Wielki Brat Zachód - Katarzyna Turaj-Kalińska

Kup ebooka

30.00 zł
24.90 zł (24,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Biedni Po­lacy pa­trzą na Za­chód

(...)

Kiedy matka za­częła WY­JEŻ­DŻAĆ - to było w Pol­sce Lu­do­wej kul­towe słowo, nie­ma­jące z pew­no­ścią od­po­wied­nika w żad­nym za­chod­nim ję­zyku - jej oj­ciec, a mój dzia­dek, który ni­gdy w ży­ciu nie był za gra­nicą - je­śli nie li­czyć Nie­miec, Ro­sji i Au­strii, które były ra­czej u niego z dłuż­szą wi­zytą, i Ukra­iny, któ­rej część była wtedy Pol­ską - na­ma­wiał ją, żeby zo­stała. Na­tu­ral­nie, że nie w Ira­nie!

ZO­STAĆ! Ko­lejny wy­raz, któ­rego nie da się na­pi­sać ma­łymi li­te­rami, chcąc od­dać jego do­sadną, a za­ra­zem z punktu wi­dze­nia ja­kiej ta­kiej nor­mal­no­ści chorą treść.

Dzia­dek, pił­sud­czyk roz­ko­chany w przed­wo­jen­nej, ka­pi­ta­li­stycz­nej, bur­żu­azyjno-kon­sump­cyj­nej War­sza­wie, w któ­rej świeży ka­wior albo ostrygi nie były żad­nym pro­ble­mem, zna­la­zł­szy się po dwóch woj­nach świa­to­wych w so­cja­li­stycz­nym wraku pań­stwo­wym, nie ży­wił złu­dzeń, że So­wieci - jak za­wsze na­zy­wał Ro­sjan - wy­pusz­czą jego oj­czy­znę z łap. Sam jed­nak ni­gdy nie miał oka­zji do UCIECZKI - tak wła­śnie na­zy­wało się PO­ZO­STA­NIE w ję­zyku ów­cze­snych, pro­so­wiec­kich władz. Raz w ży­ciu tylko ucie­kał z ro­dziną - z Wo­ły­nia do Kra­kowa w 1943 roku. Stać go jed­nak było na bo­ha­ter­ski od­ruch ro­dzi­ców prze­rzu­ca­ją­cych dzieci przez mur - wię­zienny, obo­zowy, ber­liń­ski czy chiń­ski, gdyby było trzeba... Gest zroz­pa­czo­nych bie­da­ków od­da­ją­cych po­tom­stwo do ad­op­cji, aby po­lep­szyć mu byt, na­wet kosz­tem roz­sta­nia na za­wsze.

(...)

Wbrew jego na­mo­wom moja matka nie po­zo­stała na mi­tycz­nym i zbaw­czym Za­cho­dzie.

(...)

Z tego zaś wy­ni­kły pewne ko­rzy­ści. Bo znacz­nie le­piej było wy­jeż­dżać i wra­cać, niż być ska­za­nym na tkwie­nie wciąż w tej sa­mej sy­tu­acji po jed­nej lub po dru­giej stro­nie.

(...)

Nie­szczę­sna PRL jak po­rą­bana ma­co­cha prze­dłu­żała nam dzie­ciń­stwo - kar­nie i sztucz­nie. Różne rze­czy ro­biło się po raz pierw­szy w że­nu­jąco póź­nym wieku. Moja matka uj­rzała Za­chód, ma­jąc trzy­dzie­ści sie­dem lat. Ja też po trzy­dzie­stce. Moja córka po­je­chała tam po raz pierw­szy jako ośmio­latka, jej pierw­sze dziecko miało w po­dob­nej chwili dwa mie­siące. Dru­gie i trze­cie... cóż, po pro­stu się tam uro­dziły.

(...)

Wtedy, pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych XX wieku, mu­sia­łam prze­żyć trzy­dzie­ści so­lid­nych lat, które utrwa­lały we mnie po­czu­cie izo­la­cji i spo­wo­do­wa­nej nią niż­szo­ści, że­bym była go­towa na pierw­szy bal. Trzy­dziestka. Bal­za­kow­ski wiek, w sam raz na Pa­ryż.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki