Wprowadzenie
Popatrz na urządzenie, które trzymasz w ręce.
Mówię poważnie: dobrze mu się przyjrzyj.
Masz je zawsze przy sobie, gdziekolwiek się ruszysz. Z nim śpisz, pracujesz, biegasz, na nim grasz. Zależysz od niego i wpadasz w panikę, gdy nie możesz go znaleźć. Łączy cię z krewnymi i z dziećmi. Za pomocą tego urządzenia robisz zdjęcia i kręcisz filmy, a później przesyłasz je znajomym i rodzinie. Ostrzega cię przed powszechnymi zagrożeniami i przypomina o wizycie u fryzjera.
"Nie ma dużego ruchu. Jeśli wyruszysz teraz, zdążysz na czas".
Wskazuje ci, którędy jechać, podaje prognozę pogody i wyświetla najnowsze wiadomości. Mówisz do niego, a ono odpowiada. Za pomocą tego urządzenia monitorujesz gadżety, które z kolei monitorują twój dom (i ciebie). Rezerwujesz nim loty i kupujesz bilety do kina. Zamawiasz zakupy i jedzenie z restauracji, sprawdzasz przepisy kulinarne. Wszystko dzięki niemu. Ono liczy, ile robisz kroków, i sprawdza, jak bije ci serce. Przypomina, że masz się skupić. Używasz go podczas medytacji i zajęć jogi.
Lecz jeśli jesteś podobny do innych, do niemal wszystkich, których znam, urządzenie to czasem trochę cię wkurza. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że ono (i wszystko, z czym cię wiąże) czyni z tobą wywijasy, bez których twoje życie chyba byłoby lepsze. Rozwija złe nawyki. Dzieci, a nawet część twoich znajomych, już prawie się do ciebie nie odzywają. Czasem odnosisz wrażenie, że nawet nie patrzą na ciebie, mają oczy wlepione we własne urządzenie, a kciukami nieustannie stukają w klawiaturę. Twój nastolatek dostaje szału, gdy jego urządzenie dzwoni. Uważasz, że naprawdę muszę z kimś gadać?
Jakim cudem coś tak bardzo "socjalizującego" może być równie zadziwiająco "antyspołeczne"?
Sprawdzasz konta w mediach społecznościowych, czujesz się, jakbyś wpadł między młyńskie koła, ale nic nie możesz poradzić, coś ci każe przewijać dalej. Dziesiątki tysięcy, może miliony ludzi naprawdę wierzą, że Ziemia jest płaska, bo obejrzeli na YouTubie filmiki obnażające "te wszystkie spiski". Prawicowy, neofaszystowski populizm kwitnie w sieci i na ulicach, staje się zaczynem nienawiści, morderstw, a nawet ludobójstwa[1]. Codziennie porcja obraźliwych dla wolnej prasy komentarzy wylewa się z twitterowego konta prezydenta Stanów Zjednoczonych[2*]. Nikt tego nie filtruje, a od kiedy objął urząd, jego bezczelne kłamstwa idą już w dziesiątki tysięcy. Publikowane przez niego wpisy to symptom powszechnej przypadłości: są groteskowe, a jednak coś cię do nich ciągnie; są niczym wypadek samochodowy - po prostu musisz popatrzeć.
Nie mam wątpliwości, że zauważyliście, iż media społecznościowe w ostatnich latach dostają niezły wycisk. Epoka "O rany, ale numer!" minęła, ustępując miejsca epoce potwornej nudy. W codziennych informacjach aż się przelewa od historii o włamaniach do systemu, naruszeniach prywatności, dezinformacji, inwigilacji i politycznej manipulacji. Szefowie mediów społecznościowych są ciągani na przesłuchania przed Kongresem odbywające się w świetle kamer i prowadzone przez dociekliwych prawodawców.
Referendum w sprawie brexitu z 2016 roku i zbliżony w czasie wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA były głównymi czynnikami, które sprawiły, że ponownie przyjrzano się wpływowi mediów społecznościowych na społeczeństwo i politykę. W obu przypadkach mające złe zamiary podmioty, w kraju i za granicą, wykorzystywały owe media do siania fałszywych informacji i wywoływania prawdziwych protestów, które miały pogłębić chaos i zaostrzyć i tak już ostre podziały w społeczeństwie. Dzięki późniejszym dochodzeniom wyszły na jaw działania szemranych firm analitycznych, takich jak Cambridge Analytica[3*]: mogliśmy ujrzeć skrawek pozostającego w cieniu podziemnego świata social mediów[2].
Bo to mroczne oblicze naprawdę istnieje. Czytaliście pewnie o firmach sprzedających zaawansowane technologie pozwalające prowadzić cyberwojnę. Swoje usługi oferują dyktatorom, którzy wykorzystują je, by hakować urządzenia mobilne swych przeciwników i sieci społecznościowe, co często prowadzi do śmiertelnych konsekwencji. Najpierw był krąg osób bliskich Jamalowi Khashoggiemu[4*], później (prawdopodobnie) urządzenie Jeffa Bezosa[5*]. "A jeśli mnie też hakują?" - myślisz sobie, nagle zaalarmowany dziwnym esemesem czy mailem zawierającym załącznik. Świat, z którym jesteś połączony za pomocą tego urządzenia, nagle jawi ci się jako źródło potężnych zagrożeń, które mogą dotknąć cię osobiście.
Niemniej urządzenie to już się stało częścią życia, o czym przekonujemy się bardziej niż kiedykolwiek. Kiedy świat obiegła informacja o koronawirusie (2019-nCoV, czyli COVID-19) odkrytym w grudniu 2019 roku w chińskim Wuhanie, życie, do jakiego przywykliśmy, zamarło: zamykały się fabryki, miliony pracowników zwalniano, a niemal wszystkich zmuszono do samoizolacji i zdalnej pracy z domu. Wszystkie gałęzie gospodarki odnotowały gwałtowny spadek, podczas gdy wielkie platformy technologiczne zaczęły przeżywać kosmiczny wzrost zainteresowania swymi usługami. Narzędzia do wideokonferencji, na przykład Zoom, z niepotrzebnych programów biurowych zmieniły się w coś tak powszechnego, że stosowanego i przez dziadków, i przez dzieci, przesiadujących w sieci godzinami. Netflix, Amazon Prime i inne media streamingowe rozkwitały, pozwalając oderwać myśli od posępnej rzeczywistości za oknem. Zapotrzebowanie na przepustowość łączy telekomunikacyjnych sięgnęło takich rozmiarów, że operatorzy nakładali ograniczenia na streaming i obniżali jakość wideo, by serwery się nie przegrzały i nie padły. Jakimś cudem wszystko się kleiło, za co byłeś losowi głęboko wdzięczny.
Jednak globalna pandemia uwypukliła wszystkie niedoskonałości mediów społecznościowych. Przestępczość w sieci i statystyka naruszeń ochrony danych wystrzeliły pod sufit, gdy złoczyńcy rzucili się, by zarabiać na pracujących z domu milionach osób, których kuchenne routery i słabe zabezpieczenia sieci nigdy nie miały przekazywać wrażliwych informacji. Mimo starań platform społecznościowych, usiłujących usuwać fałszywe wiadomości i podsuwać odbiorcom wiarygodne źródła dotyczące zdrowia, dezinformacja krzewiła się wszędzie, niekiedy pociągając za sobą przerażające skutki. Ludzie umierali po wypiciu trujących koktajli zalecanych w mediach społecznościowych (i popularyzowanych przez samego Donalda Trumpa), desperacko pragnąc umknąć przed wirusem.
Cała ta sytuacja stanowiła rażący kontrast ze sposobem, w jaki reklamują się media społecznościowe, i tym, jak postrzegano je w przeszłości. Kiedyś wszyscy zakładali, że technologie cyfrowe pozwolą na powszechny dostęp do wiedzy, ułatwią zbiorową organizację i wzmocnią społeczeństwo obywatelskie. Arabska wiosna, tak zwane kolorowe rewolucje[6*] i inne cyfrowo napędzane ruchy społeczne wydawały się dowodzić niepowstrzymanej siły mas ludzkich, wyzwolonej przez nasz wiecznie włączony i powiązany siecią świat. Faktem jest, że na początku XXI wieku entuzjaści nowych technologii oklaskiwali każdą nowinkę, uznając, że pozwolą one ludziom wzajemnie się do siebie zbliżyć i odbudować demokrację.
Teraz coraz częściej uważa się, że media społecznościowe sprzyjają rozwojowi pewnego rodzaju choroby społecznej. Coraz więcej osób sądzi, że serwisy typu Facebook mają nieproporcjonalnie duży wpływ na ważne decyzje polityczne i społeczne. Inni zaczynają zauważać, że niezdrowo dużą część życia spędzamy wgapieni w ekran telefonu czy komputera, niby to nawiązując i podtrzymując kontakty, podczas gdy w istocie żyjemy w odosobnieniu i oderwaniu od natury. Następstwem narastającego niepokoju są wezwania do zaprowadzenia porządku w mediach społecznościowych i apele do szefów poszczególnych platform, by lepiej nad nimi czuwali, szanowali prywatność i uwzględniali znaczenie praw człowieka. Ale od czego zacząć? I co tak właściwie należy zrobić? Odpowiedzi są bardziej skomplikowane.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki