Od autora
Od autora
"Ordery mam dla żołnierzy, a dla szpiegów tylko złoto" - mawiał Napoleon
Bonaparte, co doskonale ilustruje ówczesną opinię o pracownikach
wywiadu. Działalność szpiegowską przez wiele stuleci uważano za
niehonorowy sposób prowadzenia wojny. Nie bez powodu schwytanych
wywiadowców przeciwnika z reguły karano śmiercią, często bardzo okrutną.
Szpiegostwo towarzyszyło jednak ludzkości od zarania dziejów. Już w czasach antycznych ogromną wagę przywiązywano do rozpoznania sił i zamiarów wroga, a piękny literacki opis takich działań możemy znaleźć w Iliadzie Homera, w której Odyseusz w przebraniu przekrada się za mury
Troi. Właściwie nikt nie wyobrażał sobie prowadzenia wojny bez działań
wywiadowczych, a skoro wywiad był może niezbyt chlubną, ale jednak
normą, to nieuchronną konsekwencją tego stanu rzeczy było pojawienie się
kontrwywiadu. I tak już miało pozostać.
Obiegowe i niepochlebne opinie na temat działań szpiegowskich zaczęły
się zmieniać dopiero wraz z rozkwitem literatury sensacyjnej. A gdy
literaturze w sukurs przyszła kinematografia, funkcjonariusze wywiadu
stali się bohaterami masowej wyobraźni. Ich losy intrygowały bez względu
na to, czy byli oni postaciami autentycznymi, czy też wytworami fantazji
autorów i scenarzystów. Czasami granice te ulegały zresztą zatarciu, w efekcie czego nieudolne działania wywiadowcze Margarethy Geertruidy
McLeod (lepiej znanej jako Mata Hari) urosły do rangi jednego z ważniejszych wydarzeń I wojny światowej, a postać tancerki do dzisiaj
fascynuje miliony ludzi.
Zachodni widzowie i czytelnicy w napięciu śledzili przygody bohaterów
powieści Iana Fleminga, Toma Clancy'ego czy Roberta Ludluma, nad Wisłą
zaś triumfy święcili szpiedzy działający na szkodę III Rzeszy. Hans
Kloss i Max Otto von Stirlitz osiągnęli status bohaterów kultowych, a widzowie nie zwracali uwagi na to, czyim interesom oni służyli.
Gdy w filmie Agent nr 1 werbowano Jerzego Iwanowa-Szajnowicza, z ekranu padły słowa, że zostanie wysłany na najtrudniejszy front. I jest
w tym dużo racji, bo życie agenta wywiadu z reguły było krótkie i kończyło się na szubienicy albo przed plutonem egzekucyjnym. A o szpiegowskich sukcesach opinia publiczna dowiadywała się niezwykle
rzadko, bo wywiady z reguły nie zdradzają swoich tajemnic. Nie bez
powodu wokół Krystyny Skarbek przez wiele lat panowało całkowite
milczenie, a postać pięknej hrabianki dopiero niedawno zaistniała w zbiorowej świadomości.
Książka, którą mają Państwo przed sobą, jest nieco inna niż moje
dotychczasowe publikacje. Z racji tematu więcej tu polityki. Ale nie
byłbym przecież sobą, gdybym pominął życie prywatne moich bohaterów.
Tam, gdzie było to możliwe i potrzebne, podaję szczegóły natury
osobistej. Podejrzewam, że czasami zaskoczą one Czytelników -
szczególnie mocno w przypadku Ryszarda Kuklińskiego. Bo choć życiorys
pułkownika jest Państwu dość dobrze znany, to pewne informacje na jego
temat mogą się okazać niespodzianką. I to chyba niemałą...
Dużo w tej książce znaków zapytania. Wywiad rządzi się bowiem swoimi
prawami i do wielu informacji nie udało mi się dotrzeć. Tam, gdzie było
to możliwe, uzupełniałem luki własnymi hipotezami, które niniejszym
oddaję pod osąd Czytelników.
Częściej niż kiedykolwiek dotąd korzystałem ze zbiorów Instytutu Pamięci
Narodowej. Myślę, że jest to zupełnie zrozumiałe z uwagi na poruszaną
tematykę. W archiwach IPN-u natrafiłem na nieprawdopodobne bogactwo
informacji obyczajowych, które znacząco urozmaiciły tę opowieść. Można
tylko żałować, że dokumenty dotyczące niektórych postaci nadal pozostają
w zbiorze tajnym i nie można z nich korzystać.
Z oczywistych względów nie zdecydowałem się ujawnić części nazwisk, choć
poznałem je, czytając akta IPN-u. Dotyczy to osób prywatnych,
szczególnie kobiet związanych z pułkownikiem Kuklińskim. Nie chciałem
ingerować w życie prywatne tych osób oraz ich rodzin, co zapewne
Czytelnicy zrozumieją.
Poza tym jak zwykle sięgałem do pamiętników, dzienników i wywiadów. Dużą
rolę odegrały również ówczesne źródła prasowe. Wprawdzie nacechowane są
charakterystyczną propagandą, ale znakomicie oddają realia epoki.
Książka nie bez powodu nosi tytuł Wielcy szpiedzy, przedstawiam bowiem
zarówno funkcjonariuszy służb specjalnych Polski Ludowej, jak i tych,
którzy działali w Polsce na rzecz obcych wywiadów. Aby urozmaicić zestaw
bohaterów, przedstawiłem najróżniejsze aspekty działań wywiadowczych.
Nie zabrakło tu zatem dyplomaty będącego rezydentem obcego wywiadu
(André Robineau), szpiegowskiego wtórnika działającego pod cudzym
nazwiskiem (Jerzy Kaczmarek), gangsterskiej afery z udziałem polskich
służb (operacja "Żelazo"), "nielegalnego" agenta realizującego zadania w habicie zakonu jezuitów (Tomasz Turowski) czy też szpiegowskiej elity w osobach Mariana Zacharskiego i Ryszarda Kuklińskiego. Nie odmówiłem
sobie przyjemności zaprezentowania największej mistyfikacji polskiego
wywiadu (Andrzej Czechowicz), a także z pewnym niesmakiem opowiedziałem
o człowieku, który z powodu wad charakteru stracił powszechną sympatię i szacunek (Jerzy Pawłowski). Przybliżam także jedyną udokumentowaną
egzekucję na szpiegu uciekinierze (Władysław Mróz) oraz postać Jerzego
Sumińskiego, którego ucieczka na Zachód wyrządziła być może więcej
szkody niż dezercja pułkownika Kuklińskiego. Pozostaje on jednak
postacią praktycznie nieznaną, nigdy nie był swojego rodzaju
szpiegowskim celebrytą jak Kukliński. Moja opowieść stanowi więc dość
urozmaicony i ciekawy przegląd metod działania agentów. Tym ciekawszy,
że również ich życie prywatne bardzo często odbiegało od utartych
stereotypów.
Jak zwykle nie oceniam moich bohaterów, nie próbuję ich też
usprawiedliwiać czy atakować. Niech podejmą się tego Czytelnicy,
albowiem moim zadaniem - jako historyka i autora - jest wyłącznie
zaprezentowanie zebranego materiału. Mam nadzieję, że udało mi się to
zrobić w sposób interesujący.
I na koniec jeszcze jedna refleksja. Przywykliśmy uważać, że Służba
Bezpieczeństwa, której część stanowił wywiad cywilny, to banda
degeneratów i półgłówków, którzy swoją przewagę zawdzięczali wyłącznie
terrorowi. Nie wdając się w szczegóły metod działania SB, warto
zauważyć, że szefowie i funkcjonariusze wywiadu nie byli nieudacznikami.
To ludzie znakomicie przygotowani do realizacji określonych zadań i wykonujący je na ogół w sposób profesjonalny. Inna rzecz, że w ostatecznym rozrachunku służyli sprawie komunizmu, a w konsekwencji -
interesom Kremla.
Sławomir Koper
Rozdział 1. Zamiast wstępu
Rozdział 1
Zamiast wstępu
Zapewne wszyscy widzowie filmu Jack Strong w reżyserii Władysława
Pasikowskiego zapamiętali jego pierwsze sceny - egzekucję Olega
Pieńkowskiego w piecu hutniczym. Pułkownik GRU (sowieckiego wywiadu
wojskowego), który współpracował z CIA, został uznany za zdrajcę, a szczególną furię na Kremlu wzbudziła waga informacji, jakie przekazał na
Zachód. To właśnie dzięki nim władze USA dowiedziały się prawdy o potencjale nuklearnym ZSRR i mogły prowadzić odważniejszą politykę.
Dlatego też podczas kryzysu kubańskiego w USA nie obawiano się wybuchu
III wojny światowej.
Niebezpieczna profesja
Niebezpieczna profesja
Pieńkowskiego aresztowano jesienią 1962 roku, osądzono podczas
pokazowego procesu w Moskwie i skazano na karę śmierci. Według
oficjalnych informacji został rozstrzelany, ale w kręgach wywiadowczych
krążyła opowieść o wrzuceniu agenta do pieca hutniczego. Niektórzy
twierdzili, że egzekucja była jeszcze bardziej okrutna, bo Pieńkowski
spłonął żywcem w piecu krematoryjnym, a jego śmierć sfilmowano dla celów
szkoleniowych.
"Kamera ukazuje w zbliżeniu twarz żywego człowieka - pisał Wiktor
Suworow. - Twarz zlaną potem. Gorąco przy piecu. Twarz filmowana jest ze
wszystkich stron bezgranicznie długo. Wreszcie kamera oddala się,
ukazując całą postać. Człowiek nie nosi fartucha. Jest ubrany w drogi
czarny garnitur, co prawda straszliwie wymięty. Krawat na szyi skręcony
jak sznur. Przywiązano go stalową linką do noszy, które oparto o ścianę
na tylnych uchwytach, tak aby mógł widzieć wlot pieca"1.
Wprawdzie aresztowanie szpiega zawsze uważano za mniejszy sukces niż
jego odwrócenie (zwerbowanie), to jednak w przypadku własnych
funkcjonariuszy sytuacja była inna. I jeśli tylko udało się ich
zatrzymać, z reguły stawali przed sądem, a wymierzona im kara musiała
być odstraszającym przykładem.
"I oto nosze płynnie ruszyły w stronę pieca. Drzwiczki pieca rozsunęły
się na boki, rzucając na podeszwy dawno nieczyszczonych lakierków snop
białego światła. Oto stopy zbliżają się do ognia. Człowiek stara się
zgiąć nogi, podkurczyć kolana, zwiększyć odstęp między stopami i szalejącym ogniem"2.
Wszystkie szczegóły pokazowej egzekucji były perfekcyjnie dopracowane i nic nie pozostawiono tu przypadkowi. Miał to być przerażający dowód na
potwierdzenie tezy, że zdrada zawsze zostanie ukarana. Dlatego film ten
pokazywano każdemu adeptowi służby wywiadowczej.
"Słyszę ten bezdźwięczny krzyk, który mógłby zrywać drzwi z zawiasów.
(...) Po prostu człowiek nie chce iść do pieca i stara się w jakiś sposób
dać temu wyraz. A jakże to wyrazić, jak nie krzykiem? No więc krzyczy.
Na szczęście ów krzyk nie został uwieczniony. Oto lakierowane buty
poszły w ogień. Poszły, niech to wszyscy diabli.
Ogień szaleje. Pewnie tłoczą tlen. Dwaj pierwsi palacze odskakują, dwaj
ostatni mocno popychają nosze w głąb. Drzwiczki paleniska zamykają się i ucicha terkot aparatu projekcyjnego"3.
Prawda i legenda o szpiegowskiej robocie
Prawda i legenda
o szpiegowskiej robocie
Wbrew powszechnym wyobrażeniom służba funkcjonariuszy wywiadu wcale nie
przypominała filmów o Jamesie Bondzie. Nie spędzali oni czasu w eleganckich lokalach w towarzystwie pięknych kobiet, nie wydawali dużych
sum na swoje utrzymanie. Ich zadaniem było jak najlepsze wtopienie się w otoczenie, co oznaczało rezygnację z wszelkiego rodzaju ekstrawagancji.
Dotyczyło to zresztą nie tylko agentów przebywających za granicą, bo
funkcjonariusze wywiadu również we własnym kraju pozostawali pod stałą
obserwacją.
"Wbrew obiegowej opinii na temat esbeków mocno pilnowano "resortowej
moralności" - twierdzi dziennikarz śledczy Cezary Gmyz. - Posiadanie
kochanki, publiczne upijanie się, rodzinne awantury - to nie były rzeczy
tolerowane i akceptowane. Oczywiście zdarzały się, jak wszędzie, ale
tego typu sytuacje były szybko wyłapywane przez tzw. zofkę (ZOF - Zarząd
Ochrony Funkcjonariuszy) i nieraz kończyły się wydaleniem ze służby albo
przesunięciem na inne, z reguły podrzędne stanowisko. Zwykłe przypadki
naruszania owego esbeckiego certyfikatu moralności były surowo tępione.
(...) Kiedy ktoś zaczynał za dużo pić albo obnosić się z kochanką, to po
prostu wylatywał ze służby"4.
Ważną rolę w werbowaniu kandydatów na etatowych oficerów wywiadu
odgrywał ich wygląd zewnętrzny, w rzeczywistości bowiem daleko odbiegał
on od opisów przedstawianych w literaturze sensacyjnej. Funkcjonariusz
wywiadu (lub kontrwywiadu) podczas wypełniania zleconego zadania wcale
nie nosił ciemnych okularów czy kapelusza nasuniętego na oczy, nie
stawiał również kołnierza płaszcza i nigdy nie trzymał rąk w kieszeniach. Zgodnie bowiem z podstawową zasadą branży miał pozostać
człowiekiem, na którego nikt nie zwraca większej uwagi. Nie mógł też
mieć żadnych znaków szczególnych, nie powinien wyróżniać się wzrostem
czy budową ciała, a jego twarz i sylwetka miały być trudne do
zapamiętania.
Kolejną legendą jest sprawa uzbrojenia agentów wywiadu. Wcale nie
dysponowali najnowszymi modelami broni osobistej, nie mówiąc już o specjalnych wynalazkach mających służyć do walki wręcz. Albowiem w pracy
szpiega najbardziej skuteczne są inteligencja i opanowanie.
"Niech tylko zdarzy się wam popełnić błąd - tłumaczono słuchaczom w szkole GRU - z miejsca kontrwywiad przeciwnika rzuci przeciwko wam
śmigłowce, gaz, psy, supernowoczesną technikę, sto samochodów, trzystu
zawodowych policjantów. Na nic nie zda się wtedy pistolecik. Stwarza
tylko złudne poczucie bezpieczeństwa. Pragniemy pozbawić was wszystkich
złudzeń. Możecie liczyć tylko na własną głowę, na własną
inteligencję"5.
Agenci wprawdzie często dostawali broń i przechodzili odpowiednie
szkolenie strzeleckie, ale traktowano to marginalnie. Efektowne pościgi
i strzelaniny są bowiem takim samym atrybutem literatury szpiegowskiej
jak czarne okulary czy elegancki garnitur.
To wszystko nie dotyczyło jednak informatorów i współpracowników
wywiadu. Jeżeli wcześniej przejawiali upodobanie do rozrywkowego trybu
życia, to po ich zwerbowaniu nadal miało tak pozostać - nie powinni
zmieniać swoich przyzwyczajeń. Idealnym tego przykładem jest jeden z bohaterów tej książki, Jerzy Pawłowski. Znakomity polski szablista w ciągu wielu lat nie zmienił swojego trybu życia; identycznie zachowywał
się zarówno jako współpracownik polskiego kontrwywiadu, jak i amerykański szpieg.
Od wielu lat nie zmieniały się też metody werbowania współpracowników.
Jak zwykle w cenie był szantaż - wykorzystywano różne ludzkie grzeszki.
"Każdy ma jakieś słabości - potwierdzał Czesław Kiszczak. - Mało jest
ludzi, których nie dałoby się zwerbować. Jeden lubi pieniądze, drugi
wódkę lub dziewczyny. Jedno pijaństwo, drugie pijaństwo, jedna rozmowa
przy wódce, druga rozmowa przy wódce, coś tam nieopatrznie powiedział,
to się dokumentuje..."6.
Najważniejszą rolę w szantażu odgrywały sprawy intymne, albowiem
potencjalni współpracownicy, a więc ludzie na odpowiednich stanowiskach,
z reguły byli mężczyznami żonatymi. Z wielu powodów nie chcieli rozbijać
swoich związków, co skrzętnie wykorzystywano przy werbunku.
"Przykładowo - kontynuował Kiszczak. - Żonaty mężczyzna. Boi się żony,
bo żona pochodzi z bogatej i wpływowej rodziny. Kariera jego jest oparta
na małżeństwie, bo teść jest znanym politykiem. Żona nie jest
najładniejsza, ożenił się dla kariery. Sam jest przystojniakiem. Na
ulicy spotyka dziewczyny jak marzenie. Podskoczył raz, drugi raz,
nadział się na agenturę, zainstalowano mu podsłuch, podgląd, sfilmowali
sceny miłosne, nagrali te jego wszystkie rozmowy... A jak jeszcze coś
brzydkiego o tej żonie powiedział... Pokazuje się delikwentowi zdjęcia,
taśmy... Mówi mu się: "Jesteś skończony, teść ma długie ręce""7.
Ze szpiegowskiej kuchni
Ze szpiegowskiej kuchni
Jednym z ulubionych motywów twórców filmów sensacyjnych jest zamiana
aktówek z dokumentami - miał to być najczęściej stosowany sposób
dostarczania zdobytych informacji do centrali. W rzeczywistości było
zupełnie inaczej.
"Błyskawiczne przekazanie materiałów - tłumaczył polski szpieg w Watykanie, Tomasz Turowski - czyli idzie się w tłumie i nagle przechodzi
obok kogoś i ociera się o niego - i materiał jest już przekazany (...).
Niekoniecznie do kieszeni. Tak się wkłada, żeby nikt tego nie zauważył.
Żadnego wymachiwania rękami, bo nawet najgłupsza obserwacja to wyłapie.
Zamiana obiektów, na przykład jednakowych teczek, też nie wchodzi w rachubę. To dobre w filmach akcji kategorii C. Bardzo dobrym miejscem
jest metro, gdzie jest tłok; podsunięcie skrawka papieru w ciągu ułamka
sekundy nie jest problemem"8.
Ten rodzaj łączności miał jednak pewne ograniczenia - wykluczał
przekazywanie większych ilości materiałów szpiegowskich. Do tego celu
wykorzystywano martwe skrzynki kontaktowe, czyli odpowiednio
spreparowane miejsca, w których można było złożyć materiały.
"To wybrane miejsce, w którym deponuje się materiał informacyjny -
wyjaśniał Turowski. - Kredą się zaznacza, że skrzynka zawiera materiał
do odebrania. Nazywa się "martwa", dlatego że nie ma tu czynnika
ludzkiego"9.
Do kraju zdobycze przerzucali specjalni kurierzy, a przesyłki miały
status poczty dyplomatycznej. Jednak podczas wojny wywiadów nieraz
zdarzyło się, że nawet poczta dyplomatyczna nie była wystarczającym
zabezpieczeniem. Dlatego też stosowano szczególne środki ostrożności.
"Kurier bagaż ma przypięty do ręki łańcuchem z ogniwami (...) i przez całą
drogę się z nim nie rozstaje - opowiadał Marian Zacharski. - W tej
"osobistej" walizeczce znajduje się ładunek, który - w razie otwarcia
jej przez osobę niepowołaną - spopieli całą zawartość. (...) Kurierzy
latają we dwójkę, na wypadek gdyby któremuś z nich przytrafiły się
kłopoty zdrowotne"10.
Z niewiadomych powodów powszechnie uważa się, że wywiad PRL-u był
zacofany w stosunku do służb innych państw. To nieprawda - w bloku
wschodnim istniał podział zadań wywiadowczych, a polskie służby w swojej
specjalności odnosiły znaczące sukcesy. Inna sprawa, że sukcesy te nie
były tak spektakularne jak osiągnięcia wywiadu sowieckiego czy
NRD-owskiego.
"W wywiadzie politycznym byliśmy zdecydowanie słabsi głównie dlatego, że
byliśmy za biedni - mówił Czesław Kiszczak. - Natomiast w wywiadzie
technologicznym (zwłaszcza elektroniczno-maszynowym, chemicznym i farmaceutycznym) byliśmy, jak sądzę, bardzo dobrzy. Do dziś powinny
znajdować się w MSW pisma z różnych ministerstw zamawiających różne
technologie i późniejsze podziękowania wraz z wyliczeniem, ile to zysków
przyniosło Polsce. To były dziesiątki, a nawet niekiedy setki milionów
dolarów rocznie"11.
Wykorzystywano najnowsze zdobycze techniki, a między służbami państw
komunistycznych funkcjonowała wymiana technologiczna. Świadczono
wzajemne usługi mające ułatwić współpracę - w laboratoriach "bratniego"
kraju nieraz realizowano specjalne zamówienia polskiego wywiadu.
Największe znaczenie miały badania nad rozwojem przekazu informacji i technik fotograficznych.
"Mieliśmy przystawkę - wspominał Turowski - która pozwalała na
zapamiętanie tysiąca grup, czyli pięciu tysięcy znaków, bo grupa
szyfrogramu składa się z pięciu znaków-cyfr. Żeby nadać informację i nie
pozwolić służbom pelengacyjnym przeciwnika na określenie miejsca
nadawania, sygnał musi iść błyskawicznie, przez ułamek sekundy. I powinien być nadawany z punktu przemieszczającego się szybko, czyli na
przykład z samochodu"12.
Meldunki nadawano, wkładając odpowiedni kabel do gniazdka zapalniczki
samochodowej i rozwijając antenę przypominającą zwykłą antenę radiową.
Przechwycenie takiej depeszy było praktycznie niemożliwe, bo emisja
trwała zbyt krótko, a jej źródło błyskawicznie zmieniało swoje
położenie.
Wiadomości zwrotne otrzymywano drogą radiową poprzez zaszyfrowane
komunikaty nadawane na odpowiednich częstotliwościach. Ze względów
bezpieczeństwa do ich odbioru używano standardowych odbiorników
radiowych normalnie dostępnych w sklepach.
Klasyczny szpiegowski atrybut, czyli miniaturowy aparat fotograficzny,
to urządzenie rzadko używane i raczej legendarne. Dobrej jakości zdjęcia
można było wykonać zwyczajnym aparatem (na przykład praktiką), pod
warunkiem że istniała możliwość zabrania ze sobą dokumentów. Normalny
aparat fotograficzny nie rzucał się w oczy i nie wzbudzał podejrzeń w przypadku rewizji. Ogromne znaczenie miał natomiast pewien wynalazek
naukowców z NRD.
"Niemcy stosowali go przy najważniejszych sprawach - relacjonował
Zacharski. - Był to film do kamery filmowej, dlatego można było na nim
robić około 1800 zdjęć. To był duży postęp, bo dotychczasowe aparaty
dawały nam szansę na 36-60 zdjęć. Klisza była umieszczana w oryginalnej
kasecie kupowanego filmu Agfa czy Kodak. Przygotowywano to tak, że
pozostawiano oryginalną taśmę, mniej więcej 1,5 metra na początku i na
końcu szpuli. Między te odcinki wklejano film specjalny, o dużej
rozdzielczości, odpowiedni do fotografowania dokumentów"13.
Nie rezygnowano również z metod stosowanych od dziesiątków lat. Szpiedzy
posługiwali się czasami nawet atramentem sympatycznym, jednak przy
przesyłaniu informacji za pomocą zwykłej poczty bardziej skuteczna
okazywała się nowsza technologia.
"Znajomość chemii w pracy operacyjnej, jeśli się przesyła meldunki, jest
niezbędna - potwierdzał Turowski. - To była głównie kwestia fotografii i ukrytego przesyłania informacji. Tzw. technika mikrokropki, mikropunktu.
Robi się zdjęcie mikrofilmowe, po czym przez obróbkę kliszy filmowej
zdejmuje się miękką część, która jest elementem nośnym obrazu, z podłoża
plastikowego, a potem z tego się formuje malusieńką kropkę i podkleja na
przykład pod znaczek na kopercie. Albo pod słowami: "Droga Ciociu,
pięknie tutaj, słońce świeci". I się wysyła"14.
Możliwości techniczne ówczesnego wywiadu były nadspodziewanie duże. W latach 70. Turowski kopiował watykańskie dokumenty za pomocą skanera (!)
ukrytego w brewiarzu. Wystarczyło, że przesunął go nad księgą, nie
musiał nawet wyjmować urządzenia na zewnątrz. Jedyny problem stanowiło
to, że skaner miał ograniczoną pojemność - mógł skopiować zaledwie kilka
dokumentów.
Działalność szpiegowska zawsze pozostawała domeną ludzi o stalowych
nerwach. Najgorsza była stała niepewność, bo w ten zawód od zawsze
wpisany był brak zaufania. I pod tym względem zapewne nic nie zmieniło
się do dziś.
"W służbach specjalnych niektórzy dowcipkują - ironizował Turowski - że
nigdy nie wiadomo, kto cię bije w zęby, czy to twój, żeby zobaczyć,
kiedy się złamiesz, czy to naprawdę wróg. Więc to szkolenie przygotowuje
na sytuacje właśnie tego typu"15.
Najdziwniejszy z uciekinierów
Najdziwniejszy z uciekinierów
Najwyższy rangą oficer wywiadu PRL-u, który zbiegł na Zachód, to
podpułkownik Michał Goleniewski, były zastępca dowódcy polskiego
kontrwywiadu i naczelnik Wydziału VI (wywiadu naukowo-technicznego)
Departamentu I MSW.
Dezercja Goleniewskiego wywołała w kraju konsternację, podpułkownik
uchodził bowiem za zaufanego człowieka KGB w strukturach polskiego
wywiadu. Był niezwykle inteligentny i ambitny, uważano go za oficera o dużych zdolnościach organizacyjnych. Nigdy też nie powątpiewano w jego
właściwą postawę ideową.
"Ambicją podpułkownika Goleniewskiego jest być zawsze widocznym i sprzedać jak najlepiej osiągnięcia zarówno własne, jak i Wydziału -
pisano w opinii służbowej. - Ponieważ jednostka nie zawsze jest
należycie znana i oceniana, należy to uznać za plus pomagający w robocie"16.
Współpracę z Amerykanami podjął na dwa lata przed ucieczką. Wówczas też
zaczął przekazywać na Zachód dokumenty polskiego wywiadu.
"W kwietniu 1958 roku w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Bernie
podrzucona została paczka listów i dokumentów - wspominał Jan
Nowak-Jeziorański. - Nieznany osobnik, występujący pod niemieckim
pseudonimem Heckenschütze [snajper - S.K.], przedstawiał się w załączonym liście jako wysoki funkcjonariusz polskiego wywiadu.
Dostarczone informacje dotyczyły sieci wywiadu sowieckiego i polskiego w Europie Zachodniej. Do anonimowego informatora odniesiono się z należytym sceptycyzmem"17.
Amerykanie dokładnie sprawdzili przesyłkę, wykonali nawet badania
papieru, na którym skopiowano dokumenty. Analizy potwierdziły polskie
pochodzenie nadawcy, co raczej wykluczało prowokację sowieckiego
wywiadu.
"Po starannym zbadaniu przekazanych informacji znaleziono ich
potwierdzenie - kontynuował Nowak-Jeziorański. - Pakiety podrzucane tą
metodą w ciągu następnych 33 miesięcy były już traktowane bardzo
poważnie"18.
Michał Goleniewski do końca 1960 roku przekazał 14 przesyłek. Wobec CIA
zachowywał jednak pełną anonimowość, a kwestia jego tożsamości stała się
przedmiotem dociekań Amerykanów. W pierwszych dniach 1961 roku przesłał
informację, że zamierza zbiec do Berlina Zachodniego. I faktycznie, 4
stycznia dotarł do amerykańskiego konsulatu w towarzystwie obywatelki
NRD, Irmgard Kampf.
Trudno jednoznacznie określić motywy decyzji Goleniewskiego. Z dużą dozą
prawdopodobieństwa można jednak podejrzewać, że decydującą rolę odegrało
jego nieudane życie rodzinne.
"Znałem go bardzo dobrze - mówił pułkownik Stefan Antosiewicz. - Dlatego
jestem głęboko przekonany, że do ucieczki skłoniło go nieszczęśliwe
małżeństwo. Żona - Rosjanka - była podczas wojny wywieziona na roboty do
Rzeszy. Tam poznała swojego pierwszego męża - Polaka. Mieli wspólnie
dziecko. Po wojnie osiedlili się w Nowym Tomyślu. Niestety, wkrótce
wskutek choroby zmarł jej pierwszy mąż. Po jego śmierci wyszła ponownie
za mąż, właśnie za Michała. Wspólnie wychowywali trójkę dzieci. Z biegiem czasu zaczęła popadać w chorobę nerwową. Prawdopodobnie
przyczyną były jakieś wojenne przeżycia, od których nie mogła się
uwolnić. Wiem, że Goleniewski bardzo to przeżywał. W końcu chyba nie
wytrzymał. Poznał młodszą od siebie Niemkę. Właśnie z nią
wyjechał"19.
Sytuacja rodzinna Goleniewskiego nie była tajemnicą dla jego
przełożonych, bo podpułkownik pisał o niej w swoich raportach.
Twierdził, że żona od sześciu lat cierpi na schizofrenię urojeniową, co
całkowicie zniszczyło ich życie rodzinne. Leczenie bowiem nie przynosiło
żadnych efektów.
"Za radą lekarza - pisał Goleniewski - już w trakcie mocno rozwiniętej
nerwicy spowodowanej przeżyciami osobistymi, półtora roku temu
wyprowadziłem się z domu - dokładniej wypędzony zostałem z domu poprzez
popędzaną urojeniami żonę i zamieszkałem wspólnie z matką, pozostawiając
na użytek rodziny mieszkanie wraz z umeblowaniem i całym gospodarstwem
domowym"20.
Żona zamierzała wraz z dziećmi wyjechać do Związku Radzieckiego,
zapowiadała też wystąpienie o rozwód i przywrócenie jej sowieckiego
obywatelstwa. Natomiast Goleniewski podczas służbowego pobytu w Berlinie
Wschodnim poznał 28-letnią Irmgard Kampf, z którą nawiązał romans. Miał
o swojej partnerce jak najlepszą opinię, o czym lojalnie meldował
przełożonym:
"Miła powierzchowność wiązała się u niej z pozytywnymi cechami
charakteru - kulturalne zachowanie się, skromność, szczerość,
przywiązanie do rodziny, gotowość pomocy, czystość, troskliwość i oszczędność. Twierdziła, że pochodzi z biednej, robotniczej rodziny -
mimo to jednak wychowana została dobrze (...). Nie taiłem przed nią, że
posiadam żonę, z którą nie żyję, co było dla niej na początku
kłopotliwe, nie zrezygnowała jednak ze znajomości. Było rzeczą
oczywistą, że IK jest jak najbardziej po ludzku zakochana"21.
Irmgard namawiała partnera do ucieczki na Zachód, twierdząc, że pod
rządami komunistów nie mają żadnej przyszłości. Goleniewski uległ jej
sugestiom, dezercja rozwiązywała bowiem jego problemy rodzinne, a dodatkowo liczył na to, że dobrze sprzeda swoją wiedzę Amerykanom.
Pobierał z kasy resortu coraz większe sumy, oficjalnie na potrzeby
częstych podróży służbowych, i wpłacał je dyskretnie na konto Irmgard.
Pieniądze te miały stanowić zabezpieczenie ich wspólnej przyszłości.
Funkcjonariusze niemieckiej Stasi przeoczyli ten proceder, chociaż
Irmgard zarabiała tylko 300 marek wschodnioniemieckich i nie mogła
zgromadzić tak dużych oszczędności. Nie zwrócono również uwagi, że ta
skromna pracownica sekretariatu berlińskiej szkoły średniej nosi
szwajcarską biżuterię, francuskie futro i ubrania renomowanych
brytyjskich marek. Wszystko to przysyłał jej ze swoich podróży
służbowych zakochany Goleniewski.
Podpułkownik starannie przygotował się do emigracji. Przekazywane przez
niego informacje okazały się niezwykle cenne, co gwarantowało mu azyl
polityczny i wygodne życie. Tuż przed ucieczką rozmieścił w kilku
skrytkach na terenie Warszawy dodatkowe klisze z fotokopiami dokumentów,
które CIA niebawem przetransportowała do USA. Następnie pobrał ostatnią
zaliczkę na służbowy wyjazd do Berlina (16 300 marek
zachodnioniemieckich oraz 300 dolarów) i zniknął razem z Irmgard.
"Carewicz Aleksy"
"Carewicz Aleksy"
Następnego dnia przewieziono ich do amerykańskiej bazy lotniczej w Wiesbaden, a tydzień później byli już w Stanach Zjednoczonych. Tam
Goleniewskiego poddano przesłuchaniom, które trwały ponad dwa lata.
Uzyskane informacje pozwoliły na skazanie kilkunastu agentów państw
komunistycznych działających na terenie USA, Wielkiej Brytanii,
Republiki Federalnej Niemiec, Szwecji oraz Izraela.
Najcenniejsze były jednak wiadomości o zasadach pracy wywiadu i kontrwywiadu państw bloku wschodniego. Goleniewski zdradził nawet, jakie
metody podsłuchu stosuje się w ambasadach amerykańskich w Europie
Wschodniej.
"To, co wiemy - przyznał przełożony Goleniewskiego, pułkownik Witold
Sienkiewicz - to jest minimalna cząstka tego, co faktycznie zostało
sprzedane przeciwnikowi. Dorobek tego odcinka pracy przez jakieś 5 lat
musimy spisać [na straty] i zaczynać wszystko od nowa. Niezależnie od
strat operacyjnych będą straty natury obronności"22.
Goleniewski miał znakomitą pamięć, co było dla CIA prawdziwym darem
losu. Podpułkownik potrafił przypomnieć sobie szczegóły niemal każdej
narady służbowej i niemal każdej decyzji przełożonych. Niestety, z upływem czasu zaczął zdradzać objawy choroby umysłowej. Pewnego dnia
oświadczył osłupiałym Amerykanom, że tak naprawdę nie nazywa się
Goleniewski, tylko Aleksy Nikołajewicz Romanow i jest synem ostatniego
cara Rosji. Nie przeszkadzało mu, że oryginalny carewicz urodził się 18
lat wcześniej niż on (w 1904 roku), i z uporem twierdził, że jest
Aleksym, który podczas rewolucji zbiegł do Polski.
"W czasie naszych rozmów z Goleniewskim CIA zaczęła go podejrzewać o poważne zaburzenia umysłowe - opowiadał funkcjonariusz angielskiego
wywiadu, Peter Wright. - Zaczął miewać przywidzenia, że jest potomkiem
cara. Mimo to jego informacje wywiadowcze nadal były nadzwyczaj
dokładne"23.
Gdy mówił tylko o sprawach zawodowych, pozostawał "dokładny,
błyskotliwy" i przedstawiał "szczególnie owocne" informacje na temat
"konfliktu pomiędzy Wschodem i Zachodem". Jednak sprawa "Romanowów
zawsze pojawiała się pod koniec długich dyskusji". Nie poprzestawał
zresztą na rozmowach, bo w 1964 roku oficjalnie zwrócił się do sądu w Hamburgu z powództwem o uznanie jego roszczeń. Przy okazji ogłosił, że
inni członkowie carskiej rodziny również przeżyli rewolucję:
"Matka moja, Aleksandra Fiodorowna Romanowa, z domu Alice
Hessen-Darmstadt, zmarła w 1924 roku w Warszawie (Polska). Ojciec mój,
imperator Rosji (Mikołaj Aleksandrowicz Romanow) zmarł w 1952 roku w mieście Poznań (Polska). Proszę sąd o potwierdzenie moich praw do
dziedziczenia po moich nieżyjących rodzicach"24.
Sąd oczywiście oddalił powództwo, co wcale nie zniechęciło
Goleniewskiego. We wrześniu poślubił Irmgard Kampf, ślub odbył się w nowojorskiej katedrze prawosławnej, a podpułkownik występował jako
Aleksy Romanow. Przy tej okazji część rosyjskich emigrantów obwołała go
następcą carskiego tronu...
Goleniewskiego zapraszano do udziału w programach radiowych, udzielał
też wywiadów prasowych, opowiadając w nich historię swojego "cudownego
uratowania" z rąk bolszewików. Doszło wreszcie do sytuacji, że dyrektor
CIA z obawy przed kompromitacją odmówił zgody na przesłuchanie
podpułkownika przez senacką Podkomisję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Z upływem czasu Goleniewski stawał się zupełnie nieprzewidywalny, a jego
zeznania wprowadzały śledczych w coraz większe zakłopotanie. Zarzucił
współpracę z KGB Henry'emu Kissingerowi oraz szefowi brytyjskiego
kontrwywiadu, Michaelowi Hanleyowi. Nigdy jednak nie zakwestionowano
informacji przekazanych przez niego w dwóch pierwszych latach
współpracy. Dlatego obecnie badacze przychylają się do tezy, że od
pewnego momentu polski agent stał się nieświadomym narzędziem
dezinformacji. A przy okazji nie wytrzymał ciśnienia i zaczął przejawiać
oznaki choroby umysłowej.
"Moim zdaniem Goleniewski był wariatem - twierdził pułkownik Henryk
Wendrowski. - Ale nie aż tak wielkim, żeby się od razu można było na nim
poznać. (...) Sypnął wiele ważnych spraw dotyczących naszych działań na
terenie Niemiec, Wielkiej Brytanii i Izraela. Aby zneutralizować szkody
wynikłe z tej ucieczki, wymyślono wiele historyjek na jego temat i "sprzedano" je na Zachód (...). Z naszych informacji wynikało, że
Amerykanie "kupili" dezinformacje. Pomógł w tym sam uciekinier,
zgłaszając pretensje do tronu rosyjskiego. Ale nawet jeśli nie "kupili",
to i tak było sporo zamieszania i wywiad Stanów Zjednoczonych do końca
nie miał pewności, co jest naprawdę grane"25.
Goleniewski do końca życia mieszkał w USA (w Polsce skazano go na karę
śmierci), zmienił nazwisko i przeszedł operację plastyczną.
Prawdopodobnie służby PRL-u usiłowały go odnaleźć, by wykonać na nim
wyrok.
"W 1969 roku oficer naszego wywiadu trafił w USA i Brazylii na ślad
"carewicza" Goleniewskiego - wspominał Franciszek Szlachcic. - Nie udało
się jednak do niego dotrzeć. Ze wstępnych informacji wynikało, że wywiad
USA ma rozbudowany i mocno utajniony ośrodek, w którym zatrudnieni są
szpiedzy i renegaci. Nadal zajmują się działalnością szpiegowską
przeciwko krajom socjalistycznym"26.
Michał Goleniewski, który do końca życia uważał się za następcę tronu
carskiego, zmarł w Nowym Jorku w lipcu 1993 roku.
Nie tylko pułkownik Kukliński
Nie tylko pułkownik Kukliński
Funkcjonariusze wywiadu po ucieczce na Zachód byli dobrze chronieni.
Poddawali się operacjom plastycznym, zmieniano im personalia. Życie
jednak potrafi pisać najdziwniejsze scenariusze.
W czerwcu 1959 roku na Zachód zbiegł pułkownik Paweł Monat, którego pół
roku później skazano zaocznie na karę śmierci. Jednym z sędziów
orzekających w tym procesie był pułkownik Włodzimierz Ostaszewicz, który
w listopadzie 1981 roku sam wybrał wolność. Wiele lat później stał się
pierwowzorem postaci majora Ostaszewskiego, sąsiada Ryszarda
Kuklińskiego, w filmie Jack Strong w reżyserii Władysława
Pasikowskiego. Panowie oficerowie rzeczywiście się przyjaźnili, a przez
pewien czas prowadził ich nawet ten sam pracownik CIA...
Wprawdzie największe szkody powodowały ucieczki wysokich oficerów
wywiadu dysponujących rozległą wiedzą, jednak duże problemy stwarzała
także dezercja funkcjonariusza niższego stopniem. Tak stało się w przypadku porucznika Andrzeja Kopczyńskiego, którego zniknięcie
wstrząsnęło całym resortem.
"Był on stosunkowo młodym oficerem, absolwentem pierwszego rocznika
Ośrodka Kształcenia Kadr Wywiadowczych w Kiejkutach - pisał Cezary Gmyz.
- Ten rocznik był oczkiem w głowie kierownictwa Departamentu I. Kolegami
z roku Kopczyńskiego byli m.in. Gromosław Czempiński i Bogdan Libera.
Rocznik ten liczył 56 kursantów - najlepszych z najlepszych. (...) Mimo
stosunkowo niskiego stopnia Kopczyński wyrządził komunistycznemu
wywiadowi gigantyczne szkody. W sierpniu 1976 roku urwał się z kursu
niemieckiego w RFN i poprosił o azyl. (...) Ujawnił personalia około 150
oficerów i czynnych agentów Departamentu I i z tego powodu musiano
ściągać na gwałt do kraju oficerów oraz zmieniać numerację
poszczególnych wydziałów"27.
Sprawa Kopczyńskiego miała swój epilog już w wolnej Polsce. Oficer
wrócił bowiem do kraju i zajął się biznesem. Nie odniósł jednak sukcesu,
a podobno zadbali o to jego dawni koledzy z Kiejkut. Wreszcie poszedł
prosić o pomoc Gromosława Czempińskiego. Ten jednak wyzwał go od
zdrajców i wyrzucił ze swojego gabinetu.
Każdy dezerter kierował się innymi motywami, można jednak zauważyć, że z reguły uciekali ludzie, którzy wcześniej poznali zachodnie standardy
życia. Wprawdzie zawsze deklarowali nienawiść do komunizmu i Związku
Radzieckiego, ale prawdą jest, że w zamian za swoje informacje mogli
liczyć na przyzwoitą emeryturę fundowaną przez zachodnie demokracje.
Przecież nawet żona i córka Goleniewskiego podkreślały po śmierci
podpułkownika ideologiczne motywy jego ucieczki, w co raczej trudno
uwierzyć...
Rozdział 2. Wywiad nie wybacza zdrady
Rozdział 2
Wywiad nie wybacza zdrady
Niebezpieczeństwo jest wpisane w zawód szpiega. Wprawdzie w razie wpadki
agentów na ogół się nie zabija, a kontrwywiad stara się wydobyć z nich
wszystkie informacje, ale często latami siedzą w więzieniu, czekając na
wymianę. Zdarzają się jednak inne sytuacje - szczególnie wtedy, gdy
agent zostanie przewerbowany i zaczyna pracować na dwie strony. W przypadku dekonspiracji jego dawni przełożeni i koledzy z reguły nie
mają litości, a ceną za zdradę jest życie.
Właśnie taki los spotkał kapitana Władysława Mroza zastrzelonego z zimną
krwią przez funkcjonariuszy wywiadu PRL-u. Czy zabójstwo miało być
przestrogą dla jego kolegów, czy też wynikało z konieczności
wyeliminowania źródła przecieków? Na pewno nie odbył się żaden formalny
sąd nad Mrozem. Z dnia na dzień na Rakowieckiej zadecydowano o likwidacji zdrajcy, co miało się okazać jednym z najbardziej mrocznych i jednocześnie najbardziej spektakularnych epizodów w dziejach polskiego
wywiadu.
"Byłem już od czterech lat wicedyrektorem Departamentu I - wspominał
pułkownik Henryk Sokolak. - W czerwcu 1960 roku otrzymaliśmy absolutnie
pewną informację o zdradzie Władysława Mroza, nielegalnego oficera
naszej służby we Francji. Obowiązywała zasada, iż pracownik kadrowy nie
może być zdrajcą. Wydano rozkaz zlikwidowania go"28.
Ambitny milicjant
Ambitny milicjant
"Urodziłem się w 1926 roku, dnia 19 stycznia - pisał w swoim życiorysie
Władysław Mróz - w miejscowości Skalat w rejonie tarnopolskim. Pochodzę
z rodziny inteligencji pracującej, gdyż mój ojciec był urzędnikiem w poszczególnych biurach, a matka zajmowała się gospodarstwem domowym.
Wybuch wojny przerwał mi naukę, ojciec został powołany do Wojska
Polskiego. W 1940 roku zostałem wraz z rodziną przesiedlony do ZSRR,
gdzie przebywałem w Jakuckiej Republice. Do 1943 roku uczęszczałem do 6,
7 i 8 klasy, ucząc się w języku rosyjskim. Następnie wstąpiłem do pracy
w kopalni złota, zdając jednocześnie egzamin na mechanika przy wózkach
elektrycznych"29.
Rodzina Mrozów doświadczyła typowego losu Polaków na Kresach. Sowieci,
którzy we wrześniu 1939 roku zajęli połowę naszego kraju, niebawem
przystąpili do planowej eksterminacji polskich elit. W czterech turach
do Kazachstanu i północnej części Rosji deportowano około 350 tysięcy
osób. Wywożono całe rodziny urzędników państwowych do szczebla
referenta, ziemian, kupców, dziennikarzy, harcerzy, studentów, członków
różnych partii, duchownych, a nawet filatelistów i osoby znające
esperanto.
"W 1944 roku wstąpiłem do Związku Patriotów Polskich - kontynuował Mróz
- i staraniem tejże organizacji wyjechaliśmy do centralnej Rosji do
sowchozu Nowolipowka rejonu sowieckiego obwodu saratowskiego. W sowchozie Nowolipowka pracowałem jako siła biurowa. Zarazem byłem
instruktorem Kół Młodych przy Związku Patriotów Polskich na rejon
sowiecki. Na mocy umowy polsko-radzieckiej wyjechałem do ojczyzny wraz z rodziną w maju 1946 roku. Po przyjeździe do kraju przyjechaliśmy do
Inowrocławia, gdzie dotychczas zamieszkuję przy ulicy Marszałka Józefa
Stalina numer 5 przez 20 wraz z rodziną"30.
Jeszcze podczas pobytu w Związku Sowieckim odnalazł się ojciec rodziny -
przesłał list, że walczy w szeregach Ludowego Wojska Polskiego.
Niestety, nie było mu jednak dane spotkać żony i dzieci. Zginął pod
Kołobrzegiem w ostatnich miesiącach wojny. Nigdy też nie ustalono, jakie
były jego wcześniejsze losy. Zapewne po klęsce Polski we wrześniu 1939
roku trafił do odległego sowieckiego łagru, skąd nie udało mu się wyrwać
do armii Andersa formującej się w 1941 roku na Powołżu.
Czy rzeczywiście młody Władysław Mróz szczerze uwierzył w nowy ustrój?
Przecież on i jego rodzina doświadczyli stalinowskich represji.
Wstąpienie do Związku Patriotów Polskich można uznać za wybór czysto
pragmatyczny, gdyż była to jedyna szansa na powrót do Polski. Być może
ten właśnie fragment życiorysu wyjaśnia późniejsze postępowanie Mroza
jako oficera wywiadu komunistycznej Polski.
Bez wątpienia chciał jednak zrobić karierę. W lutym 1947 roku wstąpił w szeregi Polskiej Partii Robotniczej, następnie został członkiem Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej. Uznał też, że służba w Milicji
Obywatelskiej będzie dobrym sposobem na życie, i bez większych problemów
został przyjęty w szeregi MO, gdyż w miejscu zamieszkania cieszył się
znakomitą opinią.
"Towarzysz Mróz Władysław - oceniano w opinii partyjnej - znanym nam
jest jako towarzysz od czasu wstąpienia do Partii, to jest od 28 lutego
1947 roku. W tym czasie jako członek Partii był zawsze zdyscyplinowanym
i obowiązkowym jak w pracach zawodowych, tak i w pracy społecznej.
Posiada również pewne wyrobienie polityczne, gdyż na każdym niemal
zebraniu brał żywy udział w dyskusji. Moralne oblicze wyżej wymiennego
jest bez zarzutu"31.
W Komendzie Powiatowej w Inowrocławiu służył niewiele ponad rok,
przeniesiono go bowiem do Wydziału Śledczego Komendy Wojewódzkiej w Bydgoszczy. Bez wątpienia był to awans, a przełożeni uznali, że młody
funkcjonariusz dobrze rokuje na przyszłość. Jednocześnie uzupełniał
edukację w gimnazjum ogólnokształcącym dla dorosłych, matury jednak
ostatecznie nie zdał. Ale - jak powszechnie mawiano w tamtych czasach -
"nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera".
Warto jednak pamiętać, że do 1947 roku sito selekcyjne kandydatów do
służby w milicji było dość słabe i zdarzało się, iż nawet do pracy w Urzędzie Bezpieczeństwa dostawali się żołnierze czy oficerowie podziemia
niepodległościowego. Standardem było jednak, że do podania o przyjęcie
do służby kandydat musiał dołączyć swój dokładny życiorys, który
następnie sprawdzano. Na spisanym życiorysie Mroza zachowały się nawet
kolorowe podkreślenia fragmentów, które wzbudziły wątpliwość
weryfikującego go oficera. Jeżeli bowiem Mróz napisał, że w 1940 roku
wraz z rodziną wyjechał do ZSRS, oznaczało to lakoniczną informację o zsyłce, którą należało sprawdzić.
Weryfikacja przebiegła jednak pomyślnie, a Mróz musiał być zdolnym
funkcjonariuszem, gdyż w lipcu 1949 roku uzyskał stopień sierżanta i skierowano go do Rocznej Szkoły Oficerskiej działającej pod auspicjami
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Nie zawiódł pokładanych w nim
nadziei i ukończył szkołę z dobrymi wynikami, po czym dostał awans na
podporucznika.
Opinia jego przełożonych pochodząca z tego okresu brzmi wręcz jak
laurka. Uznano, że był "dobrze wyrobiony politycznie i do rządu
ustosunkowany lojalnie", natomiast zdecydowanie wrogo do nacjonalizmu.
Nieźle wypadło też przygotowanie zawodowe, gdyż "zasady pracy opanowywał
szybko", a do tego "posiadał własną inicjatywę i podjętą pracę wykonywał
sumiennie, szybko i z pewnym wyczuciem". Podkreślano jego
zdyscyplinowanie i umiejętność dochowania tajemnicy służbowej, ale
dostrzeżono, że "w pracy z agenturą posiada jeszcze pewne braki i nie
posiada odpowiedniego przeszkolenia". Uznano zatem, że "wymaga ścisłej
kontroli". Bez wątpienia jednak Mróz zapowiadał się na dobrego
pracownika wywiadu. Należało go tylko poddać specjalistycznemu
przeszkoleniu.
W szeregach wywiadu
W szeregach wywiadu
Koniec II wojny światowej oznaczał początek dwubiegunowego podziału
świata i perspektywę kolejnego globalnego konfliktu. Przed wywiadem
PRL-u stanęły nowe zadania: już nie tylko walka z opozycją, lecz także
infiltracja dawnych sojuszników, którzy znaleźli się po drugiej stronie
barykady. Poszukiwano młodych, zdolnych funkcjonariuszy, tym bardziej że
ofiarami czystek partyjnych padało coraz więcej kadrowych pracowników. W tej sytuacji najbardziej ceniono ludzi, którzy przychodzili do służby
bez żadnej protekcji. Wierzono, że jest to dodatkowa gwarancja ich
lojalności.
W sierpniu 1950 roku Mroza przekazano do dyspozycji VII Departamentu
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Początkowo pracował w Wydziale
II do spraw Emigracji, a rok później trafił do Samodzielnej Sekcji
Specjalnej. Jego zadaniem była praca operacyjna wśród załóg polskich
statków handlowych. Mróz poważnie traktował swoje obowiązki, jednak
serce nie sługa - znalazł też czas na romans z koleżanką z pracy,
mężatką Leokadią Denisiuk. W teczce osobowej Mroza zachowała się opinia
służbowa na jej temat.
"Denisiuk Leokadia, córka Stanisława, urodzona 6 września 1928 roku w Paryżu, narodowość i obywatelstwo polskie, pochodzenie - robotnicze,
wykształcenie 3 klasy szkoły handlowej, członek PZPR. W 1946 roku
przyjechała do Polski i zaczęła pracować jako instruktor Zarządu
Dzielnicowego ZMP. W grudniu 1946 roku przeniesiona do pracy w wydziale
zagranicznym KC PPR. W 1948 roku wyszła za mąż za oficera Wojska
Polskiego Stanisława Denisiuka, po kilkumiesięcznym pożyciu rozeszła się
z mężem i w lipcu 1954 roku uzyskała rozwód. W sierpniu 1953 roku
została przyjęta do pracy w Departamencie VII Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego na stanowisko tłumacza, gdzie pracuje do
obecnej chwili"32.
Ślub oficera wywiadu zawsze jest poważną sprawą, a jeżeli przyszły pan
młody nie chciał złamać sobie kariery, musiał uzyskać zgodę
przełożonych. Sprawa zrobiła się jednak pilna, gdyż Leokadia zaszła w ciążę. Chociaż również była pracownicą resortu, to ją i jej rodzinę
dokładnie prześwietlono. Pewne zaniepokojenie budził fakt, że urodziła
się i wychowała we Francji, ale uznano, że jej postawa ideowa jest bez
zarzutu. Wobec tego przełożeni Mroza wyrazili zgodę i ślub odbył się 5
sierpnia 1954 roku w Warszawie, gdzie świeżo poślubiona para
zamieszkała.
W związku ze zmianami politycznymi po śmierci Stalina zlikwidowano
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, powołując na jego miejsce
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oraz Komitet do spraw Bezpieczeństwa
Publicznego. Departament I miał się odtąd zajmować działalnością wywiadu
i właśnie tam trafił awansowany na stopień porucznika Władysław Mróz.
Młody mąż i ojciec cieszył się też coraz lepszą opinią wśród swoich
przełożonych.
"Jest niekiedy przesadnie wrażliwy na punkcie zaufania. Wyrobienie
polityczne dość dobre. Opanowuje powierzony mu odcinek pracy, posiada
dość wyrobiony zmysł operacyjny, orientuje się dość szybko. Zapowiada
się na samodzielnego pracownika. Zdolny, uczy się dość dobrze, stara się
o dalsze podniesienie poziomu. Zajmowanemu stanowisku odpowiada w pełni,
ma perspektywy rozwoju"33.
Nie wiadomo, czym dokładnie zajmował się w tym okresie Mróz. Według
zachowanych informacji czasami wcielał się w rolę kuriera
dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i podróżował do
Wielkiej Brytanii oraz Izraela, gdzie spotykał się z polskimi agentami.
Jako kurier przewoził do kraju w poczcie dyplomatycznej zdobyte przez
nich materiały. Przez pewien czas pełnił też obowiązki oficera do zadań
specjalnych szefa I Departamentu, pułkownika Witolda Sienkiewicza. W przyszłości funkcja ta miała zaprocentować.
Można uznać, że kariera ambitnego porucznika rozwijała się znakomicie,
jednak nie wszyscy byli zgodni w ocenie jego pracy. W teczce personalnej
przechowywanej w archiwach IPN-u znajdujemy bardzo ciekawe wiadomości,
być może zapowiadające późniejszą katastrofę.
"Niekiedy postępuje lekkomyślnie. (...) Ma charakter wybuchowy i jest
przesadnie ambitny. Brak mu wytrwałości i uporu. Na krytykę reaguje
boleśnie, niekiedy niepoważnie. (...) Mimo szeregu wad jest pracownikiem
dobrym, oddanym i z perspektywą"34.
Jeszcze większe zainteresowanie wzbudza opinia o Mrozie z 1958 roku, w której zarzucano mu, że "jest niekiedy przesadnie wrażliwy na punkcie
zaufania: gdy niekiedy zaistniały w przeszłości wypadki, że nie był
osobiście poinformowany o jakimś przedsięwzięciu, czuł się bardzo
dotkniętym"35. Jednak mimo tych zastrzeżeń i niedociągnięć
charakteru ocena zaangażowania ideologicznego Mroza nie budziła
większych uwag.
Cherchez la femme
Cherchez la femme
Na temat przebiegu służby Władysława Mroza narosło wiele nieporozumień.
Nie jest prawdą - jak twierdzili niektórzy badacze - że był słuchaczem
szkoły NKWD w Kujbyszewie i odpowiadał za organizację siatki
wywiadowczej w krajach skandynawskich. Z zachowanych dokumentów wynika,
że od 1954 roku pracował w Wydziale I zajmującym się nielegalnymi
rezydenturami, gdzie kierował Grupą Legalizacyjną. Jego komórka
przygotowywała fałszywe dokumenty dla polskich agentów, dzięki czemu
Mróz miał okazję dobrze poznać ich personalia.
Już sam fakt, że zajmował się wywiadem nielegalnym, świadczy o zaufaniu,
jakim darzyli go przełożeni. To najbardziej skomplikowana, czasochłonna
i kosztowna dziedzina sztuki wywiadowczej. Częścią tego rodzaju działań
były przecież operacje wtórnikowe, czyli podstawianie jednego człowieka
za innego. Na miejsce realnie żyjącej osoby wysyłano oficera wywiadu,
wykorzystując sfałszowane dokumenty, a operacje tego typu przeprowadzano
przez inne państwa, unikając przybycia agenta bezpośrednio z kraju jego
pochodzenia. To podstawowa zasada sztuki wywiadowczej, od której nie
było odstępstw. Niebawem miała się okazać bardzo ważna również dla
Władysława Mroza.
Istotny wpływ na błyskawicznie rozwijającą się karierę porucznika miała
jego urodzona we Francji żona. Zniechęcona surowymi warunkami życia w PRL-u tęskniła do swojej pierwszej ojczyzny. Często wspominała Paryż,
uczyła też męża języka francuskiego i chętnie opowiadała mu o tamtejszych zwyczajach.
Nie bez powodu w pracy w wywiadzie nielegalnym preferowano oficerów
stanu wolnego. Władysław Mróz nie dość, że był żonaty, to na towarzyszkę
życia wybrał sobie repatriantkę z Francji, rozwódkę z córką z pierwszego
małżeństwa. Na dodatek w 1954 roku na świat przyszło ich pierwsze
wspólne dziecko, a niebawem drugie.
Rodzina Mrozów powiększała się, potrzebne były coraz większe środki
finansowe. Władysław nie mógł jednak narzekać - gdy w 1957 roku
awansował do stopnia kapitana, otrzymał znaczną podwyżkę. Wraz z dodatkami zarabiał 3810 złotych, podczas gdy średnia krajowa wynosiła
1348 złotych. Sprawa wygląda jednak inaczej, gdy weźmiemy pod uwagę, że
miał na utrzymaniu żonę i troje dzieci. Z powodu opieki nad nimi
Leokadia Mróz musiała zrezygnować z pracy zawodowej, co obniżyło poziom
życia rodziny.
Wynagrodzenie Mroza stanowiło trzykrotność średniej krajowej, do tego
dochodziły jeszcze służbowe mieszkanie i dostęp do dobrze zaopatrzonych,
resortowych sklepów. Warto jednak pamiętać, że nasz kapitan poza żoną i dziećmi opiekował się jeszcze chorą matką. Nic zatem dziwnego, że
Leokadia coraz częściej myślała o powrocie do Francji. Zapewne pod jej
wpływem Mróz wpadł więc na pomysł, jak upiec dwie pieczenie na jednym
ogniu: nadal pracować w resorcie i wyjechać na Zachód.
Pomysł kapitana wydawał się absurdalny. Władysław Mróz nie spełniał
żadnych kryteriów na nielegała, nie miał wyuczonego zawodu, był za to
mężem i ojcem. Poza tym rozpracowały go już zachodnie służby, gdyż przez
pewien czas spotykał się z marynarzami, którzy byli kontaktami wywiadu
PRL-u. Jego rysopis zapewne znali już funkcjonariusze zza żelaznej
kurtyny.
Plany Mroza mogły stanowić poważne zagrożenie dla całej siatki wywiadu
nielegalnego PRL-u. Przecież kapitan doskonale znał personalia sieci
agentów - oficer o tak rozległej wiedzy bezwzględnie nie powinien zostać
wypuszczony z kraju. Tym bardziej że francuskie służby miały opinię
bardzo sprawnych i słynęły z tego, że nie cofają się przed używaniem
brutalnych metod.
Pytania bez odpowiedzi
Pytania bez odpowiedzi
Władysław Mróz zaproponował przełożonym, że wyjedzie wraz z rodziną do
Francji, by podjąć się misji nielegała. Początkowo jego prośbę
odrzucono, ale kapitan był uparty. Wykazywał tak wielką determinację, że
- by ukryć swoje problemy zdrowotne, które mogły uniemożliwić mu
realizację planów - wysłał na prześwietlenie płuc zaufanego kolegę. W końcu, w listopadzie 1958 roku, prośby Mroza przyniosły efekt, dostał
zgodę na wyjazd. Popełniono przy tym kolejny poważny błąd w sztuce
wywiadowczej: udzielając zgody, nie odseparowano go od pracy w centrali.
Dzięki temu otrzymywał informacje o jej bieżących działaniach, co w przypadku zdrady mogło mieć tragiczne konsekwencje.
Cała ta sytuacja nawet po latach wydaje się mocno niezrozumiała. Pewne
jest tylko to, że w połowie 1959 roku do Francji wysłano bombę z opóźnionym zapłonem, której eksplozja mogła na wiele lat zniweczyć cały
wysiłek polskiego wywiadu nielegalnego. Czy nikt na Rakowieckiej nie
zdawał sobie z tego sprawy? Przecież nawet standardowe szkolenie
nielegała prowadzono poza gmachem ministerstwa, a za koordynację
przygotowań agenta odpowiadał wyłącznie jeden funkcjonariusz. W przypadku Mroza stało się zupełnie inaczej.
W 1957 roku polski wywiad miał na Zachodzie tylko siedmiu operacyjnych
pracowników. W większości byli to oficerowie mało doświadczeni, a ich
kompetencje pozostawiały wiele do życzenia. Niektórzy zmagali się z cywilizacyjnym szokiem, inni z kłopotami materialnymi. Rok później udało
się wysłać kolejnych sześciu, a w 1959 roku - jeszcze trzech. Właśnie
wśród nich był Władysław Mróz. Pod koniec tego samego roku za granicą
przebywało w sumie 13 nielegałów. Natomiast w 1960 roku na rzecz
Wydziału I Departamentu I MSW pracowało ponad 20 osób.
W przypadku agentów nielegalnych jedną z najważniejszych kwestii było
dokładne przygotowanie ich legendy, czyli fałszywej tożsamości. Dlatego
przez pierwszy okres po przerzucie nielegał nie działał operacyjnie,
lecz poświęcał czas na aklimatyzację w nowych warunkach, znajdował
miejsce zamieszkania oraz pracę. Do tego należało jeszcze zalegalizować
swój pobyt, czyli zdobyć miejscowe papiery. Czasami agent zgłaszał do
miejscowych organów administracji zgubienie dokumentów (oczywiście
fałszywych), po czym otrzymywał oryginalne - i wtedy przebywał na
Zachodzie już zupełnie pełnoprawnie.
Mróz jako szef działu legalizacyjnego zwracał na to szczególną uwagę,
jednak w przypadku własnej osoby zaniedbał sprawę, co zresztą
zaakceptowali jego przełożeni. Do Francji miał wyjechać z żoną i dziećmi
w ramach akcji łączenia rodzin. A co najważniejsze - osiedlić się nad
Sekwaną pod prawdziwym nazwiskiem, które zapewne znał tamtejszy wywiad.
Czy był to przypadek? Czy mamy do czynienia z nierozwagą Mroza i jego
przełożonych, czy też zadecydowały o tym inne względy? Trudno uwierzyć,
że całą akcję puszczono na żywioł. Niewykluczone, że utajniono ważny
element tej układanki. Wszak wywiad ma swoje tajemnice, których nigdy
nie poznamy.
Czas zdrady
Czas zdrady
Po przyjeździe do Paryża Mrozowie zatrzymali się u rodziny Leokadii w Colombes na przedmieściach stolicy. Po dwóch miesiącach wynajęli
mieszkanie w XVII Dzielnicy, skąd przenieśli się do Dzielnicy VII. Latem
następnego roku zamieszkali w domu czynszowym przy 37 Rue de Dunkerque w Épinay-sur-Seine, 12 kilometrów od centrum Paryża. Był to budynek
pozostający w gestii francuskiego ministerstwa spraw wewnętrznych, co
Mróz zataił wobec swoich przełożonych w Warszawie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki