SZKOŁA MYŚLIWCÓW W WALII
Jest rok 1942. Wysokie góry Walii, pokryte strzępami chmur, przesuwają
się powoli za oknami przedziału po obydwu stronach torów. Zostawiamy za
plecami Birmingham, Wolverhampton, Shrewsbury, wraz z grubą warstwą
pokrywającej je sadzy...
Bez słowa, obojętnie patrzymy z Jacques'em na ponury, spłukiwany
nieustającym deszczem krajobraz, na brudne górnicze miasteczka
przytłoczone ciężką szarą chmurą dymu, tak uporczywie przylegającego do
domów, że nawet lodowate podmuchy wiatru nie są w stanie go przepędzić.
Pasażerowie w przedziale z zainteresowaniem lustrują nasze
błękitno-niebieskie francuskie mundury ze złotymi guzikami. Na naszych
piersiach dumnie błyszczy odznaka pilota "Armee de L'Air" (Armii
Powietrznej), a na górnej lewej kieszeni skrzydełko Royal Air Force. Nie
minęły jeszcze dwa tygodnie od czasu, gdy byliśmy uczniami szkoły
pilotów RAF-u w Cranwell wałkującymi podręczniki nawigacji, teorii
strzelania i grube szkolne zeszyty pełne notatek.
Teraz to już jednak tylko wspomnienia.
Może już za kilka godzin będziemy latać na Spitfire'ach? Tym samym
przekroczymy ostatni próg dzielący nas od areny Wielkiego Cyrku. Jeszcze
tylko parę minut i będziemy w Rednal, w Operational Training Unit. Tu
przejdziemy szkolenie na Spitfire'ach. Potem zostaniemy przeniesieni do
eskadry.
Jacques przyciska twarz do szyby:
- Tam, Pierre, nasze Spitfire'y!
Rzeczywiście. Promienie słońca przebiły się przez wilgotną mgłę i zamigotały na kadłubach kilkunastu samolotów ustawionych na skraju
asfaltowego pasa startowego. Nadszedł wielki dzień! Całą noc padał śnieg
i teraz lotnisko aż lśniło na tle niebieskiego nieba. O Boże! Ależ życie
jest piękne! Wdycham pełną piersią lodowate powietrze i czuję pod nogami
skrzypiący śnieg - miękki i puszysty jak perski dywan. To pierwszy
śnieg, jaki widzę od dłuższego czasu. Budzi we mnie tyle wspomnień...
Na progu baraku, do którego wgrzebujemy się pomiędzy lotami, oczekuje
mnie z uśmiechem mój instruktor.
- Jak się pan czuje?
- Wspaniale, sir - próbuję ukryć zdenerwowanie.
- To cudownie! Zrobimy sobie małą próbę...
Do końca życia nie zapomnę mojego pierwszego spotkania ze Spitfire'em.
Moja maszyna jest oznaczona symbolem TO-S. Przed założeniem uprzęży
spadochronu staję przez chwilę i patrzę: rasowy wąski kadłub, opływowy
kształt silnika Rolls-Royce'a - prawdziwy rumak pełnej krwi.
- Przez godzinę należy do pana. Powodzenia!
Godzina! Przez 60 upojnych minut być panem tego meteora! Próbuję
przywołać w pamięci wszelkie rady otrzymane od instruktora, trochę mi
się to wszystko jednak gmatwa. Z drżeniem rąk zapinam pasy, naciągam
hełmofon i przygotowuję się na najtrudniejszą część próby. Jestem
przytłoczony masą instrumentów, wskaźników, dźwigni, podłączeń
rozmieszczonych jedno obok drugiego. Wszystkie śmiertelnie ważne muszą
nieomylnie zadziałać we właściwym momencie. Z wielką pieczołowitością
poddaję się temu cocpit drill i mamrocę pod nosem sakramentalną
formułkę: BTFCPPUR - brakes (hamulce), trim (klapka Flettnera do
korektury steru), flaps (klapy lądowania), contacts, pression
(ciśnienie w systemie pneumatycznym), petrol (benzyna),
undercarriage (chowane podwozie), radiator (chłodnica).
Wszystko w porządku. Mechanik zamyka za mną osłonę kabiny i teraz jestem
już uwięziony w tym stalowym potworze, którego muszę ujarzmić. Ostatnie
kontrolne spojrzenie.
- Wszystko jasne?! Kontakt!
Uruchamiam ręczną pompę i starter. Śmigło zaczyna się powoli kręcić i nagle - rycząc - zaskakuje silnik. Rury wydechowe plują długim
niebieskawym płomieniem i czarnym dymem, podczas gdy samolot zaczyna
wibrować jak parowy kocioł pod ciśnieniem. Gdy tylko zostają usunięte
klocki spod kół, otwieram szeroko chłodnicę - chłodzone cieczą silniki
łatwo się przegrzewają - i ostrożnie kołuję w kierunku oczyszczonego
przez pługi śnieżne pasa startowego, który rozciąga się w otulonym przez
biel krajobrazie - czarny i prosty jak strzała.
- Tutor 26, you may scramble now9 - wieża kontrolna daje mi
przez radio zezwolenie na start.
Serce bije jak szalone. Przełykam ślinę, ustawiam niżej siedzenie i spoconą ręką przesuwam dźwignię gazu do przodu. Od razu czuję się, jakby
mnie porwał cyklon. W pamięci mam już tylko strzępy wskazówek
instruktora: "Nie pochylać za nisko nosa". Pomiędzy śmigłem przede mną,
które musi przejąć na siebie całą moc silnika, a ziemią jest niewiele
miejsca. Nieśmiało dodaję gazu, silne szarpnięcie przeszywa Spitfire'a i wciska mnie w oparcie fotela. Samolot przyspiesza, pędzi coraz szybciej
i szybciej, podczas gdy lotnisko po bokach ucieka błyskawicznie w przeciwną stronę.
- Keep her straight!10
Gwałtownymi ruchami drążka koryguję odchylenia. Nagle, jakby cudem,
jestem w powietrzu. Wstrzymuję oddech. Szybko jak błyskawica
wystrzeliwuje obok linia kolejowa. Ledwo zauważam rozmywające się pode
mną kontury drzew i domów. Pospiesznie wciągam podwozie, zamykam owiewkę
kabiny i chłodnicę, zmniejszam gaz i ustawiam kąt śmigła na prędkość
przelotową.
Uff! Krople potu spływają mi po skroniach. Ręce i nogi reagują jednak
instynktownie, jak dobrze wyregulowane dźwignie automatu. Miesiące
żmudnego treningu przygotowały mięśnie i ścięgna na tę właśnie chwilę.
Cóż za cudowna wrażliwość steru - najmniejsze dotknięcie nogi lub ręki
wystarczy, aby maszyna wystrzeliła w niebo. Boże, gdzie ja jestem?
Prędkość jest tak duża, że w ciągu paru sekund oddaliłem się od lotniska
o kilkanaście kilometrów. Czarny pas startowy jest teraz tylko linią
zakreśloną węglem na horyzoncie.
Nieśmiało próbuję wykonać zakręt, wracam nad miejsce startu, kręcę w lewo, w prawo. Jeśli tylko trochę pociągnę drążek steru, w mgnieniu oka
wzbijam się na 3000 metrów. Zaczynam się upajać szybkością! Robię się
zuchwały! Wystarczy przesunąć dźwignię gazu tylko parę milimetrów, a silnik rwie jak oszalały. Postanawiam zapikować. Miękko napieram na ster
- 550, 600, 650 km/h Niepokojąco szybko zbliża się ziemia. Oszołomiony
prędkością, instynktownie przyciągam ster wysokości i natychmiast wciska
mi głowę w ramiona, ołowiany ciężar napiera na kręgosłup i wgniata mnie
w siedzenie. Oczy zachodzą mgłą. Spitfire uderza o masy powietrza jak
stalowa kula o marmurowy blat i strzela prostopadłą świecą z powrotem w niebo.
Ledwo minęło oszołomienie spowodowane siłą odśrodkową, a już znowu
trzeba zredukować gaz, nie mam bowiem w kabinie tlenu, a samolot wznosi
się coraz wyżej. Z hełmofonu dochodzi do mnie sygnał z wieży kontrolnej.
Rzut oka na zegarek. O nieba - już minęła godzina! A wszystko wydawało
się trwać tylko parę minut. Niestety, muszę już lądować. Otwieram
chłodnicę, redukuję gaz, ustawiam śmigło na mały skok, podnoszę
siedzenie i podchodzę do lądowania. Znów zaczynam się denerwować.
Potężny silnik z szerokimi rurami wydechowymi zasłania mi z przodu widok
na pas startowy. Silny strumień powietrza nie pozwała wychylić głowy,
czuję się jak ślepiec uwięziony w kabinie. Pas zbliża się przerażająco
szybko. Chyba nigdy na nim nie wyląduję! Wydaje się, że lądowisko kurczy
się w sobie i zaraz skoczy mi do oczu. Ciągnę za drążek, ciągnę
rozpaczliwie, maszyna spada z wielkim hukiem, dudni metalowy kadłub... i już czuję, jak samolot toczy się niezgrabnie po twardej nawierzchni.
Hamuję raz lewym, raz prawym hamulcem i Spitfire staje bez ruchu na
końcu pasa. Powolne drganie pracującego silnika brzmi jak odgłos chrap
zziajanego konia wyścigowego na końcu toru. Mój instruktor skacze na
skrzydło, pomaga zdjąć mi spadochron i śmieje się, widząc moją bladą i wymiętą twarz. Robię dwa kroki, ale jestem tak wyczerpany, że
natychmiast muszę przytrzymać się kadłuba.
- Wszystko okej! Nie ma powodu do obaw.
Żeby tylko wiedział, jaki jestem dumny! Leciałem Spitfire'em! Wydaje mi
się taki wspaniały, jak żywy... Prawdziwy majstersztyk harmonii i siły,
nawet teraz - gdy stoi obok nieruchomo. Muskam czule, jak kobiecy
policzek, zimne i gładkie aluminiowe skrzydło. Skrzydło, które mnie
niosło. W drodze do baraku, ze spadochronem na ramieniu, wciąż się
obracam i myślę o dniu, w którym mój Spitfire z eskadry będzie należał
wyłącznie do mnie. Samolot, który zamknie moje życie w ciasnocie swej
kabiny i którego będę kochał jak starego przyjaciela.
Minęły dwa ciężkie miesiące w szkole lotniczej. Jeden kurs za drugim,
wykład po wykładzie. Szybko rosła liczba przelatanych godzin. Coraz
więcej ćwiczeń powietrznych ze strzelaniem, ponad pokrytymi śniegiem
górami Walii, zapełniało książeczkę lotów.
Nie obyło się jednak bez bólu i łez. Spitfire jednego z naszych
belgijskich kolegów eksplodował w locie w czasie wykonywania figury
akrobatycznej. Dwóch przyjaciół z RAF-u zderzyło się ze sobą na naszych
oczach i poniosło śmierć. Potem, mglistym wieczorem, Pierrot Degail -
jeden z sześciu Francuzów z naszego kursu - roztrzaskał się o zalodzony
pagórek. Trzeba było dwóch dni, aby przekopać się przez śnieg do
szczątków samolotu. Znaleziono go martwego, na kolanach, z głową ukrytą
w ramionach. Wyglądał jak śpiące dziecko obok swojego Spitfire'a. Miał
połamane nogi i nie mógł się poruszać. Musiał zapewne umrzeć z zimna w ciemną noc. Wojskowy pogrzeb był wzruszająco skromny. Jacques, Menuge,
Commailles i ja nieśliśmy jego trumnę spowitą w trójkolorowy sztandar.
Jakież to było smutne i przygnębiające. Powolna milcząca defilada przed
grobem, w strugach lodowatego deszczu! Potem dudniąc, spadły na biedaka
grudy brytyjskiej ziemi, pieczętując jego los.
Pięć tygodni byliśmy w Rednal, a ostatnie trzy tygodnie naszego
szkolenia spędziliśmy w Montford Bridge, małej zagubionej wśród gór
bazie pomocniczej. Lataliśmy bez przerwy, jak tylko się trochę
przejaśniało. Musztra w formacjach trójkowych, czwórkowych, w 12 maszyn,
próbne alarmy, strzelanie, nauka taktyki, rozpoznawanie sylwetek
samolotów, ćwiczenia w łączności telefonicznej itp. Panowało straszliwe
zimno. Mieszkaliśmy w półcylindrycznych barakach z blachy falistej, bez
izolacji11, a o opał było trudno. Z Clercem Scottem, naszym
beniaminkiem, z którym dzieliłem pokój, poszliśmy do pobliskiego składu
kolejowego "pompować" węgiel. Miło było patrzeć, jak Clerc, młody
zarozumiały paniczyk, balansował niebezpiecznie na drucie kolczastym i podawał mi tłuste bryły antracytu. Chwytał je ze wstrętem pomiędzy kciuk
a palec wskazujący, w starannie naciągniętej na dłoń rękawiczce.
Potem doszło do iście dantejskich scen, gdy próbowaliśmy rozpalić ogień
w malutkim piecyku, który miał za zadanie ogrzać nasz barak.
Przekraczało to jednak znacznie jego możliwości. Zużyliśmy wiele litrów
benzyny ściągniętej z cysterny samochodowej, aby rozpalić mokry węgiel i wilgotne drewno. Skończyło się tak, że przesycony oparami benzyny piecyk
po prostu eksplodował, a wybuch przeobraził Jacques'a, Clerca i mnie w prawdziwych zuluskich wojowników o nieskazitelnie czarnych obliczach.
W tym zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku spędziliśmy również noc
sylwestrową - raczej spokojnie i nieco nostalgicznie.
W końcu nadszedł dzień, w którym zostaliśmy przydzieleni do jednostek.
Commailles, Menuge i ja zostaliśmy skierowani do Turnhouse w Szkocji, do
341. Dywizjonu Myśliwskiego Wolnych Francuzów - Alsace ("Alzacja"),
który właśnie formowano. Jacques, Clerc i Aubertin przeszli do 602.
Dywizjonu w Perranporth. Zaczynała się prawdziwa wojna. Nareszcie!
DYWIZJON "ALZACJA"
Trzech młodych sierżantów, podoficerów lotnictwa, wysiada w Edynburgu.
Cały świat należy do nich! Tylko jedno roztargnione spojrzenie rzucają
na zalaną słońcem "Księżniczkę Północy", mimo że przystroiła się w migocący śnieżny płaszcz.
Przejechali całą Anglię z południowego zachodu na północny wschód i są
piekielnie znużeni po nocy spędzonej w pociągu. Przesiadki w ciemnościach, tłok na mokrych peronach, mgła, przez którą z trudem
przebija się światło lamp o potłuczonych kloszach, sapanie lokomotyw i nieprzebrana masa mundurów. W dwóch słowach: ścisk i zgiełk.
- Przepraszam, gdzie jest pociąg do Leicester?
Na próżno szukamy miejsca w przepełnionych przedziałach, gdzie ludzie
śpią poukładani warstwami. Wszędzie czuć smród sadzy, potu i dymu z papierosów. Wagony toczą się zrywami. Przepełniający strachem ryk syren
raz się wzmaga, raz cichnie.
- Alarm lotniczy! Proszę wyłączyć światło, proszę wyłączyć światło!
Pociąg hamuje gwałtownie, sycząc wylatuje para, bufory uderzają jeden o drugi i wstrząsają drzemiącymi pasażerami. Przyćmione nocne żarówki
teraz gasną zupełnie. Kwadrans, pół godziny, godzina w zimnie i milczeniu. Kilka błyskawic rozświetla niebo, z dala dochodzi tępy pomruk
silników. W bladej poświacie przez krótką chwilę widać kontury fabryk i kominów. Potem znów syreny.
- All clear! Koniec alarmu!
Gwizd, zgrzyt łączy, parę szarpnięć i lokomotywa toczy się dalej.
Wrażenia odbierane w półśnie, desperackie próby ułożenia się w niewygodnej pozycji, zmęczenie...
W końcu zmęczenie mija, jak ręką odjął. Autobus zatrzymuje się przed
budynkiem wartowni należącej do bazy lotniczej.
- Turnhouse! - woła szofer.
Wielkie hangary pokryte zieloną i żółtą farbą maskującą, niższe budynki
mieszkalne, drewniane baraki dispersalu12 ustawione wzdłuż
wielkich utwardzonych pasów startowych przecinających kwartały
trawników.
Kapral żandarmerii na wartowni sprawdza nasze papiery, dowody
identyfikacyjne i odprowadza nas do kasyna podoficerskiego. Tam witają
nas raczej chłodno:
- Francuski dywizjon? Nikogo jeszcze nie widziałem.
- Do diabła, czy to jakaś formacja widmo?
Humor zaczyna nas opuszczać.
Półciężarówka wysadza nas z całym bagażem przed mrocznym budynkiem. W środku cisza, zapach pleśni. Wielka pusta sala sypialna z żelaznymi
łóżkami i szarymi szafami - ani żywej duszy. Zostajemy sprowadzeni na
ziemię. Gdzie podział się tętniący życiem ciepły bar eskadry, pełen
hałaśliwych i wesołych kompanów? A przecież już widzieliśmy, jak
przyjmują nas z otwartymi ramionami...
- Nom de Dieu! On ne peut plus dormir tranquilliei?13
Na dźwięk tego głosu aż podskakujemy. Brzmi dobrze po francusku i z wyraźnie paryskim akcentem.
W ciemnym rogu na drugim końcu sali rozpoznajemy rozciągniętą na łóżku
postać. Papieros w ustach, błękitno-niebieski mundur, złote guziki -
Francuz! Podnosi się niedbale. Przecież to Marquis! Witamy się
serdecznie. Teraz już jest nas czterech! Stanowimy cały 341. Dywizjon! Z czasem jednak Dywizjon "Alzacja" nabiera kształtu. Naszym szefem zostaje
komendant Mouchotte, jedna z czołowych postaci Wolnej Francji. Wysoki,
szczupły, opalony brunet o przenikliwym spojrzeniu i oschłym głosie,
który nie zna sprzeciwu - przy tym jednak przyjacielski uśmiech, który
od razu ociepla relacje. Jeden z tych przełożonych, dla którego bez
wahania, ba, nawet z przyjemnością jest się gotowym umrzeć. Następny to
porucznik Martell, mój przyszły dowódca eskadry, blondyn, olbrzym o szerokich plecach i wielkich stopach, ale delikatnych rękach, prowadzący
Spitfire'a z siłą, a zarazem swobodą, jak nikt inny w RAF-ie. Porucznik
Boudier, Bou-Bou, mały człowieczek o złotym sercu, ukryty za wielką
fajką. Jest "asem" i ma na swoim koncie już siedem zwycięstw. Będzie
dowodził drugą eskadrą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Dowódca stanowiska powietrznego. [wróć]
2. Amerykańskich i niemieckich wytwórni filmowych (przyp. tłum.). [wróć]
3. Prestiżowej szkoły nauk politycznych (przyp. tłum.). [wróć]
4. Ecole Normale Supérieure (przyp. tłum.). [wróć]
5. Mój ojciec był ciężko ranny w wojnie 1914-1918 - medal wojskowy, Legia Honorowa, trzy nadania. [wróć]
6. Urodzony w Brazylii, tak widniało w moich dokumentach. [wróć]
7. Aż do znudzenia (przyp. tłum.). [wróć]
8. OTU - szkoła myśliwców (przyp. red.). [wróć]
9. Możecie startować (ang.). [wróć]
10. Trzymaj się prosto (ang.). [wróć]
11. Przez polskich pilotów nazwane "beczką śmiechu" - później określenie to przyjęło się w całym brytyjskim lotnictwie (przyp. red.). [wróć]
12. Disperal - miejsce zakwaterowania załóg (przyp. red.). [wróć]
13. Na Boga, czy tu już nie można spać spokojnie? (przyp. tłum.). [wróć]
Pierre Clostermann - nota biograficzna
Pierre Clostermann - nota biograficzna
Urodzony w Brazylii w 1921 roku z ojca Alzatczyka, dyplomaty, i matki
Lotarynki, Pierre Clostermann kształci się w Paryżu, tam też zdaje
maturę. Ponieważ jest zbyt młody, żeby wstąpić przed wrześniem 1941 roku
do Francuskiej Akademii Lotniczej, wraca do rodziców w Rio de Janeiro.
Wcześniej, 17 lipca 1937 roku, uzyskuje licencję pilota w Aeroklubie
Brazylii, następnie wyjeżdża do USA, do CALTEC (Ryan College), aby
zdobyć dyplom inżyniera aeronautyki, jak również licencję Commercial
Pilot, pilota zawodowego w tamtych czasach.
Idąc za przykładem swoich przodków, zaciąga się do wojska Wolnej Francji
w 1941 roku i zostaje wcielony w pierwszych dniach 1942 roku do Wolnych
Francuskich Sił Powietrznych. Początkowo jest pilotem w Dywizjonie 341
"Alzacja", następnie zostaje przydzielony do Brytyjskich Sił
Powietrznych, do Dywizjonu 602 "City of Glasgow", potem kolejno do 274,
56 oraz do Dywizjonu 3 jako dowódca eskadry. Przeżywa rekordową ilość
misji (ponad 400) i odnosi liczne zwycięstwa, które plasują go pomiędzy
największymi alianckimi "asami"!
Zdemobilizowany, obsypany zaszczytami, zostaje w 1946 roku wybrany
deputowanym w Alzacji i będzie nim przez kolejne 25 lat. Powtórnie
powołany do wojska walczy 18 miesięcy w Algierii jako pilot myśliwca -
PCA1. Z tego doświadczenia powstała książka Appui Feu sur L'oued
Halla?l, wyjątkowe i bezstronne świadectwo tak zwanych operacji
utrzymywania porządku.
Zostaje ośmiokrotnie wybrany do parlamentu francuskiego. Składa mandat
po śmierci generała de Gaulle'a. Jako utalentowany przemysłowiec otwiera
fabrykę Reims-Aviation, gdzie konstruuje ponad 5000 samolotów
turystycznych. Jest wiceprezesem Cessny w USA, pierwszego światowego
producenta samolotów lekkich, potem również członkiem zarządu Renault i Avions Marcel Dassault.
Za działalność w Algierii generał de Gaulle odznacza go Wielkim Orderem
Oficerskim Legii Honorowej. Dzisiaj jest najbardziej uhonorowanym
Francuzem: Komandorem Wielkiego Krzyża Legii Honorowej, Towarzyszem
Wyzwolenia, posiada medale wojskowe z licznymi odznaczeniami Krzyża
Wojennego, Valeur Militaire oraz wiele odznaczeń zagranicznych. Żonaty,
ma trzech synów. Najstarszy był pilotem myśliwca Mirage, a obecnie jest
pilotem w Air France. Drugi jest oficerem marynarki, a trzeci -
inżynierem informatykiem wysokiej klasy.
Dowództwo Brytyjskich Sił Powietrznych i Pierre Clostermann
Dowództwo Brytyjskich Sił Powietrznych
i Pierre Clostermann
As a fighter pilot and junior commander with a record od 420 operational
sorties, first in the famous "Alsace" squadron of the Free French Air
Force in Great Britain, then with Royal Air Force Units, Pierre
Clostermann was second to none.
Podpisane: Marszałek Sir John Slessor CCB DSO MC
Główny Dowódca RAF
Jako pilot myśliwski i dowódca jednostki, z rekordem 420 misji
wojennych, najpierw w sławnym dywizjonie Wolnej Francji "Alzacja" w Wielkiej Brytanii, następnie w dywizjonach RAF-u, Pierre Clostermann był
najlepszy z najlepszych.
***
Squadron Leader P.H. Clostermann DFC and Bar, 30973 FF, is an
exceptional fighter pilot who was in his third tour of operational
flying at the cessation of hostilities. Apart from his personal
victories recorded below, he is an extremely capable leader, whilst on
the ground, his wide experience for the award of the Distinguished
Service Order.
Podpisane: Sir Harry Broadhurst KBE,
DSO, DFC, AOC, TAF Fighter Command
(List adresowany do Generała Valina, Dowódcy Sztabu, 1 listopada 1945
roku wraz z listą zwycięstw Pierre'a Clostermanna).
Squadron Leader P.H. Clostermann DFC i Bar 30973 FF jest wyjątkowym
pilotem myśliwskim, który w chwili wstrzymania działań wojennych był w trakcie swojej trzeciej tury bojowej. Poza cytowanymi zwycięstwami jest
on niezwykle utalentowanym dowódcą eskadry, a jego duże doświadczenie
sprawia, że także na ziemi jest bardzo wartościowym przełożonym. Został
przedstawiony do medalu DSO.
***
Air Ministry, Seaford House 37 Belgrave Square - London SW 11 August
26th 1944. AFL 3/1614/575 - S/LT. P. H.
Clostermann
The immediate award of the DFC to the above French Officer was madę and
formally approved by the King on 7/7/44. The citation read as follow:
This officer has displayed outstanding courage and devotion to duty
through his operational career in the course of which he has destroyed
at least 11 enemy aircraft and damaged other military objectives.
Ten oficer wykazał się niezrównaną odwagą i poczuciem obowiązku podczas
swojej działalności operacyjnej, w czasie której zniszczył co najmniej
11 samolotów wroga i uszkodził inne cele wojskowe (1 DFC).
***
To FAF from Air Ministry - 128/AFL/3/6463 - May 28th 1945 - Lt. RH. Clostermann DFC FF 30973.
The above named officer on N° 3 Squadron RAF was granted an immediate
award of a Bar to the DFC formally approved by his Majesty the King on
2/4/45: The citation reads as follow.
Since being awarded the DFC this officer has participated to 70 new
operational missions during the course of which he has destroyed a further 12 enemy aircraft. Throughtout Lieutananat Clostermann has
displayed outstanding courage and ability and has proved to be an
inspiration to all.
Odkąd otrzymał order DFC, oficer ten wziął udział w dalszych 70
misjach, w czasie których zniszczył 12 kolejnych samolotów wroga. Cały
czas porucznik Clostermann wykazywał niezrównaną odwagę i okazał się
źródłem inspiracji dla wszystkich (2 DFC).
***
Uzasadnienie wyniesienia do orderu Komandora Legii Honorowej - decyzja
N° 208 J.O. z dnia 6/06/46 podpisana przez de Gaulle'a - jest
następujące:
Oficer i pilot myśliwski uosabiający najpiękniejsze tradycje
francuskiego patriotyzmu. Jego aktywność w walce służyć będzie zawsze za
wzór. Przydzielony do RAF-u, w sposób wybitny przyczynił się do chwały
Francuskich Skrzydeł. Kierował eskadrą, później grupą samolotów Tempest,
z niespotykaną odwagą. Kończy tę spektakularną kampanię w wieku 24 lat z bilansem 600 godzin lotów bojowych, odniósłszy 33 zwycięstwa powietrzne,
co daje mu tytuł Pierwszego Pilota Myśliwskiego Francji.
Podpisane: Charles de Gaulle
Wstęp
Wstęp
Kiedy czytam ponownie moje notatki, z których powstały strony Wielkiego
Cyrku, to natychmiast powracają uczucia z tamtych czasów, niestety,
nazbyt często przykre, i wrą w moim umyśle.
Jak sensownie odpowiedzieć ludziom, którzy zadają mi ciągle te same
pytania o wojnę: o pobudki i przyczyny moich działań?
Lartéguy miał chyba dobrą odpowiedź:
"Był jak torreador, kiedy przybysze z dalekich stron, nic nie
rozumiejąc, proszą go, aby opowiedział im o swojej walce, którą dopiero
co stoczył, a on jeszcze nawet nie pozbył się strachu i zdecydowanie
bliżej mu do zwierzęcia, które zabił w słońcu areny, niż do tych, którzy
nic o nim nie wiedzą".
Les Centurions
Duma, smutek i litość, złość, wściekłość i wstyd to uczucia, jakie budzi
we mnie okres 1939-1945.
Duma, ponieważ wziąłem udział w przygodzie Wolnej Francji, która nie
ma sobie równych oprócz epopei Joanny d'Arc i, być może, Rossela. Romain
Gary pisał, że jego ojczyzną była Wolna Francja i to dzięki niej (czyli
dzięki de Gaulle'owi) nie zostaliśmy najemnikami cudzoziemskiej legii
anglo-saksońskiej, jak wyobrażali to sobie Jean Monnet - Europejczyk,
czy później Murphy - Amerykanin. W ten sposób to, co zdołaliśmy uczynić
w służbie ojczyzny, zostało policzone w wielkiej księdze narodów na
konto Francji.
Smutek i litość, ponieważ widziałem umierających w płomieniach i ferworze walk powietrznych moich braci z Wolnych Francuskich Sił
Powietrznych i moich przyjaciół z Brytyjskich Sił Powietrznych.
Generał Christienne, nasz historyk wojskowy, pisze w swojej analizie
Typologia i motywacja Sił Powietrznych Wolnej Francji, wydanej przez
Instytut Historii Współczesnych Konfliktów:
"Piloci Wolnych Francuskich Sił Powietrznych, podobni w wielu sprawach
innym Wolnym Francuzom, ożywieni oczywistą motywacją patriotyczną,
zagorzali w chęci walki, muszą jednakże zostać oddzielnie
zakwalifikowani w historii Wolnej Francji. Ich sposób walki, jej
ciągłość, intensywność, ogromne ryzyko, jakie podejmowali, czynią z nich
całkiem specyficzną populację. Bardzo młodzi, bardzo wcześnie włączyli
się do walki i walczyli nieprzerwanie."
To oznacza po prostu, że na 287 tylko 69 pilotów Wolnych Sił
Powietrznych Francji wróciło żywych. 75% zabitych stanowi odsetek,
jakiego żadna inna jednostka aliancka nie osiągnęła czy też mogłaby
znieść. Na przykład, z 14 pierwszych pilotów Wolnych Francuskich Sił
Powietrznych, z Normandie-Niemen, którzy rozpoczęli akcje w ZSRR w kwietniu, już w październiku zostało tylko 4. Między nimi Roland de La
Poype i Albert, obaj wyniesieni później do godności Bohaterów Związku
Radzieckiego - to naprawdę rzadki honor. Ezanno, Andrieux, Fourquet,
Bordas, Mathey, Poype, Albert, Leblond, Jacques Remlinger, Risso i kilku
innych sławnych pilotów myśliwskich - są jeszcze dzisiaj żywymi
świadkami przeszłości jak skały, resztki pochłoniętego kontynentu, które
wynurzają się uparcie z oceanu zapomnienia. Niedługo będziemy tylko
kilkoma linijkami w księdze historii.
Nie żałujemy niczego, ponieważ, jak pisał Baudin, który dowodził szkołą
kadetów Wolnej Francji w 1940 roku, był to "czas czystości, niezłomności
i wyboru, który angażuje w pełni". To znaczy aż do śmierci! Nasza
motywacja była całkiem prosta: "Niemcy są w Paryżu", koniec kropka. Cała
reszta była dla nas tylko fikcją i dywagowaniem, wypaczającymi
świadomość narodową bądź służącymi za alibi dla nicnierobienia.
***
Złość zrodziła się w obliczu ogromnych strat wojny 1939-1945,
europejskiej wojny cywilnej, jak określił ją pewnego dnia generał de
Gaulle. Zmuszono nas do wzajemnego zabijania się z tymi godnymi podziwu
niemieckimi pilotami myśliwskimi, tak bliskimi nam z racji wieku i mentalności, umiłowania życia, pasji do nieba, których tylko kolor
mundurów i oznaczenia pod skrzydłami różniły od nas. Wszystko to już
pisałem zaraz po zakończeniu wojny i miałem ku temu słuszne powody, mimo
oszczerstw i nieporozumień. Powtarzam to także dzisiaj, nie bacząc na
żądania rewizjonistów.
***
Pochodzę z katolickiej gałęzi alzacko-reńskiej rodziny, która
rozdzieliła się po odwołaniu edyktu nantejskiego, kiedy to protestanci
wyemigrowali do Niemiec, potem jeszcze dzieląc się na luteran i kalwinów, jednych wyjeżdżających do Holandii, innych - do Anglii. Ren
stał się dwa wieki później nieprzekraczalną granicą tylko z powodu
przeklętego błędu: najpierw Bismarcka, następnie Wilhelma II, a w końcu
hitlerowskiego szaleństwa.
Ale rzeczywistość często przerasta wyobraźnię.
Pewnego dnia 1949 roku mój ojciec otrzymał z Niemiec list od dwóch pań
Klostermann - zakonnicy i starej panny - informujący, że odległa
niemiecka gałąź naszego rodu wygaśnie wraz z nimi, ponieważ ich
bratanek, pilot Luftwaffe, zginął w czasie wojny, zaś jego ojciec zmarł
w Rosji, a matka padła ofiarą straszliwego bombardowania Drezna przez
aliantów, które w jedną noc przyniosło więcej ofiar śmiertelnych niż
bomba w Hiroszimie!
35 lat później z archiwów Luftwaffe dowiedziałem się, że porucznik Bruno
Klostermann, pilot myśliwski w 2 eskadrze III Dywizjonu 300 Pułku
Myśliwskiego, został zabity w wieku 18 lat, 14 lutego 1945 roku, na
zachód od Hamburga. To był czarny piątek Luftwaffe, która straciła tego
dnia 107 pilotów myśliwskich, a kolejnych 32 zostało rannych! Otóż
kwadrans później, dokładnie o 12.00, mniej niż 100 kilometrów stamtąd,
zaledwie kilka minut lotu, z czterema Tempestami z Dywizjonu 3 i czterema Tempestami z Dywizjonu 86, powstrzymaliśmy 10 Focke-Wulfów 190
z IV Dywizjonu 3 Pułku Myśliwskiego z Gutersloh. Tylko cudem nie
spotkałem i nie walczyłem tego dnia z nieznanym mi kuzynem, którego geny
nosiły ten sam zapis co moje! Co za absurd!
Ten czarny piątek miał miejsce po 1 stycznia 1945 roku, kiedy to w ciągu
godziny Luftwaffe zestrzeliła 232 pilotów alianckich, w tym dwóch
dowódców pułku, sześciu dowódców dywizjonu i 28 dowódców eskadry... I tak
toczyło się to jeszcze w piekielnym i nieludzkim tańcu aż do 8 maja 1945
roku, zamieniając północne Niemcy w gigantyczną zbiorową mogiłę
samolotów i pilotów!
***
W liście do André Gide'a Saint-Exupéry podaje smutną i pożałowania godną
definicję odwagi: "Trochę wściekłości, trochę próżności, trochę
pospolitej sportowej satysfakcji...".
Zgodzę się z nim, jeśli idzie o wściekłość, bo ją znam, ale próżność?
Czy to przez próżność Saint-Exupéry zechciał z trzyletnim opóźnieniem
wziąć udział w naszej walce, próbując pilotować P-38, a wcześniej, jako
nieświadomy rzecznik Vichy, tłumaczył USA, że Francja powinna
odpokutować, a Rooseveltowi, że de Gaulle miał być drugim Hitlerem?!
Pospolita sportowa satysfakcja? Dajmy spokój! Kiedy na końcu drogi jest
strach, śmierć i szlachetność dobrowolnie podjętej ofiary? Pospolita
satysfakcja sportowa dla pilotów argentyńskich na Falklandach
nurkujących z prędkością 600 węzłów w sam środek angielskiej floty?
Sportowa satysfakcja? Co znaczyły te słowa dla dwudziestoletniego
japońskiego pilota kamikaze przeżywającego swoją noc w Ogrodzie Oliwnym
ze świadomością, że słońce, które wzejdzie na horyzoncie, rozświetli
jego ostatni dzień?
Nieszczęśliwa wypowiedź wielkiego pisarza czy samousprawiedliwienie?
Pokój jego duszy - zapłacił życiem.
***
Nie mogłem znaleźć lepszego wstępu do najnowszego wydania Wielkiego
Cyrku niż to, co napisał kiedyś Wing Commander RAF-u, Peter Brother,
były dowódca Pułku Myśliwskiego z bazy w Tangmere (cytowane przez Icare,
nr 213):
"Ze wszystkich naszych zdolności pamięć jest najbardziej zawodna. Dobre
wspomnienia zostają, a złe na szczęście się zacierają. Latanie
myśliwcami w 1940 roku zapamiętam jako czas wszechobecnego słońca; czas
snu kradzionego na pierwszym napotkanym krześle; dni, kiedy
najdrobniejsza uwaga prowokowała prawie histeryczny śmiech; niepokój i strach, nieustanny strach, podczas niekończącego się oczekiwania, który
znikał przy starcie; narastającą trwogę przychodzącą po chwilach paniki,
kiedy zostało się trafionym; radość z widoku zestrzelonego przeze mnie
samolotu wroga i wyrzuty sumienia, kiedy jego załoga nie mogła się z niego wydobyć; stratę przyjaciół; zmęczenie."
Często odnajdywałem w moich zeszytach z lat 1942-1945 słowo "strach", bo
jest on stałą, której nie można zignorować w działaniu, od której zależy
życie albo śmierć, i do stawienia czoła której nic w naszym
poprzedzającym wojnę życiu nas nie przygotowało. Dlaczego miałbym to
ukrywać? Spróbujmy więc zdefiniować strach - prawdziwy strach, a nie lęk
słabych, trwożliwych i niespokojnych. Strach jest bratem przyrodnim
odwagi. Jedno nie istnieje bez drugiego, to oczywiste, ale jest to
również kwestia proporcji. Często pytano mnie o strach. Pytanie to
zasługiwałoby na długą odpowiedź, nad którą wiele razy się
zastanawiałem. Nasz język proponuje tylko synonimy słowa "strach", bez
niuansów. Anglosasi mają dwa słowa, z których każde definiuje inne
stadium i inny aspekt strachu: słowo fright, które oznacza
natychmiastowy fizyczny szok wobec nieoczekiwanego wydarzenia, i słowo
fear określające wzrastającą trwogę, która dławi, powolny proces
psychologiczny, który paraliżuje rozumowanie i działanie.
Wybuch pocisku 20 milimetrów 30 centymetrów za twoją głową na płycie
tylnego opancerzenia jest jak uderzenie pięścią w splot słoneczny. Usta
natychmiast wysychają i masz okropne uczucie duszenia się w masce
tlenowej, przed oczami pojawia ci się czerwona płachta, a porażone
bębenki przekazują do twojego mózgu jedynie ogromny huk.
To właśnie w tym momencie samokontrola musi wziąć górę nad wszystkim,
przywrócić cię do normalności i pozwolić dalej walczyć. Możemy to
również nazwać prostą odwagą. Musisz działać dalej, nie dopuszczając do
żadnej refleksji, nie zostawiając sobie czasu na rozważanie za i przeciw
w zamęcie umysłu, który to zamęt czasami jest po prostu początkiem
paniki. Często trzeba decydować natychmiast: uciekać czy działać? Bywa,
że ucieczka to tylko strach, który nie ma odwagi wypowiedzieć swojego
imienia i chowa się często pod płaszczem rozsądku. Bywa też gorzej:
strach może rodzić paraliż, wszelkie odruchy blokowane są przez mózg w stanie szoku, który chwilowo nie wydaje żadnych poleceń.
Często byłem świadkiem, aktorem lub ofiarą dwumianu odwaga strach.
Dzięki Bogu, nigdy nie byłem dotknięty, jak niektórzy, paraliżem w walce
powietrznej. Wywoływała ona u mnie raczej poryw energii i agresji,
sprawiając, że traciłem, przyznaję to, wszelką ostrożność i wszelki
respekt dla zasad dyscypliny. Moi szefowie zarzucali mi to często i dopiero sam będąc dowódcą, uwolniłem się od tego. Czy był to odruch
znoszący wszelką ostrożność na widok Focke-Wulfa 190? Czy można było
nazwać to odwagą, skoro błyskawiczny rozwój sytuacji i gwałtowny
zastrzyk adrenaliny nie pozostawiały chwili do namysłu? W przeciwieństwie do tego, 30 bądź 40 minut lotu w kierunku celu
napawającego strachem, czy też ostrzeliwanie świetnie strzeżonego
lotniska, by wypełniając misję, przeciąć ścianę pocisków wypluwanych w szaleńczym tempie przez dwudziestomilimetrowe poczwórnie sprzężone
działa, dawało czas na rozmyślanie. Pozwalało zagnieździć się najpierw
obawie, potem u niektórych (także u mnie) pewnej formie lęku. Jednak
kiedy już rozpoczynało się nurkowanie do ataku, to konieczność
precyzyjnego pilotowania samolotu poruszającego się z maksymalną
prędkością oraz szybkie wyszukiwanie celu - w balansującej maszynie,
która przesuwa się z prędkością 200 m/s - powodowało, że strach znikał
jak kreda za jednym maźnięciem gąbką po czarnej tablicy! I wreszcie
uczucie ulgi, to cudowne poczucie odrodzenia, gdy daleko z tyłu, już
nieszkodliwe małe białe obłoki wystrzałów artylerii przeciwlotniczej w ciasnych rzędach zawisały na niebie... Kolejny raz zostałem ostrzelany i nietrafiony... Jednak ulga mogła jedynie maskować powolną utratę kontroli
nad samym sobą.
Stosowanie leków na uspokojenie i amfetaminy skrywało przez jakiś czas
zewnętrzne oznaki strachu, ale kiedy proces został raz rozpoczęty, to
tylko całkowite przerwanie działań, które były jego przyczyną, mogłoby
uratować. Dlatego rola dowódcy, podobnie jak lekarza eskadry, była
kapitalna - wyśledzić na czas u dobrego pilota symptomy i bez zwłoki
wysłać go na odpoczynek. RAF posiadał w tym celu dwie czy trzy bardzo
piękne posiadłości na wsi.
Odwaga nie jest ani nieświadomością, ani fanfaronadą. Nieświadomość
trudniej się ujawnia niż fanfaronada, która rzuca się w oczy przez
ciągłe zachowanie, tak na ziemi, jak i w czasie misji.
Wszystkie te cząstkowe komentarze rozsiane po trzech zapisanych przeze
mnie zeszytach odnoszą się do tego, co znam, co odczuwałem, przeżywałem
lub widziałem u pilotów dywizjonów, w których walczyłem.
***
Lordowi Moranowi, osobistemu lekarzowi rodziny królewskiej oraz
Churchilla, któremu towarzyszył we wszystkich jego podróżach,
Ministerstwo Obrony zleciło badania nad zachowaniem żołnierzy walczących
w 1917 i 1940 roku. Napisał on w efekcie esej zatytułowany The Anatomy
of Courage (Anatomia odwagi). W 1917 roku Lord Moran sprzeciwił się
nieludzkiej praktyce klasyfikowania załamania nerwowego jako LMF (Lack
of Moral Fiber - brak siły moralnej) i umieszczania tego w dokumentach
żołnierzy, którym puściły nerwy. To hańbiące określenie piętnujące
oficera istniało od czasu kampanii indyjskich i sudańskich, i nieszczęśnikowi pozostawał wtedy, w 1900 roku, tylko wybór między hańbą
a samobójstwem...
Lord Moran jako pierwszy utrzymywał, że strach, odwrotnie niż odwaga,
która bierze się z woli, jest tylko reakcją obronną ciała posuniętego do
ostateczności okropnościami, które się widzi - krwawymi resztkami
towarzyszy - i okropnościami, które samemu się przeżywa w trakcie walki.
W konsekwencji to, co zbyt łatwo nazywano "tchórzostwem", było w większości przypadków chorobą podlegającą domenie medycyny
psychiatrycznej, a nie rady wojennej!
Żeby zanalizować odwagę, przede wszystkim obserwował on klinicznie
pilotów myśliwskich, robił to podobnie w 1917 i 1940 roku, szczególnie
podczas bitwy o Anglię, uważając, że wtedy zjawisko to objawiało się w czystej postaci bez wpływów zewnętrznych. Pilot myśliwski w swoim
jednomiejscowym samolocie, którego same parametry już czynią go
niebezpiecznym, jest sam na rozległym niebie, praktycznie bez możliwości
schronienia. Musi sam decydować o swoim losie, działać lub uciekać bez
świadków. Najmniejsza rana może dla niego być śmiertelna. Nie ma
pociechy z walki ramię w ramię ze swoim towarzyszem broni, nie ma pomocy
ze strony innych żołnierzy ze swojej kompanii, pomocy rannemu, nadziei
na szpital i przeżycie, walki pod okiem dowódcy. Odwaga może również być
zbiorowa, tak jak strach, który zamienia się w panikę i grupową
ucieczkę, co przecież także dobrze znamy!
Kluczowe zdanie z eseju Morana zasługuje na zacytowanie:
"Kiedy piszę o rodzeniu się strachu, myślę o czymś, co głęboko rani i co
nie jest tremą, która przechodzi, kiedy już aktor jest na scenie.
Prawdziwy strach pojawia się tylko u ludzi, którzy stawili czoła
śmierci! To jest, generalnie, poza rzadkimi wyjątkami, długi proces,
który zaobserwowałem u pilotów Royal Air Force. Zaczyna się to na ogół
dziwnym poczuciem osobistej nienaruszalności, które kończy się brutalnym
zderzeniem z rzeczywistością wojny i zagłady. To uświadomienie sobie, że
nagła śmierć za sterem ciasnego Spitfire'a jest możliwa, tak jak śmierć
tych, którzy już nie wrócili. Więc staramy się ukryć to jak najgłębiej w nas samych - i tu możemy bez wątpienia mówić o miłości własnej w pełnym
sensie tego wyrażenia, miłości swojej twarzy, której nie chcemy zobaczyć
zniekształconej przez ogień, jak twarze niektórych towarzyszy, miłość
swojego ciała, którego nie akceptujemy poćwiartowanego w stercie
dymiącego żelastwa...".
Chciałbym do tego dodać, że u niemieckich pilotów myśliwskich występował
w nadmiarze również fetysz męskości - kompleks macho, jakbyśmy
powiedzieli dzisiaj - takie pełne pychy staroniemieckie umiłowanie
broni, snobizm przynależności do apolitycznej arystokracji obrońców
ojczyzny, na przykład powszechna odmowa nazistowskiego powitania, nawet
w obecności Hitlera.
***
Co powiedzieć na zakończenie? Strach będzie zawsze mieczem Damoklesa
zawieszonym nad głową każdego żołnierza. Każde doświadczenie, każda
pojedyncza walka na niebie przerywa nitkę sznura, który go podtrzymuje.
Przytwierdzony do swojego siedzenia, z dopasowanym hełmem, przypiętym
spadochronem, opuszczoną osłoną izolującą go od całego świata - pilot,
jaki by nie był, jest całkowicie samotny. Tak jak podczas pojedynku wie,
że kiedy już skrzyżowano szpady, to nie ma innego wyjścia poza śmiercią.
Własną lub przeciwnika.
Powtórzmy, że nieliczni są ci, którzy kiedykolwiek, w zimny poranek
potrafiliby wbić stalowe spojrzenie w oczy człowieka, którego trzeba
było zabić lub który miał zabić ciebie. Bardzo nieliczni są wreszcie ci,
którzy mogą zmierzyć się - na niebie, bez schronienia - z szybkim i cichym jak pstrąg, niebezpiecznym jak kobra - samolotem przeciwnika.
Rzadka prawdziwa odwaga oddzieli zawsze ziarno od plew! Trzeba było to
przeżyć, żeby zrozumieć!
W ciągu wielu lat moi koledzy, piloci myśliwscy z Wolnych Francuskich
Sił Powietrznych, a także ja sam przeżywaliśmy to. Wielki Cyrk jest
właśnie o tym!
***
Świat pilotów myśliwskich jest dziwny, jakby poza czasem, zarazem
zamknięty i bez granic. Czy to wspólny przywilej zabijania lub bycia
zabitym łączy ich w zamęcie walk powietrznych, niemającym porównania z niczym? Czy ich braterstwo narodziło się z miłości do latania i ze
wspólnej zawodowej pasji do samolotów o wysokich parametrach, zawsze tej
samej, od Spada do Miga 21, od Fokkera D VII do Spitfire'a, od
Messerschmitta 109 do F 105?
Są bohaterami spraw słusznych i czarnymi charakterami spraw
niesłusznych, zależnie od koloru tuszu w urzędzie propagandy, a kończą
często w dymiących szczątkach samolotu na zboczu wzgórza.
***
Widziałem, dokładnie 30 lat po moim przybyciu do Dywizjonu 341 "Alzacja"
Wolnych Sił Powietrznych Francji w Edynburgu, mojego najstarszego syna
zapinającego pasy na siedzeniu swojego Mirage IIIE, z Eskadry
Myśliwskiej 3/2 "Alzacja". Na lotnisku bazy w Dijon, w huku silników
odrzutowych Atar, znów ujrzałem siebie w moim Spitfirze z krzyżem
Lotaryngii, z bijącym sercem, z dwoma palcami na przyciskach
rozruchowych silnika Rolls-Royce'a.
Koło życia znów zatoczyło 360°. Byłem już tylko niedobitkiem
przeszłości, a Wielki Cyrk - moim świadectwem. Dlatego chciałem, żeby
tekst tego wydania pozostał niezmieniony, taki sam jak w moich zeszytach
z lat 1942-1945.
Zostały tu dodane tylko niepublikowane wcześniej strony z tych zeszytów,
usunięte w 1947 roku z powodu braku papieru, zwiększając objętość
Wielkiego Cyrku w porównaniu z rokiem 1948. Przedmowa z 1947 roku
znajduje się w aneksach do tego - kompletnego - wydania.
***
Chciałbym zadedykować, jak torreador, to wydanie z roku 2000 moim
wczorajszym przeciwnikom, żywym lub martwym, a dzisiejszym przyjaciołom,
z których Niemcy, teraz nasz sojusznik, a nawet cała Europa... mogą być
dumne! Rudelowi, Gallandowi, Guntherowi Rallowi, Prillerowi,
Barkhornowi, Hartmannowi, Krupinsky'emu i wielu innym.
Chciałbym również, aby młodzi czytelnicy Wielkiego Cyrku wspomnieli
tych wszystkich francuskich pilotów myśliwskich z maja 1940 roku,
angielskich z września 1940 roku, amerykańskich z Filipin ze stycznia
1942 roku, pilotów Luftwaffe z 1945 roku i argentyńskich z maja 1982
roku. Zostali poświęceni na ołtarzu cudzych konfliktów: polityków,
niekompetentnych generałów, bezwolnych ludów. Powinniśmy ich podziwiać,
nie użalając się wszakże nad nimi, ponieważ w ostatniej chwili życia
mogli powiedzieć: "Przeżyłem w moim samolocie to, czego inni nie zaznają
nigdy".
Październik 1939. Siedzę jak na rozpalonych węglach. Październik 1941.
Jeszcze wieki czekania, zanim będę mógł wreszcie wstąpić do Akademii
Lotniczej. W San Diego latam codziennie, trenuję akrobacje, ale Ryan ST
nie jest Curtissem czy Dewoitinem 520, o których marzę... Jeszcze 18
miesięcy, zanim otrzymam dyplom.
Czerwiec-lipiec 1940. Wszystko się zawaliło. Smak popiołu w ustach. Wraz
z nowinami o klęsce dociera do nas szybko przez Altlantyk poczucie
wstydu. Wstydu, który cała Francja wyraża w tragicznym wierszu Claudela.
Ten wiersz cytował później z pasją de Gaulle:
Zbyt wiele wycierpiałam, za dużo mi uczyniono,
Wszystkie te ciosy się nie liczą,
Jestem stara, wszystkiego już doświadczyłam,
Ale nie byłam przyzwyczajona do wstydu.
Odczuwam ten sam wstyd i gorycz porażki, która zabija nadzieję na
podjęcie walki w służbie, było nie było, Francji. Staram się to
zrozumieć, ze łzami w oczach, wieczorem w moim pokoju. Ten kontrast
między niewiarygodną odwagą naszych ojców w latach 1914-1918 i żałosnym
spektaklem, jaki zaprezentowali ich synowie tej wiosny 1940 roku. Na
moim łóżku rozłożone są strony niedzielnego dodatku dziennika "San
Francisco Post" ze zdjęciami niekończącego się pochodu naszych jeńców,
przygarbionych w swoich anachronicznych płaszczach, w owijaczach,
ciągnących swoje chlebaki. To budzące litość stado nadzorowane jest
przez kilku blond chłopców w szortach, furażerkach i koszulach, z pistoletem maszynowym pod pachą. W tym stadzie są ci, co udają zuchów, i ci, co śmieją się szyderczo, bo to już koniec: niczym nie zaryzykowali,
nic z siebie nie dali i myślą, że niedługo wrócą nieskalani do swoich
domów. Odnalazłem ten sam wyraz w momencie wyzwolenia, cztery lata
później, na podłych twarzach tych, którzy strzygli kobiety... Inni mają
zagubiony wzrok i pochylone głowy w tchórzliwej rezygnacji.
Następnego dnia wieczorem idę do kina obejrzeć Przeminęło z wiatrem.
Przed filmem nadają aktualności, połowa z US, połowa z UFA2. Tu
znowu jeńcy, smutny symbol klęski, defilują tysiącami przed niemieckimi
kuchniami polowymi, gdzie przychodzą po zupę, którą rozdają im
rozweseleni żołnierze Wehrmachtu. Opierając się o ogrodzenie dla krów,
patrząc obojętnie na ten spektakl, z wiszącym papierosem przyklejonym do
dolnej wargi, z kepi na bakier założonym a la "hultaj", z błyszczącymi
sztylpami, stoi sobie grupka francuskich oficerów, zapewne rezerwistów,
zbyt tłustych i zbyt zadowolonych, przekonanych, że dzięki tej klęsce
zdemobilizowani szybko wrócą do domu... W przerwie zapala się światło i boję się, że ktoś - któryś z moich profesorów, kolega z klasy lub widz -
poklepie mnie po ramieniu, pytając, czy przypadkiem nie jestem
Francuzem, i że, przełknąwszy wstyd, odpowiem mu, że jestem
Kanadyjczykiem! I kogut zapieje trzy razy!
Skąd ta haniebna kapitulacja mojego kraju? Dlaczego? Dlaczego? Staram
się to zrozumieć...
Wiem jednak niestety, bo dobrze znam historię współczesnej Francji, że
konsekwencje demograficzne i polityczne ogromnej rzezi 1914-1918 mocno
tu zaważyły. Cztery miliony byłych żołnierzy, którzy przeżyli, a z których większość została ranna, nabyli za III Republiki głębokiej
niechęci do parlamentu, która miała wypłynąć na powierzchnię później,
wraz z państwem Vichy.
Slogan "nigdy więcej wojny" narodził się u milionów sierot, 620 000 wdów
wojennych, wśród tych pokoleń pozbawionych elit. Z 800 studentów
Sciences Po3 w 1914 roku rok później pozostało tylko 72. W Normale
Sup4 ponad setka z 211 została zabita przez wroga. W ten sposób
jakaś forma durnego pacyfizmu miała nas doprowadzić do tej nowej wojny,
której się poddano, a nie którą podjęto, jak również - nieuchronnie - do
rządów Pétaina.
Utalentowani pisarze Dorgel?s, Barbusse, Genevoix, Paul Chack i wielu
innych, w tym przetłumaczeni Niemcy (Drewniane krzyże, Ogień,
Verdun, Na zachodzie bez zmian Ericha Marii Remarque'a) przyczynili
się wraz z Celinem, Deatem, Drieu'em i innymi intelektualistami do
stworzenia tego, co stało się wypaczonym i ślepym patriotyzmem Vichy.
Zrozumiałem to później. Wypaczonym, ponieważ, odwrotnie niż propaganda,
odwracał się plecami do naszej historii. Ślepym, ponieważ koniec końców
niemieckie mundury były wszędzie w okupowanym Paryżu i nazistowska flaga
była dobrze widoczna na Łuku Triumfalnym, a szczególnie w Strasburgu, na
naszej katedrze. Pétain połączył praktycznie cały, wcześniej skłócony ze
sobą, polityczny wachlarz - Bergery'ego, radykalnego socjalistę,
Doriota, komunistycznego mera Saint-Denis, Déata, socjalistycznego
posła, faszystę Drieu'a, i wszystkich parlamentarzystów lewicy, którzy
na niego głosowali!
Ze spokojnym sumieniem większość naszych rodaków jakoś się urządzi po
klęsce, przyzwyczają się do okupacji i reglamentacji. Jeńcy będą tkwić w swoich stalagach, politycy przyjmą postawę wyczekującą lub zaangażują
się w fasadowy ruch oporu, głównie literacki. Armia pozostanie w zawieszeniu działań wojennych, a marynarka wojenna - w swojej nienawiści
do Anglików!
Ach! Gdyby wiedzieli, że wojna będzie trwać tak długo (druty kolczaste,
brukiew, obniżony żołd bezczynnych żołnierzy), wszyscy ci ludzie bez
energii i miłości własnej, którzy zapomnieli o Francji, być może
zachowaliby się inaczej, przynajmniej można mieć taką nadzieję!
Wtedy właśnie otrzymałem od mojego ojca list, w którym prosił mnie, abym
poszukał w tygodnikach amerykańskich, "Life" lub "Time", lub w dziennikach, czegoś o pewnym de Gaulle'u, wzywającym z Londynu do
kontynuowania walki. W końcu wyszperałem w bibliotece mojego
uniwersytetu i wyciąłem z "Washington Post" jedną czwartą kolumny ze
zdjęciem osoby o smutnej i surowej twarzy, w generalskim kepi z liśćmi
dębu. Wysłałem ojcu to do Rio, gdzie był na placówce. Miesiąc później
kolejny list od ojca informuje mnie, że jedzie dołączyć do tego de
Gaulle'a w Afryce lub Londynie, razem z dowódcą Valinem, naszym
attaché obrony ds. wojsk lotniczych w Brazylii, a ja mam zorganizować
wysłanie kobiet do Brazzaville, które stało się stolicą Wolnej Francji.
Ojciec pisze też, że ja sam jestem już dużym chłopcem i że nieczęsto
nadarza się okazja zrobienia czegoś dla swojego kraju, więc ma nadzieję,
że dołączę do niego w Londynie... Dodaje, że taka okazja nigdy nie trafia
się dwa razy!
Siedząc na plaży w Malibu, czytam powtórnie ten list. Wojna wydaje się
tak odległa, ale wiem, że nie mam już wyboru. Zawdzięczam mojemu
ojcu5 to, że na nią poszedłem, i mojej matce, że z niej wróciłem.
Jestem jedynakiem. Co mogła czuć moja matka? Jest Lotarynką, tak jak
ojciec Alzatczykiem. Są przyzwyczajeni, z pokolenia na pokolenie, do
takich poświęceń. Pamiętam kamień na skraju drogi w pobliżu fabryki De
Dietrich w Niederborn, który jako małemu chłopcu mi pokazano - skromne
votum wykute na pamiątkę przodka, podpułkownika George'a Clostermanna
zabitego w Reichoffen, służącego w brygadzie Michel w 1870 roku.
Czytam w prasie o dokonaniach Royal Air Force. Decyzja zostaje podjęta:
to nie będzie Dewoitine 520, ale Spitfire. Guynemer, Fonk, Navarre, te
wspomnienia lektur czytanych z pasją w szkolne czwartki w Paryżu odżyją
dla mnie, przynajmniej mam taką nadzieję...
Decyzja została podjęta. Proszę o spotkanie z rektorem CALTEC, mojego
uniwersytetu, i przedstawiam mu mój problem. Przyjmuje mnie z uśmiechem,
jest zdziwiony, bo myślał, że jestem Brazylijczykiem6
i dzieli się ze mną sympatią dla Anglików (nie ma wtedy wielu takich
Amerykanów), dodaje, że skonsultuje się z radą naukową, żeby znaleźć
rozwiązanie w kwestii mojego dyplomu. Mam zresztą już zaliczenia
praktycznie ze wszystkich przedmiotów i doszedłem do dean's list w zeszłym roku.
Osiem dni później przystępuję do ważnego egzaminu ustnego.
Przewodniczącym komisji jest Mr Hall, dyrektor Ryan College, sekcji
aeronautycznej California Technical Institute. Hall jest inżynierem,
który kiedyś narysował Spirit of St. Louis Lindbergha, dzisiaj moim
profesorem aerodynamiki i mechaniki płynów. Wszystko odbywa się
szczęśliwie i otrzymuję dyplom przyznający mi tytuł inżyniera
aeronautyki. Mój patent pilota komercyjnego otrzymuje również pieczątkę
CAB, Civil Aueonautic Bureau, z liczbą 315 zapisanych godzin w moim
dzienniku lotów.
Teraz już nic mnie tutaj nie zatrzymuje. Muszę szybko dostać się do Rio,
co nie jest łatwe. Hall pisze do Lindbergha, wiceprezesa Panam, i osiem
dni później przychodzi do mnie pocztą darmowy bilet Miami-Rio, do
którego dołączona jest wizytówka sławnego pilota ze słowami: Good
luck.
Kości zostały rzucone. San Francisco-Miami w DC 3 Eastern,
Miami-Panama-Natal-Rio de Janeiro w hydrolocie Sikorsky - linii Panam.
To trochę skok w próżnię, w jaką przyszłość?
Cztery miesiące później zorganizowałem wyjazd kobiet do Afryki
Południowej, skąd dotrą do Brazzaville. Spędzam smutne Boże Narodzenie i w końcu, po kilku komplikacjach, Anglicy okrętują mnie w Montevideo na
nowozelandzki parowiec płynący do Anglii.
Zaokrętowano mnie na pokład "Rangitata", parowca angielskiej Kompanii
Pacyfiku z dwoma sławnymi żółtymi kominami.
Nie ma jeszcze zorganizowanych konwojów, eskorty czy kamuflażu. Jest to
już jednak początek wielkiej epoki U-Bootów, które zatapiają setki
okrętów alianckich. Kapitan mówi mi, że sister-ship naszego statku,
"Rangitiki", został zatopiony przez krążownik "Graf Spee" w Rio de la
Plata. Dlatego też Anglicy, dla szybkich statków takich jak nasz, na
trasach, takich jak nasza, podejmują specjalne środki ostrożności.
Przecinamy więc południowy Atlantyk w kierunku Europy, poniżej 50° i przylądka Horn, potem płyniemy na granicy antarktycznych pływających gór
lodowych, aż po krańce Afryki, i dalej, w górę, na północ, wzdłuż prądu
Bengalskiego, gdzie marynarka południowo-afrykańska partoluje z zasady.
Jestem podczas 45 dni jedynym pasażerem "Rangitata", którego ładownie są
wypełnione zbożem i mięsem w konserwach. Mam wspaniały apartament, a istruktor gimnastyki ma tylko mnie za ucznia i chce zrobić ze mnie
olimpijczyka. Pływam w basenie z letnią morską wodą, a przy stole
kapitana serwuje się kuchnię z trzema gwiazdkami! Jednym słowem, podróż
jak marzenie.
Pierwszy postój w Afryce to Freetown, które stało się głównym portem
alianckim na Altantyku. Jestem w korytarzu, kiedy słyszę nagle miedziany
warkot. Serce mi staje. Mój Boże, ten wściekły dźwięk... ten silnik
samolotu to może być tylko Rolls-Royce.
Spieszę na mostek i widzę... Hurricane'a przelatującego nad masztami
okrętów stojących na redzie. To pierwszy samolot myśliwski RAF-u "z krwi
i kości", którego widzę. Wzbił się świecą w niebo i nagle pomyślałem,
czekając, aż zawyje nade mną, że oto moja młodość się skończyła i właśnie skoczyłem na równe nogi w świat wojny, gdzie człowiek szybko się
starzeje.
***
Od tej chwili nic już nie jest takie samo. Teraz to jest inny świat,
wojna staje się bardziej namacalna, niebezpieczeństwo - bardziej realne.
Dołączyliśmy do konwoju, śpię w ubraniu, z kamizelką ratunkową pod ręką,
z dokumentami i pieniędzmi w małej szczelnej torbie, którą dał mi lekarz
pokładowy, i która jest przytroczona do mojego paska.
Parowiec został natychmiast oblężony przez żołnierzy i pielęgniarki.
Koniec mojego pięknego spokoju, zaprawionego zaledwie odrobiną lęku,
kiedy to w nocy dochodził do mnie głuchy huk min głębinowych, a wstrząsy
powodowały pobrzękiwanie szklanek na umywalce, a potem przenikliwe
klaksony alarmowe torpedowców z eskorty i ich głośniki nerwowo
wykrzykujące rozkazy!
***
Wreszcie o świcie smutnego poranka przybijamy do Liver-poolu,
bombardowanego z pewnością całą noc. Doki są całe pokryte popiołem.
Wielki okręt leży na burcie w wodzie pokrytej grubą warstwą mazutu.
Śnieg, który pada z nieba, jest szary, wymieszany z sadzą. Na mostku
śmieszny spektakl strażaków z wężami. Spalone wagony, które jeszcze
dymią, dźwigi poprzewracane na nabrzeżu, ludzie biegający we wszystkie
strony. Schodzę do mojej kabiny po rzeczy, moją walizkę, moje wędki,
które oczywiście wziąłem ze sobą. Steward mnie zatrzymuje i każe
poczekać. Wtedy dostrzegam dwóch angielskich oficerów służb
bezpieczeństwa, którym towarzyszy policjant. Pytają mnie, czy jestem
Pierre Clostermann i proszą, żebym im pokazał mój paszport, którym był
jedynie travel document wydany przez angielską ambasadę w Rio. Patrząc
na mnie, z pewnym zdumieniem spytali, co zamierzam tu robić z moimi
wędkami.
- To dowód, że wierzę w ostateczne zwycięstwo, inaczej zostawiłbym je w Rio de Janeiro.
Ich angielska flegma musiała utknąć im w gardłach.
Byli mało usposobieni do żartów pośrodku tych ruin i pożarów... A ja w tym
momencie zacząłem się zastanawiać, czy mądrze było opuszczać San Diego.
Zadając sobie to pytanie, myśląc o ładnych dziewczynach z Malibu, o słońcu, przeskakuję z moją "asystą" przez węże strażackie, słyszę
dzwonki wozów gaśniczych, krzyki, hałas toporów obcinających zwęglone
szkielety hangarów i czuję zapach spalenizny!
Tłumaczą mi, że musimy poczekać na nocny pociąg. Poznaję wtedy bardzo
specyficzną atmosferę angielskiego komisariatu policji, z zapachem
tytoniu fajkowego i piwa.
Dzień mija i zaczynam umierać z głodu. Komendant posterunku, który
mieszka piętro wyżej, prosi swoją żonę, żeby przyniosła mi kanapkę.
Trochę margaryny i kiełków soi między dwiema kromkami chleba. Jem bez
entuzjazmu. Jestem jeszcze przy hamburgerach i krabach na parze z przystani w San Francisco!
Następnie wsiadam do pociągu, z dwoma policjantami trzymającymi mnie pod
ręce. To normalne, że zachowują ostrożność i że zanim sprawdzi mnie
ochrona, uważają mnie za potencjalnie podejrzanego i jako takiego
traktują. Policjanci ewakuują jeden przedział, bo mam podróżować sam z moją eskortą, bez kontaktów zewnętrznych, jak trędowaty. Wszędzie
dookoła tłok. W korytarzu, stłoczeni jedni na drugich, stoją żołnierze.
Przy wjeździe na dworzec King's Cross syreny Londynu ryczą i to jest mój
pierwszy alarm...
Czeka na nas samochód, żeby mnie odwieźć - ciągle pod dobrą ochroną - do
Patriotic School. Wszyscy Wolni Francuzi i tysiące patriotów z krajów
okupowanych, którzy przybyli do Anglii, by walczyć, przeszli przez nią,
począwszy od stycznia 1941 roku. Oczywiste jest, że między nimi Niemcy
usiłowali przemycić swoich szpiegów; byli tam, chociaż bardzo ostra
selekcja pozwalała bardzo szybko ich wyłapać.
Przesłuchania w systemie angielskim były inne niż na Gestapo i prawdopodobnie bardziej skuteczne. Tortury miały tę wadę, że w większości przypadków paraliżowały "pacjenta", ogłupiając go i powodując
blokadę. Anglicy, przeciwnie, starali się zdobyć zaufanie
przesłuchiwanego. Wszystko odbywało się przy filiżance herbaty i papierosie. Luftwaffe w Dulag-Luft, w znacznie lepszym stylu niż
Gestapo, używała archiwów z przesłuchań innych więźniów RAF-u oraz ich
kartotek, w których metodycznie zbierano wszystkie informacje, w tym na
przykład imię psa - maskotki eskadry, dostrzeżonego na zdjęciu. Kiedy
pilot tej samej eskadry został zestrzelony i uwięziony, a przesłuchujący
z Luftwaffe, bardzo kurtuazyjny, mówił mu, że już i tak wie wszystko, na
przykład zna imię psa, o którym mowa, jak również kelnerki w ulubionym
pubie jego jednostki, to było to, można sobie wyobrazić, dość
deprymujące!
Patriotic School - co za humorysta tak ją nazwał! - jest wysokim
budynkiem z czerwonych cegieł, w stylu public school, bardzo
odpychającym i to począwszy od solidnej bramy wejściowej, gdzie dwa
stare ogołocone kasztanowce witają smutno, zwykle w strugach deszczu,
swoich "gości"...
Następnego dnia rano stawiam się na pierwsze przesłuchanie do sali
lekcyjnej, jeszcze z czarną tablicą na ścianie. Mam przyjemność z flegmatycznym oficerem angielskim, odznaczonym Military Cross, bardzo
uprzejmym, nad wyraz miłym. Jego wzrok przeczy jednak uśmiechowi, kiedy
proponuje mi tradycyjną filiżankę herbaty. Zadaje mi po francusku, z nienagannym akcentem, niewinne pytania w stylu:
- Więc odbył pan studia w Paryżu?
- Tak.
- W jakiej szkole?
- W Notre-Dame de Boulogne.
- Proszę, proszę, a gdzie w takim razie mieszkali pańscy rodzice? Kiedy
byli w Paryżu, to przy alei Lamballe 23.
- Dobrze. Gdzie więc dokładnie znajdowała się ta szkoła?
- Porte d'Auteuil.
- Porte d'Auteuil?... Która to ulica? Może mi pan pokazać na tym planie
Paryża?
- Proszę. Tu.
- Jakim autobusem jeździł pan, żeby zobaczyć się z rodzicami i gdzie pan
wysiadał? A jak było w USA?
Wszystko to przebiegało jak przyjacielska rozmowa. Jednak pierwsza
pułapka przyszła szybko, kiedy zapytał mnie niby mimochodem, czy
chodziłem w Paryżu do kina w niedziele i gdzie. Odpowiadam mu, że to
było albo u Orphelins d'Auteuil albo w Ranelagh.
- Ach? Ranelagh, słyszałem o nim od moich paryskich przyjaciół. To
wielka i piękna sala z pierwszym dużym ekranem w Paryżu, na bulwarach.
- Ależ nie, przeciwnie, to całkiem małe kino, w dzielnicy 16., w stylu
prywatnego teatru z XVIII wieku...
Przeszedłem przeszkodę!
Trudno jest przetrwać, jeśli nie jest się tym, za kogo człowiek się
podaje.
Wielu niepożądanych gości, którzy tutaj przeniknęli, dało się złapać na
numerze z autobusem, z ceną biletu na metro czy do kina itd.
W końcu pozwolono mi zadzwonić do pułkownika Valina, który został
dowódcą, zastępując jako nowy szef Wolnych Francuskich Sił Powietrznych
pułkownika Pijeauda, zabitego w czasie walk w Libii, gdy pilotował
Blenheima w grupie "Lorraine". Valin wyciąga mnie stamtąd po trzech
dniach. Zanim jednak Anglicy mnie wypuścili, uprzejmie zaprosili na
obiad, gdzie spotkałem pilota myśliwskiego z RAF-u, który przyszedł
jakby przypadkiem porozmawiać.
- Nasz attaché obrony ds. wojsk lotniczych w Brazylii przysłał nam
pańskie CV. Myślę, że ze swoim doświadczeniem może pan równie dobrze
służyć bezpośrednio w RAF-ie, no i będzie pan w eskadrze dużo szybciej
niż przez oddział francuski. Ma pan również talent dziennikarski, który
chcielibyśmy wykorzystać. Agencja Reutera chciałaby, żeby pan pisał
artykuły - odpłatnie, ma się rozumieć. To podwyższyłoby pana żołd, który
nie będzie zbyt wysoki u naszych francuskich przyjaciół. Ponieważ zna
pan wiele języków, byłoby świetnie mieć pana od czasu do czasu w BBC. To
jednak 35 funtów szterlingów za audycję...
Do stu diabłów!
W 1941 roku zaciągnąłem się jednak do Wolnych Francuskich Sił
Powietrznych. Anglicy w tamtym okresie werbowali podstępnie i nie
zależało im, żeby rozrosła się ekipa de Gaulle'a. Ten zaś przywiązywał
ogromne znaczenie do kwestii mundurów i tworzenia specjalnych jednostek
francuskich. Nigdy nie zgodził się, żebyśmy tak jak Czesi, Polacy,
Belgowie itd. walczyli w mundurach angielskich. Za wszelką cenę (a kosztowało to drogo!) musieliśmy nosić mundur francuski naszej armii,
żeby było nas widać mimo niewielkiej liczby... Conde mawiał, że duże
bitwy wygrywa się małymi armiami.
Kiedy tylko otrzymałem mój talon mundurowy i zasiłek na wyposażenie,
poszedłem do Lilywhites, żeby zdjąć miarę na mój wyjściowy mundur Sił
Powietrznych. Zostałem odgórnie mianowany sierżantem ze względu na moje
wykształcenie i doświadczenie w pilotażu. Wychodzę ze sklepu bardzo
dumny, z poczuciem, że od tej chwili jestem Francuzem w pełnym tego
słowa znaczeniu, ze wszystkimi prawami, jakie z tego wynikają, ale
oczywiście pod warunkiem wywiązywania się z obowiązków - jak mawiał mój
ojciec. Będę dokładał wszelkich starań, żeby tak właśnie postępować.
Bardzo szybko nadeszły pierwsze emocje. Dwa dni później znajduję notkę w mojej przegródce w małym zarekwirowanym hotelu, gdzie mnie zakwaterowano
w oczekiwaniu na przydział: "Proszę się stawić w Carlton Gardens, będzie
Pan przyjęty przez Generała dzisiaj o 17.30". Generała? Nie trzeba
dodawać... De Gaulle'a!
Przychodzę z suchym gardłem. Adiutant, chyba Courcel, przygląda mi się z podejrzliwą miną, zanim mnie zaanonsuje.
- Umie pan przynajmniej salutować?
Pokazuję. Mówi mi:
- To niedokładnie tak. Oto jak trzeba to robić. Następnie proszę stanąć
na baczność, wyprostować się, zdjąć czapkę, włożyć ją pod lewą pachę,
dopóki Generał nie powie panu, że ma pan usiąść. Jeśli nie powie, to
proszę zostać w pozycji na baczność! Okej?
Jestem zdenerwowany. Wchodzę. On pisze. Wielka mapa świata na ścianie za
jego biurkiem. Podnosi głowę. Salutuję, nienagannie, trzęsąc się z przejęcia. Mówi do mnie:
- Proszę usiąść. - Potem z nieoczekiwaną uprzejmością dodaje: - Znam
pana ojca. Jest u nas. Spotkałem go w Brazzaville i w Fort Lamy, jak
również pana matkę. Wielka dama!
Mija chwila. Patrzy na mnie spojrzeniem, które trudno opisać, smutnym
być może:
- Mówiono mi, że jest pan już dyplomowanym pilotem. Ile ma pan lat?
- Dwadzieścia, Generale!
Zapada długa cisza. Potem:
- Dobrze, bardzo dobrze. Proszę czynić swoją powinność, ale proszę nie
dać się zabić, ponieważ Francja będzie potrzebowała synów takich jak pan
po zwycięstwie! Mówię: zwycięstwie, bo wygramy!
Nie zapomnę tego nigdy. Powiedział do mnie jeszcze kilka słów, których z emocji nie słyszałem. Wstaję, zakładam moją czapkę, ona mi upada,
podnoszę ją i wychodzę, sam już nie wiem jak.
To było moje pierwsze spotkanie z generałem de Gaulle'em.
W następnym tygodniu przechodzę długie i męczące badanie lekarskie w Royal Air Force. Nazajutrz mam rozmowę, żeby im udowodnić, że dobrze
mówię w ich języku - z amerykańskim akcentem być może, ale składnia jest
dobra! Potem sprawdzają mój dziennik lotów: 315 godzin lotów
potwierdzonych i ostemplowanych przez CAB. Są pod wrażeniem i kiedy
zaczynają mówić o posadzie instruktora w Rodezji lub w Kanadzie, moje
NIE jest kategoryczne. Nie po to przyjechałem z daleka. Proszę o odesłanie mnie do jednostki myśliwskiej, żeby walczyć. Tłumaczą mi, że
to nie jest takie proste i że muszę najpierw przejść testy lotnicze,
które określą mój przydział - jednostki myśliwskie czy bombowe.
Wysyłają mnie więc na pierwszy test w szkole podstawowej w Sywell. Są
tam już trzej Francuzi, w tym jeden instruktor. Między uczniami ten,
który zostanie moim najlepszym przyjacielem na zawsze, Jacques
Remlinger. To był ciekawy osobnik. Moje CV było oryginalne i nietuzinkowe, ale jego również nie było banalne. Jego ojciec był również
Alzatczykiem, zdolnym kupcem, właścicielem firmy importowo-eksportowej
działającej w Anglii od czasu ostatniej wojny. Jacques studiował w Harrow, sławnej szkole wyższej, w której studiował też Churchill.
Utalentowany w rugby, z budową i prędkością konieczną do bycia wielkim
skrzydłowym ataku! Grał w sławnych ekipach angielskich. Zaciągnął się do
Wolnych Francuskich Sił Powietrznych w wieku 18 lat. Generałowi de
Gaulle'owi, pytającemu jego i kilku młodych ochotników przybyłych z Francji o trasę, jaką pokonali, żeby dotrzeć do Londynu, co czasami
wymagało niesamowitej odwagi i naprawdę ogromnego ryzyka, zakłopotany
Jacques odpowiedział: "Generale, metrem". To podobno trochę zbiło z tropu Generała! W Sywell na początku mówiliśmy sobie z Jacques'em tylko
dzień dobry i dobranoc! W każdym razie mój pobyt był krótki, ponieważ
byłem tam tylko po to, żeby udowodnić, że umiem latać. Byłem trochę zły,
że testowano mnie na Tiger Moth, na którym uczyłem się latać pięć lat
wcześniej.
Dowódca szkoły bierze mnie sam na dwuster i przed startem odwraca się do
mnie i krzyczy w rurę dźwiękową: "Don't frighten me!". Odpowiadam mu,
ponieważ źle zrozumiałem przez huk silnika: "I will try, Sir!..."
("Postaram się!"). Zrozumiałem "Proszę mnie nastraszyć!". Startujemy,
mówi mi, żebym skręcił w lewo, potem w prawo, wzbił się na 1000 metrów,
zrobił pętlę, a po niej korkociąg. Wykonuję. Wychodzę z korkociągu i,
ponieważ lecimy wolniej, robię pokazową beczkę pięknie wykończoną w poziomie. Słyszę bulgotanie w rurze dźwiękowej. Daje mi znać gestem, że
przejmuje stery, potem oddaje mi je i daje znak, żebym wrócił na ziemię.
Ląduję ostrożnie. Wysiada, zdejmuje rękawiczki, okulary, opaskę i mówi
mi:
- Dobrze, wystarczy, nie chcę zginąć z pana ręki, wolę poczekać na
Niemców! Może pan wracać do Londynu. A tak na marginesie, ta akrobacja
jest zabroniona na Tiger Moth. Gubi od tego ogon.
I w moim log-book, nowiutkim dzienniku lotów RAF-u, na pierwszej
stronie, na której jest odnotowane moje pół godziny lotu w Sywell,
dopisuje po prostu: above average - ponadprzeciętny. Trochę skromne,
biorąc pod uwagę jakość mojej beczki i lądowania!
Wracam do Camberley, obozu przejściowego Wolnych Francuskich Sił
Powietrznych, a trzy tygodnie później zostaję wysłany na inne lotnisko,
Aston Down, żeby poddać się próbie na bardziej zaawansowanym samolocie.
To jest Miles Master z silnikiem Rolls-Royce'a Kestrel 600 KM, ze
sterami i osiągami lotu lepszymi niż amerykański T-6, którego
pilotowałem w San Diego. Najpierw długi lot, a potem, po pół godzinie
różne manewry, wreszcie lądujemy. Instruktor mówi mi:
- Dobrze, mam inne rzeczy do roboty i uczniów do trenowania. Zostawiam
go panu solo, niech pan się pobawi przez godzinę. Uwaga tylko na paliwo.
Niech się pan nie zgubi i przede wszystkim niech pan go nie rozbije!
Szczęśliwy wykonuję akrobacje, nie tracąc lotniska z oczu. Jestem
obserwowany z dołu i zasługuję na kolejne: Above awrage. Następnie
każą mi czekać dwa miesiące w Camberley, gdzie uczę się musztry, marszu,
salutowania, alfabetu Morse'a - po co? W myślistwie kontaktuje się już
tylko przez radio! Czekam i wściekam się. Młode Angielki, które poznaje,
są w porządku, ale nie pokonałem kilku tysięcy kilometrów, żeby
wzmacniać entente cordiale!
Jestem powołany do Queensberry Way, do sztabu, gdzie mówią mi:
- Brawo, ma pan szczęście, został pan wyselekcjonowany przez Anglików,
żeby zostać oficerem RAF-u i wyjeżdża pan do Royal Air Force College w Cranwell!
To brytyjska Akademia Lotnicza.
***
Tracę w ten sposób osiem miesięcy, blisko rok w tej szkole, ucząc się
tego, co już wiem. Chociaż przyznaję, że angielskie procedury, lokalne
systemy nawigacji, czytanie mapy w locie ślizgowym we mgle są dla mnie
nowe i nieodzowne.
Po lotach w słońcu Kalifornii czy Rio de Janeiro przydatna jest nauka
lotu w zupie Saint-Germain... Ach! Ten wspaniały angielski klimat przez
dziewięć miesięcy na 12! Każą nam startować - Miles Master II z silnikiem gwiaździstym 800 koni - w taką pogodę, że pies by nosa nie
wyściubił z budy. Nawet kruki chodzą na piechotę. Amerykanie, kiedy w końcu przybyli do Wielkiej Brytanii, mieli ten sam problem. Jeden pilot
B17 zawieszony we mgle powiedział: - "Widoczność była tak zła, ze nie
mogłem rozpoznać mojego drugiego pilota siedzącego po mojej prawej
stronie!".
Loty treningowe ad nauseam...7
Zdumiewa mnie w Cranwell - między innymi specjalnościami angielskimi -
kolacja. Cała ceremonia odbywa się w dużej sali jadalnej z dębową
rzeźbioną boazerią, a przynajmniej w tym, co z niej zostało, ponieważ
szkoła została zbombardowana i lewe skrzydło katedry jest naszpikowane
belkami, powstawianymi między kolumny doryckie! Umieszczona na podium
orkiestra gra te niesamowite marsze angielskie, które przypominają wolne
walce. Mundur wyjściowy wieczorem jest obowiązkowy! Tenis rano! Zaczynam
podziwiać i rozumieć, że tak właśnie wygląda RAF i Wielka Brytania w obliczu wojny. Niemcy tego nie zrozumieli i dlatego, wierzę w to
głęboko, nie wygrali z Anglikami w 1940 roku.
Wychodzę ze szkoły na czele listy - żadne znów osiągnięcie, zważywszy na
moje techniczne wykształcenie i liczbę wylatanych godzin. Zostaję
wysłany do OTU (Operational Training Unit)8 numer 61 w Rednal, w Walii, żeby wreszcie poznać Spitfire'a. Jadę tam razem z Jacques'em
Remlingerem.