Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista - Dariusz Rosiak


Reflow text when sidebars are open.
Krąpcowie mieli talent do nastawiania kości. Kiedyś, nie wiadomo kiedy - Mieczysław Krąpiec wspominał w jednym z filmów12, że w połowie dziewiętnastego wieku, jego daleki kuzyn Zbigniew Zaleski, że później - w każdym razie zdarzyło się, że córka cara Rosji, Aleksandra, a może Mikołaja, spadła z konia, lekarze źle ją złożyli i nie mogła chodzić. Car rozesłał wici i dowiedział się, że po stronie austriackiej jest jakiś krąpiec. Ludzie myśleli, że krąpiec to zawód - taki felczer od połamanych kości. I przez cesarza Austrii kazał car sprowadzić takiego felczera. Szukali, szukali, aż znaleźli Mikołaja. Mikołaj Krąpiec to był prapradziad Mieczysława.
Mikołaj pojechał do Petersburga, poskładał córkę cara, carówna wyzdrowiała i znowu mogła jeździć konno. Ludzie we wsi się niepokoili, bo Krąpca żołnierze zabrali, parę tygodni nie wracał, myśleli, że może już wcale nie wróci. Ale wrócił - do Milna koło Załoziec, gdzie już od 1608 roku żyli Krąpcowie. Tak mówił Mieczysław, tak wyczytał w księgach parafialnych. Ciotka Mieczysława Rozalia to była ostatnia Krąpczycha, która nastawiała kości. Sto dwa lata miała, jak zmarła, trzech mężów przeżyła, wszystkich kawalerami brała, każdy z nich porządny człowiek.
- Ona brała dłoń twoją i mówiła: "Zbysiu" czy tam "Jasiu, ty nie masz kleju w stawach". Jakby widziała te stawy, jakby wiedziała, co tam jest w środku - mówi Zbigniew Zaleski, jej wnuk. - Na Rozalii rodzinne felczerstwo się skończyło, w każdym razie Mieczysław tego talentu nie miał. A babka Rozalia jeszcze po wojnie ludzi leczyła. Jakieś łupki do ciała przykładała, ciepłym prosem rozgrzewała zwichnięte stawy, jak się komu "żołądek obniżył", to potrafiła go podnieść. Przez skórę umiała kości połamane złożyć, bez żadnej operacji. I do końca życia przytomna, dożyła stu lat i o polityce można było z nią porozmawiać. Krąpcowie są długowieczni. Mieczysław też długo żył, bodaj osiemdziesiąt siedem lat.
Prapradziad Mikołaj wrócił z Petersburga furą i obdarowany złotem i zaraz ufundował w Milnie kościół - na wzór Mariackiego, tylko mniejszy. W 1875 roku poświęcono go uroczyście, proboszczem był ksiądz polski, nie ukraiński. Ślub brali tam wszyscy Krąpcowie, rodzice Mieczysława też.
Szłapa
Urodził się w 1921 roku we wsi Berezowica Mała. Do Zbaraża było dziewiętnaście kilometrów, do Tarnopola dwadzieścia pięć, tam mieściły się władze województwa. Blisko były też Załoźce, w których zamki mieli Potoccy i Lubomirscy. A wokół wyrastały Miodobory, zwane przez miejscowych Towtrami - najstarsze góry w Polsce. Jest tam nawet wysokie na czterysta dwadzieścia metrów wzgórze o nazwie Krąpiec, pod którym stały ich rodzinne zabudowania. Z niej można było dojrzeć największy wówczas w Polsce klasztor dominikanów w Podkamieniu, odległy w linii prostej o jakieś dwadzieścia kilometrów. To była potężna forteca, niezdobyta aż do marca 1944 roku, kiedy Ukraińcy zajęli klasztor i wymordowali zakonników oraz innych ukrywających się tam Polaków. Razem z sześćset osób, choć nikt zabitych nie policzył. Potem banderowcy klasztor ograbili, a Sowieci po wojnie zmienili go w szpital psychiatryczny.
Kiedy Mieczysław dorastał, nikt jeszcze nie wiedział, co się stanie w Podkamieniu w 1944 roku. To dopiero po latach się wydaje, że wszystko można było przewidzieć, że się zanosiło, że można było zawczasu wybrać dobrze, a nie źle.
Mieczysław chodził do Podkamienia na pielgrzymki. W ogóle dużo chodził, do końca życia nie miał samochodu, tylko piechotą. Miał duże stopy i cały wielki był, w rodzinie nazywali go "Szłapa". Może to przez to zamiłowanie do chodzenia, nie wiem.
Sienkiewicz
W tamtej okolicy wiosna przychodziła wcześniej niż gdzie indziej w Polsce, ludzie uprawiali kukurydzę, winogrona, tytoń turecki. Rzeki wpadające do Dniestru tworzyły strome jary, na zboczach rosły dęby, graby, leszczyny, dzikie grusze i czereśnie. "Liczne dolinki, zamknięte pomiędzy odstrzelonymi odnóżami tego pasma wzgórz, miejscami lesiste, miejscami nagie grzbiety, zawalone złomami głazów lub sterczące ponad lasy ostre szczyty skał, czynią okolice miodoborskie najpiękniejszymi na całem Podolu, zwłaszcza pomiędzy Krasnem a Kręciłowem" - pisał o Miodoborach autor Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich.
Po latach - trochę przy udziale Krąpca - narodziła się legenda, że to spod jego domu w Berezowicy Małej wypływała rzeczka Gniezna, która uratowała Skrzetuskiego. Do niej dotarł, gdy wpław wydostał się z kozacko-tatarskiego oblężenia, by ostrzec króla Jana Kazimierza, który zmierzał z pomocą obrońcom Zbaraża.
Ojciec Mieczysława Jan pochodził ze wsi Gontowy koło Milna, matka Maria - z Ciurysowa. Zaraz po ślubie Krąpcowie zamieszkali w rodzinnym majątku Marii. Jan wyjechał za chlebem do Ameryki, trochę zarobił, a w 1919 roku, podobno za namową Paderewskiego, wrócił do Polski już jako obywatel amerykański. Maria w czasie wojny musiała sobie radzić sama, uciekała przed bolszewikami aż pod Stanisławów. Berezowica została doszczętnie zniszczona, cała wioska spalona, domów nie było, ludzie kopali ziemianki.
Gdy w 1920 roku do wioski wkroczył Budionny i kazał wieszać panów, mieszkańcy wskazali na Krąpca, choć to nie była szlachecka rodzina, żadnych tytułów, żadnych herbów. Ziemię dostali za bicie Kozaków i Tatarów pod Jaremą Wiśniowieckim. Widząc, co się dzieje, Maria wszystkie zapisy majątkowe męża wrzuciła do pieca, żeby nie było dowodów. I tak w jednej chwili stracili wszystko, co mieli.
Uratował ich sąsiad Ukrainiec.
Gdy ojciec kopał dla siebie grób, wówczas przybiegł wójt Ukrainiec i zaręczył, że ojciec nie jest żadnym szlachcicem i jest porządnym człowiekiem, i tak ojciec ocalał. Później zjawili się Polacy i pierwszą rzeczą, jaką uczynili polscy ułani, było powieszenie owego ukraińskiego wójta. Miał on syna Tarasa. Ojciec czuł się w obowiązku wziąć go na wychowanie i ukształtować go w duchu jego religii i obyczaju oraz dopomógł mu zdobyć zawód młynarza13.
Rusini
To, że w katolickiej rodzinie wychowywano "po rusku", czyli w obyczaju ukraińskim, nie było w tamtych rejonach niczym nadzwyczajnym.
Andrzej Werblan, którego los złączy z Mieczysławem Krąpcem na moment w gimnazjum, a trzydzieści lat później trwale, opowiada:
- Ludność polska osiadła w okolicach Tarnopola była przywiązana do mowy, do religii, do narodowości, ale nie była nacjonalistyczna. Żyła w symbiozie z Rusinami. Trzeba pamiętać, że tamtejsi Ukraińcy byli katolikami - obrządku unickiego, ale katolikami. Małżeństwa mieszane były częste, bo nie istniały żadne religijne przeszkody. Dzieci z takich małżeństw chrzczono albo w kościele, albo w cerkwi: syna wedle wyznania ojca, córkę wedle wyznania matki. Ludzie obchodzili w domu święta wschodnie i łacińskie, modlili się, śpiewali kolędy po polsku i po rusku. Nawet duchowni zmieniali obrządek. Na przykład unicki arcybiskup lwowski Andrzej Szeptycki, zresztą wnuk Aleksandra Fredry i brat Stanisława, generała, ministra spraw wojskowych w II Rzeczpospolitej, zmienił obrządek już jako zakonnik, prawdopodobnie na życzenie Watykanu. A na wsi w ogóle żadnych różnic nie było.
Nacjonalizm, owszem, był, ale tylko wśród polskiej ludności napływowej. Te ziemie były agresywnie polonizowane, zwłaszcza w pierwszej dekadzie po odzyskaniu niepodległości. Budowano polską administrację, oddawano ziemię żołnierzom, sprowadzano osadników z Polski centralnej i zachodniej. To ten żywioł był nacjonalistyczny, ci ludzie przyjeżdżali z uprzedzeniami.
Jeśli już jakiś Rusin dostawał dobrą posadę państwową, to wysyłali go do centrum kraju, do Ostrołęki albo gdzieś pod Poznań. I odwrotnie: młodych urzędników z zachodniej Polski przysyłano do Tarnopola. To samo z żołnierzami: Rusinów stąd wysyłano na służbę na Pomorze albo w Poznańskie, a Ślązaków przysyłano do nas. Edward Gierek mi opowiadał, że zasadniczą służbę wojskową odbył właśnie w Tarnopolu.
Natomiast Mietek Krąpiec na pewno nie wywodził się z nacjonalistycznego środowiska. To nieprawda, że Kresowiacy byli z natury nacjonalistami. W takich wioskach jak Berezowica czy sąsiednia Draganówka, gdzie miałem krewnego, Polacy i Rusini po prostu żyli obok siebie w zgodzie od wielu pokoleń.
Zbigniew Zaleski:
- On nie uważał Ukraińców za spójny naród, raczej za zlepek grup różnych narodowości o cechach stepowej kozaczyzny. Nie był przekonany, że dojrzeli do tego, żeby mieć własne państwo. Ale miał dla nich szacunek, lubił ich, wychował się wśród nich. Zresztą wtedy ludzie nawet się specjalnie nie zastanawiali, czy się lubią, czy nie, żyli między sobą i tyle, pracowali razem, bawili się razem, zakładali mieszane rodziny. Wszyscy byli dwujęzyczni. Kiedy Mieczysław do nas przyjeżdżał po wojnie, to z moimi rodzicami w rozmowie przechodził czasem na ukraiński, tak jakby to był dialog z sąsiadem na Kresach.
Łacina
Od wczesnego dzieciństwa pracował, zwykle pasł owce, lubił jeździć okrakiem na baranie. Mówiły baby: "Pasterzowaniem się zajmuje, nic, tylko księdzem zostanie". Takie wiejskie gadanie. Nic to nie znaczy, ale w pamięci zostaje.
Przeszedł cztery zapalenia płuc. Mało nie umarł. Babka nosiła go na rękach i tuliła. Mieli też zmartwienie z ojcem, który po powrocie z Ameryki przestał chodzić do kościoła.
Mama trochę popłakiwała. I na wsi zrobiono procesję spod kościoła pod dom Krąpca. Szła z chorągwiami, ludzie śpiewali Kto się w opiekę... i to pomogło, ojciec zaczął chodzić do kościoła14.
Do szkoły poszedł w wieku sześciu lat. Od początku był bardzo zdolny, rodzice to widzieli, więc godzili się na naukę, choć w domu była bieda i żadnych naukowych tradycji. Mieczysław to był pierwszy Krąpiec, który miał skończyć szkoły i zajść tak daleko.
Potem z uznaniem wspominał wiejskie nauczycielki z Milna, oddane bez reszty dzieciom, pielęgnowaniu kultury wiejskiej i tradycji narodowej. W klasie nad tablicą wisiał poczet królów polskich. Do końca życia umiał wymienić ich po kolei.
Po podstawówce wyjechał do gimnazjum w Tarnopolu, wówczas jednej z najlepszych szkół w Polsce. Założona na początku XIX wieku, wykształciła Wincentego Pola i po jego śmierci przyjęła imię tego listopadowego powstańca, poety, geografa. Gimnazjum prowadzono w stylu klasycznym, a więc osiem lat łaciny, siedem lat niemieckiego, cztery lata greki. W ostatnich klasach na lekcjach łaciny nie wolno było mówić po polsku, uczniowie czytali w oryginale całą literaturę klasyczną: Cezara, Liwiusza, Tacyta, Wergiliusza, Owidiusza, Horacego. Do końca życia pamiętał i recytował współbraciom dominikanom ody Horacego.
Łacina była dla mnie bardziej zrozumiała niż język polski. Polskiej gramatyki uczyłem się na łacinie. [...] Język łaciński był językiem "domowym", wszyscy na wsi śpiewali Gloria po łacinie, Credo po łacinie. Rozumieli Pater Noster, Te Deum Laudamus znali na pamięć. Wieś stykała się z językiem łacińskim.
Łacina była też podstawą zachowania polskiej tradycji i tożsamości Polaków w Ameryce. Pojechały kobiety biedne do Ameryki za pracą - obco było, aż tu nagle odwraca się ksiądz i mówi: "Dominum vobiscum". Ach! Płacz. "To my w domu?!"15.
W ósmej klasie czyta całego Dmowskiego. To był polityk, który wywarł największy wpływ na jego rozumienie polskości, narodu, stosunku do sąsiadów.
Myśmy w niezwykłym stopniu czuli się Polakami. Polskość przeżywaliśmy nieustannie i intensywnie. Powód tej intensywności przeżywania krył się w niedawno odzyskanej niepodległości. Wojna skończyła się właściwie w 1921 roku. Kiedy rozpoczynałem w 1931 roku naukę w gimnazjum, dopiero od dziesięciu lat trwało organizowanie państwa polskiego, szkół, wojska. [...] My - młodzi - wzrastaliśmy w tradycji wielkiej Polski, Polski rozciągającej się aż do Kijowa16.
Utrzymuje bliskie kontakty z dominikanami w Tarnopolu. Służy u nich do mszy, zostaje nawet przewodniczącym koła ministrantów. Tuż przed maturą przeor klasztoru, nie pytając nikogo o zdanie, pisze list do prowincjała, w którym informuje, że młody Mieczysław Krąpiec chce wstąpić do zakonu. Prowincjał wyraża zgodę. To był koniec czerwca 1939 roku. Krąpiec zostaje zwolniony z służby wojskowej - takie były zasady zgodnie z konkordatem - i wyjeżdża do Krakowa. Niektórzy koledzy śmieją się, że ucieka od wojska. A on im na to, że wróci, jak mu się u dominikanów nie spodoba.
Nie wraca. Wybucha wojna. Z jego trzydziestoosobowej klasy maturalnej przeżyje czterech kolegów.
Rzeź
Nie ma go w Berezowicy Małej wiosną 1944 roku. Dopiero rodzina opowie mu, jak kilkuset banderowców wymordowało stu trzydziestu jeden polskich mieszkańców jego wioski17.
Przyszli nocą, najpierw zabili mieszkańców przysiółka kilometr od wsi. Rąbali siekierami, wdowę Katarzynę Tomków i jej siedmioro dzieci zakłuli bagnetami. Janowi Nowakowskiemu cięciem siekiery w usta przerąbali głowę. Śmierć poniosła prawie cała rodzina Kurylczuków, która akurat tego dnia zebrała się, by pochować zmarłą w połogu żonę Władysława. Jego trzyletniego synka Ukraińcy nabili na bagnet, a gdy dziecko, wijąc się z bólu, machało w górze rękoma, śmiali się, że to polski orzeł.
Potem wtargnęli do wsi. Większość Polaków próbowała uciec, jedna rodzina Jaworskich podjęła walkę z bronią w ręku i dzięki temu przeżyła. Przeważnie jednak ludzie biegli do lasu, chowali się po sadach lub u ukraińskich sąsiadów.
Sześcioosobową rodzinę Antoniego Kwaśnickiego Ukraińcy zamordowali, a potem obłożyli ciała słomą i podpalili. Podobny los spotkał trzydzieści osób, które schroniły się w murowanej oborze Mikołaja Sesiuka. Postrzelony Michał Budnik uciekł przez strych, zostawiając zabitą żonę i czworo dzieci. Ocalał też Hryńko Pańczyszyn. Ukraińcy zastrzelili mu żonę i córeczkę, ale jemu samemu darowali życie, gdy odmówił po ukraińsku pacierz. Mimo postrzału w pierś przeżyła też Maria Dżygała. Oprzytomniała w płonącej oborze i przedarła się z niemowlęciem przez ścianę ognia.
Szczęście mieli ludzie, którzy ukryli się w murowanej oborze Krąpców. Nie została całkiem spalona, bo leżała zbyt blisko budynków ukraińskich sąsiadów.
Zresztą to jeden z tych sąsiadów uratował Polakom życie, skłamał banderowcom, że obora Krąpca była już przeszukana. Z ukrywających się w niej ludzi zginęła tylko Paulina Ciurys, która nie wytrzymała nerwowo i wyszła na podwórze. Banderowcy zastrzelili ją, a następnie przerżnęli piłą na pół.
Taki był świat, z którego wyszedł późniejszy filozof i rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Mieczysław Albert Krąpiec. Takie były jego wychowanie i jego pamięć. Z niej rodzić się będą jego obawy i poglądy. W tej historii ludzie będą różnie oceniać postępowanie Krąpca. Ja te oceny pozbieram i uporządkuję w poszukiwaniu sensu wydarzeń, które zostały w pamięci i słowach.
Jednak pamięć to nie jest prawda, pamięć to nie historia. Pamiętamy tak, jakby cały świat mieścił się w nas samych. Światłem rzuconym z przyszłości zniekształcamy cienie przeszłości. Robimy tak, bo inaczej nie umiemy. Ale świat się rozpycha, nie chce usiedzieć w jednym człowieku.
Dnia 11 kwietnia 2013, czwartek, 22:04, Edward Kotowski napisał:
Witam serdecznie!
Miło mi Pana poznać. W międzyczasie sporo dowiedziałem się o Panu z sieci i wydaje się, że znajdziemy nić porozumienia.
Historia mojego życia to dłuższy problem, niektórzy mnie widzą jako doradcę generała W. Jaruzelskiego, co jest prawdą, ale także jako "szarą eminencję" i "najbardziej tajemniczego człowieka epoki" (Paweł Kowal, Koniec systemu władzy..., Warszawa 2012, publikacja naukowa pod patronatem PAN i IPN). Ale najlepiej niech Pan sięgnie na początek po moje publikacje (a także publikacje innych autorów o mnie), umieszczone na skromnym portaliku www.iskry.pl. Pod belką główną proszę kliknąć "E. Kotowski", a potem, jak po nitce do kłębka - wszystko Pan znajdzie.
Mam też w maszynopisie moje Wspomnienia (1971-1990), które może uda mi się wydać, jeśli znalazłby się wydawca. Egzemplarz tych wspomnień jest zdeponowany w IPN-ie i ma swoją sygnaturę akt. Wypowiadam się też na FB i jeśli Pan ma tam swój profil, możemy wykorzystać i ten kanał do korespondencji.
Janusza Krupskiego nie znałem, nie wiem w ogóle, kto to był. Dużo słyszałem natomiast na temat ks. prof. Mieczysława Krąpca, rektora KUL-u w tym czasie. Nie miałem okazji osobiście go poznać, ale wiele wiem o jego znajomości z Konradem Straszewskim, generałem, później wiceministrem spraw wewnętrznych. Z tego, co wiem, łączyły ich autentyczne więzy przyjaźni, co bardzo pozytywnie odbiło się na praktycznym stosunku władz do kwestii rozwoju uczelni.
Dodam tylko, że w ramach pracy w MSW prowadziłem tak zwaną obiektową sprawę kontrolną o kryptonimie "Znicz" w odniesieniu do KUL-u. Oznaczało to w praktyce k o n t r o l o w a n i e i o g ó l n y n a d z ó r d z i a ł a l n o ś c i o p e r a c y j n e j n a t y m o d c i n k u, p r o w a d z o n e j p r z e z W y d z i a ł I V S B w L u b l i n i e. Rzecz jasna, temu celowi służyło też osobiste prowadzenie pewnych źródeł informacyjnych.
Miałem na kontakcie kilku tajnych współpracowników (pracowników naukowych) posiadających doktoraty lub profesury, pozyskanych wcześniej i przekazanych mi przez innych oficerów. Między innymi sformalizowałem współpracę z jednym z naukowców z KUL-u, z którym wcześniej prowadził rozmowy Konrad Straszewski.
Teczka obiektowej sprawy kontrolnej o kryptonimie "Znicz" najpewniej nie zachowała się, a w moich czasach zawierała naprawdę niewiele materiałów, i to o charakterze ogólnym. W tym czasie temu problemowi nie poświęcałem wiele czasu z uwagi na to, że od 1975 roku intensywnie przygotowywałem się do mojej m i s j i w a t y k a ń s k i e j.
Może na razie tyle?
Pozdrawiam i jestem gotów na dalszą wymianę myśli
Edward Kotowski
Był zwykłym dzieckiem PRL-u: ojciec ślusarz, matka pomoc domowa. W podstawówce dużo czytał, zwłaszcza książek historycznych, ale zazwyczaj w bibliotece - w domu czworo rodzeństwa, nie było warunków. Wiele lat później na lekcji angielskiego, gdy gadał, usłyszał od lektorki: "Krupski, gdzieś ty się wychował?!". "W piwnicznej izbie" - odpowiedział zgodnie z prawdą. W dzieciństwie mieszkał w suterenie na rogu Narutowicza i Konopnickiej w Lublinie.
Gdy miał czternaście lat, rodzina przeniosła się do bloku przy Gospodarczej, dostał własny pokój. Gromadził w nim książki, na ścianie powiesił drewniany krzyż (ten sam wisiał potem w jego domu w Grodzisku), ustawił sobie biurko, a na nim wielkie radio lampowe. W tym pokoju na lubelskich Tatarach mieszkał do końca pobytu w Lublinie.
Po podstawówce poszedł do technikum mechanicznego. Rodzice mówili mu to samo, co inni polscy rodzice innym polskim dzieciom urodzonym po wojnie: "Musisz zdobyć zawód, musisz zacząć zarabiać, sam się utrzymywać, technikum to jest przyszłość". Nie było czasu ani pieniędzy na szukanie właściwej drogi. Sama musiała się znaleźć.
W jego środowisku nie było komunistów, to znaczy byli, tylko nikt ich nie zauważał. Jak śnieg w zimie i słońce latem - był komunizm, bo musiał być, ale porządni ludzie do partii się nie zapisywali, "partyjniacy" to byli "oni". Nawet nauczyciele na ile mogli, chronili dzieci przed propagandą. Wspomina:
Byłem chyba uczniem piątej, szóstej klasy, a więc był to początek lat sześćdziesiątych i obchody jakiejś rocznicy związanej z Mikołajem Kopernikiem. Na lekcji polskiego nauczycielka zadała pytanie związane z tymi obchodami i ja zgłosiłem się do odpowiedzi. Powiedziałem, że Mikołaj Kopernik nie był dobrze traktowany przez Kościół, o czym przeczytałem gdzieś w gazecie, a bardzo dużo czytałem prasy, wtedy ta nauczycielka o nazwisku Mielnik naskoczyła na mnie: "Nie pozwolę, żebyś tutaj w szkole uprawiał propagandę komunistyczną". [...] Czyli, jeśli nauczyciel chciał, to mógł również wyrazić swoje poglądy polityczne. Ja to zapamiętałem na całe życie1.
Chciał zostać żołnierzem, oficerem Wojska Polskiego. Bo wojsko było inne - patriotyzm, ideały. Wielu tak myślało, w końcu każdy chłopak szedł do wojska, tam byli normalni ludzie, nie sami komuniści jak w partii. Ale potem przyszła inwazja na Czechosłowację w 1968 roku i iluzje prysły.
Legło w gruzach moje przekonanie, że to wojsko jest niezależne od Związku Radzieckiego. Inwazja Czechosłowacji pokazywała [...] faktyczną rolę Ludowego Wojska Polskiego. Bardzo ciężko było mi się rozstać z myślą, że nie będę oficerem WP, i wtedy zacząłem myśleć o KUL-u2.
Maciej Sobieraj3:
- Przyszedłem na KUL w 1969 roku, Janusz rok później, bo kończył technikum, jesteśmy z tego samego rocznika. Ten ich rok to był Janusz, Bogdan Borusewicz, Piotr Jegliński. W tym czasie na KUL zjeżdżali się różni outsiderzy: wyrzuceni z innych wydziałów, ludzie po technikach, mnóstwo młodzieży pochodzenia chłopskiego i robotniczego, jak Janusz. Byli też studenci z tak zwanych dobrych domów. Mieliśmy na roku Małgosię Plater-Zyberkównę, Marcin Zamoyski zaczynał ze mną studia, to ciekawe towarzystwo było.
Niektórzy do kielicha, niektórzy nie - Bogdan, Piotrek, Janusz akurat nie. Janusz w ogóle abstynentem był, potem trochę sobie zaczął pozwalać, ale zawsze w normie, w przeciwieństwie do wielu z nas.
Była grupa hipisów - nie należeliśmy do tego środowiska, ale oni dodawali uczelni kolorytu.
Bogdan Borusewicz:
- Kiedyś milicja zrobiła w Lublinie obławę na długowłosych. Złapali kolegę z KUL-u, Wojtekunasa, poetę. Nosił brodę i bardzo długie włosy, ale nie był hipisem. Złapał go patrol, wywieźli na jakąś komendę, obejrzał go lekarz i orzekł: "Wszawica". No i fryzjer natychmiast go ogolił...
Jak go zobaczyłem na drugi dzień, to mało się nie przekręciłem ze śmiechu. Prawie się na mnie rzucił, a ja ryczałem, bo nie mogłem się powstrzymać. Mówił, że partii się poskarży, do prokuratora pójdzie. I rzeczywiście poszedł, tylko że prokurator naturalnie nic nie zrobił. I Wojtekunas na znak protestu kupił sobie czerwony fez turecki z czarnym kutasikiem, założył złote okulary i powiedział, że teraz tak będzie chodził. Wszystkie dziewczyny się za nim oglądały.
Kiedyś jechaliśmy autobusem z KUL-u przez miasteczko akademickie UMCS-u, wsiadły jakieś dziewczyny, ja akurat kasowałem bilety i słyszę, jak jedna do drugiej mówi: "Popatrz na tego", a ta druga: "On z KUL-u, na KUL-u oni tacy są".
Ich rok liczył dwadzieścia kilka osób, wszyscy się znali, Borusewicz był słynny, bo dostał wyrok za rozklejanie ulotek w 1968 roku, Jegliński miał arystokratyczne korzenie, a z domu wyniósł patriotyczną tradycję, jego mama Ewa Orzechowska-Jeglińska była łączniczką Armii Krajowej, wuj - pułkownik Adam Korwin-Sokołowski - szwoleżerem 1. Pułku i adiutantem Piłsudskiego.
Bogdan Borusewicz:
- Piotrek bardzo to swoje arystokratyczne pochodzenie przeżywał, kiedyś na zajęcia przyniósł drzewo genealogiczne, w którym wywodził swój ród od książąt Anjou, czyli królewskich Andegawenów. Profesor Sułowski4 aż się zająknął - on się autentycznie zacinał, jak mówił - i potraktował to jako ciekawostkę. Ale Piotruś był święcie przekonany o swoim królewskim pochodzeniu, a myśmy się z niego trochę podśmiewali. Regularnie chowaliśmy Piotrusiowi teczkę, miał taką żółtą, z rodowym herbem. Kiedyś Janusz powiesił mu ją na sznurze nad dziedzińcem i tak sobie dyndała. Piotruś biegał, szukał, potem spojrzał w górę, jak zobaczył, gdzie wisi ta teczka, to ruszył galopem. Było wesoło.
W ich gronie był również Janusz Bazydło, studia kończył nieco wcześniej, potem pracował na KUL-u w redakcji Encyklopedii katolickiej. Za nim też ciągnęła się legenda człowieka, który siedział za Marzec '68.
Zbliżyło ich zamiłowanie do historii. Zapisali się do Koła Naukowego Historyków Studentów, stworzyli w nim sekcję historii najnowszej. Szefem koła został Sobieraj, po nim kierownictwo przejął Janusz Krupski. To on był ich nieformalnym przywódcą. Silną pozycję w środowisku zdobył też Borusewicz. Na kilka lat Koło Naukowe Historyków Studentów KUL-u miało stać się głównym miejscem ich działalności.
Sąsiedzi
Fascynacja Ludowym Wojskiem Polskim Krupskiemu przeszła w 1968 roku, ale po rozpoczęciu studiów na KUL-u nie minęły mu ciągoty wojskowe.
Było to chyba na pierwszym roku studiów, rozmawialiśmy z Jeglińskim i Borusewiczem, że może kiedyś trzeba będzie podjąć walkę, jak pojawią się jakieś sprzyjające ku temu okoliczności, ale żeby taką walkę prowadzić, trzeba być do tego odpowiednio wyszkolonym i przygotowanym [...]. Na innych uczelniach było studium wojskowe i wojskowe przygotowanie, studenci uzyskiwali stopień oficera, natomiast na KUL tego nie było. Jak więc walczyć? Otóż w Lublinie, jak w każdym mieście, była Liga Obrony Kraju. [...] No i ja się zgłosiłem do LOK [...] i mówię, że chcę się zapisać do drużyny strzeleckiej. Osoba, z którą rozmawiałem, wzięła moje dane i powiedziała, że mogę zgłosić się za tydzień. Zgłosiłem się za tydzień i usłyszałem odpowiedź, że nie przyjmą mnie do tej drużyny strzeleckiej, bo strzelców z KUL nie potrzebują. W tej sytuacji nie mogłem się szkolić w jakimś wojskowym fachu, mogłem tylko czytać5.
Niewiele znacząca anegdota? Nieprawda. Sprawy broni, walki zbrojnej i przemocy wrócą w opowieści o Januszu Krupskim wiele razy.
Jerzy Kłoczowski:
- Uczęszczał na moje seminarium. Zawsze miałem grupę bliskich mi studentów i on do niej należał. Żyli historią AK, powstań narodowych. Bardzo ich interesowało, jak straciłem rękę w czasie wojny. Od początku grudnia co roku organizowaliśmy opłatki. Przyjeżdżały różne osoby, między innymi moi koledzy z pułku "Baszta" czy z wcześniejszej konspiracji. To były wspaniałe spotkania, w trakcie których studenci poznawali byłych żołnierzy AK.
Wielu pracowników KUL-u miało akowską kartę: profesor Zygmunt Sułowski, podporucznik 2. Dywizji Piechoty, doktor Adam Stanowski6, w czasie wojny młody żołnierz i harcerz. Z biblioteki przychodził Konrad Bartoszewski7, nie Władysław - on pojawił się później, w 1974 roku, a wcześniej był Konrad, który walczył nie tylko w Armii Krajowej, ale i w oddziałach podziemia antykomunistycznego, wisiały nad nim dwa wyroki śmierci. Na historii wykładali profesor Władysław Rostocki8, starszy wykładowca Zdzisław Szpakowski9, a na polonistyce profesor Czesław Zgorzelski10.
Krupski, Sobieraj i Borusewicz słuchali i włączali się w dyskusje.
Jerzy Kłoczowski:
- Już wtedy rozmawialiśmy bardzo dużo na temat sąsiadów Polski. Dla mnie niezwykle ważne było przekonanie, że bez otwarcia na Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Rosjan nie da się obalić komunizmu. Tłumaczyłem studentom, że porozumienie z sąsiadami jest niezbędne, jeśli cokolwiek miałoby się w Polsce zmienić, i oni też tak myśleli. Uważaliśmy, że to jedyny kierunek, który może Polsce przynieść wyzwolenie. Naszym szczególnie ważnym odwołaniem była tradycja I Rzeczpospolitej, tradycja tolerancji, dobra wspólnego, wartości, jaką stanowi naród i państwo, tradycja mądrego patriotyzmu. To było bardzo silnie osadzone w chrześcijaństwie posoborowym, ideach Karola Wojtyły, polskim humanizmie. Przyjmowaliśmy filozofię Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego11. Janusz Krupski to była ta sama szkoła myślenia.