Wielki Pan i żółw: Zbiór baśni nowoczesnych - Małgorzata Modrak

-
Proszę czekać

Osada starców

Herbatka

Z rozkoszy tego świata

ilości niepomiernej

zostanie nam po latach

herbaty szklanka wiernej

i nieraz się w piernatach

pomyśli w porze nocnej

ha, trudno, lecz herbata,

herbaty szklanka mocnej

Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić

Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć

Herbatko, Herbatko, Herbatko

Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić

Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć

Herbatko, Herbatko

O, jakżeś bliska chwilko,

jesienne pachną kwiaty

a my pragniemy tylko

już tylko tej herbaty

za oknem deszczyk sypnął -

arrivederci lato

gdy wtem drzwi cicho skrzypną

i witaj nam, herbato

Tak wdzięczni, że nas darzysz

pod koniec już sezonu

o Tobie będziem marzyć

Twój zapach czule chłonąc

a potem syci woni,

poprzestaniemy na tym

bo doktor nam zabronił

picia mocnej herbaty

I po co i po co nam żyć

kiedy nie będzie, nie będzie nam wolno już pić

herbatki, herbatki...

z Kabaretu Starszych Panów

Nastały w nieuporządkowanych dziejach czasy podstępnej segregacji. Wedle chyłkiem przyjętej uchwały, młodzi winni z młodymi przebywać, a starzy wśród starych się trzymać. Gdy na ogólnoludzkim zgromadzeniu ogłoszono feralną ustawę, ludzkość całego globu wstrzymała oddech. I choć faktycznie życie na chwilę zamarło, to było to tylko teatralne zagranie. Ludzie dawno już sami posegregowali się i żyli w kastach najbardziej im przystających i odpowiednich. Wygoda użycia i komfort życia nie wykraczały znacznie poza ideologiczne podstawy humanitaryzmu. Publicznie uchwalany i odczytany na forum dekret wydał się jednak formą przymusu, niegodną cywilizowanego uchwałodawcy.

Nowatorski pomysł uprawomocnił się podczas hucznej fety na cześć nowoczesnej myśli władzy ustawodawczej. Wszyscy pili, lulki pali, niewybrednymi żarcikami podsycając stan ogólnego rozpasania. W końcu nowa ustawa musi być głośno, acz symbolicznie zatwierdzona przez lud i jego przedstawicieli. Ludzie lubią symbolizm.

Gdy hulaszcze przyjęcie minęło, podniósł się bunt. Jakże tak można ludzi segregować?! Ani ten winny, że jest młody jeszcze, ani tamten, że przekwitł już chyżo - mówiono. Napitek napitkiem, strawa strawą, z gościnności wyższej instancji korzystać trzeba z musu. Tradycja uświęcona pradawną serdecznością ojców nakazuje wpierw bawić się, potem narzekać. Taką też kolejność przyjęto bez szemrania. Bunt na pokładzie ogólnoludzkiej ojczyzny odnotowano, w kronikach wzmiankę umieszczono, w mediach reportaże zawarto, lecz sytuacji w najmniejszym stopniu bunt nie zmienił.

Ustawodawca stał niewzruszony na straży praw i obiecującej gwiazdkę z nieba innowacyjności. "Starzy wśród starych uradzą najlepiej, młodzi wśród młodych ubawią się prędzej" - brzmiało uzasadnienie segregacyjnej uchwały. Nie minęło siedem dni, dokument wszedł w życie w każdym miejscu na świecie. Malutkie wioseczki i gigantyczne aglomeracje podporządkowano jednemu prawu - segregacji egalitarnej. Ludzie wszystkich ras, płci i stanów musieli ulec władzy zwierzchniej i podporządkować się nakazowi podziału na starców i młodych.

Uchwała zatwierdzona, innowacja u płota. Machina realizacji nowego prawa ruszyła. Wielkie pojazdy zajeżdżały pod domy, bloki, kamienice i wille, a gustownie ubrane hostessy z anielskim uśmiechem zapraszały starych i niedołężnych ludzi do wspaniałej osady nazywanej roboczo "Emeryckim Rajem". Starzy kornie dreptali, kuśtykali, kręcili kółkami swych inwalidzkich wózków do pojazdów wyposażonych w zasłonki chroniące przed nadmiernym nasłonecznieniem. Mądry ktoś, co projektował pojazdy transportowe, wiedział, że starcy lubią się grzać na zapiecku, ale mordercze słońce wysysa z nich soki i wszczyna udary cieplne. Starcy też wiedzieli, że w osadzie zbudowanej na końcu świata czeka ich błogość najwyższego sortu. Utwierdzały ich w tym przekonaniu hostessy opowiadające po drodze o jakości budownictwa, o udogodnieniach architektonicznych i przytulnym wyposażeniu wnętrz. Wzmianka o podgrzewanych nakładkach na sedes wzbudziła szczególny aplauz. Na tym jednak nie koniec. Hostessy zachęcone radosnymi okrzykami kontynuowały swą przaśną opowieść.

- Emerycki Raj to Wasza przyszłość, drodzy starcy. Osada oferuje mnóstwo przydatnością powalających usług. Wymieńmy choćby projekt Apteka24 z dostawą wszelkich medykamentów i aparatury paramedycznej do domu. Dowozem zrealizowanych recept zajmować się będzie szacowny aptekarz senior - najstarszy na świecie czynny zawodowo farmaceuta!

Starcy byli pod wrażeniem. Kto by pomyślał, leki przez całą dobę z dostawą do drzwi i to jeszcze przez autorytet światowego formatu. Czegóż to nie ma w Emeryckim Raju i czego nie realizuje ten śmiały wynalazek nowoczesnych czasów?

Hostessy, rozochocone ciepłym przyjęciem starców, doznały olśnienia i dotknięte słowotocznym amokiem wychodziły z siebie, by Emerycki Raj przedstawić jak najpiękniej. A starcy klaskali i patrzyli nań rozmarzonymi oczyma. Hostessy poczuły się docenione, w końcu ktoś uszanował ich niskopłatną pracę. Najciekawszą informację zostawiły na koniec.

- Emerycki Raj w dobie separacji został totalnie odseparowany od zepsutego świata - ciągnęły. - Będziecie, drodzy starcy, odcięci od zła płynącego z cywilizacji chutliwej pustki. Nie będzie wam grozić panosząca się wszędzie przestępczość...

Starcy uradowani poczęli klaskać, ale urocze hostessy nie skończyły mówić.

- Nie okaleczy już serc waszych małoduszność młodzieży.

Aplauz zelżał jakby na mocy, bo starców drażniły słuchawki w uszach i skąpość odzienia młodzików podsiadających starcze miejsca w środkach komunikacji publicznej, ale barbarzyńskie obyczaje to nie powód, by wnuki wykląć i kontakt z nimi utracić.

Hostessy nie dostrzegając refleksji urodzonej w duszach starców snuły dalej opowieść swą niecodzienną.

- Emerycki Raj to miejsce wolne od nałogów dziesiątkujących ludzkość! Żadnej kawy, mocnej herbaty, deprawującego alkoholu i tytoniowej trucizny! - wołały w uniesieniu.

Starcy co niektórzy zakrzyknęli siłą rozpędu, bo nim sens słów wypowiedzianych dotarł do ich umysłów, język prędszy zakwilił. I wielki popłoch wzbudziły te słowa wśród szacownych matuzalemów i początkowy entuzjazm zgasł szybciej, niż dogasająca zapałka.

Ujmujące dziewczęta, niesione natłokiem emocji i hormonów przeróżnych, kontynuowały wywód z zacięciem medialnego showmana.

- Wasz nowy dom wolny będzie od zepsucia i moralnego rozpasania! Czyści będziecie, jakeście czystość młodym polecali!

Starcy umilkli na moment. Zdanie ostatnie usłyszeli wszyscy i to nad wyraz wyraźnie. Przygłusi, niedosłyszący i ci z aparatami słuchowymi. Każdy słowa o zepsuciu moralnym usłyszał dobrze i dźwięczały one echem rozpustnie pustym jeszcze długo. Gdy niemoc ustąpiła, jeden drugiego badawczo lustrował wzrokiem, pytając w myślach, czy dobrze usłyszał. Starzec lustrowany niby jasnowidz, w myślach tego drugiego czytający, potakiwał z przestrachem. Ciszę przerwały szmery niespokojne, wręcz dzikie.

- Pomyślcie - konturowały hostessy. - Dostajecie na tacy idealny świat. Osadę przepełnioną ciszą i spokojem, bez nienawiści, nierządu, alkoholu i wyrobów tytoniowych zatruwających ludzkie umysły i ciała nędzą chorób wszelakich. Tylko Wy i Wasze myśli!

Zapadła grobowa cisza i niejeden ze starców doznał zawału. Co odważniejsi odsłaniali zasłonki w nadziei na udar słoneczny. Bo po cóż im taki Raj? Lepiej wcale tam nie dojechać. Świat bez impulsów wzmacniających doznania i wspomagających wesołość to pustynia odległa od tego co ludzkie i śmiercią grożąca. Domysły prysły. Ze wszystkich miejsc pojazdu i we wszystkich pojazdach dobył się ze starczych piersi cichy ból. Czyżby cudowna osada miała produkować smutnych pustelników z przytępioną wyobraźnią i zanikiem receptorów zmysłowych? Starcy gubili się w domysłach. Emerycki Raj w ułamku sekundy przestał ciekawić, osada starców przestała błyszczeć pragmatyzmem cieplutkich sedesów. Świat stanął na głowie.

Ciszej!

Do moich uczniów

Uczniowie moi, uczenniczki drogie,

ze szkół dla umysłowo niedorozwiniętych,

com was uczył lat kilka, stracił nerwy swoje,

i wam niechaj poświęcę kilka wspomnień świętych.

Jurku, z buzią otwartą, dorosły głuptasie -

gdzie się teraz podziewasz, w jakim obcym tłumie

czy ci znów dokuczają na pauzie i w klasie

i kto twe smutne oczy nareszcie zrozumie.

Janko Kosiarska z rączkami sztywnymi,

z noskiem co się tak uparł, że został króciutki

za oknem wiatr czerwcowy z pannami ładnymi -

a tobie kto daruje choć uśmiech malutki.

Pamiętasz tamtą lekcję, gdym o niebie mówił,

te łzy co w okularach na religii stają

właśnie o robotnikach myślałem z winnicy,

co wołali na dworze - nikt nas nie chce nająć.

Janku bez nogi prawej, z duszą pod rzęsami

grubasku i jąkało, osowiały, niemy,

Zosiu coś wcześnie zmarła, aby nóżki krzywe

szybko okryć żałobnym cieniem chryzantemy.

Wojtku wiecznie płaczący i ty, coś po sznurze

drapał się, by mi ukraść parasol, łobuzie -

Pawełku z wodą w głowie i ty niewdzięczniku

coś mi żaby położył na szkolnym dzienniku.

Czekam na was, najdrożsi, z każdą pierwszą gwiazdką,

ze srebrem betlejemskim co w pudełkach świeci

z barankiem wielkanocnym. Bez was świeczki gasną

i nie ma żyć dla kogo.

Ten od głupich dzieci.2

Jan Twardowski

W prowincjonalnym miasteczku na zielonym pojezierzu mieszkała uśmiechnięta kobieta. Kobieta była już dorosła, lecz zachowywała się jak dziecko. Była upośledzona. Z wieloma rzeczami radziła sobie doskonale, ale z kilkoma wcale. Mimo zręczności i inteligencji, niekiedy potrzebowała ludzkiej pomocy. Jej choroba, ale też usposobienie sprawiły, że ludzie traktowali ją z życzliwą pobłażliwością. Czasami jej niecodzienne pytania wprawiały ludzi w zakłopotanie, ale częściej w stan rozbawienia. Uśmiech, którym obdarzała wszystkich napotkanych wokół siebie ludzi, rekompensował każde nieporozumienie.

Któregoś razu, w okolicy świąt Wielkiej Nocy, zapytała ekspedientkę w sklepie, ile kosztuje ozdoba. Kobieta wskazała na kurczaczka w pękniętym jajeczku. Ekspedientka spojrzała na dekorację i podała cenę. Uśmiechnięta dotąd kobieta wyraźnie się zafrasowała. Cena była dla niej zbyt wysoka, więc zapytała, ile kosztuje kurczaczek bez jajeczka? Zgromadzeni wokół sklepowej lady klienci zareagowali na sytuację bardzo entuzjastycznie.

Uśmiechnięta kobieta miała w zwyczaju codziennie o godzinie ósmej rano uczestniczyć we Mszy Świętej. Lubiła ten wspaniały rytuał i nigdy nie opuściła żadnej Eucharystii. Przychodziła co prawda na dwie minuty przed rozpoczęciem, ale nigdy się nie spóźniła. Siadała w ostatniej ławce i modliła się z tym uśmiechem, który nigdy nie schodził jej z twarzy. Kiedy tylko organista rozpoczynał jakąś pieśń, kobieta uśmiechała się jeszcze bardziej i rozpromieniona śpiewała na całe gardło. Nie miała talentu ani słuchu muzycznego, ale śpiew sprawiał jej wielką przyjemność.

Przez jakiś czas inni uczestnicy Mszy tolerowali muzyczne zapędy uśmiechniętej kobiety, lecz któregoś razu śpiew jej, jeszcze głośniejszy i bardziej dokuczliwy niż zwykle, stał się we wspólnocie kością niezgody. Parafianie na walnym zgromadzeniu przed kościołem uradzili, że przykry głos uśmiechniętej kobiety musi podczas wspólnych modlitw zamilknąć. Rada parafialna udała się do proboszcza i zgłosiła zażalenie. Proboszcz rozumiał parafian, bo też miał ciarki na plecach, gdy uśmiechnięta kobieta bardzo głośnym głosem bez dostrojenia do melodii wykrzykiwała najpiękniejsze pieśni religijne. Proboszcz był jednak człowiekiem wiary i nie widział w śpiewie, nawet tak fatalnym, nic złego.

Parafianie przyjęli tłumaczenia księdza, lecz po miesiącu wrócili, wznawiając swe roszczenia. Proboszcz jako najwyższa instancja w parafii musiał zareagować. Obiecał ludowi Bożemu, że jeśli podczas kolejnej Mszy Świętej kobieta znów będzie fałszować zagłuszając dźwięk organów, zainterweniuje. Dzień nadszedł i jak na złość, choć proboszcz cały wieczór modlił się, by uśmiechnięta kobieta śpiewała ciszej, ona zawodziła głośno jak nigdy wcześniej. Zdesperowany ksiądz wezwał uśmiechniętą kobietę do zakrystii. Wytłumaczył sytuację i delikatnie poprosił, by zamiast śpiewu chwaliła Boga przez same tylko mormorando. Kobieta nie wiedziała, czym owe mormorando jest, lecz proboszcz zadowolony z przebiegu rozmowy zaprezentował jedną z pieśni w wersji bez słów. Kobieta przyjęła jego słowa z pokorą.

Następnego dnia na Mszy Świętej uśmiechnięta kobieta nie śpiewała, ale intonowała tak głośno i tak bardzo poza zapisem nutowym, że parafianie zamarli. Proboszcz też. Widocznie uznała, ze skoro kazali jej się modlić bez słów, to powinna to robić głośniej. Wszyscy bezsilnie spuścili ramiona i cichym westchnieniem wyrazili swój żal. Proboszcz zawiódł, lecz Rada Parafialna nie zamierzała go ganić. Wiedzieli wszyscy, że skoro zaczął rozwiązywać sprawę, to ją zakończy. Prędzej czy później.

Zawiedziony proboszcz wezwał uśmiechniętą kobietę po Mszy na kolejną rozmowę. Tym razem stanowczym tonem poprosił, by zrezygnowała z nucenia, ale jego namowy nie przyniosły pożądanego skutku. Uśmiechnięta kobieta uznała, że skoro proboszcz odwołał poprzedni zakaz, znów ma prawo do śpiewania słów.

Podczas kolejnej Mszy Świętej śpiewała głośno i przeraźliwie jak zawsze. Momentami sens jej słów ginął w chrypie, która powstała na skutek zdzierania gardła. Proboszcz zwiesił głowę. Nie widział dobrego rozwiązania, ale parafianie nie mieli tyle serca co on i zagadnęli do uśmiechniętej kobiety po wyjściu z kościoła. Nie odwzajemnili jej uśmiechu, lecz srogim tonem nakazali nie śpiewać podczas Mszy, lub stać za drzwiami w przedsionku. Uśmiechnięta kobieta nie wiedziała skąd taka niechęć, ale usłuchała polecenia parafian.

Następnego dnia, znów za dwie minuty ósma, dotarła do kościoła. Nie weszła jednak do nawy głównej. Stała jak jej przykazano za drzwiami, w przedsionku. Parafianie do samego rozpoczęcia Mszy rozglądali się niepewnie dookoła, wypatrując sprawczyni całego zamieszania. Nie mieli wyrzutów sumienia, czuli tylko gniew. Ona przez swój odpychający śpiew przeszkadzała innym w modlitwie. Ona była tu winna.

Uśmiechnięta kobieta karnie stała w zimnym przedsionku, gdzie nawet starego krzesła lub kulawego stołeczka nie było. Gdy organista uderzył w klawisze i zaczął śpiewać pieśń, parafianie z radością kiwali głowami. Udało się im odzyskać godność i piękno tej świętej ceremonii. Wszyscy odetchnęli z ulgą, proboszcz też. Choć nie popierał metod parafian, nie uczynił nic, by zganić ich brak miłosierdzia i zrozumienia dla drugiego człowieka. Miła dla ucha pieśń rozbrzmiewała ledwie dwie minuty, a uśmiechnięta kobieta dołączyła do śpiewających. W pustym przedsionku panoszyło się echo, więc jej głos był jeszcze bardziej dojmujący. Parafianie i starsi i młodsi poczuli przypływ uczuć najróżniejszej maści. Nie potrafili się już skupić na Eucharystii i na pieśniach. Ogarnęło ich zniechęcenie, poczuli, że zawiedli Boga i siebie.

Każda następna próba pacyfikacji głosu uśmiechniętej kobiety przynosiła skutek odwrotny do zamierzonego. W efekcie poprzestano na tym, że w momencie skrajnej irytacji mówiono śpiewającej: Ciszej! Zwykle była to skuteczna strategia. Uśmiechnięta kobieta przez dobrą chwilę śpiewała ciszej. Potem wracała do swego charakterystycznego poziomu głośności i totalnego braku rytmu.

Mijały dni, miesiące, lata, całe dekady. Umarła uśmiechnięta kobieta, umarł proboszcz. Po śmierci ksiądz błądził bardzo długo po przedsionku Niebios. Zagubiony nie potrafił znaleźć ani nikogo, kto pokierowałby jego kroki do bramy, ani samej bramy. Po wielu dniach i nocach błądzenia usłyszał bardzo niewyraźny głos. Nikogo jednak nie widział. Proboszcz ucieszony, że w końcu znalazł kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać nawoływał, by tajemnicza postać mówiła głośniej. Wtedy po jej głosie trafiłby do celu. Ksiądz wołał głośniej i głośniej, ale zagadkowy głos stawał się cichszy. Zrozpaczony proboszcz padł na kolana, prosząc Boga o pomoc. Był zdezorientowany i w duchu zadawał sobie pytanie, czy aby na pewno trafił do Nieba? Ta samotność i niepewność stanowiły dla niego najgorsze tortury. Po chwili zasmucony ksiądz dostrzegł, że ktoś nad nim stoi. Uniósł szklane od łez oczy ku górze i ku swemu zdziwieniu dostrzegł uśmiechniętą kobietę. Uradowany uniósł się z klęczek i pytając, ujął jej dłonie.

- Czy to twój głos słyszałem?

- Tak, to mój głos - odparła uśmiechnięta jeszcze promienniej niż za życia.

- Prosiłem, byś wołała głośniej, dlaczego milczałaś?

- Poznałam księdza głos. Głos, który tyle razy kazał mi być ciszej - rzekła.

Proboszcz zapłakał i pojął, jak swą obojętnością zdusił najpiękniejszą modlitwę na całym wielkim świecie. Pośmiertnie poniósł swą zasłużoną karę i zrozumiał poniewczasie, że źle czynił przez te wszystkie lata. Gdyby mógł żyć raz jeszcze, nie powieliłby bezdusznej decyzji o uciszaniu głosu płynącego z serca. Nikt bowiem w całej parafii nie był tak dobrym człowiekiem jak owa uśmiechnięta kobieta, której kazano śpiewać ciszej.

Uśmiechnięta kobieta nie miała żalu do proboszcza i z przyjemnością mu pomogła, bo była dobrym człowiekiem. I powiodła księdza do bram niebieskich i pokazała drogę do Boga.