1. Stary Bismarck na nowo
Wszystko zmieniło się nie tyle samego 24 lutego 2022 roku, co kilka dni później, w chwili kiedy świat zrozumiał, że wbrew oczekiwaniu, powszechnemu zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, Ukraińcy skutecznie się bronią. I że zamiast spodziewanego ruskiego blitzkriegu będziemy mieć długotrwałą wojnę na wyczerpanie, w której Ukrainę będą twardo wspierać USA, a sympatyzujące z Rosją Niemcy i Francja, zwłaszcza te pierwsze, które na strategicznym sojuszu z Kremlem zbudowały całą politykę, zarówno swoją, jak i Unii Europejskiej, będą musiały za swój nietrafny wybór zapłacić, wykrwawiając się stopniowo wraz z rosyjskim sojusznikiem.
Było to tym bardziej zaskakujące, że dopiero co, jesienią roku 2021, pod auspicjami prezydenta USA Joego Bidena odchodząca po szesnastu latach sprawowania urzędu kanclerza Niemiec Angela Merkel i Władimir Putin, od ponad dwudziestu lat władający Rosją, czy to jako premier, czy jako prezydent, podpisali dokument ustanawiający nowy geopolityczny ład dla Europy. Nowy, bo nigdy wcześniej nierealizowany w praktyce, ale w istocie obmyślony w podstawowych zarysach już półtora wieku temu przez Ottona von Bismarcka.
Żelazny Kanclerz, jak go nazwali rodacy, nie ukrywał, że zjednoczone Niemcy po należną im dominację nad Europą Zachodnią sięgnąć mogą tylko wtedy, jeśli sprzymierzą się z Rosją, a ceną wartą zapłacenia za ten sojusz jest oddanie Rosji środkowej Europy. W tym planie nie było miejsca dla Polski, nawet okrojonej terytorialnie do granic Królestwa Kongresowego i całkowicie zwasalizowanej; w dalszej perspektywie nie było też miejsca dla Polaków. Sam Bismarck mówił, że tak po ludzku współczuje nam nieuchronnie nas czekającego losu, ale cóż, walka o byt, historyczna konieczność eliminowania bytów słabszych przez silniejsze (pamiętajmy, że prawa Darwina były wówczas tym, czym dziś "inkluzywność") i tak dalej. Nie było to zresztą w niemieckiej myśli politycznej nic nowego, już twórca pruskiej potęgi Fryderyk II, z racji swych łajdactw do dziś tytułowany w Niemczech Wielkim, nazywał Polaków "Irokezami Europy" i przeznaczał nam analogiczny los.
Szczęśliwie dla Polski Bismarck miał nad sobą ułomnego megalomana Wilhelma II, który uznał polityczne pomysły swego kanclerza za nazbyt kunktatorskie i wyznaczył Niemcom inną drogę do wielkości i władzy nad światem: dominować i nad Zachodem, i nad Wschodem, pokonać jednocześnie i Francję z Anglią, i Rosję. Próba realizacji tego celu doprowadziła do dwóch wojen światowych. W trakcie pierwszej z nich, zanim okazało się, że Niemcy ją przegrają, wizje kajzera ukonkretnione zostały w koncepcji Mitteleuropy. Zakładała ona, że po wypchnięciu ze środkowej Europy Rosji podzieli się ten obszar na małe państewka, niezdolne do funkcjonowania inaczej niż pod niemieckim protektoratem. Tu już było miejsce dla marionetkowej Polski, utworzonej z części ziem dawnego zaboru rosyjskiego - ale żeby ją trwale osłabić, Niemcy postanowili wspierać ukraińskie dążenia do niepodległości, nawiasem mówiąc, z właściwą sobie lojalnością kompletnie się przy tym nie licząc z najbardziej żywotnymi interesami sojuszniczych Austro-Węgier.
Ukraina zapamiętała to i dlatego w ostatnich dziesięcioleciach chętnie wierzyła, że ma w Niemczech europejskiego patrona i promotora.
Manewr Starego Fryca
Ta wiara owocowała przed rokiem 2022 lekceważącym stosunkiem kolejnych rządów coraz bardziej budzącej się do niepodległości Ukrainy do Polski, która również widziała się w roli "ambasadora Ukrainy" w Unii Europejskiej. Pamiętają Państwo wizytę w Kijowie prezydenta Bronisława Komorowskiego i to, jak właśnie w tym dniu ukraiński parlament przyjął specjalną rezolucję ku czci splamionych krwią dziesiątek tysięcy ofiar rzezi wołyńskiej zbrodniczej UPA i Stepana Bandery, ideologa bodaj najbardziej okrutnego z europejskich nacjonalizmów? No właśnie.
Do momentu, gdy moje słowa do Państwa dotrą, emocje wywołane jawnie proputinowską postawą następcy Angeli Merkel, Olafa Scholza, i sabotowaniem przez Niemcy wsparcia dla walczących Ukraińców, nawet po ujawnieniu skali rosyjskich zbrodni, zapewne osłabną. Łatwo się jednak domyślić, jaki szok w zestawieniu z wcześniejszymi obietnicami patronowania "proeuropejskim aspiracjom Ukrainy" musiało wywołać w Kijowie to, jak potraktowano w Berlinie szukającego w pierwszych dniach wojny pomocy, czy choćby tylko zrozumienia, ukraińskiego ambasadora Andrija Melnyka. "Nic dla was nie zamierzamy robić, bo za kilka godzin was już nie będzie" - słyszał, według jego relacji, od kolejnych niemieckich polityków, bez względu na ich partyjną przynależność.
Nie powinniśmy jednak z tego powodu czuć schadenfreude: Ukraińcy dali się Angeli Merkel wyrolować dokładnie tak samo, jak my u schyłku wieku XVIII naiwnie pozwoliliśmy się rozegrać Prusom. Oferując Polakom sojusz przeciwko Rosji (i sprytnie zaszywając od razu w podpisanym traktacie pretekst do jego łatwego zerwania), podbiły one swoją cenę w negocjacjach z Katarzyną II, tak że caryca, która pierwotnie zamierzała zająć całą Polskę, ostatecznie zgodziła się z nimi podziałkować. I kiedy na to przystała, deklarowana wcześniej gorąca sympatia Prus dla Rzeczypospolitej skończyła się jak uciął.
Tak właśnie robi się politykę, czego Polacy - i, jak się okazało, także Ukraińcy - nie chcą rozumieć.
Poparcie Berlina dla "europejskich aspiracji" Kijowa, a potem wycofanie go, pozwoliło Merkel wytargować znaczne ustępstwa Rosji co do granic rosyjskiej strefy wpływów. Kreml został pozbawiony nadziei na odzyskanie większej części zdobyczy Stalina - za cenę zgody na odbudowę obszaru postsowieckiego musiał zgodzić się na przejście do strefy niemieckiej między innymi Polski. Stało się to jasne w październiku roku 2010, kiedy Niemcy (formalnie: organa Unii Europejskiej) zablokowały realizację podpisanej przez rząd Donalda Tuska umowy oddającej praktycznie kontrolę nad polską infrastrukturą gazową rosyjskiemu Gazpromowi. Ten spór nie wstrzymał jednak prac nad gazociągiem Nord Stream, uroczyście uruchomionym rok później. Dla uważnego obserwatora już wtedy stało się jasne, że w polityce Niemiec zaszła istotna zmiana i odchodzą one od kierunku do pewnego momentu wspólnego dla całego Zachodu.
Fukuyamizm i konspiracjonizm
Początkowo wszystkie kraje europejskie odrzucały rosyjską ofertę "podzielenia stref wpływów". Jesień Ludów i upadek ZSSR na jakiś czas bowiem wprawiły lewicowo-liberalne elity Zachodu w euforię, w której uwierzyły one w fukuyamowski "koniec historii" i zwycięski pochód najlepszego z systemów politycznych przez cały świat. W tej wizji demokracja liberalna miała za sprawą kolejnych pokojowych rewolucji zapanować stopniowo na Białorusi i Ukrainie, potem w Rosji, a w końcu i w Chinach, dokładnie tak, jak to prorokował amerykański futurolog. Rzecz oczywista, że oczekując takich wydarzeń, Zachód uznawał strefy wpływów za koncept anachroniczny, właściwy epoce, która minęła i nie wróci.
Dla Rosji koncepcja Francisa Fukuyamy była nie tyle nieakceptowalna, ile głęboko niezrozumiała. Myślenie rosyjskich elit od wielu dziesięcioleci jest kształtowane przez czekistów; Rosja nawet zresztą nie ma innych elit niż bezpieka i wywiad, jakimikolwiek akurat skrótowcami się je tam nazywa. Specyficzna mentalność funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa (kto miał wątpliwą przyjemność się z nią bliżej zapoznać, na pewno to potwierdzi) opiera się na przekonaniu, że nic na świecie nie dzieje się samo z siebie. Wszystko jest operacją specjalną, za wszystkim stoją te czy inne służby, agentura i pieniądze. A już szczególnie za rewolucjami. W rosyjskim myśleniu rewolucje nie są skutkiem żadnych społecznych napięć, żadnych narodowych czy klasowych dążeń. W przekonaniu czekistów czegoś takiego w ogóle nie ma. Samostanowienie narodów czy aspiracje upośledzonych grup społecznych to tylko zasłona dymna, za którą skrywa się działania wojenne. Bo w czekistowskim sposobie myślenia niezłomna wiara w decydującą rolę spisku łączy się nierozdzielnie z odwróceniem klasycznej zasady Carla von Clausewitza głoszącej, że wojna jest przedłużeniem polityki przy użyciu innych środków. Dla czekistów, odwrotnie, to polityka jest wojną prowadzoną przy użyciu innych środków. Dla czekistów zresztą wszystko jest wojną, co najwyżej "podprogową", zanim zapadnie decyzja o przekształceniu jej w "pełnoskalową". A kiedy wszystko jest wojną, to wszystko, od wymiany gospodarczej po kulturę, staje się bronią.
Ten sposób myślenia funkcjonuje zresztą nie tylko w rosyjskich gabinetach, ale w całym społeczeństwie. Dla Polaków i całej reszty świata Solidarność była spontanicznym zrywem do walki ludzi od lat pozbawianych przez socjalizm wolności i godności. Jeśli spytają Państwo o nią Rosjanina, powie Państwu z pogardliwym uśmieszkiem, że dostaliśmy od CIA dolary na antyrosyjską dywersję; tak samo wytłumaczy obecny poziom naszego życia i cywilizacyjne sukcesy transformacji ustrojowej. Dolary od CIA! Ukraiński Majdan? Dolary i agentura, amerykańska i polska. Bunty przeciwko Łukaszence? Polski wywiad finansowany przez Amerykanów...
Nawiasem mówiąc, jako przedstawiciel pokolenia, któremu siłą wtłoczono w szkołach do głów język rosyjski, żałuję, że w ramach wojennych sankcji zablokowano w Polsce dostęp do rosyjskich propagandowych telewizji i stron internetowych. Czerpałem z nich tę samą przyjemność, co ów Żyd z chasydzkiego żartu, który nie kupował żydowskich gazet, tylko antysemickie. "Bo w tych żydowskich to co ja czytam? Tu pogrom, tu nowe antyżydowskie prawa, tam nas pobili, wszędzie na Żydów same nieszczęścia - a w antysemickich to ja widzę, że my, Żydzi, wszystkim rządzimy, całym światem!" Zgnębiony jałowością polsko-polskich wojen, niewydolnością "państwa z dykty", ogólną niemożnością wszystkiego i tego, co zwykłem nazywać "pływaniem w kisielu", z prawdziwą przyjemnością dowiadywałem się z RTR czy RIA Nowosti, że Polska jest złowrogą potęgą, sięgającą swymi wywiadowczymi mackami aż po Magadan i Kuryle, śmiertelnym zagrożeniem dla samego istnienia Rosji, budzącym w Moskwie autentyczny lęk.
Robię tutaj tę dygresję nie tylko gwoli wywołania na twarzy czytelnika uśmiechu. To, że Polska, w naszym myśleniu mała, nieudaczna, wiecznie na krawędzi istnienia i nieistnienia, może być równorzędnym przeciwnikiem, więcej, potwornym zagrożeniem dla ogromnej, potężnej Rosji, której nie zdołali swego czasu pokonać ani Napoleon, ani Hitler - wydaje się Polakom absurdem, zupełnym wariactwem. Rosjanie bynajmniej tak nie sądzą. Niemcy, nawiasem mówiąc, też nie. Przyjdzie jeszcze o tym przypomnieć bardziej szczegółowo.
Politycy zachodni, w tym głoszący oficjalnie tę tezę Niemcy, nie byli zapewne tak głupi, by wierzyć, że "Nord Stream 2 jest przedsięwzięciem czysto biznesowym, a nie politycznym"; generalnie jednak widać, że od dziesięcioleci elity Zachodu nie potrafią pojąć tej specyfiki Rosji. Myślenie spiskowe budzi u nich skojarzenia ze społecznymi nizinami, z obskurantyzmem jakichś niepotrafiących sprostać intelektualnie światu "hillbillies" czy cyniczną demagogią ekstremistów. Nie mieści im się w głowach, że tak wielki (choć w istocie należałoby raczej powiedzieć: rozległy) kraj jak Rosja jest nie tylko zamieszkany, ale i rządzony przez ludzi myślących w sposób całkowicie paranoiczny, dla których każdy przejaw buntu przeciwko nędzy i nieprawościom Kacapii, każda oznaka aspiracji podbitych przez nią ludów do lepszego życia i większej wolności, które nieodmiennie kojarzą im się z byciem częścią Zachodu, jest tylko przejawem i dowodem wielkiego spisku NATO, osaczającego Rosję coraz bardziej, dążącego do bezwzględnej, ostatecznej rozprawy z nią i zniszczenia jej cywilizacyjnej wyjątkowości.
Szkoda, że książka Daniela Pipesa "Conspiracy" (u nas wydana jako "Potęga spisku"), a szczególnie jej rozdziały traktujące o paranoicznym wymiarze stalinizmu, nie jest obowiązkową lekturą na amerykańskich i zachodnioeuropejskich akademiach. Zresztą aż się prosi, by autor równie wnikliwie przeanalizował, jak tamta, stalinowska paranoja, twórczo rozwinięta przez ideologów Putina, ukonstytuowała Rosję obecną.
Cóż, każdy psycholog potwierdzi: zawsze odruchowo zakładamy, że ten, z kim rozmawiamy, myśli tak jak my. W dialogu Zachodu z Rosją, fukuyamizmu ze spiskową paranoją, Rosja kierowała się głębokim przekonaniem, że wszystkie działania Zachodu są tylko pozorem, osłaniającym skryte, konsekwentne dążenie do wymazania "Trzeciego Rzymu" z mapy świata, a Zachód głęboką wiarą w to, że Rosja chce przede wszystkim dobrobytu i spokoju, tak jak mieszkańcy Zachodu, więc pod warunkiem uszanowania tych oczekiwań można z nią uprawiać racjonalną politykę jak z każdym innym państwem.
W tej polityce, która dla jednej strony była robieniem interesów, a dla drugiej sekretną, "podprogową" fazą wojny i przygotowaniem do nieuchronnej konfrontacji, gotowość Rosjan do udzielania swych surowców za bezcen stopniowo brała górę nad wszystkimi innymi czynnikami. Na Zachodzie nikt nigdy oficjalnie od fukuyamowskiej linii spontanicznego pochodu liberalnej demokracji przez wszystkie kręgi kulturowe nie odstąpił, ale w pewnym momencie dla uważnego obserwatora stało się jasne, że deklaracje rozchodzą się z polityczną praktyką i że wielokrotnie ponawiana oferta z Kremla - najdobitniej chyba sformułowana przez Putina podczas uroczystości na Westerplatte we wrześniu 2009 roku w sławnym wezwaniu: "niech wielkie narody rozmawiają ze sobą" - w praktyce jest jednak w imię politycznego realizmu urzeczywistniana. I że za linię rozgraniczenia stref uważają Niemcy wschodnią granicę Polski, a Rosja się na to mniej lub bardziej milcząco zgadza.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.