Wielka woda pod Babią Górą - Irena Małysa

Kup ebooka

49.99 zł
32.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wybrzeże Jeziora Mucharskiego, 19 września 2025 roku

Słabe promienie jesiennego słońca odbijały się w tafli wody. Sunęła żaglówką, która lekko marszczyła powierzchnię jeziora. Uniosła się delikatnie. Zmrużyła powieki i spojrzała w stronę Babiej Góry. Szukała czegoś na brzegu. Strome zbocze oblane wszystkimi odcieniami pomarańczu i czerwieni górowało nad jej łodzią niczym olbrzym. Wreszcie ją dojrzała. Stała z uniesioną nogą, wyciągając szyję. Odwróciła się ku niej. Przez chwilę patrzyły na siebie. Zdawało się, że biała piękność nad czymś się zastanawia. Jej pióra połyskiwały nieprawdopodobnie, jak gdyby oprószone brokatem. Małgorzata sięgnęła po aparat - powoli, płynnym ruchem ramienia. Reszta jej ciała zastygła. Zbliżyła lustrzankę do oka, lecz w tej chwili czapla biała wydała gardłowy odgłos i wzbiła się w powietrze. Dziś nie pozwoliła jej na wiele. Małgorzata uniosła aparat i wykonała serię zdjęć. Czapla zakołowała nad nią majestatycznie, a następnie oddaliła się jednym ruchem szerokich skrzydeł. Kobieta odłożyła aparat do worka żeglarskiego i włączyła silnik. Miała nadzieję, że tym razem odnajdzie gniazdo czapli, którą obserwowała w Zatoce Suma już od dwóch tygodni.

Wypłynęła z zatoki w stronę Zagórza. Tafla wody była niemal gładka. Niezmącona podmuchami wiatru, zdawała się zupełnie czarna. Płynęła blisko brzegu, wypatrując białej piękności. Zbocza jeziora wciąż pozostawały w tym rejonie dzikie. Z daleka dojrzała małą żaglówkę, należącą do zapalonego żeglarza, z którym mijała się na jeziorze niemal codziennie. Pomachała do niego jak zawsze, on również się przywitał. Popłynęła dalej. Gdzieś w gęstwinie wodnych traw dojrzała kaczki tłoczące się w małej zatoczce. Myślała czasem, że chciałaby być taką kaczką. Kolory samiczek idealnie wpasowywały się w otoczenie. Tylko kaczory i ich fantazyjnie zielone, opalizujące łebki stanowiły żywszą plamę koloru. Znów sięgnęła po aparat. Wokół panowała cisza, którą zakłócał tylko odgłos migawki. Kaczki wzbiły się po wodzie, ni to biegnąc, ni to lecąc. Nie chowając już swojego Canona, dopłynęła do brzegu zabudowanego zespołem luksusowych domków. Wyłączyła silnik. Nowoczesne bryły budynków otoczone bukietem liści wyglądały malowniczo. Wciąż opuszczone, czekały na turystów, którzy rozdziewiczą to miejsce, gdy się w końcu zjawią. Tylko jeden domek był zamieszkany - Małgorzata pomachała jak co dzień jego lokatorce stojącej z kawą na tarasie. Nie znała tej kobiety, ale ich powitanie było rytuałem. Każdego dnia, pływając po Jeziorze Mucharskim, witała się w ten sposób z kilkoma osobami, choć zupełnie ich nie znała. Taki miała zwyczaj. Była tylko gościem, który łapie chwile i zamyka je w fotografiach.

W krzakach poniżej linii domów coś się poruszyło. Małgorzata zmrużyła oczy i zaraz dostrzegła rudą kitę. Zrobiła parę zdjęć. Lis zatrzymał się i patrzył na nią. Kobieta stojąca na tarasie także musiała go dostrzec, bo spojrzała w jego stronę. Małgorzata zerknęła na ekran lustrzanki. Udało się jej uchwycić naprawdę świetne ujęcie. Lis na tle rudych liści. Futro zwierzęcia wydawało się już gotowe na nadchodzące ochłodzenie - było gęste i dłuższe niż to letnie. Małgorzata uśmiechnęła się pod nosem. Co prawda nie znalazła gniazda czapli białej, ale była zadowolona z tego dnia. Zerknęła jeszcze na taras, ale kobiety z kawą już na nim nie było. Może jutro zejdzie na ląd i się z nią zapozna. Zawsze gdy ją widzi, ma ogromną ochotę na kawę.

Odpaliła silnik. Zawróciła łódź, która teraz powoli sunęła z powrotem ku Zatoce Suma. Jeszcze niedawno ciągle mijałaby przeróżne łódki i rowery wodne, którymi turyści przemierzali zalew wzdłuż i wszerz. Teraz, ku jej zadowoleniu, sezon się skończył. Pozostała tu tylko ona i zwierzęta. Nic więcej nie było jej do szczęścia potrzebne.

Wyskoczyła z łodzi na pomost i zacumowała. W powietrzu czuła zapach mokrych liści. Zabezpieczyła łódź i zaczęła się wspinać po zboczu do domu. Z oddali usłyszała warkot nadjeżdżającego samochodu. Przyspieszyła kroku, uznawszy, że to może niespodziewani goście. Po kilku krokach była już pewna, że się nie myliła. Spojrzała na dom, w którym mieszkała z Erykiem. Jego nowoczesna forma robiła wrażenie na przyjezdnych - zdawał się wisieć nad przepaścią. Zupełnie jakby miał zaraz runąć w dół i wpaść do jeziora. Zielony dach pokryty mchem i bylinami topił bryłę w otoczeniu. Zobaczyła na podjeździe Eryka witającego się z Gabrysią. Marcin nawet nie spojrzał na swoją partnerkę. Stał obok niej z rękami w kieszeniach, jakby przyjechał tu wbrew własnej woli. Małgorzata nie widziała ich od blisko roku. Jeszcze parę kroków, a znajdzie się przy nich. Przez oszkloną ścianę widziała wnętrze domu.

- Hej! - przywitała się w końcu.

Eryk rozciągnął usta w uśmiechu.

- Jesteś! Zdążyłem przed tobą. - Objął ją ramieniem.

Gabrysia przytuliła ją mocno, a Marcin ucałował w policzek. Przyjrzała się im uważnie. Zmienili się. W jej pamięci byli zupełnie inni. Gabrysia ścięła włosy na krótko i zmieniła ich kolor. Dawniej spływały do połowy pleców kaskadą czarnych loków, a teraz zdawały się białe jak pióra czapli. Eryk podniósł ich walizki i skierował się do wejścia skrytego za kępami wysokich traw. Miał szerokie, masywne plecy, które właściwie się jej nie podobały. Po przekroczeniu progu ich goście zaczęli się rozglądać po wnętrzu z zachwytem. Marcin poklepał Eryka po plecach.

- Nie dziwię się, że projektujesz domy dla milionerów.

Eryk nie potrafił ukryć zadowolenia na twarzy. Choć był cenionym architektem, wciąż lubił być chwalony. Spojrzał spod przymrużonych oczu na Małgorzatę, która nalewała już wodę do czajnika.

- Ale zielenią zajęła się w całości moja ogrodniczka. - Posłał jej pocałunek. - Chodź, kochanie, oprowadź gości po swoim ogrodzie.

Małgorzata odstawiła czajnik i wytarła dłonie. Zbliżyła się powoli do ściany, która wydawała się sekretnym przejściem do lasu. Niemal z namaszczeniem dotknęła liści paproci zwisających z najwyższych partii konstrukcji. Pozostali ucichli, zupełnie jakby stanęli przed ołtarzem.

- Ogrody wertykalne są teraz na topie, to nic wielkiego. Ale ten wykonałam tylko z roślin z pobliskiego lasu.

Wskazywała po kolei rośliny i wymieniała ich nazwy: płonnik, przylaszczka, śmiałek, wełnianka pochwowata, wrzos, szczotlicha siwa, konwalia.

- Nie będę was zanudzać.

Gabriela pochyliła się nad jedną z roślin.

- Chce ci się to podlewać? - zapytała sceptycznie.

- Zamontowaliśmy automatyczny system nawadniania. Ale tak, masz rację, jest z tym trochę pracy.

Usiedli przy wielkim drewnianym stole. Przez szklaną ścianę widzieli jezioro, którego tafla lekko fałdowała się na wietrze. Z drugiej strony przestrzeń zamykał las, o tej porze dnia skrywający dom w cieniu. W upalne dni był zbawienny, teraz jednak chciwie zabierał ostatnie promienie słońca, przynosząc wieczorny chłód. W czasie gdy Gabriela i Marcin opowiadali o swoim życiu w Szwecji, Eryk podał przygotowane wcześniej sałatki i sery. Gabriela była inżynierką dźwięku, tworzyła podkłady do gier komputerowych. Marcin zajmował się logistyką. Po jakimś czasie dopuszczono do głosu Eryka, który pochwalił się nagrodą za projekt budynku ośrodka kultury w jednej z górskich miejscowości. Gabrysia siedziała w milczeniu, co chwilę unosząc kieliszek do ust. Za każdym razem, gdy Marcin zaczynał mówić, jej twarz twardniała, jakby każde jego słowo było przytykiem w jej stronę.

- Małgosiu - rzucił nagle Marcin - gdzie będzie można zobaczyć twoje zdjęcia?

Uśmiechnął się, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta ironii. Gabrysia przewróciła oczami, znała ten ton aż za dobrze.

W końcu wszyscy spojrzeli na Małgorzatę, zapatrzoną gdzieś w dal. Głos Marcina przebijał się do niej jakby zza mgły.

- Hej, Gośka, jesteś z nami? - zapytał ze śmiechem. - Pytałem, jak tam twoje zdjęcia. Gdzie je zobaczymy?

Słyszała pytanie, ale zamiast odpowiedzieć, podeszła do wielkiego okna. Widziany z daleka biały punkt wzbił się w powietrze.

- To ona, moja biała dama - wyszeptała cicho, pewna, że dostrzegła czaplę białą.

Marcin zmarszczył brwi i spojrzał dziwnie na Eryka. Ten, jakby tego nie zauważając, zaczął opowiadać o pracy swojej partnerki.

- Małgorzata robi zdjęcia do dużego albumu National Geographic o ptactwie żyjącym na Jeziorze Mucharskim. Będzie tłumaczony na dwa języki.

- Wow, jak udało ci się dostać takie zlecenie?

Pytanie Gabrieli zawisło na chwilę bez odpowiedzi. W końcu Małgorzata odwróciła się i uśmiechnęła.

- Nie wiem, może robię dobre zdjęcia?

Eryk chwycił ją za dłoń.

- Muszę wam też powiedzieć, że Małgorzata to miejscowa Matka Teresa. Ratuje bezdomne koty z okolicznych wsi. W przyziemiu mamy małą kociarnię i ona znajduje im domy.

Po tych słowach goście chcieli koniecznie zobaczyć koty, więc wszyscy zeszli do kociarni. Duże pomieszczenie było dość jasne, z sufitu zwisała huśtawka, były też drabinki i wysokie półki. Gdy zwierzęta zobaczyły Małgorzatę, zaczęły ją witać donośnym miauczeniem i ocierały się zapamiętale o jej nogi. Zaprezentowała gościom po kolei każdego z nich. Dwa czasem trzymała w klatce, bo wdawały się w bójki pod jej nieobecność. Teraz, gdy otworzyła drzwiczki, czarny kocur bez oka stanął na środku pomieszczenia i patrzył na nią z wyrzutem.

- Perszing jest u mnie najdłużej, znalazłam go potrąconego na poboczu. Trudno zapewnić mu dom, bo nie można go zostawić samego.

Eryk się zaśmiał.

- To prawdziwy mafioso, rozstawia wszystkich po kątach.

- Co on ma na obroży? - zaciekawił się Marcin.

- Kamerę. Założyłam mu ją, bo muszę się upewnić, czy to on wszczyna bójki, czy jest tylko ofiarą.

- A ty nie miałeś czasem alergii na kocią sierść? - Marcin zmienił temat, głaszcząc biało-rudą kotkę.

- Mam, dlatego trzymamy je w kociarni. Przychodzę tu czasem się z nimi pobawić, ale wtedy muszę zażyć wapno i leki. Wysypka i katar szybko po nich mijają.

Tymczasem Małgorzata otworzyła klatkę, z której majestatycznym krokiem wysunęła się kotka perska. Przemaszerowała między nogami zgromadzonych, fuknęła na Perszinga i usadowiła się w domku zawieszonym na ścianie.

- To Madonna. Zabrałam ją z pseudohodowli. Zaliczyła tam siedem miotów. Była chora i wycieńczona.

- I tak ci ją oddali? - zapytała zaskoczona Gabriela.

- Coś ty, kupiłam ją. Dla nich liczy się tylko kasa.

- Jesteś doprawdy niesamowita - powiedział Marcin.

- Wcale się taka nie czuję.

Po obiedzie Eryk zaprowadził Gabrysię i Marcina do pokoju gościnnego. Gdy została sama, Małgorzata poczuła ulgę. Wypuściła głośno powietrze. Była zła, gdy jej partner zaprosił na weekend ich znajomych. Nie powiedziała tego wprost, ale chyba się domyślał. Sama nie wiedziała, kiedy stała się takim odludkiem, ale najchętniej zajęłaby się teraz zgrywaniem i obrabianiem zdjęć. Góra brudnych talerzy leżących na stole domagała się jednak jej uwagi, więc uporała się z nimi dość szybko. Gdy odkładała do szafki ostatni talerz, Eryk zaszedł ją od tyłu i położył jej ręce na biodrach.

- Jak tam zdjęcia? - powiedział niskim głosem. - Udało ci się ją upolować? Białą czaplę?

Odwróciła się i pocałowała go. Tuliła się teraz do jego ciepłych ramion, które twardniały z miesiąca na miesiąc. Od jakiegoś czasu Eryk chodził na siłownię, a efekty były coraz bardziej widoczne. Do tego godzinami biegał po okolicy, po czym wracał wycieńczony i od razu zasypiał.

- Tak, mam kilka zdjęć, ale wciąż nie odnalazłam jej gniazda.

Odsunęła się od niego o krok i zrobiła skwaszoną minę.

- Co jest?

- Nie będziesz się gniewał, jeśli nie spędzę z wami wieczoru?

On także zrobił krok do tyłu i zmierzył ją wzrokiem lekarza oceniającego stan pacjenta.

- Myślałem, że się cieszysz z ich wizyty? - zapytał ściszonym głosem.

- Mam dużo pracy ze zdjęciami... jestem zmęczona.

Westchnął ciężko.

- Marcin chciał się spotkać. Myślałem, że się rozerwiesz - powiedział cicho - Ostatnio jesteś taka...

Zwęziła powieki. Denerwowała się, gdy tak na nią patrzył.

- Jaka?

- Stronisz od ludzi. Spędzasz tyle czasu na tym jeziorze, jakbyś sama była łabędziem albo kaczką. Nawet mnie nie zauważasz.

Otworzyła szeroko usta. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Nie spodziewała się tego.

- Czasem - kontynuował Eryk z błyszczącymi oczyma - mam ochotę okleić się piórami, żebyś mnie dostrzegła.

Spuściła głowę. Czuła się pokonana. Czy naprawdę tak bardzo się zafiksowała? Straciła kontakt z otoczeniem? Poczuła falę wstydu. Zaprosił ich, bo martwi się o nią. A ona nawet nie chce wspólnie spędzić wieczoru.

Desperacko złapała go za dłoń, jak tonący łapiący koło ratunkowe. On był jej kołem. Był wszystkim, co miała, poza kotami i ... ptakami.

- Dobrze. Będę.

Na jego twarzy pojawił się cień, którego nie lubiła. Był nią rozczarowany.

- Przygotuję coś specjalnego... - spróbowała zakończyć tę przykrą rozmowę, kierując się do lodówki. Otworzyła drzwiczki, a na jej twarz padło światło wydobywające się z wnętrza. - Mamy pstrąga - powiedziała, siląc się na entuzjazm.

Obróciła się, by zobaczyć jego reakcję. Uśmiechnął się bez przekonania.

- Może być pstrąg - odparł.

Gotując, wciąż zerkała za okno, gdzie sroki przeganiały stado wróbli. Nie znosiła ich. Od kiedy się sprowadziły, w okolicy robiło się coraz ciszej. Potrafiły wyciągać z gniazd kosów i szpaków młode i rozrywać je na strzępy.

Kolacja się udała. Wbrew obawom Małgorzaty było naprawdę przyjemnie. Eryk i Marcin wypili trochę za dużo wina i zaczęli z rozrzewnieniem wspominać lata młodości. Gabrysia bardzo ciekawie opowiedziała jej o swojej pracy, a nawet wpadła na pomysł nagrania odgłosów ptaków, które mogłaby wykorzystać później w swoich projektach. Małgorzata obiecała, że z rana zabierze ją swoją łodzią na jezioro. W pewnym momencie zostawiła ich troje w salonie, wymawiając się zmęczeniem. Położyła się w łóżku i patrzyła przez szybę wielkiego okna na światła po drugiej stronie jeziora. Jak spała czapla biała? Czy kobieta z kawą też już zasnęła?

Nazajutrz obudziła się przed wszystkimi. Przygotowała śniadanie i nakarmiła koty. Miały do niej pretensje, że wczoraj spędziła z nimi tak mało czasu. Musiała przeprosić każdego z osobna, na co kręciły z niezadowoleniem ogonami. Gdy wróciła na górę, Gabrysia już siedziała przy stole.

- Hej! To co, zabierzesz mnie na jezioro?

Małgorzata była pewna, że uda jej się wymigać od tej wycieczki. Koleżanka potraktowała jednak poważnie wczorajszą propozycję. Była ubrana w sportowe legginsy i bluzę, a na stole przed nią stał termos.

- Jasne - odpowiedziała. - Ale najpierw zjedzmy śniadanie.

Pochłonęły ciemne pieczywo z jajkiem i pomidorem i wyszły z domu. Ranek był rześki, a trawa mokra od rosy, gdy schodziły w dół zbocza.

- Ślisko. Dobrze, że wzięłam buty trekkingowe.

- Tak, ranki są coraz chłodniejsze. Trzymaj się za mną.

Łódź zobaczyły dopiero kilkanaście metrów od pomostu, bo gęsta mgła spowijała wszystko naokoło.

- A to bezpieczne? Pływać przy tak kiepskiej widoczności?

- Nie bój się, mam wprawę - uspokoiła koleżankę Małgorzata. - Wsiadaj, ja przytrzymam.

Przybliżyła burtę do pomostu i Gabrysia wskoczyła do środka.

- Ściągnę jeszcze osłonę z silnika, przytrzymaj mi worek.

Małgorzata sprawnie przygotowała żaglówkę i odpaliła silnik, którego mruczenie było stosunkowo ciche. Skierowała ster w lewą stronę.

- To gdzie mnie zabierasz?

- Poziom wody trochę się podniósł, więc spróbujemy dotrzeć jak najdalej do mostu kolejowego. Tam gniazduje najwięcej ptaków. Szukamy gniazda czapli białej.

- W takim razie jestem gotowa. Co mam robić?

- Na razie nic. Nie ma wiatru, więc płyniemy na silniku. Opowiadaj, zainteresowałaś mnie wczoraj.

- Daj spokój, nie będę cię zanudzać. Powiedz lepiej, skąd w Eryku taka przemiana. Ma teraz niezłą rzeźbę.

Spojrzała na nią, zaskoczona. Tak, wiedziała, że jej facet robi wrażenie na kobietach, ale pierwszy raz usłyszała to tak wprost, i to od koleżanki, z którą zna się lata. Założyła niesforny kosmyk włosów za ucho.

- Codziennie biega i ćwiczy. Może to przedwczesny kryzys wieku średniego? Sama nie wiem.

Gabrysia siedziała niżej od niej. W jej spojrzeniu Małgorzata dostrzegła, że ma na niego ochotę. Tak, nie mogła się mylić. Ten błysk w oku, który widywała nieraz, gdy szły na imprezę.

- Powinnaś się cieszyć - powiedziała koleżanka, szturchając ją w ramię. - Jak wam się układa?

- Dobrze, stabilnie...

- Wiesz, że nie o to pytam. Jaki jest w łóżku? Coś się zmieniło, odkąd tak przypakował?

Małgorzata uniosła wysoko brwi. Zapowietrzyło ją na to pytanie. Właściwie nigdy tak o tym nie myślała - jego metamorfoza odbywała się na przestrzeni kilku miesięcy i nie zauważyła, żeby aż tak się zmienił. Później pomyślała o ich seksie. Cóż, właściwie to zmienił się na gorsze. Nie potrafiła się do tego przyznać, ale w zasadzie jego rozrośnięte ciało budziło w niej obrzydzenie. Nie pasowało do niego, nie takiego go pokochała.

Dodała gazu i chwyciła mocniej za ster, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi.

- Trzymaj się - poleciła.

Łódź wypłynęła z zatoki i pognała w kierunku Skawiec. Trwały w milczeniu, przemykając wśród mgieł, a chłodne powietrze owiewało ich twarze. Gdy dotarły do drugiego brzegu, Małgorzata zwolniła i w końcu wyłączyła silnik.

- Przepraszam - powiedziała Gabrysia, podając jej kubek termiczny z kawą. - Nie wiedziałam, że stałaś się taka...

- Jaka? - zapytała, biorąc od koleżanki kubek.

- Taka... sztywna. Kiedyś dało się z tobą pogadać o wszystkim.

Małgorzata upiła łyk kawy, parząc sobie język. Była coraz bardziej rozdrażniona. Nie chciała gadać o wszystkim - właściwie o niczym nie miała ochoty gadać. Oddała kubek, próbując bezskutecznie odwzajemnić uśmiech, i sięgnęła po aparat. Mgły nad jeziorem zdążyły się ulotnić.

- Dobra, bierzemy się do roboty. Wyciągaj ten swój sprzęt do nagrywania.

Gabrysia wyjęła z plecaka mikrofon wyglądający jak futrzane zwierzątko i rejestrator dźwięków. Mikrofon był umieszczony na teleskopowym kijku, który maksymalnie wysunęła. Zrobiła to w samą porę, bo z zatoczki rozległ się gardłowy okrzyk kormoranów, rozprawiających najpewniej o czekającej je podróży na południe. Małgorzata sfotografowała dużego samca, który stojąc na pniu, rozłożył szeroko czarne skrzydła. Dałaby sobie uciąć rękę, że właśnie zajął zdecydowane stanowisko w sprawie terminu rozpoczęcia corocznej migracji. Stado dyskutowało teraz znacznie ciszej, jakby przyjmując jego decyzję. Wykonała serię zdjęć scenek rodzajowych pomiędzy ptakami. Wreszcie zwierzęta zwróciły na nie uwagę. Tembr ich odgłosów się zmienił. Wnet zaczęły odlatywać po kolei, jeden za drugim.

Gabrysia spojrzała na Małgorzatę cała rozpromieniona. Twarz miała zaróżowioną od emocji.

- Świetnie! Udało mi się nagrać całkiem sporo. Nie wiem, jak to wyjdzie w odsłuchu, ale dla mnie bomba.

Wreszcie szczerze się do niej uśmiechnęła. Coś jednak je jeszcze łączyło.

- Ten duży samiec niedługo poprowadzi całe stado w podróż na południe - rzuciła Małgorzata.

- Kiedy?

- Wszystko zależy od pogody. Kormorany wylatują czasem dopiero w listopadzie.

- I ty codziennie tak pływasz?

- Tak, mówiłam ci, że zbieram materiały.

- Fajnie.

Spojrzały w stronę drugiego brzegu. Mgły zniknęły.

- To co, płyniemy do tej czapli?

- Tak, może dziś się uda znaleźć jej gniazdo.

Ruszyły ku przejazdowi kolejowemu. Gdy łódź wysunęła się za cypel w Skawcach, z daleka zobaczyły siedmioprzęsłowy most. Sprawiał wrażenie niezwykle długiego. Przed nim było mnóstwo małych wysepek, które teraz wskazała palcem.

- Tam chcemy dopłynąć.

Zbliżały się powoli, bacznie obserwując gęstwinę trzcin i krzaków. W zaroślach swoje domy miało wiele gatunków ptaków. Mewy powitały je przeciągłym odgłosem przypominającym szyderczy śmiech. Unosiły się w powietrzu nad żaglówką, towarzysząc im w dalszej drodze. Na cyplu małej wysepki stała na jednej nodze czapla, z głową schowaną w skrzydłach.

- Jest! - ucieszyła się Gabrysia.

Kołujące nad nimi mewy także ją zauważyły i zatrzymały się, aby nie ryzykować spotkania z czaplim dziobem.

- Ta tutaj to czapla siwa, piękny okaz. Ale my szukamy czapli białej. Niezwykle rzadkiej. Pojawiła się w okolicach Jeziora Mucharskiego na wiosnę.

- Aha - mruknęła Gabrysia, wpatrzona w ptaka, który z zaciekawieniem uniósł głowę na długiej szyi. - Ale czym się właściwie różni od tej, poza kolorem?

- Mają podobną wielkość, ale szyja czapli białej jest bardziej wygięta nawet w locie, co przywodzi na myśl elegancję i grację. W okresie godowym osobnikom wyrastają dodatkowe pióra, które są tak piękne, że ludzie, aby je zdobyć, doprowadzili niemal do wyginięcia tego gatunku. Wyobraź sobie, że ozdabiano nimi kapelusze.

Małgorzata spojrzała na towarzyszkę, chcąc sprawdzić, czy jej nie zanudza, ale Gabrysia zdawała się wręcz zafascynowana. Było to niezwykle przyjemne uczucie, że ktoś podzielał jej zainteresowanie. Zwykle czuła się wyobcowana, bo nikt tak jak ona nie interesował się ptactwem.

- Dalej nie popłyniemy, jest za płytko. Możemy tu przyjechać na rowerach i przyjrzeć się tym wysepkom z brzegu.

Gabrysia pokiwała głową. Zawróciły. Pojawił się wiatr, więc Małgorzata rozwinęła żagiel. Ciągnęła za szot, a podmuchy stawały się coraz mocniejsze. Żaglówka nabrała prędkości, a ona poczuła to, co w żeglowaniu kochała najbardziej - moc. Wrażenie, że jest w stanie ujarzmić naturę, zapanować nad nią.

- Gdzie teraz?! - zawołała jej towarzyszka, przekrzykując huk wiatru.

- Okrążymy Ptasie Wyspy i wracamy.

Z oddali zobaczyły starszego żeglarza, który był na jeziorze każdego dnia. Jego żaglówka mknęła teraz szybko. Małgorzata zobaczyła, że mężczyzna wciąga genaker. Patrzyły zafascynowane, jak żagiel dosłownie wybucha, rozniesiony przez wiatr, a następnie napina się jak pulchny rogalik. Żaglówka dostała nowej mocy. Mężczyzna uśmiechnął się do nich z daleka i pomknął w stronę zapory. Ruszyły jego śladem. Małgorzata nie miała genakera, ale teraz zapragnęła go sobie sprawić. Jak na każdym górskim jeziorze wiatr był zmienny i gdy tylko skręciły w lewo, osłabł. Żaglówka zwolniła i zrobiło się ciszej. Minęły jakąś starą łódkę, której Małgorzata nigdy tu nie widziała. Siedzący tyłem mężczyzna trzymał za ster rzężącego silnika, głowę miał skrytą pod kapturem.

Wskazując na brzeg Zagórza, Gabrysia zawołała:

- Jakie piękne domy! Kto tam mieszka?

Małgorzata oderwała wzrok od nieznajomego i skierowała go ku nowoczesnym domkom.

- W sumie to nikt. Czasem widuję tam kobietę na tarasie.

- Popłyńmy w tamtą stronę, chcę się przyjrzeć z bliska.

Małgorzata przekręciła ster. Były już prawie na miejscu, gdy zza cypla wyłoniły się dwa łabędzie nieme. Podczas gdy Gabrysia uniosła się z zachwytu, uwagę Małgorzaty przykuło okno w jednym z domków nad jeziorem. Za szybą zobaczyła kobietę, którą widywała, jak pije kawę na tarasie. Wyciągnęła dłoń, by jej pomachać. Nie mogła być pewna, odległość była zbyt duża, ale zdawało się jej, że tamta płacze.

- Popatrz! Płyną do nas! - zawołała z tyłu Gabrysia, ale Małgorzata wciąż patrzyła w okno jak zahipnotyzowana.

Ramiona stojącej tam kobiety się trzęsły. Poczuła niepokój. Miała wrażenie, że mieszkanka domu patrzy prosto na nią. W pewnym momencie za kobietą pojawił się jakiś cień. Był wyższy i większy od niej, więc musiał to być mężczyzna. Zaraz potem para przeniosła się w głąb domu. Dotyk na ramieniu odwrócił uwagę Małgorzaty od brzegu.

- Gośka, co jest? Mówię do ciebie, a ty nie reagujesz.

Zamrugała, jakby wybudzona z długiego snu. Przetarła dłonią twarz.

- Zapatrzyłam się. - Wskazała domek. - Wydawało mi się, że coś tam się dzieje.

- To znaczy co?

- Nie wiem... - Wzruszyła ramionami - Ta kobieta. Kłóciła się z jakimś mężczyzną.

Gabrysia podniosła wyżej głowę i spojrzała we wskazanym kierunku.

- Ja tam nic nie widzę. Płyńmy już do domu, zgłodniałam.

Małgorzata niechętnie zawróciła. Odpływając, jeszcze raz odwróciła się w stronę okna. Kobieta znów tam stała, z dłonią opartą o szybę. Nie widziała już jej twarzy, była zbyt daleko. Poczuła przemożną potrzebę, żeby zawrócić i wyjść na brzeg. Zapukać do tego domu. Jednak Gabrysia ją popędzała. Chciała przygotować na obiad swoje popisowe kotleciki z kalafiora w migdałach. W drodze powrotnej opowiadała, jak poznała ten przepis, lecz Małgorzata nie słuchała - myślami była w tamtym domu, z tajemniczą kobietą stojącą z kubkiem kawy na tarasie.

Wreszcie weszły do domu i zdjęły buty w przedpokoju. Panował półmrok, zasłony były zaciągnięte, a w powietrzu unosił się ciężki zapach ciepłego powietrza i snu. W salonie, na kanapie, leżał rozciągnięty niedbale Marcin. Oddychał miarowo, lecz gdy drzwi skrzypnęły, poruszył się i otworzył oczy.

- Gdzie Eryk? - zapytała Gabrysia, zdejmując lekką kurtkę.

Marcin przetarł twarz dłonią, próbując się dobudzić.

- Poszedł pobiegać - wymamrotał jeszcze zaspanym głosem.

Małgorzata bez słowa podeszła do tarasowych drzwi i pchnęła klamkę. Świeże powietrze wdarło się do środka, rozganiając ciężką senność. Wyszła na zewnątrz i stanęła na drewnianym podeście.

Od strony jeziora dobiegł ją przeciągły klangor. Echo niosło się nad lśniącą taflą, która w przedpołudniowym świetle wyglądała niemal jak rozciągnięte lustro. Dźwięk, chropowaty i obcy, przeciął przestrzeń, sprawiając, że kobiecie ścisnęło się gardło. Poczuła, jak po jej kręgosłupie powoli wspina się niepokój i osiada ciężarem w piersiach.

Skawce, 16 maja 2010 roku

Maj tego roku był duszny i lepki od gorąca, nawet w Skawcach, gdzie wiatr znad Skawy zwykle przynosił ulgę. Inspektor Wojda przetarł czoło chusteczką, zanim wysiadł z radiowozu. Nie znosił tego miejsca. Ani tej upiornej dyskoteki, w której czuł się jak stary dziad w oparach taniego alkoholu i zapachu rozgrzanych ciał.

- Chodź, Piter - warknął do swojego partnera, aspiranta Pietrasa, któremu brakowało zapału do pracy. - I nie patrz tak, jakbyś tu przyjechał na wakacje.

Klub Diament za dnia wyglądał jak ruina. Odpadający tynk, pogięta blacha dachu i brudne szyby, w których odbijał się poranny żar. W nocy jednak te mankamenty znikały w kolorowych reflektorach i błyskach stroboskopów. Wojda sam tu kiedyś bywał, zanim zgorzkniał i roztył się od kiełbasy z musztardą i życia w ciągłym napięciu.

Zaginięcie zgłoszono w nocy. Agnieszka, siedemnastoletnia dziewczyna, przyszła na dyskotekę i nie wiadomo kiedy zniknęła. Jakby nagle wyparowała.

- To co, najpierw ochrona? - spytał flegmatycznie Pietras.

- Najpierw ochrona - potwierdził Wojda i ruszył do wejścia, gdzie ochroniarz w granatowej koszulce siedział na plastikowym krześle i palił papierosa.

- Panowie z policji, tak? - spytał bez cienia zdziwienia.

- Inspektor Wojda. A to mój partner, aspirant Pietras. Co pan widział tej nocy?

- A co miałem widzieć? - Ochroniarz wzruszył ramionami. - Małolaty piły, tańczyły, jeden drugiemu do gardła skakał. Normalnie.

- Dziewczyna, siedemnastoletnia. Agnieszka. Zniknęła.

- No to się zdziwię, jak się znajdzie. - Zaciągnął się papierosem i wyciągnął nogi. - Jakby pan widział, co one wszystkie tu wyprawiają. To prawdziwy cud, że żadna wcześniej nie zginęła.

Wojda poczuł w gardle gorzki smak obrzydzenia i złości. Poszedł przepytać jeszcze młodą barmankę z wymalowanymi ustami i zmęczonym wzrokiem.

- Nie miała kasy - powiedziała, wzruszając ramionami. - Zamówiła chyba jedno piwo... Siedziała z kimś na polu. Nie widziałam z kim. Potem zniknęła. My tu nie mamy czasu patrzeć, kto wychodzi, a kto wchodzi.

- Co się działo tego dnia w lokalu? Byli jacyś nietutejsi? Ktoś, kogo wcześniej nie widziałaś?

Dziewczyna wydęła wargi.

- Przecież jest maj. Pełno turystów, podjeżdżają nowymi brykami. Ale nikt się nie bił, o dziwo. Bo czasem to tu przy sobocie jest jakaś masakra.

- A widziałaś, żeby ktoś ją zaczepiał?

- Nie - odparła po chwili zastanowienia.

Wojda patrzył na nią długo. W końcu kiwnął głową, położył na blacie swoją wizytówkę i wyszedł na oślepiające słońce. Pietras szedł za nim jak cień. Chodnik przed budynkiem zamiatała starsza kobieta.

- Dzień dobry, pani Gieniu - powiedział Wojda dziwnie ciepłym głosem.

Kobieta podniosła głowę i zmrużyła oczy, a następnie się rozpromieniła.

- Krzysiu, to tyś jest?

- To ja - powiedział przez ściśnięte gardło.

Podeszła bliżej i pogłaskała go po łysiejącej głowie. Wojda był jak sparaliżowany. Pietras wbijał w niego wzrok, gdy inspektor złapał pomarszczoną dłoń kobiety i ucałował ją z namaszczeniem.

- Widzi, tu muszę teraz dorabiać, bo emerytura słabiutka - wytłumaczyła z lekkim zażenowaniem kobieta. - A ty co tu, Krzysiu, robisz?

- Sprawę prowadzę. Zaginęła Agnieszka, Józka córka.

Na te słowa kobieta smutno zwiesiła głowę.

- Słyszałam. Tak się ścigają po nim nieszczęścia. Ale może się znajdzie, to młode i głupie przecież.

- Ona tu wczoraj była, w Diamencie.

- Ta Agnieszka? To ci dopiero. Mnie tu wieczorami nie ma, tylko rano sprzątam. To się rano dowiedziałam, że jej ojciec szuka.

- A co się tu wczoraj na dyskotece działo, słyszała coś pani?

- Nic wielkiego. Dzięki Bogu. Bo ostatnio jak ten cały Jaszczur był, to szkła było natłuczonego, że hej. A teraz podobno był, ale grzeczny. Tak przynajmniej Jola z baru mówiła.

Wojda obiecał pani Gieni, że kiedyś wpadnie do niej na herbatę. Nie były to czcze obietnice - gdyby nie ta złota kobieta, nieraz by już nie dał rady. Gdy płakał, umęczony samotnością i brakiem miłości, głaskała go po głowie, tak jak to zrobiła przed chwilą.

Pani Gienia sprzątała w domu dziecka w dworze w Jaszczurowej, ale była lepszą opiekunką niż wszyscy wychowawcy razem wzięci. Miała w sobie tyle dobroci, że mogłaby obdzielić nią cały ten dom. Dawała ciepło tym, którzy potrafili je od niej przyjąć, choć często były to dzieci zbyt zranione, by jeszcze wierzyć w czułość.

Dla Wojdy była jedyną osobą, która widziała w nim coś dobrego, kiedy inni dostrzegali tylko problem.

Wsiedli do radiowozu w milczeniu. Pietras patrzył na swoje dłonie, jakby zastanawiał się, co właściwie robi w mundurze.

- Chyba się nie nadaję... - szepnął.

- Nie pierdol - uciął Wojda.

Dzisiaj nie miał siły mu powtarzać, że każdy zaczyna od strachu i niepewności, a potem buduje się z nich dobry policjant i człowiek. Milczał więc dalej.

Skawce były uśpione, jakby upał sparaliżował cały świat. Szedł powoli, stawiając kroki po piaszczystej, popękanej drodze. Wieś była niemal martwa. Zarośnięte ogródki, wybite okna, puste stodoły, które chyliły się ku ziemi. Jedynie na końcu, za zakrętem, tuż nad wodą, stał jeden dom. Dom Agnieszki.

Niedawno mieszkali jeszcze obok Śliwińscy. Ostatni sąsiedzi, ostatni sojusznicy. Wojda pamiętał, z jakim uporem trzymali się swojej ziemi, jak stawiali czoło urzędnikom, dziennikarzom i własnym krewnym. Ale w końcu się ugięli. Złość innych mieszkańców, którzy już dawno wynieśli się do szeregowca, zrobiła swoje. Do tego dochodziły media, które podsuwały im mikrofony pod twarze, zadając coraz bardziej upokarzające pytania. Wreszcie spakowali resztki dobytku i zniknęli.

Został tylko jeden dom, a w nim ojciec Agnieszki ze swoją córką. Syn od dawna był w Krakowie - studiował, zniknął w mieście, nie oglądając się za siebie. A oni tu trwali.

Dom był stary, choć zadbany, z zasłoniętymi szczelnie oknami. Dym z komina unosił się prostą smużką, zdradzając, że ktoś pilnuje tu życia. Wojda wiedział, że ojciec Agnieszki jest człowiekiem upartym, może nawet przesadnie. Szedł więc powoli, jakby sam musiał zebrać siły na to, co miało ich czekać w rozmowie.

Mężczyzna siedział na ganku. Twarz miał czerwoną od płaczu i słońca, ręce zaciskał na kolanach. Patrzył na nich nieprzytomnym wzrokiem.

- Cześć, Józek - przywitał się cicho Wojda.

Pietras poprawił mokrą od potu grzywkę i wbił wzrok w gospodarza.

Ten skinął głową. Usta mu drżały.

- Ona... ona nigdy nie chodziła do tego kurewstwa. Znaczy się do tej tancbudy. To taka porządna dziewczyna. - Głos mu się załamał. - Żona... żona zmarła cztery lata temu... A teraz Agnieszka... Moja Aga...

Wojda czuł, że serce mu twardnieje. Musiał być chłodny. Musiał być skuteczny. Tego od niego oczekiwano.

- Spotykała się z kimś? Barmanki widziały ją z jakimś chłopakiem.

- Agusia? Nigdy. Śluby miała składać zakonne. Powołanie córka ma do Boga.

Wojda zrobił smutną minę.

- Znajdziemy ją - powiedział, choć nie miał pewności, czy sam w to wierzy.

Wpatrywał się w Krawca, szukając w jego twarzy tego Józka, którego kiedyś znał. Wyglądało na to, że już dawno go tam nie było.

W oddali z brzegów wezbranej Skawy unosił się zapach rozgrzanej wody i zgnilizny. Deszcz padał tu co noc. Wojda wiedział, że czas ma znaczenie - dziewczyna mogła jeszcze żyć. Ale coś mu podpowiadało, że ta sprawa skończy się źle. Bardzo źle.

Wybrzeże Jeziora Mucharskiego, 20 września 2025 roku

Małgorzata postawiła na stole szklankę z latte. Obserwowała, jak mleczna warstwa przenika się z tą kawową. Zupełnie jak dobro i zło w duszy człowieka. Gabrysia bezceremonialnie wsadziła do środka długą łyżeczkę i zaburzyła ten misterny taniec, aż Małgorzata spojrzała na nią z irytacją. Nie była przyzwyczajona do gości w domu. Gdzie jest, do cholery, Eryk? Te jego przebieżki stawały się coraz dłuższe. Zostawiał ją tu na całe godziny. Zazwyczaj jej to nie przeszkadzało, ale teraz... chciała, żeby się zajął gośćmi.

- Idę do kociarni! - zawołała i podeszła do prowadzących na dół drzwi.

- Ja też chcę - rzucił niespodziewanie Marcin, który znalazł się tuż przy niej.

Oboje spojrzeli na Gabrysię, która zamoczyła usta w kawie, nie odrywając wzroku od swojego telefonu.

Zeszli na dół. Koty przywitały je każdy na swój sposób. Ciche i delikatne miauknięcia, niecierpliwe krzyki, przyjazne powitania i pełne pretensji lamenty. Kątem oka Małgorzata widziała, jak Marcin się jej przygląda.

- Planujecie dzieci? - zapytała niby mimochodem, nasypując karmy do kocich misek.

- A wy?

- Ja byłam pierwsza.

Marcin podniósł dłonie w obronnych geście.

- Dobra, już dobra. Ja bym chciał, ale Gabrysia mówi, że nie jest jeszcze gotowa.

Małgorzata stanęła przed nim z Madonną na rękach. Patrzyła na niego chwilę.

- To zupełnie odwrotnie jak u nas. Ja bym chciała, ale Eryk nie jest jeszcze gotowy. - Przytuliła twarz do łebka kotki. - Dlatego mam koty. Żeby nie zwariować.

Twarz Marcina rozciągnęła się w smutnym uśmiechu. Schylił się do ocierającego mu się o łydki Perszinga. Kot syknął, a on szybko cofnął dłoń.

- Udało wam się załatwić interesy z Erykiem?

- Jakie interesy? - Marcin odchylił się do tyłu.

- Nie mów mi, że przyjechałeś tu tak bez celu. Myślałam, że macie coś do obgadania.

Mężczyzna rozejrzał się wokół i wyszczerzył zęby.

- Masz rację. Ale jeszcze nie gadaliśmy. Eryk jest jakiś...

Małgorzata uniosła brwi, czekając na to, co ma do powiedzenia. Nie doczekała się. Marcin złapał za piórko przywiązane sznurkiem do patyczka i zaczął bawić się z Perszingiem, który najwidoczniej preferował taki rodzaj zabawy. Kot podnosił łapę, próbując uchwycić różowe piórko. Podskakiwał, wykonując powietrzne akrobacje.

- Czyli nic nie załatwiliście - podsumowała zniecierpliwiona Małgorzata.

- Nic straconego. Zaraz pewnie wróci, to pogadamy przy kawie. Ale to drobiazg. Luz. - Mrugnął do niej i musiała przyznać, że ma swój urok. Nie stracił go przez te wszystkie lata.

Flirtował z nią podczas wymieniania misek z karmą i sprzątania kuwet. Eryk nigdy jej w tym nie pomagał, a dla Marcina zdawało się to zupełnie naturalne. Uśmiechał się przy tym tak zabawnie. Przez chwilę dopadła ją nieznośna myśl, że źle wybrała. Eryk nie miał w sobie tyle ciepła. A przecież to by jej w życiu wystarczyło. Odrobina ciepła.

Gdy chciała już iść na górę, Marcin stanął przed nią w progu. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko. Powietrze zdawało się wibrować.

- Myślę, że to jest piękne... - powiedział niskim głosem.

Nie chciała na niego patrzeć. Zdradziłaby się w jednej chwili.

- O czym mówisz? - zapytała, czując, jak brakuje jej powietrza.

- To, co robisz dla tych zwierząt. To jest piękne.

Skawce, 15 maja 2010 roku

Szklane kufle drżały na półce pod naporem basów, ale stojąca za barem Jolka nie sięgała po nie. Żując gumę, nalewała piwo. Wiszące nad nią światło ultrafioletowe nadawało jej twarzy trupi odcień. Biały lakier na długich paznokciach świecił w półmroku, gdy łapała za uchwyt nalewaka. Kolejka za barem robiła się coraz dłuższa, a ona nie rozumiała, dlaczego pierdolony szef zostawił ją tu samą. Czy on naprawdę myślał, że w pojedynkę obsłuży całą tę budę? Mogła przyjąć się do Energy 2000, a nie do tej marnej speluny w Skawcach. Gdyby tylko miała dojazd... Z obrzydzeniem podała kubek ze złotym płynem pryszczatemu chłopakowi, który rzucił na bar dziesięć złotych.

- Reszta dla ciebie, kochanie - powiedział obleśnym tonem.

Uśmiechnęła się nieszczerze, a jej zęby zabłysły w ultrafiolecie. Nie znosiła go i całej reszty tych wiejskich cwaniaków, którym babcie kupiły samochody za działki sprzedane pod zalew. Nie mogła już słuchać tego pierdolenia, jakie to oni biznesy otworzą nad jeziorem. Gówno otworzą. Przesrali wszystko tu, w tej spelunie w Skawcach. Utopili swoje marzenia w automatach do gier i kieliszkach z kolorowymi drinkami. Nie mają wyobraźni, ambicji. Właściwie to nie mogła się doczekać, aż zamkną tę budę. A że zamkną, to było pewne. Wszyscy się już wyprowadzili. Niedługo wysadzą most w Skawcach i to miejsce także. Woda je zaleje - i dobrze. Niech pochłonie tę wiochę.

O tym myślała najładniejsza dziewczyna w Skawcach, która od początku wakacji pracowała za barem w klubie Diament. Nazwa nie miała nic wspólnego z niskim, brzydkim budynkiem, w którym kiedyś mieścił się pawilon GS-u. Nawet światła i lasery nie zdołały ukryć jego niedoskonałości. Przy barze stanęła Agnieszka. Jolka znała ją z podstawówki - klasowa ofiara. Teraz wyglądała jakoś inaczej. Na jej twarzy dostrzegła cień makijażu. Tania maskara rozmazała się w kącikach oczu. Coś w jej spojrzeniu iskrzyło.

- Jedno piwo. - Gdy Agnieszka to mówiła, po jej ustach błądził wstydliwy uśmiech.

- Co tam, Aga? Z kim jesteś? - zapytała barmanka, nie przestając żuć gumy.

Agnieszka odruchowo spojrzała za siebie. Uśmiechnęła się głupkowato.

- A, taki tam kolega. - Rzuciła banknot na blat w oczekiwaniu na zamówienie.

Jolka stanęła z ciekawości na palcach. Z kim ona tu przyszła? Czyżby kogoś miała? I owładnęła ją słabość, bo zdała sobie sprawę, że w odróżnieniu od niej ta niedorajda serio kogoś znalazła. Była gotowa wyjść zza baru i sprawdzić, kim jest ten żałosny głupek.

W wejściu pojawił się Jaszczur. Powietrze stężało, a goście lokalu odruchowo rozstąpili się przed mężczyzną i jego świtą, liczącą trzech umięśnionych młodzików w barwach Wisły Kraków. Jaszczur nosił idealnie dobraną ksywę - jego oblicze przypominało warana z Komodo. Nad brwiami miał dziwne guzki, a w przerwach od mówienia oblizywał wargi ostrym końcem języka. Robił to tak szybko, jakby miał zamiar złapać muchę czy innego owada. Ksywę zawdzięczał jednak innym okolicznościom: mieszkał we wsi Jaszczurowa, a dokładnie przy samej tabliczce z nazwą miejscowości. Wszyscy się go tutaj bali. Na polu jego matki stało kilka sprowadzonych z Niemiec używanych samochodów. To było jego oficjalne zajęcie. Wszyscy zdawali sobie jednak sprawę, że Jaszczur handluje narkotykami i sam diabeł wiedział, czym jeszcze. W maju po derbach Krakowa wpadł do klubu Diament z bojówką Sharksów i zrobili niezłą rozróbę. Szef się go bał, więc nie zgłosił sprawy na policję.

Tym razem grupa zajęła cały lokal. Większość gości dyskretnie wyszła na zewnątrz. Tylko Agnieszka stała przy barze jak gdyby nigdy nic. Nie zdawała sobie sprawy z sytuacji, dopóki nie poczuła na karku wilgotnego oddechu Jaszczura. Jolka odwróciła się w stronę półki ze szkłami - za barem nauczyła się nie widzieć i nie słyszeć za dużo.

- Podaj nam dwie flaszki i Colę - zakomenderował Jaszczur, nie spuszczając wzroku z Agnieszki, której ciało zdawało się wrastać w hoker.

Dziewczyna zabrała z blatu piwo i opuściła stopę na podłogę. Obok jej tenisówki błyskawicznie pojawił się wielki męski but sportowy.

- A ty dokąd, królewno? - zapytał Jaszczur głosem lepkim jak klubowy blat. - Mamy do pogadania.

Niewyskubane brwi Agnieszki uniosły się ze zdumienia. Pokręciła bezradnie głową, szukając w twarzy barmanki ratunku. Jolka niemal obojętnie sięgnęła do zamrażarki po dwie flaszki.

- Zostaw ją, to spokojna dziewczyna - powiedziała, stawiając przed nim powoli zmrożone butelki. - Jak chcesz się zabawić, to na parkiecie znajdziesz kilka chętnych. - Wskazała na dwie młode kobiety wijące się do piosenki Bad Romance Lady Gagi. Te, jakby wyczuwając, że są obserwowane, poruszały się jeszcze śmielej, ocierały się o siebie udami.

- A ciebie, Jolka, co to, kurwa, obchodzi? - warknął. - Stul pysk i podaj szkło.

Słowa wypadły z niego na jednym wydechu. Gdy nabrał powietrza, zdawało się, jakby nagle zabrakło go dla innych.

Przez chwilę w barze zrobiło się cicho. Bas z parkietu dudnił gdzieś w tle, niosąc się po pustych szklankach jak echo z innego świata. Światło z reflektorów migało w rytm muzyki i rozlewało się po twarzy Jaszczura ostrymi plamami czerwieni i błękitu.

Jolka nie odpowiedziała. Otarła dłonie o ścierkę, odsunęła się o krok i spojrzała na niego z chłodem. Potem sięgnęła po kieliszki i położyła je z brzękiem na tacy. Dołożyła jeszcze dużą butelkę Coli i powiedziała "proszę" tonem peerelowskiej sklepowej. Jaszczur zatrzymał na niej gniewne spojrzenie i ujął pod ramię przerażoną Agnieszkę, która odłożyła piwo na blat. Poprowadził ją do stolika w głębi lokalu. Dziewczyna ściskała jedną dłonią rozpiętą koszulę, którą miała zarzuconą na zwykły podkoszulek. Jolka zaczęła zawzięcie polerować blat, lecz tak naprawdę nie spuszczała oka z Jaszczura. Jej początkowe obawy, że będzie dobierał się do przerażonej Agi, okazały się błędne. Dziewczyna siedziała skulona na obitej skajem sofie, ale Jaszczur jej nie dotykał. Jego twarz nie przybrała obleśnego wyrazu, jak się spodziewała barmanka. Zdawało się, że coś Agnieszce tłumaczy. Ona patrzyła na niego zdziwiona, jakby nie rozumiejąc.

Jolka nie wytrzymała napięcia. Porwała tackę i poszła zbierać butelki ze stolika obok. Co i raz zerkała w bok, nasłuchując, o czym Jaszczur rozmawia z Agą. On jednak szeptał ciszej niż ksiądz w konfesjonale, a gdy dojrzał Jolkę, spiorunował ją wzrokiem. Szybko się odwróciła i odeszła, udając, że coś poprawia przy stoliku. W tej samej chwili usłyszała, jak Agnieszka mówi drżącym głosem:

- Porozmawiam o tym z bratem...

Pałac w Jaszczurowej, 1939-1940

zanim przyszli Niemcy, dwór w Jaszczurowej żył swoim spokojnym, pewnym rytmem. Rankiem z kuchni płynął zapach mleka, chleba i ciepłej kawy zbożowej, w sadzie błyszczała rosa, a od stajni niósł się znajomy tupot i parskanie koni. Z kuźni dochodziło stukanie młota. Płynąca przez park Jaszczurówka obracała leniwie kołem młyna. Z browaru dolatywał zapach najprzedniejszego piwa. Na ganku skrzypiały deski, w oknach połyskiwały szyby, a ludzie kręcili się po obejściu tak, jakby ten porządek miał trwać wiecznie. Wszystko miało swoje miejsce: bielizna w maglu, warzywa w piwnicy, klucze przy kuchni, cisza w pokojach na górze i śmiech służby za oficyną.

Nastka znała ten świat lepiej niż własne wspomnienia. Nie miała rodziców ani domu, do którego mogłaby wrócić, więc dwór był dla niej wszystkim: schronieniem, pracą, codziennością i czymś na kształt rodziny. Spała skromnie, jadła, co dawano innym pracownikom, nosiła rzeczy po starszych dziewczynach, ale nigdy nie czuła się tam zbędna. Pani domu, Maria Thetschel, nie głaskała jej po głowie ani nie mówiła słodkich słów, ale pilnowała, żeby była najedzona, ciepło ubrana i żeby nikt jej nie krzywdził. To wystarczało. Pani była zresztą dla niej wielkim autorytetem. Sama prowadziła automobil i właściwie to ona jedyna zajmowała się pensjonatem, do którego ściągały wielkie osobistości. Malarze, poeci, artyści i przedsiębiorcy byli ciągłymi gośćmi tego pięknego miejsca.

Nastka pomagała, gdzie było trzeba. Rano biegała po mleko i śmietanę, a potem szorowała schody, trzepała chodniki, nosiła drewno do kuchni, obierała ziemniaki i polerowała sztućce, aż odbijały światło. Pomagała w pensjonacie i browarze. Czasem wysyłano ją też do ludzi po sąsiedzku - coś zanieść, coś odebrać w Marcówce. Dzięki temu znała nie tylko dwór, ale i okolicę: ścieżki, rowy, mostki, zagajniki i obejścia, gdzie można było zapukać bez strachu.

W lecie dwór wydawał się wręcz bajkowy. Panienki schodziły do ogrodu w jasnych sukienkach, na tarasie podawano herbatę, psy wygrzewały się na słońcu, a w sadzie gałęzie uginały się pod owocami. Miejsce to zdawało się rajem na ziemi. Pracowało się dużo, ale człowiek czuł, że to wszystko ma sens, że świat jest poukładany. Nawet kiedy przychodziła burza, była to burza zwyczajna, po której wracało słońce.

Potem nadciągnęła wojna i najpierw prawie nic się nie zmieniło - to było najdziwniejsze. Dalej gotowano obiady, zamiatano podłogi, dojono krowy i zamykano okiennice na noc. Tylko ludzie zaczęli mówić ciszej. Listonosz przynosił wiadomości z twarzą bladą jak papier. Przy stole milkło się nagle, gdy ktoś obcy przechodził drogą. Z początku wydawało się jeszcze, że może to wszystko przejdzie bokiem, że zatrzyma się gdzieś dalej, że nie wejdzie między te wzgórza, do tego domu, do kuchni, do ich małych codziennych spraw.

Ale weszło.

Najpierw w spojrzeniach. Potem w szeptach. I w rozkazach.

Zaczęto mówić o listach, o spisach, o papierach, które trzeba podpisać. Po wsi chodziły wieści, że Niemcy chcą wszystko mierzyć, dzielić, porządkować po swojemu. Że będą wybierać, kto jest "swój", a kto nie. Że przyjdzie czas na volkslistę. Dla wielu ludzi to było jeszcze obce słowo, ale wszyscy czuli, że kryje się za nim coś groźnego. We dworze nie mówiło się o tym głośno, ale Nastka widziała więcej, niż myśleli dorośli. Widziała, jak pani domu długo stoi przy oknie i patrzy w ciemność. Jak pan Franciszek Thetschel chodzi po gabinecie coraz szybciej. Jak kucharka przestaje nucić pod nosem. Jak stajenny spluwa w próg i milczy.

Któregoś dnia strach stał się namacalny. Już nie był pogłoską, lecz czymś, co weszło do środka razem z zimnym powietrzem. Niemcy policzyli wszystkie krowy i konie w folwarku. Spisali cały dobytek. Dziedzic z pochodzenia był Austriakiem i mówiono, że jeśli podpisze volkslistę, może uratuje rodzinę i majątek, a jeśli nie - nie będzie zmiłowania. Dwór nagle przestał być domem. Niby ściany stały te same, meble były tam, gdzie zawsze, a park szumiał za oknami jak dawniej, ale wszystko drżało pod spodem, jak skarpa tuż przed oberwaniem.

Nastka nie rozumiała polityki, nie znała wielkich słów. Wiedziała tylko jedno: że państwo Thetschlowie czują się Polakami i nie chcą kłamać o tym, kim są. To wystarczało, żeby doznać dumy i strachu jednocześnie.

Potem przyszedł dzień pakowania. Pan nie podpisał volkslisty.

Nie było żadnego wielkiego pożegnania. Żadnej godności, do jakiej człowiek jest przyzwyczajony, kiedy odchodzi z własnego domu. Był pośpiech. Były kufry wysuwane spomiędzy szaf. Były szuflady otwierane i zamykane drżącymi rękami. Były koce, dokumenty, kilka drobnych rzeczy owiniętych w płótno. Pani domu próbowała zachować spokój, ale wszystko leciało jej z rąk. Dziedzic mówił krótko, sucho, jakby każde słowo kosztowało go zbyt wiele. Dziewczęta ze służby płakały po kątach. Ktoś wynosił walizki. Ktoś szeptał, że trzeba się spieszyć.

Nastka stała w sieni i czuła, jak świat usuwa jej się spod nóg. Dwór nie był przecież tylko budynkiem. Był wszystkim, co znała. Tutaj nauczyła się pracować, tutaj miała swoją miskę, swój kubek, swoją cienką poduszkę na poddaszu, swoje obowiązki, które nadawały dniom sens. I teraz to wszystko mieli przejąć obcy.

Rodzina uciekła z pomocą człowieka, który przed wojną zajmował się sadem i znał okolicę lepiej niż leśne zwierzęta. To on pokazał drogę, znalazł schronienie i przeprowadził ich bokiem, zanim Niemcy zamknęli wszystko na dobre. Nastka jeszcze długo widziała ich plecy znikające w szarości dnia. Nie pobiegła za nimi - nie mogła. Ktoś musiał doić krowy i doglądać inwentarza. Została w progu, mała i nieruchoma.

Po ich odejściu dwór nagle opustoszał, choć wciąż stały w nim wszystkie meble. W pokojach ciążyły rzeczy zostawione w biegu, jak niedopita herbata na stole. W jednym z pomieszczeń leżała wstążka, która zsunęła się z pakunku. Psy kręciły się niespokojnie, szukając swoich ludzi. Nawet park wyglądał inaczej, jakby już wiedział, że zaraz nadejdą tamci.

Niemcy nie weszli od razu z krzykiem. Najpierw przyszli jak mróz - cicho, acz nieubłaganie. Pojawili się na drodze, później przy bramie, wreszcie w sieni. Oglądali, mierzyli, sprawdzali. Wtedy po raz pierwszy Nastka poczuła prawdziwy wstyd bezsilności. Chciała się na nich rzucić, wykrzyczeć, że to nie ich dom, nie ich park i nie ich jabłonie. Ale była tylko dziewczyną od wiader, od schodów, od kuchni. Mogła jedynie patrzeć.

A potem po wsi rozeszła się jeszcze gorsza wieść.

Nie chodziło już tylko o dwór.

Mówiono, że Niemcy chcą wysiedlić ludzi z Jaszczurowej, Mucharza i Skawiec, bo ziemia jest żyzna i potrzebna niemieckim osadnikom. Jedni nie wierzyli, a inni kazali już po kryjomu chować trochę mąki, suszonego chleba czy pierzyn. Ale człowiek łudzi się aż do końca, że może jego dom ominą, nie przyjdą akurat tej nocy. Że może Pan Bóg zasłoni okna i bramę.

Nastka czuła jednak, że przyjdą.

Wieczorami nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała stukotu kół na drodze, szczekania psów, obcych głosów. Leżała pod cienkim kocem i rozmyślała: jeśli każą jej odejść, to dokąd pójdzie? Kto ją przyjmie? Gdzie jest jej miejsce, skoro nawet dwór, który był dla niej całym światem, okazał się czymś, co można człowiekowi wyrwać z rąk jednym rozkazem?

I właśnie wtedy, kiedy jeszcze wszystko stało, ale nic już nie było pewne, zaczęło się prawdziwe czekanie na nieszczęście.

Wybrzeże Jeziora Mucharskiego, 20 września 2025 roku

Małgorzata czuła niepokój. Wiedziała, że Eryk poszedł pobiegać - zawsze wychodził o świcie, stosował się do tej samej rutyny, jakby od niej zależał porządek świata. Ale tym razem minęły już trzy godziny, a jego wciąż nie było. Przecież zaprosił gości, nie zostawiłby ich na tak długo, to nie w jego stylu. Telefon milczał. Najpierw próbowała tłumaczyć sobie, że może zgubił zasięg, zatrzymał się u kogoś po drodze albo zwyczajnie stracił rachubę czasu. Ale w miarę jak słońce wspinało się nad jezioro, a jego sylwetka wciąż nie pojawiała się na ścieżce, Małgorzata zaczęła czuć znajomy ucisk w żołądku.

- Pojedźmy do sklepu - zaproponowała Gabrysi. - Muszę się czymś zająć, bo zwariuję.

- Pewnie. Chodź, przejedziemy się - odparła koleżanka z lekkim uśmiechem.

Marcin przytaknął.

- Zaczekam tu. Dam wam znać, jak wróci.

Droga do sklepu wiła się wzdłuż jeziora. Małgorzata co chwilę zatrzymywała się, rozglądała, jakby spodziewała się zobaczyć Eryka na zakręcie, wśród trzcin albo na pomoście. Woda lśniła spokojnie, jak dla niej zbyt spokojnie.

- Zawsze biegał tą trasą - powiedziała półgłosem.

- Może pobiegł dalej, aż pod zaporę? - zapytała Gabrysia. - Wiesz, faceci mają te swoje rytuały.

Małgorzata nie odpowiedziała. W myślach liczyła godziny.

W sklepie pachniało kawą, detergentem i świeżym pieczywem. Starsza ekspedientka za ladą spojrzała na nie z lekkim zdziwieniem.

- Dzień dobry, pani Gosiu. Dawno pani nie było. - Uśmiechnęła się uprzejmie. -Wszystko w porządku?

- Tak, tak... - Małgorzata udawała spokój. - Mąż poszedł pobiegać i coś długo go nie ma. Może zgubił telefon.

- Albo spotkał kogoś po drodze - wtrąciła Gabrysia z przesadnym entuzjazmem. - Piękna pogoda, można się zagadać.

Ekspedientka skinęła głową.

- O, to prawda. Ale nad wodą teraz pusto. Ludzie się boją tych mgieł, co się rano kładą. Mówią, że to z jeziora ciągnie wilgoć.

Małgorzata przestąpiła z nogi na nogę, jakby zebrała się na odwagę.

- A te nowe domki po drugiej stronie, na zboczu... Ktoś tam mieszka?

Ekspedientka się zawahała.

- Nie, one jeszcze nieodebrane. Podobno coś z papierami. Puste stoją od jesieni.

- Niemożliwe - przerwała Małgorzata. - Widuję tam kobietę. Codziennie rano stoi na tarasie i mi macha.

Sklepowa spojrzała na nią z lekkim niedowierzaniem.

- Kobietę? Tam? - powtórzyła, po czym pokręciła głową. - Nie, proszę pani. Tam nikt nie mieszka.

Małgorzata poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

- Widziałam ją wiele razy. W szlafroku, z długimi włosami. Gabrysiu, też ją przecież widziałaś, prawda?

Gabrysia zmieszała się, spuściła wzrok.

- Ja... nie wiem. Może? Nie zwracałam uwagi. Patrzyłam raczej na ptaki. Tyle ich na jeziorze.

Ekspedientka uśmiechnęła się niezręcznie.

- Pewnie coś się pani przywidziało. Czasem woda tak odbija światło, że wygląda, jakby ktoś tam stał.

Ton głosu miała łagodny, ale w jej oczach czaiło się coś jeszcze. Litość, może ostrożność.

Małgorzata odwróciła się na pięcie i wyszła, słysząc, jak za jej plecami cichnie rozmowa. Wiedziała, że w tej wsi plotki rozchodzą się szybciej niż echo po wodzie. A teraz to ona stanie się ich bohaterką - "ta, co widzi ludzi na pustych tarasach".

Na zewnątrz powietrze było ciężkie, pachniało deszczem i zgnilizną z brzegów. Małgorzata ruszyła do samochodu, nie oglądając się na Gabrysię. "Nie zwariowałam - powtarzała w myślach. - Widziałam ją. Ona tam jest". Prowadziła samochód ze ściśniętymi ustami. Stanęła na podjeździe i wyszła z ciężkimi siatkami, nie czekając na koleżankę. Gabrysia dreptała obok, próbowała nadążyć, ale milczenie przyjaciółki ciążyło jej bardziej niż torba z zakupami.

- No weź się nie gniewaj - zaczęła po chwili, próbując obrócić wszystko w żart. - Ta baba w sklepie to jakaś miejscowa plotkara, pewnie każdemu się przygląda jak wariatowi.

- Nie gniewam się - syknęła Małgorzata. - Po prostu mogłaś powiedzieć, że też ją widziałaś.

- Ale ja naprawdę niczego nie widziałam! - odparła Gabrysia z odrobiną zniecierpliwienia. - Może to była jakaś turystka, może się przeprowadziła. Co ci szkodzi, że ktoś tam mieszka?

Małgorzata zatrzymała się gwałtownie.

- Bo kłamałaś. - Odwróciła się do niej z nieprzejednanym wzrokiem. - Ty zawsze wszystko widzisz, Gabi. Wszystko komentujesz. A nagle nic nie zauważyłaś?

Gabrysia uniosła brew.

- Ojej, zaczyna się. - W jej głosie zabrzmiała kpina. - Może powinnam jeszcze dzwonić po policję, że ktoś ci machał z tarasu?

Małgorzata chciała coś odpowiedzieć, ale powstrzymała się. Ruszyła dalej, szybkim, nerwowym krokiem. Przez chwilę słychać było tylko szelest foliowych toreb i stłumiony chlupot błota pod butami.

- Wiesz co? - rzuciła Gabrysia z uśmiechem podszytym złośliwością. - To prawda, co mówią, że ludzie na takim odludziu wariują.

Małgorzata spojrzała na nią z ukosa.

- Co masz na myśli?

- A nic. Po prostu... kiedyś to Marcin wolał ciebie, nie mnie. - Wzruszyła ramionami. - Ale teraz nie żałuje swojego wyboru.

Małgorzata ponownie przystanęła.

- Po co mi to mówisz?

- Bo zachowujesz się, jakbyś miała monopol na rację. - Gabrysia poprawiła włosy i odwróciła wzrok. - Może po prostu przesadzasz.

Zanim Małgorzata zdążyła odpowiedzieć, z domu wyszedł Marcin. Stał na ganku w dresie i trzymał butelkę termiczną.

- Nie widziałyście go? - zapytał.

- Nie. - Małgorzata pokręciła głową. - Myślę, że powinniśmy go poszukać.

Marcin spojrzał na nią z troską, ale bez entuzjazmu.

- Wiesz, to kawał drogi... Ale dobra, przebiorę się i pójdziemy wzdłuż jeziora.

Kilka minut później stąpali we dwoje ostrożnie po ścieżce wijącej się między zboczem a wodą. W powietrzu wisiał zapach gnijących liści, wodorostów i błota.

- Lepiej trzymaj się z dala od brzegu - powiedziała Małgorzata. - Po ostatnich deszczach ziemia może puścić.

Marcin skinął głową, ale wzrok miał wbity w taflę wody. Jezioro było ciemne, nieruchome, jakby pod powierzchnią coś czekało. Każdy krok brzmiał zbyt głośno, każdy szelest przypominał oddech.

- Myślisz, że mógł spaść? - zapytała cicho. - Że coś mu się stało?

- Nie wiem. Może się poślizgnął, może zasłabł. Ale nie twórz czarnych scenariuszy.

Odetchnęła, choć serce biło jej coraz szybciej.

Las na zboczu milczał ciężko, liście poruszały się bez wiatru. Z głębi jeziora dochodziło ciche pluskanie.

Małgorzata przystanęła.

- Słyszałeś to?

- Co?

- To... - Wskazała ręką na jezioro. Ale tafla znów była spokojna.

Nad nimi krążyły ptaki, a echo niosło ich niespokojne krzyki w stronę zapory. Najpierw kilka, potem całe stado poderwało się z trzcin, poszybowało nad wodę i zataczało nerwowe kręgi. Ich skrzydła cięły powietrze z głuchym świstem.

Z każdym krokiem Małgorzata czuła, że cisza staje się gęstsza, cięższa, nabrzmiała od dźwięków, które nie pasowały do tego miejsca. Wśród ptasich odgłosów słyszała jęki, jakby ktoś wzywał pomocy z drugiego brzegu. Niosły się po wodzie, ginęły w trzcinach i wracały zniekształcone, tak że przez chwilę miała wrażenie, że słyszy płacz dziecka.

Zatrzymała się nagle, serce ścisnęło jej się w piersi.

- Słyszysz to? - szepnęła do Marcina.

Spojrzał na nią zdziwiony.

- Co mam słyszeć? Tylko ptaki.

Ale Małgorzata już wiedziała, że to nie ptaki. To był dźwięk wydawany przez jezioro. Głęboki, przeciągły jęk, jakby ziemia pod wodą wzdychała z bólu.

Patrzyła na ciemną, lśniącą taflę, w której odbijały się poruszone chmury. To samo jezioro, które jeszcze wczoraj wydawało jej się spokojne i piękne, teraz wyglądało obco, niemal wrogo. Fale poruszały się niespokojnie, mimo że wiatr ucichł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji