Większy kawałek nieba - Krystyna Mirek

Kup ebooka

39.99 zł
33.15 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Do krót­kiego gwinta! Gdzie są moje gra­na­towe dżinsy?! - Pod­nie­siony głos zakłó­cił miłą ciszę sło­necz­nego, choć mroź­nego poranka.

- Klnie się: jasny gwint. A poza tym wszyst­kie twoje dżinsy są gra­na­towe. - Nata­lia dopięła guziki swe­tra i weszła do gar­de­roby pomóc Wik­to­rowi. Miał trzy­dzie­ści pięć lat, zarzą­dzał rodzinną firmą i był dobrze zor­ga­ni­zo­wany, ale w domo­wych spra­wach czę­sto się gubił.

- Do cięż­kiej Anielki! Powinny być na swoim miej­scu! - Gorącz­ko­wał się męż­czy­zna, kopiąc w sto­sach ubrań niczym nad­po­bu­dliwy terier.

Anielka jest jasna - pomy­ślała i uśmiech­nęła się, bo zawsze coś mylił, kiedy się dener­wo­wał. - Może nowa gospo­dyni odło­żyła rze­czy na inne miej­sce? - pod­po­wie­działa i cze­kała spo­koj­nie, aż sam wycią­gnie wła­ściwe wnio­ski.

- Wiecz­nie to samo. - Wresz­cie wydo­był parę spra­nych oraz mocno sfa­ty­go­wa­nych dżin­sów z wyso­kiego stosu ubrań, po czym spoj­rzał na nie z czu­ło­ścią. Nata­lia udała, że tego nie widzi. Już dawno posta­no­wiła zaaran­żo­wać drobny wypa­dek, w któ­rym wysłu­żone spodnie ucier­pią w spo­sób trwały i unie­moż­li­wia­jący dal­sze użyt­ko­wa­nie. To będzie jedno z jej pierw­szych dzia­łań, kiedy wresz­cie sta­nie się peł­no­prawną panią tego domu.

Już dawno powinno to było nastą­pić - uświa­do­miła sobie po raz kolejny.

Wik­tor ubrał się bez prze­szkód. Dżinsy świet­nie paso­wały i nawet nie­źle w nich wyglą­dał, choć trudno by się doszu­ki­wać w tej sty­li­za­cji klasy czy ele­gan­cji sto­sow­nej do jego pozy­cji towa­rzy­skiej. Lubił jed­nak luz, co Nata­lia zamie­rzała sko­ry­go­wać natych­miast, gdy tylko zamieni sta­tus związku na mał­żeń­stwo. Wes­tchnęła, patrząc na ubie­ra­ją­cego się męż­czy­znę. Póki co stare dżinsy bez­piecz­nie opi­nały jego zgrabne pośladki, a wszel­kie plany kobiety pozo­sta­wały na razie w sfe­rze marzeń. Wciąż mogła nazy­wać się tylko - jak to się teraz ład­nie okre­śla - part­nerką, choć rów­ność w tym związku była czy­sto teo­re­tyczna. To Wik­tor, mimo iż zawsze zacho­wy­wał się jak dżen­tel­men, okre­ślał warunki. Ona musiała się dosto­so­wać.

- Gdzie jest ta nowa gospo­sia? - zapy­tał, wycho­dząc z gar­de­roby. Ener­gicz­nie prze­cze­sał pal­cami jasne, bar­dzo gęste włosy. - Dla­czego przy tak wyso­kiej sto­pie bez­ro­bo­cia zna­le­zie­nie pra­cow­nika na stałe gra­ni­czy z cudem? - Rozej­rzał się wokół, jakby się spo­dzie­wał usły­szeć od kogoś odpo­wiedź. - Wiecz­nie ktoś się wszyst­kiego uczy od nowa! Dobrze płacę, zatrud­niam legal­nie, nie wyma­gam cudów i co? To już trze­cia osoba w tym mie­siącu. Zanim się przy­zwy­czai, pew­nie odej­dzie jak poprzed­nie. Ktoś może mi to wytłu­ma­czyć?

Nata­lia mogła, ale nie zamie­rzała zgła­szać się na ochot­nika. Nie chciała skoń­czyć niczym posła­niec przy­no­szący złe wie­ści - strą­cony ze skały, zanim zdążą wybrzmieć jego ostat­nie słowa. Wybrała inną drogę.

- Spóź­nisz się do pracy - zasu­ge­ro­wała łagod­nym gło­sem, sku­tecz­nie odwra­ca­jąc myśli Wik­tora od codzien­nych domo­wych trosk.

- Masz rację. - Bły­ska­wicz­nie się wypro­sto­wał. - Już jestem gotowy. Prze­pra­szam cię, nie­po­trzeb­nie tak się dener­wuję. Ale niczego w tym domu nie można ostat­nio zna­leźć - powie­dział już spo­koj­nie i poca­ło­wał ją.

Z przy­jem­no­ścią pozwo­liła mu się objąć. Cie­szyła się każdą sekundą bli­sko­ści ze swoim wyma­rzo­nym męż­czy­zną. Wręcz uza­leż­niła się od tego uczu­cia. Wik­tor, zapa­lony miło­śnik spor­tów eks­tre­mal­nych, miał silne ramiona i dobrze wyćwi­czone mię­śnie. Pły­wał, poko­ny­wał gór­skie szczyty na spor­to­wym rowe­rze i ska­kał ze spa­do­chro­nem. Z maniac­kim wprost upo­rem jeź­dził na czar­nym moto­cy­klu po dro­gach nie­do­stęp­nych i, zda­niem Nata­lii, naj­mniej odpo­wied­nich do tego celu. Wra­cał z takich wypraw zmor­do­wany, pochla­pany bło­tem, wycią­ga­jąc pospiesz­nie z wło­sów jakieś ziel­ska.

Ten zwy­czaj Nata­lia rów­nież miała zamiar zmie­nić zaraz po ślu­bie. Czarna honda nie wzbu­dzała jej zaufa­nia. Nie widziała też powodu, by doro­sły męż­czy­zna miałby odda­wać się pasjom odpo­wied­nim dla nie­opie­rzo­nych nasto­lat­ków.

Trzeba było jed­nak przy­znać, że wszyst­kie te zaję­cia miały jedną nie­wąt­pliwą zaletę. Dzień po dniu budo­wały jego syl­wetkę, rzeź­biąc ją wytrwale niczym wyjąt­kowo zdolny rze­mieśl­nik. Nata­lia lubiła każdy cen­ty­metr ciała swo­jego męż­czy­zny i ni­gdy nie miała dość wza­jem­nego dotyku.

Teraz przy­tu­liła się moc­niej, ale Wik­tor szybko przy­po­mniał sobie, że prze­cież jest już późno. Poca­ło­wał ją raz jesz­cze, po czym deli­kat­nie odsu­nął.

- Muszę już iść - powie­dział sta­now­czo.

Wyszedł z sypialni, minął piękną jadal­nię z okrą­głym sto­łem, nakry­tym do śnia­da­nia. Nie spró­bo­wał nawet jed­nej potrawy z boga­tego zestawu, sta­ran­nie skom­po­no­wa­nego przez nową gospo­dy­nię. Wypił tylko w kuchni kilka łyków gorz­kiej, moc­nej kawy. Spie­szył się. Wło­żył szybko buty, po czym wrzu­cił lap­top do skó­rza­nej, sfa­ty­go­wa­nej teczki. Nata­lia w tym cza­sie rów­nież przy­go­to­wała się do wyj­ścia.

- Zostań - zapro­po­no­wał. - Odpocz­nij, skosz­tuj ulu­bio­nego soku. Spe­cjal­nie dla cie­bie zamó­wi­łem. - Wska­zał dło­nią na wysoki dzba­nek.

- Dzię­kuję. Może po połu­dniu. Wycho­dzę z tobą - odparła Nata­lia i wło­żyła cie­pły płaszcz.

- Nie zje pan śnia­da­nia? - Star­sza pani o miłej powierz­chow­no­ści sta­nęła w sze­ro­kim hallu. - Przy­go­to­wa­łam wszystko zgod­nie z zale­ce­niami. Czy cze­goś bra­kuje? - zapy­tała nie­śmiało.

Wik­tor spoj­rzał na nią. Już pod­czas pierw­szej roz­mowy poczuł sym­pa­tię do tej kobiety. Przy­po­mi­nała mu bab­cię. Miała takie same ciemne włosy, lekko posi­wiałe na skro­niach. Krótką zacze­saną do góry fry­zurę ze sta­ro­świecką trwałą. W uszach migo­tały jej dłu­gie kol­czyki skła­da­jące się z pęku srebr­nych list­ków. Tań­czyły przy każ­dym ruchu głowy. Ale naj­waż­niej­sze były nie­bie­skie oczy patrzące na roz­mówcę z łagod­no­ścią i ser­deczny uśmiech two­rzący wokół oczu i ust sia­teczkę zmarsz­czek. Wik­torowi ten widok koja­rzył się z cie­płem, poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, ale też surową ręką, która cza­sem potra­fiła zawró­cić z nie­zbyt bez­piecz­nej drogi.

Uśmiech­nął się do niej. Dopiero zaczy­nała. Trudno w końcu wyma­gać, by pra­cow­nik opa­no­wał liczne domowe zwy­czaje w jeden dzień.

- Wszystko w porządku, pani... - Jak na złość nie mógł sobie przy­po­mnieć imie­nia.

- Mary­siu - pod­po­wie­działa mu Nata­lia.

- Wła­śnie. - Zakasz­lał, pokry­wa­jąc zmie­sza­nie, choć nie zno­sił tego nie­kon­tro­lo­wa­nego odru­chu. - Po pro­stu nie zawsze będę jadł śnia­da­nie w domu - wyja­śnił szybko. - Pro­szę jed­nak obu­dzić mojego syna i dopil­no­wać, by on zjadł. W miarę moż­li­wo­ści niech to nie będzie tylko nale­śnik z nutellą. Jakaś sałatka, chleb peł­no­ziar­ni­sty będą bar­dziej odpo­wied­nie. - W ostat­niej chwili powstrzy­mał się przed dal­szym cią­giem wypo­wia­da­nego od lat komu­ni­katu i wyra­że­niem prośby, aby dziecko zostało odpo­wied­nio przy­go­to­wane do wyj­ścia do szkoły. Przy­po­mniał sobie o feriach, że są ferie.

Gospo­dyni zro­biła dziwną minę. Wiele ją kosz­to­wało prze­mil­cze­nie cisną­cego się na usta komen­ta­rza. Spoj­rzała na Nata­lię, ale ona udała, że nie widzi niczego nie­zwy­kłego w sło­wach Wik­tora, gdy wyra­żał się o czter­na­sto­latku niczym o nie­sa­mo­dziel­nym uczniu szkoły pod­sta­wo­wej. Wszy­scy zna­jomi rodziny wie­dzieli, że zegar męż­czy­zny zatrzy­mał się kilka lat temu i w świa­do­mo­ści ojca Oli­wier wciąż jest małym chłop­cem, który po śmierci mamy wymaga miło­ści, tro­ski, a przede wszyst­kim wyro­zu­mia­ło­ści.

- Będzie pani pamię­tać? - upew­nił się.

- Oczy­wi­ście, pro­szę się nie mar­twić. - Gospo­dyni spoj­rzała w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych do pokoju Oli­wiera. Całe wczo­raj­sze popo­łu­dnie i wie­czór poświę­ciła na sprzą­ta­nie tego pomiesz­cze­nia. Zoba­czyła nie­jedno, ale mil­czała. Bar­dzo zale­żało jej na pracy.

- W takim razie dzię­kuję i do zoba­cze­nia wie­czo­rem - powie­dział Wik­tor i wyszedł, prze­pusz­cza­jąc Nata­lię przo­dem.

Wąskim kory­ta­rzem prze­szli do garażu. Poże­gnali się krót­kim poca­łun­kiem i każde wsia­dło do swo­jego samo­chodu. Wspól­nie wyje­chali sze­roką bramą gara­żową, a następ­nie skie­ro­wali się w dwie prze­ciwne strony. Wik­tor ruszył drogą wyjaz­dową pro­wa­dzącą na auto­stradę, by jak naj­szyb­ciej dostać się do cen­trum mia­sta, a Nata­lia wolno zmie­rzała w stronę miesz­ka­nia miesz­czą­cego się w blo­kach poło­żo­nych nie­cały kilo­metr dalej. Po chwili jed­nak zmie­niła zda­nie i zatrzy­mała samo­chód na pobo­czu.

Zlo­ka­li­zo­wane na obrze­żach Kra­kowa osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych ota­czały brzo­zowe zagaj­niki. Drzewa rosły tu buj­nie, jesz­cze zanim na tym kawałku ziemi spo­częło czujne oko dewe­lo­pera i doj­rzało oka­zję do szyb­kiego zarobku. Teraz smu­kłe brzozy sta­no­wiły uro­kliwą deko­ra­cję, win­du­jącą cenę metra kwa­dra­to­wego posta­wio­nych w bły­ska­wicz­nym tem­pie budyn­ków. Drzewa dawały też osłonę przed wzro­kiem przy­pad­ko­wych prze­chod­niów i choć pozba­wione o tej porze roku liści, sta­no­wią­cych ich naj­więk­szą ozdobę, wciąż sta­no­wiły odpo­wied­nie tło dla poran­nych roz­my­ślań. Nata­lia wysia­dła z samo­chodu i wycią­gnęła z torebki wąską paczkę papie­ro­sów. Od lat już nie paliła, ale poprzed­niego wie­czoru kie­ro­wana dziw­nym impul­sem, popro­siła o tę używkę, pła­cąc przy kasie za drobne zakupy. Jakby wie­działa, że kolejny dzień będzie ciężki. Zmar­no­wała kilka zapa­łek, zanim poczuła w gar­dle ostry, a jed­no­cze­śnie mdlący smak dymu. Prócz sub­stan­cji smo­li­stych i czyn­ni­ków rako­twór­czych zawie­rał też chyba jakiś skład­nik uspo­ka­ja­jący, bo myśli łatwiej ukła­dały się w gło­wie. Od razu poja­wiła się ta naj­waż­niej­sza:

Jak długo jesz­cze mam cze­kać?

Rozej­rzała się wokół, szu­ka­jąc miej­sca odpo­wied­niego, by usiąść, ale dwie posta­wione nie­da­leko ławeczki nie nada­wały się do tego celu. Stan ich czy­sto­ści zde­cy­do­wa­nie nie wzbu­dzał zaufa­nia na tyle, by im powie­rzyć drogi, jasny płaszcz z cien­kiej wełny. Wró­ciła więc do samo­chodu i usia­dła w fotelu kie­rowcy, wycią­ga­jąc na zewnątrz dłu­gie nogi w kozacz­kach na nie­bo­tycz­nie wyso­kiej szpilce. Popra­wiła ciemne włosy i przej­rzała się odru­chowo w lusterku. Nikt jej tutaj nie widział, na bocz­nej dro­dze pano­wały pustki, jed­nak Nata­lia pod­kre­śliła kolor ust szminką i lekko przy­pu­dro­wała nos. Z zado­wo­le­niem oce­niła efekt. Była naprawdę atrak­cyjną kobietą.

Ale wciąż cze­kała.

Jak długo jesz­cze? - powtó­rzyła w myślach zadane przed momen­tem pyta­nie. Miała już ser­decz­nie dość. Zaczy­nał ją prze­ra­stać każdy kolejny tydzień.

Trzy lata to doprawdy wystar­cza­jąco wiele czasu, by się poznać, dotrzeć i pod­jąć decy­zję w spra­wie wspól­nej przy­szło­ści. Oboje nie byli już prze­cież tacy mło­dzi. Wik­tor kilka mie­sięcy wcze­śniej hucz­nie świę­to­wał trzy­dzie­ste piąte uro­dziny, a ona dys­kret­nie i w gro­nie naj­bliż­szych tylko przy­ja­ció­łek oblała fakt, że jest od niego młod­sza zale­d­wie o kilka mie­sięcy. Sta­bi­li­za­cja stała się jej życio­wym prio­ry­te­tem.

Chciała jesz­cze przed czter­dziestką wyjść za mąż i uro­dzić dziecko. A zna­jąc tempo Wik­tora w podej­mo­wa­niu takich decy­zji, musiała uzbroić się w cier­pli­wość. Wpraw­dzie na samą myśl o miesz­ka­niu pod jed­nym dachem z Oli­wie­rem cier­pła jej skóra, jed­nak pocie­szała się, że chło­pak już za parę lat zda maturę i kto wie, może wyfru­nie z rodzin­nego domu. Nie miała złych inten­cji. A przy­naj­mniej sta­rała się, by wła­sne pra­gnie­nia pogo­dzić z dobrem chłopca. W głębi serca życzyła mu więc, by zwie­dził świat i zdo­być naj­lep­sze wykształ­ce­nie.

Może w Lon­dy­nie albo w Mona­chium? - roz­ma­rzyła się. - Nie­je­den nasto­la­tek o tym marzy.

Na stu­dia w Oks­for­dzie pew­nie nie byłoby ojca stać, zresztą smar­kacz i tak by się nie dostał, bo nauka ni­gdy nie zali­czała się do jego życio­wych pasji, ale mniej­sza zagra­niczna uczel­nia... Czemu nie?

Myślę jak typowa maco­cha z bajek - uświa­do­miła sobie nagle. - One zawsze chcą przede wszyst­kim pozbyć się dzieci z poprzed­niego związku.

Mimo tej nie­zbyt przy­jem­nej kon­klu­zji nie zmie­niła zda­nia. Wspólne miesz­ka­nie z Oli­wie­rem prze­kra­czało moż­li­wo­ści prze­cięt­nej kobiety. Naj­lep­szy dowód na to sta­no­wiły wciąż zmie­nia­jące się gospo­sie.

Posta­no­wiła dzia­łać. Miała już dość bier­nego cze­ka­nia. Wyjęła tele­fon. Włą­czyła. Odru­chowo spraw­dziła pocztę, ponie­waż zigno­ro­wa­nie pul­su­ją­cej ikonki z kopertą nie leżało w jej natu­rze, powstrzy­mała się przed otwar­ciem por­talu spo­łecz­no­ścio­wego, by zoba­czyć, co tam z kolei sły­chać, i wresz­cie wybrała numer Wik­tora.

* * *

Gdy tylko zje­chał z auto­strady, utknął w korku na dwu­pa­smówce pro­wa­dzą­cej w stronę cen­trum. Zer­k­nął na zega­rek. Dzie­wiąta.

Powinno już być luź­niej, ale cią­gnący się przed nim sznur aut świad­czył o czym innym. Noga drgała mu ner­wowo na pedale gazu, ale samo­chód nie mógł roz­wi­nąć więk­szej pręd­ko­ści niż pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę. Mocny japoń­ski sil­nik mru­czał pod maską jak poj­mane zwie­rzę. Też pew­nie wolałby zary­czeć peł­nym gło­sem.

Wik­tor wrzu­cił do ust garść mię­to­wych pasty­lek, byle tylko czymś się zająć. Nie zno­sił mar­no­wa­nia czasu. Gdy usły­szał skoczną melo­dię dzwonka, szybko prze­łknął pastylki, lekko się krztu­sząc, po czym włą­czył zestaw gło­śno­mó­wiący. Pamię­tał o obiet­nicy danej Łucji, jego zmar­łej przed laty żonie, i od tam­tej pory tylko w ten spo­sób pro­wa­dził za kół­kiem roz­mowy tele­fo­niczne. Jako jedyny opie­kun ich synka miał dbać ponad wszystko także o wła­sne bez­pie­czeń­stwo.

- Słu­cham - powie­dział tro­chę nie­uważ­nie, bo korek posu­wał się bar­dzo nie­rów­no­mier­nie. Cza­sem dało się prze­je­chać kawa­łek nawet w nie­złym tem­pie, by po chwili znów hamo­wać.

- Jesteś już na miej­scu? - zapy­tała Nata­lia.

- Nawet nie wje­cha­łem do cen­trum. - Zwol­nił gwał­tow­nie, bo tuż przed maską samo­chodu zoba­czył sze­roki tył czar­nego nis­sana.

- Korki - domy­śliła się. - Na to nic nie­stety nie mogę pora­dzić, ale tak sobie dzi­siaj rano pomy­śla­łam, że w kwe­stiach domo­wych mogłoby się wiele zmie­nić na lep­sze.

- W jaki spo­sób? - zacie­ka­wił się i ode­tchnął z ulgą, bo ruch nie­po­dzie­wa­nie zyskał więk­szą płyn­ność. Doci­snął moc­niej pedał gazu.

- Może chciał­byś, bym bar­dziej zaan­ga­żo­wała się w nasze wspólne życie? Prze­cież spo­ty­kamy się już tak długo, coraz lepiej się znamy - powie­działa ostroż­nie, a głos nieco jej zadrżał.

- Pew­nie - odparł spon­ta­nicz­nie, nie doszu­ku­jąc się w pyta­niu żad­nych pod­tek­stów ani głęb­szych tre­ści.

- Czyli chcesz się ze mną oże­nić? - zapy­tała Nata­lia, celowo sta­ra­jąc się, by zabrzmiało to lekko, jak mimo­cho­dem rzu­cony żart, z któ­rego w każ­dej chwili można się wyco­fać.

Wik­tor poczuł falę gorąca i przez moment zro­biło mu się ciemno przed oczami, a już w następ­nej sekun­dzie zoba­czył ten sam co wcze­śniej sze­roki tył nis­sana. O tę jedną chwilę za późno i nie­stety zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko przed­niej czę­ści wła­snego samo­chodu. Roz­legł się huk, pojaz­dem mocno szarp­nęło i po chwili sil­nik zgasł.

- Niech to szlag trza­śnie! - krzyk­nął męż­czy­zna.

- Wik­tor! Co się stało?! - Nata­lia wołała do słu­chawki. Prze­szył ją lodo­waty dreszcz stra­chu. Roz­mowa została prze­rwana, a kolejne próby połą­cze­nia koń­czyły się wyłącz­nie pul­su­ją­cym sygna­łem zaję­tego numeru.

Skoro Wik­tor do kogoś dzwoni, nic poważ­nego mu się nie stało - pomy­ślała dziew­czyna, pró­bu­jąc zacho­wać spo­kój.

Opu­ściła dłoń bez­wład­nie wzdłuż ciała. Przy­mknęła oczy, by choć na chwilę oddzie­lić się od rze­czy­wi­sto­ści, ale nie­we­sołe wnio­ski poja­wiły się mimo opusz­czo­nych powiek i próby sku­pie­nia myśli na czymś innym. Jeżeli męż­czy­zna w ciągu trzech lat nawet sło­wem nie napo­myka o pla­nach wspól­nego życia, a na samo wspo­mnie­nie o ślu­bie natych­miast powo­duje wypa­dek samo­cho­dowy, to chyba nie można wyra­zić się jaśniej.

- Nie można, droga Nata­lio - wyszep­tała i otarła łzę z policzka. - Nie można.

Mimo wszystko posta­no­wiła dać mu jesz­cze jedną szansę. Tak jej kie­dyś pora­dziła hipo­te­tycz­nie przy­szła teściowa. Podobno Wik­tor potrze­bo­wał tylko tro­chę czasu, by zale­czyć stare rany.

Tele­fon zapisz­czał. Jakby na zawo­ła­nie przy­szła wia­do­mość:

Wszystko w porządku, to tylko nie­przy­jemna stłuczka. Zadzwo­nię.

Nata­lia uśmiech­nęła się i otarła łzy. Mimo stresu zwią­za­nego z wypad­kiem pamię­tał, by do niej napi­sać. Nic mu się nie stało - ode­tchnęła z ulgą, dopiero teraz uświa­da­mia­jąc sobie, że mocno zaci­ska dłoń na tele­fo­nie.

Wyjęła ze schowka butelkę wody mine­ral­nej i wrzu­ciła do niego paczkę papie­ro­sów.

Ni­gdy wię­cej - posta­no­wiła i wypłu­kała usta.

Jesz­cze raz odczy­tała wia­do­mość. Poczuła miłe cie­pło wokół serca, jak zawsze na myśl o Wik­to­rze. Był wspa­niały. Zupeł­nie odmienny od męż­czyzn, któ­rych wcze­śniej znała. Cza­sem twardy, sta­now­czy, ale zara­zem czuły i deli­katny.

Gdyby jesz­cze tylko potra­fił zdo­być się na obiek­tywny sto­su­nek do swo­jego syna - wes­tchnęła z rezy­gna­cją.

Oli­wier miał cztery latka, kiedy po wyczer­pu­ją­cej cho­ro­bie zmarła jego mama. Według zgod­nych opo­wie­ści wszyst­kich człon­ków rodziny Janic­kich kobieta nie­zwy­kła, piękna, wspa­niała, nie­za­stą­piona.

Nata­lia wes­tchnęła i tylko dba­łość o nie­na­gan­nie białe szkliwo powstrzy­mała ją, by nie zgrzyt­nąć zębami na samą myśl o pierw­szej żonie Wik­tora. Wcze­sna śmierć wpły­nęła na ukształ­to­wa­nie jej wyide­ali­zo­wa­nego wize­runku. Zapewne nie do końca praw­dzi­wego, ale to i tak nie miało zna­cze­nia. Nata­lia musiała zmie­rzyć się z tym nie­do­ści­gnio­nym wzo­rem. Nie szło jej zbyt dobrze mimo wspar­cia przy­szłej teścio­wej oraz wiel­kiej deter­mi­na­cji, z jaką dążyła do zbu­do­wa­nia z Wik­to­rem trwa­łego związku. Wciąż pró­bo­wała wywal­czyć dla sie­bie miej­sce w sercu męż­czy­zny żyją­cego prze­szło­ścią.

Łucja umie­rała długo, cier­piała, ale jej umysł dzia­łał bez zarzutu. Zanim ode­szła, wymo­gła na zako­cha­nym do sza­leń­stwa i nie­przy­tom­nym z bólu mężu liczne obiet­nice. Przede wszyst­kim, że będzie ponad wszystko dbał o dziecko. Sta­wiał potrzeby synka na pierw­szym miej­scu.

Wik­tor robił to z całym zaan­ga­żo­wa­niem. Zatrud­niał opie­kunki, szu­ka­jąc kan­dy­da­tek o macie­rzyń­skim uspo­so­bie­niu i dobrym sercu. Kupo­wał zabawki i orga­ni­zo­wał zaję­cia poza­lek­cyjne. Pil­no­wał pór posił­ków i ter­mi­nów szcze­pień. Pra­co­wał, by zapew­nić dziecku sta­bi­li­za­cję. Jed­nak zabie­ga­nemu i wciąż zaję­temu ojcu umknął gdzieś fakt, że w mię­dzy­cza­sie Oli­wier dorósł i bar­dzo się zmie­nił. Ze słod­kiego przed­szko­laka prze­obra­ził w wyso­kiego nasto­latka. Czas pły­nął szybko, a Wik­tor spra­wiał wra­że­nie, jakby na­dal tkwił przy łóżku swo­jej żony.

Może naprawdę potrze­buje tylko tro­chę cier­pli­wo­ści wspar­tej dys­kret­nym, lecz sta­now­czym dzia­ła­niem? - zasta­no­wiła się Nata­lia.

Była gotowa zro­bić wszystko, co konieczne, by wresz­cie zostać jego żoną. Dla niego mogła zdo­być się na każde poświę­ce­nie. Potra­fił je wyna­gro­dzić tysiąc­krot­nie.

Dla­tego bez narze­ka­nia przy­jęła rolę dru­giej Łucji. Nosiła, podob­nie jak jej poprzed­niczka, ubra­nia wyłącz­nie w jasnych kolo­rach. Uda­wała, że nie lubi donicz­ko­wych kwia­tów, choć od dziecka je hodo­wała. Gdy odwie­dzał ją w jej miesz­ka­niu, musiała uty­kać po kątach sporą kolek­cję orchi­dei. Sta­rała się za wszelką cenę nie draż­nić jego syna, choć naj­chęt­niej powie­dzia­łaby mu kilka szcze­rych zdań, bo wypro­wa­dzał ją z rów­no­wagi każ­dym gestem. Pie­lę­gno­wała też zna­jo­mość z panią Janicką, która sta­no­wiła dla niej nie­wy­czer­paną kopal­nię cie­ka­wo­stek na temat Łucji. Wyko­rzy­sty­wała je w walce o domi­na­cję w sercu Wik­tora.

Cza­sem miała tego wszyst­kiego ser­decz­nie dość, ale nie potra­fiła prze­stać. Kochała tego męż­czy­znę. Z jego wadami i zale­tami. Nawet kiedy wkła­dał stare ciu­chy, warte chyba jedy­nie zain­te­re­so­wa­nia kon­ser­wa­tora zabyt­ków, albo prze­krę­cał powie­dzonka. Poprzed­niego wie­czoru rzu­cił: "Nie owi­jaj kota w bawełnę". Aż uśmiech­nęła się, przy­po­mniaw­szy sobie jego argu­menty. Dys­ku­to­wali o czymś i ziry­to­wana Nata­lia pró­bo­wała go prze­ko­nać do swo­ich racji, jed­nak kiedy usły­szała o kocie owi­nię­tym w bawełnę, chciało jej się już tylko śmiać. Wik­tor skoń­czył polo­ni­stykę, ale związki fra­ze­olo­giczne mylił jak nikt inny.

Pokrze­piona dobrymi wspo­mnie­niami spoj­rzała ponow­nie na wia­do­mość i uspo­ko­iła się. Pod­jęła już decy­zję i nie zamie­rzała z niej rezy­gno­wać. Poczeka do wie­czora i spró­buje jesz­cze raz, a potem znowu. Tak długo, aż sprawy wresz­cie się ułożą po jej myśli.

Rozdział 2

W nocy mocno padał śnieg i na pobo­czach wciąż jesz­cze leżały hałdy świe­żego bia­łego puchu. Bły­skały w słońcu złud­nym kry­sta­licz­nym bla­skiem, przy bliż­szym pozna­niu oka­zu­jąc się po pro­stu zamar­z­niętą wodą, na doda­tek nie pierw­szej już czy­sto­ści.

Jed­nak w Kra­ko­wie nawet brudne zaspy mają swoją magię. Było pięk­nie. Tury­ści leni­wie spa­ce­ro­wali po sze­ro­kiej pły­cie Rynku, wysta­wia­jąc twa­rze w stronę cie­płych pro­mieni słońca, łago­dzą­cych ostry mróz. Stu­denci mniej lub bar­dziej pospiesz­nie zmie­rzali na zaję­cia, ludzie suk­cesu uśmie­chali się, pre­zen­tu­jąc światu dro­gie ubra­nia. Wśród tej codzien­nej goni­twy kwia­ciarki nie­za­leżne od pogody, zmie­nia­ją­cych się sys­te­mów poli­tycz­nych i gospo­dar­czych zawi­ro­wań, sprze­da­wały kolej­nym poko­le­niom zako­cha­nych kolo­rowe bukiety.

Ładna pogoda spra­wiła, że przy wysta­wio­nych przed loka­lami gastro­no­micz­nymi sto­li­kach poja­wiło się sporo klien­tów chęt­nych do zje­dze­nia posiłku, a przy­go­to­wane na tę porę roku zaciszne boksy ogrze­wane lam­pami gazo­wymi gwa­ran­to­wały przy­jemny nastrój.

Pani Wanda, sze­fowa kuchni jed­nej z restau­ra­cji miesz­czą­cych się tuż przy Rynku, sta­nęła w drzwiach i czuj­nym spoj­rze­niem spraw­dziła, czy na krze­słach roz­ło­żono cie­płe koce. Zmarsz­czyła czoło i zaci­snęła usta, mimo iż wszystko było jak należy. Powo­dów do zmar­twień wcale jed­nak nie bra­ko­wało. Trę­bacz na wieży kościoła Mariac­kiego rado­śnie ogła­szał połu­dnie, a szef wciąż jesz­cze nie zdo­łał dotrzeć do pracy. Wanda pokrę­ciła głową, stłu­miła wes­tchnie­nie i pode­szła bli­żej z brą­zową kamion­kową wazą, którą posta­wiła na jed­nym ze sto­li­ków. Gorąca zupa paro­wała na mro­zie, a jej kuszący aro­mat od razu przy­kuł uwagę prze­cho­dzą­cej obok pary. Zwol­nili kroku, po czym przy­sta­nęli nie­da­leko, by prze­stu­dio­wać menu wysta­wione w tym celu na spe­cjal­nym sto­jaku.

- Pro­szę. - Wanda spoj­rzała życz­li­wie na chu­dziut­kiego klienta, który naj­wy­raź­niej marzł, mimo że opa­tu­lił się cie­płym kocem. - To naj­lep­szy żurek w Kra­ko­wie - zare­kla­mo­wała entu­zja­stycz­nie swój pro­dukt. - Jak u mamy - mówiła dalej, nale­wa­jąc solidną por­cję. - Zro­biony na praw­dzi­wym żyt­nim zakwa­sie. Stary zaczyn przy­wio­złam ze wsi od rodzi­ców parę lat temu i jest tajem­nicą tej nie­zwy­kłej zupy.

Męż­czy­zna nie­pew­nie spoj­rzał w talerz. Potrawa wydzie­lała obłędny aro­mat, pobu­dza­jąc zmysł powo­nie­nia, wyglą­dała też nie­zwy­kle kusząco, ale okre­śle­nie: "stary zaczyn" nie wzbu­dzało w klien­cie zaufa­nia.

Pani Wanda sta­nęła obok sto­lika i pod­parła się pod boki. Jej słusz­nych roz­mia­rów syl­wetka zasło­niła na chwilę uro­kliwy widok na pomnik Mic­kie­wi­cza. Śnież­no­biały far­tuch, zawią­zany wokół solid­nej talii, nie miał nawet naj­mniej­szej plamki, choć sze­fowa kuchni od rana bie­gała pomię­dzy garn­kami, doglą­da­jąc gotu­ją­cych się potraw. Wysoki cze­piec szczel­nie zasła­nia­jący włosy, tych strasz­nych wro­gów każ­dej sza­nu­ją­cej się kucharki, doda­wał jej powagi i god­no­ści.

- Pro­szę się nie bać! - zawo­łała gromko. - Zaczyn może latami dzia­łać, a im star­szy, tym lep­szy. Może jesz­cze komuś zupki? Na koszt firmy - zwró­ciła się w stronę gości ocze­ku­ją­cych przy pozo­sta­łych sto­li­kach. - Dzi­siaj ja muszę obsłu­gi­wać, choć nie mam ku temu naprawdę żad­nych kwa­li­fi­ka­cji. Ani wyglądu, ani odpo­wied­niej gada­tli­wo­ści, choć może z tym ostat­nim aku­rat coś dałoby się zro­bić - uśmiech­nęła się. - Trzeba dzia­łać, nie ma wyj­ścia. Jedną kel­nerkę zimny wiatr wywiał i tyle ją widziano.

- Jak to wiatr wywiał? - Gość lekko się zakrztu­sił jedzo­nym łap­czy­wie żur­kiem. Sma­ko­wał wybor­nie.

Sie­dząca obok para rów­nież popro­siła o por­cję gorą­cej zupy, a pani Wanda nalała im od serca, jed­no­cze­śnie odpo­wia­da­jąc na pyta­nie.

- Takie dzi­siaj czasy - wes­tchnęła. - Bie­daczka przy­szła do pracy, ale po godzi­nie zadzwo­nili z przed­szkola, że jej córeczka zacho­ro­wała. Domi­nika wyle­ciała jak opa­rzona, zosta­wia­jąc wszystko na mojej gło­wie, a szefa nie ma... - dodała zna­cząco. - Ja to ogar­niam, choć teraz o dobrą pomoc kuchenną czy porządną kel­nerkę trud­niej niż o...

- Witam, pani Wando. - Zdy­szany Wik­tor wpadł mię­dzy sto­liki, prze­ry­wa­jąc wywód. Obser­wo­wał sytu­ację z nie­po­ko­jem, odkąd minął róg kamie­nicy przy samym końcu ulicy Flo­riań­skiej i zer­k­nął w kie­runku zapeł­nio­nego klien­tami ogródka restau­ra­cyj­nego. Od razu przy­spie­szył kroku.

- No... - Zaczerp­nęła spory haust powie­trza, ale po chwili wypu­ściła je ze świ­stem i spoj­rzaw­szy w stronę coraz bar­dziej zacie­ka­wio­nych gości, zaci­snęła usta. Nie zamie­rzała nara­żać na szwank repu­ta­cji szefa, a poza tym oka­zji do roz­mowy z nim sam na sam z pew­no­ścią w ciągu dnia nie zabrak­nie.

- Gdzie Domi­nika? - zapy­tał szybko.

- Wezwali ją do przed­szkola. - Wystar­czył uła­mek sekundy, by Wik­tor bez trudu odczy­tał w oczach pani Wandy potę­pie­nie z powodu skan­da­licz­nego spóź­nie­nia, wyrzut za wciąż nie­za­trud­nioną, a bar­dzo potrzebną trze­cią kel­nerkę na przed­po­łu­dniową zmianę i deli­katną kry­tykę wielu innych aspek­tów swo­jego życia. Bo te jako dłu­go­let­nia sze­fowa kuchni oraz zaufana przy­ja­ciółka rodziny dosko­nale znała i z zapa­łem komen­to­wała.

Naj­czę­ściej nic sobie z tego nie robił. Wiele osób pró­bo­wało wpły­wać na jego decy­zje i potra­fił się obro­nić przed ich zaku­sami. Ostat­nio jed­nak czuł dziwny nie­po­kój. Pewne suge­stie poja­wiały się zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto. Spoj­rzał w stronę sto­li­ków.

Praca - przy­po­mniał sobie i natych­miast dał się porwać wirowi nie­koń­czą­cych się obo­wiąz­ków. Ten dosko­nały śro­dek znie­czu­la­jący kie­dyś ura­to­wał mu życie i pomógł pozbie­rać się po kata­stro­fie. Dzia­łał nie­za­wod­nie.

- Mia­łem mały wypa­dek - wyja­śnił, by odwró­cić jej myśli od swo­ich oso­bi­stych spraw.

Podzia­łało bły­ska­wicz­nie. Kobieta wes­tchnęła, sze­roka pierś poru­szyła się niczym miech kowal­ski, a w oczach poja­wiła się tro­ska. Wik­tor uśmiech­nął się.

- Nic mi nie jest - łago­dził. - Jak widać. Tylko auto do niczego się nie nadaje, ale to już trudno. Pora­dzimy sobie.

- Oczy­wi­ście. - Pani Wanda kiw­nęła głową. - Poczę­sto­wa­łam gości gra­ti­sową zupą, bo musieli zbyt długo cze­kać na kel­nerkę. Ta Kaśka sta­now­czo za wolno się rusza. Słowo honoru. Swój etat jesz­cze ogar­nia, ale jeśli trzeba kogoś zastą­pić, cał­kiem się gubi.

- Dobrze pani zro­biła, ta zupa to świetny pomysł - odparł, pomi­ja­jąc mil­cze­niem uwagę na temat pracy dru­giej kel­nerki. Dobrze wie­dział, że jedna osoba to za mało, by obsłu­żyć klien­tów na dwóch rewi­rach.

Zdjął kurtkę i wziął do ręki leżący na służ­bo­wym sto­liczku notes oraz opra­wione w ciemną skórę menu. Pod­szedł do pierw­szego sto­lika i spraw­nie zaczął przyj­mo­wać zamó­wie­nia.

Wanda zabrała jego ubra­nie, po czym szybko wró­ciła do kuchni, bo nawet kil­ku­mi­nu­towa nie­obec­ność sze­fo­wej z pew­no­ścią zdą­żyła już zapewne zaowo­co­wać kata­stro­fal­nymi skut­kami.

- Zna­le­zie­nie dobrej pomocy kuchen­nej jest w dzi­siej­szych cza­sach trud­niej­sze niż męż­czy­zny, który pro­wa­dząc samo­chód, myśli o tym, co należy - mru­czała, koń­cząc roz­po­czętą przed momen­tem myśl. - A jeśli szef sądzi, że unik­nie dzi­siaj zasad­ni­czej roz­mowy, to się głę­boko myli.

Chwilę póź­niej zapo­mniała jed­nak o wszyst­kich tych waż­kich spra­wach, ponie­waż nie­bie­skie kar­teczki z zamó­wie­niami zogni­sko­wały całą jej uwagę.

* * *

Dopiero po godzi­nie, kiedy sytu­acja w restau­ra­cji została opa­no­wana, szef mógł wresz­cie porzu­cić obo­wiązki kel­nera i wejść do swo­jego gabi­netu. Zastę­po­wa­nie pra­cow­ni­ków nie było dla niego niczym nowym. W razie kry­zysu mógł prze­jąć dowolne sta­no­wi­sko. Znał dzia­ła­nie przed­się­bior­stwa od pod­szewki.

Usiadł przy zawa­lo­nym papie­rzy­skami biurku, by wypeł­nić daną kilka dni temu obiet­nicę i zna­leźć wresz­cie trze­cią kel­nerkę. Się­gnął dło­nią w głąb papie­ro­wej góry i bez trudu odna­lazł wła­ściwą teczkę. Stos podań, nie­do­kład­nie wrzu­cony po ostat­nim prze­glą­da­niu, miał zawi­nięte rogi. Wik­tor nie­chęt­nie wycią­gnął pomięte kartki. Spoj­rzał na nie bez entu­zja­zmu. Rzu­cił na boczny sto­lik pierw­sze CV. Krzywo wydru­ko­wany "goto­wiec" ścią­gnięty z inter­netu. Podobny do wielu innych. W krót­kim jed­no­stro­ni­co­wym tek­ście, skła­da­ją­cym się głów­nie z dat oraz danych oso­bo­wych, kan­dy­datka potra­fiła zmie­ścić wszel­kiego rodzaju błędy. Orto­gra­ficzne, inter­punk­cyjne, sty­li­styczne i rze­czowe. Wik­tor, absol­went polo­ni­styki na naj­star­szym kra­jo­wym uni­wer­sy­te­cie, cier­piał, patrząc na to nie­dbal­stwo. Gene­ral­nie więk­szość podań napi­sano w pośpie­chu, bez namy­słu, byle jak. Naj­wy­raź­niej żad­nemu z kan­dy­da­tów nie zale­żało na tej aku­rat pracy. Nawet nie zadali sobie trudu, by choć w naj­mniej­szym stop­niu odnieść się do tre­ści ogło­sze­nia. Chcieli po pro­stu jakie­go­kol­wiek zatrud­nie­nia. I choć rozu­miał ich punkt widze­nia, wolał wła­sny. A ten zakła­dał zna­le­zie­nie osoby, która sta­nie się czę­ścią zespołu.

Roz­le­gło się krót­kie, ener­giczne puka­nie do drzwi i zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, do małego pomiesz­cze­nia weszła pani Wanda, zaj­mu­jąc pra­wie całą jego wolną powierzch­nię.

- Nie mam czasu na gada­nie - zastrze­gła, zanim jesz­cze na dobre prze­kro­czyła próg, po czym wbrew swo­jej zapo­wie­dzi natych­miast zaczęła mówić. - Będzie wresz­cie ktoś do pomocy? Bo to już naprawdę prze­cho­dzi wszel­kie poję­cie. Star­szy pan Janicki przez dzie­się­cio­le­cia pra­co­wał na dobre imię tej restau­ra­cji. Nie możemy sobie teraz pozwo­lić na wpadki. Goście przy sto­li­kach na zewnątrz pięt­na­ście minut cze­kali na kel­nerkę. Pięt­na­ście minut - powtó­rzyła ze szczerą zgrozą w gło­sie. - Czy pan wie, jak to strasz­nie długo, zwłasz­cza dla męż­czy­zny? Trud­niej zado­wo­lić głod­nego chłopa, niż wpaść pod dorożkę... Choć aku­rat przed wej­ściem do naszej restau­ra­cji doro­żek nie bra­kuje.

- Wiem. I szybko powin­ni­śmy zara­dzić tym kło­po­tom. Zaraz zadzwo­nię do kilku osób. Trzeba tylko tro­chę cier­pli­wo­ści. Sama pani powie­działa, że dzi­siaj nie­ła­two o pra­cow­nika.

- Gorzej niż o chłopa, co poj­mie jedną choćby pro­stą alu­zję. - Usia­dła i zło­żyła dło­nie na okrą­głych kola­nach, wzdy­cha­jąc ciężko.

Wik­tor roze­śmiał się, ale sze­fowa kuchni miała poważną minę. Pulchne, ład­nie wykro­jone usta nie ukła­dały się w zwy­kły życz­liwy uśmiech, a z nie­bie­skich oczu zni­kła cha­rak­te­ry­styczna apro­bata.

Spoj­rzał na nią uważ­nie, ale niczego nie zdo­łał wyczy­tać z jej twa­rzy. Wanda miała pulchne, pra­wie pozba­wione zmarsz­czek policzki, któ­rych mogłaby jej pozaz­dro­ścić nie­jedna młoda kobieta. Ciemne włosy ścią­gała nie­mi­ło­sier­nie mocno w kok, by żaden kosmyk nie śmiał się wydo­stać. Jej usta z unie­sio­nymi zwy­kle kąci­kami skry­wały wiele poten­cjal­nych uśmie­chów, sze­fowa kuchni była bowiem bar­dzo pogodną osobą, ale dzi­siaj żaden z nich nie był prze­zna­czony dla Wik­tora.

- Są ferie - rzu­ciła nie­zo­bo­wią­zu­jąco, ale surowo.

- Tak, pamię­tam. Oli­wier został dzi­siaj w domu.

Wanda patrzyła na niego przez chwilę, jakby na coś cze­kała.

- Może chło­pak przy­je­chałby nam pomóc? - powie­działa wprost, znu­żona już upo­rczy­wym i kom­plet­nie nie­sku­tecz­nym deli­kat­nym dawa­niem do zro­zu­mie­nia, o co jej cho­dzi.

Spoj­rzał na nią chłodno znad stosu papie­rów.

- Z tą dziew­czyną warto poroz­ma­wiać. - Poka­zał jedno z podań. Zdję­cie przed­sta­wiało mocno uma­lo­waną młodą kobietę o śmia­łym spoj­rze­niu.

- Nic z tego nie będzie - oce­niła Wanda, z wes­tchnie­niem rezy­gna­cji przyj­mu­jąc fakt, że szef pomi­nął mil­cze­niem zapro­sze­nie do roz­mowy na temat syna. - Ale decy­zja oczy­wi­ście należy do pana - dodała tonem suge­ru­ją­cym zupeł­nie odwrotną treść. - Ja bym jed­nak na nią nie mar­no­wała czasu - uści­śliła na wypa­dek, gdyby nie zro­zu­miał.

Wik­tor szybko prze­rzu­cał kolejne kartki, nie­które z nich odkła­da­jąc na bok. Tak naprawdę doko­ny­wał przy­pad­ko­wej selek­cji, gdyż żadna z kan­dy­da­tek nie wyglą­dała na odpo­wied­nią.

- Tak sobie przy­po­mi­nam wła­śnie - zaczęła powoli pani Wanda, popra­wia­jąc ide­al­nie gład­kie, natu­ral­nie ciemne włosy, zwy­kle ukryte pod służ­bo­wym czep­kiem - jak pan poma­gał ojcu, mając zale­d­wie trzy­na­ście lat. Grzeczny, dobrze uło­żony, zawsze pod ręką... - Umil­kła gwał­tow­nie, bo odpo­wie­działo jej pociem­niałe od gniewu spoj­rze­nie. Ta alu­zja oka­zała się jed­nak zbyt mocna.

- Nie ma teraz żad­nych pil­nych zamó­wień? - zapy­tał Wik­tor. - Zwy­kle o tej porze kuch­nia bez pani nie daje rady.

- Wra­cam do pracy. - I tak nic już nie mogła wskó­rać. Wobec pew­nych tema­tów ten mądry męż­czy­zna sta­wał się bez­radny niczym dziecko. - Dzi­siaj w kar­cie suflet cze­ko­la­dowy - dodała, otwie­ra­jąc drzwi. - Idzie jak woda. Muszę przy­go­to­wać kolejną por­cję, bo kucharki na pewno coś pokręcą w sta­rym prze­pi­sie.

Nie docze­kała się odpo­wie­dzi, wyszła więc, cicho zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Nie była zła, że szef tak sta­now­czo uciął dal­szą dys­ku­sję. Tylko bar­dzo smutna.

Kochała Wik­tora niczym wła­snego syna. Momen­tami chyba nawet moc­niej. Jej dziecko wio­dło bowiem szczę­śliwe życie, a ten chło­piec, który dorósł i wycho­wał się na jej oczach, wciąż nie mógł wró­cić na pro­ste drogi.

Rozdział 3

Iga wyszła na zewnątrz i popra­wiła koł­nierz płasz­cza. Było zimno, choć słońce stało wysoko na bez­chmur­nym nie­bie. Trzę­sła się i nie poma­gał nawet gruby, sze­roki szal, który otu­lał ją niczym kokon. Gdzieś w głębi czuła nad­cią­ga­jącą falę pła­czu. Nie szko­dzi, zatrzyma ją w środku. Iga radziła sobie z takimi spra­wami. Miała w tym lata prak­tyki.

Zadrżała pod nagłym podmu­chem wia­tru, lekko się zachwiała, ale ruszyła w drogę. Spoj­rzała jesz­cze tylko z nie­chę­cią na szczel­nie okle­jone reklamą drzwi punktu, gdzie udzie­lano kre­dy­tów na dowód. Bez żad­nych zabez­pie­czeń i koniecz­no­ści wyja­wia­nia docho­dów.

Co za okrutny, fatalny pomysł - pomy­ślała. - Spro­wa­dza sła­bych, cza­sem cho­rych ludzi na śli­ską drogę w jed­nym kie­runku. Ku upad­kowi.

Nie dało się przed tym w żaden spo­sób zabez­pie­czyć. Całą resztę udało jej się zała­twić: w spół­dzielni miesz­ka­nio­wej pozy­skała konto ban­kowe, by bez­po­śred­nio wpła­cać czynsz, to samo w gazowni i elek­trowni, opła­cała też ojcu abo­na­ment tele­fo­niczny i miała nie­pi­saną umowę z wła­ści­cielką osie­dlo­wego skle­piku, gdzie ojciec czę­sto kupo­wał na tak zwany zeszyt, czyli na kre­dyt. Dzięki temu otrzy­my­wał wyłącz­nie pod­sta­wowe, potrzebne pro­dukty, broń Boże alko­hol, a ona regu­lo­wała potem należ­no­ści. Jed­nak chwi­lówki stały się jej zmorą. Nie mogła tego upil­no­wać. Zbyt wiele takich firm poja­wiło się ostat­nio na rynku, a poza tym ojciec bywał pomy­słowy. Zresztą nie musiał się spe­cjal­nie ukry­wać ze swo­imi dzia­ła­niami. Ona pra­co­wała za gra­nicą, nie mogła śle­dzić każ­dego kroku taty, a przed­sta­wi­ciele firm kre­dytowych cza­sem sami pukali do jego drzwi. Pod­pi­sy­wali umowę, nawet jeśli był nie­trzeźwy. Nic nie poma­gało - ani awan­tury, ani prośby.

Kie­dyś pod­czas jed­nej z wizyt scho­wała ojcu dowód. Wyro­bił sobie nowy. Mogła oczy­wi­ście nie pła­cić jego dłu­gów. Mogła. Ale nie potra­fiła zdo­być się na ten krok. Ojciec szybko sto­czyłby się na samo dno. Miesz­ka­nie nale­żało do spół­dzielni, a ta tylko cze­kała na opóź­nie­nia w spła­cie czyn­szu, by pozbyć się nie­któ­rych loka­to­rów. Tata wyda­wał na alko­hol całą rentę w kilka dni po jej otrzy­ma­niu. Gdyby nie pomoc Igi, musiałby do końca mie­siąca gło­do­wać. Niczego by to go nie nauczyło. Wie­działa o tym, bo już raz zde­cy­do­wała się na rady­kalne cię­cie i zerwała z nim kon­takty. Po mie­siącu sąsiadka poin­for­mo­wała ją, że ojca zabrało pogo­to­wie. Spod bloku. Zmar­z­nię­tego, głod­nego i odwod­nio­nego. Oczy­wi­ście w sta­nie nie­trzeź­wym. Ledwo go wtedy odra­to­wano.

Na kolejne sta­now­cze kroki Iga nie miała już odwagi.

Teraz też przy­le­ciała w try­bie pil­nym z Anglii, kiedy zaprzy­jaź­niona listo­noszka zadzwo­niła, że ojciec listami pole­co­nymi dostaje wezwa­nia komor­ni­cze.

Co mogła zro­bić? Zosta­wić go, by już zupeł­nie się sto­czył?

Otarła nie­po­słuszną łzę, która wydo­stała się na zewnątrz.

Zaże­gnała kolejną kata­strofę, ale nie miała z kim podzie­lić się tym małym, gorz­kim suk­ce­sem ani zwie­rzyć z nie­przy­jem­nej wizyty w biu­rze tego, pożal się Boże, biura kre­dy­to­wego żeru­ją­cego nie­bo­tycz­nie wyso­kimi odset­kami na ludz­kiej głu­po­cie czy nie­szczę­ściu. Była sama.

Kole­żanki po ukoń­cze­niu stu­diów roz­je­chały się w różne strony nie tylko wła­snego kraju, lecz także sze­ro­kiego świata. Dawno stra­ciła z nimi kon­takt. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Majka, wła­śnie odsy­piała noc spę­dzoną z pła­czą­cym co dwie godziny nie­mow­lę­ciem. O pią­tej rano życzyła Idze powo­dze­nia w cze­ka­ją­cej ją trud­nej prze­pra­wie, lekko zdzi­wiona, że ta jesz­cze nie zdą­żyła się obu­dzić. Maja żyła teraz według wska­zań innego zegara. Godziny wyzna­czał zgod­nie z cyklem dyk­to­wa­nym przez zdrowy meta­bo­lizm dorod­nego i roz­kosz­nego malca.

Mama - pomy­ślała Iga tęsk­nie. - Ona z pew­no­ścią by mnie zro­zu­miała.

Może tak wła­śnie jest, w końcu o wszyst­kim dowie­działa się jako pierw­sza. Pro­sto z lot­ni­ska w Bali­cach Iga poje­chała na cmen­tarz i z walizką u stóp długo sie­działa na sta­rej ławeczce, pokry­tej nie­sprząt­nię­tymi od jesieni liśćmi. Ojciec miał widać waż­niej­sze sprawy na gło­wie niż porząd­ko­wa­nie grobu żony. Dziew­czyna pozbie­rała zni­cze zapa­lone przez życz­li­wych sąsia­dów i długo mil­czała, patrząc w zdję­cie przed­sta­wia­jące młodą, uśmiech­niętą blon­dynkę.

Jedno wiel­kie kłam­stwo. Foto­gra­fia wyko­nana przy oka­zji szu­ka­nia nowej pracy w żaden spo­sób nie przed­sta­wiała mamy praw­dzi­wej. Zawsze smut­nej, bez­rad­nej wobec męża alko­ho­lika, bier­nie pod­da­ją­cej się zrzą­dze­niom losu. Dziew­czyna wzdry­gnęła się na samo wspo­mnie­nie tego kosz­mar­nego czasu. Biedna mama, nawet nie przy­pusz­czała, że zdję­cie będzie zdo­bić nie tylko doku­menty, lecz przede wszyst­kim nagrobną płytę.

Nie­zna­jomy foto­graf musiał coś powie­dzieć, wywo­łu­jąc na jej twa­rzy tak ser­deczny uśmiech. Tylko co? Iga wiele razy się nad tym zasta­na­wiała.

Znów popra­wiła sza­lik i wycią­gnęła spod kurtki dłu­gie, gęste włosy. Opa­dły łagodną falą na plecy, ale nawet od tego nie zro­biło jej się cie­plej. Ziąb, który ją prze­ni­kał, pocho­dził przede wszyst­kim z jej wnę­trza.

Jakiś spie­szący się prze­cho­dzień wpadł na nią, po czym wymam­ro­tał nie­składne prze­pro­siny. Wyrwana z zamy­śle­nia, znów ruszyła przed sie­bie. Pode­szwy butów śli­zgały jej się na oblo­dzo­nych nie­rów­nych kost­kach sta­rej nawierzchni ulic cen­trum Kra­kowa. Minęła swój dawny uni­wer­sy­tet i uliczką św. Anny prze­szła w stronę Rynku. Walizka została w prze­cho­walni. Teraz pozo­stało tylko pod­jąć decy­zję, czy pierw­szym samo­lo­tem wra­cać do Lon­dynu tuż po pla­no­wa­nej wizy­cie u Majki, czy jed­nak odwie­dzić dom rodzinny.

Miesz­ka­nie ojca - popra­wiła się w myślach, bo to miej­sce wła­ści­wie ni­gdy nie przy­po­mi­nało domu i od dawna nie było tam rodziny.

Na Rynku wystę­po­wał zespół muzyczny. Tuż pod sceną, mimo dnia powsze­dniego i pory, kiedy więk­szość osób jest w pracy, zgro­ma­dził się spory tłum. Słu­cha­cze pod­ska­ki­wali, bro­niąc się przed zim­nem. Iga przy­sta­nęła na chwilę. Też chciała się troszkę ogrzać, choć bar­dziej zale­żało jej na ocie­ple­niu duszy niż ciała. Chło­nęła zna­jomą atmos­ferę, sto­jąc w cie­niu sta­rego ratu­sza, patrzyła na gołę­bie, co rusz pod­ry­wa­jące się w niebo, i pró­bo­wała poko­nać drę­czący ją smu­tek. Tak bar­dzo jej tego bra­ko­wało przez te ostat­nie lata. Choć w kraju pozo­sta­wiła za sobą głów­nie obo­jęt­nego ojca, doryw­cze cięż­kie prace za marne pie­nią­dze i samot­ność, to jed­nak tęsk­niła za jedyną przy­ja­ciółką i za swoim mia­stem, jego nie­po­wta­rzalną atmos­ferą. Za tymi wszyst­kimi miej­scami, które znała, i ludźmi, któ­rzy znali ją. Wie­dzieli, kim jest naprawdę.

Prze­ci­snęła się przez grupę miło­śni­ków skocz­nej muzyki i ruszyła wzdłuż sta­rych kamie­nic. Oglą­dała wystawy, patrzyła na sie­dzą­cych przy kawiar­nia­nych sto­li­kach tury­stów. Dotarła wresz­cie na sam koniec jed­nej ze ścian Rynku i sta­nęła tuż przy wej­ściu na ulicę Flo­riań­ską. Zupeł­nie nie wie­działa, co robić dalej. Wra­cać wie­czo­rem na lot­ni­sko? Jechać do ojca? Zostać jesz­cze w Kra­ko­wie?

Bez­wied­nie usia­dła na jed­nym z foteli ostat­niej w tym ciągu restau­ra­cji. Oka­zał się bar­dzo wygodny, z przy­jem­no­ścią oparła więc zmę­czone plecy. Mimo że ogró­dek był z jed­nej strony otwarty, lampy gazowe dawały przy­jemne cie­pło. Iga na chwilę przy­mknęła oczy, by w pełni poczuć przy­jem­ność tej chwili wytchnie­nia. Szybko zro­biło jej się lepiej. Sie­działa tak kilka minut, ale nikt nie pod­cho­dził z pyta­niem o zamó­wie­nie.

Słabo, zwa­żyw­szy na stan­dardy tak świet­nej loka­li­za­cji - pomy­ślała. Jako magi­ster hote­lar­stwa oraz osoba od lat pra­cu­jąca w branży ze zdu­mie­niem przy­glą­dała się gościom cier­pli­wie ocze­ku­ją­cym na kel­nerkę.

Tuż obok niej przy sąsied­nim sto­liku sie­działa młoda dziew­czyna. Wycią­gnęła lusterko i bez żad­nego skrę­po­wa­nia popra­wiała maki­jaż. Potem tele­fo­nem zro­biła sobie zdję­cie i coś długo wystu­ki­wała na doty­ko­wym ekra­nie.

Mel­duje światu, że wła­śnie usia­dła i poma­lo­wała usta - domy­śliła się Iga.

Dzia­ła­nia dziew­czyny zostały jed­nak prze­rwane, bo pode­szła do niej kole­żanka i z roz­ma­chem usia­dła naprze­ciw. W dłoni rów­nież ści­skała tele­fon.

- Jak wyglą­dam? - Gło­śno zadane pyta­nie musiało chyba zastą­pić słowa powi­ta­nia. Przy­była wła­śnie dziew­czyna oglą­dała się ze wszyst­kich stron w kie­szon­ko­wym luste­reczku. - Boże, ale mi serce bije! - zawo­łała, doty­ka­jąc dło­nią oko­lice kształt­nego biu­stu, rysu­ją­cego się pod wąskim swe­trem pomię­dzy otwar­tymi połami płasz­cza. - Strasz­nie się dener­wuję - dodała.

- Nie prze­ży­waj tak. - Kole­żanka pró­bo­wała ją uspo­koić. - To w końcu nie pierw­sze takie spo­tka­nie w twoim życiu.

- Tak, ale ten męż­czy­zna jest wyjąt­kowy. - Dziew­czyna naj­wy­raź­niej nie zamie­rzała ści­szyć głosu, więc kilku gości restau­ra­cji mimo woli zain­te­re­so­wało się dal­szym prze­bie­giem tej dys­ku­sji. - Wdo­wiec, a nie żaden roz­wod­nik z byłą żoną na karku - dodała pełna zachwytu. - Przy­stojny, bogaty, zaradny, wyspor­to­wany... - mówiła, jed­no­cze­śnie popra­wia­jąc i tak już dość mocny maki­jaż. - Taki facet w życiu kobiety jest lekar­stwem na wszel­kie pro­blemy - zakoń­czyła sta­now­czo.

- Słu­chaj, czy ty na pewno idziesz na roz­mowę w spra­wie pracy? - Kole­żanka pochy­liła się w jej stronę. - Bo zacho­wu­jesz się, jakby to miał być casting na żonę.

- Nie wymą­drzaj się, tylko trzy­maj kciuki. Tu można zała­twić jedno i dru­gie. Szu­kają kel­nerki, ale potrzebna jest też osoba kie­ru­jąca pracą całego zespołu. Wiem to z dobrego źró­dła. No a od tego - poma­lo­wała usta na ciem­no­ru­bi­nowy kolor i popra­wiła puszy­ste włosy - już tylko krok do romansu. - Wstała i wzięła głę­boki oddech. - To będę ja - oznaj­miła. - Uro­dzi­łam się, by zarzą­dzać. Uwiel­biam wyso­kie wypłaty i przy­stoj­nych męż­czyzn. Ruszam. Cze­kaj tu i życz mi szczę­ścia.

- Dobrze się zasta­no­wi­łaś? Prze­cież ty nie masz poję­cia, co to zna­czy pra­co­wać w restau­ra­cji.

- A czy ja mam zamiar pra­co­wać? - prych­nęła kan­dy­datka na żonę dla wła­ści­ciela, a pozo­stali goście szybko odwró­cili głowy, uda­jąc, że wcale nie pod­słu­chują.

Iga miała wła­śnie zamiar wstać i zde­cy­do­wać się, co dalej robić, ale pod wpły­wem tego przy­pad­kowo usły­sza­nego dia­logu zmie­niła zda­nie. Ogar­nęła ją nie­prze­parta cie­ka­wość, by dowie­dzieć się, jakie będą wyniki tej nie­ty­po­wej roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej. A może szu­kała tylko pre­tek­stu, by zatrzy­mać się na chwilę, zebrać myśli, odpo­cząć?

Kiedy młoda kel­nerka pode­szła z kartą, Iga uśmiech­nęła się i zamó­wiła dużą kawę oraz kawa­łek cia­sta droż­dżo­wego z jabł­kami. Tego wła­śnie teraz potrze­bo­wała, bo głód ści­skał jej żołą­dek. Wyle­ciała z Heath­row wcze­śnie rano, potem bie­gała po mie­ście, zała­twia­jąc pilne sprawy, i poza ską­pym poczę­stun­kiem w samo­lo­cie od rana nic nie miała w ustach.

Cze­kała na posi­łek, a w myślach prze­wi­jały jej się usły­szane przed momen­tem słowa. Męż­czy­zna jako lekar­stwo na wszel­kie pro­blemy - odwieczny mit, powta­rzany we wszyst­kich baśniach, kome­diach roman­tycz­nych i poczyt­nych powie­ściach. Nie­które kobiety cią­gle o nim marzą, szu­kają cza­sem nawet przez całe życie, wciąż cze­kają.

Może wtedy jest łatwiej? - zasta­no­wiła się. Sama nie wie­rzyła w takie pro­ste roz­wią­za­nia, a o płci prze­ciw­nej też miała nie naj­lep­sze zda­nie. Nic dziw­nego, przy­cią­gała do sie­bie wyłącz­nie nie­szczę­śliwą, nie­odwza­jem­nioną miłość albo wszel­kiej maści drani i kom­bi­na­to­rów. Ludzie mają różne dary, jej był wła­śnie taki.

Począt­kowo serce zno­siło to dziel­nie. Po każ­dym nie­uda­nym związku pod­no­siła się i z nadzieją spo­glą­dała w przy­szłość. Jed­nak jeśli czło­wieka biją wciąż w to samo miej­sce, po pew­nym cza­sie ból staje się nie do znie­sie­nia i trzeba się przed nim chro­nić. Iga stwo­rzyła więc sobie cał­kiem sprawny sys­tem zabez­pie­cza­jący. Nie zamie­rzała przy­się­gać, że już ni­gdy wię­cej. Takich dekla­ra­cji nie można trak­to­wać poważ­nie, a ona dobrze o tym wie­działa. Po pro­stu prze­stała sta­wiać w swoim życiu przede wszyst­kim na miłość. Jej prio­ry­te­tem stała się finan­sowa nie­za­leż­ność.

A jed­nak kiedy kel­nerka posta­wiła przed nią fili­żankę z kawą, a Iga zanu­rzyła usta w cie­płej, deli­kat­nej piance mleka, pomy­ślała przez chwilę, jak pięk­nie mogłoby wyglą­dać jej życie, gdyby taki odpo­wie­dzialny męż­czy­zna rze­czy­wi­ście się w nim poja­wił. Dosta­tecz­nie przy­stojny i miły, by mogła się w nim szcze­rze zako­chać, a także na tyle bogaty, by zdjąć z jej bar­ków nie­usta­jącą tro­skę o pie­nią­dze. Nie strach o fun­du­sze na przy­jem­no­ści, ale o praw­dziwe środki do życia. Ta obawa stała się jej codzien­no­ścią. Nie da się żyć, jeśli bra­kuje jedze­nia i dachu nad głową. Te abs­trak­cyjne dla wielu pro­blemy towa­rzy­szyły jej od lat. Mimo że pra­co­wała od szes­na­stego roku życia, dopiero teraz po raz pierw­szy miała na kon­cie praw­dziwe oszczęd­no­ści, pie­nią­dze oku­pione wiel­kim wysił­kiem.

Cięż­kie wypeł­nione pracą mie­siące minęły jej w angiel­skich hote­lach. Praca sprzą­taczki, poko­jówki, cza­sem kel­nerki ura­to­wała ją przed biedą, dzięki niej miała dach nad głową, ale jed­no­cze­śnie po raz kolejny wska­zała, gdzie jest miej­sce dla takich jak ona. Zatrud­nie­nie na czarno, wspólny pokój, wynaj­mo­wany za gro­sze, oraz samot­ność i tęsk­nota - oto samo dno spo­łecz­nej dra­biny.

Cudow­nie byłoby choć przez chwilę odpo­cząć - pomy­ślała Iga, patrząc na stado gołębi pięk­nym śli­zgiem lądu­jące na pły­cie Rynku. - Oprzeć się o czy­jeś silne ramię i choć przez jeden tylko moment prze­stać się o wszystko mar­twić.

Zawsty­dziła się tych pra­gnień. Były nie­bez­pieczne. Dobrze wie­działa, do czego pro­wa­dzi zależ­ność od męż­czy­zny, brak wła­snych pie­nię­dzy, zawodu, moż­li­wo­ści wyboru. Obser­wo­wała to przez całe dzie­ciń­stwo, patrząc na swoją mamę. Już dawno pod­jęła decy­zję: w jej życiu będzie ina­czej. Chciała być samo­dzielna, decy­do­wać o sobie, speł­niać marze­nia. A przede wszyst­kim zdo­być niezależ­ność finan­sową.

Wypiła kolejny łyk kawy i spró­bo­wała cia­sta. Wysoko oce­niła jego deli­katną mięk­kość, dobrze skom­po­no­wane połą­cze­nie sło­dy­czy, przy­praw oraz deli­kat­nie kwa­sko­wa­tego smaku jabłek. Sku­piła się na przy­jem­nych dozna­niach sma­ko­wych. Myśli o męż­czyź­nie życia nie chciały jed­nak odpły­nąć.

- To tylko zmę­cze­nie - wyszep­tała, pochy­la­jąc głowę nad fili­żanką. - Okropne zmę­cze­nie i samot­ność.

Na te dwa dni urlopu w Pol­sce pra­co­wała ostat­nio po szes­na­ście godzin dzien­nie. W nocy nie mogła odpo­cząć, bo wynaj­mo­wała z kole­żanką pokój tuż nad popu­lar­nym pubem. Rzadko pano­wała tam cisza.

W torebce nagle ode­zwał się tele­fon. Iga wyjęła go i zer­k­nęła na wyświe­tlacz. Od razu popra­wił się jej humor.

- Skąd wie­dzia­łaś, że wła­śnie teraz powin­naś do mnie zadzwo­nić? - zapy­tała swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

- Jakoś tak mnie prze­czu­cie ukłuło - odpo­wie­działa Maja, zie­wa­jąc do słu­chawki. - Prze­pra­szam, mało ostat­nio śpię. Mów, co sły­chać. Mar­twisz się?

- Tro­chę - przy­znała Iga. - Ale nie bar­dziej niż zwy­kle.

- Zatrzy­maj się u nas na noc. Nie wyśpisz się wpraw­dzie, bo gdy mały pła­cze, to sły­chać go chyba we wszyst­kich zakąt­kach bloku, ale za to poga­damy sobie za wszyst­kie czasy.

- Poga­damy? - roze­śmiała się Iga. - Jesz­cze wczo­raj się żali­łaś, że kiedy Antoś zaśnie, padasz na twarz i prze­ra­sta cię nawet doj­ście do łóżka.

- Czło­wiek mówi różne rze­czy. - Maja zba­ga­te­li­zo­wała wła­sne słowa. - Przy­jedź, zro­bię morze kawy i dam radę.

- Dzię­kuję ci, kochana. Wpadnę jesz­cze dziś. Już nie mogę się docze­kać, by znów zoba­czyć Anto­sia. Ale dłu­żej raczej nie zostanę. Chyba wrócę tym noc­nym lotem. Są jesz­cze miej­sca, a tutaj i tak nie mam czego szu­kać.

- Nie odwie­dzisz ojca?

- Boję się. - Iga spoj­rzała na jasną ścianę Sukien­nic. Tak pięk­nie było wokół, tylko jej życie nie paso­wało do tego uro­kli­wego tła. - Przez tele­fon łatwiej nam się roz­ma­wia - powie­działa cicho. - Kiedy ojciec jest cał­kiem nie­przy­tomny, to po pro­stu nie odbiera, a w rzad­kich chwi­lach trzeź­wo­ści stara się zacho­wać pozory. Wąt­pię, czy uda­łoby mu się, gdy­by­śmy sta­nęli twa­rzą w twarz. A ja już nie mam ochoty na kolejną awan­turę i wyrzu­ca­nie za drzwi. Usły­sza­łam wszystko, co tylko można naj­gor­szego, a nawet wię­cej. Naprawdę już wystar­czy.

- Nie możesz brać dosłow­nie tego, co on mówi. Nie jest sobą.

- Rozu­miem, ale to nie­wiele pomaga. I tak jest mi przy­kro.

- Kiedy będziesz u nas? - zapy­tała Maja, od lat bez­radna wobec rodzin­nej sytu­acji przy­ja­ciółki. Jedyne, co mogła zro­bić, to wspie­rać dobrym sło­wem i stałą, choć cza­sem tylko tele­fo­niczną obec­no­ścią.

- Za godzinę, naj­póź­niej pół­to­rej. Posie­dzimy, napi­jemy się her­baty...

- Jak to her­baty? - obu­rzyła się. - Ja mam tylko rumian­kową, koper­kową i lak­ta­cyjną. Na kawę mia­łaś wpaść.

- Może być lak­ta­cyjna - uśmiech­nęła się Iga. - Dam radę. Nie takich rze­czy czło­wiek w życiu pró­bo­wał. A kawę wła­śnie piję. Już nie mogłam wytrzy­mać. Oczy same mi się zamy­kają.

- Muszę koń­czyć! - zawo­łała Maja, gdy w tle roz­legł się płacz malu­cha. - Cze­kam na cie­bie - dodała i roz­łą­czyła się.

Iga scho­wała tele­fon i przy­ło­żyła dło­nie do fili­żanki, łapiąc resztki szybko ucie­ka­ją­cego cie­pła.

Sie­dząca przy sąsied­nim sto­liku kole­żanka odby­wa­ją­cej wła­śnie roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną dziew­czyny nudziła się osten­ta­cyj­nie i eks­plo­ato­wała kla­wia­turę tele­fonu. Nagle pod­nio­sła się gwał­tow­nie, a Iga spoj­rzała razem z nią w stronę wej­ścia do wnę­trza restau­ra­cji. Spo­tka­nie zakoń­czyło się chyba nie­zgod­nie z pla­nem. Poszu­ki­waczka ide­al­nego męż­czy­zny oraz oka­zji do łatwej kariery sta­nęła obok swo­jej towa­rzyszki z mar­sową miną.

- Zostaw tę kawę i chodźmy stąd! - zarzą­dziła despo­tycz­nie. - Połóż im pie­nią­dze na sto­liku, tylko przy­pad­kiem nie dawaj napiw­ków. Nie zasłu­gują.

- Co się stało? - Kole­żanka posłusz­nie zerwała się z fotela i zaczęła szu­kać drob­nych w błysz­czą­cej ceki­nami port­mo­netce.

- Nic takiego. Ten facet wcale nie jest taki świetny, jak myśla­łam. Przy­stojny, bogaty, ow­szem, ale na ludziach kom­plet­nie się nie zna. Wiesz, jak on mnie potrak­to­wał? Jak­bym mu się narzu­cała. Głu­pek. - Wydęła kształtne usta w geście pogardy, a goście znów z naj­wyż­szym tru­dem ukryli rosnące zain­te­re­so­wa­nie. Tym razem ich cie­ka­wość miała pozo­stać nie­za­spo­ko­jona.

Dziew­czyny ode­szły, wymie­nia­jąc się po dro­dze gło­śnymi uwa­gami na temat głu­poty wszel­kich męż­czyzn w ogóle, a wła­ści­ciela restau­ra­cji w szcze­gó­łach. Szybko znik­nęły za rogiem kamie­nicy.

Iga uśmiech­nęła się. Ona wycią­gnęła z tej sytu­acji zupeł­nie odmienne wnio­ski. Ten męż­czy­zna naj­wy­raź­niej miał rozum we wła­ści­wym miej­scu i nie pozwa­lał łatwo sobą mani­pu­lo­wać.

Cie­kawe, kogo rze­czy­wi­ście szu­kają - pomy­ślała. W rogu sze­ro­kiej szyby wysta­wo­wej bie­liła się kartka z ogło­sze­niem. Iga zosta­wiła swoją kawę oraz tale­rzyk z okrusz­kami po ciastku i pode­szła bli­żej.

Ogło­sze­nie infor­mo­wało o wol­nym eta­cie dla kel­nerki. Poki­wała głową. To by wyja­śniało kło­poty z płyn­no­ścią obsługi. Pro­blem musiał być palący, bo żadna restau­ra­cja nie może sobie na coś takiego pozwo­lić. Wró­ciła do swo­jego sto­lika, popro­siła o rachu­nek i zapła­ciła, ale nie wstała. Jej wzrok, jak przy­krę­cony mocną śrubką, trzy­mał się wiszą­cego na szy­bie ogło­sze­nia.

Może bym spró­bo­wała? - prze­mknęło jej przez myśl, ale zaraz odsu­nęła fotel i skar­ciła samą sie­bie. - Po co? Żeby robić to samo co w Anglii za pięć razy mniej­sze pie­nią­dze? A miesz­kać gdzie będę?

Zapła­ciła rachu­nek i wstała. Zro­biła kilka kro­ków w stronę ulicy Flo­riań­skiej, ale coś ją powstrzy­my­wało. A jeśli praca w tym miej­scu wygląda ina­czej? W Anglii zde­cy­do­wa­nie źle tra­fiła. Ner­wowy szef, naj­niż­sza wypłata, o którą zawsze musiała pro­sić, bo wła­ści­ciel zwy­kle pod koniec mie­siąca zaczy­nał cier­pieć na amne­zję, trudne warunki i dużo obo­wiąz­ków do wyko­na­nia w krót­kim cza­sie. Do tego samot­ność. Iga nie umiała się odna­leźć w obcym śro­do­wi­sku. Z natury cicha i skryta pozo­sta­wała na ubo­czu życia towa­rzy­skiego emi­gran­tów.

Tym­cza­sem praca w Pol­sce, na w miarę god­nych warun­kach, na doda­tek w Kra­ko­wie, nie­da­leko Majki kusiła z wielką siłą. I jesz­cze moż­li­wość awansu, o czym wspo­mniała dziew­czyna z sąsied­niego sto­lika. Iga żywiła wielki sza­cu­nek dla pie­nię­dzy, a ten miał swe korze­nie w doświad­cze­niu praw­dzi­wej biedy. Ponad wszystko na świe­cie pra­gnęła finan­so­wego bez­pie­czeń­stwa i nie­za­leż­no­ści.

Wró­ciła. Zro­biła kilka kro­ków w stronę wnę­trza restau­ra­cji, po czym znów się cof­nęła. Jakaś kobieta pod­nio­sła wzrok znad tale­rza z sałatką. Dziwne zacho­wa­nie Igi zaczy­nało ścią­gać uwagę pozo­sta­łych gości.

Chcąc uciec przed cie­kaw­skimi spoj­rze­niami, dziew­czyna weszła do środka, do sali restau­ra­cyj­nej. Przy­sta­nęła zdu­miona. Spo­dzie­wała się we wnę­trzu kamie­nicy zoba­czyć cięż­kie zasłony, pociem­niałe ze sta­ro­ści żyran­dole i piw­niczną cegłę na ścia­nach. Wystrój ją zasko­czył. Jasne kolory ścian, lustra, świece, misterne bukiety ze świe­żych kwia­tów nada­wały sali jadal­nej nie­zwy­kle lekki, a jed­no­cze­śnie cie­pły i ele­gancki wygląd.

Trudne - oce­niła fachowo wysiłki deko­ra­tora wnętrz. - I piękne - dodała zaraz.

Usia­dła przy jed­nym z wol­nych sto­li­ków, by zebrać jesz­cze myśli, zanim podej­mie decy­zję. Patrzyła na gości. Posi­lali się spo­koj­nie, roz­ma­wia­jąc przy­ci­szo­nymi gło­sami, w tle dys­kret­nie grała muzyka. Obiad w tym lokalu musiał sporo kosz­to­wać, a jed­nak sala była pełna.

Rze­czy­wi­stość alter­na­tywna - pomy­ślała, roz­glą­da­jąc się dys­kret­nie. - Ist­nieje real­nie tuż obok sza­rego, cięż­kiego życia. To świat ludzi funk­cjo­nu­ją­cych na innych zasa­dach. Speł­nio­nych, zre­lak­so­wa­nych, któ­rzy mają czas i fun­du­sze, by w zwy­czajny dzień, bez szcze­gól­nej oka­zji, zjeść obiad w pięk­nej restau­ra­cji i cie­szyć się chwilą.

Zdą­żyła tylko wes­tchnąć, gdy pode­szła młoda kel­nerka. Ubrana w gustowną ciem­no­bor­dową sukienkę odpo­wied­niej dłu­go­ści, z bia­łym koł­nie­rzy­kiem przy ład­nie wykro­jo­nym, nie­wiel­kim dekol­cie spra­wiała wra­że­nie pro­fe­sjo­na­listki. Miłej, ale utrzy­mu­ją­cej sto­sowny dystans. Iga od razu jej pozaz­dro­ściła tego sta­tusu. W nie­któ­rych loka­lach sze­fo­wie ubie­rają zatrud­nione dziew­czyny w spo­sób suge­ru­jący klien­tom moż­li­wość wygła­sza­nia bez­czel­nych uwag oraz głu­pich, wiecz­nie tych samych dow­ci­pów.

- Dzień dobry - przy­wi­tała się kel­nerka i podała kartę dań.

- Dzię­kuję. - Iga pode­rwała się nagle. - Ja w innej spra­wie. Cho­dzi o roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną...

Kel­nerka spoj­rzała na nią z wyraź­nym zain­te­re­so­wa­niem. Dzi­siej­szy dyżur był wyjąt­kowo ciężki. Marzyła o tym, by szef wresz­cie kogoś zna­lazł. Ale wszyst­kie kan­dy­datki, które przy­cho­dziły na roz­mowy, nie speł­niały ocze­ki­wań.

Ta mogła mieć szansę. Wyglą­dała jak młoda dziew­czyna, głów­nie z powodu natu­ral­nych pro­stych wło­sów, które równą gęstą kaskadą spły­wały jej na ramiona i plecy, a także oka­lały policzki. Ale kiedy przyj­rzało się bli­żej, można było zauwa­żyć, że to mylne odczu­cie. Nowa kan­dy­datka była raczej kobietą. W jej oczach widać było życiowe doświad­cze­nie. Naj­wy­raź­niej z nie­jed­nego pieca chleb jadła. Spra­wiała wra­że­nie tro­chę nie­śmia­łej, ale jed­no­cze­śnie sil­nej. Miała deli­katny, gustowny maki­jaż i ujmu­jący uśmiech.

Kel­nerka ucie­szyła się. Ist­niało wyso­kie praw­do­po­do­bień­stwo, że pro­blem z obsługą nie­długo znaj­dzie roz­wią­za­nie.

- Rozu­miem - powie­działa. - Pro­szę za mną. Zaraz panią zapro­wa­dzę do szefa. Mam nadzieję, że się uda, bo bar­dzo pil­nie potrze­bu­jemy pomocy, a te wszyst­kie dotych­cza­sowe kan­dy­datki na moje oko mają słabe szanse.

Iga scho­dziła po scho­dach do poło­żo­nej poni­żej mniej­szej sali, a nogi jej drżały ze zde­ner­wo­wa­nia. Życie porwało ją przy­pad­kową falą i nio­sło coraz moc­niej w nie­zna­nym kie­runku. Uśmiech­nęła się do pro­wa­dzą­cej ją dziew­czyny, tro­chę wystra­szona szybko roz­wi­ja­jącą się akcją.

- Mam na imię Kasia - przed­sta­wiła się kel­nerka, a gdy Iga rów­nież podała jej swoje imię, dodała krze­piąco: - Nie dener­wuj się. Uda ci się, zoba­czysz. Kon­ku­ren­cja nie jest zbyt wielka. Tutaj się dobrze pra­cuje, wła­ści­ciel jest w porządku. Sze­fowa kuchni tro­chę despo­tyczna, ale da się wytrzy­mać, bo tak naprawdę to dobra kobieta. Tro­chę nam tu wszyst­kim mat­kuje.

- Dzię­kuję. - Iga nie zdą­żyła niczego wię­cej powie­dzieć, sta­nęły bowiem przed drzwiami gabi­netu i kel­nerka zapu­kała. Nawet nie przy­szło jej do głowy, by zapy­tać, czy kan­dy­datka jest umó­wiona.

- Pro­szę - dał się sły­szeć głos i po chwili Iga została wpusz­czona do środka. Gabi­net szefa oka­zał się małym pomiesz­cze­niem, któ­rego lwią część zaj­mo­wał sze­roki regał z segre­ga­to­rami oraz książ­kami, a także sto­jące na środku duże, doszczęt­nie zawa­lone papie­rami biurko.

- Trzy­mam kciuki. - Iga usły­szała jesz­cze głos miłej kel­nerki i została z sze­fem sam na sam.

Jego wygląd tro­chę ją zasko­czył. Po tych wszyst­kich opi­sach usły­sza­nych wcze­śniej pod­świa­do­mie spo­dzie­wała się raczej pod­ry­wa­cza w stylu bru­neta z bra­zy­lij­skiego serialu lub bez­czel­nego biz­nes­mena z tych, co uwa­żają, że zawsze mają rację. Tym­cza­sem męż­czy­zna sto­jący po dru­giej stro­nie biurka wyglą­dał zupeł­nie zwy­czaj­nie. Nie jak wła­ści­ciel docho­do­wego przed­się­bior­stwa i spe­cja­li­sta od roz­wią­zy­wa­nia wszel­kich kobie­cych pro­ble­mów. Raczej jak mate­riał na przy­ja­ciela.

Co ty wiesz o przed­się­bior­cach? - skar­ciła się za te bły­ska­wiczne, kto wie, może zupeł­nie fał­szywe wnio­ski i uśmiech­nęła nie­śmiało na począ­tek, wycho­dząc z zało­że­nia, że nawet jeśli to nie pomoże, na pewno nie zaszko­dzi.

- Dzień dobry - przy­wi­tał się wła­ści­ciel lokalu i dło­nią wska­zał jej miej­sce po dru­giej stro­nie biurka. - Czy my byli­śmy umó­wieni? - zapy­tał, kopiąc jed­no­cze­śnie w sto­sie papie­rów. Wycią­gnął mocno sfa­ty­go­wany plik podań i szu­kał wła­ści­wego.

- Nie byli­śmy - pomo­gła mu Iga i usia­dła po dru­giej stro­nie. - Weszłam pod wpły­wem impulsu. Na szy­bie wisi ogło­sze­nie...

- Świet­nie. - Męż­czy­zna wyraź­nie się ucie­szył. Obrzu­cił ją cel­nym badaw­czym spoj­rze­niem. Opu­ściła szybko powieki. - Pil­nie kogoś potrze­buję - powie­dział. - A pani wygląda na odpo­wied­nią osobę - uśmiech­nął się.

Iga spoj­rzała na niego czuj­nie. Życz­li­wość ludzka, a szcze­gól­nie męska, zawsze wyda­wała jej się mocno podej­rzana. W takich przy­pad­kach zacho­wy­wała daleko idącą ostroż­ność. Teraz też pod­krę­ciła ostrość spoj­rze­nia, jakby chciała prze­świe­tlić mroczne zaka­marki wnę­trza poten­cjal­nego szefa. Bo zewnętrz­nie pre­zen­to­wał się cał­kiem nie­źle. Był blon­dy­nem o ciem­no­nie­bie­skich oczach. Miał miłą, wzbu­dza­jącą zaufa­nie twarz. Uśmie­chał się, ale od razu się domy­śliła, że to tylko wer­sja ofi­cjalna, prze­zna­czona do kon­tak­tów służ­bo­wych. Jego pogodny wyraz twa­rzy nie do końca kom­po­no­wał się z wyraź­nie dostrze­gal­nym cie­niem w oczach. Ukry­tym smut­kiem.

Dziew­czyna ode­tchnęła z ulgą. Już wie­działa, kim on jest. Ten czło­wiek zbu­do­wał mur wokół sie­bie i z jakie­goś powodu zamknął swoje wnę­trze i wszyst­kie ważne sprawy w miej­scu, do któ­rego nikt nie miał dostępu. Bez trudu roz­po­znała objawy tych dzia­łań. Sama była w tym zakre­sie spe­cja­listką wyso­kiej klasy. Jej wła­sny mur, sta­ran­nie skon­stru­owany we wcze­snych latach dzie­ciń­stwa, sta­no­wił budowlę dosko­nałą bez ani jed­nej, naj­mniej­szej nawet szcze­liny.

Przez jeden krótki moment poczuła, jakby spo­tkała praw­dziwą brat­nią duszę. Jakby oboje, błą­dząc po świe­cie, przez cały czas nie­świa­do­mie zmie­rzali w to miej­sce, gdzie wresz­cie mogli się poznać. Krew zaczęła szyb­ciej pły­nąć w jej żyłach, a nie­znana dotąd ener­gia wypeł­niła umysł. Śmiało wycią­gnęła dłoń w kie­runku ewen­tu­al­nego pra­co­dawcy.

- Iga Wol­ska - przed­sta­wiła się. - Mogę zacząć choćby jutro. Mam wszyst­kie aktu­alne bada­nia, a także moż­li­wość natych­mia­sto­wego zwol­nie­nia się z poprzed­niego sta­no­wi­ska. Dys­po­nuję też dłu­go­let­nim doświad­cze­niem, choć w tym ostat­nim przy­padku będzie pan musiał uwie­rzyć mi na słowo. Tylko trzy ostat­nie mie­siące w Anglii prze­pra­co­wa­łam legal­nie, wcze­śniej zatrud­niano mnie wyłącz­nie na czarno. Podob­nie jak wcze­śniej w Pol­sce.

Ode­tchnęła głę­boko, nie mogąc się nadzi­wić, że naprawdę zdo­była się na tak śmiałe i zde­cy­do­wane słowa.

- Rozu­miem. - Męż­czy­zna poki­wał głową, po czym przed­sta­wił się rów­nież. - Wik­tor Janicki. Jestem skłonny dać pani szansę. Jeśli tylko warunki finan­sowe, które zaraz przed­sta­wię, będą pani odpo­wia­dać, spo­tkamy się jutro rano.

- Nie chce pan zoba­czyć mojego dyplomu? - zapy­tała, zasko­czona szybką decy­zją wła­ści­ciela restau­ra­cji. - Nawet mam przy sobie, choć nie spo­dzie­wa­łam się, że będzie mi potrzebny. Ale zwy­kle, kiedy wyjeż­dżam, zabie­ram ważne doku­menty. Już raz mie­li­śmy wła­ma­nie.

- Pro­szę poka­zać - wes­tchnął Wik­tor. - Choć w tym przy­padku nie jest to konieczne - dodał, wycią­ga­jąc dłoń, a następ­nie bar­dzo dokład­nie obej­rzał doku­ment na zewnątrz i od środka. - Bar­dzo ładny - pochwa­lił. - Deli­katna skóra, dobry krój liter - uśmiech­nął się. - Mam taki sam w domu, tylko kie­ru­nek troszkę się różni. - Urwał, a wyraz twa­rzy nagle mu się zmie­nił. Chyba na moment wró­cił do tam­tego świata. Wspo­mnie­nia sta­nęły mu przed oczami, wywo­łu­jąc gwał­towne emo­cje. Iga patrzyła zafa­scy­no­wana na tę grę mimiki męż­czy­zny, odczy­tu­jąc z niej, jak z dobrze zna­nej księgi, skrzęt­nie ukry­wane uczu­cia. - Umowa stoi? - Janicki szybko się opa­no­wał i spoj­rzał na nią z tym samym co poprzed­nio uprzej­mym uśmie­chem.

- Może opo­wiem tro­chę o swoim doświad­cze­niu zawo­do­wym? - Tro­chę dziw­nie się czuła w sytu­acji, gdy przy­szły szef chciał jej tak od razu zaufać.

- Nie ma pro­blemu - odparł. - Jeśli tylko pani chce, ale to nie jest konieczne. Pierw­szego dnia wszystko się okaże, a nawet jeśli cze­goś musia­łaby się pani douczyć, to nie powinno zająć wiele czasu. To nie obsługa sta­cji kosmicz­nej. Naj­waż­niej­szy jest odpo­wiedni czło­wiek, a ja chyba takiego wła­śnie zna­la­złem.

Iga znów włą­czyła pod­świa­domy wykry­wacz pod­stę­pów, który uru­cha­miał się u niej zawsze, kiedy sły­szała kom­ple­ment.

- Mam intu­icję w kwe­stii wyboru pra­cow­ni­ków - dodał męż­czy­zna. - Pomy­li­łem się tylko raz, ale za to tak bar­dzo, że chyba wyczer­pa­łem swój życiowy limit - wes­tchnął. - To co? Możemy przejść do szcze­gó­łów?

Iga kiw­nęła głową.

Co ma być, to będzie - pomy­ślała. - Prze­cież zawsze mogę się wyco­fać.

Spoj­rzała na przy­szłego szefa i jesz­cze raz się uśmiech­nęła. Rów­nie uprzej­mie i ser­decz­nie jak on przed momen­tem. Też tak potra­fiła.

Świet­nie uda­wać, że wszystko jest w porządku.

Rozdział 4

Docho­dziła godzina pierw­sza, a Oli­wier wciąż spał. Pani Mary­sia zdą­żyła w tym cza­sie posprzą­tać cały dom. Szcze­rze powie­dziaw­szy, nie sta­no­wiło to wiel­kiego wyzwa­nia. Dom był duży, ale pano­wał w nim nie­zwy­kły ład. I nie cho­dziło wcale o porzą­dek wypra­co­wany zręcz­nymi dłońmi miesz­kań­ców, ale raczej dziwny bez­ruch. Wszystko leżało na swoim miej­scu, wystar­czyło tylko odku­rzyć pomiesz­cze­nia i prze­wie­trzyć.

Gospo­sia cho­dziła po poko­jach i pró­bo­wała zna­leźć źró­dło nie­po­koju, który towa­rzy­szył jej od pierw­szego momentu, kiedy prze­kro­czyła próg tej pięk­nej sta­rej willi, ukry­tej na spo­rej działce wśród drzew przed roz­ra­sta­ją­cym się wokół nowo­cze­snym osie­dlem. Kobieta patrzyła na salon połą­czony z dużą jadal­nią i kuch­nię z poły­sku­ją­cymi pustymi bla­tami. Ide­al­nie czy­stymi. Wystar­czył jej rzut oka, by domy­ślić się, że nikt tutaj nie przy­rzą­dzał posił­ków. Garnki kar­nym rzę­dem stały w szaf­kach, uło­żone pod wzglę­dem wiel­ko­ści. Prze­cież żadna gotu­jąca pani domu nie ma na to czasu.

W lodówce znaj­do­wały się tylko pro­dukty słu­żące do przy­go­to­wa­nia śnia­da­nia. Kosz na śmieci pusty. Nawet szklanki i kubki spra­wiały wra­że­nie nie­uży­wa­nych, jakby to miej­sce nie znało nawet tak zwy­czaj­nej czyn­no­ści domo­wej, jaką jest parze­nie her­baty.

Może nie ma się czemu dzi­wić? - zasta­na­wiała się pani Mary­sia. - Wła­ści­ciel pro­wa­dzi restau­ra­cję. Przy­wozi do domu gotowe obiady. To prze­cież zro­zu­miałe, tak jest pro­ściej i wygod­niej. Tylko po co zatrud­nia gospo­się na pełen etat? Wolała o tym nie myśleć. Bar­dzo potrze­bo­wała tej pracy i każda wąt­pli­wość napeł­niała jej serce prze­ra­że­niem. Cho­dziła po domu i gło­wiła się nad zagadką tego miej­sca.

W jed­nym z pokoi znaj­do­wała się solid­nych roz­mia­rów biblio­teka. Pani Mary­sia nie powstrzy­mała odru­chu cie­ka­wo­ści i przyj­rzała się dokład­nie zawar­to­ści pó­łek. Była zami­ło­waną czy­tel­niczką, korzy­stała z oferty dwóch miej­sco­wych biblio­tek, nale­żała też do klubu dys­ku­syj­nego. Wiecz­nie cier­piała na nie­do­syt powie­ści, zwłasz­cza tych naj­now­szych, bo docie­rały do biblio­tek z dużym opóź­nie­niem i musiała na nie cze­kać w kolejce. A pie­nię­dzy na zakupy w księ­garni nie miała już od lat.

Bogaty księ­go­zbiór pocią­gał ją, aż wes­tchnęła z zachwytu, idąc wzdłuż rega­łów i deli­kat­nie muska­jąc koniusz­kami pal­ców wypu­kłe grzbiety ksią­żek. Znaj­do­wała się tam chyba cała kla­syka, a także sporo kry­mi­na­łów i powie­ści oby­cza­jo­wych, ale żad­nych nowo­ści. Wszyst­kie książki uło­żone w ide­al­nym szyku, jed­nak ani jed­nego pustego miej­sca, które mogłoby suge­ro­wać, że ktoś korzy­sta z tych zbio­rów. Tuż obok rega­łów błysz­czał jasnym bla­tem pusty stół i równo sto­jące fotele. Lampa z poma­rań­czo­wym aba­żu­rem zapra­szała, by ją włą­czyć i pogrą­żyć się w lek­tu­rze. Pod­łogę pokry­wał miękki dywan. Jego jasne wło­ski stały na bacz­ność, sta­ran­nie wycze­sane odku­rza­czem. I żad­nych śla­dów stóp.

Dziwne - pomy­ślała. - Wła­ści­ciel tej kolek­cji musiał kochać książki, skoro stwo­rzył sobie tak dosko­nałe warunki do lek­tury, a jed­nak księ­go­zbiór wygląda raczej na deko­ra­cję.

Mary­sia musiała wło­żyć sporo wysiłku, by opu­ścić to pomiesz­cze­nie i nie zabrać choćby jed­nej powie­ści. Była w pracy i pamię­tała, co należy do jej obo­wiąz­ków. Ruszyła więc na dal­szy obchód.

Sypial­nia pana domu, z oso­bi­ście przez niego zaście­lo­nym łóż­kiem, sta­no­wiła rów­nież oazę ładu. Puste szafki nocne i gład­kie powierzch­nie komód nie mówiły nic o cha­rak­te­rze gospo­da­rza. Ni­gdzie nie widziała zdjęć ani innych pamią­tek. Rozej­rzała się uważ­nie ostatni raz i poki­wała głową. Wresz­cie zdia­gno­zo­wała, na czym polega wyjąt­ko­wość tych wnętrz. Wyglą­dały, jakby nikt tutaj nie miesz­kał. Żad­nych przy­pad­kowo rzu­co­nych rze­czy, dro­bia­zgów oso­bi­stego użytku, szkla­nek po her­ba­cie, gazet, ubrań. Niczego, co zdra­dza­łoby upodo­ba­nia czy choćby obec­ność prze­by­wa­ją­cych w domu osób. Tutaj nie czuło się życia, tylko pustkę, mar­twą ciszę, któ­rej nie zakłó­cał cichy taniec ostat­nich dro­bi­nek kurzu, unie­sio­nych nagrza­nym od kalo­ry­fe­rów powie­trzem.

Pani Mary­sia z nie­za­do­wo­le­niem przyj­rzała się błysz­czą­cym szy­bom - nawet okna czy­ste. Żad­nych kwia­tów do pod­la­nia. Ogród za oknem też skła­dał się głów­nie z przy­kry­tego śnie­giem traw­nika i kilku samot­nych świer­ków. Gdyby nie pokój Oli­wiera, można by sądzić, że wła­ści­ciele wyje­chali na kilka lat. Tam życie kłę­biło się, pul­so­wało i wyle­wało ponad brzegi. W prze­no­śni i dosłow­nie. Wszę­dzie pano­wał bała­gan. Kiedy Mary­sia po raz pierw­szy weszła do prze­stron­nego pomiesz­cze­nia połą­czo­nego z ogromną łazienką, miała wra­że­nie, że znaj­duje się we wnę­trzu dobrze zaopa­trzo­nego i splą­dro­wa­nego sklepu. Góry i pagórki ubrań, papie­rzysk, kabli, butów oraz innych na pierw­szy rzut oka nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych przed­mio­tów unie­moż­li­wiały swo­bodne przej­ście. Poświę­ciła wczo­raj wiele czasu, by zapro­wa­dzić tam ład i tym samym wypeł­nić pole­ce­nie pra­co­dawcy. Tro­chę się tylko mar­twiła nie­obec­no­ścią nasto­latka. W końcu mło­dzi ludzie nie zno­szą, gdy ktoś obcy prze­kłada ich rze­czy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki