Jenialkiewicz, Dolski.
(Jenialkiewicz mówi zwolna, poważnie, zawsze tajemniczo,
stosowna, wydatna gra twarzy i gestów, któremi często myśl swoję
poprzedza lub zakończa. Okulary na czoło podniesione, które w
uniesieniu spuszcza czasem na chwilę - w ręku i kieszeniach
papiery; te często przerzuca i przegląda, czasem coś w pulares
zapisuje. Jenialkiewicz z Dolskim spotykają się na środku sceny...
Jenialkiewicz podaje mu rękę w milczeniu, wyprowadza na przód
sceny, wpatruje się w niego, potém mówi.)
Jenialkiewicz.
Cóż Panie Janie?
Dolski.
Nic Mości Dobrodzieju.
Jenialkiewicz.
Dobrze?... Hm?...
Dolski.
Dość dobrze.
Jenialkiewicz.
Bardzo dobrze... wszystko idzie, jak po mydle... jesteśmy
prawie u celu.
Dolski.
Aż mnie dreszcz przechodzi... Ja miałbym urząd otrzymać?
Jenialkiewicz.
Ale nikomu ani słowa... ani pół słowa... bo widzisz na tym
świecie.
(gesta) Rozumiesz?
Dolski.
Tak dalece... niekoniecznie..
Jenialkiewicz.
Pst!.. Spuść się na mnie.
Dolski.
Ach, któż więcéj odemnie spuszcza się na ciebie, kochany Panie
Jenialkiewicz. Od roku przestałeś być moim opiekunem, a ja przecież
zawsze pod opieką.
Jenialkiewicz.
Czy źle na tém wychodzisz?
Dolski.
I owszem... ale...
Jenialkiewicz.
Bo co się tycze opieki mój Dolski, mnie się pytaj, ja ci
powiém... miałem ich i mam nie mało... a wszystkie...
(Pokazuje gestami jakby lejce trzymał i niemi kierował.)
Dolski.
Zadajesz sobie tyle pracy.
Jenialkiewicz.
Prawda. Drugi padłby pod ciężarem... ale ja Bogu dzięki umiem
sobie poradzić... Od tylu lat opieka na opiekę... a jakie! fiu!..
Mój brat Antoni zostawia mi Leona... majątek zadłużony - fraszka,
oczyściłem radykalnie... wszystko sprzedałem i długi spłaciłem.
Leon z pod mojéj opieki wyszedł czysty jak bursztyn, ale z nim mam
biedę - to panicz, z którym nie zawsze można trafić do końca. Dobre
serce, dobra głowa... ale języczek!... Jak płatnie niéma co
zbierać.
(ciszéj) Nawet mnie samemu oberwie się czasem.
Dolski.
Czy być może?
Jenialkiewicz.
Jakem Jenialkiewicz.
(odprowadzając niby na stronę i tajemnie) Co gorzéj,
mówiąc między nami, nie dba o moję radę... Pst! Zarozumiały,
uparty, porywczy... ale chłopiec jakich rzadko, miły, łagodny, do
rany przyłożyć, potrafię mu przyszłość
(gesta) zapewnić i mimo, że już dawno wieloletni, nie
prędko go jeszcze z opieki wypuszczę.
Dolski.
Pan Leon, jak się zdaje, skłania się sercem...
Jenialkiewicz.
Pst!... spuść się na mnie.
Dolski.
Dobrze Mości Dobrodzieju.
Jenialkiewicz.
Z Matyldą inna sprawa. Mój brat Józef, wdowiec od dawna,
zostawił z córką i znaczny majątek pod moją opieką... kapitały,
wsie zagospodarowane aż miło... to wymagało...
(gesta, jakby lejcami kierował)Rozumiesz? Pieniądze
rozlokowałem, bardzo, bardzo łatwo rozlokowałem... Teraz exekwuję,
detaksuję, licytuję... palę proces po procesie... O! ze mną żartów
niéma... ja wiem, co to opieka... prawda?
Dolski.
Prawda Mości Dobrodzieju.
Jenialkiewicz.
Wioski puściłem w dzierżawę... przeszłego roku jako dobry
opiekun wszystkie zwiedziłem... Ach! mój miły Boże, co się z tego
pięknego majątku zrobiło!..
(gesta) zwaliska, jakem Ambroży, zwaliska... ni ściany, ni
strzechy... Zabrałem się żwawo do roboty i napisałem o strzechach
rozprawę.
Dolski
(półgłosem).
Czy może nie lepiéj było kazać naprawić.
Jenialkiewicz
(przy biórze).
Pokażę ci wykaz stosunku produkcyi słomy jednego sążnia
kwadratowego ziemi do zużycia téjże w jednym sążniu strzechy; rzecz
arcy ciekawa...
(Szuka.)
Dolski
(na stronie).
Ach, któż bez ale.
Jenialkiewicz.
Gdzieś zatraciłem no... dam ci potém... Takim to ja jestem
opiekunem... brat po bracie, opieka po opiece.
Dolski.
A opieki po siostrze Pan nie wspominasz? Pana Karola i Pannę
Anielę.
Jenialkiewicz.
O! téj opieki nie liczę... Karola i Anielkę uważam za własne
dzieci... A jakie dzieci mój kochany!... Karol złoto, klejnot...
trochę długów narobił...
(skrobiąc się za ucho) No!... A taż Anielka! dobra, luba,
rozsądna, Anioł nie dziewczyna.
Dolski
(z zapałem).
Ach prawda, Anioł, Anioł!
Jenialkiewicz.
Hę?
Dolski
(spuszczając oczy).
Anioł, powtarzam słowa Wać Pana Dobrodzieja.
Jenialkiewicz
(na stronie).
Miałżeby?... Chciałżeby?... Nie, inaczéj rzecz ułożyłem. On dla
Matyldy prawdziwy mentor, tego jéj potrzeba... Anielka musi zostać
duchem opiekuńczym Leona... Ach do stu!... zapomniałem.
(dzwoni) Tyle interesów na głowie.
(Bierze z bióra listy zapieczętowane i oddaje w głębi lokajowi,
kończąc ciche zlecenia słowem: Galopem.
Tymczasem Dolski na przodzie sceny mówił.)
Dolski.
Zdaje się niekontent... przeczułem... układ familijny... a ja
miałbym wkradać się... nadużywać gościnności... ja? jego
przyjaciel?... Nie... to byłoby zdradą... ale Panna Aniela... tak
ładna, tak miła, o la Boga!
Jenialkiewicz.
A Matylda, co mówisz? To skarb Panie... prawda?
Dolski
(obojętnie).
Skarb, w saméj rzeczy.
Jenialkiewicz.
Z nią sprawa nie tak łatwa jak się zdaje... to mały djabełek,
djabełek jakem Ambroży! Ale charakter anielski... serce złote...
Nie uwierzysz, ile ona dobrego czyni, ile jałmużny rozdaje... O!
rzadkiéj dobroci dziewczyna.. A zuch! fiu!.. przeszłego roku
wracała konno, sama od jednéj choréj staruszki... w tém, w lasku
jakiś hultaj czy pijak wyskakuje z gąszczy i za cugle chwyta.
Myślisz, że się zlękła? że krzyczała albo zemdlała? Wcale nie,
widząc, że słowa nie pomagają, jak nie przeciągnie harapem przez
łeb hultaja, aż się zatoczył... a ona w nogi... Ha, ha, ha!
Rzadkiéj dobroci dziewczyna!
Dolski.
W saméj rzeczy.
Jenialkiewicz.
Ale wróćmy do twoich interesów.
Dolski.
Tak wróćmy.
Jenialkiewicz
(bierze go pod rękę, wpatruje się w niego czas jakiś, potém
mówi).
Pojutrze będziesz wybrany Dyrektorem w Towarzystwie kredytowém.
Dolski.
Och! Aż mi tchy zapiera, bo wiesz dobrze, kochany Panie
Jenialkiewicz, że jedyném mojém życzeniem, jedyną myślą od samego
dzieciństwa było i jest, abym mógł kiedyś jaki urząd piastować.
Jenialkiewicz.
Będziesz piastował, jakem Ambroży.. spuść się na mnie.
Dolski.
Dobrze. Ale pozwól mi łaskawie jedną uwagę.
Jenialkiewicz.
Dwie, jeżeli ci się podoba.
Dolski.
Dlaczego nasze zamiary okrywamy tajemnicą?
Jenialkiewicz.
Ty tego nie rozumiesz?
Dolski.
I to dla téj tajemnicy, przynajmniéj tak wnoszę, każesz mi tu
bawić od kilku tygodni.
Jenialkiewicz.
Myślałby kto, żem go zamknął na cztery zamki... Ależ mój Jasiu,
tobie widzę nie łatwo dogodzić... Dwie śliczne panienki, dwóch
młodzieńców do rzeczy, stół niezły, polowanie dobre.
Dolski.
O la Boga! Z tego względu jestem jak w raju... ale WPan
Dobrodziéj często odjeżdżasz, ja tu sam zostaję z rodzeństwem,
któremu nieraz muszę być natrętnym.
Jenialkiewicz.
Czy ci kto uchybił?
Dolski.
Ach przeciwnie! Ich uprzejmość zawstydza mnie często... bo
wiesz kochany Panie Jenialkiewicz... taki mój charakter... niczego
tak się nie lękam, jak żebym gdzie nie zawadzał, nie był komu
natrętnym.
Jenialkiewicz.
Ba, ba, ba!
Dolski.
Te Panie i ci Panowie mogliby słusznie zapytać się dlaczego...
bo wszystko musi mieć swoję przyczynę... dlaczego Pan Dolski, mając
dom własny, bawi tu u naszego stryja, który najczęściéj przesiaduje
w mieście? A jak są razem, co znaczą te schadzki, te tajemne
narady, te że się tak wyrażę podziemne obroty.
Jenialkiewicz.
Koszałki, opałki... koszałki opałki... Bawisz w domu
przyjaciela, niegdyś swego opiekuna... masz z nim wiele interesów
do załatwienia, nikt się dziwić nie może i nikt się nie dziwi...
spuść się na mnie... Ale jeżeli nie chcesz być Dyrektorem...
Dolski.
O la Boga! Rób zatém kochany przyjacielu, jak ci się zdawać
będzie najlepiéj, bylem tylko mógł kiedyś urząd piastować.