Wielka strategia państwa polskiego. Jak wygrać przyszłość w epoce chaosu - Mateusz Morawiecki


Reflow text when sidebars are open.
[I] Właśnie kwestii demograficznej, jako jednej z najistotniejszych dla przyszłości Polski, został poświęcony pierwszy raport Stowarzyszenia Rozwój Plus. Demografia Polski. Opis kryzysu, skutki i przeciwdziałanie, lipiec 2026, https://cms.rozwoj.plus/wp-content/uploads/2026/07/rozwoj-plus-demografia-polski.pdf?v=916, dostęp: 15.09.2026.
[II] U początków III RP najbliższymi odpowiednikami takiego całościowego ujęcia były przedstawione 6 października 1989 r. przez Leszka Balcerowicza założenia programu gospodarczego rządu (który okazał się skądinąd terapią szokową dla społeczeństwa) oraz exposé Krzysztofa Skubiszewskiego z 26 kwietnia 1990 r. poświęcone kierunkom polskiej polityki zagranicznej.
[III] W podobnym duchu zestawienie tych dwóch porządków pojęciowych zaproponował prof. Bogdan Góralczyk w rozmowie z Patrycjuszem Wyżgą na kanale "Didaskalia".
[IV] G. W. Kołodko, Strategia dla Polski, Warszawa 1994. Strategię Polska 2030. Trzecia fala nowoczesności z 2011 roku, której punktem wyjścia był niesławny raport Michała Boniego, pomijam celowo.
[V] Pomysły rozwijania na polskim gruncie idei mission command przedstawiam w rozdziale Misja: Nowa Rzeczpospolita.
[1] A. Heydel, Gospodarcze granice liberalizmu i etatyzmu, w: A. Heydel, T. Lulek, S. Schmidt, S. Wyrobisz, F. Zweig, Etatyzm w Polsce, przedm. A. Krzyżanowski, Kraków 1932, s. 44-45.
[2] C. Norwid, Myśli o Polsce i Polakach, wybór M. Dobrosielski, Białystok 1983, s. 10.
[3] M. Mochnacki, O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, t. 1, Warszawa 1830, s. 66 i nast.
[4] D. Alighieri, Boska komedia, tłum. J. Mikołajewski, Kraków 2021, s. 32.
[5] M. Piątkowski, Europejski lider wzrostu. Polska droga od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu, tłum. M. Lipa, Warszawa 2020.
[6] H. Kissinger, Dyplomacja, tłum. S. Głąbiński, G. Woźniak, I. Zych, Warszawa 1996, s. 920.
[7] Jeden z najlepszych wglądów w istotę amerykańsko-chińskiej rywalizacji w tym kontekście proponują Michael Pettis i Matthew C. Klein. Zob. M. C. Klein, M. Pettis, Wojny handlowe to wojny klasowe. Jak narastające nierówności zakłócają rozwój globalnej gospodarki i zagrażają pokojowi na świecie, tłum. K. Mironowicz, Warszawa 2024.
[8] K. R. Rosen, Polar War. Submarines, Spies, and the Struggle for Power in a Melting Arctic, New York 2026.
[9] Cz. Miłosz, Piosenka o końcu świata, w: tegoż, Wiersze wszystkie, Kraków 2011, s. 206.
[10] Dane Eurostatu.
[11] Raport włoskiego urzędu statystycznego: Censimento e dinamica della popolazione Anno 2024.
[12] R. Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, Lwów 1904, s. 23.
[13] https://static.nbp.pl/dane/inwestycje/zib_2024_n.pdf, s. 3 [dostęp: 16.09.2026].
[14] Dane Eurostatu.
[15] Dane GUS.
[16] A. Asnyk, Miejmy nadzieję!, w: tegoż, Pisma. Wydanie zupełne, t. 3, Warszawa 1924, s. 288.
[17] https://www.defenseadvancement.com/resources/finnish-defence-forces/; https://intti.fi/en/in-the-reserve [dostęp: 17.09.2026].
[18] Pogłębiony obraz sytuacji przedstawił Konrad Szymański w swoim ważnym, interwencyjnym artykule. Zob. K. Szymański, Polska weszła na drogę do polexitu, "Rzeczpospolita", https://www.rp.pl/plus-minus/art43953331-konrad-szymanski-polska-weszla-na-droge-do-polexitu [dostęp: 18.09.2026].
[19] https://www.imf.org/-/media/files/publications/reo/eur/2024/october/english/text.pdf, s. 18 [dostęp: 17.09.2026].
[20] H. Morgenthau, Polityka między narodami. Walka o potęgę i pokój, tłum. R. Włoch, Warszawa 2010.
[21] M. Budzisz, Samotność strategiczna Polski, Warszawa 2022.
[22] P. Kennedy, Narodziny i upadek mocarstw. 500 lat burzliwej historii największych potęg świata, tłum. G. Kuśnierz, Warszawa 2025.
[23] J. K. Kelus, Za dobry powrót do Itaki, w: tegoż, Z nieskończoną wciąż piosenką, Wydawnictwo CDN, Warszawa 1982, kaseta magnetofonowa, s. 2; tekst cyt. za transkrypcją dostępną w serwisie tekstowo.pl [dostęp: 15.09.2026].
[24] Słowa poświęcone Alfredowi Marshallowi w "The Economic Journal", vol. 34, sierpień 1924, s. 222.
[25] R. Charan, What Defines a Successful Organization?, "Harvard Business Review", 19 września 2022, https://hbr.org/2022/09/what-defines-a-successful-organization [dostęp: 17.09.2026].
REKOMENDACJE
Wielka strategia państwa polskiego to coś więcej niż ambitna wizja silnego państwa. To umiejętność połączenia celów politycznych, dostępnych zasobów i sposobów działania w spójną teorię bezpieczeństwa. Mateusz Morawiecki podejmuje odważną i potrzebną próbę takiego myślenia o przyszłości Polski. Warto docenić zarówno skalę tej ambicji, jak i przekonanie, że bezpieczeństwo musi opierać się przede wszystkim na naszej własnej sile. Pozostaje jednak pytanie najważniejsze: jak tę siłę przełożyć na skuteczną teorię bezpieczeństwa Polski, sąsiadującej z agresywną, imperialną Rosją? Jak Polska powinna kształtować, wspólną regionalną i ponadregionalną odpowiedź na to wyzwanie? Ta książka nie zamyka dyskusji o polskiej wielkiej strategii. To ważny polityczny głos, który powinien ją pobudzić.
- gen. rez. Rajmund T. Andrzejczak, Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w latach 2018-2023
Świat się zmienia szybciej, niż myślimy. Mateusz Morawiecki pisze o tym, co Polska musi zrobić, żeby nie zostać w tyle. Porusza wiele spraw i wskazuje wiele dziedzin wymagających gruntownych zmian. Szczególnie interesujące wydają się te o akumulacji kapitału, produktywności i nowej umowie ze społeczeństwem. Wszystko to są sprawy, których nie da się odłożyć na później.
- Jacek Bartosiak, założyciel i szef Strategy&Future
Polska potrzebuje wielkiej strategii zbudowanej na odwadze myślenia, znajomości realiów i wizji przyszłości. Wszystko to można znaleźć w książce Mateusza Morawieckiego, która nie tylko warta jest lektury, ale winna stać się punktem odniesienia w debatach Polaków na temat tego, w jaki sposób zmodernizować nasze państwo. To zadanie dla kolejnego pokolenia, a jego realizacja jest warunkiem naszego sukcesu. O tym, jak tego dokonać, przekonująco pisze Autor.
- Marek Budzisz, publicysta
Mateusz Morawiecki napisał skłaniającą do refleksji i ambitną książkę o tym, jak Polska - a szerzej także Europa - może odnaleźć się w świecie, w którym wiele dawnych założeń dotyczących suwerenności, bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego ulega zmianie. Tym, co czyni ją szczególnie cenną, jest nacisk na to, że siłę gospodarczą, potencjał militarny, demografię, technologię oraz sojusze należy postrzegać jako elementy jednej, spójnej strategii. Powinien po nią sięgnąć każdy, kto próbuje zrozumieć niepewną przyszłość Europy.
- Michael Pettis, starszy ekspert (Senior Fellow) w Carnegie China oraz współautor książki Wojny handlowe to wojny klasowe
Jeśli ktoś nie utracił wiary w polskie lepsze jutro, to powinien się pochylić nad tą książką z dwóch powodów. Po pierwsze - bo jest to przemyślany i spójny plan drugiego skoku modernizacyjnego Polski pogrążającej się ostatnio w zastoju i marazmie. Po drugie - bo Mateusz Morawiecki ukazuje się tu jako przywódca przywracający nadzieję na ambitną politykę.
- Jan Rokita
Morawiecki rozważa, co czeka nas na dekady do przodu. To po prawej stronie nie takie znów częste.
- Piotr Semka, publicysta
Czy w polskiej polityce jest miejsce na strategię? Mateusz Morawiecki wierzy, że tak. Ja mam wątpliwości: walka plemion, w której sam uczestniczy, niszczy każdy plan. To ważna książka premiera czasów kryzysu. COVID-19, wojna, inflacja chyba żaden premier nie miał aż tak pod górkę. Polecamzwłaszcza jego przeciwnikom.
- Grzegorz Sroczyński, Kanał Zero
"W obecnych realiach decydujące znaczenie ma integracja gospodarki, siły zbrojnej oraz potencjału społecznego" - to kluczowe zdanie tej książki. Mateusz Morawiecki gardzi frazesem. Szukając wieloletniej strategii dla Polski, zawsze dotyka konkretu. Powinien zawstydzać polską klasę polityczną, która zwykle nie patrzy dalej niż na kilka miesięcy naprzód.
- Piotr Zaremba, historyk i publicysta
Książkę, którą trzymają Państwo w dłoniach, zrodziły niespokojne czasy. Nie znaczy to jednak, że dotyczy ona spraw doraźnych, tracących aktualność po jednym politycznym sezonie. Nie jest to także w żadnej mierze zbiór wspomnień. Zwykle, gdy politycy w Polsce piszą o przeszłości, to znak, że tylko to im zostało - okruchy dawnych dni. Mnie zaś interesuje przede wszystkim to, co nadchodzi. Przyszłość i to, jaką pozycję zajmie w niej Polska.
Podejmuję tu próbę sformułowania możliwie pełnej odpowiedzi strategicznej na obecne wyzwania oraz te, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w perspektywie najbliższych dwudziestu lat. W centrum książki tkwi fundamentalne pytanie: jak Rzeczpospolita może wygrać przyszłość w dzisiejszej epoce chaosu. W świecie starych, rozregulowanych kompasów, w dobie postępującego rozszczepienia politycznego niniejsza praca ma wyznaczać nowe ścieżki. W obliczu rewolucji technologicznej i niestabilności geopolitycznej stawką jest zaś zapewnienie polskim obywatelkom i obywatelom - w ramach wspólnoty narodowej - bezpieczeństwa, dobrobytu i warunków rozwoju, a nadto możliwości dążenia do szczęścia i samorealizacji.
U podstaw tak rozumianej wizji tkwi warunek egzystencjalny: przetrwanie jako państwo i naród. Dlaczego? Nie wynika to ani z lęku przed tym, co nadchodzi, ani też z defetyzmu. Raczej z przekonania, że żyjemy w momencie przesilenia. Historia bowiem rzadko biegnie liniowo - znacznie częściej rozwija się skokowo, poprzez gwałtowne zrywy, momenty nagłego przyspieszenia i rewolucje prowadzące do załamania się całych paradygmatów, destrukcji dotychczasowych schematów myślenia i działania. Zadanie to jest trudniejsze niż kiedykolwiek. Pierwszy raz od kilkuset lat nowy porządek świata współtworzony będzie nie tylko przez państwa Zachodu. Coraz większą rolę odgrywają bowiem cywilizacje i potęgi spoza świata euroatlantyckiego - przede wszystkim Chiny, Indie, świat islamski oraz szerzej rozumiane Globalne Południe. Co to wszystko oznacza? Przede wszystkim konieczność adaptacji do nowych warunków rywalizacji międzynarodowej, czego nie ułatwia fakt, że dramatyczne zawirowania ostatnich dwóch stuleci w dużej mierze pozbawiły nas głębokiej pamięci instytucjonalnej oraz nawyków właściwych dla kultury strategicznej. Przez ostatnie stulecia Polska rozwijała się bowiem niemal wyłącznie w cieniu Zachodu, czerpiąc z jego modeli modernizacji. A dziś świat staje się znacznie bardziej wielobiegunowy, konkurencyjny i cywilizacyjnie złożony.
Nakłada się na to jedno z najpotworniejszych widm współczesności: kryzys demograficzny[I]. Puste porodówki są dziś cichym zabójcą narodów. To zagrożenie równie poważne jak wrogie arsenały - z tą różnicą, że dużo trudniej wskazać tu szybkie i proste środki zaradcze. Kryzysu zbrojnego można czasem uniknąć dzięki zbrojeniom i mądrej dyplomacji. Kryzys gospodarczy można złagodzić odpowiednią interwencją finansową. Ale co pomoże społeczeństwu, które traci zdolność biologicznego trwania, które samo sprowadza na siebie nieuchronną katastrofę? Dlatego właśnie tyle tej tematyki na tych stronach. Nasze "kiedy my żyjemy" trzeba traktować jak najpoważniejsze zadanie strategiczne. Musimy podjąć nowego typu walkę o przetrwanie narodu. Ten front jest zapewne mniej widowiskowy niż konflikty militarne czy spory ideologiczne, ale w długoterminowej perspektywie może okazać się najważniejszy. Wiele kwestii omawianych w tej książce - od siły gospodarki, przez stabilność państwa, po ambicje geopolityczne - w znacznym stopniu zależy od tego, jak odpowiemy na pytanie demograficzne. Bez zastępowalności pokoleń nawet najlepiej zaprojektowane strategie rozwojowe okażą się krótkotrwałe. Dlatego temat ten będzie stale powracał w kolejnych rozdziałach. Jest to bowiem fundamentalny warunek, bez spełnienia którego nasza przyszłość w ogóle nie nadejdzie.
Nie ma więc wątpliwości, że dokonujące się na naszych oczach przebiegunowanie ładu światowego połączone z rewolucją technologiczną oraz zmianami społeczno-kulturowymi jest dla Polski zagrożeniem. Jest jednak, o czym pod naporem defetyzmu nie wolno nam zapominać, również oknem możliwości. Możemy wykorzystać tę przebudowę systemową, aby przezwyciężyć nasze strukturalne słabości (gospodarcze, polityczne, mentalne) i na stałe dołączyć do ścisłej czołówki państw rozwiniętych. I jeśli tego okna możliwości nie wykorzystamy - w najbliższych latach będziemy obserwować, jak pozycja Polski, na którą przez ostatnie dekady tak ciężko pracowały pokolenia naszych rodziców i dziadków, będzie nieuchronnie ulegać degradacji. Każda epoka ma swoich zwycięzców i przegranych. Cel, który organizuje całą sformułowaną tu myśl, to znaleźć się w grupie zwycięzców rozpoczynającej się właśnie nowej epoki.
Nie da się tego celu zrealizować, idąc na skróty. Najpierw potrzebujemy pełnej i uczciwej diagnozy. Potrzebujemy rozpoznać nasze zasoby - źródła siły, ale i źródła słabości. Chodzi o to, by z jednej strony bez prób oszukiwania się uwzględnić wewnętrzne i zewnętrzne ograniczenia określające naszą dzisiejszą pozycję. A z drugiej strony - wypracować nowe silniki rozwoju. Zanim ruszymy w przyszłość, musimy przecież zrozumieć, jakim potencjałem naprawdę dysponujemy i jakie zdolności możemy zbudować w perspektywie najbliższych lat. A gdy już określimy cel i poznamy nasze zasoby, wtedy możemy przejść do punktu ostatniego i najtrudniejszego. Konsekwentnego i metodycznego podążania własną drogą.
To wszystko wymaga zmiany sposobu myślenia z reaktywnego na proaktywny. Maurycy Mochnacki, nie tylko słynny krytyk i filozof doby romantyzmu, ale również jeden z pierwszych polskich myślicieli nowoczesnej strategii, nazwałby to momentem, w którym naród "uznanie samego siebie w jestestwie swoim mieć musi"[3]. Mówiąc inaczej, uzyskuje samowiedzę. Zaczyna rozumieć sens własnych działań, kierunek rozwoju i cele, do których dąży. Właśnie o to dziś chodzi. O świadome i suwerenne kształtowanie własnej przyszłości.
Musimy zdobyć się na czyn Mochnackiego - czyn, który nie został przez III Rzeczpospolitą dopełniony. Pomimo imponującego wysiłku modernizacyjnego, jaki wszyscy podjęliśmy w ostatnich latach, najważniejsza praca wciąż pozostaje przed nami. Musimy odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę chcemy być i jaką rolę odgrywać w XXI stuleciu. I na jak wielki wysiłek jesteśmy gotowi zdobyć się, aby w obliczu głębokich przemian geopolitycznych, technologicznych, cywilizacyjnych, ale też demograficznych - po prostu przetrwać.
Podsumowując: jest to książka kreśląca ramy wielkiej strategii państwa polskiego. Potrzebujemy dziś spójnej doktryny państwowej, która jasno określi nasze cele, metody i zasoby (ends - ways - means). Ale to nie wystarczy. Wielka Strategia, bo tak ją od tej pory będę nazywał, musi stać się czymś jeszcze. Manifestacją nowoczesnego polskiego ducha, świadectwem, że jako wspólnota sami siebie pojmujemy, że potrafimy rozpoznać logikę coraz bardziej drapieżnego świata, w którym funkcjonujemy, a jednocześnie, że jesteśmy świadomi własnych ambicji i wiemy, jak je urzeczywistnić.
Polska - bohaterka tej książki - przypomina dziś głównego bohatera Boskiej komedii Dantego. Wyznawał on w pierwszych słowach poematu:
W połowie wędrówki naszego życia
znalazłem się w ciemnej dziczy,
bo prosta droga była zgubiona[4].
III Rzeczpospolita przez ostatnie dziesięciolecia podążała ścieżką, która przyniosła jej bezprecedensowy wzrost gospodarczy, modernizację i dobrobyt. Były to jednak - dodajmy - wzrost i dobrobyt osiągnięte w ramach modelu zależnego. Zależność w naszym wypadku nie oznaczała relacji partnerstwa, tylko podporządkowania, z którego bardzo trudno będzie nam się dziś wydostać. A musimy z tego gorsetu się wyswobodzić. Bo droga, którą podążyliśmy, właśnie się kończy. Czas obrać nowy kierunek. Paliwo rozwojowe ostatnich blisko czterech dekad zostało już spalone. Dobiegła końca trwająca od 1989 r. światowa koniunktura, której Polska była jednym z beneficjentów. Model unipolarny - Pax Americana - łączący globalizację z demokracją i amerykańskim parasolem bezpieczeństwa, przestał obowiązywać. Trwa przebudowa ładu światowego. I choć wszystkie te hasła już teraz regularnie padają w debacie publicznej, wciąż wiele osób tak naprawdę nie umie lub nie chce przyjąć tej prawdy. Widzimy różnorodne reakcje: od poznawczej inercji, przez wyparcie, po eskapizm - w nieprzemyślany radykalizm albo w sferę czysto symboliczną. Wszystkie te zachowania są jednak równie bezproduktywne.
Skąd biorą się te skrajne reakcje? Skąd w polskim społeczeństwie, również w elicie politycznej, tyle rozedrgania? Ponieważ w epokę geopolitycznych zawirowań wkraczamy, niestety, z poważnym deficytem. Otóż III Rzeczpospolita nigdy nie wykształciła kultury strategicznej na miarę swoich ambicji i możliwości. Przez tyle lat nie wypracowaliśmy nadrzędnej koncepcji, nadrzędnego dokumentu, który koordynowałby, zestrajałby wszystkie kluczowe zasoby państwa - gospodarcze, militarne, finansowe, demograficzne, surowcowe, technologiczne, instytucjonalne, infrastrukturalne oraz dyplomatyczne - w perspektywie długookresowych celów[II]. A wokół takiego dokumentu, wokół zawartych w nim wizji i misji, tworzy się cała filozofia działania. Więcej: wokół takiego dokumentu tworzy się cała opowieść, cały mit przyszłego rozwoju. Wiara w to, że państwo nie jest skazane na wieczną improwizację, ale działa metodycznie, racjonalnie, według wiarygodnego planu. Bez Wielkiej Strategii nie wiemy, dokąd zmierzamy. Ani dlaczego.
Mieliśmy za to swoisty ersatz Wielkiej Strategii. Po przełomie 1989 r. elity III RP - zarówno postkomunistyczne, jak i wywodzące się z obozu solidarnościowego - obrały dość zgodnie określoną trajektorię. Jako fundamenty projektu III RP przyjęto trzy nadrzędne cele: wolny rynek, członkostwo w NATO oraz integrację w ramach Unii Europejskiej. Taki schemat, wdrażany konsekwentnie i ponad podziałami, został zresztą, jak na warunki naszej historii, całkiem szybko i skutecznie zrealizowany.
Na przełomie XX i XXI wieku te trzy wielkie cele mogły wydawać się dla wielu planem idealnym, niemal opatrznościowym. Nic w tym dziwnego. Wreszcie bowiem, po wielu latach pozostawania w kręgu oddziaływania miażdżącej sowieckiej władzy i życia w obszarze zaplanowanym jako strefa zgniotu, Polska wróciła na zachodnią orbitę cywilizacyjną. Przejście od gospodarki sterowanej przez PRL-owski aparat partyjny do modelu kapitalistycznego otworzyło Polskę na świat. Podobnie było z akcesem do Unii i dostępem do jednolitego rynku. Z kolei dołączenie do NATO znacząco zmieniło nasze geopolityczne status quo. Istotnie umacniało naszą niezależność od Rosji.
Trzeba jednak podkreślić, że to okno możliwości nie otworzyło się samo. Było efektem ambicji, kreatywności i pracowitości polskiego społeczeństwa. Przez pierwsze dekady płynęliśmy z wiatrem historii, a mieliśmy szczęście - w naszej historii zupełnie nadzwyczajne - że ten wiatr akurat wiał nam w żagle. Polska, po latach tłamszenia potencjału, rzeczywiście stała się jednym z europejskich liderów wzrostu[5].
III RP była więc w swej istocie dzieckiem szeroko pojętego konsensusu waszyngtońskiego, globalizacji, wolnego handlu, liberalnej demokracji i czasu pokoju. Miało to swoje zalety. Miało też wady. Zakładano między innymi, że odpowiedzialność za strategiczne bezpieczeństwo i ramy rozwoju spoczywa na aktorach zewnętrznych - przede wszystkim na Stanach Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej.
Językiem debaty rządziły wtedy takie pojęcia jak globalizacja, rynek bez granic, wolny handel, nowe łańcuchy dostaw, dywidenda. Nadrzędnym celem był zysk, nawet kosztem bezpieczeństwa[III]. Bo wielu wydawało się, że pokój jest niezagrożony. Nawet niektórzy z tych, którzy śmiali się z ikonicznej tezy Francisa Fukuyamy wieszczącej koniec historii, gdzieś podświadomie ją przyjmowali. Henry Kissinger w odniesieniu do nieco wcześniejszego okresu pisał o "utopijnym przekonaniu, że istnieje jakaś fundamentalna granica, za którą wyłoni się ostateczna harmonia świata"[6]. Dobrze oddaje to sposób myślenia zachodnich elit - przekonanych o bezalternatywności istniejącego porządku, a zarazem o tym, że postulowany przez nie model jest niewątpliwie tym, czego cały świat najbardziej potrzebuje. W Polsce ta wiara w zachodni mesjanizm bywała czasem jeszcze bardziej bezrefleksyjna, bo opierała się na ślepym zaufaniu do intencji Brukseli, Berlina, Waszyngtonu czy Paryża.
A jednak już od samego początku tak rozumiana obietnica nowoczesności miała w sobie głęboko zaszyty defekt, by nie powiedzieć - fałsz. Żaden z tych wielkich celów III RP - przypomnijmy: wolny rynek, NATO, UE - nie opierał się na wewnętrznych źródłach polskiej siły, ale raczej na zewnętrznych gwarantach i zależnościach. Celem było zakotwiczenie się w sprzyjającym porządku międzynarodowym, a nie konwersja wynikających z tego porządku zasobów i możliwości w stabilną siłę państwa. Przyjrzymy się temu uczciwie.
Transformacja po 1989 roku, w swoim neoliberalnym wydaniu, była terapią szokową. Po latach absurdów centralnie planowanej gospodarki socjalistycznej kapitalizm wprowadzono ogromnym kosztem. Ceną były oszczędności Polaków, ich miejsca pracy, kolejne fale emigracji oraz państwowy kapitał traktowany jako aktywa toksyczne z definicji. Choć to liberalne odchylenie można uznać za historycznie zrozumiałą reakcję na doświadczenie socjalizmu, z perspektywy czasu musimy uczciwie spojrzeć na to, co poszło źle, i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Pośród wielu błędów tamtego okresu na szczególną uwagę zasługują dwa.
Po pierwsze, brak wdrożenia odpowiednich mechanizmów ochrony rynku lokalnego i budowania krajowych oszczędności. Po drugie, nadmierne i bezrefleksyjne podporządkowanie polskiej gospodarki kapitałowi zagranicznemu, bez równoległej strategii budowy własnych zdolności organizacyjnych, właścicielskich, technologicznych i finansowych. Masowa wyprzedaż majątku narodowego podmiotom zagranicznym, prowadzona często bez stworzenia warunków do restrukturyzacji i rozwoju polskich przedsiębiorstw. Ale to nie wszystko. Państwo polskie nie tylko zostało wyprzedane, ale też rozkradzione przez byłych działaczy partyjnych PZPR oraz agentów służb specjalnych PRL.
Problemem nie był sam wolny rynek, ale brak strategii, która pozwoliłaby polskim firmom przejść przez proces transformacji i konkurować na równych zasadach. Części z nich to się udało - co tym wyraźniej pokazuje, że alternatywa istniała, lecz nie stała się dominującą logiką transformacji.
Z kolei poczucie bezpieczeństwa, które dawało członkostwo w NATO, często stawało się pretekstem, aby nie inwestować we własny potencjał militarny. Podstawą ówczesnej doktryny bezpieczeństwa była z jednej strony chwilowa słabość naszego egzystencjalnego wroga, a z drugiej - wiara w trwałość sojuszy i w deklarację, że w obliczu zagrożenia sojusznicy będą wypełniać swoje zobowiązania.
Wreszcie nasze wejście do Unii Europejskiej - przy całym swoim cywilizacyjnym znaczeniu - wiązało się z pewnym asymetrycznym mechanizmem, którego gorący euroentuzjaści wolą nie dostrzegać. Otóż z perspektywy krajów Starej Unii rozszerzenie UE nie było żadną misją ewangelizacyjną, tylko narzędziem merkantylnej i politycznej ekspansji Zachodu: sięgnięciem po nowy rynek zbytu, tanią siłę roboczą, nowe zamówienia publiczne i wysoką stopę zwrotu z inwestycji, a zarazem poszerzaniem obszaru wpływów.
W ten sposób tamta niepisana strategia III RP okazała się na dłuższą metę bezwładna, ufundowana na naszej zależności od Zachodu. Nawet się nad tym nie zastanawiano, ponieważ autostrada wolności prowadziła nas przed siebie. Jechaliśmy nią więc ponad ćwierć wieku, nie myśląc o tym, dokąd tak naprawdę jedziemy. I nagle dotychczasowy ład się załamał, autostrada się skończyła, wylądowaliśmy na bezdrożach i coraz głośniej zadajemy sobie pytanie: "Co dalej?".
Wszystko, co dziś zajmuje naszą uwagę, o czym media piszą każdego dnia, to przejawy głębokiej i dużo szerszej zmiany. Jej symptomy są widoczne gołym okiem. Najbardziej bieżącym i bezpośrednio nas dotykającym jest oczywiście rosyjski rewizjonizm strategiczny i terytorialny połączony z traktowaniem agresji kinetycznej i hybrydowej jako rutynowego instrumentu polityki zagranicznej. Na to nakłada się wzrost potęgi Chin, które jako "produkt uboczny" projektu globalizacji wykorzystały jej asymetrię przeciwko Ameryce, a dziś kolonizują gospodarczo Globalne Południe i Europę[7]. Właśnie ta asymetria jest jedną z praprzyczyn zachodzących dziś w świecie zmian. Dotyczy to również aktualizacji amerykańskiej strategii, która przypieczętowuje wycofanie się USA z roli "globalnego policjanta", skoncentrowanie się na zachodniej półkuli i na rejonie Pacyfiku, przy jednoczesnym podporządkowaniu polityki zagranicznej priorytetom polityki wewnętrznej (America First).
Jednocześnie Europa wobec tego gwałtownego przebiegunowania pozostaje najczęściej bezradna. Unia Europejska przechodzi największy kryzys w swojej historii: gospodarczy, społeczny i tożsamościowy. Sama nie wie, czym dziś tak naprawdę jest i jaką rolę chciałaby odgrywać w najbliższych dekadach, a rządząca nią oligarchia w coraz większym stopniu zapewnia trwałość swojej władzy poprzez reprodukcję biurokratycznych procedur.
Jedno jest pewne - dawne czasy pokoju minęły. Czy tego chcemy, czy nie, żyjemy w nowej epoce wojen: celnych, handlowych, kapitałowych, regulacyjnych, technologicznych, kinetycznych. Coraz więcej działań ma charakter hybrydowy. Przyszłość Ukrainy jest dziś głęboko niepewna, za to rośnie ryzyko rosyjskiej inwazji na kolejne państwa. Toczy się walka o nowe strefy wpływów, jak np. Arktykę, gdzie topniejące lody otworzyły północny szlak żeglugowy. A przecież "wojna polarna" między Stanami, Europą, Rosją i Chinami to tylko jeden z wielu frontów rywalizacji XXI wieku[8]. Współczesne konflikty wykazują bowiem, wbrew proroctwom licznych analityków, tendencję do przedłużania się ponad miarę. Rzadko się kończą, częściej się przepoczwarzają i przechodzą w kolejne fazy. Widzimy to na Ukrainie, w Syrii, w Iranie czy w strefie Gazy. Niewykluczone, że pierwsza połowa XXI wieku zapisze się w historii jako epoka jednoczesnych, ale różnorodnych konfliktów rozgrywanych na wielu poziomach i w wielu regionach świata. Być może wielka wojna naszego stulecia już się nawet rozpoczęła, ale, jak pisał poeta, "nikt nie wierzy, że staje się już"[9].
Wszystko to dzieje się w warunkach, które fundamentalnie zmieniają naturę władzy, podważają spójność społeczną, a nawet stawiają pod znakiem zapytania przetrwanie narodów. Co przede wszystkim determinuje tę zmianę? Po pierwsze, jesteśmy świadkami wielkiej rewolucji technologicznej, której horyzont wyznaczają wykładniczy wzrost sztucznej inteligencji oraz postępująca automatyzacja i robotyzacja pracy. Na dobre wkraczamy w erę dyktatury algorytmów. Dla państw i instytucji ponadnarodowych to nie lada wyzwanie, a Stary Świat coraz częściej dowodzi, że nie umie sobie z nimi poradzić. Tak było, gdy w sierpniu 2024 r. w Unii Europejskiej wszedł w życie AI Act - reklamowany jako pierwsza na świecie kompleksowa regulacja dotycząca sztucznej inteligencji. Przepisy ustalane w pośpiechu tuż po wybuchu popularności generatywnej AI były jednak próbą zamaskowania prostej prawdy: że UE nie nadąża za rozwojem technologii.
Po drugie, coraz wyraźniej funkcjonujemy według nowych reguł polityki i gospodarki, w których realna siła coraz częściej koncentruje się poza klasycznymi strukturami państwa. Globalne korporacje, rynki kapitałowe i platformy cyfrowe dysponują dziś zasobami i narzędziami wpływu, które w wielu obszarach dorównują możliwościom tradycyjnych państw narodowych, a często je przewyższają. Wystarczy zwrócić uwagę na to, w jakim stopniu prywatne agencje ratingowe potrafią wywierać wpływ na losy państw. Albo wspomnieć ambitne, kosmiczne projekty firmowane już nie, jak kiedyś, przez władze USA, tylko korporację SpaceX.
Po trzecie wreszcie, nadchodzi wielkie wyludnienie. Mierzymy się z postępującą katastrofą demograficzną. To także dotyczy całej Unii, choć w różnym tempie toniemy. Irlandia jeszcze ma się całkiem nieźle, z niemal jedną piątą populacji wciąż poniżej 15. roku życia[10], ale już we Włoszech na każde dziecko poniżej 6. roku życia przypada sześciu seniorów powyżej 65 lat[11]. Rozciąga się przed nami perspektywa wymierania narodów. Ta perspektywa dotyczy też Polski. Głęboka zmiana demograficzna pociągnie za sobą całą gospodarkę, a nawet może prowadzić do kolejnej rewizji granic w Europie i na świecie. A w ślad za zapaścią demograficzną przyjdzie nowa wielka wędrówka ludów, która bardziej niż cokolwiek innego zmieni obraz naszego świata, a wraz z nim - układ sił.
Zarazem temat demografii ponoć stał się "nudny". Przywykliśmy kolejne katastroficzne scenariusze puszczać mimo uszu. Wiara w możliwość sformułowania odpowiedzi na ten kryzys jest przez niektórych traktowana jako coś w rodzaju błędnej wyprawy Don Kichota przeciwko wiatrakom. Nic bardziej mylnego. Co nam bowiem zostało? Albo sami znajdziemy drogę ucieczki z pułapki demograficznej, albo musimy pogodzić się z widmem nadciągającej katastrofy. To właśnie jest pole, na którym rozstrzygnie się przyszłość państw, i które wymaga zaangażowania oraz spięcia ze sobą wielu - zdecydowanie większej liczby niż dotychczas - instrumentów i działań.
Krótko mówiąc: idzie nowe. Tymczasem, jak już wspominałem, III Rzeczpospolita nie tylko nie wykształciła kultury strategicznej. W rachubie polskich elit zabrakło miejsca na planowanie w perspektywie od dwudziestu do trzydziestu lat. Zabrakło również dopuszczenia do świadomości, że być może nadejdą, i to niedługo, takie czasy, gdy UE i NATO nie będą już niewzruszonymi filarami rozwoju i stabilizacji.
Świadomość, że próżnię tę trzeba wypełnić, była jedną z przyczyn, dla których zdecydowałem się porzucić karierę w bankowości i w pełni zaangażować się w politykę. Jako wicepremier kierowałem pracami nad Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), którą następnie konsekwentnie realizowałem jako premier. Był to drugi w historii III RP tego rodzaju dokument, po Strategii dla Polski autorstwa Grzegorza Kołodki[IV]. Przy czym, o ile ten pierwszy dokument postulował istotną korektę kursu transformacji, SOR stanowiła przedsięwzięcie o charakterze bardziej holistycznym i systemowym, odpowiadające na wyzwania gospodarki funkcjonującej w warunkach zaawansowanej globalizacji.
Dziś jednak, w zmienionych realiach geopolitycznych i ekonomicznych, w momencie narodzin nowego ładu światowego, nie wystarczy już nawet najbardziej ambitny plan rozwojowy podobny do tych powyżej. Nie chodzi już o kolejny program albo nowy pakiet reform. To wszystko jest oczywiście ważne. Ale nie możemy na tym poprzestać. Potrzebujemy czegoś więcej. Potrzebujemy Wielkiej Strategii państwa polskiego. Blisko cztery dekady to wystarczająco długo, by przejść od logiki, w której Polska nam się przydarzała, do logiki pełnej odpowiedzialności za jej los. Improwizację trzeba zastąpić strategią, a myślenie doraźne myśleniem w horyzoncie dłuższym niż jedna kadencja, jedna dekada czy nawet jeden cykl koniunkturalny.
Z tego dantejskiego "ciemnego lasu", w którym III RP znalazła się po latach światowej koniunktury, żaden przewodnik nas nie wyprowadzi. Nie będzie tam czekał żaden Wergiliusz, żaden zewnętrzny gwarant. Jedyna droga prowadząca nas w przyszłość to ta, którą sami odnajdziemy albo wytyczymy od nowa.
Zaznaczyłem, że myśl założycielska III RP streszczała się w triadzie: wolny rynek, NATO, Unia Europejska. Proponuję, aby podstawą naszej Wielkiej Strategii uczynić nową triadę. Składają się na nią cele, których realizacja warunkować będzie nasze narodowe przetrwanie oraz możliwie pełne wykorzystanie potencjału w czasach globalnego chaosu.
Dziś miarą siły państwa są trzy zasadnicze obszary: kapitał i jego produktywność, potencjał militarny oraz system sojuszy. Dlatego budowa Polski dysponującej silnym kapitałem narodowym, zdolnej do pełnienia roli regionalnego eksportera bezpieczeństwa oraz węzłowego partnera odnowionej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, powinna być naczelnym celem Wielkiej Strategii. Trzy siły - ekonomiczna, militarna i sojusznicza - prowadzą do jednego celu. Do osiągnięcia przez Polskę w perspektywie dwudziestu lat statusu średniej potęgi.
Dlaczego potrzebujemy nowego planu? Ponieważ dotychczasowe podejścia okazują się dziś zbyt wąskie i daleko niewystarczające. Strategia obrony w klasycznym ujęciu koncentruje się na organizacji instrumentów wojskowych, traktując aspekty gospodarcze i te dotyczące odporności całego państwa jako drugorzędne. Z kolei strategie rozwojowe projektują średnio- i długookresowy wzrost społeczno-gospodarczy, lecz w dużej mierze abstrahują od wymiaru militarnego i kwestii projekcji siły.
Tymczasem w obecnych realiach decydujące znaczenie ma integracja gospodarki, siły zbrojnej oraz potencjału społecznego. Dopiero ich skoordynowanie i dostrzeżenie wzajemnych powiązań, korzyści oraz ryzyk pozwala na pełne wykorzystanie polskiego potencjału. Kapitał narodowy, krajowa technologia, nowoczesna armia oparta o polską bazę przemysłową oraz nowy model współpracy sojuszniczej - wszystko to razem stanowi i będzie stanowić o pozycji Polski w drugim ćwierćwieczu XXI wieku. Ten skomplikowany, wielowarstwowy obraz można, nieco upraszczając, podzielić właśnie na trzy sekcje: gospodarkę, wojsko i dyplomację. Odpowiadają one trzem podstawowym wymiarom rywalizacji między państwami. I na tych polach rozstrzygnie się nasza przyszłość.
Te trzy "pierwiastkowe" obszary są formą, w którą dziś musi się przyoblec polski duch. Mądry patriotyzm nie zatrzymuje się bowiem na sferze symbolicznej, ale realizuje się również w wymiarze praktycznym. Dobitnie to wykazywał Roman Dmowski, gdy fałszywy patriotyzm, polegający na pielęgnowaniu własnych słabości, przeciwstawiał patriotyzmowi nowoczesnemu, który dąży do tego, aby "żyć i iść w zawody z innymi w pracy cywilizacyjnej"[12]. To jest wykładnia realizmu, który w ciągu najbliższych lat musimy urzeczywistnić. Przeciwstawić się kosmopolityzmowi, polegającemu na zneutralizowaniu, a w istocie zanegowaniu sprawy narodowej. Ale jednocześnie - sprawić, aby patriotyzm wyrażał się nie tylko we wzniosłych hasłach, ale polegał na budowie kapitału, armii i systemu sojuszy.
Chodzi więc o strategię wyrastającą z miłości do ojczyzny, z poczucia ambicji i dumy, ale zakorzenioną w realności, stanowiącą syntezę idealizmu i pragmatyzmu. Strategię wyrażającą patriotyzm mocy i zwycięstwa. Przyjrzyjmy się po kolei jej trzem filarom.
U podstaw Wielkiej Strategii leży model akumulacji kapitału narodowego. Krótko mówiąc, najpilniejsze zadanie polega dziś na budowie siły kapitałowej, nad którą to my - polskie państwo, społeczeństwo, instytucje, przedsiębiorstwa - będziemy sprawować władzę. Wiąże się to bezpośrednio ze zmianą paradygmatu rozwoju. Dotychczas był on oparty przeważnie o konsumpcję. Celem jest zaś systematyczne pomnażanie zasobów (stock), tworzenie własnych technologii, zwiększenie produktywności oraz przejmowanie kontroli nad wysokomarżowymi strumieniami wartości. A w dalszej perspektywie - włączenie Polski w globalny obieg kapitału: przejście z pozycji petenta do inwestora, z dłużnika do wierzyciela, z odbiorcy dóbr do ich dostawcy.
Model akumulacji kapitału narodowego polega na długoterminowym budowaniu majątku polskich obywateli, rozwoju krajowych firm i wspieraniu ich ekspansji międzynarodowej. Gra toczy się o to, by pracować na własny rachunek - zatrzymywać w kraju jak największą część wypracowanej rentowności, marż i zysków. Gdy innowacje będą powstawać w Polsce, a zyski pozostawać w kraju, wytworzy się dodatnie sprzężenie zwrotne - wzmacniające tempo wzrostu, zwiększające wynagrodzenia i odporność gospodarki oraz tworzące realne warunki do przeciwdziałania negatywnym trendom demograficznym oraz do sprawiedliwej dystrybucji owoców rozwoju. Tylko w ten sposób kapitał może stać się realnym źródłem siły, suwerenności i odporności państwa.
Niektórzy krytycy twierdzą, że realizację w Polsce takiego scenariusza blokuje nie tylko bariera kapitałowa, ale również bariera mentalna - streszczająca się w haśle, że "polscy politycy nie dorośli" do tego typu systemowej zmiany. I choć krytyka współczesnych elit politycznych bywa często uzasadniona, sprowadzanie trudności, z którymi dziś się mierzymy, do naszego charakteru narodowego czy rzekomych ograniczeń kognitywnych pozostaje wygodnym retorycznym wytrychem. W rzeczywistości mechanizm jest znacznie prostszy: wraz z akumulacją kapitału zmieniają się zachowania społeczne, standardy działania i kultura organizacyjna. Kapitał niejako to wymusza. Podobnie było w przeszłości. Budowa portów kontenerowych w XX wieku, a wcześniej linii kolejowych w XIX wieku, wymuszała wprowadzenie standaryzacji czasu i procedur. Musimy więc w nadchodzących dekadach przezwyciężyć strukturalne uzależnienie kapitałowe od głównych beneficjentów naszej transformacji - państw Zachodu. Owszem, inwestycje zagraniczne przyniosły modernizację i wzrost, a my nadal będziemy o nie zabiegać. Jeśli stają się one impulsem rozwojowym dla polskiego przemysłu, wszyscy na tym zyskujemy. Równocześnie jednak musimy konsekwentnie wdrażać działania, które z czasem będą równoważyć potężne odpływy kapitału widoczne w bilansie płatniczym i sięgające netto ponad 135 mld zł rocznie w formie dywidend, reinwestowanych zysków czy odsetek[13]. Odpływy te stały się strukturalnym elementem polskiego rozwoju, a zarazem immanentnym ograniczeniem naszej zdolności do finansowania własnych ambicji strategicznych.
To zdumiewające, że w polskiej debacie publicznej, nawet wśród ekonomistów, ten temat niemal nie istnieje. A przecież, gdy mowa jest o policy mix państwa polskiego, dychotomia przepływów i zasobów (flow/stock) jest absolutnie fundamentalna i to ona powinna stanowić matrycę gospodarczej części Wielkiej Strategii. Dlaczego? Oto kilka słów wyjaśnienia.
W kategoriach przepływu (flow), czyli bieżącej produkcji, wzrostu PKB i dochodów, polska gospodarka osiąga relatywnie dobre wyniki. Problem zaczyna się jednak na poziomie zasobów (stock), a więc zdolności do trwałej akumulacji majątku, kapitału, know-how i kontroli nad strumieniami wartości. Nie jest to jedynie kwestia dystansu, który z czasem da się nadrobić. To inherentna wada modelu rozwojowego III RP. Przyczyną są po części dramatyczne doświadczenia historyczne i niekorzystne położenie geopolityczne, a po części także kwestia naszych własnych zaniedbań. Mam tu na myśli przede wszystkim nieumiejętność budowy sprawnego aparatu państwa, a w ślad za tym - słabość polskich instytucji i kiepską pozycję w walce o marże. Fakty są takie, że nasz wzrost gospodarczy napędzały przede wszystkim niskie koszty pracy, a po wejściu do UE także inwestycje zagraniczne, co w połączeniu ze wzrostem produktywności stanowiło główny motor doganiania Zachodu.
Polska polityka rozwojowa po 1989 r. w dużym stopniu opierała się na prostym oportunizmie, łapaniu okazji. Krótko mówiąc, była to polityka reaktywna. Wykorzystywaliśmy trendy globalne i tendencje rozwojowe, a kiedy pojawiały się kryzysy lub dekoniunktura, rozkładaliśmy ręce i czekaliśmy na lepsze czasy. Wystarczy przypomnieć sobie niemoc polityków w trakcie kryzysu finansowego 2008 r. czy kolejnych fal bezrobocia, kiedy tłumaczono usilnie polskiemu społeczeństwu, że "tak musi być". Zresztą przez długi czas nie było całkiem jasne, jaki jest rzeczywisty cel polityczny i strategiczny tego modelu rozwojowego.
Takie podejście, oprócz kilku innych czynników, doprowadziło do przejęcia wielu sektorów gospodarki - w ogromnym stopniu lub niemal w całości - przez zewnętrzne ośrodki kapitałowe. Zwłaszcza branż niewymagających szczególnie wysokich nakładów kapitałowych, ale jednocześnie generujących wieloletni strumień dywidend. Kluczowe decyzje inwestycyjne, technologiczne i właścicielskie zapadały więc poza krajem - we Frankfurcie, Amsterdamie, Paryżu, Tokio, Londynie czy Nowym Jorku. Ale nie w Warszawie.
W tym kontekście warto zmierzyć się z tak popularną ostatnimi czasy narracją o Polsce jako dwudziestej gospodarce świata. To opowieść bez wątpienia mobilizująca, pokrzepiająca, w pewnym sensie także uzasadniona doświadczeniem ostatnich trzech dekad. Ale ta narracja nie otwiera nas na szerszy horyzont. Dlaczego? Ponieważ odnosi się ona do niedoskonałej i niepełnej miary PKB, która ujmuje przede wszystkim dochody i wydatki, ale jest ślepa na kwestię samych zasobów. PKB nie mówi wprost o skali zakumulowanego majątku, o wielkości dostępnego kapitału, o kontrolowaniu technologii, o zdolności do przechwytywania zysków w różnych układach gospodarczych i handlowych ani o potencjale do generowania marż. A to właśnie jest największa strukturalna słabość polskiego modelu wzrostu. I jeśli chcemy na dobre wyrwać się z pułapki średniego rozwoju, musimy czym prędzej te słabości przezwyciężyć.
Bo o realnej sile gospodarczej państw decyduje nie tylko dynamika przepływów, ale właśnie stock - kapitał, technologia, pozycja w łańcuchach wartości. W przypadku Polski znaczna część korzyści płynących z wysokiego tempa wzrostu była i nadal jest przejmowana przez kapitał zagraniczny, w mniejszym zaś stopniu przez przedsiębiorstwa krajowe. W efekcie od dekad więcej środków wypływa z polskiej gospodarki niż do niej wraca. Fakt ten powinien działać otrzeźwiająco na wszystkich, którzy żyją w przeświadczeniu, że "szczodre" państwa Europy Zachodniej, ot tak, przekazują nam netto środki z budżetu UE. Owszem - te transfery są realne. Ale unijna moneta, o czym szerzej piszę w dalszej części książki, ma swoją drugą stronę. Dlatego przesunięcie ciężaru z przepływów na akumulację kapitału, a co za tym idzie, zwiększenie zdolności do jego wytwarzania, stanowi jedno z kluczowych zadań nadchodzących dwudziestu lat.
Przez ostatnie dekady nauczyliśmy się mierzyć rozwój dynamiką wzrostu gospodarczego i poziomem konsumpcji, ale nie nauczyliśmy się mierzyć go w kategoriach power, inwestycji, władzy i wpływu. A kapitał to przede wszystkim zdolność decydowania nie tylko o tym, gdzie lokowane są inwestycje, kto posiada technologię, kto przejmuje marże, czyli kto koniec końców jest "na górze" i może konsumować zyski. Do tej pory dominujący trend był taki, że byliśmy częścią gry, w której na wierzchu były interesy innych, bogatszych, silniejszych.
Choć konsekwentnie nadrabialiśmy dystans rozwojowy, nie przekładaliśmy tego w pełni na trwałą zdolność budowania własnego kapitału i kontroli nad nim. Można powiedzieć, że Polska po 1989 r. rosła szybciej, niż rosła jej siła. I jeśli nie odróżnimy napływu pieniędzy do kraju od budowania trwałego majątku, czyli jego akumulacji w rękach Polaków, skończymy jako społeczeństwo nastawione głównie na konsumpcję, a w razie poważnego kryzysu i w obliczu zbliżającej się zapaści ludnościowej będziemy słabi i coraz bardziej zależni.
Skalę zależności kapitałowej Polski najlepiej pokazują nie tylko coroczne wypływy środków z Polski, ale też znacząca ujemna międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto. Towarzyszące jej chronicznie ujemne saldo dochodów pierwotnych, a ostatnio także wtórnych w bilansie płatniczym sprawiają, że państwo polskie oraz jego obywatele są w coraz większym stopniu dłużnikami wobec wierzycieli z bogatego Zachodu, a także z Chin, Korei i Japonii[14]. Szybki przyrost długu publicznego w ostatnich latach - przy braku proporcjonalnego wzrostu krajowych oszczędności - dodatkowo potęguje ten niekorzystny trend. W praktyce oznacza to stały odpływ netto środków finansowych z Polski za granicę. Przy ograniczonych zasobach własnego kapitału uruchamia to błędne koło zależności od partnerów silniejszych technologicznie i finansowo. Ujemne saldo rachunku bieżącego odzwierciedla strukturę własności kapitału, podporządkowanie decyzji gospodarczych zewnętrznym ośrodkom oraz międzynarodowe powiązania finansowe. Wszystkie te czynniki w istotnym stopniu determinują pole manewru polskiej gospodarki i naszego państwa.
Dziś warunki gry ulegają zasadniczej zmianie. W obliczu presji geopolitycznej ze Wschodu i Zachodu, przy potęgujących się napięciach demograficznych, rosnących potrzebach obronnych i infrastrukturalnych oraz konieczności zastępowania pracy kapitałem, niski poziom własnych aktywów staje się obciążeniem rangi strategicznej. Jednocześnie błędem byłoby przekonanie, że problem ten można rozwiązać wyłącznie poprzez rozbudowę sektora państwowego. Wiara w zbawczą moc spółek Skarbu Państwa jest co najmniej przeszacowana. Owszem, państwo powinno utrzymywać kontrolę nad kluczową infrastrukturą i aktywami strategicznymi, ale własność państwowa sama z siebie nie tworzy jednak jeszcze wysokiej produktywności, innowacyjności ani trwałej przewagi konkurencyjnej. Źródłem siły nowoczesnych gospodarek pozostaje przede wszystkim zdolność do akumulacji prywatnego kapitału, tworzenia i rozwijania własnych technologii, skalowania przedsiębiorstw oraz budowy krajowych hubów służących kompetencjom finansowym, przemysłowym i badawczo-rozwojowym.
Na tym nie koniec. Innym obciążeniem, realnie utrudniającym budowę polskiego modelu akumulacji, jest obciążenie energetyczne. Wysokie ceny energii stanowią dziś wyzwanie zarówno na poziomie mikro (z perspektywy firm i gospodarstw domowych), jak i makro (budowy konkurencyjnego ekosystemu wobec państw spoza Europy). Poza strukturalnymi deficytami związanymi z wyczerpywaniem się dotychczasowego modelu polityki energetycznej musimy mierzyć się też np. z narzucanymi przez UE systemami opłat za emisje. Te dwa czynniki - nasze własne kosztowne zapóźnienia oraz nieracjonalna, destrukcyjna presja klimatyczna ze strony Unii - są Scyllą i Charybdą naszej konkurencyjności. Aby mieć w Polsce tanią i stabilną energię, potrzebujemy w tym obszarze ogromnych inwestycji i potężnego zastrzyku kapitałowego.
Bez solidnej bazy kapitałowej wolny rynek bowiem zbyt często sprowadza się do konsumpcji i dystrybucji, co w praktyce wzmacnia cudzą własność i buduje wartość zagranicznych przedsiębiorstw. Zapomnieć można o trwałych marżach i przewagach konkurencyjnych. Dopiero polski kapitał - faktycznie zakorzeniony w kraju - pozwala wykorzystać dynamikę rynku do budowy trwałej siły państwa. Socjalizm nie działa, co wiemy aż nadto dobrze z własnej historii. Kapitalizm oparty w długiej perspektywie na zagranicznych funduszach i obcym potencjale decyzyjnym nie prowadzi do budowy potęgi państwa. Dlatego potrzebujemy dziś nowego wzorca rozwojowego, zakładającego synergię państwa i rynku oraz czerpiącego z myśli Alexandra Hamiltona i Friedricha Lista, a na gruncie polskiej tradycji - z myśli Augusta Cieszkowskiego, Leopolda Caro czy Michała Kaleckiego.
Od przyjęcia i wdrożenia nowego modelu zależeć będzie, w perspektywie najbliższych dwóch dekad, nasza kondycja ekonomiczna, pozycja międzynarodowa i zdolność do samodzielnej obrony niepodległego bytu. A w ujęciu mniej ostatecznym nasz dylemat streszcza się do prostego pytania: czy chcemy na zawsze pozostać europejskim średniakiem, czy jesteśmy gotowi, aby na powrót stać się potęgą Międzymorza? Tym razem jednak nie może być to projekt imperium na glinianych nogach, tylko państwa zbudowanego na skale, czyli na kapitale, na potędze własnej armii, na obopólnie korzystnych sojuszach, na instytucjach i na realnej sprawczości.
Realizacja triady Wielkiej Strategii wymagać będzie głębokiej przemiany na poziomie działania państwa polskiego. A dokładniej rzecz biorąc: wypracowania spójnego zestawu instrumentów instytucjonalnych, finansowych i regulacyjnych, zdolnych mobilizować krajowe oszczędności, zwiększać stopę inwestycji oraz zatrzymywać w kraju marże, rozwijać technologie i tworzyć centra decyzyjne. Aby budować państwo wysokiego standardu, potrzeba administracji wysokiego standardu: zwinnej i elastycznej, prowadzonej w duchu misyjności[V]. Diabeł, jak zawsze, tkwi jednak w szczegółach. Szczegóły te opisuję w koncepcji, którą nazywam w skrócie Powered by Poland, a jej założenia rozwijam w jednym z rozdziałów książki. Opiera się ona między innymi na rozwoju narzędzi wspierających innowacyjność, nowej polityce inwestycyjnej, reformie prawa zamówień publicznych, rozwoju sektora dual-use oraz wsparciu ekspansji kapitałowej i eksportowej polskich firm.
Istotnym narzędziem, którego powołanie postuluję w ramach Wielkiej Strategii, jest polski fundusz suwerenności strategicznej (sovereign wealth fund), pozostający pod bezpośrednią kontrolą państwa lub podmiotów przez nie nadzorowanych, ściśle powiązany z długoterminową polityką publiczną - przemysłową, energetyczną, technologiczną i kapitałową. W odróżnieniu od klasycznych funduszy inwestycyjnych nie funkcjonuje w logice jednego cyklu koniunkturalnego, ale w perspektywie dekad, często pełniąc rolę stabilizatora owych cykli i katalizatora rozwoju. Taki fundusz może pełnić rolę akceleratora np. polskiej nauki, sektora B+R czy sektora dual-use, czyniąc je jednymi z najbardziej kluczowych obszarów gospodarki narodowej. Fundusz przyczyni się do szybkich przyrostów produktywności, zatrzymywania marży, rozbudowy własnego kapitału i reinwestowania go w pozostałe strategiczne obszary rozwoju. Jego rolą nie jest więc krótkoterminowa maksymalizacja stopy zwrotu, ale cierpliwe i aktywne wsparcie procesów, które w długim horyzoncie decydują o sile państwa.
Wyżej wymienione działania powinny być wsparte aktywnością w obszarach, w których działania państwa albo zostały zrytualizowane i sprowadzone do "wiecznej debaty", albo po prostu zostały odpuszczone po początkowych porażkach - z braku należytej determinacji lub operatywności. Przykładem jest kwestia odszkodowań wojennych, które mogą stać się elementem wspomnianego wyżej Funduszu. Skuteczne działanie w tej sprawie wymaga umiejętnej dyplomacji - należytego przedstawienia niemieckim decydentom i elitom realnego rachunku zysków i strat, który w długiej perspektywie może wynikać z niepodjęcia żadnych działań.
Polski model akumulacji kapitału narodowego dopełnia jeszcze jedna kwestia - wspominana już wcześniej demografia. W samym tylko 2025 r. liczba ludności Polski zmniejszyła się o 157 tysięcy osób. To tak, jakbyśmy w rok stracili cały Olsztyn lub Zabrze[15]. W tym sensie kwestia ludnościowa jest dziś zasadniczym problemem państwa polskiego - a wręcz problemem par excellence egzystencjalnym. Stawką jest przetrwanie i dalsze istnienie narodu. Tylko stabilna baza ludnościowa umożliwia akumulację kapitału i jego cyrkulację. Wielkość i struktura populacji determinują zasób mocy produkcyjnych, poziom oszczędności, zdolność do inwestowania oraz tempo wzrostu produktywności. I odwrotnie: regres demograficzny obciąża systemy publiczne i obniża zdolności gospodarki do generowania nadwyżek, które mogłyby być reinwestowane. W starzejącym i kurczącym się społeczeństwie w strukturze wydatków zaczynają wygrywać bieżąca konsumpcja oraz transfery społeczne kosztem innowacji, inwestycji, budowania przewag konkurencyjnych.
Młode społeczeństwa, z natury rzeczy, są bardziej dynamiczne, ekspansywne i kreatywne. Starzenie się społeczeństwa oznacza zaś mniejszą skłonność do ryzyka i testowania rozwiązań eksperymentalnych. Niech nie zdziwi nas zatem rosnąca rywalizacja państw Zachodu o zasoby ludzkie. Młody, wykwalifikowany pracownik jest na wagę złota. A jego wartość w przyszłości będzie tylko rosnąć. Zaostrzona konkurencja o kapitał ludzki może doprowadzić do drenażu mózgów na jeszcze większą skalę niż ta, której doświadczyliśmy przez ostatnie dziesięciolecia. W dalszej części książki pokażę, jak obronić nasz bezcenny kapitał - kapitał polskich talentów.
Bez odwrócenia lub chociażby zatrzymania negatywnych trendów ludnościowych Polska nie awansuje do globalnego obiegu kapitału, nie zbuduje silnej armii, a tym samym - będzie partnerem drugiej kategorii. Nie możemy do tego dopuścić. Dlatego w ramach każdego obszaru muszą zostać wypracowane rozwiązania wspierające nową politykę ludnościową państwa polskiego. Od adaptacji technologicznej, amortyzującej negatywne skutki trendów demograficznych, przez rozwój robotyzacji i odwrócenie mechanizmów alokacji polskiego kapitału, po program powrotów z emigracji, strategię repatriacyjną, mądrą politykę migracyjną itd. - wszystko to musi zostać w ramach Wielkiej Strategii właściwie ujęte.
Adam Asnyk pisał, że "mężom przystoi w milczeniu się zbroić"[16]. Historia uczy, że zwyciężają nie ci, którzy reagują najgłośniej, ale ci, którzy z wyprzedzeniem, często po cichu, kalkulują własny rachunek strategiczny. Ci, którzy rozumieją, że w godzinie próby o powodzeniu decydują zdolność elastycznego reagowania i umiejętne wykorzystanie swoich zawsze zbyt szczupłych zasobów. Dlatego budowa realnej potęgi militarnej nie jest jedną z wielu polityk publicznych. W niestabilnych i niebezpiecznych czasach - jakie czekają nas w kolejnych dekadach - hard power pozostaje ostateczną miarą odporności państwa. Nie dlatego, że wojna jest celem polityki, ale dlatego, że wiarygodna deklaracja jej zwycięskiego poprowadzenia stanowi warunek utrzymania pokoju.
Silna armia to narzędzie wielorakiego zastosowania. Służy, rzecz jasna, jako główny element naszego systemu bezpieczeństwa. Ale nie tylko. Nie należy ograniczać sektora obrony wyłącznie do wymiaru ściśle wojskowego. Armia oraz szeroko rozumiana odporność państwa są również pierwszym i ostatnim argumentem w kształtowaniu relacji międzynarodowych. Stanowią bowiem podstawę sieci sojuszy, formę ubezpieczenia inwestowanego nad Wisłą kapitału, źródło naszej wiarygodności (bądź jej braku) w oczach partnerów, a także rękojmię realizacji wszystkich pozostałych celów państwa.
W naszych warunkach geopolitycznych siła militarna jest zaś par excellence kwestią egzystencjalną, rozstrzygającą o istnieniu lub nieistnieniu państwa. Przez długie stulecia położenie geograficzne było dla nas bowiem przekleństwem. Stanowiliśmy przestrzeń tranzytową pośrodku Równiny Środkowoeuropejskiej, nieodgrodzonej od Wschodu i Zachodu żadnymi naturalnymi barierami. Dlatego przez wieki ponosiliśmy nie tylko koszt własnych wojen, ale również koszt wojen toczonych ponad nami i na naszym terytorium. W czasach pokoju, dzięki szlakom handlowym przecinającym się na polskich ziemiach, nasze położenie predestynuje nas do roli węzła logistyczno-handlowego rozległego regionu Europy. Ale w czasach wojen i niepokoju - pisana jest nam rola najbardziej wysuniętego na wschód przyczółku Zachodu, państwa (przy)frontowego, wschodniej granicy NATO. Znajdujemy się na linii uderzenia, w samym środku strefy zgniotu. Co więcej, pozycję strategiczną Polski określa permanentne zagrożenie ze strony Rosji. Od tysiąca lat Rzeczpospolita znajduje się w polu projekcji moskiewskiej siły. To w zasadzie odwieczny element naszego otoczenia. A zarazem fakt, z którym należy się zmierzyć bez emocji, ale i bez złudzeń. Każda strategia, która tego faktu nie uznaje, jest strategią pozorną.
Takie położenie wymaga konsekwentnej, wieloletniej priorytetyzacji obrony. Podobną drogę obrały inne państwa zmagające się z wpisaną we własną geografię ekspozycją na zagrożenie. Korea Południowa od lat łączy rozwój technologii ze sterowaną industrializacją. Izrael z kolei buduje system innowacji militarnych wspierany silnym zapleczem sojuszniczym. Wreszcie Finlandia: 5,5-milionowy naród, który dysponuje nie tylko nowoczesną armią i solidnym przemysłem obronnym. Rezerwy Sił Zbrojnych Finlandii liczą około 900 tysięcy osób. Na czas wojny liczebność armii wynosi 280 tysięcy żołnierzy, a stan ten jest w razie potrzeby uzupełniany przez pozostałych rezerwistów[17]. Koreańskie, izraelskie i fińskie doświadczenia pokazują, że bezpieczeństwo i rozwój nie są dziś alternatywami, lecz dwoma filarami jednego systemu. Miarą spójności tego systemu jest jednak to, w jakim stopniu wydatki na zbrojenia przekładają się na zwrot z zainwestowanego kapitału.
Stawką nie jest dziś konkurs na największe wydatki zbrojeniowe ani licytacja na liczbę zakupionego sprzętu czy wartość kolejnych kontraktów. Paradygmat, w którym zbyt długo funkcjonowaliśmy, opierał się na założeniu, że im wyższe wydatki na zbrojenia, tym większe bezpieczeństwo. Jakby wzrost nakładów automatycznie przekładał się na wzrost siły armii i rozwój przemysłu. A to przecież nonsens. Czy w jakimkolwiek biznesie, przedsięwzięciu, planie efekt jest automatycznie proporcjonalny do poniesionych nakładów? Każdy przedsiębiorca rozumie to, z czym tak często mają problem przedstawiciele państwa i spora część wpływowej opinii publicznej. Kwoty przeznaczane na armię czy zbrojenia są istotne, ale nieporównanie ważniejszy jest sposób, w jaki nimi dysponujemy. Każdy fundusz da się przecież zmarnotrawić, a im wyższe są stawki, tym większe są pokusy. Dziś Polska przeznacza na zbrojenia kwoty, dzięki którym możemy śmiało konkurować z Izraelem czy Turcją. Niestety tylko w wymiarze kwotowym.
Wydawanie miliardów na nowy sprzęt za granicą wcale nie musi zwiększać naszego bezpieczeństwa i odporności w sposób proporcjonalny do ponoszonych nakładów. Owszem, dobrze jest przeznaczyć część budżetu na najbardziej zaawansowany technologicznie sprzęt, zwłaszcza taki, który przynajmniej częściowo można spolonizować. Ale generalnie opieranie się w zasadniczej części na zakupach za granicą bywa krótkowzroczne. System bezpieczeństwa budowany na takich założeniach ogranicza efektywność wydatkowania środków i sprzyja odpływowi kapitału z kraju. Tymczasem tak ogromny wysiłek finansowy na obronę państwa musi się ekonomicznie zwracać. Inaczej za parę lat wpadniemy w taką zależność finansową, że nasz los będzie przypominał sytuację Egiptu - kraju coraz bardziej zadłużającego się w Europie po to, by kupować od niej broń, serwisować ją, a także spłacać odsetki od pożyczek zaciągniętych na zakup tej broni.
Efektywność wydatków obronnych zależy przede wszystkim od stopnia ich horyzontalnego wprzęgnięcia w całą gospodarkę: na ile budują szeroką gamę rozwiązań technologicznych, pracują również poza sektorem wojskowym oraz generują wartość dodaną w całym organizmie gospodarczym. Krótko mówiąc - wszystko zależy od tego, czy państwo dysponuje silnikiem konwersji, zdolnością zamiany finansowego i materiałowego input w realny output, i to w skali całej gospodarki.
Aby tak było, każda wydawana złotówka powinna w polskiej gospodarce pracować dwa razy: w obszarze cywilnym i wojskowym. Bo fundamenty bezpieczeństwa tkwią głęboko w różnych sferach gospodarki narodowej: w rozwoju technologicznym, innowacjach, kwalifikacjach pracowników, stabilnych miejscach pracy, kohezji społecznej. W warunkach ograniczonych zasobów, rosnącej konkurencji, protekcjonizmu i coraz większych napięć. To właśnie efekt mnożnikowy będzie odróżniał eksporterów od importerów bezpieczeństwa.
Właśnie dlatego pilnie potrzebujemy fuzji militarno-gospodarczej. Potrzebujemy systemu bezpieczeństwa, w którym obronność przestaje być wyłącznie kosztem budżetowym, a staje się jednym z głównych motorów rozwoju. W świecie globalnego wyścigu zbrojeń sektor obronny musi stać się dla Polski magnesem przyciągającym kapitał, technologie i talenty. Zamówienia w tym sektorze nie mogą podlegać takim rygorom, jak do tej pory. Elastyczny system zamówień, który będzie oparty o efektywność polskiego prywatnego biznesu, odejście od sztywnych i oderwanych od gospodarki regulacji - to warunki sine qua non stałego wzrostu naszej siły odstraszania.
Wojna tocząca się za naszą wschodnią granicą pozostaje wielkim dramatem i bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa regionu, ale zarazem odsłania realia współczesnego pola walki. Konflikt na Ukrainie jednoznacznie pokazuje, że przewagę buduje się dziś poprzez zdolność integracji przemysłu, technologii, innowacyjności, systemów dronowych, rozwiązań dual-use oraz kompetencji ludzkich. O sile państwa przesądza właśnie ta spójność, umiejętność koordynacji zasobów. W takich warunkach pierwszorzędnego znaczenia nabiera koncentracja na własnym potencjale. Na krajowych zamówieniach dla armii, rozwoju rodzimego przemysłu obronnego oraz na budowie całych gałęzi innowacyjnej gospodarki, które mogą wokół niego wyrosnąć. Sprzężenie polityki wojskowej z ośrodkami badawczymi, przemysłem i logiką rynku ma jeden zasadniczy cel: zmniejszenie luki poznawczej - dystansu między pojawieniem się nowego trendu (technologicznego, proceduralnego itd.) a wprowadzeniem go w życie. To właśnie na poziomie tej luki rozstrzyga się dziś przewaga strategiczna. Wygrywa ten, kto szybciej rozpozna zmianę, podejmie właściwą decyzję i przełoży ją na działanie. W dzisiejszym, dynamicznym świecie zbyt sztywne trzymanie się doktryn często przegrywa z kulturą adaptacji.
Technologia i sprzęt to jednak za mało. Sercem nowoczesnej armii są bowiem ludzie. Ich wyszkolenie, ich motywacja, ich morale i ich wiara w stabilność systemu pozostają najważniejsze. Państwo polskie czeka w tym zakresie poważne zadanie. Zbyt często w przeszłości bywało tak, że żołnierz musiał sam pokrywać braki własnego ukompletowania. Miał perspektywę, że zanim pokona wroga, musi najpierw pokonać patologie systemu. Rozwój etosu służby, ducha patriotyzmu - wielkiego, duchowego filaru Wojska Polskiego - zaczyna się od rozwiązania spraw absolutnie podstawowych. Bez pracy u podstaw debata o fundamentalnych wartościach, woli walki i świadomości celu będzie absolutnie pozbawiona wiarygodności.
W świecie wojskowości znane jest stare łacińskie powiedzenie, wspomniane także przez Senekę: gladiator in arena consilium capit. Gladiator układa plan dopiero, gdy wychodzi na arenę. Ale prawda jest taka, że zdolność do podjęcia właściwej decyzji w krytycznym momencie nie rodzi się spontanicznie. Dojrzałość strategiczna polega właśnie na tym, że do godziny próby przygotowuje się latami - poprzez budowę instytucji, wzmocnienie sektora przemysłowego, rozwój kompetencji, tworzenie kultury innowacji i przedsiębiorczości, ćwiczenie procedur oraz prowadzenie gier wojennych.
Tu ważne zastrzeżenie: proponowana przeze mnie Wielka Strategia nie wynika z kultu wojny. Jest sztuką zestrojenia wojska, finansów, gospodarki, technologii, demografii i instytucji w jeden długofalowy wysiłek, który ma wojnie zapobiegać. Na pytanie, jakiego pokoju chcemy, odpowiadam wprost: trwałego, opartego na sile, gwarantowanego nie zapisami, ale naszym potencjałem i naszymi kompetencjami. Celem Wielkiej Strategii jest przedłużenie epoki pokoju i rozwoju w nowych, coraz trudniejszych warunkach geopolitycznych. Sposobem, by tak się stało, jest wejście w wyścig technologiczny, kapitałowy i gospodarczy, pozwalający uniknąć wojny, a rywalizację przenieść na korzystne dla nas pola.
Dziś, gdy logika dziejów zatacza koło, musimy uczynić wszystko, co możliwe, aby nasz geograficzny deficyt przekuć w geopolityczny potencjał. Tak brzmi zresztą najgłębsze uzasadnienie działań na rzecz rozwoju Polski jako kontynentalnego hubu energetycznego i logistycznego. Dzięki spójnej wizji rozwoju, obejmującej CPK, porty bałtyckie, rozwiniętą bazę przemysłową, nowoczesną infrastrukturę energetyczną i transportową - Polska może stać się węzłem Europy Środkowej. Taki kontynentalny zwornik potrzebuje jednak infrastruktury innego typu: systemu bezpieczeństwa. W ramach Wielkiej Strategii ów system powinien być rozwijany w kolejności: siła własnej armii - sojusze regionalne - partnerstwo transatlantyckie.
Zacznijmy od sił własnych. Naszym pierwszorzędnym zadaniem jest stworzenie wiarygodnej zdolności odstraszania - takiej, która pozwala samodzielnie odeprzeć potencjalny atak oraz zabezpieczyć pokój i stabilność w kluczowym dla nas pasie między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Skuteczne odstraszanie nie może opierać się wyłącznie na strategii tarczy. Wymaga także strategii miecza, zdolności do aktywnego działania, projekcji siły i umiejętności jej kapitalizowania, nie dopuszczając do tego, aby potencjalny konflikt przeniósł się na nasze terytorium. Bez tej równowagi, obrona szybko staje się pasywna, a pasywność, jak dobrze wiemy z długich dziejów Europy, bywa zaproszeniem do agresji. Z takiego zaproszenia Rosja korzystała wielokrotnie, właściwie zawsze, kiedy miała ku temu okazję. Rosyjski imperializm wykorzystuje każdą słabość otoczenia, aby osaczać kraje Europy Środkowo-Wschodniej zarówno w sferze gospodarczej, instytucjonalnej, militarnej, jak i politycznej.
Pierwszą konsekwencją stosowania Wielkiej Strategii powinno być więc uniemożliwienie rosyjskich działań ofensywnych poprzez zepchnięcie agresora do defensywy przy użyciu środków niemilitarnych. Paleta działań jest szeroka, a duża część rozwiązań musi być realizowana nie w pojedynkę, ale w różnych formatach międzynarodowych. Te rozwiązania to: izolacja gospodarcza, rozszerzanie sankcji, konfiskata rosyjskich aktywów czy pełne uniezależnienie Europy od rosyjskich surowców. Rosja musi realnie odczuć koszty swoich działań. Działania te muszą być jednak uwiarygadniane dostatecznym militarnym potencjałem zarówno defensywnym, jak i uderzeniowym. Tak rozumianą doktrynę polityki wschodniej, określam mianem Doktryny Żółkiewskiego. Opisuję ją w szczegółach na dalszych stronach tej książki. Wcześniej musimy jednak uczciwie przyznać, że na postulowany tu scenariusz nie jesteśmy jeszcze dziś przygotowani. I to na wielu płaszczyznach. Także do pełnoskalowej, długotrwałej obrony w warunkach nowoczesnego konfliktu zbrojnego.
Polska - co wciąż dla części naszych elit brzmi jak utopia - musi dysponować taką siłą militarną, by w godzinie próby poradzić sobie samodzielnie. Co więcej, musi być to siła o charakterze aktywnym, pozwalająca podjąć różnego rodzaju inicjatywy zaczepne i ofensywne. Dopiero wówczas, na fundamencie siły narodowego systemu obrony, możemy mieć pewność rozwijanych przez nas strategicznych aliansów. Podstawą Wielkiej Strategii w obszarze bezpieczeństwa jest zatem logika: najpierw siły własne, później sojusze. Kto bowiem własną podmiotowość ceduje na barki innych, traci ją jako pierwszy. Relacje sojusznicze są niesłychanie ważne, ale nie należy tracić z oczu prostej prawdy, że ani interesy, ani priorytety strategiczne sojuszników nigdy nie będą takie jak nasze. Ba, zbyt często zapominamy, że nawet nasi najbliżsi sojusznicy są jednocześnie w wielu obszarach naszymi konkurentami lub wręcz rywalami. Pole zależności, w którym się poruszamy, jest niezwykle dynamiczne i musimy w tych wielowektorowych układach odniesienia zachować doskonałą orientację.
A zatem pierwszą i najważniejszą wykładnią naszej siły militarnej są własne zasoby. Drugim filarem naszego systemu bezpieczeństwa pozostają sojusze regionalne. W świecie selektywnej deglobalizacji, formujących się na naszych oczach nowych bloków gospodarczych i zaostrzonej rywalizacji supermocarstw państwo aspirujące do statusu middle power, takie jak Polska, nie może działać w pojedynkę. W tych warunkach samotna jazda oznacza marginalizację. Albo zagładę. Kooperacja, poszukiwanie nowych płaszczyzn współdziałania z sojusznikami - wszystko to jest zatem bezwzględnie ważne. Swój model powinniśmy oprzeć na koalicji krajów dzielących w dużej mierze nasz punkt widzenia (like-minded countries). Chodzi przede wszystkim o państwa Międzymorza - w formacie rozszerzonym, rozciągniętym wzdłuż całej osi Północ-Południe od Skandynawii po Turcję. Od Bałtyku, przez Karpaty, po Morze Czarne. W warunkach końca naiwnej globalizacji i świtu nowego regionalizmu liczy się bowiem budowanie siły na poziomie lokalnym. Na kształt nearshoringu możemy tu mówić o sojuszu bliskiego zasięgu.
I wreszcie, trzecim filarem naszej architektury bezpieczeństwa pozostaje NATO - a w szczególności strategiczne partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi. Choć obraz geopolityczny i dynamika relacji transatlantyckich podlegają dziś istotnym zmianom, nie ulega wątpliwości, że USA pozostają kluczowym partnerem Polski w obszarze bezpieczeństwa. Założenia Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA oraz Narodowej Strategii Obrony USA nie podważają tego ładu. Przenoszą natomiast większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Europie na samą Europę. Jednocześnie dokumenty te jasno wskazują dwa nadrzędne priorytety strategiczne: bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych oraz powstrzymywanie ekspansji Chin. W największym skrócie - USA nie wycofują się z Europy, a Polska nie powinna ulegać pokusie ich strategicznego wypychania, jak sugerują niektórzy. Współczesna hierarchia zagrożeń jest bowiem czytelna. Dla ładu światowego największym wyzwaniem pozostaje agresywna ekspansja Państwa Środka, dla Europy - neoimperialna polityka Rosji i chiński neokolonializm.
Nie da się, rzecz jasna, przejść obojętnie obok pojawiających się niekiedy głosów w USA, mówiących o exodusie amerykańskich sił z Europy albo wręcz o planach opuszczania NATO. Tak samo jak nie należy ignorować wyrażanych co jakiś czas przez elity Europy Zachodniej, szczególnie Francji i Niemiec, opinii o potrzebie partnerstwa z Rosją, choćby i kosztem Europy Środkowej. Tego rodzaju sygnały i tendencje trzeba brać na poważnie, nawet jeśli dziś pozostają w tle. Przyjdą bowiem dni, gdy przyszłość naszego regionu znajdzie się na szali w debatach między światowymi i regionalnymi mocarstwami. Każde poważne państwo powinno rozpatrywać pełne spektrum możliwych scenariuszy.
Wracamy w ten sposób do dobrze nam znanej lekcji geografii. Polska dziś - podobnie jak przez znaczną część swojego istnienia - funkcjonuje w przestrzeni "pomiędzy". Nasze środowisko strategiczne z jednej strony naznaczone jest trwałym zagrożeniem ze strony Rosji (coraz bardziej zależnej od Chin), a z drugiej - instytucjonalnym bezwładem i centralistycznymi zapędami Unii Europejskiej. Dodatkowo scenę europejską kształtuje dziś przesunięcie środka ciężkości w relacjach transatlantyckich. To jednak, w obecnych warunkach geopolitycznych, pewna szansa dla Polski.
Możemy i powinniśmy wykorzystywać nasz pomostowy status między Europą a Stanami Zjednoczonymi. W relacjach z USA Polska pełni funkcję kluczowego partnera bezpieczeństwa na wschodniej flance, wobec Brukseli zaś - państwa granicznego, które ponosi realne koszty stabilności kontynentu. W świecie pękających łańcuchów zależności i przebudowy Zachodu nasza pozycja może stać się źródłem przewagi. Tak, umiejętnie budowany w tym kontekście kapitał, potencjał militarny i technologiczny będą wzmacniać rolę Polski jako strategicznego węzła nowej osi transatlantyckiej. Musimy jednak oprzeć się na własnej sile. Dlatego nie możemy wyłącznie polegać ani na USA, ani na państwach Europy Zachodniej. Prawdziwa współpraca zaczyna się tam, gdzie kończy się słabość. Dzielimy stół z mocarstwami, które od dekad, a często stuleci, kształtują reguły gry i do tego przywykły. Każdy przyszły polski przywódca musi to rozumieć. Strategiczna pozycja Polski nie będzie wynikiem deklaracji ani zapisów traktatowych, tylko zestrojenia głównych instrumentów nowoczesnego państwa.
Dlatego musimy nieustannie pytać sami siebie: jaka ma być nasza suwerenność? Bardziej ukierunkowana na Brukselę czy Waszyngton? Nie. Należy odrzucić myślenie w kategoriach takiej dychotomii. Zadłużenie w euro i zadłużenie w dolarach to w jednym i drugim przypadku zadłużenie wobec zagranicy. Suwerenność musi opierać się na naszych własnych siłach - sile polskiego kapitału i sile polskiej armii. Z jednej strony musimy starać się o to, żeby NATO przetrwało, żeby Unia Europejska była organizacją współpracy gospodarczej i nie ingerowała w sprawy wewnętrzne państw. Z drugiej - niezależnie od projektowanych scenariuszy musimy mieć własne instrumenty obrony naszego bezpieczeństwa. A są nimi siła naszego kapitału i siła naszej armii.
W najbliższych latach gra interesów będzie toczyć się równocześnie na dwóch poziomach. Po pierwsze - na poziomie regionalnym, gdzie ponownie pierwszoplanową rolę odgrywać będą państwa narodowe. Globalny układ sił jest w trakcie przebudowy, kształtują się granice nowych bloków gospodarczych, powstają nowe koalicje technologiczne i militarne. Powraca logika przypominająca zarówno koncepcję Grossraum Carla Schmitta, jak i koncert mocarstw po Kongresie Wiedeńskim: konkurujące strefy wpływów, płynne równowagi. W tej rzeczywistości powracających bloków i hegemonów podmiotowość państw średnich słabnie.
Suwerenność trzeba na nowo negocjować i nauczyć się działać w warunkach ciągłej presji. Musimy to uwzględnić w naszych kalkulacjach. Dlatego Wielka Strategia nie może tylko porządkować własnych zasobów. Musi zawierać również spójną wizję działania względem otoczenia: budowania relacji regionalnych, pozycjonowania swojego miejsca w Europie w nowym układzie sił oraz współkreowania reguł współpracy gospodarczej i strategicznej w świecie, który na naszych oczach stał się ponownie wielobiegunowy. Instrumenty państwa nie mogą pozostawać reaktywne, bo otoczenie takim też nie jest.
Trzeci obszar Wielkiej Strategii, dopełniający dwa poprzednie, dotyczy rewizji i rekonstrukcji ram partnerstwa strategicznego. Ze względu na gospodarczy, infrastrukturalny i kontynentalny charakter tego przedsięwzięcia określam go mianem Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej 2.0. Nie chodzi tu o prosty powrót do dawnych form integracji ani tym bardziej o kolejną odsłonę technokratycznego projektu zarządzania Europą. Celem jest przezwyciężenie obecnego kryzysu strukturalnego i tożsamościowego Unii Europejskiej oraz, sięgając do najlepszych wzorów Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali i ducha Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, dostosowanie form współpracy państw Starego Kontynentu do obecnych realiów. Wiemy już, jakie to realia. Definiują je zaostrzona rywalizacja ekonomiczna, neomerkantylizm, a przy tym rewolucja technologiczna, widmo zapaści demograficznej oraz narastająca presja mocarstwowa. Dlaczego więc w dobie, jak mówią niektórzy, renesansu narodowych egoizmów, to właśnie współpraca międzynarodowa powinna domykać egzystencjalną triadę państwa polskiego?
Ponieważ spór o przyszłość formatu europejskiego - i miejsce Polski w nowym układzie kontynentalnym - będzie jedną z najważniejszych stawek nadchodzących lat, także w perspektywie wyborczej roku 2027, ale nie tylko. Kwestia unijna daleko wykracza poza cykl kadencji parlamentarnych. To problematyka należąca do samego rdzenia Wielkiej Strategii, ponieważ determinuje ona zarówno naszą pozycję w systemie handlu międzynarodowego, jak również pozostaje nie bez znaczenia dla naszego bezpieczeństwa narodowego.
Niestety dzisiejszy dyskurs publiczny wyjątkowo łatwo wpada tutaj w logikę skrajności. Z jednej strony słyszymy wezwania do bezrefleksyjnego kontynuowania dotychczasowej polityki integracyjnej - jałowej w sensie gospodarczym i odbierającej samosterowność państwom członkowskim. Z drugiej strony coraz głośniej pobrzmiewa emocjonalny eskapizm zawarty w haśle polexitu[18]. Te na pozór skrajnie różne stanowiska wyrastają z jednego źródła: z zakamuflowanego lęku, bezradnego poczucia peryferyjności czy wreszcie niewiary we własną sprawczość. Naiwny euroentuzjazm wprost oznacza uprawianie polityki "białej flagi", polegającej na przekazaniu niemiecko-francuskiemu tandemowi i brukselskiej administracji coraz szerszych kompetencji i coraz większej odpowiedzialności za los całego Starego Kontynentu. Ale radykalny izolacjonizm również okazuje się formą kapitulacji. U podstaw tkwi tu przekonanie, że państwo polskie nie jest zdolne do prowadzenia równorzędnej gry w ramach takiego systemu, jakim dziś jest Unia Europejska. Poczucie rozczarowania projektem unijnym prowadzi do gestów ucieczkowych - syndromu oblężonej twierdzy. Albo jest to gest rezygnacji albo, co gorsza, świadectwo niezrozumienia skali współczesnych współzależności gospodarczych, technologicznych i bezpieczeństwa. Wyjście z UE nie zlikwidowałoby bowiem tych zależności. Zmieniłoby jedynie warunki, na jakich byśmy w nich uczestniczyli - najpewniej na mniej korzystne.
Proponowana przeze mnie Wielka Strategia odrzuca obie te postawy. Doktryna, zgodnie z którą każda krytyka obecnego status quo albo próba korekty modelu integracji to łamanie tabu, jest nieakceptowalna. Podobnie niezrozumiała jest logika, która na poczucie marginalizacji odpowiada jeszcze głębszą autoalienacją. Zamiast defensywnego resentymentu i syndromu oblężonej twierdzy potrzebujemy dziś ofensywnej koncepcji nowej współpracy kontynentalnej. EWG 2.0 jest właśnie taką koncepcją, wyrastającą z przekonania, że projekt europejski należy aktywnie zmieniać od wewnątrz. Szanse na powodzenie tej misji będą zaś wprost proporcjonalne do tego, na ile uda nam się zbudować dwie siły, o których była mowa już wcześniej: siłę ekonomiczną i siłę militarną.
Dlaczego jednak w ogóle podejmować się tego niełatwego zadania? Ponieważ ta sama koncepcja rozwoju, która dźwignęła Europę po katastrofie dwóch wojen światowych, oparta na wspólnocie swobód i logice wolnego rynku, może dziś wyrwać Unię Europejską z najpoważniejszego kryzysu w całej jej historii. Dzięki koncepcji EWG jeszcze w latach dziewięćdziesiątych łączny potencjał gospodarczy państw europejskich był porównywalny z amerykańskim, a europejskie przedsiębiorstwa wyznaczały globalne standardy w wielu branżach. Jednak od czasu przyjęcia traktatu z Maastricht sytuacja zaczęła ulegać stopniowej, ale diametralnej zmianie. Wówczas to duch współpracy gospodarczej coraz częściej zaczął ustępować miejsca wymuszonej integracji politycznej i ideologicznej.
Dzisiejsze centralistyczne dążenia Brukseli wcale nie jednoczą państw członkowskich - one rozsadzają Unię od środka. Przykład? Podstawowa wolność gospodarcza wpisana w Traktat Rzymski - swoboda świadczenia usług - nigdy nie została w pełni wdrożona. Według danych MFW bariery pozacelne w tym sektorze wciąż sięgają nawet 110%[19]. To tak, jakby między Polską a Niemcami nadal istniały ogromne cła. To, co miało być motorem europejskiej konkurencyjności, od lat stoi w miejscu. Tymczasem w dziedzinach, których w traktatach w ogóle nie ma, instytucje unijne rozszerzają swoje kompetencje bez demokratycznego mandatu.
Jak widać, rację miał klasyk realizmu politycznego Hans Morgenthau, gdy dowodził, że zasada interesu państwowego weźmie górę nad zasadami moralnymi, aksjologicznymi czy światopoglądowymi[20]. Pora więc przebudować UE tak, by ponownie służyła państwom z jednej strony jako akcelerator projektów przemysłowych, infrastrukturalnych, technologicznych itd. Z drugiej zaś - jako rama instytucjonalna mająca na celu chronić wolny rynek, swobody przepływu, utrzymywać równowagę geoekonomiczną między państwami członkowskimi oraz wyzwalać wspólną energię w strategicznych obszarach. Taka wizja jest możliwa. Pomysły na przebudowę UE rodzą się nie tylko w Polsce. We wszystkich państwach Europy toczy się dziś debata nad kondycją i przyszłością Starego Kontynentu. Narasta przekonanie, że obecny model integracji wymaga strategicznej korekty. Jeśli więc naprawdę chcemy uczynić Europę bardziej konkurencyjną i lepiej zorganizowaną - musimy przemyśleć ją na nowo.
Co powinno definiować Europę przyszłości? Synergia gospodarcza, wymiana technologiczna, konkurencja wewnętrzna, priorytetyzacja wspólnych celów, elastyczna współpraca, redukcja nawisu biurokratycznego, wreszcie mądry protekcjonizm na poziomie całej UE i strategia służąca walce z rajami podatkowymi osłabiającymi Unię od środka. Mniej centralizacji blokującej potencjał członków Wspólnoty, a więcej różnorodności rozumianej jako szacunek odmiennych doświadczeń historycznych, interesów strategicznych i modeli rozwoju poszczególnych państw. Trwałość Unii zależy od tego, czy państwa członkowskie będą widziały własny interes w pogłębianiu współpracy - dobrowolnej i osadzonej w konkretnych korzyściach. W świecie narastających napięć i geopolitycznego przyspieszenia integracja może być skuteczna tylko wtedy, gdy zachowuje polityczną naturalność. Współpracę należy zacieśniać tam, gdzie istnieje wspólny cel i zbieżność interesów. W innych sytuacjach należy zachowywać rozsądny dystans i autonomię, bo i tak strony będą szukać wyjścia z wymuszonego zaangażowania.
Taki model określam Europą wielu dróg lub Europą strategicznych partnerstw. Wynika on z refleksji nad narastającym paraliżem decyzyjnym i nasilającym się zróżnicowaniem interesów państw członkowskich. Wspólne cele należy zachować, wręcz wzmocnić. Ich realizacja wymaga jednak uwzględniania uwarunkowań gospodarczych, energetycznych, politycznych i społecznych poszczególnych krajów, a także różnic pomiędzy nimi, niekiedy o charakterze fundamentalnym i strategicznym.
Powinniśmy przejść więc do modelu integracji opartego na strategicznych sojuszach i "klubach współpracy". To mechanizm, którego użyto w praktyce, w obszarze bezpieczeństwa i wsparcia dla Ukrainy, gdzie powstała formuła koalicji chętnych. Podobną zasadę można szerzej wykorzystywać w ramach całej Unii Europejskiej. Załóżmy, że niektóre państwa są gotowe działać szybciej i głębiej w określonych obszarach, na przykład w obronności, energetyce, finansach czy technologiach. Tworzą one wspólne inicjatywy - otwarte dla tych, którzy zechcą dołączyć później.
Nie jest to coś, czego Europa nie zna. W zbliżony sposób, niezależnie od tego, jak dziś te inicjatywy oceniamy, rozwijały się strefa euro, Schengen czy system patentu europejskiego. Efektywna współpraca wymaga politycznej woli, niezbędnego potencjału i poczucia wspólnoty interesów. Europa przyszłości powinna przypominać raczej platformę współpracy niż scentralizowany mechanizm. Nie oczekujmy, że problemy Hiszpanii związane z Marokiem i Saharą Zachodnią będą dla Polski lub Litwy równie istotne jak zagrożenie ze strony Rosji. I odwrotnie - państwa Południa nie będą postrzegać naszego wymiaru bezpieczeństwa jako własnego priorytetu strategicznego. Wtłaczanie odmiennych perspektyw i interesów w jeden centralnie dysponowany model będzie prowadzić do skutków odwrotnych od zamierzonych: napięć, frustracji, politycznej bezwładności. Szczególnie wyraźnie widać to w obszarze transformacji energetycznej. Powodzenie tego procesu zależy od umiejętnego zharmonizowania wspólnego celu z różnorodnymi narodowymi strategiami energetycznymi. Każde państwo europejskie ma przecież nieco inny profil gospodarczo-społeczny, dysponuje innymi zasobami, ma odmienną specyfikę sektora przemysłowego czy rozwoju infrastrukturalnego i w związku z tym preferuje inny miks energetyczny. Dlatego transformacja powinna być prowadzona przede wszystkim w oparciu o rachunek ekonomiczny, bezpieczeństwo dostaw i konkurencyjność gospodarki. Europa potrzebuje kilku równoległych ścieżek dojścia do wspólnego celu: stabilnej, relatywnie taniej i czystej energii.
Logika wielu dróg już teraz ujawnia się w zakresie polityki migracyjnej UE. Choć bowiem silne grupy wpływu lobbują dziś za Paktem Migracyjnym, będącym w istocie próbą obciążenia innych państw konsekwencjami błędów popełnionych przez kraje tzw. starej Unii, to przecież poszczególne państwa ponoszą odpowiedzialność za bezpieczeństwo granic, spójność społeczną i zdolność integracji przybyszów. W tej sferze zachowanie suwerenności państw członkowskich pozostaje jednym z warunków trwałości całego projektu europejskiego. Muszą więc zachować prawo do samodzielnego określania skali i zasad polityki migracyjnej zgodnie ze swoimi możliwościami oraz interesem narodowym.
Z jednej strony niewątpliwie do najważniejszych wyzwań dla Polski należy dziś samotność strategiczna, czyli przyjęcie do wiadomości, że wzrastająca liczba naszych interesów nie pokrywa się z interesami sojuszników i że własny rachunek musimy prowadzić sami[21]. Z drugiej zaś strony nie można mylić samotności strategicznej z izolacją i alienacją w systemie handlu międzynarodowego i szerzej - w systemie ładu światowego. Tak rozumiane osamotnienie nie wzmacnia wcale suwerenności, zwłaszcza państwa średniego, ale ją redukuje. Utrudnia skalowanie własnych projektów, hamuje budowanie geopolitycznych konstelacji i poszerzanie stref wpływu. Taka samotnicza polityka uniemożliwia grę na osi przyciągania i wypychania. Musimy trwale zakotwiczyć się w silnym bloku gospodarczym, nie odstępując na krok od obrony własnej suwerenności. Jedno nie wyklucza drugiego. Przeciwnie, w dzisiejszych czasach jedno warunkuje drugie.
Ten sam sposób myślenia buduje znaczenie formatów regionalnych, dla nas przede wszystkim Międzymorza. Alternatywne platformy współpracy bywają postrzegane przez część zachodnioeuropejskich elit jako konkurencja wobec dominującego układu osi Paryż-Berlin. Tymczasem koncepcja Międzymorza jest organicznym uzupełnieniem i wzmocnieniem projektu integracji gospodarczej. To format zupełnie naturalny - budowany na wspólnocie historycznych doświadczeń, przez wspólnotę interesów w regionie, a kończący się na wspólnocie bezpieczeństwa. Obszar pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym posiada znaczny potencjał gospodarczy i infrastrukturalny, który przez dekady był niedostatecznie rozwijany. Projekty takie jak Via Carpatia, Rail Baltica, Baltic Pipe czy infrastruktura LNG służą wzmocnieniu nie tylko Europy Środkowo-Wschodniej, ale też spójności całego kontynentu.
Podobnie z relacjami transatlantyckimi. Polska, utrzymując silne relacje ze Stanami Zjednoczonymi, wcale nie osłabia europejskich ambicji strategicznych. Wręcz przeciwnie, zwiększa wiarygodność europejskich zobowiązań obronnych. Z kolei państwa Europy Zachodniej muszą zaakceptować fakt, że w zmienionym świecie geopolitycznym wizje wypracowane w Europie Środkowo-Wschodniej mogą mieć równie dużą - a czasem większą - wartość strategiczną niż koncepcje zachodnioeuropejskie. To przecież m.in. błędy berlińskiej Ostpolitik doprowadziły do dramatu na Ukrainie. Paradoks strategicznego zagubienia Zachodniej Europy polega na tym, że podważając sojusze tam, gdzie istnieje wspólnota interesów, wartości i tożsamości, część jej elit skłonna jest ulegać iluzji "trzeciej drogi", której symbolem stają się Chiny. Państwo jawnie imperialne, autorytarne i rewizjonistyczne bywa przedstawiane jako alternatywny biegun stabilności - mimo że jego cele stoją w sprzeczności z fundamentami zachodniego porządku.
Historia pokazuje, że upadki nawet najsilniejszych imperiów często rodziły się nie z braku władzy, ale z jej nadmiaru[22]. To również dotyczy organizacji międzynarodowych, które nieraz stawały się ofiarą niszczycielskich ambicji najsilniejszych jej członków. Tak było m.in. w przypadku powstałej pod koniec XIV wieku Unii Kalmarskiej. Duńska dominacja rozluźniła więzi ze Szwecją, a ostatecznie sprawiła, że w tym ostatnim kraju okres ten jest wspominany jako czas uzależnienia i zaboru. Spektakularnym przykładem ignorowania różnic narodowych jest Jugosławia wraz z narastającymi napięciami i wojną. Także Niderlandy nie udźwignęły presji jednego centrum. Wniosek? Trwałość wspólnoty rodzi się z równowagi. Organizacje trwają, gdy spaja je od środka zasada solidarności oraz poczucie istnienia wspólnych interesów. Centralizacja, nadmierna koncentracja władzy - nawet jeśli przez chwilę wydaje się skuteczna - jest w istocie przejawem słabości, utraty kontroli, a w dłuższej perspektywie zawsze prowadzi do buntu i dezintegracji.
Nadzieją, aby tego losu nie podzieliła Unia Europejska, jest właśnie projekt EWG 2.0. W czasach ideologicznego chaosu oznacza powrót do zdrowego rozsądku i pragmatyzmu. Dla Unii oznacza przeprogramowanie integracji tak, aby znów była akceleratorem technologii, gwarantem i promotorem czterech traktatowych swobód oraz fabryką innowacji. Dlatego też EWG 2.0 nie może stanowić jedynie deklaracji ideowej. Koncepcja europejskiej odnowy musi przerodzić się w nowoczesny, kompleksowy program rozwojowy. W ramach Wielkiej Strategii proponuję takie właśnie programy: od planu przemysłowego Designed and Crafted in Europe 2035 po plan energii atomowej - Nowy Plan Messmera. Wszystkie te kwestie rozwijam w szczegółach w dalszych częściach książki.
Kluczowe jest jednak, by zrozumieć jedno. Europa była zawsze kontynentem królestw, republik i narodów, które współpracowały ze sobą lub rywalizowały. Siłą Europy nigdy nie był jeden ośrodek decyzyjny, ale pluralizm politycznych form i wielość konkurujących ze sobą modeli gospodarczych. Wszystkie próby uczynienia ze Starego Kontynentu jednego, scentralizowanego projektu zawsze kończyły się porażką. Nawet model europejskiego uniwersalizmu stanowił nie tyle próbę odgórnej unifikacji, ile swoistego kontinuum pomiędzy łacińskim dziedzictwem a kulturami narodowymi. To wszystko nie jest tylko lekcją historii. To sekret europejskiego fenomenu, który zawsze polegał na potędze wewnętrznej rywalizacji, sztuce godzenia sprzecznych interesów, zróżnicowaniu kierunków rozwoju, nieustannym ścieraniu się wielu sił. Taka wizja Europy dopełnia wizję Polski - jako państwa, które w tak zarysowanym układzie odniesienia będzie pełniło rolę węzłową.
Oto horyzont Wielkiej Strategii. Nie wszystkie obszary funkcjonowania państwa, gospodarki i społeczeństwa zostaną w niej omówione w sposób szczegółowy. Niniejsza praca nie stanowi jednak sumy sektorowych strategii ani programu politycznego sensu stricto. To przede wszystkim praca wyznaczająca ramy pierwszego dokumentu sterującego państwa polskiego. Omawiam w niej krótko przed chwilą zarysowane filary: siłę polskiego kapitału, siłę systemu bezpieczeństwa i siłę sojuszy. Jestem bowiem głęboko przekonany, że z tej strategicznej triady wynikają - pośrednio lub bezpośrednio - pozostałe zdolności nowoczesnego państwa.
W sercu każdej strategii jest pewna wizja, pewien duch, który ją określa. Proponowaną tu Wielką Strategię można wyobrazić sobie jako pieśń o zestrojeniu. Dlaczego? Ponieważ jednym z przekleństw Polski było zawsze rozciągnięcie między skrajnościami. Byliśmy i nadal jesteśmy silnym narodem, który w chwilach próby zaskakuje świat walecznością i solidarnością, ale nigdy nie zbudowaliśmy równie silnego, podmiotowego państwa, zdolnego w długiej perspektywie konkurować na arenie europejskiej. Nie rozumieliśmy albo nie chcieliśmy zrozumieć, że silne państwo opiera się na trzech fundamentach: bezpieczeństwie gwarantowanym przez własną siłę militarną, własnym kapitale oraz mądrych i trwałych sojuszach.
Wykształciliśmy jedną z najwspanialszych kultur i tradycji Starego Kontynentu, ale z wielkim mozołem wyzbywamy się kompleksu niższości względem Europy Zachodniej. Choć przyznać należy, że u młodszych pokoleń nie jest on już tak bardzo widoczny. Wreszcie zaś uczyniliśmy wolność znakiem rozpoznawczym Rzeczypospolitej. To właśnie tradycja wolności - obywatelskiej i republikańskiej - przez stulecia odróżniała polski model od rozwijającego się na Wschodzie modelu samodzierżawia. Ale ten żywioł wolności już nieraz przeobrażał się w anarchię - chorobę, która sprowadziła na nas wiele katastrof, w tym przyspieszyła upadek I Rzeczypospolitej. Naszym problemem nie był więc brak energii, talentu czy aspiracji. Problemem był ciągły rozdźwięk. Poszczególne tony polskiej duszy potrafiły brzmieć donośnie, ale zbyt rzadko układały się w harmonijny utwór.
Jeśli więc dziś, w 2026 roku, potrzebujemy w Polsce nowej opowieści, to musi być to pieśń o zestrojeniu. O zestrojeniu państwa i narodu, wolności i odpowiedzialności, przedsiębiorczości i instytucji. O zestrojeniu nauki, wojska, finansów, gospodarki, technologii i demografii w jeden długofalowy wysiłek. Potrzebujemy nowego sojuszu państwa, przemysłu i technologii. Bo świat nie dzieli się już na względnie oddzielne domeny gospodarki, bezpieczeństwa i innowacji. W czasach nadchodzącego przełomu i rozpadu starego porządku coraz częściej są one różnymi wymiarami tej samej rywalizacji. Dziś wygrywają ci, którzy potrafią je zestroić i podporządkować jednej wielkiej strategii.
Reasumując, książka ma charakter wizji i szerokiej propozycji strategicznej. W sprzyjających warunkach politycznych wymagałaby oczywiście dalszego sformalizowania zgodnie ze sztuką rządzenia, a następnie rozwinięcia w postaci konkretnych strategii sektorowych i międzyobszarowych. Jej głównym celem jest jednak coś innego: poszerzenie horyzontu myślenia o państwie i gospodarce oraz wezwanie do myślenia na wielką skalę. Wreszcie - to próba przesterowania polskiej nawy państwowej w taki sposób, aby w przeciągu dwudziestu lat uczynić z Polski regionalne mocarstwo - państwo w pełni nowoczesne i podmiotowe. Tej potrójnej siły - siły kapitału, armii i sojuszy - potrzebujemy, aby utrzymać i wzmocnić realną suwerenność. W pierwszym rzędzie, to chyba jasne, względem Rosji. Z takim celem powinna się zgodzić większość sił politycznych w Polsce. Ale także, w drugim rzędzie, potrzebujemy tej potrójnej siły, aby zachować suwerenność względem partnerów - Brukseli, Berlina i Waszyngtonu. I nie jedynie w perspektywie najbliższych trzech lat, tylko trzydziestu trzech lat i kolejnych dekad.
Część pierwsza poświęcona jest refleksji nad naszymi uwarunkowaniami rozwojowymi, które w istotny sposób determinują pole możliwych działań. Przyjrzymy się dziejom polskiego rozwoju, dokładniej zaś - naszemu historycznemu fatum, które charakteryzuję przy pomocy antynomii silnego narodu i słabego państwa. Wskazuję na współczesne konsekwencje strukturalnych deficytów polskiego modelu rozwoju, a także na projekty modernizacyjne będące próbą przełamania dziejowego determinizmu.
W części drugiej rozwijam pierwszy filar Wielkiej Strategii - budowę polskiego kapitału jako fundamentu nowej doktryny rozwojowej. Sporo miejsca poświęcam kwestii walki o podniesienie produktywności, rentowności, marże - rozumiane jako fundament budowy suwerenności finansowej. Opisuję także projekt wielopłaszczyznowej przebudowy państwa: jego modernizacji oraz działań, które należy podjąć, by zapobiegać skutkom postępującego wielkiego wyludnienia lub je amortyzować. Bez rozwiązania kwestii demograficznej budowa kapitału będzie projektem bez przyszłości.
Część trzecia mówi o budowie siły militarnej - kwestii kluczowej dla dalszej egzystencji państwa polskiego. Centralnym wątkiem jest tu odporność państwa oparta na kapitale, silnym i innowacyjnym sektorze zbrojeniowym, nowoczesnej armii i wyszkolonej rezerwie, kompetencjach pozycjonujących Polskę w kontekście rozwoju potencjalnego programu nuklearnego, a także - last but definitely not least - reformie procedur, w tym także procedur zakupowych. Tak rozumianą nową koncepcję obrony uzupełniam o kwestie związane z rozwojem sektora dual use - kluczowego, gdy chodzi o przyszłość polskiej armii i gospodarki. Postuluję także utworzenie Polskiego Funduszu Suwerenności Strategicznej - nowego instrumentu długoterminowego finansowania najważniejszych przedsięwzięć państwa polskiego. Ponadto rozwijam szerzej rozumiane kwestie geografii bezpieczeństwa - w tym koncepcji gospodarczego NATO oraz funkcjonowania Polski w wielobiegunowym świecie.
Część czwarta poświęcona jest trzeciej sile ujętej w Wielkiej Strategii - sile sojuszy. Przedstawiam w niej koncepcyjne ramy projektu EWG 2.0, czyli odbudowanej i unowocześnionej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Nie chodzi jednak o naiwne odtwarzanie przeszłości, ale o głęboką rewizję obecnego kierunku rozwoju Unii Europejskiej. Podważam zasadność idei ever closer union - zapisu o "coraz ściślejszym związku między narodami Europy" - wychodząc z założenia, że projekt ten nie tylko nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, ale sprowadził na Stary Kontynent obecny kryzys. W jego miejsce proponuję koncepcję Europy Wielu Dróg: wspólnoty, która zachowując jedność w sprawach strategicznych (np. wobec zagrożeń chińskiego i rosyjskiego imperializmu), pozostawia państwom większą swobodę wyboru własnych ścieżek rozwoju. Taki model zwiększa odporność całego systemu, ponieważ nie uzależnia powodzenia wszystkich od jednego, centralnie projektowanego rozwiązania. Pozwala także utrzymać twórczą konkurencję między państwami i regionami. Chciałbym, aby tę część Wielkiej Strategii potraktować również jako próbę sformułowania stanowiska realistycznego i odpowiedzialnego, równie odległego zarówno od ideologicznego euroentuzjazmu połączonego z ojkofobią, jak i od bezrefleksyjnego izolacjonizmu, na który Polski po prostu nie stać.
Piąta część - epilog - przenosi nasze rozważania w kontekst przyszłości dalekiego zasięgu - tej, która jest jeszcze poza horyzontem, ale nadejdzie szybciej, niż się dziś wydaje. Planowanie i modelowanie Wielkiej Strategii nie jest możliwe bez uwzględnienia długiej trajektorii XXI wieku. Szkicuję tu wizję przyszłości pracy, kapitalizmu, społeczeństw, a także przyszłości samego człowieka w dobie największej technologicznej odysei w dziejach ludzkości.
Aby jednak skonstruować, a następnie zrealizować własną Wielką Strategię, musimy najpierw poczuć się sobą u siebie. Ale i to nie wystarczy. Powodzenie tej misji będzie nie tylko wymagać od nas postawy obywatelskiej. Będzie także wymagało kadry przywódczej - nowego pokolenia liderów, których praca, kompetencje i patriotyczne zaangażowanie sprawią, że niełatwe zadania na XXI wiek będą możliwe do realizacji. Wiadomo przecież, że sukces najważniejszych projektów zawsze zależy od ludzi. Czego więc potrzebujemy? Przede wszystkim nowej kadry przywódczej. Elity, która będzie służyć wyłącznie państwu polskiemu. Bo gdy elita nie działa wyłącznie w interesie własnego państwa, to owo państwo nie jest w pełni niepodległe. Potrzebujemy pokolenia liderów, których kompetencje, praca i patriotyczne zaangażowanie pozwolą rozpoznać ścieżki w dżungli technologicznej i podjąć trudne do zdefiniowania zadania XXI wieku. Potrzebujemy nowego modelu przywództwa strategicznego - zdolnego łączyć odległe od siebie światy, godzić różne interesy i zestrajać różne siły. Zarówno lokalnie, jak i na poziomie państwa.
Tacy nowi architekci rozwoju już w Polsce są. Nie należą do jednej partii ani jednego pokolenia, nie tworzą też spójnego środowiska i nie mają takich samych poglądów na wszystko. Ale to ich głos jest obecnie silnym głosem na rzecz suwerenności i modernizacji. Często dobiega spoza tradycyjnie rozumianego świata polityki. To głos naukowców, lokalnych liderów, ekspertów, przedsiębiorców, działaczy społecznych i pasjonatów, którzy oddolnie organizują się w grupy dyskusyjne. To archipelag patriotów, którzy mają dość jałowego, krzykliwego populizmu i naprawdę chcą się zaangażować w inicjatywy na rzecz rozwoju i umocnienia pozycji Polski. Łączy ich przekonanie, że polityka powinna zaczynać się od poważnej analizy, od zrozumienia reguł rządzących światem, od merytorycznej roboty, od nowego modelu rozwoju i strategii. Dziś często działają na osobnych "archipelagach gwiazd i wysp"[23]. Nie mają szerokiego wpływu na kierunek prowadzenia nawy państwowej, z trudem przebijają się przez medialny hałas, czasem mają pewnie poczucie, że napełniają beczkę Danaid - wykonują pracę, której efekt natychmiast gdzieś się rozprasza. Ale takich wysp jest więcej, niż nam się wydaje. Czas je połączyć.
Czas przyciągnąć tych ludzi do instytucji państwa i pozwolić działać najskuteczniejszym, najzdolniejszym i najbardziej pracowitym reprezentantom młodego pokolenia - zdolnym holistycznie spojrzeć na państwo i procesy zachodzące w jego otoczeniu. Popularne powiedzenie głosi, że człowiek z młotkiem wszędzie widzi gwoździe. Do zarządzania procesami państwowymi na najwyższym poziomie powinniśmy poszukiwać kadry przywódczej, która potrafi posługiwać się pełnym instrumentarium narzędzi pochodzących z różnych dziedzin. Dobrze tę zdolność ujął John Maynard Keynes, opisując idealnego ekonomistę jako "historyka i matematyka jednocześnie, kogoś, kto obcuje z tym, co szczegółowe i ogólne, doczesne i wieczne w tym samym czasie"[24].
Wielka Strategia będzie wymagać od liderów wielkiej odwagi. Jej pochodnymi są mobilność i dynamika. Współczesne kierownictwo państwowe musi zaakceptować paradygmat, który z powodzeniem zrewolucjonizował wiodące organizacje biznesowe. Ram Charan, znany konsultant biznesowy, podsumował to słowami: "adaptuj się albo giń". Chodzi o przejście od zarządzania inside-out do kierowania się logiką outside-in[25]. Tradycyjna administracja działała przede wszystkim od wewnątrz, koncentrując się na własnych procedurach, strukturach i zasobach. Nowoczesny biznes odwrócił ten wektor, a państwo powinno zaczerpnąć z tych doświadczeń. Przestać zarządzać wyłącznie z perspektywy gabinetów i nauczyć się odpowiadać na dynamiczne zmiany zachodzące w otoczeniu regionalnym i globalnym, na każdym poziomie i w każdym obszarze funkcjonowania. Z biznesu płynie ważna lekcja mówiąca, że o przetrwaniu i sukcesie decyduje nie tylko wielkość posiadanych zasobów, ale też zdolność do ich szybkiego dostrajania do zmieniającej się rzeczywistości. Taki sposób myślenia i działania powinien przenikać całe państwo - od najwyższych szczebli przywództwa po administrację odpowiedzialną za jego codzienne funkcjonowanie.
Przedstawiona wizja będzie wymagała wielu trudnych, często niepopularnych decyzji. To kosztowne przedsięwzięcie, rozciągnięte w czasie, wymagające konsekwencji i cierpliwości. A nade wszystko ciągłości. Jeśli nie wykształcimy kultury ciągłości, każda strategia zostanie wygaszona wraz z końcem kadencji. A wtedy Polskę czeka degradacja, zanik, a w najgorszym wypadku - ponowna utrata suwerenności. Dlatego postulowana tu Wielka Strategia pociąga za sobą program uspokojenia wewnętrznego. Strategiczne obszary funkcjonowania państwa, takie jak bezpieczeństwo czy energetyka, powinny być wyjęte poza nawias bieżącego sporu politycznego. Nie tylko na poziomie postulatywnym, ale na poziomie regulacji, konkretnej umowy społecznej oraz mechanizmów podtrzymania ciągłości i autokorekty.
Dlatego niech w tym prologu wybrzmi jeszcze jeden kluczowy warunek powodzenia całego projektu. Bez jego spełnienia trudno będzie mówić o trwałych rezultatach, a nawet częściowa realizacja może zasadniczo zwiększyć nasze szanse. To jedno z najtrudniejszych wyzwań współczesnej Polski: zakończenie wojny polsko-polskiej.
Polaryzacja społeczna nie jest oczywiście niczym dla nas nowym. Zawsze była jedną z najpoważniejszych polskich bolączek i podobnie jest dzisiaj. W obliczu wyzwań, które przed nami się piętrzą, kwestia ta staje się nie tylko problemem społecznym, ale nabiera ciężaru strategicznego. Nie sposób uniknąć sporów światopoglądowych, zwłaszcza w dzisiejszym świecie przeszytym na wskroś przez algorytmy karmiące się radykalnym, generującym uwagę przekazem. Rzecz jednak polega na tym, że permanentny konflikt jest trucizną, która niszczy wspólnoty oraz powoduje erozję instytucjonalną i ustrojową. Historia uczy nas, że państwo, gdy jest głęboko podzielone, przegrywa na długo, nim na horyzoncie pojawi się wróg zewnętrzny.
Krótko mówiąc, suwerenność można stracić nie tylko na polu bitwy, można ją po prostu głupio zgubić. Niczym niefrasobliwy Jasiek z Wesela Stanisława Wyspiańskiego, który zapodział złoty róg mający wezwać naród do walki. My, zatracając fundament zgody narodowej, osuniemy się w chaos i klęskę, będziemy chocholim tańcem pląsać w stronę katastrofy.
Jeśli więc - jak wspominałem wcześniej - Wielka Strategia jest teorią pokoju, musi ona odpowiedzieć na jedno z najtrudniejszych wyzwań współczesnej Polski: jak zakończyć wojnę polsko-polską. Nie chodzi o naiwną wiarę w to, że różnice - ideologiczne, polityczne, społeczne, klasowe, pokoleniowe - da się unieważnić. Konflikt jest istotą demokracji, spór jest koniecznym elementem wolności, a trawestując Churchilla, można rzec, że jedynym, co może być gorsze od sporu, jest brak jakiegokolwiek sporu. Chodzi jednak o to, by odbudować minimalną niezbędną zgodę co do kierunku, celów i podstawowych interesów państwa.
Program odbudowy spójności wewnętrznej wiąże się również z niełatwym zadaniem zmiany umowy społecznej. Dominujący dziś model opiera się na logice transakcyjnej: ja niechętnie płacę podatki, a państwo ma dostarczać usługi, budować infrastrukturę i rozwiązywać problemy. Jeśli jednak będziemy traktować państwo wyłącznie jak wykonawcę publicznych zleceń, nigdy nie odbudujemy ducha wspólnoty i współodpowiedzialności. Zastanówmy się: czy naprawdę traktujemy serio Artykuł 1. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, który jasno stanowi, że "Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli"? Czy naprawdę czujemy się współgospodarzami państwa?
Program uspokojenia wewnętrznego, postulat nowego przywództwa, przemyślenie zasad współbycia w ramach wspólnoty i odpowiedzialności za jej przyszłość - wszystko to wynika nie tylko z przesłanki pragmatycznej, ale i z przesłanki moralnej. Taki jest zresztą rys całej proponowanej przeze mnie koncepcji. Nie powstała ona w oderwaniu od codziennego doświadczenia Polaków, lecz z głębokiego szacunku wobec tych, którzy każdego dnia dźwigają ciężar państwa. To dla nich i z myślą o nich ta książka powstała. Dla nich Polska musi stać się państwem prawdziwie silnym i sprawczym, które mówi oraz działa w imieniu swoich obywateli, chroni ich wspólny wysiłek, a owoce tego trudu niesie z nadzieją, jak żagiew, w przyszłość.