tych jazgotliwych, nieokrzesanych knurów. Nie rozumiał, czemu tak hałasują i miotają się w jednej masie, pomimo ran i zmęczenia. Męczyli go. Po prostu.
Zaciskając zęby, podniósł się i poprosił o miskę dla porucznika. Stojący przy kotle mężczyzna z wyraźną niechęcią wypełnił jego polecenie. Rin skierował się w ciemność puszczy, rozkoszując się napływającą ku niemu ciszą, która pozwalała odetchnąć od duszących ludzkich krzyków.
W tej ciemności, cichości i próżni chwili znów powróciło do niego poczucie ładu i porządku świata. Tu właśnie było jego miejsce - między ciemnością, w której tonął jego pan, a wrzaskiem tych paskudnych istot - w tej ciszy i pustce, przesyconej wonią nowego wiatru.
Porucznik zdziwił się szczerze, gdy w blasku gasnącego płomienia niewielkiego ogniska dostrzegł twarz Mikadejo.
- Czego chcesz? - spytał szorstko. - Nie wzywałem cię.
- Przyniosłem wieczerzę...
- Nie wzywałem cię - powtórzył mężczyzna, patrząc chłopakowi prosto w oczy.
Ogień zatrzaskał głośniej w ciszy utkanej delikatnym szelestem wiatru.
- Nie masz ochoty z nimi siedzieć... - porucznik uśmiechnął się blado. - Rozumiem... Ale ja cię nie przytulę i nie pogłaszczę, malutki...
Rin nie po raz pierwszy był przez niego karcony docinkami i obelgami, ale zazwyczaj nie zwracał na nie zbytniej uwagi. No... może poza tym incydentem w stajni.
Pewnego dnia porucznik przypadkiem zobaczył, że czyszczony przez Rina koń pozwolił sobie na to, by przycisnąć Mikadejo brzuchem do ściany. Rin sprzeciwił się i nakazał: "Stój!", ale nie zrobił tego dość energicznie i władczo. Posłyszał głośniejszy oddech porucznika i choć mężczyzna nie rzekł ni słowa, chłopak odczuł, że go rozgniewał. Przez cały dzień wyczekiwał nagany czy ostrzejszego słowa, ale kara przyszła tak niespodziewanie, jak niespodziewany potrafił być Kruk. Kiedy Rin zdążył już zapomnieć o całym zdarzeniu, siodłający wierzchowca porucznik powiedział znienacka do niego:
- Wiesz po co jest dodatkowa przystuła? To na wypadek, gdyby któraś pękła. Pamiętaj, żeby między końskim łokciem a popręgiem pozostawić miejsce na szerokość dłoni.
Mikadejo przełknął uwagę z godnością, nie dając po sobie poznać, jak go ubodły te słowa. Kiedy porucznik dorzucił jeszcze, niby mimochodem, że naciskając kąciki warg można otworzyć pysk opornemu koniowi, Rin bezwiednie zacisnął mocno zęby, jakby to jego właśnie miano kiełznać. Wstyd palił go do żywego. Podobne rzeczy mówiło się dzieciom, które nie rozumieją jeszcze nawet tak prostych oczywistości jak to, że koń nigdy nie może wyprzedzać prowadzącego albo że absolutnie nie wolno pozwalać mu na podszczypywanie podczas czyszczenia. Miał tylko nadzieję, że porucznik nie zacznie go zaraz poniżać lekcją na temat rodzaju węzłów, które powinno się rozwiązywać jednym pociągnięciem ręki. Dopiero gdy rozmaite odgłosy nigdy niemilknącego lasu ustąpiły wrzaskowi ludzkich siedzib, Rin pojął, że Leslun mógł przecież upokarzać go w ten sposób przed ludźmi, choćby i przed innymi żołnierzami, ale nie pozwolił sobie na to. Gdyby był kronikarzem prowadzącym zapiski o swym panu, mógłby napisać nie bez pewnego zdumienia: "Dzisiaj był łagodny, wcale niebrutalny".
Teraz jednak poczuł się naprawdę urażony.
- Przepraszam - powiedział, odwracając się na pięcie.
- Zaczekaj...
Obejrzał się przez ramię. Mężczyzna usiadł na powalonym pniu i poklepał miejsce koło siebie. Rin posłusznie usiadł z boku i przez dłuższą chwilę obaj wpatrywali się w buzujący coraz słabiej ogień.
- Umysłem zawsze będziesz ponad nimi - rzekł w końcu oficer. - Siłą też... Zadbam o to. Ale mimo to... nie uciekaj przed nimi...
Rin ze zdumieniem spojrzał w głębię czarnych źrenic, w których igrały płomienie. Były spokojne i zimne.
- Będą torturować każdego, kto wyda im się obcy... Rozniosą w pył każdego, kto choć odrobinę odstaje...
Młodzian słuchał w milczeniu, a z każdym słowem jego wzrok zatapiał się mocniej w żarze ognia.
- Bądź dumny. Graj dla nich ledwie tyle, by zamydlić im wzrok, nic poza tym. To niezbędne, by żyć i działać w szlamie, nie będąc szlamem. Rin, kiedy mówiłem o tym, że będziesz moją cząstką, miałem na myśli to, że dam ci siłę i zdrowe pojęcie, a także tę część mnie, która każe im zadzierać głowy na ciebie i kajać się w poważaniu. To wszystko wyniknie z tego, że jesteś Mikadejo. Ale lepiej żebyśmy się unikali, gdy tylko nadarzy się okazja.
Rin zerknął ponownie w czarne, niewzruszone źrenice, patrzące niezmiennie na wątłą łunę płomieni, lecz nic nie powiedział. Porucznik odetchnął głębiej, prostując się.
- Nie każę ci z nimi przebywać, ale lepiej, żeby nie identyfikowali nas ze sobą. Muszą dostrzec jakieś wyraźne różnice... Musisz dać im tę świadomość...
- Czy to takie ważne? - spytał chłopak.
- Bardzo... - mężczyzna zwrócił wzrok ku mrokom niebios. Czerwonawy blask prześlizgnął się miękko po połyskliwej czerni jego włosów. - Jeżeli zaczną cię traktować tak jak mnie... cała moja praca pójdzie na marne. Mógłbym równie dobrze wziąć jakiegoś...
Nie skończył, palce jego dłoni zgięły się drapieżnie, wpijając mocniej w drewno.
- Rin, nie żywisz wobec mnie ciepłych uczuć, ale dobrze będzie, jeśli znienawidzisz mnie ich nienawiścią.
Chłopak odetchnął słabo, patrząc na tańczące w ciemności iskry. Z dali doleciał ich ledwo słyszalny śmiech.
- Czy pan nienawidził swego mistrza? - spytał.
Ogień trzasnął głośniej.
- To było co innego - mruknął porucznik. - Zupełnie...
- Leslun uważa mnie za gorszego ucznia...
- Wręcz przeciwnie. Jesteś najwspanialszym kadetem, jakiego poznałem...
Rin postawił oczy, jego wargi rozchyliły się bezwiednie. Miał wrażenie, że się przesłyszał.
- I co? - porucznik uśmiechnął się złośliwie. - Stary diabeł potrafi też pochwalić. Zdziwiony?
- Bardzo...
- Heh, ciesz się chwilą. Jestem zbyt zmęczony, by wymyślić jakąś ironiczną odzywkę... Teraz mnie zostaw, a na przyszłość... lepiej nie przychodź, gdy nie wołam...
- Tak jest.
- Zaraz... zabieraj coś przyniósł...
- Tak jest... Panie poruczniku... jeśli to jakaś sztuczka, to bardzo przydatna...
- Co? - mężczyzna spojrzał na ucznia z ukosa.
- Wiem, kiedy pan jadł ostatni raz. Jak oszukać głód?
Porucznik zachichotał pod nosem, odgarniając kosmyk włosów.
- Po prostu się go znosi, jak całą resztę - odpowiedział. - Jeśli jest powód, wiele się przetrzyma...
- Rozumiem. Dobranoc panu...
- Dobranoc...
Z każdym krokiem Rin zmagał się z pragnieniem obejrzenia się na jego zastygłą w mroku postać. Nie zrobił tego jednak ni razu. Oprócz różnych odmian wstrętu, strachu, gniewu, obrzydzenia, potępienia, ale też szacunku i podziwu, wciąż nie rozumiał, dlaczego nagle obudziła się w nim ta niezdrowa ciekawość. Z niesmakiem ułożył się przy ogniu, próbując nie zwracać uwagi na doskwierającą mu obecność tych zdziczałych istot. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że porucznik po raz pierwszy powiedział mu "dobranoc".
Brzmiało dziwnie...