Wielka Magia - Elizabeth Gilbert

Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
WIELKA MAGIA
Dedykacja
Motto
Odwaga
Ukryty skarb
Definicja twórczego życia
Wzbogacone życie
Strach się bać
Obrona własnych słabości
Strach jest nudny
Strach potrzebny a strach niepotrzebny
Wspólna podróż
Dlaczego warto
Czary
Nadejście pomysłu
Jak funkcjonują idee
Co się dzieje, kiedy odpowiesz "Nie"
Co się dzieje, kiedy odpowiesz "Tak"
Inny sposób
Rozwój pomysłu
Idea ląduje na bocznym torze
Idea odchodzi
Czary
Co jest, do cholery?
Odrobina perspektywy
Prawo własności
Wielokrotne odkrycia
Ogon tygrysa
Ciężka praca czy czarodziejska moc
Przytłaczający ciężar
Niech przychodzi i odchodzi
Oszołomione serce
Pozwolenie
Usuń skrzynkę na propozycje
Twoje pozwolenie
Ozdób się
Uprawnienia
Oryginalność a autentyczność
Motywy
Wykształcenie
Spróbuj czegoś innego
Twoi nauczyciele
Tłuste Dzieciaki
Trzy grosze Wernera Herzoga
Sztuczka
Szufladkowanie
Gabinet krzywych luster
Byliśmy zwykłym zespołem
Kopalniane kanarki
Wysoka czy niska stawka
Trzy grosze Toma Waitsa
Główny paradoks
Wytrwałość
Ślubowanie
Nauka
Zastrzeżenie
Puste wiadro
Zjedz tę żabę
Praca zarobkowa
Pomaluj swojego wołu
Wdaj się w romans
Trzy grosze Tristrama Shandy'ego
Strach na wysokich obcasach
Trzy grosze Marka Aureliusza
Nikt o tobie nie myśli
Zrobione jest lepsze niż dobre
Pochwała krzywych domów
Sukces
Kariera a powołanie
Rozmowa z wapiti
Piękne zwierzę
I na koniec...
Zaufanie
Czy ona cię kocha?
Najgorsza dziewczyna na świecie
Uzależnieni od cierpienia
Opowieść ku przestrodze
Uczenie cierpienia
Nasze lepsze anioły
Podejmij decyzję, czemu zaufać
Uparte zadowolenie
Wybierz swoje urojenie
Męczennik czy przechera
Ufność przechery
Dobre posunięcie przechery
Więcej luzu
To nie jest twoje dziecko
Pasja a ciekawość
Przywiązanie do ciekawości
Poszukiwanie skarbów
To interesujące
Głodne duchy
Zrób coś innego
Pomaluj swój rower
Uparte zaufanie
Krocz dumnie
Boskość
Przypadkowa łaska
Na zakończenie
Podziękowania
Spis treści
Strona redakcyjna
Ukryty skarb
Dawno, dawno temu żył sobie mężczyzna, który nazywał się Jack Gilbert i nie był ze mną spokrewniony - a szkoda.
Jack Gilbert był wspaniałym poetą, ale nie przejmuj się, jeśli o nim nie słyszałeś. To nie twoja wina, bo on po prostu nie chciał być znany. Mimo wszystko miałam okazję zapoznać się z jego twórczością i uwielbiałam go z pełnego szacunku dystansu, a teraz chciałabym opowiedzieć ci o nim.
Urodził się w 1925 roku w Pittsburghu i dorastał w hałasie i smogu tego przemysłowego miasta. W młodości pracował w fabrykach i hutach stali, ale bardzo wcześnie poczuł poetyckie powołanie. Chętnie mu się poddał, i to z takim samym nastawieniem, z jakim inni traktują powołanie zakonne. Tworzenie poezji było dla niego praktyką religijną, aktem miłości i dozgonnym zobowiązaniem, że będzie dążył do łaski i transcendencji. Myślę, że to bardzo dobre podstawy do zajęcia się poezją, podobnie jak każdą inną dziedziną, która wymaga serca i budzi w nas chęć do życia.
Jack mógł być sławny, bo miał zarówno talent, jak i charyzmę, ale nie chciał tego. Już za pierwszy tomik wierszy, opublikowany w 1962 roku, otrzymał nagrodę Wydawnictwa Uniwersytetu Yale dla młodych poetów i został nominowany do nagrody Pulitzera. Jego poezja cieszyła się uznaniem nie tylko krytyków, ale i czytelników, o co niełatwo w dzisiejszym świecie. Jack był pełen pasji, przystojny i seksowny, a przy tym doskonale sobie radził podczas publicznych występów. Kobiety ciągnęły do niego jak muchy do miodu, a mężczyźni uważali go za swojego idola. Na zdjęciach w "Vogue'u" wypadł świetnie - i romantycznie. Ludzie go uwielbiali, tak że mógł się stać prawdziwą gwiazdą.
Tymczasem on miał dość tego całego zamieszania wokół swojej osoby i po prostu zniknął. Po latach wyjaśnił, że nie chodziło mu nawet o to, że sława demoralizuje i rozleniwia, tylko że jest nudna - dzień w dzień dokładnie to samo. A jemu zależało, żeby jego życie było głębsze, wielowarstwowe, bardziej urozmaicone. Dlatego wyjechał do Europy, gdzie przebywał przez dwadzieścia lat. Trochę mieszkał we Włoszech, trochę w Danii, ale przez większość czasu w pasterskiej chacie na szczycie góry w Grecji. Tam mógł spokojnie kontemplować odwieczne tajemnice, obserwować, jak zmienia się życie, i pisać wiersze. Przeżywał romanse, napotykał przeszkody i odnosił zwycięstwa. Czuł się szczęśliwy. Od czasu do czasu pracował zarobkowo, żeby się utrzymać, ale niewiele potrzebował. Pozwolił, żeby o nim zapomniano.
Po dwudziestu latach Jack Gilbert znów dał o sobie znać, wydając kolejny tom wierszy. Literacki świat ponownie się w nim zakochał. On ponownie mógł cieszyć się sławą, ale - też ponownie - zniknął, tym razem na dziesięć lat. I tak to się toczyło: izolacja, publikacja świetnych wierszy i znów izolacja. Przypominał rzadką odmianę storczyka zakwitającego raz na wiele lat. Sam nigdy nie zabiegał o uwagę. (Podczas jednego z niewielu wywiadów, których udzielił, zapytano go, jak odseparowanie się od branży wydawniczej wpłynęło na jego karierę. Roześmiał się i stwierdził: "Przypuszczam, że katastrofalnie").
Jeśli o mnie chodzi, to usłyszałam o Jacku Gilbercie dlatego, że w późniejszym okresie życia wrócił do USA i - z niewiadomych dla mnie przyczyn - przyjął na krótko stanowisko wykładowcy na wydziale twórczego pisania University of Tennessee w Knoxville. Tak się złożyło, że rok później, w 2005 roku, ja objęłam dokładnie tę samą posadę. (Na uniwersytecie zaczęto żartobliwie nazywać to stanowisko "katedrą Gilbertów"). W swoim gabinecie, który wcześniej należał do Jacka, znalazłam jego książki. Wydawało mi się, że czuję tam jeszcze ciepło jego obecności. Przeczytałam jego wiersze i zrobiły na mnie wielkie wrażenie - zarówno ich wspaniałość, jak i to, jak bardzo przypominały twórczość Whitmana. ("Musimy zaryzykować zachwyt", pisał. "Musi nam starczyć uporu, by akceptować swoje zadowolenie w bezlitosnym piekle tego świata").
Mieliśmy takie samo nazwisko, zajmowaliśmy to samo stanowisko i gabinet, uczyliśmy wielu tych samych studentów, a teraz zachwyciły mnie jego słowa. Nic dziwnego, że tak bardzo mnie zaciekawił. Zaczęłam wypytywać o niego wszędzie, gdzie się dało. Kim był Jack Gilbert?
Studenci powiedzieli mi, że był najbardziej niezwykłym człowiekiem, z jakim się zetknęli. Wydawał się nie z tego świata. Żył w stanie nieustannego zachwytu i zachęcał ich do tego samego. Wspominali, że uczył ich nie tyle, jak pisać poezję, ile dlaczego: z powodu zachwytu. Z powodu upartego zadowolenia. Przekonywał ich, że muszą prowadzić jak najbardziej twórcze życie, by w ten sposób walczyć z bezlitosnym piekłem współczesnego świata.
Ale przede wszystkim prosił swoich uczniów, żeby byli odważni. Bez odwagi, twierdził, nigdy nie zdołają wykorzystać swojego niesamowitego potencjału. Bez odwagi nigdy nie poznają świata tak dogłębnie, jak chciałby być poznany. Bez odwagi ich życie będzie bardzo pospolite - zapewne znacznie bardziej, niżby chcieli.
Nigdy nie poznałam Jacka Gilberta osobiście i już nie poznam, bo zmarł w 2012 roku. Oczywiście mogłam go wcześniej odszukać i postarać się z nim spotkać, ale właściwie tego nie chciałam. (Miałam przykre doświadczenia z osobistym poznawaniem swoich idoli. Czasem kończy się to sporym rozczarowaniem). W każdym razie odpowiadało mi, że istnieje on w mojej wyobraźni jako znaczący i potężny byt utkany z jego wierszy i opowieści, które o nim słyszałam. I postanowiłam, że tak pozostanie, że będę go znała tylko przez swoją wyobraźnię. Jest tam do dzisiaj - dla mnie nadal żywy, całkowicie mój, zupełnie jakbym go sobie wymyśliła.
Nigdy jednak nie zapomnę, co prawdziwy Jack Gilbert powiedział pewnej osobie z krwi i kości. Była to nieśmiała studentka z University of Tennessee, która opowiedziała mi, że pewnego dnia po zajęciach poświęconych tworzeniu poezji Jack wziął ją na bok. Pochwalił jej utwór, po czym zapytał, co chce zrobić ze swoim życiem. Z wahaniem przyznała, że być może chciałaby zostać pisarką.
Uśmiechnął się do niej z bezgraniczną wyrozumiałością i spytał: "Ale czy masz odwagę? Czy masz odwagę pokazać światu swoją pracę? Skarby ukryte w twoim wnętrzu liczą, że powiesz tak".
Wzbogacone życie
Zależy mi, żebyśmy dobrze się zrozumieli. Dla mnie kreatywne życie nie ogranicza się do zawodowego czy choćby amatorskiego poświęcenia się sztukom pięknym, muzyce lub literaturze. Nie musisz tworzyć poezji na szczycie greckiej góry, dawać koncertów w Carnegie Hall ani zdobyć Złotej Palmy w Cannes. (Chociaż jeśli zależy ci na tego rodzaju osiągnięciu, to oczywiście działaj w tym kierunku. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie porywają się z motyką na słońce). Nie, kiedy mówię o twórczym życiu, traktuję to znacznie szerzej. Chodzi mi mianowicie o życie, którym w znacznie większym stopniu kieruje ciekawość niż strach.
Jeden z moich ulubionych przykładów kreatywnego życia pochodzi z ostatnich lat i dotyczy mojej koleżanki Susan, która zaczęła uprawiać łyżwiarstwo figurowe po czterdziestce. Dokładniej mówiąc, nie zetknęła się z tym sportem po raz pierwszy, bo była łyżwiarką już jako dziecko. Bardzo to lubiła, ale mając kilkanaście lat, zrezygnowała, gdy okazało się, że nie wystarcza jej talentu, by zostać mistrzynią. (Ach, ten nasz system kształcenia, w którym "utalentowane" dzieci oddziela się od tłumu, by na swych wątłych barkach dźwigały ciężar twórczych aspiracji społeczeństwa. A co z całą rzeszą pozostałych, skazywanych na przyziemne, pozbawione inspiracji życie?)
Susan po przerwaniu swojej przygody z łyżwiarstwem figurowym nie myślała o nim przez ćwierć wieku. Po co zawracać sobie czymś głowę, skoro nie można być najlepszym? A potem skończyła czterdzieści lat i uderzyło ją, jak bardzo zobojętniała na rozmaite sprawy. Dręczył ją niepokój. Poczuła się nudna i ociężała. Zaczęła się zastanawiać nad swoim życiem, jak to często robimy przy takich okrągłych urodzinach. Zadała sobie pytanie, kiedy ostatnio czuła się lekka, radosna i - tak - twórcza we własnej skórze. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że było to dwadzieścia kilka lat wcześniej, kiedy jako nastolatka uprawiała łyżwiarstwo figurowe. Nie mogła uwierzyć, że przez tyle czasu odmawiała sobie zajęcia, które ubarwiało radością jej życie, i była ciekawa, czy nadal będzie ją cieszyć.
Uległa tej ciekawości. Kupiła łyżwy do jazdy figurowej, znalazła lodowisko i zatrudniła trenera. Nie zwracała uwagi na wewnętrzny głos, który jej powtarzał, że to szaleństwo, że tylko się ośmieszy. Przezwyciężyła też ogromne zażenowanie ogarniające ją, gdy pomyślała, że na lodzie będzie jedyną kobietą w średnim wieku wśród filigranowych dziewięciolatek.
Po prostu to zrobiła.
Trzy razy w tygodniu wstawała przed świtem i rankiem, przed rozpoczęciem wymagającej pracy, przez godzinę jeździła na łyżwach. Jeździła, jeździła i jeździła. Okazało się, że sprawia jej to taką samą przyjemność jak kiedyś. Właściwie nawet większą, bo będąc dorosła, potrafiła docenić wartość przeżywanej radości. Dzięki jeździe figurowej poczuła, że żyje, i miała wrażenie, że się nie starzeje. Opuściło ją poczucie, że jest tylko konsumentem, zaledwie sumą swoich codziennych zadań i obowiązków. Wreszcie wzięła się do czegoś z własnej inicjatywy, wreszcie coś ze sobą robiła.
Wykonując figury na lodzie, czuła, jak odżywa, skok po skoku, obrót po obrocie.
Dodam, że Susan nie rzuciła pracy, nie sprzedała domu, nie zerwała wszystkich znajomości i nie przeprowadziła się do Toronto, żeby tam trenować po siedemdziesiąt godzin tygodniowo pod okiem trenera mistrzów olimpijskich. Ponadto ta historia nie kończy się zdobyciem przez nią mistrzowskich medali. Właściwie wcale się nie kończy, bo moja koleżanka nadal jeździ na łyżwach kilka razy w tygodniu. Nie dla zwycięstw, tylko dlatego, że dzięki temu znajduje piękno i transcendencję w życiu - czego nie osiągnęła w żaden inny sposób. I chciałaby spędzać jak najwięcej czasu w tym stanie ducha, dopóki żyje.
I to wszystko.
To właśnie nazywam twórczym życiem.
Dla każdego z nas będzie ono polegało na czymś innym i różne będziemy osiągać rezultaty, ale mogę z całym przekonaniem powiedzieć jedno: twórcze życie jest życiem znacznie bogatszym. Jest głębsze, szczęśliwsze, wielowymiarowe i bez porównania bardziej interesujące. Takie życie - polegające na nieustannym wydobywaniu na światło dzienne ukrytych w twoim wnętrzu klejnotów - niewątpliwie samo w sobie należy do dziedziny sztuk pięknych.
Bo w twórczym życiu zawsze jest obecna Wielka Magia.