1
Gdy się obudziła, za oknem panowały jeszcze ciemności. Do
pokoju wpadał delikatny wietrzyk, nie był jednak w stanie
rozpędzić duchoty, która zapanowała w pomieszczeniu w ciągu dnia.
Mieszkańców Frankfurtu dręczyła fala upałów. Ponad
trzydzieści stopni w cieniu, dzień za dniem, od prawie trzech tygodni.
Wyasfaltowane ulice i budynki pochłaniały ciepło i bezlitośnie
je oddawały. Ludzie narzekali na chłodną zimę i deszczową
wiosnę. A teraz skarżyli się na upalne lato. Może są
niewdzięczni? A może klimat z czterema porami roku faktycznie stracił
wszelki umiar i teraz przejawia się jedynie w postaci trudnych
do zniesienia ekstremalnych zjawisk?
Leona nie zamierzała się przyłączać do chóru skarg, ale
pomyślała, że w takim gorącu nie da się spać. Choć zdawała sobie
przecież sprawę, że to nie upał ją obudził.
Daremnie próbowała odczytać godzinę z zegarka, który
nosiła na nadgarstku nawet w nocy. W końcu włączyła nocną
lampkę. Trzecia. Choć wyłączyła światło niemal natychmiast,
trwający sekundę blask wystarczył, żeby obudzić Wolfganga.
- Znowu nie możesz spać? - zapytał z rozdrażnieniem,
które od niedawna pojawiało się w jego głosie zawsze wobec Leony.
- Jest okropnie gorąco.
- Jakoś do tej pory nie sprawiało ci to różnicy - powiedział
znużonym tonem. On też wiedział, że to nie sprawa upału.
- Chyba znowu miałam sen - przyznała Leona. Już dawno
uświadomiła sobie, że zaczęła irytować Wolfganga.
Wydawał się rozdarty pomiędzy chęcią zignorowania jej
psychozy, jak nazywał w duchu jej problemy, i pospania sobie
dalej, a poczuciem, że ma obowiązek wysłuchać Leony i ją
pocieszyć. Zwyciężyło poczucie obowiązku, choć po cichu przeklął
się za to. Miał za sobą ciężki dzień, a jeszcze cięższy przed sobą.
Ten upał go wykańczał, a do tego miał mnóstwo trosk,
o których nikt nie miał pojęcia. Naprawdę potrzebował snu.
Westchnął.
- Leono, nie uważasz, że trochę się sama nakręcasz? Mam
wrażenie, że ciągle myślisz o... o tej sprawie. Za dużo nad tym
rozmyślasz, a to się potem przekłada na twoje sny. Powinnaś
z tym walczyć.
- Myślisz, że nie próbuję? Cały czas staram się zajmować
czymś innym. Pracą, sportem, rozmowami o wszystkim i o niczym. Zapewniam cię, że nie siadam sobie i nie pogrążam się
w ponurych rozmyślaniach.
- Więc nie powinnaś ciągle mieć tych snów.
Czuła, że zaraz ogarnie ją straszliwa wściekłość, którą
Wolfgang wzbudzał w niej za każdym razem, gdy zabierał się
do rozwiązywania problemów podług swoich standardowych
wytycznych. Wolfgang miał niepodważalne przekonania, jeśli
chodzi o zmartwienia, lęki, psychiczne rozbicie. "Skoro robisz
to i to, to tamto czy siamto nie może mieć miejsca!" "Skoro
nie robisz tego czy tamtego, to na pewno stanie się tamto czy
siamto".
Wolfgang nie był w stanie pogodzić się z myślą, że życie nie
podporządkowuje się wymyślonym przez niego regułom. Jeśli
sprawy nie układały się tak, jak sobie założył, wina leżała po
stronie danej osoby, która musiała coś robić nie tak.
- Do cholery, Wolfgangu, to nie jest takie proste!
Próbuję z tym walczyć, ale mi się nie udaje. Może potrzebuję więcej
czasu.
- To tylko kwestia chęci - oznajmił Wolfgang, tłumiąc
ziewnięcie. U niego wszystko zawsze było kwestią chęci. Nie
mieściło mu się w głowie, że są pewne sfery życia, na które nie
da się wpłynąć samą siłą woli. Dla niego nie istniały takie
pojęcia jak los czy zbieg okoliczności, podobnie jak przypadek czy
opatrzność. Może miał rację. Leona była bardzo daleka od
angażowania się w ezoteryczną ideologię; była racjonalistką,
nawet jeśli przy Wolfgangu wydawała się oderwaną od życia
marzycielką. Jednak w jej życiu istniała jakaś potęga wykraczająca
poza to, co ludzie rozumieją i nad czym panują. W przeciwnym
razie nie udźwignęłaby go. Wolfgang ciągle jej wyrzucał, że to
wynika z braku gotowości do przejęcia odpowiedzialności.
- Do pojęcia losu uciekają się tylko ci ludzie, którzy chcą
zrzucić część odpowiedzialności, jaką ponoszą za swoje
uczynki i zaniechania, na jakąś osadzoną poza doczesnym światem
instancję. To próba zwykłego rozłożenia obciążenia, ale
ostatecznie sprowadza się do tego, że człowiek oszukuje sam siebie.
Leona nie potrafiła znaleźć kontrargumentów, zwłaszcza
że jak najbardziej akceptowała jego poglądy dotyczące ludzkiej
wiary w los. Jednak jej zdaniem nie wykluczało to wcale
faktycznego istnienia jakiejś działającej z oddali siły.
Wpatrując się w ciemność, zastanawiała się, czy fakt, że
to właśnie ona przechodziła tamtędy, gdy młoda kobieta
postanowiła zakończyć swe życie i wyskoczyła przez okno, ma
jakiś głębszy sens. Zwykle o tej porze, wpół do dwunastej, nie
chodziła po ulicach, tylko od paru godzin siedziała przy biurku
w wydawnictwie. Tamtego przedpołudnia miała jednak wizytę
u dentysty, która na dodatek się przedłużyła przez zamieszanie
spowodowane przez jakiś pilny przypadek. Tylko dlatego stało
się tak, że dokładnie w tej nieszczęsnej chwili śpieszyła przez
miasto, zdenerwowana długim czekaniem, z lewą połową
twarzy zesztywniałą od znieczulenia, o które przezornie poprosiła.
Było bardzo ciepło, czuła, że cała się klei od potu, i pragnęła
jak najprędzej pójść do domu, wziąć prysznic, a potem usiąść
w ogrodzie z książką i lodowatym sokiem pomarańczowym.
Czuła się okropnie, chciało jej się płakać.
Najpierw nie rozumiała, co się stało. Później policja daremnie
próbowała się od niej dowiedzieć, jak to było, gdy ta kobieta
wyskakiwała. Czy może widać było za nią jakąś inną osobę albo
czyjś cień? Czy to wyglądało tak, jakby sama skakała, czy jakby
ją ktoś popchnął? Ale Leona nie potrafiła odpowiedzieć na te
pytania, bo nic nie widziała. Była zatopiona w myślach, zajęta
swoim zębem i opuchniętym, ścierpniętym policzkiem.
I pewnymi troskami, które dręczyły ją od jakiegoś czasu, lecz
o których z nikim nie chciała rozmawiać.
Zauważyła coś dopiero wtedy, gdy kobieta już spadała.
Ściśle rzecz biorąc, nie wiedziała, że to spada człowiek. Jakiś duży
obiekt spadł dosłownie z jasnego, to znaczy bezchmurnego,
słonecznego nieba i z okropnym plaśnięciem uderzył o chodnik
kilka metrów od Leony.
Stała tam zaszokowana, nie mogąc w to uwierzyć, bo po
dwóch czy trzech sekundach zrozumiała, że to był człowiek.
Kobieta. Miała na sobie letnią, bawełnianą zieloną sukienkę
w kwiatki, a na stopach białe sandałki. Jej ciemnoblond włosy
sięgały ramion. Leżała w słońcu na rozgrzanym asfalcie niczym
wyrzucony niedbale przedmiot, bezkształtny śmieć, który ktoś
cisnął z przejeżdżającego samochodu. Jej ręce i nogi odstawały
od tułowia pod dziwnym kątem.
Leona nie była potem w stanie stwierdzić, ile czasu stała tam
jak wryta, wpatrzona w ciało. Wydawało jej się, że minęła cała
wieczność, a wszystko wokół - drżące na delikatnym wietrze
liście, kot przechodzący przez ulicę, ptak, który przeskakiwał ze
słupka na słupek - że wszystko to zaczęło się dziać
w zwolnionym tempie, a napływające z drugiej strony dzielnicy
mieszkaniowej dźwięki ruchliwego centrum wygłuszył szklany ekran.
Dopiero gdy usłyszała cichy jęk kobiety, otrząsnęła się
z oszołomienia, podbiegła do niej i uklękła obok.
- Mój Boże, co się stało? - usłyszała swój głos. - Czy mogę
jakoś pani pomóc?
"Co za kretyńskie pytanie" - pomyślała od razu.
Kobieta otworzyła oczy. Miała piękną twarz, widać to było
nawet w takiej chwili. Nigdzie nie było krwi, ale sądząc po
ułożeniu jej członków, miała połamane chyba wszystkie kości.
Leona jeszcze nigdy nie widziała nikogo tak bladego.
- W końcu mu się udało - powiedziała cichym, ale
wyraźnym głosem. Powtórzyła: - Udało mu się.
I popatrzyła na Leonę.
- Komu się udało? O kim pani mówi?
Kobieta nic już nie powiedziała. Jej oczy wywróciły się
nagle do góry białkami. Straciła przytomność.
Leona dopiero wtedy pomyślała o tym, żeby zerknąć do
góry i sprawdzić, skąd spadła nieznajoma. Znajdowały się
bezpośrednio przed nowym budynkiem, sześciopiętrowym
apartamentowcem zbudowanym w starym, cienistym ogrodzie,
w którym kiedyś stała willa z piaskowca. Zburzono ją, żeby
upakować jak najwięcej ludzi na małej przestrzeni, zarabiając
przy tym krocie. Ostatnio robiono tak wszędzie w całej
dzielnicy, ograbiając ją w ten sposób stopniowo z dawnego uroku.
Budynek został wzniesiony tuż przy ulicy, dosłownie dwa
kroki dzieliły drzwi wejściowe od chodnika. Na najwyższym
piętrze jedno z okien było szeroko otwarte. Leona nie miała
wątpliwości, że kobieta wyskoczyła właśnie stamtąd.
- Niech się pani nie rusza - powiedziała, zupełnie
niepotrzebnie, bo nieznajoma wciąż była nieprzytomna. -
Sprowadzę pomoc.
W pewnej odległości spostrzegła starszego pana, który
wyszedł na spacer ze swoim cocker-spanielem. Zatrzymał się
i patrzył na nie, ale jego mina zdradzała, że albo niedowidzi, albo
nie rozumie, co się stało.
Pomachała do niego gorączkowo, żeby podszedł, ale on
cały czas stał i się gapił. Zerwała się i podbiegła do niego.
- Ta kobieta wyskoczyła przez okno! - zawołała. - Mieszka
pan tutaj? Może pan zadzwonić po pogotowie?
Wytrzeszczył oczy.
- Wyskoczyła przez okno?
- Tak. Trzeba natychmiast sprowadzić karetkę.
- Może pani zadzwonić ode mnie - zaproponował. -
Mieszkam tuż obok.
Wskazał na okazałą willę, która stała parę metrów dalej, ale
Leonie wydawało się, że całą wieczność zajęło, zanim zdołał się
odwrócić, a ciężki, powolny krok, którym ruszył, doprowadził
ją niemal do wściekłości. Jednak choć gorączkowo rozglądała
się wokół, nigdzie nie widziała budki telefonicznej. Raz po raz
zerkała na tamtą kobietę. Nie ruszała się.
Starszy pan bezskutecznie grzebał w kieszeni spodni
w poszukiwaniu kluczy, a pies popiskiwał. Leona aż się trzęsła ze
zniecierpliwienia. Spostrzegła przebiegającą przez ulicę kobietę
w stroju do joggingu.
- Wszystko widziałam! - zawołała. - Zadzwoniłam po
pogotowie!
- Bogu niech będą dzięki - powiedziała Leona i zostawiła
staruszka.
Kolejne dwie godziny to był jeden wielki chaos. Lekarze,
policjanci, gapie, barierki, pytania, przypuszczenia, ciekawskie
spojrzenia i szeptane po cichu słowa. Leona znajdowała się
w centrum ogólnego zainteresowania, bo w jakiś tajemniczy
sposób od razu się rozniosło, że była świadkiem wydarzenia,
pierwszą osobą na miejscu nieszczęśliwego wypadku.
Tymczasem ze wszystkich okolicznych domów powychodzili
mieszkańcy, zatrzymywały się wracające ze szkoły dzieci. Nieszczęsną
kobietę już dawno odwieziono. Leona siedziała na schodkach
przed jednym z budynków. Ktoś przyniósł jej kubek kawy,
który z wdzięcznością ściskała w dłoniach. Opowiedziała jednemu
z policjantów, co się wydarzyło, to znaczy tyle, ile widziała, a on
poprosił, żeby została jeszcze do ich dyspozycji. Lekarz zapytał
ją, czy czegoś potrzebuje, ale ona tylko potrząsnęła głową
i powiedziała, że wszystko w porządku.
Ale chyba nie było w porządku. Coś w jej wnętrzu cały czas
opierało się przed zaakceptowaniem tego, co zobaczyła. Za
każdym razem, gdy pojawiał się przed jej oczami widok leżącej na
ulicy kobiety, gdy budziła się w niej myśl o jej groteskowo
powykręcanych członkach, umysł Leony wysyłał polecenie, by natychmiast
zobaczyć i pomyśleć coś innego. Nie czuła, by sama miała udział
w owym procesie wypierania. Działo się w niej coś, na co nie miała
wpływu. W którymś momencie, gdy tak siedziała, rejestrując
powoli, że z powrotem odzyskuje czucie w znieczulonej połowie
twarzy, przyszła jej do głowy myśl, że może być w szoku. Może
powinna była pojechać do szpitala. Wydawało jej się jednak, że już na to
za późno, więc siedziała tak po prostu, mrużąc oczy przed słońcem.
- Chce pani jeszcze kawy? - z tyłu dobiegł jakiś
sympatyczny głos.
Leona odwróciła się i zobaczyła starszą kobietę, która
trzymała w dłoniach termos. To najpewniej ona wcisnęła jej
wcześniej do rąk kubek. Wyglądała na roztrzęsioną.
- Bardzo chętnie - powiedziała Leona z wdzięcznością.
Kobieta dolała jej kawy.
- Jest pani strasznie blada! To musiało być dla pani
okropne. Biedna, biedna Eva! Trudno mi w to uwierzyć! - W głosie
starszej pani słychać było wzruszenie.
- Eva? - zapytała Leona. - Tak miała na imię? -
Natychmiast się poprawiła: - Tak ma na imię?
- Eva Fabiani. Przyjaźnimy się, wie pani. Mieszkam piętro
niżej. Ale nic nie zauważyłam. Byłam na balkonie, a on
wychodzi na drugą stronę.
Kawa była gorąca i mocna. Raczej niewskazana dla jej
dopiero co wyleczonego zęba, ale w obliczu najświeższych
wydarzeń ząb wydawał się Leonie nieistotny.
- Mam okropne wyrzuty sumienia - powiedziała starsza
pani. - Powinnam była się domyślić, że coś takiego może się
zdarzyć. Chyba nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ona to
naprawdę zrobi. Ja nie miałabym odwagi.
- Musiała być zdesperowana - powiedziała Leona.
Znów ten obraz. Kobieta na chodniku. Ramiona i nogi
jakby przypadkiem rozrzucone, jakby nie miały już nic wspólnego
z ciałem. Co zresztą zapewne odpowiadało rzeczywistości. Gdy
kładli Evę na noszach, jeden z sanitariuszy powiedział:
- Ona połamała się dosłownie na kawałki!
- Tak, była zdesperowana - powiedziała kobieta z kawą
- ale ostatnio wydawało mi się, że czuje się lepiej. Rozwiodła
się cztery lata temu. Wtedy się tu wprowadziła. Razem z byłym
mężem sprzedali dom w Kronbergu, a ona za swoją część kupiła
mieszkanie na samej górze. Bardzo ładne mieszkanie. Cudowny
taras od wewnątrz. Bardzo przeżywała rozwód. Bardzo
potrzebowała towarzystwa, a ja się nią zajęłam. Też jestem samotna.
Wydawało się, że pomału zaczyna z tego wychodzić. Ale przed
dziewięcioma miesiącami jej były mąż...
Podszedł do nich policjant.
- Pani Dorn?
- Tak? - odpowiedziała Leona.
- Może już pani iść do domu. Poproszę tylko o dane
personalne, żebyśmy mogli się z panią skontaktować.
Niewykluczone, że poprosimy jeszcze raz o dokładny opis wydarzeń.
- Ja naprawdę nic nie widziałam. Dopiero jak spadła...
- Może jednak coś się pani przypomni. Zgłosimy się do pani.
Podała mu adres i numer telefonu do domu i do pracy, a on
zanotował sobie wszystko w grubym notatniku. Leona podała
też swój numer przyjaciółce Evy Fabiani z prośbą o wiadomość,
gdy dowie się czegoś o jej stanie.
Kawa dodała Leonie sił. Poczuła się lepiej. Poszła do
wydawnictwa, usiadła przy biurku i zdołała nawet odwalić kawał
roboty.
O piątej zadzwoniła sąsiadka. Eva Fabiani pomimo starań
lekarzy zmarła w szpitalu z powodu ciężkich obrażeń.
Ile razy miała od tamtej pory ów sen? Nie codziennie, ale
niemal co drugą noc. Kobieta przecinająca powietrze. Okropny
dźwięk, gdy ciało uderzyło o asfalt. Wyraz jej twarzy, oczy, które
nagle jakby odpłynęły. Niemal w każdym śnie pojawiał się też
olbrzymi, pochylający się nad nią policjant. Był tak blisko, że
czuła, że musi się cofnąć, ale nie mogła tego zrobić.
- Czy coś pani zauważyła? - pytał. - Czy coś pani
zauważyła? Czy coś pani zauważyła? Czy coś pani...
Powtarzał pytanie w coraz szybszym tempie, energicznym
staccato. Nie była w stanie wydusić z siebie, że nic nie widziała.
On zresztą chyba wcale by nie słuchał. Recytował tylko swoje
pytanie, nie zwracając zupełnie uwagi na jej rozpaczliwe próby
udzielenia odpowiedzi.
- Może powinnaś się wybrać do psychoterapeuty -
powiedział Wolfgang. - Wiesz, że nie mam o nich najlepszego
zdania, ale może potrzeba ci tylko paru godzin, podczas których
opowiedziałabyś neutralnej osobie o tym, co ci ciąży na sercu.
Wygląda na to, że ja nie potrafię ci pomóc.
W jego głosie słychać było, że jest urażony. Leona zaczęła
się zastanawiać, kiedy i w jaki sposób próbował jej pomóc.
Słuchał oczywiście, gdy wszystko opowiadała, wieczorem tamtego
dnia. Był wstrząśnięty i było mu naprawdę przykro, że to
właśnie jej przytrafiło się coś takiego. Nalał jej koniaku, a potem
zajął się jedzeniem, podczas gdy ona siedziała w salonie
i płakała. Przypalił ryż i przesolił grzyby w sosie śmietanowym, ale
liczyła się dobra wola, a Leona rzeczywiście poczuła się lepiej.
Jednak uważał chyba, że tyle powinno wystarczyć. Coraz
bardziej się irytował, gdy Leona każdego kolejnego dnia zaczynała
ten temat. Pewnego ranka przy śniadaniu cisnął serwetkę obok
talerza i popatrzył na nią z gniewem.
- Szczerze mówiąc, Leono, nie chcę już słyszeć o Evie
Fabiani. Na litość boską, ja rozumiem, że to było dla ciebie
koszmarne doświadczenie, ale ty przecież w ogóle tej kobiety nie
znałaś! Znasz tylko jej nazwisko, nic o niej nie wiesz, nie wiesz
nawet, dlaczego rzuciła się z okna. Powinnaś o tym wszystkim
jak najszybciej zapomnieć!
Miał rację, wiedziała o tym. Powinna przestać myśleć
o kobiecie, która była mniej więcej w jej wieku i nie widziała innego
wyjścia poza samobójstwem. Leonie wydawało się
nieprawdopodobne, żeby to było zabójstwo, choć czasem miała
wrażenie, że morderstwo nie wstrząsnęłoby nią tak, jak dobrowolna
śmierć.
Starała się już nie wspominać o tym przy Wolfgangu,
chyba że się nie dało, jak na przykład teraz, gdy w nocy budziły ją
koszmary.
- Ja też nie mam dobrego zdania o psychoterapeutach -
rzuciła tylko. Wiedziała, że wydaje zbyt ogólne sądy, ale jedna
z jej koleżanek po wieloletniej terapii była w jeszcze gorszym
stanie niż wcześniej. - Ani ich nie potrzebuję - dodała niemal
z przekorą. - Potrzebuję tylko odrobiny czasu.
Wolfgang stłumił kolejne ziewnięcie.
- I trochę dobrych chęci - powiedział, nawiązując w ten
sposób do początku ich rozmowy. - Nie powinnaś robić nic,
co nieuchronnie ci o tym wszystkim przypomni. To był wielki
błąd, że poszłaś na jej pogrzeb.
Oczywiście, że to był błąd. Wiedziała o tym, a Wolfgang też
ciągle o tym przypominał. Jednak coś ją zmusiło do pójścia na
cmentarz. Była ostatnią osobą, która rozmawiała z Evą. Była jej
winna tę ostatnią posługę.
Zadzwoniła do niej sąsiadka Evy.
- Dzień dobry, mówi Behrenburg.
Leona nie kojarzyła nazwiska.
- Tak?
- Jestem sąsiadką Evy Fabiani. Chciałam tylko
powiedzieć, że zostanie pochowana jutro o jedenastej. Może będzie
pani chciała przyjść?
Wolfgang twierdził później, że pozwoliła, żeby "jakaś
kompletnie nieważna" pani Behrenburg "wymusiła na niej" udział
w pogrzebie. Był zły i nie rozumiał, że ona sama odczuwała
potrzebę wybrania się na cmentarz.
Była zaskoczona, że przyszło tak mało osób. Leona
spodziewała się sporego grona żałobników, biorąc pod uwagę
młody wiek samobójczyni. Gdy ludzie umierają w podeszłym
wieku, nie mają już prawie żadnych przyjaciół, i jeśli nie mają
dzieci czy wnuków, nikt nie gromadzi się przy ich grobach. Ale
Eva Fabiani miała trzydzieści osiem lat! Wtedy ma się przecież
przyjaciół, kolegów, rodzinę. Lecz poza panią Behrenburg
i Leoną był tylko jeden mężczyzna, który przedstawił się jako brat
Evy. Wyglądał na kilka lat starszego od zmarłej siostry. Nie
płakał, ale wyglądał, jakby skamieniał z bólu, a momentami był
jakby oszołomiony.
Gdy pracownicy cmentarza zaczęli zasypywać grób,
a pastor już poszedł, brat Evy podszedł do Leony i pani Behrenburg.
Uścisnął dłoń sąsiadki.
- Dziękuję, że pani przyszła, pani Lydio - powiedział. -
I dziękuję za wszystko, co zrobiła pani dla mojej siostry. Wiem,
że znalazła w pani oparcie.
Lydia Behrenburg aż zarumieniła się z dumy.
- Zawsze z przyjemnością spędzałam czas z pańską siostrą.
Nie mam przecież nikogo na świecie. Tak bardzo będę za nią
tęsknić.
Jej smutek zdawał się prawdziwy i głęboki. Stała przy
grobie niczym człowiek, który patrzy, jak odpływa ostatnia deska
ratunku, a on niemalże może ją chwycić.
"Jak wielu jest samotnych ludzi" - pomyślała wzruszona
Leona.
Brat Evy zwrócił się do niej. Zmierzył ją chłodnym
spojrzeniem szarozielonych oczu.
- Robert Jablonski - przedstawił się. - Jestem bratem Evy
Fabiani.
- Leona Dorn - odpowiedziała Leona i dodała
z wahaniem: - To ja jestem tą osobą, która...
- Leona była pierwsza na miejscu wypadku - wyjaśniła
Lydia. - Od razu zajęła się Evą.
- Tak naprawdę to nic nie mogłam zrobić - poprawiła ją
Leona. Poczuła, jakby się usprawiedliwiała.
Robert popatrzył na nią badawczym wzrokiem.
- To panią naprawdę wstrząsnęło, prawda?
Leona skinęła głową.
- Nie mogę się z tym pogodzić.
Robert założył okulary słoneczne, które zdjął, zanim się
z nimi przywitał. W ciemnych szkłach wyglądał jeszcze
atrakcyjniej.
- Chodźmy - powiedział. - Zapraszam panie na kawę.
Lydia i Leona. Czy mogę mówić paniom po imieniu? Wiedzą
panie może, gdzie moglibyśmy na chwilę usiąść?
W ten upalny lipcowy dzień wylądowali więc w kawiarnianym
ogródku, usiedli wokół małego stoliczka, pośród głośnych,
odzianych w szorty i kolorowe podkoszulki ludzi, mężczyzna
w ciemnym garniturze i dwie kobiety w czarnych sukienkach, czarnych
rajstopach i czarnych butach. Leona, która zawsze dbała o figurę,
zamówiła tylko kawę i wodę mineralną, Robert zdecydował się
na sałatkę, a pani Lydia na olbrzymi puchar lodów.
Zdominowała rozmowę, mówiła niemal bez przerwy, wspominała minione
czasy z Evą. Opowiadała śmieszne, smutne i wyjątkowe
historyjki. Tu przypowiastka, tam anegdota. Leona odniosła
osobliwe wrażenie, jakby Eva cały swój wolny czas spędzała z Lydią.
Choć nie znała Evy, jedno spojrzenie na jej twarz wystarczyło,
by wiedzieć, że to kobieta wykształcona i raczej skomplikowana.
Natomiast Lydia była miła, ale prosta; zacna, zapobiegliwa
gospodyni domowa, którą cechowały pewna naiwność i dość
ograniczone horyzonty. Leona, która już po dziesięciu minutach
paplaniny Lydii czuła się jak zbity pies, zaczęła się zastanawiać, jak
Eva mogła wytrzymać jej częstą obecność. Odniosła wrażenie, że
Robert Jablonski nie przepada za panią Behrenburg, choć
traktował ją bardzo grzecznie i uprzejmie.
Lydia umilkła na chwilę i rozejrzała się za kelnerem, żeby
zamówić kolejne lody. Leona skorzystała z okazji.
- Pan także mieszka we Frankfurcie? - spytała Roberta.
Potrząsnął głową.
- W Asconie. Nad jeziorem Maggiore.
- W Asconie? Pochodzi pan stamtąd? I Eva też?
- Jesteśmy Niemcami, ale dorastaliśmy w Asconie. Nasi
rodzice mieli tam piękny dom. Potem Eva wyszła za mąż
i przeprowadziła się z mężem tutaj, do Frankfurtu. On wykłada
historię prawa na uniwersytecie.
- Dziwne, że nie przyszedł na pogrzeb.
Lydia wydała pogardliwe parsknięcie.
- Mnie to wcale nie dziwi! Ten lekkoduch! Kiedy jeszcze
żyła, też się o nią nie troszczył. Dlaczego miałby to robić teraz,
jak już umarła?
- Przypuszczam, że on jeszcze nie wie o jej śmierci! -
powiedział Robert. - Gazety nie podały nazwiska, a ja nic mu nie
mówiłem.
- Dowie się w swoim czasie - dodała Lydia. - Zresztą i tak
go to nie obejdzie.
Wyglądało na to, że były mąż Evy nie cieszył się ich
sympatią. Leona chętnie dowiedziałaby się czegoś więcej, ale nie
chciała wyjść na wścibską. Powiedziała więc tylko:
- Zdziwiło mnie, że byliśmy na pogrzebie tylko my troje.
Przecież w życiu Evy musiało być mnóstwo ludzi?
- Właśnie, że nie - powiedziała Lydia. Akurat przyniesiono
jej drugi puchar lodów, całą górę waniliowych kulek z gorącymi
malinami i bitą śmietaną. - Była niewiarygodnie samotna.
- Nasi rodzice nie żyją - wyjaśnił Robert. - A poza tym nie
mamy żadnych krewnych. Byłem ostatnim żyjącym członkiem
jej rodziny.
- Przecież musiała mieć przyjaciół - drążyła Leona. -
Koleżanki...
- Nie miała stałego miejsca pracy - powiedziała Lydia. -
Po rozwodzie przez dwa lata nie była w stanie pracować
z powodu depresji. A potem imała się różnych zajęć. Raz tu, raz
tam. Pracowała dorywczo. W każdym miejscu zbyt krótko, żeby
zdobyć przyjaciół.
- Dawała radę utrzymać się z tego?
- Nieźle sobie radziła. To mieszkanie należało do niej, miała
nawet jakieś oszczędności. Meble przywiozła ze sobą. Mąż
zostawił jej praktycznie wszystko, żelazko, kuchenkę, pralkę. Miał
chyba nadzieję, że w ten sposób uspokoi swoje nieczyste sumienie.
Leona o nic już nie zapytała, ale zastanawiała się, jak to
było możliwe. Eva Fabiani, atrakcyjna, młoda jeszcze
kobieta, jest tak zupełnie sama, bez nikogo oprócz gadatliwej
starszej sąsiadki. Bez stałej pracy. Bez przyjaciół. Bez mężczyzny.
To z pewnością samotność skłoniła ją do śmiertelnego skoku.
A nie miała nawet czterdziestki.
Robert pochylił się do przodu. Zdjął okulary. "Ma
niezwykle przenikliwy wzrok" - pomyślała Leona.
- Słyszałem, że moja siostra powiedziała coś, zanim
umarła. Coś w rodzaju: "Teraz mu się udało" albo coś podobnego.
- W końcu mu się udało - powiedziała Leona. - Takie były
dokładnie jej słowa.
Robert się skrzywił.
- Tak - rzucił gorzko. - Teraz mu się w końcu udało.
- Komu?
- Jej byłemu mężowi. - Lydia nieustannie przypominała
o owym draniu, którego najwyraźniej uważała za
odpowiedzialnego za wszystkie nieszczęścia w życiu Evy. - Jego miała
oczywiście na myśli.
- Ależ Lydio, przecież mówiła pani, że oni się rozwiedli
cztery lata temu! Nie mogli mieć ze sobą aż tak bliskiego
kontaktu!
- Ona cierpiała - wyjaśnił Robert. Jego głos znów brzmiał
obojętnie, jakby był pozbawiony emocji. - Załamała się po
rozwodzie. Miała straszną depresję. Jakby oszalała z bólu. Nie
potrafiła wziąć się w garść. Jej samobójstwo to logiczna
konsekwencja ostatnich lat.
- Czyli to on chciał rozwodu, a nie ona - wywnioskowała
Leona.
Robert zapalił papierosa. Najpierw podsunął paczkę im obu,
ale nie skorzystały. Palce lekko mu drżały. Ze smutku? Ze
zdenerwowania? Z nienawiści? Jego głos nadal brzmiał obojętnie.
- Zdradzał ją - powiedział. - Zdradzał ją tak często, tak
bez skrupułów, tak jawnie, że w końcu nie miała innego wyboru
i musiała wystąpić o rozwód. A od tego zaczęło się jej powolne
umieranie.
- To dziwne - powiedziała w ciemności sypialni - gdy na
pogrzeb kogoś młodego przychodzą raptem trzy osoby: brat,
sąsiadka, o której nie wiadomo, czy faktycznie była dla zmarłej
podporą, czy też jej się po prostu narzucała, i zupełnie obca
kobieta, która przypadkiem przechodziła tamtędy w owej
ostatecznej chwili, gdy życie wydawało się już nie do zniesienia. Co
za zestaw!
Wolfgang nie ukrywał już ziewania.
- Szkoda, że musiałaś tamtego dnia iść do dentysty -
powiedział z westchnieniem. - Wiele by nam to oszczędziło!
- Mąż ciągle ją zdradzał. Robert jest przekonany, że przez
to przyczynił się do jej samobójstwa.
- To jakaś bzdura! - odparł ostro Wolfgang. - Mówiłaś
przecież, że to była jeszcze młoda i atrakcyjna kobieta!
- A co ma jedno do drugiego?
- Jeśli mąż rzeczywiście ją zdradzał, dla takiej kobiety to
nie mógł być koniec świata. Proszę cię! Trzydzieści osiem lat,
ładna. Spokojnie mogła sobie kogoś znaleźć. Nie musiała sobie
wypłakiwać oczu!
- Może kochała go w taki sposób, że nie potrafiła się
rozejrzeć za kimś innym. Przecież to możliwe.
- Sentymentalne bzdury! Jeśli się było z kimś przez
trzydzieści lat albo więcej, to może trudno wyobrazić sobie życie
z kimś innym. Ale aż tak długo małżeństwem być nie mogli.
I jak już mówiłem, była za młoda, żeby panikować, że nie ma
żadnej przyszłości!
Był mocno rozgniewany, a Leona zastanawiała się,
dlaczego tak się denerwuje. Do tej pory temat Evy nudził go albo
irytował. A nagle rozsierdził się zupełnie na poważnie.
Przerzuciła nogi przez krawędź łóżka i poszukała kapci.
- Idę do salonu - powiedziała. - Pooglądam telewizję. Na
pewno nie uda mi się już teraz zasnąć.
Nie oponował.
2
"Ale oni potrafią ładnie przygotować zwłoki" - pomyślała Lisa.
Patrzyła na delikatną, spokojną twarz siostry. Słyszała, jak
ludzie mówią o spokoju na twarzach zmarłych, ale uważała, że
to zwykły frazes, stwierdzenie, które wszyscy powtarzają jak
papugi. Spokój na twarzach zmarłych i powiązana z nim myśl
o ich zbawieniu od wszelkich ziemskich trosk stanowiły cenną
pociechę, często jedyną, jaką mieli do dyspozycji. Czegoś trzeba
się przecież trzymać.
Ale Lisa uznała, że Anna naprawdę wygląda na
spokojną. Jakby spała i miała jakiś piękny sen. Z jej twarzy zmyto
krew i brud, z włosów wyczesano trawę i gałązki. Kto ją teraz
widział, nie odgadłby, że zginęła w dramatycznych
okolicznościach.
Lisa pomyślała o tym, że jej ciało nie wygląda już tak
pięknie. Trudno było chyba ukryć tak liczne rany kłute. Morderca
ciął ją nożem jak szalony.
Ona widziała te rany. Musiała zidentyfikować siostrę.
Usłyszała, jak za jej plecami ojciec cicho szlocha i odwróciła się do
niego. Przez ostatnie dwa tygodnie przybyło mu co najmniej
dziesięć lat. Na jego pomarszczonej twarzy malowały się
przerażenie i bezradność.
Delikatnie dotknęła jego ramienia.
- Mówiłam ci przecież, tato, że nie powinieneś tu
przychodzić. Sam pogrzeb będzie wystarczająco trudny. Dlaczego się
uparłeś, żeby ją zobaczyć?
- Bo chciałem się pożegnać - wymamrotał Johann.
Widać było po nim, że źle się czuje w ciemnym garniturze,
który miejscami lśnił zielonkawo ze starości. To jego ślubny
garnitur, sprzed trzydziestu lat. Wisiał na nim jak worek. Lisa
pomyślała, jak dobrze ojciec wyglądał jeszcze dwa lata temu.
Zanim dopadł go rak. Najpierw płuco, dlatego mu je usunięto.
Ale potem pojawiły się przerzuty do jelita i żołądka. Ostatnio
często narzekał na ból w kościach, w niektóre dni ledwo się
ruszał. Lisa miała pełne ręce roboty, opiekując się nim. Ponieważ
w te gorsze dni nie dawała rady podnieść go z łóżka
i zaprowadzić do łazienki czy pospacerować chwilę po ogrodzie,
zadzwoniła do prywatnego ośrodka zdrowia w sąsiedniej
miejscowości i poprosiła o pomoc. Od tej pory co drugi dzień zaglądał
do nich Benno, miły, już nie taki młody mężczyzna, który nie
był co prawda wyszkolonym pielęgniarzem i nie mógł podawać
ani lekarstw, ani zastrzyków, ale miał dość siły, żeby podeprzeć
ciężko chorego, czy nawet gdzieś go zanieść. Jego pomoc była
dla Lisy ogromną ulgą.
Benno był u nich tamtego upalnego dnia przed dwoma
tygodniami, gdy zadzwoniła policja. Było późne popołudnie, Lisa
właśnie wychodziła na zakupy i poprosiła Benna, żeby został
z jej ojcem. Nie czuł się dobrze, nie można go było zostawić
samego.
Benno otworzył drzwi, a potem wszedł na górę do łazienki,
gdzie Lisa malowała właśnie usta szminką.
- Policja - szepnął. - Dwaj funkcjonariusze. Chcą
rozmawiać z pani ojcem!
- Wykluczone. Czego chcą?
- Nie wiem. Wyglądają strasznie poważnie.
Zeszła po schodach i wtedy nastąpiła tragedia. W taki
upalny dzień, zupełnie bez ostrzeżenia.
Jakaś para ze wsi znalazła ją w lesie, przywiązaną do
drzewa, poranioną nożem. Tamta kobieta doznała szoku, była pod
opieką lekarzy. Mężczyzna rozpoznał, że zamordowana to Anna
Heldauer, "córka Johanna Heldauera". Teraz musi przyjechać
ktoś z rodziny, ktoś powinien ją oficjalnie zidentyfikować,
widok jest przykry, ale...
- Niech się pani nie śpieszy - powiedział Benno. -
Popilnuję pani ojca, ile będzie trzeba.
Poszła z policjantami i potwierdziła, że ciało znalezione
w lesie to jej siostra.
A teraz znowu pochyliła się nad Anną i zrobiła znak krzyża
na jej wysokim, bladym czole. Dopiero szesnaście dni po
odnalezieniu zezwolono na pochówek, badania trwały całą
wieczność. Lisa nie widziała Anny tak długo, a nawet jako dzieci nie
były sobie szczególnie bliskie, że teraz miała wrażenie, jakby
żegnała kogoś obcego. Mimo to czuła ucisk w sercu i przenikliwy
ból. To była jej siostra! Obok ojca jedyna osoba, którą jeszcze
miała. Ojciec wkrótce odejdzie. A wtedy zostanie zupełnie sama.
- Ona nie mogła dobrze skończyć - wymamrotał Johann,
gdy zamierzali odejść. - Zawsze to powtarzałem... Prowadząc
takie życie, musiała źle skończyć!
"Bądź co bądź, miała lepsze życie niż ja - pomyślała
z goryczą Lisa. - Ulotniła się w odpowiednim momencie. Zostawiła
mnie z ojcem, razem z jego rakiem i niekończącym się, pełnym
jęków umieraniem".
Tak bardzo nienawidziła za to Anny przez ostatnie lata,
że trudno jej było przekształcić to uczucie w wyrozumiałość
i współczucie, uczucia, jakie bez wątpienia powinno się
odczuwać wobec siostry, która zginęła w tak straszny sposób. Annę
spotkał okropny los, przede wszystkim zasługiwała na
współczucie.
"Jestem złym człowiekiem - pomyślała Lisa - skoro nie
potrafię wykrzesać z siebie współczucia. Jeśli nie potrafię tego
zrobić nawet teraz".
- Chodź, tato - powiedziała. - Musimy przejść do sali
pożegnań. Inni już tam czekają.
"Inni", czyli cała wieś. Morderstwo Anny odbiło się
szerokim echem. Każdy chciał przyjść na pogrzeb. Stali tam w tych
swoich czarnych garniturach i czarnych garsonkach,
z kwiatami w dłoniach i gapili się na Lisę i jej ojca. Od tamtego dnia
nieustannie spotykali się z wyrazami współczucia.
Czy to prawdziwe współczucie? - zastanawiała się Lisa.
A może żądza sensacji? Wreszcie zaczęło się coś dziać w tej
dziurze zabitej dechami! Coś, o czym można było plotkować na
każdym rogu, coś, co zwabiło dziennikarzy i umieściło to
zapomniane przez Boga miejsce w nagłówkach gazet. Przecież
o czymś takim marzyli wszyscy. A teraz stoją wokół grobu ze
wzruszonymi minami, gotując się w duchu z niecierpliwości,
żeby w końcu pójść do domu i wymienić się z sąsiadami
spostrzeżeniami. Że Johann źle wyglądał, że Lisa miała
bezwstydnie krótką spódnicę... A nikt z nich nie miał z Anną nic
wspólnego. Absolutnie nikt.
Ale czy ktokolwiek miał coś wspólnego z Anną przez
ostatnie lata? Jeśli miała jakichś przyjaciół i znajomych, Lisa
nie mogła ich powiadomić. Nikt nie miał pojęcia, gdzie Anna
przebywała przez ostatnie sześć lat. Gdy wtedy, mając zaledwie
osiemnaście lat, wyruszała z domu tuż po śmierci matki, bo nie
mogła już wytrzymać w tym "kołtuńskim
drobnomieszczańskim światku", jej celem była Ameryka Południowa.
- Wędrować, dziś tu, jutro tam, nie wiedząc, co będzie, bez
jutra, bez wczoraj, zauważać tylko bieżącą chwilę - tak
przedstawiła jej swoje plany.
Lisa, ta młodsza, słuchała z zazdrością i szeroko otwartymi
oczami, ale ojciec, wtedy jeszcze zdrowy i silny, wyraził swoje
wątpliwości:
- To zbyt niebezpieczne dla samotnej kobiety. Czy ty masz
pojęcie, co może się wydarzyć? W tych
południowoamerykańskich państwach ciągle są jakieś rewolucje i powstania albo
pucze. I wtedy nikogo nie obchodzi, co się dzieje z jakąś
cudzoziemką, która pałęta się po okolicy. Ktoś cię ukatrupi i zakopie,
i nikt się o niczym nie dowie!
Anna roześmiała się, puszczając mimo uszu krakanie ojca.
Lisa miała przed oczami jej widok z dnia wyjazdu: promienna,
w świetnym humorze, śniada po godzinach opalania się na
nadrzecznych błoniach; jej długie, kręcone, ufarbowane na kolor
miodu włosy spływały po plecach, a wokół szyi i nadgarstków
dzwoniła tania turkusowa biżuteria ze sklepu indyjskiego.
Lisie wydawało się to tragiczne, że ponure przepowiednie ojca się
sprawdziły, choć inaczej niż myślał. Anna nie zginęła
w Ameryce Południowej, tylko całkiem blisko rodzinnego domu,
niedaleko małej wioski w pobliżu Augsburga, w której dorastała,
w takim lesie, w jakim bawiła się jako dziecko. Pewnie
zmierzała do domu, lecz zanim osiągnęła swój cel, padła ofiarą
mordercy.
"Po sześciu latach - pomyślała Lisa. - Dlaczego wracała do
domu? Po tak długim czasie, gdy nie dawała znaku życia, nagle
zechciała wrócić. Dlaczego?"
Starała się ignorować spojrzenia ludzi i ich szepty, kiedy
przechodziła między rzędami krzeseł w sali pożegnań.
Trzymała ojca pod ramię, a on mocno się o nią opierał.