Prorok przychodził w porze dojenia krów. Starka
Zuzanna szła do obory; reszta domowników nie wiadomo, a raczej
dobrze wiadomo, gdzie się podziewała: pan Naczelnik wyskakiwał do
Rotha na kieliszek, góra trzy; stryj Ableger w Papierni Habsburgów
grał w ping-ponga, Jano, przyszły szofer, a w dodatku muzyk,
woził gości na kwatery, o Kornelu szkoda gadać - studiował
teologię w Warszawie i choć wciąż pisał, że przyjedzie -
nie przyjeżdżał; starzyk Schkryfani spał jak zabity w komorze,
Hermina w Domu Zborowym miała próbę chóru - na całą wieczność
zostawałeś sam i miałeś surowy nakaz nieotwierania nikomu.
- Choćby nie wiadomo kto i nie wiadomo jak się
dobijał. Nie puszczasz nikogo! Nikogo! Zrozumiano? - Tak. Zostawałeś
sam i skurczony ze strachu czekałeś, aż nie wiadomo kto i nie wiadomo
jak zacznie się dobijać. Kuchnia była olbrzymia i od lat niejedno
się w niej działo, ale w porównaniu z czekaniem na nie wiadomo jaki
i nie wiadomo przez kogo wszczynany łoskot wszystkie stare strachy:
piszczel wysuwająca się z kąta, kartka sfruwająca z kredensu,
widmo wylegujące się na otomanie, strzelanina w stygnącym piecu,
mysz szeleszcząca za kredensem, nawet stukania żegnających się
ze światem zmarłych - były niczym. Panowała głucha cisza. Im
dłuższa, tym głuchsza i na odwrót.
Składałeś już wtedy roztrzęsione ręce
i zaczynałeś się modlić. Modliłeś się, by gdzieś, gdziekolwiek,
nawet najdalej, nawet na Bawolej Górze albo na Żółtym Krzyżu
zaszczekał pies, modliłeś się o gwizd pociągu jadącego do Głębin,
o śpiew chórzystów w Domu Zborowym, o ględzące głosy pijaków
w gospodzie. Z całych sił prosiłeś Boga, by cokolwiek przerwało
przerażającą ciszę, i jak to w tamtych czasach - gdy komunikacja
pomiędzy ziemią a niebem działała po ludzku - prośba zostawała
wysłuchana. Bez specjalnych fajerwerków, ale skutecznie.
Nie od razu, ale rychło. Nie raptownie, ale
z przyjazną stopniowością.
Najprzód rozlegały się jakby pojedyncze
komarze wizgi. Jakby jakiś jeden, nie wiadomo jakim cudem na
dwudziestostopniowym mrozie żyjący, komar raz po raz zrywał się
do lotu. Potem, po nieskończonej ilości prób, kiedy zdawało się:
nie tylko z lotu, ale i z życia nic nie będzie, udawało mu się
jednak wystartować. Leciał nad metrowymi śniegami, leciał nierówno,
męczeńsko i sinusoidalnie, ale leciał. Raz ciszej, raz głośniej,
raz niżej, raz wyżej - w sumie coraz wyraźniej.
Chwili, w której komarzy wizg przeobrażał
się w skrzypienie śniegu, nigdy nie udało się uchwycić. Nagle
w bliskim obłędu pomieszaniu lęku i ulgi uświadamiałeś sobie,
że słyszysz kroki. Ktoś obuty w masywne narciary jest jeszcze daleko,
ale zmierza w twoim kierunku. Schodzi z Kamienistego, idzie spory kawał
po zamarzniętej na amen rzece, wspina się na stromy brzeg przy basenie,
potem mija szkołę, instytut bakteriologiczny, siedzibę Stowarzyszenia
Jedną Nogą w Grobie, Pijalnię Wód, kościół i studnię Hoffa;
już słychać nie tylko jego kroki, ale i Czas, byśmy ze snu
powstali śpiewany przez chórzystów; deliryczny gwar u Rotha
nabiera mocy, pociąg wspina się po nasypie, nie wiadomo kto otrzepuje
buty na schodach i nie wiadomo jak zaczyna się dobijać.
Sień jest mroczną i lodowatą maligną. Umrą,
umrą, umrą. Pod powleczoną brunatnym szronem powałą świeci
słaba żarówka, ktoś skrada się przez ogród. Otwierałeś
drzwi, ciemność pytała, czy zdajesz sobie sprawę, jak bezmierny
jest kosmos? i siadała na ławce w kuchni, i rozpinała guziki
poczciarskiego płaszcza, i wyjmowała zza pazuchy ogromny skoroszyt,
i ostrożnie kładła go przed sobą, i powoli obracała bezlik
wypełniających go stron. Wszystkie kamienie są dziełem przedwiecznych
rzeźbiarzy. Wszystkie drzewa wymknęły się Bogu.
Uciekałeś, uciekałeś z całych sił. Udało się
przedrzeć przez chaszcze, potem wokół osady i w dół kamiennymi
schodami. Pomagał ci przygodny towarzysz podróży, zatrzymywaliście
się, by opatrzyć rany. Potem biegliście dalej w głąb obcych
przedmieść, w głąb krainy wrogów. Ktoś wdziewał ciasną
rękawiczkę. Nagle wszystko wracało na swoje miejsce. Za ogromnym
kuchennym stołem siedział zmęczony i przemarznięty listonosz
i z niesmakiem kartkował skoroszyt, i raz po raz spoglądał na
wiszący na ścianie majolikowy zegar. - Ile można doić krowy? -
mruczał z irytacją. - Jak długo można doić dwie krowy? Ja
rozumiem, że dwie krowy można doić dwa tygodnie, ale dwie krowy doić
dwie godziny? Nie rozumiem. Z coraz większym niesmakiem kartkował
skoroszyt i wyjmował z kieszeni kopiowy ołówek, i z rosnącą
furią zaczynał skreślać pojedyncze słowa, zdania, akapity, nawet
całe strony. - Duch światłości - cedził
z wściekłością. - Jaki znowu duch światłości? I jeszcze:
Duch światłości unosił się nad... Nad czym do
króćset unosił się duch światłości? Chyba nad
moją czapką! - Fryc Moitschek podnosił głos, jeszcze raz sięgał
do kieszeni, tym razem wydobywał zapałki i paczkę cameli, zapalał
ze smakiem i wracał do kwestionowania skoroszytu. I natychmiast
znajdował kolejny dyskusyjny fragment, i kabotyńsko pozorował
oburzenie. - Posłuchajcie, ludzie! - rozglądał się po
pustej kuchni. - Posłuchajcie, ludzie, jakimi zabobonami się
was karmi! W epoce świętego spokoju - jak
wół jest tu napisane - w epoce świętego spokoju
szatan i jego wysłannicy swobodnie chodzili po ziemi. Wszyscy ich
widywali. I nie: że wszyscy widywali, a ja tylko słyszałem, tylko
znałem z opowiadań. Skąd! Sam widziałem! Sam widziałem trzy
razy! Powtarzam: po trzykroć było mi dane ujrzeć Księcia
Ciemności! Jego skowyt wypełniał izbę, podłożony przez niego
ogień płonął pod piecem, owładnięty przez niego świat był
zasypany śniegiem i skuty mrozem. Słowa do rozważenia na dzień
dzisiejszy są następujące: Biegli w nauce twierdzą, i nie ma
powodu im nie wierzyć, że za wiele miliardów lat żółwich, a może
nawet zwykłych, słońce zgaśnie i świat przestanie istnieć. Ale
zanim! Zanim! Zanim! Zanim za wiele mniej lub bardziej żółwich
miliardów lat - nie trzeba chyba dodawać, że jeden żółwi
rok to jest czas, jakiego potrzebuje żółw do przebycia jednego roku
świetlnego - zanim tedy takie mgnienie minie, zanim słońce zgaśnie
i świat przestanie istnieć - zanim koniec wszystkiego nastąpi,
są silne przesłanki, że szatan, a wraz z nim ludzie, raz, dwa,
a może wręcz trzy razy doprowadzą do apokalipsy na ziemi; wszystko
wpierw zniknie i wszystko następnie zostanie powtórzone. Najprzód
wszystko do przedostatniej komórki, do przedostatniego mikroba, do
przedostatniego strzępu pleśni sczeźnie; następnie od pojedynczej
komórki, od cudem ocalałego mikroba, od milimetrowej nitki pleśni
wszystko zostanie powtórzone. Poczną wrzeć pierwiastki, ogień pójdzie
z minerałów, eksplodują wodorosty, wybuchną trawy i puszcze;
zaroją się oceany, zwierzęta wyjdą na ląd; w odpowiednim momencie
pojawi się człowiek śniegu, po nim homo erectus,
habilis, sapiens i inne osoby
towarzyszące, umysł ludzki zacznie swe popisy, ruszy cywilizacja,
narodzi się bałwochwalstwo, chcąc nie chcąc Chrystus będzie musiał
powtórzyć Pierwsze Przyjście. Pytanie: Czy powtórzenie Pierwszego
Przyjścia będzie Pierwszym czy Drugim Przyjściem - zwłaszcza
jakby wszystko miało się powtórzyć trzy razy? W nawiasie: rozważyć
odpowiedź: Pierwsze Przyjście Bis.
Fryc Moitschek milkł, przerywał lekturę,
ale niczego już nie kwestionował ani z niczego się nie
natrząsał. Przeczytane linijki nie były aż tak katastrofalne, jak
się zapowiadało? Może na odwrót? Może wydały mu się bezbrzeżnie
prostackie i milczał zupełnie osłupiały? Tak czy tak, kopiowy
ołówek zawisał nad stroną, ale nie opadał, prorok spoglądał
na zegar, zatrzaskiwał skoroszyt. - Za piętnaście minut muszę
być na dworcu. Tak jest. Za piętnaście minut pewna zrozpaczona
osoba przyjeżdża warszawskim pociągiem. Tak jest. Bezradna i do cna
zdesperowana osoba. Pisma zostawiam w dobrych rękach. I w bezpiecznym
miejscu. I Fryc wstawał zza stołu, i szedł w głąb domu,
uchylał wszystkie drzwi i mijał wszystkie pokoje, krok jego był
pewny, niczego nie szukał na oślep, przechodził przez pachnące
nakrochmalonymi obrusami jadalnie, mijał komorę, w której od nie
wiadomo kiedy zamknięty był starzyk Schkryfani, szedł przez pełne
niejasnych zarysów sypialnie, przez zrujnowane przedwojenne salony, przez
czekające, aż na środku wyszorowanych delin stanie trumna kolejnego
domownika, świetlice; szedł przez pokoje kawalerów i pokoje panien
i docierał do ostatniej izby, i otwierał stojący pod ścianą
czarno-złoty zegar, i kładł na jego dnie płynnie znikający tam
skoroszyt, i zapinał płaszcz, i przepadał w pełnej majaków
sieni.
Starka wnosiła do kuchni dzban parującego mleka,
na stole leżała zapomniana paczka cameli, ich niebieskawy dym unosił
się pod sufitem.
- Przeżyłeś? - po ukończeniu wszystkich
dziennych spraw na ogół miała dobry humor. - Przeżyłeś
jakoś? Nikt się nie dobijał? Nikogo nie było?
- Nikogo.
- Dobrze. Bardzo dobrze.
Jeden za drugim, a nawet równocześnie pojawiali się
wszyscy domownicy, zarumieniona chyba nie tylko od śpiewania pobożnych
pieśni Hermina, podochocony pan Naczelnik, zgrzany do nieprzytomności
stryj Ableger.
Przemarznięty do kości, ale pełen wigoru Jano,
przyszły szofer, a w dodatku muzyk, wjeżdżał na podwórze;
z lekkich, pomalowanych na niebiesko i pokrytych staniolowymi pająkami
sań wyskakiwał obładowany tobołami Kornel.
- Warszawskim! Tak jest! Warszawskim
przyjechałem! - wołał od drzwi. - Od paru dni mnie
nosiło! Nosiło mnie jak diabli! I w końcu mówię sobie: nie ma mowy,
wsiadam, jadę! I wsiadłem, i przyjechałem, i jestem!
I witał się ze wszystkimi, i ze wszystkimi
się ściskał, objąwszy zaś brata swego, natychmiast jął
mu coś szeptać do ucha. Stryj Ableger słuchał z najwyższym
zajęciem, potrząsał głową. - Całą drogę? W taką zimę? Ja
pierdolę! Szal? Wielbłądzia wełna? Futro? Szyfon? Nansuk? Dotąd
przecież tylko latem? Tylko latem! Czekał na dworcu?
- Co tam szepczecie? - przerywał im
pan Naczelnik. - Nie ma co szeptać! Kolejna panna... Kolejna
usiłująca samobójcze ochoty od siebie odegnać nieszczęśnica do
Fryca przybyła - żadna nowina. Dajcie Frycowi spokój! Drugiego
takiego listonosza ze świecą szukać...
- I drugiego takiego jasnowidza? - Starka Zuzanna
stawiała na ogniu gar pełen frankfurterek. - I drugiego takiego
uzdrowiciela? - Jawna prowokacja brzmiała w jej głosie.
- I drugiego takiego jasnowidza, i drugiego takiego
uzdrowiciela - powtarzał wolno i głucho pan Naczelnik.
- A gdzie - starka podnosiła głos - a gdzie
szukać drugiego takiego cudotwórcy? Gdzie go szukać? W Piśmie
Świętym, w domu obłąkanych czy może w...
Pan Naczelnik otwierał usta, aby odpowiedzieć,
a bardziej jeszcze zagłuszyć ostatnie, niechybnie dotkliwe dla
wyznawcy proroka słowo, ale pomoc nadchodziła z nieba, a dokładnie:
zza ściany; nagle rozlegał się tam zwierzęcy i nad wszystkim
górujący i wszystko tłumiący ryk starzyka Schkryfaniego. W milczeniu
siadaliśmy do stołu.
Paczka papierosów z narkotycznym wizerunkiem
dromadera, jak gdyby nigdy nic, leżała pomiędzy talerzami,
pan Naczelnik ściśle ponad nią sięgał po musztardę. - Do
Fryca kolejna owładnięta śmiertelną depresją nieszczęśnica
przybyła - żadna nowina. Ale to, że Jula Mrakówna zamierza
na święta przybyć do domu w towarzystwie pewnego zatwardziałego
katolika - to jest nowina! Dziewczyna z katolickim fundamentalistą
życie dzielić pragnie i wiliować na farę z nim przybywa! To jest
nowina! Pacjentki Fryca...
- Pacjentki? Zawsze była mowa o słuchaczkach -
mruknęła starka.
- Pacjentki Fryca - powtórzył z naciskiem pan
Naczelnik - uzdrawiane przezeń również - tak jest, Zuzko -
głoszeniem wykładów, pacjentki tedy, a też słuchaczki, a nawet
można powiedzieć: studentki! Tak jest: studentki Fryca - będą mu
wybaczone. Zwłaszcza jak je wyleczy...
- Na zbyt rozległe wybaczanie ani się nie
zanosi, ani nigdy nie zanosiło. Studia studentkom jakoś nie idą...
O wyleczonych głucho... Sam nieraz o tym bałamucisz...
- Mnie się zdaje, że ja o bałamuctwach
Pana Boga, nie Fryca, wspominam. Może zresztą to jest jedno i to
samo...
- Pan Moitschek opracował i stosuje długi
i w specjalną stronę biegnący tor edukacji... - próbował
z nagłym i nieco sztucznym ożywieniem wtrącić stryj Ableger, ale
jedno spojrzenie starki - nie trzeba dodawać: wyraźnie ostrzegające
przed pogarszaniem beznadziejnej sytuacji - starczyło. Starczyło
i nie starczyło.
- Oświadczam ci, żono moja - pan Naczelnik
nagle nabzdyczył się, napuszył, rozindorzył, spurpurowiał -
oświadczam ci uroczyście: jadowiciejesz na stare lata. Nie jest
to wielki problem, prawie każdy jadowicieje; rzecz nie w samej
jadowitości, a w sztuce jej skrywania...
- Są sytuacje - starka omiotła męża ciężkim
wzrokiem - w których nie mogę się powstrzymać.
- Rozumiem cię, Zuzko, ale oboje wiemy: ćwiczenia
są drogą żywota.
- Ja wiem, co do ciebie pewności nie ma.
- Powściąganie rozmaitych przywar całe
życie ćwiczę, choć akurat kąśliwości najmniej... Jak można
powściągać coś, czego się praktycznie nie ma? Ale zostawmy to,
na razie zostawmy, bo się pogubimy. Tak czy inaczej, pacjentki czy
inne uczennice Fryca będą mu wybaczone. Pastor natomiast - pomimo
wzmożenia domowej tragedii - ani myśli o wybaczeniu, ani myśli
iść na ustępstwa. - Po moim trupie! - powiada. - Po moim
trupie! A oni: Ojcze czcigodny, nasza miłość wszelkie przeszkody
pokona! - Znam sprawę co do joty, bo przecież - jak się
domyślacie - poczta aż huczy, aż dym i żar idzie od naszego
nowiutkiego dalekopisu! Skąd! Listów nikt nie otwiera! Fryc owszem, ma
dar czytania pisma skrytego w kopercie i złożonego bądź ile razy,
ale nie czyni z tego użytku - surowo przykazałem... Z całą
służbową surowością przykazałem... Chyba że zło, chyba że
wielkie zło wyrządzone by być miało, zbrodnia popełniona... O tym
Fryc i tak skądinąd by wiedział...
- Jak tyle wie, niech raz coś powie -
w głosie starki, rzadkość sama w sobie, pełnego przekonania nie
było - bestialstwo dawno popełnione, a ten ani dudu... Ile czasu
przeszło? Trzy lata z okładem! Najlepszy dowód - jakby żyła,
dawno by wróciła...
- Fryc powie, jak godzina wybije. Co to jest trzy
lata? Przecież wiesz... Już wiesz... Już niestety, Zuzko, oboje wiemy,
jak to jest mało, jak to nic nie jest.
- Dla tej, co jej nie ma, może to być
wieczność. Dla tego, co podobno wie, wystarczająco długo, by wreszcie
parę puścił.
- Może nie mówi, bo wszystkiego jeszcze nie
wie i na uzupełnienie danych czeka, a może wie, ale nie mówi,
bo jeszcze nie pora, bo coś go powstrzymuje...
- Coś albo ktoś...
- Diabeł? Ciągle diabeł? Na okrągło
diabeł? Kto co diabeł? Kogo czego diabeł? Komu czemu diabeł? A może
nie diabeł? Może ktoś inny? Może ktoś z przeciwnego bieguna? Może
nie Książę Ciemności, a Król Jasności? Może nie diabeł, a Pan
Bóg? W sumie czemu nie? Może zaginięcie Oli to był, to jest jakiś
szczególny plan Boży, który w odpowiedniej chwili odsłonięty
zostanie? Może Frycowi, może temu i owemu? Ja nie jestem od takich
przypuszczeń, ale czemu od ciebie ich nie słyszę?
- Pan Bóg takich rzeczy nie robi.
- Pan Bóg nie takie rzeczy robi.
- Nie bluźnij, błaźnie błazeński!
- Zobaczymy. - Pan Naczelnik kunszt puszczania
pewnych rzeczy mimo uszu miał opanowany do perfekcji. - Na razie
żadnych śladów, żadnych przesłanek, a raczej multum śladów
i multum przesłanek, tyle że daremnych: żadne tropy, żadne
śledztwa i żadne poszukiwania nic nie dały. Ile razy milicja,
ile razy sami Pastorostwo, ile razy kto żyw: mężczyźni, kobiety,
dziecka, starzykowie całą Sigłę przeczesali? A my sami? Ile
razy wszyscy, jak tu siedzimy, szliśmy w tyralierze? Od stacji do
cmentarza i od Kamienistego do Jaworznika? Milimetra kwadratowego nie
przepuszczając? I co? Znasz przecież odpowiedź! I nic! I bagna
zbadane, i wszystkie studnie, i wszystkie strumienie
przepatrzone! Każdy kamień w rzece, każda głębina, każda
wierzbina... Ani śladu... A też żadna ze stu, a może dwustu na
samą litą prawdę wyglądających opowieści o losach zaginionej się
nie potwierdziła.
- Twoim zdaniem to lepiej?
- Lepiej, bo znaczy, że Ola przebiegle uciekła
i dobrze się skryła. Może nawet gdzieś w świecie.
- Gorzej, bo znaczy, że przebiegle porwana
i dobrze skryta. Może nawet w pobliżu. Niby pobliże przeszukane,
a może nie dość przeszukane? Poza tym od kiedy ucieczka z domu
lepsza od porwania? Skąd to wiadomo?
- A stąd, że w takim wypadku nikt jej nie
zagraża, sama o ryzykownym, bo ryzykownym, ale sama o swym losie
decyduje.
- Sama sobie zagraża, a jak człowiek sam sobie
zagraża - nie ma gorzej... No, chyba że - jak przystało osobie
szczerej i pozbawionej jakichkolwiek predyspozycji do komedianctw,
wszelkie próby tonacji kabotyńskich wychodziły starce licho -
chyba że do pewnego sławnego pogromcy samobójczyń po pomoc się
zwróci...
- Wierzysz w zbrodnię?
- Wierzę w Pana Boga i wiem, że zapomniany przez
niego zwyrodnialec, pół człowiek, pół zwierzę, więzi Olę, a może
jej trupa; śmieje się w głos i zawodzi na całą dolinę; wszyscy
przecież, jak tu siedzimy, słyszeliśmy ten upiorny ni to płacz, ni
to rechot; starzykowe przy tym wrzaski - starka wyciągnęła rękę
w kierunku wiadomej izby - to jest kwilenie niemowlęcia! Cała Sigła
słyszała! Ze wszystkimi, najbardziej z Pastorostwem, ale i z nami
potwór bawi się w ciuciubabkę, i na dodatek urągliwe, racicą
nagryzmolone pisma wystosowuje! Ola listy z Monte Carlo czy znad Bajkału
pisze! W Wenezueli wylądowała! Za sławnego latynoskiego piłkarza
za mąż wyszła! Tłumy na stadionach jej imię wykrzykują! Aż tu
wiwatowanie dochodzi! Słyszycie? Posłuchajcie!
Ciarki przeszły nam po plecach, cisza nastała
i w tej ciszy po chwili jakby daleki gwar ludzkich głosów, a może
szum morza jął się rozlegać; zamarznięty, ogromny jak obłok pszczeli
rój budził się do życia, potem znów cicho; diabelski chichot nad
groniami byłby teraz wysoce na miejscu, rozległ się jednak, o wiele
niż przed chwilą chybotliwszy, głos pana Naczelnika:
- Kilka czy kilkanaście ekstrawaganckich listów
jakiegoś popaprańca nic nie znaczy...
- Jakiegoś?
- Jakiegoś! Jakiegoś! Jak wiadomo, o kogo chodzi,
to go zamknąć, i już! Jakoś go nie zamykają.
- Bo to nie on. Kilkadziesiąt czy nawet
kilkaset jego listów nic nie znaczy, ale kilka czy nawet jeden list
kogoś królującego nad czeluściami znaczy wiele... Ostatnio znów
przychodzą... Monstrum znów pisze...
- Kilkaset się uzbierało?
- Parędziesiąt nieważnych i parę ważnych,
w sumie koło setki, a może nawet więcej. Pastorowa mówi, że jak
wszystkie zebrać, grubą książkę utworzą.
- Książkę? Niemożliwe. W książkach
jest co innego... Tak czy tak, teraz mamy do czynienia z inną
okolicznością.
- Teraz są ślady? Dowody? Przesłanki?
- Na Boga, Zuzko! Powtarzam: Teraz jest inna,
całkowicie inna sytuacja! Poważna, może nawet niezmiernie trudna, ale
nie tragiczna! Jula, w przeciwieństwie do swej siostry, nie przepadła
bez wieści! Na odwrót! Do domu wraca! A że nie sama...
- Jak wiary się wyrzeknie - lepiej, żeby na
wieki przepadła.
- Obie córki ksiądz ma stracić? Tego mu
życzysz?
- Życzę mu, żeby pierwsza wróciła, a druga nie
odeszła... I żeby wiary ani jedna, ani druga się nie wyrzekła, a jak
któraś się wyrzekła, by czym prędzej łaskę Pana odzyskała.
- Osobna kwestia.
- Nie osobna. Pierwsza. Kto zabiera wiarę, lepiej,
żeby życie zabrał.
- Nie szafujmy życiem. Nie szafujmy cudzym życiem,
bo nasze niepewne.
- Wiara pewna.
- Twoja pewna, moja nie... Zuza, ty serio uważasz,
że jakby Ola gdzieś w świecie wiarę utraciła, to lepiej, żeby
nie wracała?
- Gdzieś w świecie, a może gdzieś
w pobliżu... Niech wraca i niech Boga za to, że zwątpiła,
o wybaczenie prosi.
- A z drugą co? Co ksiądz Mrak ma w zaistniałej
sytuacji zrobić? Ukamienować katolika?
- Wystarczy przegnać. Wystarczy precz
przegnać.
- Zobaczymy, co się będzie działo -
pan Naczelnik najwyraźniej nie chciał dalszych sporów -
zobaczymy. W tym sensie lepiej, że to i owo wiadomo... Wracając do
rzeczy... Dalekopisy... Jeszcze raz podkreślam: dalekopisy i depesze
z natury rzeczy jawnie przychodzą, toteż rzeczy absolutnie pewne
mówię, o niektórych zresztą od dawna cała Sigła huczy...
- Sigła faktycznie huczy - rozległ się
niski i bardzo, nie tylko przez dyrygentkę Kasperlikównę, ale
i przez samego pana organistę Somnambulmeistra, chwalony głos
Herminy. - Sigła faktycznie huczy, ale za bardzo. Ludzie więcej,
niż powinni, huczą i więcej, niż powinni, wiedzą. Dużo za dużo
niż może z najobfitszych nawet przecieków przeciekać. Ktoś paple
bez hamulców? Czy jak? Skąd na przykład wiadomo, że ksiądz własnym
trupem straszy? Bo to, że młodych gromi i przegania, każde dziecko
wie, ale ludzie całe zdania przytaczają i nie są to żadne wymysły,
ale proboszczowe słowa jakby żywcem z kazań wzięte...
- Znalazła się stylistka! Urodzona badaczka
frazy! Daruj, córo! Daruj i słuchaj: Otóż po pierwsze - pan
Naczelnik nie krył zniecierpliwienia - wszystko wiadomo z depesz,
które ksiądz osobiście do Warszawy wysyła, po drugie: Jula obficie
listy ojca cytuje.
- W telegramach? W telegramach listy
cytuje? Obficie?
- A żebyś wiedziała! A żebyście
wiedzieli! W telegramach cytuje! W dalekopisach przytacza! Obficie! Tak
jest! Szczodrze! - ryknął pan Naczelnik. - Poza tym są
ważniejsze sprawy! Stokroć ważniejsze! Istnieje wiedza tysiąckroć
ważniejsza od swych źródeł! Owszem choćby i taka, że duchowa osoba
na własnego trupa musi się powoływać! A może i na własne życie
porywać! Owszem: czysta retoryka! Owszem, pomiędzy moim
trupem a moją śmiercią daleka
droga! Daleka, ale jest! Choćby i taka! Wiedza nie wiadomo skąd,
może tylko z przenośni, tylko z wzniosłych słów pochodząca, ale
kluczowa! Ciało stało się słowem! Ciało stało się trupem! Trup
stał się słowem! nie ma większej rzeczy! Nie ma dokładniejszego
rozwiązania zagadki! Jakem przyszłym trupem! Jakem przyszłym
słowem! Jak pomiędzy wami siedzę - moi przyszli trupowie!
- Wstydziłbyś się - szepnęła starka.
- Nic nie słyszałem! Nic nie widziałem! -
Pan Naczelnik w obronnym i uspokajającym geście unosił
dłonie. - Niczego nie czytałem! Mowy nie ma! Wracam do sporu Oli
z ojcem! Wymianę racji dalej przytaczam! Natychmiast dalszą wymianę
racji przytaczam! - niemal krzyczał, popadnięcie w żenujący
falset wisiało w powietrzu, na domiar żenady za pazuchę sięgnął
i wszystkim się zdawało, że wiadomą, na czworo złożoną kartkę
wyjmie i in extenso list czytać zacznie, ale nie,
ręka pusta, ton podniesiony, ale utrzymany, bez wstydu się obeszło;
wszystko się udało, wręcz wirtuozersko wypadło; bez chwili przerwy
choćby na oddech nastąpił powrót do przytaczania, cytaty same
z głowy jechały.
- Ksiądz Mrak ani myśli iść na
ustępstwa! Pomimo wzmożenia tragedii domowej ani myśli... Po moim
trupie! - Owszem, tak! - Po moim trupie! - odpisuje! Po
moim trupie! - Nasza miłość - odpowiada Jula - wszystko
pokona. Wszystko pokona, choć - zrozum nas, księże ojcze -
z czasem. Czasu potrzebujemy. I wyrozumienia. Obecnie albowiem podziać
się gdzie nie mamy, oboje nas za nieobyczajność z domów akademickich
i ze studiów usunięto, co jest osobna krzywda, niczego poza tym,
że w dzień i w nocy pragniemy być razem, nie chcemy i niczego
zabronionego nie czynimy, wręcz przysięgliśmy sobie z Grzegorzem
czystość do nocy poślubnej, o to mniejsza... Chwilowo u mojej
przyjaciółki mieszkamy, ona wszakże sama na krawędzi wegetuje,
pomocy znacznie bardziej oczekuje, niż dać może; wiemy, że dla
księdza ojca to trudne, usilnie jednak prosimy, by pod dach parafii
choć na pewien czas...
- Słuchać tego nie idzie! Paszoł won! Paszoł
won, bezbożniku!
- Tak jest! Odmeldowuję się! - pan Naczelnik
odpowiedział z równie absurdalną, co machinalną służbistością,
jednakże opowieści w listach czy - niech będzie - telegramach
nie tylko nie przerywał, ale dalej snuł ją bez najmniejszych
zakłóceń, dopiero po dobrej chwili jakby się ocknął i jakby
zarazem zupełny bezwład jął go ogarniać.
- Zuza, weź mnie zabij - wycharczał. -
Błagam cię! Zabij mnie! Zabij mnie na miejscu! Błagam! Poczęstuj
mnie ołowiem! A jak nie masz pod ręką, to czymkolwiek! Zabij mnie,
miłości moja, ale nie wyganiaj! I sama nie odchodź! Nie przegnasz
mnie? I nie zostawisz? Prawda? Pozwól tedy, że od ręki - ni to
chrząknięcie, ni to stłumiony chichot zakłócił tok przemowy -
pozwól tedy, że - tak jest - od ręki! - wdzięczność
okażę!
Pan Naczelnik z niejakim trudem wstał i jął
wpierw powoli, potem coraz bezlitośniej zbliżać się ku starce;
ona przez kilka sekund milczała i spoglądała nań równie
błagalnym, co przerażonym wzrokiem. Przecież nie zrobi tej
najstraszniejszej, najplugawszej i wielokroć mu zakazywanej rzeczy
w świecie! Znowu? Dawno nic, a teraz coś? Znowu? Nie! Może zrobić
wszystko, ale tego nie śmie! Nie! Nie! Nie!
On jednak był już bardzo blisko, minę miał wielce
wymowną; powoli odwracaliśmy głowy, jeszcze trochę udawaliśmy, że
nie patrzymy, ale zaraz się zacznie niepatrzenie w sensie ścisłym,
zaraz się zacznie nie na ludzkie nerwy widowisko. Pan Naczelnik -
konsekwentnie i z okrutną flegmatycznością dusiciela, który wie, że
zagnana w ślepy kąt i ze strachu całkowicie sparaliżowana ptaszyna
żadnym sposobem mu nie ujdzie - szykował się do rozstrzygającego
skoku. Nikt już na to, co się dzieje przy kuchennym piecu, nawet kątem
oka nie spozierał, głowy spuszczone, uszy po sobie, swoją drogą
ewakuacja władz poznawczych równie instynktowna, co zbyteczna - znane
rzeczy się tam działy. Ona broniła się wściekle, on usiłował jej
dłoń pocałować.
Cios był starannie, przebiegle i celnie
wymierzony. Chwyt definitywny, rzadko stosowany, ale jeśli już,
to w pewnym sensie śmiertelny. W każdym razie - jakkolwiek to
brzmi - kończący sprawę.
Wiadomo było powszechnie, że każda próba
pocałowania starki Zuzanny w rękę doprowadza ją do spazmatycznej
histerii połączonej z chorobliwym śmiechem i rozpaczliwą gdzie
pieprz rośnie ucieczką. Gdy ktokolwiek, choćby jeden z zachwyconych
pięknem naszych stron przybyszów, usiłował wstępnie, a nawet
dalece przed-wstępnie głowę ku dłoni pani Naczelnikowej schylić,
gdy ten najprostszy w świecie gest, ledwo zamarkowany zostawał -
natychmiast zaczynała się apokalipsa.
- Ale! Ale! Ale! - krzyczała wniebogłosy
starka i chowała dłoń i całą rękę za plecy, najpierw jedną,
potem obie i w tej osobliwej - jakby po skuciu kajdankami albo
wręcz po amputacji ramion - pozie rzucała się do panicznego biegu
dookoła pieca, a niekiedy w głąb domu. - Ale! Ale! Proszę
nie próbować! Nie waż się, człowieku! Co to? Co to? Ani się
waż! Nie! Nie! Ale! Ale!
Osłupiali przybysze stali z rozdziawionymi gębami:
o co chodzi? Chcieli się po ludzku przywitać, a wygląda, jakby
panią domu ciężko znieważyli? Chcieli dwornie dłoń ustami musnąć,
a wygląda, jakby nie wiadomo jak bezceremonialny gest wykonali? Chcieli
z galanterią się zachować, a wygląda, jakby próby gwałtu się
dopuścili?
Szok i pomieszanie pogłębiała okoliczność,
że nikt z domowników nie kwapił się z jakimiś wyjaśnieniami,
nie wiedzieliśmy zresztą i do dziś - ani żywi, ani martwi -
nie wiemy, jakie by to miały być wyjaśnienia. Erotyczne? Niby że na
starczynej dłoni był jakiś punkt, który za dotknięciem, a może za
samym zbliżeniem męskich ust nieodpowiedzialne stany ciała i ducha
wywoływał? Klasowe? Niby że starka z całą pierwotną siłą swej
chłopskiej duszy odżegnywała się od brzydzących ją arystokratycznych
manier? Moralne? Niby że całowanie w ogóle, a całowanie w rękę
szczególnie wszelakim zepsuciem zalatywało? Psychiczne? Niby że
istniał taki zestaw gestów - pochylenie głowy, wyciągnięcie
dłoni, wysunięcie warg - które synchronicznie w jej pobliżu
wykonane - histerię i paranoję w niej uruchomiały? Wszystko
naraz? Inne jeszcze jakieś wyjaśnienia w grę wchodziły? Nie mieliśmy
pojęcia, a nawet jakbyśmy mieli jakieś wytłumaczenia, i tak
siedzielibyśmy po cichu. Nawet pan Naczelnik, który prawdopodobnie
coś wiedział, który z pewnością znał jakąś arche-przyczynę,
nie poczuwał się do choćby minimalnego usprawiedliwiania żoninych
ekstrawagancji, w najlepszym wypadku śmiech powściągał, a i to
nie bardzo, nieraz do łez się zarykiwał.
Starka po pewnym czasie dochodziła do siebie,
odzyskiwała równowagę, częstowała herbatą i kołaczem, niby
wszystko wracało do normy, ale przecież raz po raz na napastnika -
jakby sprawdzała, czy atak niepoczytalności minął mu zupełnie -
spode łba spoglądała. Fatalny i sponiewierany - wciąż całkowicie
dlań nieczytelnym epizodem - przybysz był z kolei pewien, że
nawrót jej szaleństwa może nastąpić w każdej chwili, siedział
za stołem jak trusia, skracał wizytę, wrzątek pił duszkiem, parł,
by natychmiast ruszać w drogę, a jak przychodziło do pożegnań -
kłaniał się starce z daleka. Z daleka? Z jak najdalsza.
Kiedy? W jakim okresie historycznym? W jakich
okolicznościach społecznych i w jakiej sytuacji rodzinnej pan
Naczelnik po raz pierwszy postanowił obsesyjną słabiznę starki
wykorzystać? Przed wojną? Po powrocie z Węgier? Po wojnie? Za
Stalina? Niedługo po jego rzekomej śmierci? Krótko przed
prawdziwą? Nie później. Komedia z elementami dławiącej
perwersji, a może nawet czystej pornografii, wystawiana
była rzadko, ale trwała od Księgi Wygnania, a może nawet
Genezis. Umrą. Umrą. Umrą. Cmokanie - jeśli można tak
powiedzieć - starki w mankiet było dobre i ostre, a wszystko co
wcześniej, czyli doprowadzanie jej do bezbronności - jeszcze lepsze
i jeszcze ostrzejsze.
Wszczynane przez pana Naczelnika pohańbienia
żoninej dłoni szły znacznie dalej niż w przypadku zachwyconych
naszymi stronami przybyszów czy innych gości ze świata. Oni tylko
próbowali - on całował w sensu largo, a nawet szczodrzej. Oni -
na Boga! - mogli nie wiedzieć! Dopuszczali się strasznego wybryku,
ale w nieświadomości! On działał ze starannie przemyślaną
premedytacją i brał, bo musiał brać, pod uwagę dalekosiężne
konsekwencje. Zdawał sobie przecież sprawę, że napad ze strony
domownika stokroć krwawszy od ataku obcego, że zdrada zaufanego
najgorsza, że gwałt męża na żonie najmakabryczniejszy
z możliwych.
Na szczęście - powtórzmy - pan Naczelnik
po ostateczny oręż pocałunku na dłoni małżonki sięgał rzadko
i wyjątkowo. To prawda: ze śmiechem, ale też z - nie śmiech,
a swoistą grozę wzmagającą - wprawą oprawcy. Wpierw odcinał
drogę ucieczki, potem osaczał w dogodnym miejscu, najczęściej
w kącie pomiędzy piecem a zlewem (pomiędzy - nazwijmy rzeczy po
imieniu - żywiołem ognia a żywiołem wody) i choć od starki -
jak prawie wszyscy siglańscy mężowie od swych żon - był słabszy
fizycznie, nacierał śmiało, dobrze wiedział, że sama świadomość
tego, co nastąpi, działa na nią jak gaz obezwładniający.
Tym razem jednak nie wszystko poszło harmonijnie -
zbyt był pewny siebie, wymknęła mu się przy pierwszym podejściu,
ale nie uciekała w głąb domu, inny rytuał czy inną dyscyplinę
wybrała, bieg mianowicie dokoła pieca, a raczej wzdłuż pieca,
tam i z powrotem wzdłuż trzech boków. Raz, dwa - trzy już
nie. Błyskawicznie nadrobił straty, doścignął ją łatwo, objął
w pasie, obezwładnił, założył pojedynczego nelsona; z lodowatą
konsekwencją dążącego do celu i forsującego ostatnie przeszkody
szturmowca obnażył, a raczej trzeba powiedzieć: żarłocznym
spojrzeniem oświetlił najczulsze miejsce i na dobrą, a nawet na
bardzo dobrą chwilę przytknął do niego usta. Mieliśmy odwrócone
głowy, ale znaliśmy bieg rzeczy: ona niczym ścięta piwonia wiotczała
w jego ramionach, uchodziła z niej dusza i zastygała w niej krew,
słyszeliśmy ich oddechy i łomot ich serc; potem długo nieznikający
rumieniec, zadyszka i falujący biust starki dowodnie świadczyły
o sile i konsekwencjach starcia. Stało się coś więcej? A nawet
dużo więcej? Wystarczająco wiele pieczęci jest w skoroszycie. Pan
Naczelnik w poczuciu słusznej chwały, ale i - z lekka nie na
miejscu - sytości wracał do stołu.
- Na czym to ja skończyłem?
- Usilnie prosimy, by pod dach parafii... -
Kornel był blady jak papier, ale żadnej zagadki w jego bladości
nie było, wszyscy wiedzieli wszystko; szczerze mówiąc, jak na
perypetię, która zachodziła - powinien być bledszy, a nawet
znacznie bledszy.
- Tak jest. - Pan Naczelnik westchnął
głęboko, czuło się jego odzyskaną formę i euforyczny nastrój;
dopiero teraz na długą i barwną, na jeszcze dłuższą i jeszcze
barwniejszą historię się zanosiło. - Tak jest. Usilnie prosimy,
by pod dach parafii albo Domu Zborowego nas przyjąć. - Na mieszkanie
w Domu Zborowym ewentualną zgodę daje Rada Parafialna - odpowiada
Pastor - i wam takiej zgody najwyższe to ciało za nic nie
da. Natomiast na parafii zamieszkacie, ale po moim trupie, po trupie
twojej matki i, jeśli żyje - po trupie twojej siostry. A jeśli
nie żyje - po jej zmartwychwstaniu. Wrócić możesz, ale sama,
przegoniwszy precz papistę! I nie tylko papistę, ale i, jak
widzę, gołodupca, co snadź elementarnym ziemskim sprawom sprostać
nie umie. Rozstań się z nim, wróć do domu, mnie i Boga proś
o wybaczenie. Przegoń szatana! - Grzegorz, czcigodny ojcze, nie
jest hołyszem, sama długość - słuchaj córko! - pan Naczelnik
wymownie spojrzał na Herminę - słuchaj ludu! - po nas wszystkich
powiódł tryumfalnym okiem - sama długość i obfitość moich
depesz świadczy, że jakiś grosz mamy, a raczej mieliśmy... Człowiek,
którego kocham, pochodzi z niezwykle zamożnej rodziny fabrykantów
bawełny, niestety za miłość do luteranki wyklęty został przez swą
ultrakatolicką rodzinę; namawiam go, żeby na naszą wiarę przeszedł,
ale on mówi, że po jego trupie; kocha mnie, jednak ani z powodu
uczucia, ani z powodu klątwy tych, co żyją - wiary przodków się
nie wyrzeknie. - Grzegorz? - Pastor na to - Grzegorz? Ciekawem
który? Nawet imię po papieżu mu dali! Szkoda, że nie Pius! Jak już
mam mieć za zięcia papieskiego syna, to Pius byłby wyrazistszy! I jacy
zamożni fabrykanci bawełny? Przecież wszystkie fabryki władza ludowa
upaństwowiła? Kłamstwo na kłamstwie! Jacy zamożni i ultrakatoliccy
fabrykanci bawełny? Gdzie ich tkalnie stoją? - Ach, tatusiu,
w Edynburgu! Większość familii wyemigrowała, ale i ci, co zostali
w kraju, radzą sobie dzielnie. Z wojskiem interesy robią, wielu
do partii należy - poza tym jednak, poza tym, że mają dryg do
pieniędzy, niczym, naprawdę niczym się od nas nie różnią. Wszystko
opowiemy, jak się zobaczymy. - Nie zobaczymy się. Nie na waszych
warunkach! - Niestety, kochany tatusiu, nie mamy wyjścia, najpóźniej
w Wigilię przyjeżdżamy z całym naszym obecnie - nie ma co
ukrywać - ubożuchnym dobytkiem; być może i z naszą wegetującą
na krawędzi przyjaciółką, miej ojcze nad nami miłosierdzie takie,
jakie my dla niej mamy, jeśli nas nie wpuścisz, będziemy do skutku
albo i do śmierci wpierw stać, a potem biwakować pod drzwiami
parafii.
Ciąg dalszy w wersji pełnej