I
AUTOR PRZEDSTAWIA GŁÓWNE OSOBY I PROSI CZYTELNIKA O WYROZUMIAŁOŚĆ
Niejaki pan Hipolit, sprzedawszy nieco
zadłużoną kamienicę w mieście X., osiadł w Warszawie, na Podwalu.
Miał on wprawdzie stały zamiar przenieść się w Aleje Ujazdowskie,
gdzie nawet o wynajęcie pałacyku traktował, tymczasowo jednak aż do
"zmiany losu" musiał demokratyzować się w czterech pokoikach
staromiejskiej dzielnicy. No i demokratyzował się pospołu ze
siostrą nieboszczki żony i własną córką panną Amelją osobą
ukształconą, lecz dość wyjątkowych usposobień. Pan Hipolit doświadczał wielkich przykrości, ilekroć przyszło mu
wprowadzać kogo po raz pierwszy do swego mieszkania. Już na dole
rumienił się za gospodarza, tolerującego w domu wąskie i brudne
schody. We drzwiach przepraszał gościa za to, że przedpokój jest
ciasny i kuchnia ciemna, a w salonie pokazywał stare tapety i
wyliczał wady sprzętów. - Ja, proszę pana - mówił do gości - zrobiłem w życiu jedno jedyne
głupstwo, że sprzedawszy moją kamienicę nietylko z wszelkiemi jej
wygodami, ale i z meblami, wywiozłem stamtąd ledwie ten oto
fortepian, na którym fornier popękał, i ten oto zegar, któremu
zbili w drodze klosz i zgubili perpendykuł. Z tego powodu nie
chodzi, tylko stoi na komodzie jako droga pamiątka. Potem następował opis mebli kupionych tu, w Warszawie, z wolnej
ręki. Na rzeczach tych oszukano pana Hipolita, choć przy targu
zaklinano się trzy razy na Boga i nierównie więcej razy na honor.
Niedość, że w fotelach i kanapie sprężyny są złe, ale jeszcze pod
pokrowcami mole się zagnieździły. Wprawdzie siostra pana, a ciotka
panny, zobaczywszy, co się święci, wypchała meble najprzedniejszym
bakuniem, ale łotr froter wykradł go i zużytkował do fajki, a mole
poniszczyły obicia. Z tego nawet powodu niesumienny froter został uwolniony od
obowiązków, podłoga zaś nabrała osobliwego koloru. Opowiadając to, nieszczęśliwy właściciel nie chciał bynajmniej
popisywać się dawniejszem mieniem i gospodarskiemi porządkami,
wiedząc, że skłonność do samochwalstwa cechuje dorobkiewiczów i
inne mizeractwo. Pragnął tylko zamanifestować żyjące w nim ciągle
uczucia pańskie i estetyczne, a zarazem upewnić gościa, że w razie
"zmiany losu", będzie umiał położyć kres tego rodzaju
nieprzystojnościom. Tymczasem los zmieniał się o tyle, że panu Hipolitowi coraz
nieregularniej płacono raty i procenta z sumy pozostałej na
hipotece domu. Wypadało niejednokrotnie pożyczać od siostry po
nieboszczce żonie, a nawet od osób prywatnych. Pan Hipolit za każdą
nową pożyczką martwił się niewymownie, do swego dłużnika pisywał
listy namiętnie długie i trzymał ćwiartkę na loterji klasycznej.
Jako bowiem człek doświadczony, rozumiał, że wszystko zawieść go
może, prócz własnego szczęścia, które od kilku lat nie dopisywało
wprawdzie, ale tylko chwilowo. Z loterją też urządził się roztropnie. Jedną ćwiartkę wziął sam,
do kupienia drugiej zmusił siostrę, a na trzecią namówił swego
krewniaka pana Edmunda, młodego i rozkosznego chłopca. Zachęcał też
córkę (która, jako wykwalifikowana retuszerka, posiadała
samodzielne fundusze) do nabycia czwartej cząstki losu, ale
napróżno. Panna Amelja była emancypantką i filozofką, wierzyła
tylko w pracę, postęp i prawa kobiet, a ze snów, loterji i wierszy
miłosnych żartowała okrutnie. Ponieważ ani na upór ukochanej córki nie było lekarstwa, ani na
kupno pozostałej ćwiartki - pieniędzy, więc pan Hipolit rachował
sobie tak: - Ja wygram sto tysięcy, moja siostra także sto tysięcy, więc będę
miał dwieście tysięcy. Że zaś i Edmund musi też wygrać sto tysięcy,
więc ożenię go z Melcią i będę miał razem trzysta tysięcy. Szkoda
wprawdzie czwartej setki, lecz zato kupię sobie kilka pożyczek
premjowych, a Bóg mnie niezawodnie pocieszy. Zresztą i od trzystu
tysięcy można mieć ładny procent... Tak rachował i cieszył się nadzieją w chwili, gdy miał umysł
swobodny. Ale kiedy nabywca kamienicy nie przysyłał pieniędzy i
kiedy od własnej córki wypadało nieraz pożyczać ciężko zapracowane
u fotografów kilka rubli, wówczas Hipolit tracił wiarę we wszystko.
Wybiegał wtedy na miasto szukać choćby najskromniejszej posady dla
siebie i postanawiał wydać Melcię choćby za pana Kazimierza. Ów Kazimierz był człowiekiem niskiego pochodzenia, lecz ponieważ
ukończył wyższy zakład naukowy, wszedł więc w towarzystwo nieco
lepsze i otarł się trochę - choć niezupełnie. Majątku nie miał,
tylko stryja kanonika, który mu obiecywał sukcesją i pomoc; ale że
starzec był krzepki i do wydawania pieniędzy nieskory, więc
sukcesja i pomoc odsuwały się na dalszy plan. Cierpliwie czekając na łaskę stryjaszka, Kazimierz, jako
wykwalifikowany chemik, wstąpił do dystylarni, gdzie miał niezłą
pensyjkę na dziś, a świetne widoki na przyszłość. Mówiono mu
półgębkiem, że gdyby mógł włożyć kilka tysięcy rubli w
przedsiębierstwo, wówczas zostałby nawet dyrektorem, jako
najzdolniejszy ze wspólników. Niejaki znowu pan Gotlieb Schmupfke, piwowar dużej prawości i
niemniejszego majątku, zachwalał często przed Kazimierzem wdzięki i
posag swej córki Wandzi. Ale młody chemik, aczkolwiek posagiem nie
gardził, piękność Wandzi uznawał i całą rodzinę Schmupfke wielce
szanował, nie kwapił się jednak z oświadczynami. Od roku jeżeli nie
dawniej strasznie go kłuła w oczy panna Amelja, koleżanka Wandy z
instytutu. Kazimierz podziwiał nietylko jej wdzięki, ale i energją,
z jaką wzięła się do retuszerki, jej poglądy na pracę, postęp i
prawa kobiet, a nawet jej dziwactwa i sposób traktowania ludzi
zgóry. Z wielu względów była ona dla niego owocem zakazanym i może
z tej racji płonął ogniem znanym jeszcze ojcu rodu ludzkiego. Jedynym rywalem Kazimierza był Edmund, daleki krewny rodziny pana
Hipolita. Młodzieńca tego jednak, który cieszył się względami ojca
Melci, nie brano na serjo. Ciotka zgoła nie lubiła go i nazywała
kłamczuchem, a niekiedy chłystkiem, Melcia zaś żartowała i z jego
elegancji i z jego próżniactwa, z podróży zagranicę i ze stosunków
z hrabiami, a nawet ze starego herbu i jasnych sterczących wąsików. Kazimierz o Edmundzie wiedział tylko, w jakich teatrach
amatorskich grywa i o jakie sumy zakłada się w czasie wyścigów, ale
ani o tem co robi, ani skąd bierze pieniądze. Zresztą ludzie dobrze
urodzeni nie potrzebują odpowiadać na podobne pytania; tak też
czynił Edmund i było mu z tem dobrze. Jemu i panu Hipolitowi, który
pewne mniej jasne strony życia swego kuzynka składał na karb
młodości. To już i wszystko o meblach pana Hipolita i o jego znajomych.
Chyba tylko dla zaokrąglenia rozdziału wspomnimy jeszcze o panu
Piotrze, choć doprawdy niewiele o nim powiedziećby można. Był to
poczciwiec i miał kapitaliki, któremi w razie nagłej potrzeby
usługiwał osobom bliższym, a więc niekiedy panu Hipolitowi, a
czasem panu Edmundowi. Poczciwiec ten, niski, grubawy, lubił kanarki i był dziwnie
punktualny. Raz pożyczył on od Hipolita trzy ruble na dwadzieścia
cztery godzin i rzeczywiście na drugi dzień przyszedł do jego
mieszkania na kilka minut przed terminem, a następnie, w porze co
do sekundy właściwej, położył pieniądze na stole. Sam jednak o
należności nie upominał się nigdy. Co najwyżej, składał wizyty w
kilka dni po terminie, lecz już stojąc w progu, mówił, że nie
przychodzi bynajmniej w interesie pożyczki i że podejrzeniem
podobnem wyrządzonoby mu najcięższą obrazę. Procenta brał tylko dla porządku, aby nie myślano, że komuś łaskę
robi; o wysokości ich zaś niewiele wiemy, interesa bowiem podobne
załatwiały się zwykle przy drzwiach zamkniętych. Wracając do mieszkania pana Hipolita, dodamy, że składało się ono
z saloniku, gabinetu jego, gabinetu Melci i pokoju jadalnego, który
zajmowała ciotka. Pokoiki te tem się chyba między sobą różniły, że
u ciotki wisiał na ścianie obraz Matki Boskiej, u ojca hebanowy
krzyżyk, tudzież potrety Sobieskiego i Napoleona, a u Melci
wizerunki Robespierra, Woltera, Dantona i gipsowe popiersie
Sokratesa, - nie licząc fotografij znakomitości młodszego
pokolenia. Dziewiczy pokoik nie posiadał w oknie kwiatów, ani tradycyjnych
muślinowych firanek, cacka te bowiem pochłaniają dużo światła,
którego Melcia do retuszowania niezbędnie potrzebowała. Żelazne jej
łóżko było zasłane po kawalersku, obok niego zaś stała pleciona
półka z książkami. Napróżno w bibljotece tej szukalibyśmy poezji lub romansów, były
tam bowiem same dzieła poważne. Więc Darwin, więc Mili, Vogt,
Moleschott, Buchner i inni. Autorzy ci, jako apostołowie trzeźwych
lub nowych poglądów na świat, cieszyli się sympatją panny Amelji,
dla której trzeźwość i postęp stanowiły artykuły wiary. Ani ojciec, ani ciotka książek Melci nie rozumieli, tylko pierwszy
podziwiał gusta córki, druga zaś uważała siostrzenicę za zbłąkaną
owieczkę, którą dopiero mąż miał doprowadzić na właściwą drogę. Oto wszystko, co na początek powiedzieć można o głównych aktorach
widowiska. Ustawieni rzędem, kłaniają się oni prześwietnej publiczności,
prosząc o pobłażliwość dla swych wad, gdyby mieli jakie - i dla
bajarza, gdyby nie potrafił obudzić dla nich sympatji. Nawiasowo tylko wspomnimy, że czwarta ćwiartka losu, kupionego
przez rodzinę Hipolita, dostała się prostemu lecz zamożnemu chłopu.
Jeszcze w zimie przywiózł on masło i cielęta do Warszawy i tu
wypadkiem nabył u kolektora bilet. - A może się trafi? - myślał i odtąd co miesiąc wykupywał właściwą
klasę. - Żeby choć z tysiąc rubli padło!... At!... cobym ja ta zrobił z
takiemi pieniędzmi. Tfy! pokusa!... I plunął na los, na którym pan Hipolit fundował swoją dobrze
urodzoną przyszłość. Zwyczajnie prostak!