Wielki błękit. Tom 3 - Veronica Rossi

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

ARIA

Aria gwał­tow­nie usia­dła na łóżku. W uszach wciąż dźwię­czało jej echo wystrza­łów.

Mru­ga­jąc, zdez­o­rien­to­wana rozej­rzała się wokół sie­bie: z pół­mroku wyło­niły się płó­cienne ściany, dwie pry­cze i sterta wysłu­żo­nych skrzyń do prze­cho­wy­wa­nia rze­czy. Wresz­cie roz­po­znała namiot Perry'ego.

Czuła mia­rowe pul­so­wa­nie w pra­wym ramie­niu. Spoj­rzała na biały ban­daż, któ­rym owi­nięta była jej ręka od ramie­nia do nad­garstka. Strach przy­pra­wił ją o mdło­ści.

Jeden ze straż­ni­ków postrze­lił ją w Reve­rie.

Obli­zała spierzch­nięte wargi, czu­jąc na nich smak gorz­kiego środka prze­ciw­bó­lo­wego. "Po pro­stu spró­buj", powie­działa sobie. To nie może być takie trudne.

Jed­nak próba zaci­śnię­cia pię­ści wywo­łała w jej bicep­sie ostry ból, choć palce zale­d­wie drgnęły. Zupeł­nie jakby mózg Arii stra­cił łącz­ność z dło­nią, a impuls wysłany w kie­runku pal­ców prze­padł gdzieś po dro­dze.

Wsta­jąc, zachwiała się i musiała chwilę odcze­kać, aż miną zawroty głowy. Zna­la­zła się w tym namio­cie przed kil­koma dniami, kiedy wraz z Per­rym przy­byli do Doliny Fal. Od tam­tego czasu nie opusz­czała namiotu. Teraz jed­nak czuła, że nie może tu zostać ani sekundy dłu­żej. Po co, skoro jej stan się nie popra­wiał?

Na jed­nej ze skrzyń stały jej buty. Zde­cy­do­wana odna­leźć Perry'ego, spró­bo­wała wło­żyć je jedną ręką, co oka­zało się nie lada wyzwa­niem.

- A żeby was... - mam­ro­tała. Szarp­nęła but i jej ramię prze­szył praw­dziwy pło­mień.

- Nie wyży­waj się na Bogu ducha win­nych butach.

Poły namiotu roz­su­nęły się i do środka weszła Molly, ple­mienna uzdro­wi­cielka, z lampą w ręce. Wiotka, siwo­włosa Molly przy­wo­dziła Arii na myśl matkę, choć zupeł­nie nie przy­po­mi­nała jej z wyglądu. Miała za to podobny spo­sób bycia - wyda­wała się spo­kojna i godna zaufa­nia.

Aria, na którą obec­ność dru­giej osoby podzia­łała moty­wu­jąco, wresz­cie wepchnęła stopy do butów i wypro­sto­wała się.

Molly posta­wiła lampę na ster­cie skrzyń i pode­szła bli­żej.

- Jesteś pewna, że możesz już wsta­wać?

Aria odgar­nęła włosy za ucho, pró­bu­jąc uspo­koić oddech. Poczuła na karku kro­pelki potu.

- Jestem pewna, że osza­leję, jeżeli tu zostanę.

Molly uśmiech­nęła się. Jej pełne policzki zalśniły w świe­tle lampy.

- Sły­sza­łam to już dzi­siaj kilka razy. - Przy­ło­żyła szorstką dłoń do policzka dziew­czyny. - Gorączka ci spa­dła, ale powin­naś wziąć leki.

- Nie. - Aria pokrę­ciła głową. - Nic mi nie jest. Mam dość spa­nia.

Wła­ści­wie trudno było to nazwać snem. Ostat­nie dni były dla Arii zlep­kiem mgli­stych wspo­mnień, w któ­rych wynu­rzała się z czar­nej otchłani, aby wziąć lekar­stwa i wypić kilka łyków rosołu. Cza­sem był przy niej Perry, obej­mo­wał ją i szep­tał jej coś do ucha. Kiedy mówił, przed jej oczami poja­wiały się roz­ża­rzone węgle. Poza tym była tylko ciem­ność albo nocne kosz­mary.

Molly wzięła odrę­twiałą dłoń Arii i ści­snęła ją. Dziew­czyna nic nie poczuła, ale kiedy uzdro­wi­cielka zaczęła doty­kać tro­chę wyżej, musiała wstrzy­mać oddech. Z bólu ści­snął jej się żołą­dek.

- Masz uszko­dzony nerw - powie­działa Molly. - Pew­nie sama się już zorien­to­wa­łaś.

- Ale to kie­dyś minie, prawda?

- Nie mogła­bym okła­my­wać kogoś tak mi bli­skiego jak ty, Ario. Prawda jest taka, że nie wiem. Mar­ron i ja zro­bi­li­śmy, co było w naszej mocy. Przy­naj­mniej udało nam się ura­to­wać rękę. Z początku oba­wia­li­śmy się, że trzeba będzie ją ampu­to­wać.

Aria cof­nęła się i spoj­rzała w ciem­ność. Powoli docie­rały do niej słowa Molly. Nie­wiele bra­ko­wało, a stra­ci­łaby rękę. Trzeba byłoby ją usu­nąć jak jakąś zbędną część, wyrzu­cić jak nie­po­trzebny doda­tek. Jak czapkę albo sza­lik. Nie mogła uwie­rzyć, że nie­wiele bra­ko­wało, a obu­dzi­łaby się bez czę­ści sie­bie.

- W tę rękę wstrzyk­nięto mi tru­ci­znę - powie­działa, przy­ci­ska­jąc ją do boku. - Wygląda na to, że jest pechowa. - Nie­do­koń­czony tatuaż potwier­dza­jący, że Aria jest Audem, był naj­brzyd­szym Zna­cze­niem, jakie w życiu widziała. - Opro­wa­dzisz mnie, Molly?

Aria nie cze­kała na odpo­wiedź. Chciała jak naj­szyb­ciej zoba­czyć się z Per­rym i zapo­mnieć o swo­jej ręce. Schy­liła się, aby wyjść z namiotu, i przy­sta­nęła, gdy tylko zna­la­zła się na zewnątrz.

Pod­nio­sła wzrok zasko­czona samym wido­kiem jaskini, jej wszech­obec­nym przy­tła­cza­ją­cym bez­kre­sem. Z mroku nad jej głową wyła­niały się sta­lak­tyty róż­nej wiel­ko­ści. Był to mrok zupeł­nie nie­po­dobny do tego, który ją ota­czał, kiedy przyj­mo­wała leki. Tam­ten przy­po­mi­nał pustkę, nie­obec­ność. Tę ciem­ność wypeł­niały dźwięki, miała ona swój roz­miar. Wyda­wała się wyra­zi­sta i pełna życia, dobie­gał z niej nie­ustanny szum.

Aria wzięła głę­boki oddech. Chłodne powie­trze pach­niało solą i dymem tak sil­nie, że nie­mal czuło się ich smak.

- Więk­szo­ści osób naj­trud­niej jest przy­zwy­czaić się do ciem­no­ści - powie­działa Molly, pod­cho­dząc do Arii.

Wszę­dzie stały rów­niut­kie rzędy namio­tów wyła­nia­jące się z mroku jak obszar­pane duchy. Gdzieś w oddali migo­tały pochod­nie, docho­dziły stam­tąd odgłosy jadą­cego po kamie­niach wózka, nie­ustanny szmer sączą­cej się wody, bła­galne becze­nie kozy. Wszystko to odbi­jało się od ścian jaskini bez­ład­nym echem, które raniło wraż­liwe uszy Arii.

- Kiedy nie widzi się dalej niż na czter­dzie­ści kro­ków - cią­gnęła Molly - czło­wiek czuje się jak w pułapce. Ale nie jeste­śmy tu uwię­zieni, nie­bio­som niech będą dzięki. Do tego jesz­cze nie doszło.

- A eter? - zapy­tała Aria.

- Jest coraz gorzej. Odkąd wró­ci­łaś, nie było dnia bez burzy, a nie­które sza­lały dokład­nie nad nami. - Molly wsu­nęła rękę pod zdrowe ramię Arii. - Mie­li­śmy szczę­ście, że mogli­śmy się tu schro­nić. Choć cza­sem trudno jest to doce­nić.

Arii sta­nął przed oczami widok walą­cego się Reve­rie. Ona stra­ciła dom, a ple­mię Fal zostało zmu­szone do opusz­cze­nia swo­jej osady.

Molly miała rację. Mieli szczę­ście.

- Pew­nie chcesz się zoba­czyć z Pere­grine'em? - powie­działa Molly, pro­wa­dząc Arię wzdłuż rzędu namio­tów.

Jak naj­szyb­ciej, pomy­ślała Aria.

- Tak - odparła tylko.

- Oba­wiam się, że będziesz musiała chwi­leczkę zacze­kać. Dowie­dzie­li­śmy się, że jacyś ludzie wkro­czyli na nasze tery­to­rium. Perry i Gren wyszli im na spo­tka­nie. Mam nadzieję, że to Roar wraca z Cin­de­rem.

Na dźwięk imie­nia Roara Arii zaschło w gar­dle. Mar­twiła się o niego. Nie widziała go zale­d­wie od kilku dni, ale już czuła, że to za długo.

Weszły z Molly do skal­nej sali o roz­mia­rach placu w cen­trum wio­ski Fal. Na środku pomiesz­cze­nia znaj­do­wało się drew­niane pod­wyż­sze­nie oto­czone sto­łami i krze­słami. Wszę­dzie sie­dzieli ludzie sku­pieni wokół palą­cych się lamp. Ubrani w brązy i sza­ro­ści, wta­piali się w pół­mrok, ale Aria wyraź­nie sły­szała ich zabar­wione nie­po­ko­jem głosy.

- Możemy opusz­czać grotę tylko wtedy, kiedy na zewnątrz jest bez­piecz­nie - powie­działa Molly, widząc minę Arii. - Dzi­siaj w całej oko­licy sza­leją pożary, a nie­da­leko stąd na połu­dnie trwa burza, więc utknę­li­śmy tutaj.

- Na zewnątrz jest nie­bez­piecznie? Powie­dzia­łaś, że Perry tam jest.

Molly zamru­gała.

- Tak, ale on łamie swoje wła­sne zasady.

Aria pokrę­ciła głową. Jako Wódz Krwi musiał podej­mo­wać ryzyko.

Ludzie wokół pode­stu zaczęli zwra­cać na nie uwagę. Ten ogo­rzały od słońca i har­to­wany solą mor­ską lud słusz­nie nosił miano Fal. Aria dostrze­gła Reefa i kilku jego naj­lep­szych wojow­ni­ków, grupę nazy­waną Szóstką. Roz­po­znała trzech braci: Hyde'a, Hay­dena i naj­młod­szego - Maru­dera. Nie zasko­czyło jej to, że Hyde, który był Videm jak jego bra­cia, pierw­szy spo­strzegł jej obec­ność. Pod­niósł rękę w nie­pew­nym geście pozdro­wie­nia.

Aria odma­chała mu drżącą dło­nią. Ledwo go znała, podob­nie jak pozo­sta­łych. Spę­dziła z człon­kami ple­mie­nia Perry'ego zale­d­wie kilka dni, po czym opu­ściła osadę. Teraz, sto­jąc wśród tych nie­mal obcych ludzi, nagle zapra­gnęła zna­leźć się wśród swoich, ale nikogo z nich nie widziała. W jaskini nie było ani jed­nej z osób, które wraz z Per­rym ura­to­wali z Reve­rie.

- Gdzie są Osad­nicy? - zapy­tała.

- W oddziel­nej gro­cie - odparła Molly.

- Dla­czego?

Ale Molly patrzyła już na Reefa, który opu­ścił swo­ich ludzi i szedł w ich kie­runku. W ciem­no­ści jego twarz wyda­wała się jesz­cze surow­sza, a prze­ci­na­jąca ją od nosa do ucha bli­zna wyglą­dała wyjąt­kowo zło­wrogo.

- Naresz­cie wsta­łaś. - Powie­dział to takim tonem, jakby Aria dotąd leniu­cho­wała. Ten czło­wiek jest ważny dla Perry'ego, napo­mniała samą sie­bie. Perry mu ufa. Ale Reef ni­gdy nie zro­bił nic, żeby się z nią zaprzy­jaź­nić.

Spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Bycie ranną to nudziar­stwo.

- Jesteś potrzebna - powie­dział, igno­ru­jąc jej sar­kazm.

Molly pogro­ziła mu pal­cem.

- Nie, nie jest. Aria dopiero się obu­dziła, pozwól się jej zaakli­ma­ty­zo­wać, Reef. Nie zrzu­caj tego na nią tak od razu.

Reef wypro­sto­wał ramiona, zmarsz­czył gęste brwi.

- Kiedy więc mam jej powie­dzieć, Molly? Każdy dzień przy­nosi nową burzę. Nasze zapasy kur­czą się z każdą godziną. Z każdą minutą jeste­śmy bliżsi sza­leń­stwa, sie­dząc we wnę­trzu tej skały. Jeżeli ist­nieje lep­sza pora na wyzna­nie prawdy, to chciał­bym wie­dzieć, kiedy według cie­bie nadej­dzie. - Pochy­lił się i na twarz opa­dło mu kilka gru­bych war­ko­czy. - Prawo wojny, Molly. Robimy to, czego wymaga sytu­acja, a w tej chwili Aria powinna wie­dzieć, co się dzieje.

Słowa Reefa osta­tecz­nie przy­wró­ciły dziew­czy­nie jasność umy­słu. Jej stan przy­po­mi­nał teraz ten sprzed tygo­dnia: była czujna i spięta, bra­ko­wało jej tchu. Uczu­cie roz­pa­czy drę­czyło ją jak ból brzu­cha.

- Powiedz mi, co się stało - popro­siła.

Reef spoj­rzał z powagą na Arię.

- Naj­le­piej sama zobacz - odpo­wie­dział.

W ślad za Reefem opu­ściła miej­sce zgro­ma­dzeń, kie­ru­jąc się w głąb jaskini. W miarę jak szli, robiło się coraz ciem­niej, ciszej, a potem jesz­cze ciem­niej. Aria z każ­dym kro­kiem była bar­dziej prze­ra­żona. Molly wes­tchnęła z iry­ta­cją, ale poszła z nimi.

Klu­czyli wśród form skal­nych, utwo­rzo­nych przez sta­lak­tyty spły­wa­jące ze skle­pie­nia na spo­tka­nie wyra­sta­ją­cych z ziemi sta­lag­mi­tów. Wresz­cie las kamien­nych kolumn się skoń­czył i zna­leźli się w natu­ral­nym kory­ta­rzu, który tu i ówdzie się roz­ga­łę­ział. Twarz Arii owie­wały wpa­da­jące z boku podmu­chy chłod­nego wil­got­nego powie­trza.

- Tam dalej jest skład leków i inne nasze zapasy - powie­działa Molly, wska­zu­jąc na lewo. - Wszystko oprócz żyw­no­ści i zwie­rząt, które trzy­mamy w gro­tach na połu­dnio­wym końcu. Jej głos brzmiał zbyt pogod­nie, jakby usi­ło­wała wyna­gro­dzić Arii szorst­kie zacho­wa­nie Reefa. Deli­kat­nie koły­sała lampą, przez co ich cie­nie na prze­mian wycią­gały się w górę i wyco­fy­wały w cia­sną prze­strzeń. Aria poczuła, że kręci jej się w gło­wie i ma mdło­ści, jakby cier­piała na cho­robę mor­ską. Albo jaski­niową.

Dokąd oni ją pro­wa­dzą?

Nie sądziła, że ist­nieje taka ciem­ność jak ta. Na zewnątrz zawsze był eter, pro­mie­nie słońca albo blask księ­życa. Wewnątrz kap­suły Podu, mię­dzy pan­cer­nymi ścia­nami Reve­rie, świa­tła były zawsze zapa­lone. Zawsze. Teraz doświad­czała cze­goś zupeł­nie nowego, dusiła się, jakby wpa­dła do ciem­nego basenu. Czuła, jak z każ­dym odde­chem jej płuca wypeł­nia nie­prze­nik­niona ciem­ność. Piła ciem­ność. Brnęła przez nią.

- Za tamtą zasłoną jest Sala Narad - cią­gnęła Molly. - To mniej­sza grota, prze­nie­śli­śmy do niej jeden ze sto­łów na kozłach z kan­tyny. Perry spo­tyka się tam z człon­kami ple­mie­nia, żeby dys­ku­to­wać o waż­nych kwe­stiach. Biedny chło­pak pra­wie stam­tąd nie wycho­dzi.

Reef idący w mil­cze­niu przed nimi pokrę­cił głową.

- Mar­twię się o niego, Reef - powie­działa Molly, nie kry­jąc iry­ta­cji. - Ktoś musi.

- Myślisz, że ja się nie mar­twię?

Aria też się mar­twiła, bar­dziej niż któ­re­kol­wiek z nich, ale przy­gry­zała tylko wargę, słu­cha­jąc ich sprzeczki.

- Cóż, w takim razie dziw­nie to oka­zu­jesz - odgry­zła się Molly. - Cią­gle tylko pra­wisz Perry'emu kaza­nia i wyty­kasz błędy.

Reef obej­rzał się przez ramię.

- Mam zacząć pokle­py­wać go po ramie­niu i mówić, jaki jest wspa­niały? Czy to nam się przyda?

- Od czasu do czasu z pew­no­ścią nie zaszko­dzi.

Aria prze­stała ich słu­chać. Dźwięki dobie­ga­jące z naprze­ciwka spra­wiły, że wło­ski na ramio­nach sta­nęły jej dęba. Jęki. Lament. Tune­lem pły­nęły ku niej odgłosy cho­roby. Chór potrzeb.

Odłą­czyła się od Molly i Reefa i ruszyła przed sie­bie, przy­ci­ska­jąc do boku zra­nione ramię. Za zakrę­tem jej oczom uka­zała się kolejna pie­czara, słabo oświe­tlona przez lampy palące się wzdłuż ścian.

Na roz­ło­żo­nych na ziemi kocach leżały dzie­siątki mniej lub bar­dziej przy­tom­nych ludzi. Szare ubra­nia - takie jak to, które Aria nosiła przez całe swoje życie, dopóki nie została wyrzu­cona z Reve­rie - pod­kre­ślały upiorną bla­dość ich twa­rzy.

- Zacho­ro­wali zaraz po przy­by­ciu - powie­działa Molly, doga­nia­jąc ją. - Ty tra­fi­łaś do namiotu Perry'ego, a oni tutaj. Perry mówi, że z tobą działo się to samo, kiedy opu­ści­łaś Reve­rie. Dla waszych sys­te­mów odpor­no­ścio­wych wyj­ście na zewnątrz to praw­dziwy szok. Na pokła­dzie podusz­kowca, któ­rym tu przy­le­cie­li­ście, zna­leź­li­śmy szcze­pionki dla trzy­dzie­stu osób. A Osad­ni­ków było czter­dzie­ścioro dwoje. Na prośbę Perry'ego poda­li­śmy wszyst­kim równe dawki. Powie­dział, że tego byś sobie życzyła.

Aria nie mogła wydo­być z sie­bie słowa. Póź­niej, kiedy się nad tym spo­koj­nie zasta­no­wiła, przy­po­mniała sobie każde słowo Molly i minę Reefa sto­ją­cego z zało­żo­nymi rękami, jakby chciał powie­dzieć, że to jej pro­blem i ona powinna go roz­wią­zać. Weszła do groty z ser­cem w gar­dle.

Więk­szość ludzi leżała nie­ru­chomo, jakby byli mar­twi. Innych prze­cho­dziły dresz­cze, ich twa­rze miały zie­mi­sty, zie­lon­kawy odcień. Aria sama nie wie­działa, co jest gor­sze.

Przy­glą­dała się twa­rzom cho­rych, szu­ka­jąc przy­ja­ciół: Caleba, Rune i...

- Ario... tutaj.

Ruszyła w stronę, z któ­rej docho­dził głos. Widok Sorena obu­dził w niej poczu­cie winy. Nawet o nim nie pomy­ślała. Minęła opa­tu­lone dygo­czące posta­cie i uklę­kła przy nim.

Soren zawsze był dobrze zbu­do­wany, a teraz jego masywne ramiona i szyja wyglą­dały, jakby uszło z nich powie­trze. Nie dało się tego ukryć, nawet kiedy leżał owi­nięty w koc. Zdra­dzały to zapad­nięte policzki i oczy. Patrzył na Arię spod opa­da­ją­cych powiek.

- Miło, że wpa­dłaś - powie­dział. Wyda­wał się przy­tom­niej­szy od pozo­sta­łych. - Zazdrosz­czę ci warun­ków zakwa­te­ro­wa­nia. Zna­jo­mo­ści się przy­dają.

Aria nie wie­działa, co powie­dzieć. Nie mogła sobie pora­dzić z ogro­mem cier­pie­nia. Miała wra­że­nie, że ból ją dławi. Stała ze ści­śnię­tym gar­dłem, czu­jąc, że musi coś zro­bić, zna­leźć spo­sób, żeby pomóc Osad­ni­kom, przy­nieść im ulgę.

Soren mru­gał z wysił­kiem.

- Teraz rozu­miem, dla­czego tak ci się podoba na zewnątrz - dodał. - Nie­zły wypas.

Rozdział 2

2

PERE­GRINE

- Myślisz, że to Roar i Twig? - zapy­tał Gren, pro­wa­dząc swo­jego konia obok wierz­chowca Perry'ego.

Perry wcią­gnął powie­trze, szu­ka­jąc w nim śla­dów obec­no­ści jeźdź­ców, któ­rych dostrze­żono wcze­śniej, ale poczuł jedy­nie gry­zący swąd dymu.

Dzie­sięć minut wcze­śniej, opusz­cza­jąc jaski­nię, cie­szył się, że ode­tchnie świe­żym powie­trzem. Zoba­czy świa­tło, prze­strzeń, zażyje ruchu. Tym­cza­sem musiał zado­wo­lić się gęstym sza­rym dymem z poran­nych poża­rów i deli­kat­nymi ukłu­ciami eteru, od któ­rych pie­kła go skóra.

- A któż by inny - odpo­wie­dział. - Oprócz mnie i Roara pra­wie nikt nie wie o ist­nie­niu tego szlaku.

Razem polo­wali w tych lasach od dzie­ciń­stwa. Nie­da­leko stąd zabili wspól­nie pierw­szego w życiu jele­nia. Perry znał każdy zakręt na ścieżce bie­gną­cej przez zie­mie kie­dyś nale­żące do jego ojca, potem do jego brata, a teraz, odkąd pół roku temu został Wodzem Krwi, do niego.

Wiele się tu jed­nak zmie­niło. W ciągu minio­nych mie­sięcy pożary wywo­łane przez burze ete­rowe spu­sto­szyły wzgó­rza, pozo­sta­wia­jąc ogromne poła­cie zwę­glo­nej ziemi. Jak na późną wio­snę było sta­now­czo za zimno, a oca­lały las pach­niał zupeł­nie ina­czej. Wyda­wało się, że wszel­kie zapa­chy życia - ziemi, trawy i zwie­rzyny - zagłu­sza swąd dymu.

Gren ścią­gnął swoją brą­zową czapkę.

- Jakie są szanse na to, że wiozą Cin­dera? - zapy­tał. Nie mógł sobie wyba­czyć, że Cin­der został porwany pod­czas jego warty.

- Duże - powie­dział Perry. - Roar zawsze daje sobie radę. Pomy­ślał o Cin­de­rze, o tym, jaki chło­piec był słaby i wątły, kiedy go porwano. Perry bał się myśleć, co mogło go spo­tkać, kiedy tra­fił w ręce Sable'a i Hessa. Rogi i Osad­nicy połą­czyli siły i upro­wa­dzili Cin­dera ze względu na jego zdol­ność kon­tro­lo­wa­nia eteru. Wyda­wało im się, że może otwo­rzyć im drogę do Wiel­kiego Błę­kitu. Perry chciał tylko odzy­skać chłopca.

- Perry. - Gren ścią­gnął wodze. Prze­chy­lił i lekko obró­cił głowę, sta­ra­jąc się pochwy­cić dźwięki docie­ra­jące do jego wraż­li­wych uszu. - Dwa konie. Galo­pują pro­sto na nas.

Perry jesz­cze nikogo nie widział. Wpa­try­wał się w bie­gnący przed nimi szlak, ale wie­dział, że to muszą być oni. Zagwiz­dał, żeby Roar wie­dział, że tu jest. Pły­nęły sekundy, Perry cze­kał na odzew.

Nic nie usły­szał.

Perry zaklął. Roar na pewno by go usły­szał i odpo­wie­dział.

Zsu­nął łuk z ramie­nia i zało­żył strzałę, nie spusz­cza­jąc z oka zakrętu ścieżki. Gren rów­nież napiął łuk i obaj umil­kli, gotowi na wszystko.

- Teraz - wymam­ro­tał Gren.

Perry usły­szał nad­cią­ga­jący tętent koni. Napiął cię­ciwę, wyce­lo­wał w śro­dek ścieżki, kiedy zza kępy brzóz wypadł Roar.

Perry opu­ścił łuk, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzieje.

Czarny wierz­cho­wiec zbli­żał się w peł­nym galo­pie, wyrzu­ca­jąc spod kopyt grudy ziemi. Roar miał sku­piony, zimny wyraz twa­rzy, który na widok Perry'ego wcale się nie zmie­nił.

W ślad za nim zza zakrętu wyło­nił się Twig, który podob­nie jak Gren nale­żał do Szóstki. On też jechał sam, osta­tecz­nie roz­wie­wa­jąc nadzieje Perry'ego na odzy­ska­nie Cin­dera.

Roar galo­po­wał do ostat­niej chwili, po czym ostro ścią­gnął wodze.

Przez długą chwilę Perry wpa­try­wał się w niego, nie mogąc wydo­być głosu. W chwili gdy spoj­rzał na Roara, pomy­ślał: "Liv". Zupeł­nie się tego nie spo­dzie­wał, a prze­cież powi­nien. Ona nale­żała rów­nież do Roara. Teraz poczu­cie straty wstrzą­snęło Per­rym jak cios w żołą­dek, rów­nie mocno jak przed kil­koma dniami, kiedy się dowie­dział o jej śmierci.

- Roar. Całe szczę­ście, że jesteś cały - powie­dział wresz­cie. W jego gło­sie sły­chać było napię­cie, ale przy­naj­mniej udało mu się wresz­cie coś z sie­bie wykrztu­sić.

Koń Roara nie­spo­koj­nie grze­bał kopy­tem, odrzu­ca­jąc głowę, ale spoj­rze­nie Roara było nie­wzru­szone.

Perry znał ten zło­wrogi wzrok. Tylko że przy­ja­ciel jesz­cze ni­gdy nie patrzył w ten spo­sób na niego.

- A gdzie ty się podzie­wa­łeś? - zapy­tał Roar.

Wszystko w tym pyta­niu było nie tak. Oskar­ży­ciel­ski ton. Suge­stia, że Perry w jakiś spo­sób zawiódł.

Gdzie był? Trosz­czył się o czte­ry­sta osób, które dusiły się w jaskini.

Perry zigno­ro­wał pyta­nie, odpo­wia­da­jąc innym.

- Zna­la­złeś Hessa i Sable'a? Czy Cin­der był z nimi?

- Zna­la­złem ich - odparł zimno Roar. - I ow­szem. Mają Cin­dera. Co zamie­rzasz zro­bić w tej kwe­stii?

A potem spiął konia i odje­chał.

Wró­cili do jaskini w mil­cze­niu. Nie opusz­czało ich skrę­po­wa­nie, gęste jak dym wiszący nad lasami. Nawet Gren i Twig, naj­lepsi przy­ja­ciele, pra­wie się do sie­bie nie odzy­wali. Napię­cie ode­brało im ochotę na zwy­kłe prze­ko­ma­rzanki.

Pod­czas tej godziny mil­cze­nia Perry pogrą­żył się we wspo­mnie­niach ostat­niego razu, kiedy widział Roara. Było to przed tygo­dniem, w cza­sie naj­strasz­liw­szej burzy ete­ro­wej, jaką zda­rzyło mu się prze­żyć. Roar i Aria wła­śnie wró­cili na tery­to­rium Fal po mie­siącu nie­obec­no­ści. Widząc ich razem po tygo­dniach usy­cha­nia z tęsk­noty za Arią, Perry wpadł w szał i rzu­cił się na Roara. Zamie­rzył się pię­ścią, podej­rze­wa­jąc o naj­gor­sze przy­ja­ciela, który ni­gdy w niego nie zwąt­pił.

Tamto powi­ta­nie z pew­no­ścią nie popra­wiło Roarowi nastroju, ale główna przy­czyna jego roz­pa­czy była oczy­wi­sta.

Liv.

Na wspo­mnie­nie sio­stry Perry'ego ogar­nęło takie wzbu­rze­nie, że jego koń się spło­szył.

- Hej, hej. Spo­koj­nie, mała - powie­dział, uspo­ka­ja­jąc klacz. Pokrę­cił głową, ganiąc się za to, że pozwo­lił myślom wymknąć się spod kon­troli.

Nie mógł sobie pozwo­lić na myśle­nie o Liv. Żal odbie­rał mu siły, a teraz, kiedy na jego bar­kach spo­czy­wała odpo­wie­dzial­ność za kil­ka­set osób, nie mógł sobie pozwo­lić na sła­bość. W obec­no­ści Roara trud­niej mu będzie zacho­wać spo­kój, ale wie­dział, że musi nad sobą pano­wać. Nie miał wyboru.

Teraz, kiedy zna­leźli się na krę­tej dro­dze opa­da­ją­cej ku leżą­cej w dole jaskini i Perry zoba­czył jadą­cego przo­dem Roara, naka­zał sobie spo­kój. Roar był dla niego jak brat, choć nie łączyły ich więzy krwi. Pora­dzą sobie z nie­po­ro­zu­mie­niami. Pora­dzą sobie ze stratą Liv.

Perry zsiadł z konia na nie­wiel­kiej plaży, pozo­sta­jąc w tyle za towa­rzy­szami, któ­rzy znik­nęli w szcze­li­nie pro­wa­dzą­cej do brzu­cha góry. Prze­by­wa­nie w jaskini było dla niego praw­dziwą tor­turą, nie czuł się jesz­cze na siłach do niej wró­cić. Walka z paniką, która ści­skała mu płuca i zapie­rała dech, kiedy był w środku, kosz­to­wała go wiele wysiłku.

- Masz klau­stro­fo­bię - powie­dział mu poprzed­niego dnia Mar­ron. - To irra­cjo­nalny lęk przed prze­by­wa­niem w zamknię­tej prze­strzeni.

Ale Perry był także Wodzem Krwi. Nie miał czasu na lęk, obo­jętne, czy racjo­nalny, czy nie.

Wcią­gnął powie­trze, delek­tu­jąc się jesz­cze chwilę jego świe­żym zapa­chem. Popo­łu­dniowa bryza roz­wiała prze­sy­coną dymem mgłę i po raz pierw­szy tego dnia dostrzegł eter.

Błę­kitne prądy pły­nęły po nie­bie jak świe­cący, burz­liwy potok. Były bar­dziej wzbu­rzone niż kie­dy­kol­wiek - bar­dziej nawet niż wczo­raj - ale wzrok Perry'ego przy­kuło coś innego. W miej­scach, gdzie eter wiro­wał naj­szyb­ciej, zoba­czył czer­wony kolor przy­po­mi­na­jący plamy gorąca. Był jak czer­wień wschodu słońca, pla­miąca krwawą poświatą grzbiety fal.

- Widzisz to? - zwró­cił się Perry do Hyde'a, który wybiegł mu na spo­tka­nie.

Hyde, jeden z naj­lep­szych Vidów w ple­mie­niu Fal, podą­żył za wzro­kiem Perry'ego, mru­żąc wszyst­ko­wi­dzące oczy.

- Widzę, Per. Jak sądzisz, co to ozna­cza?

- Nie wiem - powie­dział Perry. - Ale z pew­no­ścią nic dobrego.

- Chciał­bym zoba­czyć Wielki Błę­kit. - Spoj­rze­nie Hyd'a prze­su­nęło się na hory­zont, ponad nie­skoń­czony prze­stwór oce­anu. - Łatwiej byłoby mi to wszystko znieść, gdy­bym wie­dział, że on tam jest, że na nas czeka.

Perry nie mógł znieść poczu­cia porażki - bez­barw­nego, stę­chłego zapa­chu przy­po­mi­na­ją­cego kurz - które wyczu­wał w nastroju Hyde'a.

- Cier­pli­wo­ści - powie­dział. - Będziesz dru­gim człon­kiem ple­mie­nia, który go zoba­czy.

Hyde połknął haczyk. Uśmiech­nął się sze­roko.

- Nie­prawda. Mam lep­szy wzrok od cie­bie.

- Mia­łem na myśli Bro­oke, nie sie­bie.

Hyde dał mu lek­kiego kuk­sańca.

- To nie fair. Widzę dwa razy dalej niż ona.

- W porów­na­niu z nią jesteś ślep­cem.

Idąc w stronę jaskini, nie prze­sta­wali się prze­ko­ma­rzać. Hyde był już w nieco lep­szym nastroju, a Perry wła­śnie na to liczył. Jeśli mają to prze­trwać, będą musieli dbać o morale.

- Znajdź Mar­rona i przy­pro­wadź go do Sali Narad - zwró­cił się do Hyde'a, kiedy wcho­dzili do środka. - Będę rów­nież potrze­bo­wał Reefa i Molly. - Ski­nął głową Roarowi, który stał z zało­żo­nymi rękami kilka kro­ków dalej, wpa­tru­jąc się w głąb jaskini. - Przy­nie­ście mu wody i coś do jedze­nia. Potem niech zaraz do nas dołą­czy.

Nade­szła pora na naradę. Roar miał infor­ma­cje o Cin­de­rze, Sable'u i Hes­sie. Aby dotrzeć do Wiel­kiego Błę­kitu, Perry potrze­bo­wał pojaz­dów Osad­ni­ków. On i Aria upro­wa­dzili jeden z Reve­rie, ale to było za mało, żeby pomie­ścić wszyst­kich. Ponadto jeśli ple­mię Fal miało dokąd­kol­wiek dotrzeć, musieli obrać wła­ściwy kurs.

Cin­der. Podusz­ko­wiec. Kurs.

Trzy rze­czy. Sable i Hess mieli je wszyst­kie. Ale to wkrótce miało się zmie­nić.

Roar, cią­gle odwró­cony ple­cami do Perry'ego, powie­dział: - Zdaje się, że Perry zapo­mniał, że sły­szę każde jego słowo, Hyde. - Obej­rzał się za sie­bie. Znowu to gniewne spoj­rze­nie. - Czy tego chcę, czy nie.

Perry'ego zalała fala zło­ści. Hyde i Gren zasty­gli w bez­ru­chu, ich nastroje zabar­wiły się jaskrawą czer­wie­nią. Twig, który spę­dził z Roarem ostat­nie dni, poru­szył się pierw­szy.

Puścił uwiąz, na któ­rym pro­wa­dził konia, pod­szedł do Roara i chwy­cił za jego czarny płaszcz.

- No, chodź - powie­dział, sztur­cha­jąc go tak mocno, jakby chciał zro­bić mu krzywdę. - Pokażę ci drogę. Łatwo się tu zgu­bić, zanim czło­wiek się przy­zwy­czai.

Kiedy się odda­lili, Gren pokrę­cił głową.

- Co to było?

Perry'emu przy­szły do głowy różne odpo­wie­dzi.

Roar bez Liv.

Roar, który nie ma po co żyć.

Roar, który prze­cho­dzi pie­kło.

- Nic - powie­dział, zbyt zde­ner­wo­wany, żeby to wyja­śnić. - Ochło­nie.

Kiedy Gren poszedł zająć się końmi, Perry skie­ro­wał się do Sali Narad. Choć z każ­dym kro­kiem nara­stał w nim nie­po­kój kła­dący się cię­ża­rem na jego piersi, sta­rał się mu nie pod­da­wać. Przy­naj­mniej nie doskwie­rał mu, jak pra­wie wszyst­kim pozo­sta­łym, panu­jący w jaskini mrok. Jakimś zrzą­dze­niem losu jego wzrok Vida w ciem­no­ści jesz­cze się wyostrzał.

W poło­wie drogi wybiegł mu na spo­tka­nie Pchlarz, pies Wil­low. Zwie­rzak szcze­kał i pod­ska­ki­wał, jakby nie widział Perry'ego co naj­mniej od tygo­dni. Talon i Wil­low poja­wili się zaraz za nim.

- Zna­la­złeś Roara? - zapy­tał Talon. - Czy to był on? Perry zła­pał Talona i obró­cił go głową w dół, na co chło­piec zare­ago­wał grom­kim śmie­chem.

- Jasne, że tak, Paskudo. - Roar jest z nami, w każ­dym razie cia­łem.

- A Cin­dera? - zapy­tała z nadzieją Wil­low, sze­roko otwie­ra­jąc oczy. Przy­wią­zała się do tego chłopca. Pra­gnęła go odzy­skać nie mniej roz­pacz­li­wie niż Perry.

- Nie. Na razie tylko Roara i Twiga, ale odnaj­dziemy Cin­dera, Wil­low. Obie­cuję.

Pomimo jego zapew­nień Wil­low wypu­ściła z sie­bie impo­nu­jącą wią­zankę prze­kleństw. Talon zachi­cho­tał, a Perry poszedł w jego ślady, ale było mu przy­kro. Czuł zapach jej cier­pie­nia.

Perry posta­wił Talona na ziemi.

- Zro­bisz coś dla mnie, Paskudo? Zaj­rzysz do Arii? - Odkąd przy­byli do groty, poda­wano jej silne środki prze­ciw­bó­lowe i więk­szość czasu prze­sy­piała. Rana na jej ramie­niu nie chciała się goić. Perry zaglą­dał do niej, kiedy tylko mógł, i każdą noc spę­dzał w jej ramio­nach, ale mimo to za nią tęsk­nił. Nie mógł się docze­kać chwili, kiedy się obu­dzi.

- Jasne! - zaszcze­bio­tał Talon. - Chodź, Wil­low.

Perry przy­glą­dał się bie­gną­cym dzie­ciom i psu, który sadził za nimi wiel­kimi susami. Sądził, że bra­ta­nek prze­stra­szy się jaskini, ale Talon szybko się przy­zwy­czaił, podob­nie jak inne dzieci. Ciem­ność dawała im nowe moż­li­wo­ści. Mogły godzi­nami odkry­wać kolejne pod­ziemne komory i bez końca bawić się w cho­wa­nego. Perry nie­raz sły­szał, jak dzieci zaśmie­wają się z odgło­sów odbi­ja­ją­cych się echem od ścian jaskini. Oso­bi­ście wolałby nie­któ­rych nie sły­szeć.

Miał tylko nadzieję, że doro­śli wykażą się nie mniej­szym har­tem ducha.

Perry wkro­czył do Sali Narad, pozdra­wia­jąc Mar­rona ski­nie­niem głowy. Niskie i nie­równe skle­pie­nie zmu­szało go do pochy­la­nia się, kiedy okrą­żał długi stół. Usi­ło­wał oddy­chać spo­koj­nie, powta­rzał sobie, że w rze­czy­wi­sto­ści ściany jaskini wcale się nie ugi­nają, że to tylko złu­dze­nie.

Roar już był na miej­scu. Sie­dział roz­party na krze­śle, z nogami na stole. W ręce miał butelkę bły­ska­cza i kiedy poja­wił się Perry, nawet nie pod­niósł wzroku. Nie wró­żyło to dobrze.

Bear i Reef ski­nęli Perry'emu gło­wami, nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy o czer­wo­nych bły­skach zabar­wia­ją­cych stru­mie­nie eteru. Laska Beara leżała na stole, wzdłuż jego dłuż­szego boku, zaj­mu­jąc całą odle­głość pomię­dzy trzema męż­czy­znami. Widok tej laski zawsze przy­po­mi­nał Perry'emu, jak wycią­gnął Beara z ruin jego domu.

- Jakieś pomy­sły, dla­czego kolor się zmie­nia? - zapy­tał Perry. Zajął swoje zwy­cza­jowe miej­sce mię­dzy Mar­ro­nem i Reefem. Czuł się dziw­nie, sie­dząc na wprost Roara, jakby byli prze­ciw­ni­kami.

Na środku stołu ide­al­nie rów­nym pło­mie­niem paliły się świece. Nie było tu prze­cią­gów, które mogłyby spo­wo­do­wać ich migo­ta­nie. Mar­ron kazał roz­wie­sić wokół pod­wyż­sze­nia pledy, peł­niące funk­cję pro­wi­zo­rycz­nych ścia­nek dzia­ło­wych dają­cych złu­dze­nie oddziel­nego pomiesz­cze­nia. Perry zasta­na­wiał się, czy pozo­sta­łym to poma­gało.

- Tak - powie­dział Mar­ron. Zaczął obra­cać wokół palca złoty pier­ścień. - To samo zja­wi­sko zaob­ser­wo­wano w cza­sach Jed­no­ści. Wtedy była to zapo­wiedź nie­ustan­nych burz. Utrzy­my­wały się przez trzy­dzie­ści lat. Jeśli sytu­acja się powtó­rzy, kolor eteru będzie się zmie­niał, aż jego stru­mie­nie staną się zupeł­nie czer­wone. Kiedy do tego doj­dzie, wyj­ście na zewnątrz będzie nie­moż­liwe. - Zaci­snął usta, krę­cąc głową. - Oba­wiam się, że zosta­niemy tu uwię­zieni.

- Ile czasu nam zostało? - zapy­tał Perry.

- Rela­cje z tam­tych lat są nie­spójne, więc trudno okre­ślić to pre­cy­zyj­nie. Jeśli będziemy mieli szczę­ście, może to potrwać kilka tygo­dni.

- A jeśli nie?

- Kilka dni.

- Wiel­kie nieba - powie­dział Bear, opie­ra­jąc na stole masywne ręce. Gło­śno wypu­ścił powie­trze, wpra­wia­jąc w drże­nie pło­mień naj­bliż­szej świecy. - Tylko tyle?

Perry usi­ło­wał prze­tra­wić tę infor­ma­cję. Kiedy spro­wa­dził Fale do groty, miała być dla nich tym­cza­so­wym schro­nie­niem. Obie­cał im, że nie zostaną tu na zawsze. Nie mogli tu zostać. Jaski­nia nie była samo­wy­star­czalną kap­sułą Podu jak Reve­rie. Musieli się stąd wydo­stać.

Popa­trzył na Reefa. Czuł, że tym razem bar­dzo potrze­buje jego rady.

Ale wtedy do sali weszła Aria.

Perry wstał tak gwał­tow­nie, że prze­wró­cił krze­sło, na któ­rym sie­dział. W mgnie­niu oka prze­był dzie­lące ich dzie­sięć kro­ków, nabi­ja­jąc sobie po dro­dze guza o niskie skle­pie­nie i ude­rza­jąc nogą o stół. Jesz­cze ni­gdy w życiu nie poru­szał się tak nie­zgrab­nie.

Przy­cią­gnął Arię do sie­bie i mocno ją objął, uwa­ża­jąc przy tym na jej ramię.

Pach­niała cudow­nie. Fioł­kami i bez­kre­snym, nagrza­nym w słońcu polem. Jej zapach spra­wiał, że serce zaczy­nało mu szyb­ciej bić. Koja­rzył się z wol­no­ścią. Ze wszyst­kim, czego nie było w jaskini.

- Nie śpisz - powie­dział i pra­wie się roze­śmiał. Od tylu dni cze­kał na chwilę, kiedy będzie mógł z nią poroz­ma­wiać. Mógł zacząć lepiej.

- Talon powie­dział, że tu cię znajdę - rze­kła z uśmie­chem. Prze­su­nął dło­nią po jej oban­da­żo­wa­nym ramie­niu.

- Jak się czu­jesz? Wzru­szyła ramio­nami.

- Lepiej.

Chciałby w to wie­rzyć, ale jej bla­dość i cie­nie pod oczami mówiły co innego. Wciąż jed­nak była naj­pięk­niej­szą istotą, jaką kie­dy­kol­wiek widział. Nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści.

W pokoju zapa­dła cisza. Wszy­scy na nich patrzyli, ale Perry'ego to nie obcho­dziło. Nie widzieli się całą zimę, kiedy Aria była u Mar­rona, a potem kolejny mie­siąc, kiedy wyru­szyła z Roarem do Rimu. W minio­nym tygo­dniu, który oboje spę­dzili w osa­dzie Fal, mieli dla sie­bie jedy­nie kilka kra­dzio­nych chwil. Dla­tego teraz nie zamie­rzał zmar­no­wać ani sekundy.

Ujął w dło­nie twarz Arii i poca­ło­wał ją. Dziew­czy­nie wymknął się cichy okrzyk zasko­cze­nia, ale Perry zaraz poczuł, jak się roz­luź­nia. Zarzu­ciła mu ręce na szyję i deli­katne muśnię­cie ich warg prze­ro­dziło się w namiętny poca­łu­nek. Perry przy­cią­gnął ją bli­żej, zapo­mi­na­jąc o całym świe­cie, o wszyst­kich obec­nych, z wyjąt­kiem jej samej. Dopiero szorstki głos Reefa za jego ple­cami przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści.

- Cza­sem zapo­mi­nam, że on ma dzie­więt­na­ście lat.

- Rze­czy­wi­ście. Łatwo zapo­mnieć. - Ta łagodna odpo­wiedź mogła paść wyłącz­nie z ust Mar­rona.

- Ale nie teraz.

- No, teraz nikt nie dałby mu wię­cej.

Rozdział 3

3

ARIA

Aria spoj­rzała na Perry'ego sze­roko otwar­tymi oczami, poru­szona.

Ich zwią­zek wła­śnie stał się ofi­cjalny, a ona nie była gotowa na falę dumy, która nie­spo­dzie­wa­nie ją zalała. Perry nale­żał do niej, był wspa­niały i nie musieli się już ukry­wać, tłu­ma­czyć ani roz­sta­wać.

- Zdaje się, że powin­ni­śmy zaczy­nać naradę - powie­dział do niej z uśmie­chem.

Wymam­ro­tała coś na znak, że się zga­dza, i odsu­nęła się od niego z wysił­kiem, pró­bu­jąc ukryć oszo­ło­mie­nie. Wtedy spo­strze­gła po dru­giej stro­nie stołu Roara i ulga na jego widok pomo­gła jej odzy­skać grunt pod nogami.

- Roar! - Aria pode­szła do niego i przy­gar­nęła go do sie­bie jedną ręką.

- Spo­koj­nie - powie­dział, marsz­cząc czoło na widok ban­daża na jej ramie­niu. - Co ci się stało?

- To? To rana postrza­łowa.

- Co ci strze­liło do głowy, żeby dać się postrze­lić?

- Chcia­łam wzbu­dzić twoje współ­czu­cie.

Czę­sto się w ten spo­sób prze­ko­ma­rzali, ale gdy Aria uważ­niej spoj­rzała Roarowi w oczy, ści­snęło jej się serce.

Choć roz­ma­wiał z nią tak samo jak zwy­kle, nie odna­la­zła w jego spoj­rze­niu ani śladu daw­nej pogody ducha. Było cięż­kie od smutku, podob­nie jak jego uśmiech. Uło­że­nie ramion. Wszystko, nawet spo­sób, w jaki stał, prze­chy­lony w jedną stronę, jakby całe jego życie zostało pozba­wione rów­no­wagi, zdra­dzało jego stan ducha. Wyglą­dał dokład­nie tak jak przed tygo­dniem, kiedy pły­nęli razem w dół Wężo­wej Rzeki. Jakby miał zła­mane serce.

Wtedy Aria dostrze­gła Mar­rona, który zbli­żał się do nich z wycze­ku­ją­cym uśmie­chem. Jego twarz o czuj­nych, peł­nych życia nie­bie­skich oczach, rumia­nych i zaokrą­glo­nych policz­kach sta­no­wiła cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo twar­dych rysów Roara.

- Cie­szę się, że cię widzę - powie­dział Mar­ron, przy­cią­ga­jąc ją do sie­bie. - Wszy­scy się mar­twi­li­śmy.

- Ja też się cie­szę, że cię widzę - odparła Aria. Był miękki i pach­niał tak przy­jem­nie wodą różaną i dymem z ogni­ska. Objęła go, wspo­mi­na­jąc mie­siące, które spę­dziła zimą w jego domu po tym, jak dowie­działa się o śmierci matki. Bez jego pomocy byłaby zgu­biona.

- Nie jeste­śmy przy­pad­kiem w samym środku sytu­acji kry­zy­so­wej, Ario? - Do sali wszedł Soren, wypro­sto­wany, z pod­nie­sioną głową. - Mógł­bym przy­siąc, że pięć minut temu tak wła­śnie powie­dzia­łaś.

Miał ten sam wyraz twa­rzy co ona, kiedy sześć mie­sięcy wcze­śniej spo­tkała Perry'ego - aro­gancki, pełen iry­ta­cji i odrazy.

- Zajmę się nim - powie­dział Reef, wsta­jąc.

- Nie - zapro­te­sto­wała Aria. Soren był synem Hessa. Nawet jeśli na to nie zasłu­gi­wał, Osad­nicy z pew­no­ścią będą w nim widzieli przy­wódcę, podob­nie jak ona. - On jest ze mną. Popro­si­łam go, żeby tu przy­szedł.

- Więc zostaje - powie­dział gładko Perry. - Zaczy­najmy. To ją zasko­czyło. Bała się, jak Perry zare­aguje na obec­ność Sorena. Nie zno­sili się od pierw­szego wej­rze­nia.

Kiedy sia­dali przy stole, Aria pochwy­ciła wro­gie spoj­rze­nie Reefa. Wie­działa, czego się spo­dzie­wał: Soren będzie pró­bo­wał zakłó­cić prze­bieg spo­tka­nia. Ona jed­nak nie zamie­rzała do tego dopu­ścić.

Usia­dła koło Roara, co wyda­wało jej się zara­zem wła­ściwe i niewła­ściwe, ale miej­sca obok Perry'ego zaj­mo­wali już Reef i Mar­ron. Roar zgar­bił się na swoim krze­śle i pocią­gnął z butelki długi łyk bły­ska­cza. W tym geście było tyle zło­ści i roz­pa­czy, że w pierw­szym odru­chu chciała ode­brać mu butelkę, ale Roarowi zbyt wiele już ode­brano.

- Jak wam wia­domo, Hess i Sable mają prze­wagę pra­wie pod każ­dym wzglę­dem - powie­dział Perry. - Czas rów­nież działa na naszą nie­ko­rzyść. Musimy dzia­łać szybko. Jutro wyru­szymy nie­wielką grupą do ich obozu, aby ura­to­wać Cin­dera, zabez­pie­czyć podusz­kowce i zdo­być współ­rzędne Wiel­kiego Błę­kitu. Żeby przy­go­to­wać tę misję, potrze­buję infor­ma­cji. Roar, muszę wie­dzieć, co widzia­łeś. Soren, ty też musisz powie­dzieć mi wszystko, co wiesz.

Na szyi Perry'ego migo­tał łań­cuch Wodza Krwi. Jego złote włosy błysz­czały w bla­sku świec, a z koń­skiego ogona wymy­kały się nie­sforne pasemka. Jego ramiona i ręce opi­nała ciemna koszula, ale Aria dosko­nale zapa­mię­tała wyta­tu­owane na nich Zna­cze­nia.

Szorstki myśliwy o gniew­nym spoj­rze­niu, któ­rego poznała pół roku wcze­śniej, prak­tycz­nie znik­nął. Teraz Perry był spo­koj­niej­szy, pew­niej­szy sie­bie. Wciąż budził postrach, ale zacho­wy­wał się powścią­gli­wie. Spo­dzie­wała się, że taki wła­śnie się sta­nie.

Jego zie­lone spoj­rze­nie padło na Arię, zatrzy­mało się na chwilę, jakby Perry czy­tał w jej myślach, i po chwili powę­dro­wało w stronę sie­dzą­cego obok niej Roara.

- Zacznij, kiedy będziesz gotowy, Roar - powie­dział.

Roar odpo­wie­dział, nawet nie sta­ra­jąc się wypro­sto­wać na krze­śle czy wyraź­nie arty­ku­ło­wać słów.

- Hess i Sable połą­czyli siły. Zało­żyli kwa­terę na otwar­tej prze­strzeni, na pła­sko­wyżu mię­dzy Samotną Sosną a Wężową Rzeką. To rodzaj wiel­kiego obo­zo­wi­ska. Albo raczej nie­wiel­kie mia­sto.

- Dla­czego aku­rat tam? - zapy­tał Perry. - Po co gro­ma­dzić siły w głębi lądu, skoro Wielki Błę­kit leży za morzem? Na co oni cze­kają?

- Żebym to ja wie­dział? - odparł Roar.

Aria odwró­ciła się rap­tow­nie w jego stronę. Wyda­wał się nie­mal znu­dzony, ale w jego oczach dawało się zauwa­żyć dra­pieżne sku­pie­nie, któ­rego jesz­cze przed chwilą w nich nie było. Zła­pał butelkę bły­ska­cza, aż napięły się mię­śnie na jego szczu­płych przed­ra­mio­nach.

Aria rozej­rzała się wśród obec­nych, szu­ka­jąc innych oznak napię­cia. Reef pochy­lił się, wbi­ja­jąc w Roara świ­dru­jące spoj­rze­nie. Mar­ron zer­kał ner­wowo na wej­ście, przy któ­rym w pozach straż­ni­ków stali Gren i Twig. Nawet Sore­nowi udzie­liło się ich zde­ner­wo­wa­nie. Zer­kał to na Perry'ego, to na Roara, jakby się zasta­na­wiał, co takiego wie­dzą wszy­scy oprócz niego.

- Chciał­byś coś jesz­cze dodać? - zapy­tał Perry spo­koj­nie, igno­ru­jąc sar­kazm Roara.

- Widzia­łem flotę podusz­kow­ców - odparł Roar. - Nali­czy­łem ze dwa­na­ście takich jak ten na zewnątrz na skar­pie i jesz­cze inne, mniej­sze hovery. Stoją rzę­dem na rów­ni­nie, na zewnątrz tej ich poka­wał­ko­wa­nej rze­czy, zwi­nię­tej jak wąż. To jest ogromne... Każda część przy­po­mina budy­nek.

Soren par­sk­nął.

- Ta poka­wał­ko­wana rzecz nazywa się Komodo X12.

- Dzięki, Osad­niku. To wszystko wyja­śnia - powie­dział Roar, kie­ru­jąc na niego ciemne spoj­rze­nie.

Aria spo­glą­dała to na jed­nego, to na dru­giego. Prze­ra­że­nie zmro­ziło jej krew w żyłach.

- Chce­cie wie­dzieć, co to jest Komodo? - zapy­tał Soren. - Powiem wam. Albo jesz­cze lepiej: może zdej­mie­cie te zasłony, to nary­suję parę paty­ko­wa­tych ludzi­ków na skale. A potem przy­wo­łamy duchy przod­ków, zło­żymy ofiarę czy coś. - Soren zer­k­nął na Perry'ego. - Zała­twisz jakieś bębny i pół­na­gie kobiety?

Aria miała już pewne doświad­cze­nie w kon­tak­tach z Sore­nem i była na to przy­go­to­wana. Zer­k­nęła na Perry'ego i Mar­rona.

- Czy rysu­nek by nam pomógł? - zapy­tała, odpo­wia­da­jąc bez­po­śred­nio­ścią na drwiny Sorena.

Mar­ron pochy­lił się.

- Och, tak. Z pew­no­ścią wiele by uła­twił. Podob­nie jak wszel­kie szcze­góły doty­czące pręd­ko­ści roz­wi­ja­nej przez podusz­kowce, ich zasięgu, ładow­no­ści, uzbro­je­nia. Wypo­sa­że­nie... naprawdę, Soren, wszystko może się oka­zać przy­datne. Wie­dząc, jakiego modelu hovera potrze­bu­jemy, mogli­by­śmy się lepiej przy­go­to­wać. Byli­by­śmy wdzięczni, gdy­byś zechciał to nary­so­wać i jak naj­do­kład­niej opi­sać.

Perry zwró­cił się do Grena.

- Przy­nieś papier, linijkę i coś do pisa­nia.

Soren sie­dział z otwar­tymi ustami, wpa­tru­jąc się na prze­mian w Mar­rona, Perry'ego i Arię.

- Nie będę niczego ryso­wał. Żartowałem.

- Wyglą­damy tak, jak­by­śmy byli w nastroju do żar­tów? - zapy­tała Aria.

- Co? Nie. Ale nie będę poma­gał dzik... tym ludziom.

- Od wielu dni się tobą opie­kują. Myślisz, że jesz­cze byś żył, gdyby nie ci ludzie?

Soren rozej­rzał się, gotów do kłótni, ale nie odpo­wie­dział.

- Nikt oprócz cie­bie nie zna się tu na podusz­kow­cach - cią­gnęła Aria. - Jesteś eks­per­tem. Powi­nie­neś nam też powie­dzieć wszystko, co sły­sza­łeś o pla­nach two­jego ojca i Sable'a.

Musimy wie­dzieć na ten temat jak naj­wię­cej.

Soren zmarsz­czył brwi.

- Chyba żar­tu­jesz.

- Nikomu nie jest do śmie­chu. Myśla­łam, że to już usta­li­li­śmy.

- Dla­czego miał­bym im ufać? - zapy­tał Soren, jakby mówił o nie­obec­nych.

- Co powiesz na: "bo nie masz wyj­ścia"?

Gniewne spoj­rze­nie Sorena powę­dro­wało w stronę Perry'ego, który obser­wo­wał Arię, zaci­ska­jąc usta, jakby z tru­dem usi­ło­wał zacho­wać powagę.

- Świet­nie - powie­dział Soren. - Powiem wam, co wiem. Prze­chwy­ci­łem jedną z roz­mów mojego ojca z Sable'em, zanim Reve­rie... się zawa­liła.

Zawa­le­nie się Reve­rie było tylko czę­ścią prawdy. Uszko­dzona kap­suła została opusz­czona przez ojca Sorena, kon­sula Hessa, a tysiące ludzi pozo­sta­wiono w niej na pewną śmierć. Aria rozu­miała, dla­czego Soren nie chce o tym mówić.

- Sable i jego zaufani ludzie znają współ­rzędne Wiel­kiego Błę­kitu - cią­gnął chło­pak. - Ale to nie wystar­czy. Gdzieś na morzu jest ściana eteru, przez którą trzeba się prze­do­stać, żeby do niego dotrzeć. Sable twier­dzi, że zna­lazł na to spo­sób.

Przy stole zapa­dła cisza. Wszy­scy wie­dzieli, że tym spo­sobem jest Cin­der.

Perry potarł pod­bró­dek. Na jego twa­rzy poja­wiły się pierw­sze oznaki gniewu. Aria przy­glą­dała się bla­dym, fali­stym bli­znom na grzbie­cie jego dłoni - dziełu Cin­dera.

- Jesteś pewny, że Cin­der tam jest? - zwró­cił się do Roara. - Widzia­łeś go?

- Jestem pewny - potwier­dził Roar.

Mijały sekundy.

- Nie masz już nic do doda­nia? - dopy­ty­wał Perry.

- Chce­cie wię­cej? - Roar pod­niósł się. - Pro­szę bar­dzo: Cin­dera pil­no­wała dziew­czyna o imie­niu Kirra, która według Twiga wcze­śniej była w naszej wio­sce. Widzia­łem, jak zabie­rała Cin­dera do tego całego Komodo. Wiesz, kto jesz­cze tam jest? Sable. Facet, który zabił twoją sio­strę. Potrzebne nam hovery też tam są, bo zakła­dam, że tym, który stoi na zewnątrz, wszy­scy się nie zabie­rzemy. Wycho­dzi na to, że oni mają wszystko, a my nie mamy nic. To by było na tyle, Perry. Teraz wiesz, na czym sto­imy. Co pro­po­nu­jesz? Może posiedźmy sobie jesz­cze w tej żało­snej norze i poga­dajmy?

Reef ude­rzył pię­ścią w stół.

- Dość! - wrza­snął, wsta­jąc. - Nie będziesz do niego mówił w taki spo­sób. Nie pozwolę na to.

- On cierpi - powie­dział cicho Mar­ron.

- Nie obcho­dzi mnie to. To nie uspra­wie­dli­wia jego zacho­wa­nia.

- A skoro mówimy o uspra­wie­dli­wie­niach - powie­dział Roar - już od jakie­goś czasu szu­ka­łeś pre­tek­stu, żeby się do mnie przy­cze­pić, Reef. - Wstał i roz­ło­żył ręce. - Wygląda na to, że go wresz­cie zna­la­złeś.

- Wła­śnie to mia­łem na myśli - powie­dział Soren, krę­cąc głową. - Jeste­ście jak zwie­rzęta. Czuję się jak dozorca w zoo.

- Zamknij się, Soren. - Aria wstała i chwy­ciła Roara za ramię. - Pro­szę, Roar. Usiądź.

Wyrwał się, a Aria aż pod­sko­czyła, sycząc z bólu. Choć zła­pała Roara zdrową ręką, jego gwał­towny ruch roz­pa­lił w głębi jej rany gorącą pochod­nię.

- Roar! - wrza­snął Perry ze swo­jego miej­sca.

Aria przy­ci­skała drżącą rękę do brzu­cha. Usi­ło­wała się uspo­koić. Ukryć zale­wa­jące ją fale bólu.

Roar patrzył na nią zaże­no­wany.

- Zapo­mnia­łem - wymam­ro­tał pod nosem.

- To moja wina. W porządku. Nic mi nie jest.

Nie miał zamiaru zro­bić jej krzywdy. To oczy­wi­ste, że tego nie chciał. A jed­nak wszy­scy zasty­gli w bez­ru­chu. Nikt się nie ode­zwał.

- Nic mi nie jest - powtó­rzyła.

Powoli uwaga obec­nych sku­piła się na Per­rym, który z wście­kło­ścią wpa­try­wał się w Roara.

Rozdział 4

4

PERE­GRINE

Gniew przy­wró­cił Perry'emu siły i jasność myśle­nia. Pierw­szy raz, odkąd zna­lazł się w jaskini, odzy­skał prze­ni­kli­wość umy­słu.

Ode­tchnął kilka razy, sta­rał się roz­luź­nić. Zdu­sić w sobie odruch rzu­ce­nia się do ataku.

- Zostań­cie - powie­dział, prze­no­sząc wzrok z Roara na Arię. - Pozo­stali niech wyjdą.

Wszy­scy w pośpie­chu skie­ro­wali się do wyj­ścia. Reef uci­szył pro­te­sty Sorena, kil­ka­krot­nie mocno go popy­cha­jąc. Bear wyszedł ostatni. Perry cze­kał, aż ucich­nie stu­ka­nie jego laski o skalny chod­nik.

- Boli cię?

Aria pokrę­ciła głową.

- Nie? - Nie dowie­rzał. Kła­mała, żeby chro­nić Roara. Jej sku­lona syl­wetka nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści co do tego, jak jest naprawdę.

Spu­ściła wzrok.

- To nie była jego wina - powie­działa, wpa­tru­jąc się w stół. Roar zmarsz­czył brwi.

- Serio, Perry? Myślisz, że mógł­bym ją skrzyw­dzić? Celowo?

- Robisz, co możesz, żeby skrzyw­dzić przy­naj­mniej kilka osób. Jestem tego pewien. Pró­buję się tylko zorien­to­wać ile.

Roar zaśmiał się gorzko.

- Wiesz, co mnie śmie­szy? Ta twoja wynio­słość. To był zwy­kły wypa­dek. Spójrz na sie­bie. Który z nas prze­lał krew wła­snego brata?

Perry poczuł, że znowu wzbiera w nim gniew. Roar wypo­mi­nał mu śmierć Vale'a. Cios poni­żej pasa, w dodatku zadany znie­nacka.

- Ostrze­gam cię - powie­dział Perry. - Niech ci się nie wydaje, że możesz do mnie mówić albo zacho­wy­wać się, jak ci się podoba ze względu na naszą przy­jaźń. Nie możesz.

- Dla­czego? Bo teraz jesteś Wodzem Krwi? Mam ci się kła­niać, Pere­grine? Mam cho­dzić za tobą jak sześć two­ich wier­nych psów? - Roar wska­zał ruchem głowy na pierś Perry'ego. - To żela­stwo ude­rzyło ci do głowy.

- Pew­nie, że tak! Zło­ży­łem przy­sięgę. Moje życie należy do Fal.

- Cho­wasz się za tą przy­sięgą. Cho­wasz się tutaj.

- Po pro­stu powiedz, o co ci cho­dzi, Roar.

- Liv nie żyje! Nie żyje.

- A tobie się wydaje, że mogę przy­wró­cić jej życie? O to cho­dzi? - Nie mógł. Ni­gdy wię­cej nie zoba­czy sio­stry. Nic tego nie zmieni.

- Chcę, żebyś coś z r o b i ł. Na począ­tek uro­nił cho­lerną łzę! A potem dopadł Sable'a. Pode­rżnął mu gar­dło. Spa­lił jego zwłoki. Zamiast sie­dzieć pod tą skałą.

- Pod tą skałą sie­dzi ze mną czte­ry­sta dwa­na­ście osób. Jestem odpo­wie­dzialny za każdą z nich. Koń­czy nam się jedze­nie. Koń­czą nam się moż­li­wo­ści. Świat na zewnątrz pło­nie. a ty uwa­żasz, że się ukry­wam?

Roar zni­żył głos.

- Sable ją zamor­dował - wark­nął. - Strze­lił do Liv z kuszy z odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków. On...

- Dość! - wrza­snęła Aria. - Prze­stań, Roar. Nie roz­ma­wiaj z nim tak. Nie w ten spo­sób.

- Wpa­ko­wał two­jej sio­strze grot w serce, a potem stał i patrzył, jak ucho­dzi z niej życie.

W chwili gdy Perry usły­szał słowo "kusza", jego ciało zdrę­twiało. Wie­dział, że Sable zabił Liv, ale nie wie­dział, w jaki spo­sób, i wolałby tego nie wie­dzieć. Widok umie­ra­ją­cego Vale'a miał go prze­śla­do­wać do końca życia. Nie był gotowy na kosz­mar, w któ­rym strzała prze­szywa serce jego sio­stry.

Roar pokrę­cił głową.

- Skoń­czy­łem. - I choć nie powie­dział tego gło­śno, w sekun­dzie ciszy, która nastą­piła po tych sło­wach, dało się sły­szeć: "z tobą".

Ruszył do wyj­ścia, ale po dro­dze jesz­cze się odwró­cił.

- Zacho­wuj się dalej tak, jakby to się nie stało, Pere­grine. Zwo­łuj narady, zaj­muj się spra­wami ple­mie­nia i wszyst­kim innym. Wie­dzia­łem, że tak wła­śnie zro­bisz.

Kiedy wyszedł, Perry oparł się o sto­jące przed nim krze­sło. Stał wpa­trzony w rysu­nek sło­jów na bla­cie stołu, pró­bu­jąc uspo­koić osza­lałe serce. Nastrój Roara wypeł­nił salę deli­kat­nym zapa­chem zglisz­czy i Perry czuł się tak, jakby oddy­chał sadzą.

Przez cały czas, kiedy się znali, czyli ponad dzie­sięć lat, spę­dzali z sobą każdy dzień. Ani razu się nie pokłó­cili. Nie tak jak teraz, na poważ­nie. Zawsze mógł liczyć na Roara i nie sądził, że to się kie­dy­kol­wiek zmieni. Przez myśl mu nie prze­szło, że strata Liv może ozna­czać rów­nież stratę Roara.

Perry pokrę­cił głową. Zacho­wy­wał się jak głu­piec. Nic nie prze­kre­śli ich przy­jaźni.

- Przy­kro mi, Perry - powie­działa cicho Aria. - On cierpi.

Z tru­dem prze­łknął ślinę.

- Zorien­to­wa­łem się. - Jego słowa zabrzmiały ostro. Liv była jego sio­strą. Ostat­nią osobą z rodziny, która mu została, nie licząc Talona. Dla­czego Aria mar­twi się o Roara?

- Chcia­łam tylko powie­dzieć, że on nie jest sobą. On nie chce, żebyś był jego wro­giem, nawet jeśli spra­wia takie wra­że­nie. Potrze­buje cię bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

- On jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem - powie­dział Perry, pod­no­sząc wzrok. - Wiem, czego potrze­buje.

Poza Liv i Per­rym, a teraz jesz­cze Arią, Roar kochał w swoim życiu tylko jedną osobę: swoją babkę. Po jej śmierci, wiele lat temu, przez mie­siąc nie mógł zna­leźć sobie miej­sca. Potem się uspo­koił.

Może tego wła­śnie potrze­bo­wał Roar. Czasu.

Dużo czasu.

- Nie wiesz, jak to było, Perry. Nie wiesz, co on prze­szedł w Rimie i póź­niej.

Perry znie­ru­cho­miał, mru­ga­jąc z nie­do­wie­rza­niem. Nie mógł tego słu­chać.

- Słusz­nie - powie­dział, pro­stu­jąc się. - Nie było mnie tam, kiedy zgi­nęła Liv, ale mia­łem tam być. Taki był plan, pamię­tasz? Mie­li­śmy wyru­szyć tam razem. Jeśli dobrze pamię­tam, ty i Roar wymknę­li­ście się beze mnie.

Szare oczy Arii otwo­rzyły się sze­roko ze zdu­mie­nia.

- Musia­łam odejść. Ina­czej stra­cił­byś ple­mię.

Perry poczuł, że powi­nien natych­miast wyjść. Wzbie­rało w nim roz­cza­ro­wa­nie i gniew. Nie chciał wyła­do­wy­wać się na niej. Nie mógł jed­nak powstrzy­mać słów cisną­cych mu się na usta.

- Sama tak zde­cy­do­wa­łaś. Nawet jeśli postą­pi­łaś słusz­nie, dla­czego nie mogłaś mnie przy­naj­mniej o tym uprze­dzić? Nie mogłaś cze­goś powie­dzieć, musia­łaś odejść bez słowa? Znik­nę­łaś, Ario.

- Perry, ja... Nie sądzi­łam, że... Chyba powin­ni­śmy o tym poroz­ma­wiać.

Nie mógł znieść widoku pio­no­wej zmarszczki mię­dzy jej brwiami, nie mógł patrzeć na ból, który odczu­wała z jego powodu. Żało­wał, że w ogóle otwo­rzył usta.

- Nie - powie­dział. - Stało się. Zapo­mnijmy o tym.

- Ty naj­wy­raź­niej nie zapo­mnia­łeś.

Nie mógł uda­wać, że jest ina­czej. Wspo­mnie­nie chwili, w któ­rej wszedł do pokoju Vale'a i nie zastał tam Arii, wciąż było żywe w jego pamięci. Za każ­dym razem kiedy nie było jej przy nim, miał wra­że­nie, że strach drwi sobie z niego, szep­cząc mu na ucho, że to się może powtó­rzyć - choć wie­dział, że to nie­prawda. To był irra­cjo­nalny lęk, jak mówił Mar­ron. Ale czy lęk kie­dy­kol­wiek bywa racjo­nalny?

- Nie­długo świt - zmie­nił temat. Mieli zbyt wiele zmar­twień, żeby drą­żyć prze­szłość. - Muszę się przy­go­to­wać.

Aria ścią­gnęła brwi.

- Przy­go­to­wać? Więc tym razem to ty odcho­dzisz?

Jej nastrój w jed­nej sekun­dzie stał się lodo­waty. Myślała, że on ją opusz­cza. Że rano zamie­rza odejść w odwe­cie za to, że wtedy go zosta­wiła.

- Chcę, żeby­śmy wyru­szyli razem - powie­dział szybko. - Wiem, że ręka jesz­cze cię boli, ale jeśli tylko czu­jesz się na siłach, chciał­bym, żebyś mi towa­rzy­szyła. Jesteś w takim samym stop­niu Osad­niczką jak Wyklu­czoną. Będziemy musieli pora­dzić sobie z jed­nymi i dru­gimi, a ty już wcze­śniej mia­łaś do czy­nie­nia z Hes­sem i Sable'em.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki