Wielka jest Brytania...
Wentylator umieszczony pod sufitem rozległej sali Operations Room1
szumiał monotonnie. Sala zalana była jasnym światłem docierającym do
każdego jej zakątka. Dokoła dużego stołu, pośrodku pomieszczenia,
poruszało się kilka dziewcząt trzymających w dłoniach długie grabki. Na
stole znajdowała się wielka mapa wyobrażająca Wielką Brytanię,
otaczające ją morza, północną Francję, Belgię i Holandię.
Kontroler James Harding otarł spocone czoło. Na mapie nie pojawiły się
jeszcze znaczki znamionujące nieprzyjacielskie samoloty. Dzień
rozpoczynał się dopiero, ponad Anglią rozpościerała się mgła, ale
Harding wiedział, że za pół godziny, może za trzy kwadranse, może za
godzinę ożywią się ruchy dziewcząt z WAAF2, wtedy jednocześnie,
daleko w górze, ponad budynkiem dowództwa powietrze wypełni się warkotem
silników wrogich maszyn. Wiedział o tym zarówno Harding, jak i siedzący
opodal starszy oficer, siwowłosy, sztywny w ruchach, o suchej,
pomarszczonej twarzy. Oficer ten, na którego rękawach widniały grube
paski oznaczające stopień air chief marshala3, wysłuchawszy
meldunku adiutanta spojrzał na duży ścienny zegar.
- Więc będzie tu za kilka minut, co? - mruknął wreszcie, gdy adiutant
skończył i wyprostował się nieruchomo.
- Tak jest, sir.
Na wąskich wargach Dowdinga pojawił się przelotny uśmiech. Air chief
marshal Hugh Dowding był dowódcą Fighter Command4 od roku 1936,
w lotnictwie służył już od roku 1914 i miał ogromne doświadczenie, tak
bardzo mu teraz potrzebne. Mimo jednak brzemienia odpowiedzialności
ciążącego na jego barkach, mimo grozy sytuacji, mimo świadomości, iż w rękach jego spoczywały, być może, losy kraju, Dowding odczuł owego
wrześniowego poranka satysfakcję. Oto za kilka minut w jego podziemnym
schronie zjawić się miał człowiek kierujący w tych ciężkich dniach
rządem Jego Królewskiej Mości. Przy wejściowych drzwiach ktoś się
poruszył, przez salę przeszedł przyciszony szmer. Dowding zerwał się z krzesła, zanim jednak zdołał wypowiedzieć pierwsze powitalne zdanie,
stanęła przy nim krępa, przysadzista sylwetka, a nieco zachrypnięty głos
spytał niecierpliwie:
- Zaczęło się już?
- Jeszcze nie - odparł marszałek - ale lada chwila podniosą się mgły...
- Rozumiem - przerwał mu premier i ociężale opadł na krzesło. - Będą tu
niedługo.
Spojrzeli sobie w oczy. Wzrok Churchilla był zimny i przenikliwy, jego
charakterystyczna twarz zdradzała wyraźne ślady zmęczenia.
- Dzisiaj niedziela - mruknął premier na pół do siebie.
- Tak jest, sir, niedziela - przytaknął Dowding.
Churchill powolnym ruchem wyciągnął cygaro i wsunął je między mięsiste
wargi. Okazywał zadziwiający spokój, lecz tylko on sam wiedział, jak
wiele go to kosztowało. Nie przybył tutaj jako gość. W tych
przerażających chwilach, kiedy decydowały się losy kraju, ba, całego
brytyjskiego imperium, jego obowiązkiem było znajdować się właśnie w centralnym punkcie obrony powietrznej, obrony, będącej, kto wie, czy nie
ostatnią deską ratunku. Churchill przyznawał sam, że w jego barwnej
karierze mało można było naliczyć dni tak pełnych napięcia jak obecnie.
Anglia znalazła się niemal nad brzegiem przepaści, los jej zależał teraz
od kilkuset ludzi, którzy w tej samej chwili oczekiwali alarmowego
sygnału, aby zasiąść za sterami myśliwskich samolotów, wznieść się w powietrze i runąć naprzeciw nawały nieprzyjacielskich bombowców.
Czy starczy im sił? Czy wystarczy ich samych?
- Poradzimy? - rzucił pytanie nie patrząc w twarz swego rozmówcy.
Obowiązkiem Dowdinga było udzielenie odpowiedzi twierdzącej. Ćwierć
wieku na tego rodzaju pytania przełożonych odpowiadał tak właśnie, choć
nie zawsze pewien był swego zdania.
- Co nam jeszcze pozostało? - zapytał Churchill.
- Mam do dyspozycji dwadzieścia jeden dywizjonów Hurricane'ów i Spitfire'ów. Szesnaście w Grupie 11 oraz pięć w Grupie 10 i w Grupie 12
- wyliczał. - W sumie dwustu pięćdziesięciu dwóch pilotów.
- Mało - mruknął Churchill, wspominając ze złością beztroskę pewnych
panów z dawnego rządu.
- Wczoraj mieliśmy spore straty - zauważył Dowding.
- Wiem. Cóż... - Churchill wyjął cygaro z ust i przypatrzył mu się bez
zainteresowania. -Mogę przypuszczać, że użyje pan wszystkich swoich sił,
wszystkich tych dywizjonów. Powiada pan, że dziś niedziela? Spodziewam
się, że dzisiaj spróbują nas zdławić i pogrzebać. Wsadził cygaro na
powrót w usta i chmurnie zapatrzył się w stół z mapą Anglii.
Cygaro zgasło, więc Dowding usłużnie podsunął płomień zapalniczki, ale
premier odmownie pokiwał głową.
- Później - burknął.
Wzrok jego zatrzymał się na zegarze. Wskazówki były nieruchome, jedynie
wielki sekundnik poruszał się dając do zrozumienia, że czas bynajmniej
nie zatrzymał się w miejscu. Gdzieś daleko, poza kanałem La Manche
szykowały się do startu niezliczone samoloty hitlerowskiej drugiej i trzeciej Luftflotte. Niemieccy generałowie Kesselring i Sperrle wydawali
zapewne rozkazy startu.
Minęła godzina dziewiąta, gdy do dowództwa Fighter Command nadeszły
pierwsze meldunki o dostrzeżeniu niemieckich maszyn. Patrole Luftwaffe
zbliżały się do południowych wybrzeży Anglii. Na ekranach brytyjskich
stacji radarowych ukazały się maleńkie punkciki, posterunki podsłuchowe
uchwyciły szum silników.
W podziemnej sali Operations Room w Uxbridge pod Londynem premier
Churchill przesunął niezapalone cygaro z jednego kąta ust w drugi.
- Zaczyna się - powiedział do Dowdinga.
- Tak - sucho przyznał marszałek.
Nadeszło kilka nowych meldunków i Dowding wzruszył ramionami.
- Pozorowany atak? - próbował odgadnąć Churchill.
- Tak. Chcą sprawdzić, czy już można skutecznie bombardować, czy mgły
się rozeszły. Przy okazji pragną wyciągnąć w powietrze nasze dywizjony.
Ataki właściwe nastąpią nie wcześniej jak za godzinę.
Dziewczęta dokoła stołu poruszały się cicho, przejęte swą funkcją,
podniecone obecnością wybitnego gościa. Wprawnie poruszały się grabki w ich dłoniach, przesuwały się znaczki na mapie. Dzwoniły telefony,
zapalały się i gasły kolorowe światełka. Sztab Fighter Command działał,
tryby maszyny centrum RAF pracowały bez zacięć.
O godzinie jedenastej trzydzieści pierwsza fala hitlerowskich bombowców
w sile stu maszyn przekroczyła brzeg angielski w okolicach Ramsgate,
Folkestone i Dungeness.
Druga fala bombowców nadeszła tuż po pierwszej. Dorniery, Heinkle i Junkersy w otoczeniu strażniczych psów - myśliwskich samolotów
Messerschmitt - szły na upatrzone cele. Bombowe szyki po pięć lub siedem
maszyn leciały na wysokości około siedmiu tysięcy metrów, myśliwcy
trzymali się wyżej.
Tempo pracy dowództwa Fighter Command wzmogło się. Marszałek Dowding
wydał rozkazy, przekazane natychmiast poszczególnym sektorom myśliwskim
i lotniskom. Z piorunującą szybkością poszły w górę dywizjony
Spitfire'ów i Hurricane'ów. W rejonie Maidstone, Canterbury, Dover i Dungeness formacje Spitfire'ów związały się w walce z osłoną
Messerschmittów. Nieco dalej w głębi lądu, ponad Tunbridge Wells i południowo-wschodnimi przedmieściami Londynu, na niemieckie bombowce
spadły z góry plujące ogniem Hurricane'y. Rozgorzała walka, zacięta i bezpardonowa, rozpoczął się decydujący dzień bitwy o Wielką Brytanię,
dzień najbardziej krwawy dla napastników i obrońców.
Pomiędzy godziną dwunastą i dwunastą trzydzieści większość niemieckich
formacji bombowych była rozbita, a na ogromnej przestrzeni powietrznej
rozgorzały setki indywidualnych pojedynków lotniczych, toczonych wysoko
ponad chmurami, ponad głowami mieszkańców Londynu i farmerów Kentu. Ci,
których ciekawość lub odwaga wyciągnęły ze schronów, daremnie jednak
spoglądali w niebo, chcąc przypatrzeć się toczonej bitwie. Toczyła się
zbyt wysoko, tak wysoko, iż wydawała się nierealna. Ale od czasu do
czasu powietrze przecinało wycie spadającego samolotu lub bomby, czasem
dawały się słyszeć eksplozje, czasem z chmur wypadały zgniecione płaty
metalu, płonącego płótna czy drewna, czasem na niebie rozwijała się
biała płachta spadochronu, czasem na ziemię upadały zmiażdżone szczątki
ludzkie.
W sali Operations Room w Uxbridge nadal płonęło jaskrawe światło,
umundurowane dziewczęta niestrudzenie przesuwały po mapie różnokolorowe
znaczki, przybliżały je do obszaru stolicy lub też przenosiły w kierunku
wybrzeży, czasem sprawnym ruchem zdejmowały jakiś znaczek z mapy, czasem
na jego miejsce stawiały inny. Wyglądało to jak niewinna dziecinna
zabawa i tylko powaga twarzy świadczyła, że mapa na stole była odbiciem,
wiernym odzwierciedleniem toczącej się wielkiej bitwy powietrznej, że
mozaika znaczków i ich kolejny układ oznaczał przebieg walki, wieścił
porażkę lub zwycięstwo.
O godzinie dwunastej czterdzieści pięć premier Winston Churchill
znajdował się jeszcze w dowództwie lotnictwa. Wypił nawet kolejną
filiżankę herbaty. O godzinie trzynastej w dowództwie pojawiły się
pierwsze meldunki o odniesionych zwycięstwach. O godzinie trzynastej
dwadzieścia Churchill zaciągnął się wreszcie dymem cygara.
Partia nie została więc rozegrana, jak sobie tego życzył przeciwnik.
Churchill nie był na tyle naiwny, aby wierzyć w to, iż dzień ten kończył
udrękę niemieckiego natarcia lotniczego. Mógł jednak już odrzucić od
siebie najczarniejsze obawy. Mało ludzi wiedziało o tym, iż nie jeden
już raz w ciągu ostatniego okresu widział się opuszczającego brzegi tej
wyspy, która dotąd była wyspą niepokonaną. Wszystko zależało od siły
oporu lotnictwa myśliwskiego. Nigdy jeszcze przyszłość wielkiego narodu
nie zależała w tak ogromnym stopniu od siły i woli tylko garstki ludzi,
bo czyż nie garstką byli rozrzuceni po Anglii myśliwscy piloci?... Znów
nie zawiedli. W toczącej się bitwie zarysował się przełom. Churchill
pomyślał, że nawet wśród najsroższych burz bywają chwile, gdy słońce
przenika chmury, by dać znak swego istnienia i swego niewątpliwego
nadejścia.
Wielka jest Anglia, godna swego miejsca w świecie, skoro ma takich synów
- stwierdził w myślach premier Wielkiej Brytanii.
Na zewnątrz, na tle wyblakłej kopuły nieba snuły się nieprzeliczone
białe smugi kondensacyjne, tworzące przedziwną, malowniczą pajęczynę.
Pod nimi, bliżej ziemi, pomykały w kierunku wybrzeży resztki
rozgromionych formacji niemieckich. W przeciwnym kierunku, na rozrzucone
dokoła Londynu lotniska wracały Spitfire'y i Hurricane'y.
Na kadłubach niejednego z nich widniały mało znane Anglikom
biało-czerwone kwadraty, a przy nich cudaczne oznaki.
Do bazy na lotnisku Northolt powracali lotnicy rzucając do siebie
poprzez eter słowa, których nie potrafiłby zrozumieć żaden Anglik.
Nic dziwnego, ludzie ci mówili po polsku.
Bitwa o Anglię
Nieczęsto się zdarza, by Anglicy potrafili dojrzeć i właściwie ocenić
wartości innych narodów lub ich przedstawicieli. Uważają się oni na ogół
za naród lepszy, ważniejszy i mądrzejszy od innych. Szczycą się swym
imperium, swą rolą cywilizacyjną, tysiącletnimi zamkami, zdobyczami owej
nowoczesnej techniki, chłodem i opanowaniem, ogromem Londynu, jakością
tekstyliów, poziomem sztuki teatralnej, mistrzostwem drużyn piłkarskich.
Przeciętny Brytyjczyk spogląda na cudzoziemca z góry. Gdy Anglik mówi o Francuzach, uśmiecha się lekceważąco, choć dyskretnie. Gdy wspomina
Amerykanów, już w pierwszym zdaniu piętnuje ich brak ogłady. Gdy mówi o Włochach, wzrusza z politowaniem ramionami i wyciąga na jaw ich
przysłowiowe niedołęstwo militarne i przesadną gadatliwość. Gdy mówi o Polakach... Ba, do bardzo niedawna Anglicy o Polakach nie mówili. Po
prostu rzadko ich dostrzegali.
Sytuację zmieniła w pewnym stopniu dopiero ostatnia wojna, a ściślej
mówiąc ten jej okres, gdy na północy, w chłodnej Szkocji, usadowiły się
polskie oddziały, gdy ze wschodniej Anglii poczęły startować polskie
dywizjony bombowe, a na przedmieściach Londynu, na słynnym lotnisku
Northolt, stanęły polskie dywizjony myśliwskie. Wtedy właśnie w roku
1940 mieszkańcy wysp brytyjskich poznali Polaków, "odkryli ich" i z ogromnym zdziwieniem przekonali się, że ci obcy i dziwni przybysze z odległego kraju środkowej Europy są takimi samymi ludźmi, jak i angielscy gospodarze, że w wielu wypadkach potrafią im dorównać, a nawet, o dziwo, potrafią ich pod niektórymi względami przewyższyć.
Musieli więc Anglicy szybko wytworzyć sobie odpowiednią, inną nieco niż
uprzednio opinię o niecodziennych swych gościach i towarzyszach broni, a bardzo dopomogła im do tego bitwa o Wielką Brytanię i udział w niej
polskich pilotów myśliwskich. Do polskich lotników z coraz większym
uznaniem odnosili się wyżsi dowódcy RAF, zaczęła o nich pisać brytyjska
prasa, poczęli ich podziwiać mieszkańcy Londynu.
Sukcesy te jednak nie zrodziły się same z siebie, a polscy lotnicy nie
spadli na wyspy brytyjskie z nieba. Zanim Skalski, Pniak, Brzezina,
Ostowicz, Nowierski i Urbanowicz poczęli odnosić zwycięstwo po
zwycięstwie, zanim rozsławił się dywizjon 303 i inne dywizjony, wiele
trudności trzeba było przezwyciężyć, wiele uprzedzeń pokonać, wiele
argumentów wytoczyć. Zanim Polakom pozwolono zwyciężać w bitwach
powietrznych nad Anglią, musieli pokonać Anglików w potyczkach słownych
przy stołach konferencyjnych, w biurach sztabowych, na najwyższych
szczeblach dowodzenia. Zanim air chief marshal Dowding w dniu 15
września 1940 r. wysłał dywizjon 303 po jego świetne zwycięstwo, trzeba
było długo go przekonywać, by zgodził się na utworzenie polskich
jednostek myśliwskich i na użycie ich w działaniach bojowych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki