Większe zło Polityczne zabójstwa, krwawe zamachy, kościelne spiski - Arkadiusz Stempin


Reflow text when sidebars are open.
Obywatel źle znosi męki tyrana,
jeszcze gorzej mu, jeśli go wspiera,
piękne jest dla niego przepędzić tyrana,
jeszcze piękniejsze zabić, co jest
dozwolone, a nawet chwalebne[1].
MARIO BANDINI PICCOLOMINI, REPUBLIKANIN ZE SIENY Z XVI WIEKU
Pogoda nie rozpieszcza mieszkańców Wysp Brytyjskich. Pierwsze miejsce wśród najbardziej deszczowych miast, według brytyjskiego instytutu meteorologii Met Office, dzierży Cardiff w Walii ze średnią 1151 mm rocznie. Londyn plasuje się na 37. miejscu z zaledwie 557 mm. Na tamtejszy Trafalgar Square z kolumną pogromcy Napoleona spada mniej kropli deszczu niż na rzymską Piazza Navona, nowojorski Central Park czy operę w Sydney. A mimo to parasol na londyńskiej ulicy uchodzi za coś tak naturalnego jak torebka Prady i szpilki Ferragamo na alejach Mediolanu czy sutanna na placu św. Piotra.
Parasol w pejzażu Londynu zaskoczył jednak Georgija Markowa. Zbiegły w latach zimnej wojny na Zachód (1971) bułgarski dysydent dostrzegł go za późno. Choć w jego przypadku okazał się sprawą życia i śmierci. 7 września 1978 roku ten 49-letni mężczyzna jak zwykle rano czekał na przystanku Waterloo Bridge na autobus. Przy wsiadaniu poczuł silne ukłucie w prawej nodze. Otaczała go grupka pasażerów, a korpulentny mężczyzna z parasolem przeprosił za niechciane szturchnięcie i pośpiesznie oddalił się z przystanku. W biurze BBC, gdzie pracował, Markow zdążył zapomnieć o incydencie. Dopiero koleżanka zwróciła mu uwagę ma plamkę z tyłu spodni. Pod nią na nodze miał niewielką opuchliznę. Zignorował ją. Wieczorem w domu dopadły go wymioty, gorączka i bóle brzucha. Na drugi dzień wymiotował krwią. Cztery dni później nie żył. Obdukcja w Szpitalu St. James wykazała obecność we krwi rycyny. "Niezwykle silnej toksyny, bardziej zabójczej od jadu kobry i 70-krotnie silniejszej od cyjanku, choć mało przydatnej do terroru na masową skalę"[2], gdyż wrażliwość na ciepło i promieniowanie ultrafioletowe niwelują jej działanie. "Już jej minimalna dawka", według amerykańskiego Congressional Research Service, "to 400 mikrogramów na 80 kg wagi ciała", co odpowiada np. kryształowi soli kuchennej - wywołuje martwicę śledziony, wątroby i nerek[3]. A razem z nadprodukcją białych krwinek prowadzi do nieuchronnej śmierci. Powolnej i potwornej. Najczęściej w wyniku zatrzymania akcji serca, kiedy poziom elektrolitów, sodu i potasu, ulega zaburzeniom. Niechlubną sławę rycyna zdobyła podczas nieudanej próby otrucia prezydenta Baracka Obamy i senatora Rogera Wickera (2013). Wysłane do nich listy zwierały tę truciznę.
Jak rycyna dostała się do organizmu Markowa? Została wystrzelona z wysuwanej igły (zamontowanej na spiczastej końcówce parasola), która po wbiciu w ciało uwolniła miniaturową kuleczkę z cieczą. Już po zakończeniu zimnej wojny szef kontrwywiadu radzieckiego Oleg Kaługin potwierdził, że trucizna w bułgarskim parasolu pochodziła z laboratoriów KGB. A dziennikarz śledczy z Sofii Christo Christow zdemaskował egzekutora mordu: Francesca Gullina alias "Piccadilly". Na współpracę z bułgarskim wywiadem Włoch przystał, gdy przyłapano go na granicy na "przemycie narkotyków"[4]. Za zabójstwo Markowa odebrał medale zasługi dla Bułgarskiej Republiki Ludowej i 30 tys. dolarów. Mieszkał w Kopenhadze, gdzie nabył sklepik z antykami. Do upadku komunizmu figurował na liście bułgarskich agentów, choć nie wsławił się już większym wyczynem. Na początku lat 90. przesłuchiwały go wywiady brytyjski i duński. Wobec braku dowodów został zwolniony. Sprzedał sklepik i wrócił do Italii. Ślad po nim zaginął.
Parasol z kuleczką na czubku, która wypuszcza przy ukłuciu rycynę. Tym narzędziem agent KGB zabił w 1978 roku w Londynie bułgarskiego dysydenta i krytyka komunistycznego reżimu Georgija Markowa. Eksponat pochodzi ze zbiorów pierwszego na świecie muzeum poświęconemu historii tajnych służb w Waszyngtonie.
Czym naraził się Markow, szanowany literat, który przez lata orbitował blisko komunistycznego cara Todora Żiwkowa? Gdy po praskiej wiośnie w krajach bloku radzieckiego przykręcono śrubę (1968), popadł w niełaskę za aksamitną krytykę. Wyjechał na Zachód, gdzie zamienił się w nieprzejednanego wroga komunistycznego reżimu i prześmiewcę przywódcy kraju, najbardziej lojalnego wasala Kremla, dwukrotnie gotowego przyłączyć Bułgarię do Związku Radzieckiego. Co nawet w Moskwie wywołało rozbawienie. Markow kpił z niedoścignionego prostaka.
Żiwkow w państwie robotników i chłopów dorobił się 65 luksusowych willi i apartamentów oraz 20 myśliwskich rancz. Za państwowe pieniądze wysłał córkę do Oksfordu; po powrocie 32-latkę uczynił ministrem kultury. Jej śmierć w tajemniczych okolicznościach - zmarła w wannie w rezydencji ojca w 1981 roku - tłumaczono samobójstwem lub zemstą politycznych wrogów. Zięciowi sprezentował stołek szefa telewizji. A sam zadłużył kraj i uzależnił go od importu z ZSRR bardziej niż pozostali satelici.
Swoim satyrycznym zdolnościom Markow dawał ujście w BBC, Radiu Wolna Europa i Deutsche Welle. W stacjach radiowych walił w radziecki system komunistyczny jak w bęben, demaskował przestępczy charakter reżimów spod znaku sierpa i młota. Felietony Markowa w Bułgarii biły rekordy popularności. Żiwkow, który cieszył się najdłuższym, 35-letnim stażem wśród najwyższych aparatczyków w bloku radzieckim (nim w 1989 roku zmiótł go wewnątrzpartyjny pucz), wyeliminowanie krnąbrnego rodaka uczynił sprawą honoru. Powołał do usunięcia Markowa operacyjną grupę o kryptonimie "Wędrowiec". Dzięki wywiezieniu fragmentów tajnego archiwum KGB na Zachód przez byłego agenta Wasilija Mitrochina wiadomo, że decyzja o udzieleniu bratniej pomocy towarzyszom w Sofii zapadła na najwyższych szczeblach KGB. O pomoc zwrócił się Dymitr Stojanow, szef bułgarskiej bezpieki. Ale jego odpowiednik z KGB, Jurij Andropow, nie palił się do udzielenia pomocy towarzyszom w Sofii. Dopiero triumwirat najbliższych współpracowników Andropowa: szef wydziału zagranicznego gen. Władimir Kriuczkow, jego zastępca wiceadmirał Michaił Usatow i szef kontrwywiadu zagranicznego gen. Oleg Kaługin, Andropowa przekonał. "Macie moją zgodę, ale tylko od strony technicznej. Nauczcie ich z tego korzystać i wyślijcie ludzi do Sofii, żeby ich przeszkolili. Resztę niech załatwią sami"[5]. Z laboratorium KGB nr 12 wysłano do Sofii odpowiednią pomoc "techniczną". Do historii przeszła pod nazwą bułgarskiego parasola.
Do czasu upadku komunistycznego reżimu w Bułgarii (1990) zabójstwo Markowa - najsławniejszy mord KGB w latach zimnej wojny - stanowiło pilnie strzeżoną tajemnicę państwową. Powołana po transformacji w Bułgarii komisja śledcza wykazała, że sześć grubych segregatorów z aktami sprawy zniknęło z archiwum. O co zatroszczyli się były wiceminister MSW gen. Stojan Sawow i szef bezpieki gen. Władimir Todorow. Co zawierały akta?
Na to pytanie mógłby odpowiedzieć szef archiwów wywiadu Bożydar Dojczew. Ale 17 listopada 2006 roku rodzina znalazła go z kulą w głowie. Tylko on, pracownik służb z 25-letnim doświadczeniem archiwisty, orientował się w gąszczu dokumentów zdeponowanych w piwnicach MSZ w Sofii. Podobną śmiertelnie niebezpieczną wiedzę posiadał gen. Stojan Sawow, który o swoją spokojną przyszłość zatroszczył się w 1992 roku, strzelając sobie w głowę. Już wtedy za tajemnicę poliszynela uchodziło znalezienie w piwnicach MSW parasoli z zabójczym mechanizmem.
W tym samym czasie (1991) dwóch bułgarskich dziennikarzy: Władimir Bereanu i Kalin Todorow, wysunęło śmiałą tezę, że Markow pracował dla wywiadu bułgarskiego, a w szczycie zimnej wojny jako podwójny agent także dla Brytyjczyków[6]. Prawdę o wydarzeniach większość uwikłanych w nie aktorów zabrała do grobu. Ale napotkane w przypadku bułgarskiego parasola niejednoznaczność, wielość tropów i interpretacji są immanentnymi cechami każdego mordu politycznego.
Tego typu przestępstwo nie daje się łatwo rozwikłać. "Fala informacji, prawdziwych czy fałszywych, ma zatrzeć ślady, doprowadzić śledczych do szału, a ich dochodzenie przez setki fałszywych tropów w ślepy zaułek", twierdzi włoski ekspert od służb specjalnych Aldo Giannuli. "Rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana, niż się wydaje na pierwszy rzut oka"[7]. Jak w przypadku mordu Markowa. I zamachu na polskiego papieża. Modelowo pokazuje on mnogość i sprzeczność zagmatwanych tropów prowadzących do różnych inspiratorów.
Wieloznaczność splata się z inną właściwością mordu politycznego - inicjator nie zabija sam, wysługuje się kilerem: samotnym wilkiem, kolektywem służb specjalnych lub grupy przestępczej. Egzekucja następuje bowiem "pozasądowo i nielegalnie". Jej cel jest zawsze ten sam: śmierć ofiary ma "unicestwić jej polityczne plany" i "zmienić sytuację polityczną na korzyść zleceniodawcy"[8]. Jeśli według Carla von Clausewitza wojna to polityka prowadzona innymi środkami, to mord polityczny też jest narzędziem polityki. Nierzadkim w użyciu, trudnym do udowodnienia.
Element nielegalności zawiera samo pojęcie "zamach", które w wielu językach jako attentat zachowało łacińską etymologię. Czasownik attentare oznacza spróbować, uwieść, np. komuś żonę czy męża, dobrać się do kogoś. Rzeczownik attentatio w języku prawników antycznego Rzymu konotował wyłom w systemie prawnym. Inne skojarzenia wywołuje angielskie assassination. Asasynami nazywano sektę perskich muzułmanów, która w XI wieku po zdobyciu górskiej twierdzy Alamut nad Morzem Kaspijskim zorganizowała się na kształt tajnego zakonu. Wkrótce dysponował on 30 bastionami rozsianymi na Środkowym Wschodzie, w Persji i Iraku. Asasyni wzbudzali grozę, także wśród krzyżowców. Ich legendę na cały krąg europejski spopularyzował najsławniejszy podróżnik średniowiecza Marco Polo.
Typowe motywy zleceniodawców mordu politycznego to: chęć eliminacji politycznego konkurenta (oponenta, niewygodnego świadka), zemsta, prewencja i w końcu zniszczenie znienawidzonego symbolu.
Potrzeba eliminacji tłumaczy casus Markowa czy zamordowanie dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego przez saudyjskie służby (2018). Jego ciało poćwiartowano, co uniemożliwiło zdobycie dowodów popełnionego przestępstwa. Zamiast smoking gun (poszlak) śledczy dostali smoking saw (czyste domysły), jak to określił amerykański senator Lindsey Graham[9]. Mord z zemsty w antycznych Grecji, Rzymie i Izraelu w myśl zasady "oko za oko, ząb za ząb" należał do kodeksu etycznego tamtejszych społeczności. Reguła wendety nadal ma się dobrze. W konflikcie izraelsko-palestyńskim w najbardziej makabrycznym wydaniu ujawniła się w lecie 2014 roku, gdy sześciu izraelskich radykałów pomściło śmierć trzech nastoletnich rodaków, paląc żywcem 16-letniego Palestyńczyka Mohammeda Abu Chdeira.
Na ofiarę mordu ostrzegawczego wybiera się osobę na tyle znaną, żeby jej śmierć nie przeszła niezauważona. Przypomina to wysyłanie cuchnącej ryby przez mafię. To jeszcze nie prawdziwe uderzenie, ale zastraszenie przeciwnika. Na naszych oczach do mordu ostrzegawczego, wymierzonego w społeczeństwo obywatelskie w Brazylii, urosło zabójstwo Marielle Franco, aktywistki na rzecz praw człowieka, krytykującej przemoc ze strony państwa, mafii i skorumpowanej policji (2018)[10].
Z kolei mord prewencyjny eliminuje nie realnego, lecz potencjalnego wroga. Sankcjonowała go choćby zasada w imperium Osmanów: wstępujący na tron sułtan wyżynał w pień braci, zapewniając sobie panowanie wolne od wewnątrzrodzinnych konfliktów. Praktykę, którą wprowadził Bajazyd I, zmienił w prawo Mehmed II (XV wiek), a Mehmed III wykazał się nadgorliwością w jego stosowaniu, mordując 19 braci i wszystkie ciężarne nałożnice ojca. Dopiero Ahmed I (XVII wiek) zerwał z tą tradycją. Pewnie dlatego, że w wieku 13 lat miał skrupuły, by wymordować rówieśników z piaskownicy. Trzymał ich za to pod kluczem razem z konkubinami i eunuchami. Echo tradycji mordu prewencyjnego z pałacu Osmanów rozbrzmiało niedawno w Arabii Saudyjskiej. Muhammad bin Salman, następca tronu i faktyczny premier, z jedną żoną (poprzedni monarcha miał ich 30), zwolennik umiarkowanego islamu, dopuszczenia kobiet za kierownicę samochodu i do urny wyborczej, aresztował członków domu saudyjskiego. 11 książąt krwi i tak może się uważać za szczęśliwców - wylądowali w areszcie w luksusowym hotelu Grand w Rijadzie (2017).
Wreszcie mord polityczny służyć może likwidacji symbolu znienawidzonej ideologii. W ramach tej logiki zginęły choćby cesarzowa Elżbieta Habsburg (Sisi) - bez aspiracji i wpływów, jednak ucieleśniająca zmurszałą władzę w Europie - czy ważne postacie ruchów emancypacyjnych: na tle konfliktu religijnego Mahatma Gandhi (1948), postkolonialnego - Patrice Lumumba (1961), czy społecznego - Martin Luther King (1968).
Mord polityczny zwraca się przeciwko jednostce. Nie brakuje jednak badaczy, którzy rozciągają go na eliminację całych grup, z ludobójstwem włącznie. Politolog z USA Rudolph Rummel, wykorzystując pojęcie genocide (ludobójstwo), wprowadził nawet określenie politicide na "mord grupy ludzi dokonany przez rządzących z powodów politycznych"[11]. W takiej wykładni pod mord polityczny podpadałyby: eksterminacja Ormian przez Turków, Holokaust, czystka etniczna Polaków na Wołyniu czy nawet zrównanie z ziemią miast-symboli jak Guernica i Warszawa.
Jeśli mord polityczny towarzyszy ludzkości od zarania, to co charakteryzuje go w latach zimnej wojny? Lata 1945-1989 były zmaganiem jak na bokserskim ringu dwóch przeciwników: wolnego świata pod egidą USA i imperium Józefa Stalina z wchłoniętą Europą Środkowo-Wschodnią. Stalin zaraz po konferencji w Jałcie i w Poczdamie (1945), gdzie odbył się "dialog głuchych"[12], z sojusznika aliantów przeszedł na pozycję grabieżcy. "Chcecie wyciągnąć Austrię za swoją żelazną kurtynę? Nie uda się wam. Chcecie dostać Turcję, cieśniny Bosfor i Dardanele? Nie będziecie ich mieli. Chcecie Koreę? Nie dostaniecie jej! Nie wychylajcie tak głowy, bo ją wam obetną któregoś dnia", przestrzegał w 1949 roku szef brytyjskiego MSZ Ernest Bevin swego radzieckiego odpowiednika Wiaczesława Mołotowa[13]. Bipolarny podział świata zbiegł się z umiędzynarodowieniem wielu procesów, co skutkowało powstaniem nowych konfliktów. W Afryce i Azji dekolonizacja wywołała na arenę ruchy partyzanckie. W Ameryce Łacińskiej prawicowe dyktatury generowały spiralę przemocy. Od lat 60. w krajach Europy Zachodniej ruchy protestu solidaryzowały się z pokrzywdzonymi w Trzecim Świecie, posługując się strategią guerilli. Podobnie jak terroryści (RAF, Czerwone Brygady). Konflikt palestyńsko-izraelski skutkował zamachami na olimpiadzie w Monachium (1972), na prezydenta Egiptu Anwara Sadata (1981) i premiera Izraela Icchaka Rabina (1995). Nic dziwnego, że w gorących latach zimnej wojny, prowadzonej przez supermocarstwa także przy użyciu wywiadów, niewygodne osoby, takie jak Markow, musiały zamilknąć na zawsze. Ich los miał stanowić przestrogę dla wszystkich chętnych do zmiany frontów. Na co najbardziej narażeni byli agenci.
Jeszcze za liberalnego Michaiła Gorbaczowa w ZSRR po 1985 roku zginęło co najmniej 10 szpiegów USA. A to dlatego, że szef kontrwywiadu CIA w wydziale radzieckim Aldrich Ames szpiegował dla kremlowskiego KGB, za co do dziś odsiaduje dożywocie. W 2006 roku w Londynie zmarł w męczarniach otruty radioaktywnym polonem agent KGB czasów zimnej wojny Aleksandr Litwinienko - dla Władimira Putina zdrajca. Ten zamach udowodnił, że nikt nigdzie nie jest bezpieczny. Tak jak los synów najsłynniejszego polskiego agenta płk. Ryszarda Kuklińskiego. On wprawdzie przeżył, ale syn Bogdan zginął, gdy nurkował w sylwestra 1993/1994 w zatoce Key West nad Cieśniną Florydzką. W tym dniu nie było burzy ani wysokich fal, nie zarejestrowano połączenia SOS. Kombinezony do nurkowania pozostały nietknięte na jachcie. Ten odnaleziono już na drugi dzień, dryfował pusty. Pułkownik podejrzewał, że syna dla okupu porwali Kubańczycy. Później krążyły pogłoski, że Bogdan z kolegą byli pijani i utonęli. Ale wtedy ciała lub części ubrania wypłynęłyby na powierzchnię. Nie brakuje sugestii, że Bogdan wypadek u wybrzeży Florydy przeżył i ze zmienioną tożsamością żyje nadal. Co jednak wyklucza biograf płk. Kuklińskiego[14]. Starszy syn Waldemar niecały rok później został zamordowany przez nieznanych sprawców, którzy rozjechali go samochodem w Aleksandrii (w stanie Wirginia) na parkingu kampusu uniwersyteckiego. Gdy szedł do samochodu, został potrącony przez dżipa. Auto się zatrzymało i na wstecznym biegu przejechało leżącego. 17 świadków zdarzenia powiedziało, że wyglądało to jak egzekucja. Sprawcy zbiegli, nie pozostawili w aucie odcisków palców.
Śmiertelny zamach w latach zimnej wojny groził nie tylko szpiegom. Grupę wysokiego ryzyka tworzyli oponenci dyktatorów, przeciwnicy wpływowych grup nacisku: terrorystów z RAF, Czerwonych Brygad czy mafiosów z Sycylii i Kalabrii. Najbardziej jednak na zamach narażeni byli liderzy polityczni.
Mord na tyranie jako zdobycz cywilizacyjna w naszym kręgu kulturowym nie pojawił się wraz ze sztyletem wbitym w pierś Juliusza Cezara (44 p.n.e.). Instytucja zabójstwa władcy sięga znacznie dalej na osi czasu. Niedawne badania kryminalistyczne potwierdziły zabójstwo faraona Ramzesa III przed 13 wiekami (1155 p.n.e.) w wyniku dworskiego spisku. Prześwietlenie mumii tomografem wykazało na szyi siedmiocentymetrowe cięcie, które przebiło tchawicę i przełyk.
Jak twierdzi psycholog ewolucyjny Steven Pinker z Harvardu, przemoc w dziejach ludzkości od czasów faraonów do nam współczesnych stale się zmniejsza. Na co zbawczy wpływ miał przede wszystkim "rozwój władzy państwowej" poskramiającej "zapędy pierwotnych myśliwych i zbieraczy", "prawo pięści i nadęte uczucie honoru"[15]. Pod czym historycy rozumieją wprowadzony przez rewolucję francuską model obsadzania stanowisk politycznych na podstawie wyborów, bezkrwawo odsuwający od władzy niechcianych polityków.
Republikański mandat ograniczył mord polityczny, ale go nie zlikwidował. W USA dochodziło do niego przy sporach konstytucyjnych, gdy Andrew Jackson demokratyzował prawo wyborcze (nieudany zamach, 1835), a Abraham Lincoln ograniczał niewolnictwo (1865). Z kolei szeroka demokratyzacja prawa wyborczego w Europie po I wojnie światowej uruchomiła reakcję sprzeciwu, co np. w Niemczech skutkowało zamordowaniem: Kurta Eisnera, Róży Luksemburg, Karla Liebknechta (1919), Matthiasa Erzbergera (1921) i Walthera Rathenaua (1922)[16].
Tyranem, który pobił rekord, jeśli chodzi o liczbę zamachów na jego życie, był Fidel Castro, zapamiętany z brodą po pas, w oliwkowym mundurze i z cygarem. Polowanie na niego odsłania wiele z mechanizmu mordu politycznego w latach zimnej wojny. Kubański dyktator stał się celem operacji CIA równie wymyślnych, jak ta służb bułgarskich z wykorzystaniem parasola. Zanim jeszcze rebelianci pod wodzą brodatego El Comandante 1 stycznia 1959 roku przepędzili z Hawany dyktatora Fulgencia Batistę, Waszyngton uznał Castro za niebezpiecznego komunistę. Powód: zapowiadał nacjonalizację gospodarki i posługiwał się retoryką marksistowską. Ocena sytuacji na Kubie padła z ust szacownego Williama Wielanda, szefa wydziału karaibskiego w Departamencie Stanu: "Wiem, że wielu Batistę uważa za sukinsyna. Ale pierwszeństwo mają interesy Ameryki. A on jest naszym sukinsynem"[17]. Bardziej elegancko, jak przystało na absolwenta uniwersytetów Harvard i Yale oraz syna anglikańskiego biskupa, groźbę wyjaśnił sekretarz stanu Dean Acheson w najbardziej lodowatym okresie zimnej wojny. "Jak jabłka w beczce psują się od jednego zgniłego", tak przejęcie przez komunistów Kuby, z której brzegów widać odległe o 40 mil wybrzeże Florydy, zainfekowałoby rewolucją i antyamerykanizmem cały tzw. Trzeci Świat; obszar największej konfrontacji obydwu bloków[18].
W Waszyngtonie malowano diabła, przeceniając niebezpieczeństwo ze strony charyzmatycznego Kubańczyka. Partyzanckie bitwy, jakie wygrywał, były w istocie manewrami propagandowymi. "Obecność zachodniego dziennikarza, najlepiej Amerykanina, była dla nas ważniejsza niż sukces militarny", przyznał po zwycięskiej rewolcie najbliższy towarzysz walk, Che Guevara[19]. W ostatniej bitwie rewolucji, o miasto Santa Clara, Castro stracił raptem sześciu ludzi. Nie był też zagorzałym marksistą. Narzędziem swojego oddziaływania uczynił nie tajny komitet jak Lenin i Stalin, ale inscenizowane dęcia w bojowe trąby. W stylu Hitlera, Mussoliniego i Peróna. Strącając Batistę, mianował ministrami kubańskich liberałów, nim sam zgarnął dla siebie stołek premiera. Castro "to nie komunista", zapewnił zastępca szefa CIA gen. Charles Cabell[20]. Wizyta Castro w Waszyngtonie trzy miesiące po przejęciu przez niego władzy przebiegła tak, jakby składał ją zaprzyjaźniony z USA dyplomata. Respekt dla założyciela kraju Jerzego Waszyngtona był tego papierkiem lakmusowym. Raziło tylko zachowanie latynoskiego macho (dziewiątka dzieci z pięcioma kobietami) - nie bacząc na obecność urodziwej narzeczonej był zbyt wylewny wobec eleganckich dam. Prawie czterogodzinne rozmowy z wiceprezydentem Richardem Nixonem zakończyły się jednak fiaskiem. "Przekonywałem go do przyjęcia deklaracji popierającej najwcześniejszy termin wyborów", oświadczył Nixon. Wybory "w przeszłości wyłaniały złe władze", kontrował premier Kuby[21]. W efekcie USA odwróciły się plecami od dotychczasowego satelity. Protektorat nad wyspą przejęło drugie supermocarstwo. Włącznie z funkcją skarbnika. Podpisanie pierwszej umowy gospodarczej podczas wizyty radzieckiego premiera Anastasa Mikojana słusznie oceniono w Waszyngtonie jako przejście Moskwy "z ostrożnego stanowiska do aktywnego wsparcia"[22]. W odpowiedzi prezydent Dwight Eisenhower zatwierdził program tajnych działań przeciwko reżimowi Castro.
Dyletancka inwazja prezydenta Johna Kennedy'ego w Zatoce Świń (1961) nakręciła spiralę amerykańsko-kubańskiego konfliktu. Castro rozpętał terror przeciwko wewnętrznym oponentom, ogłosił wyspę krajem socjalistycznym, zawiesił wybory, gdyż - jak wykrzyczał - "odbywają się one teraz codziennie, odkąd rządy rewolucyjne stały się wyrazem woli ludu!"[23]. Młoda ekipa Kennedy'ego uległa zgubnej ekscytacji. "W związku z Castro ogarnęła nas histeria", przyznał samokrytycznie sekretarz obrony i gołąb w administracji Kennedy'ego Robert McNamara[24]. Metafizyka owej histerii wyraziła się w kolportowaniu pogłosek o kubańskim liderze jako biblijnym antychryście.
Pozbycie się go było wyzwaniem, bo Castro miał jedną z najlepszych ochron na świecie. "Podróż samolotem ogłaszano publicznie nie wcześniej niż dzień przed wylotem. O niektórych z nich informowano już post factum. I nigdy nie było wiadomo, do której z trzech gotowych do lotu maszyn Castro wsiądzie"[25]. Co CIA zmuszało do nietypowych akcji.
W pierwszych wykorzystano dwie słabostki Castro: do cygar marki Cohiba i kobiet. Plan z pierwszą przynętą zakładał eksplozję cygara podczas zapalania. Wybuchające egzemplarze przemycano na Kubę. Potem plany zmodyfikowano i cygara faszerowano trucizną. Za każdym razem podejrzane sztuki wychwytywał kubański wywiad. Fidel mógł zaciągać się bezpiecznie. A nawet utrzeć nosa CIA, wygrywając organizowane przez Ernesta Hemingwaya zawody wędkarskie i odbierając z rąk noblisty główną nagrodę. Zdjęcie z ceremonii zdobiło od tej pory kafejki w Hawanie.
Misją wyeliminowania Castro obarczono więc jego byłą kochankę Maritę Lorenz, Niemkę z Bremy, która po II wojnie światowej z rodzicami wyemigrowała do USA. Agent Frank Sturgis spotkał się z nią w Miami i nakłonił do działania. Jesienią 1960 roku spotkała się z Castro, ale zadania nie wykonała, za to zyskała sławę jako kochanka i niedoszła zabójczyni.
W kolejnych latach na panewce spaliła cała seria zamachów. Szef kubańskiego wywiadu z tego okresu Fabián Escalante doliczył się "638 sposobów pozbawienia życia Fidela Castro"[26]. W większości pozostały na papierze. CIA przyznała się do ośmiu. W tym do najbardziej egzotycznego: zwabienia kubańskiego przywódcy, miłośnika nurkowania, w pobliże wypełnionej materiałem wybuchowym muszli umieszczonej na rafie koralowej u wybrzeża Kuby. Muszla miała być pomalowana na jaskrawy kolor, by rzucała się w oczy. Ostatecznie nie znaleziono takiej, która pomieściłaby ładunek wybuchowy, i nie dysponowano miniłodzią podwodną do podłożenia jej na rafie. Łatwiejszy wydał się wariant z dostarczeniem kombinezonu do nurkowania zainfekowanego pałeczkami gruźlicy i grzyba. Ale i tego planu nie zrealizowano.
Większość planowanych zamachów wzór brała z morderstw mafii przypominających scenariusze filmów z Jamesem Bondem. Raz CIA posłużyła się mafiosami z Kuby. Ci powiązani z amerykańską cosa nostrą za dyktatora Batisty zarabiali krocie na prostytucji i hazardzie. Biznes ukrócił Fidel. John Roselli, gruba ryba chicagowskiego podziemia, mający kontakty z kubańskimi uchodźcami na Florydzie, spotkał się w nowojorskim Hiltonie z agentem FBI Robertem Maheu. Roselli nie dał się jednak nabrać na fikcyjną historię o milionowych stratach poniesionych na skutek działań kubańskiego dyktatora przez międzynarodowe firmy, które chciały zapłacić za jego głowę 150 tys. dolarów. Ale zaproponował dwóch kolegów z top-listy najbardziej poszukiwanych gangsterów: Salvatorego "Moma" Giancanę z sycylijskiego klanu i Santa Trafficantego Jr. Giancanę, brzydala i prostaka, który kochankami dzielił się z J.F. Kennedym, a od pistoletu wolał truciznę. Sześć pastylek z laboratorium rządowego gangster dostarczył Juanowi Orcie z najbliższego otoczenia Castro, próbującemu wydostać się z finansowych tarapatów. Orta wpadł jednak w panikę i nie wykonał zadania. Pastylki z trucizną wróciły do rządowego laboratorium. Co "skruszony" Roselli wyznał podczas tajnego przesłuchania przed komisją Kongresu USA (1975). Musiał mówić prawdę, skoro po tych zeznaniach jego zwłoki z połamanymi nogami (wcześniej został uduszony i zastrzelony) wyciągnięto z beczki po ropie naftowej dryfującej u wybrzeży Miami na Florydzie.
By pozbyć się Fidela, CIA wysłała na Kubę agenta, który udając kelnera, miał wrzucić cyjanek do czekoladowych shake'ów pitych w hurtowych ilościach przez dyktatora w ulubionej kawiarni. Plan zawalił się w ostatniej chwili, gdy agent-kelner chciał wyciągnąć ukrytą w zamrażalniku kapsułkę. Zamarznięta nie dała się oderwać od lodu. Gdy fiasko poniósł wariant otrucia, analitycy z CIA sięgnęli po metody z wykorzystaniem materiałów wybuchowych. Największych szans upatrywano w zamachu przeprowadzonym na meczu koszykówki. Castro, który regularnie zasiadał w pierwszym rzędzie na Estadio Latinoamericano w Hawanie, miał zostać zabity granatem ręcznym rzuconym z szóstego rzędu. Kilka dni wcześniej zamachowcy przeprowadzali trening na pustym stadionie. Zamiast granatów rzucali pomarańczami. Co ochronie wydało się na tyle podejrzane, że trafili do więzienia.
Dwukrotnie próbowano zabić Castro klasycznie, strzałem z pistoletu. W tym podczas wizyty u chilijskiego prezydenta Salvadora Allendego (1971). Zamachowiec Antonio Veciana z ukrytym w kamerze telewizyjnej karabinem wślizgnął się na konferencję prasową kubańskiego gościa. Nie wiadomo, dlaczego uciekł, porzucając narzędzie zbrodni. "Jeśli wyjście bez szwanku z zamachu na życie byłoby dyscypliną olimpijską, złoty medal miałbym w kieszeni", rechotał Castro[27]. Wyjaśnienie jest proste. CIA nie miała agentury na Kubie i zdana była na niepewne osoby trzecie. Amerykanom nie pozostawało nic innego, jak tylko lansować pogłoski o śmierci dyktatora. Co Fidel skontrował kąśliwie: "Zabijają mnie każdego dnia. Kiedy umrę, nikt mi nie uwierzy". Tak doczekał 90. roku życia, zmarł śmiercią naturalną, choć nie wiadomo na co, i pozostawił po sobie legendę "nieśmiertelnego underdoga"[28].
Wariant kubański USA zastosowały w 1960 roku w Kongu, gdzie wybrany w wolnych wyborach premier Patrice Lumumba zbliżył się do Moskwy. Na ostrzeżenie szefa brukselskiej filii CIA: "Nieważne, czy Lumumba jest komunistą, czy nie jest. Mamy mało czasu, by zapobiec powstaniu drugiej Kuby", szef CIA Allen Dulles odpowiedział: "Usunięcie Lumumby musi być naszym priorytetem"[29]. Do Konga wysłano pieniądze i broń dla lidera opozycji Josepha-Désiré Mobutu. Pucz się udał. Lumumba zginął w klasycznym mordzie politycznym (1961). Czym otworzył tableau kolejnych ofiar CIA: dyktatora Dominikany Rafaela Trujillo (1961), prezydenta Wietnamu Południowego Ngo Dinh Diema (1963) i szefa chilijskiej armii René Schneidera (1970). Za każdym razem wewnętrzne instrukcje CIA wyliczały zbrodnie tyrana, przypominały o niebezpieczeństwie zasady domina i powoływały się na akceptację prezydenta USA.
W tym miejscu wyłania się podstawowy dylemat, z którym wcześniej czy później muszą się skonfrontować wszyscy zamachowcy. Kiedy można wykonać na tyranie wyrok historii ze spokojnym sumieniem?
Przy usunięciu Castro Waszyngtonowi wystarczył powód polityczny - przejęcie władzy w Hawanie niezgodne z interesem USA. Tropikalna wyspa należała do strefy karaibskiej USA, grupy małych państewek zamykających Zatokę Meksykańską od południa i wschodu. "Uzyskanie kontroli nad instytucjami politycznymi jakiegokolwiek państwa amerykańskiego przez międzynarodowy ruch komunistyczny stanowiłoby zagrożenie suwerenności państw amerykańskich oraz pokoju dla USA", wyłożył rację stanu Waszyngtonu Allen Dulles[30]. Klasyczna reakcja USA na radykalizm w Ameryce Środkowej za prezydentury Eisenhowera (1952-1960) polegała na wysłaniu oddziałów marines do zagrożonego rejonu. Opcja niemożliwa na Kubie, choćby ze względu na reakcję opinii światowej. Castro cieszył się popularnością nie tylko w Ameryce Łacińskiej, lecz także w USA, gdzie liberałowie nawoływali do wyciągnięcia do niego ręki. Białemu Domowi pozostawała tajna operacja CIA.
Motywacja stricte polityczna zyskała sankcję moralną, gdy maszynka represji kubańskiego lidera uderzyła w rzeczywistych i wyimaginowanych przeciwników komunistycznego reżimu. "Niech falangistowskie klechy szykują się do pakowania walizek", to łagodna forma rozprawiania się Fidela z oponentami[31]. W późniejszych latach już nie przymusowa emigracja, tylko liczba rozstrzelanych (w latach 60. od 7 do 10 tys.) i osadzonych w więzieniach 30 tys. określała skalę represji na Kubie, dostarczając USA moralnego alibi.
Paradygmat nadrzędnej racji stanu USA analogicznie dotyczył Gwatemali, leżącej zarówno u bram USA, jak i blisko Kanału Panamskiego. CIA wszczęła alarm, gdy prezydent Jacobo Arbenz Guzmán zapowiedział reformę rolną, znoszącą niewolnictwo i pańszczyznę oraz parcelującą wśród chłopów ziemię (1952). Ustawa uderzała w największego potentata w kraju, amerykański koncern United Fruit, właściciela licznych plantacji i linii kolejowych. Firma korzystała z monopolu na rynku owoców tropikalnych, bezwzględnie wyzyskiwała gwatemalskich robotników i dużym łukiem obchodziła podatki. "Jeżeli United Fruit wywozi z Gwatemali 66 mln dolarów zysku rocznie w sytuacji, kiedy 75 proc. ludności kraju chodzi boso, to niech United Fruit płaci nam milion dolarów podatku, a my w ciągu dwóch lat damy buty wszystkim dzieciom na wsi", rozumował Guzmán[32]. W Waszyngtonie czerwone światło zapaliło się z jeszcze innego powodu. Bracia Dullesowie, John Foster, szef amerykańskiej dyplomacji w latach 1953-1959, był udziałowcem, a Allen, dyrektor CIA - członkiem rady nadzorczej bananowego potentata. W czerwcu 1954 roku USA rozpoczęły inwazję na kraj, a sumą 6 mln dolarów wsparły lidera buntu, zbiegłego przed kilkoma laty z gwatemalskiego więzienia płk. Carlosa Armasa. Wyposażyły go w samoloty i broń. Armas zakupił najemników: więźniów z Kolumbii, burdelowych barmanów z Tegucigalpy, handlarzy narkotyków z Portoryko i niewolników z Brazylii. Dla nich CIA zorganizowała szkolenie na wysepce Momotombito na jeziorze Managua. Jak kiedyś Benito Mussolini na Rzym, tak Armas, absolwent amerykańskiej General Staff School w Fort Leavenworth, ruszył z armią szumowin na stolicę kraju. Najemnicy nieśli krzyże z przybitą do niej pięścią i kościelne sztandary. Rozkazy otrzymywali od ambasadora USA Johna Peurifoya, który w dniu inwazji włożył mundur khaki i do pasa przypiął pistolet. "Nie chodzi o agresję, lecz o bunt Gwatemalczyków przeciwko Gwatemalczykom", oświadczył przedstawiciel USA w ONZ Henry Cabot Lodge[33]. W tym czasie ambasador Peurifoy przedłożył długą listę osób do natychmiastowego rozstrzelania i waląc pięścią w stół, wyjaśnił gwatemalskim oficerom, których naszły wątpliwości: "Walka z Armasem nie jest walką z Armasem, tylko z Departamentem Stanu. Armas zrobi to, co poleci mu Departament Stanu"[34]. Guzmán został obalony; Uszedł z życiem, tułał się po wielu krajach, by w końcu zginąć w niewyjaśnionych okolicznościach w Meksyku (1971). Na potrzeby moralnej legitymizacji puczu USA sfingowały przemyt radzieckiej broni do bananowej republiki przez obalonego prezydenta, puszczając w obieg kłamstwa. "To patrioci powstali w Gwatemali, rzucili wyzwanie rządowi komunistycznemu i obalili go", oświadczył w specjalnym wystąpieniu telewizyjnym po upadku Guzmána John Foster Dulles[35].
O wiele efektowniej USA stroiły się w szaty sprawiedliwego sędziego, żonglując argumentacją o winach krwawych dyktatorów naszych czasów. A co istotne, długo po tym, kiedy w latach 70. same ukręciły bicz na siebie w postaci pojęcia "opinii światowej". By zyskać jej akceptację i certyfikować mord polityczny, a nawet ustylizować go na nakaz moralny, przedstawiły Saddama Husajna w Iraku i Muammara Kadafiego w Libii jako dyktatorów winnych śmierci tysięcy ludzi i burzących światowy ład.
W ponury dzień 3 lutego 2003 roku sekretarz stanu USA Colin Powell uzasadniał na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ decyzję o interwencji militarnej w Iraku. Powołał się na informacje agenta z otoczenia Saddama Husajna. "Proszę zobaczyć to zdjęcie satelitarne", uprzejmie poprosił, "przedstawia magazyn broni w Taji. Jeden z 65 w Iraku. Wiemy, że jest w nim zmagazynowana broń chemiczna", zagrażająca całej ludzkości. Po czym gładko przeszedł do kolejnego zdjęcia: "Tu z kolei widać 15 bunkrów z amunicją, zaznaczonych na żółto i czerwono. Cztery czerwone są z aktywną bronią chemiczną"[36]. W 2011 roku rzeczony agent Rafid al-Janabi, pseudonim "Curverball", przyznał się "Guardianowi": "Miałem szansę wymyślić powód, który Husajna pozbawiłby władzy. Razem z synami jesteśmy z siebie dumni"[37]. Powell po latach zrobił rachunek sumienia. Swój osławiony speech określił "hańbą na honorze"[38].
Przy odstrzale Husajna i Kadafiego USA stąpały po śladach tych śmiałków, którzy skupieni wokół płk. Clausa von Stauffenberga próbowali w zamachu w Wilczym Szańcu pozbawić życia Hitlera (1944). Za co pacyfistyczna potomność w RFN okrzyknęła ich bohaterami.
Ale toposu zamachowca mordującego z najszlachetniejszych pobudek w naszym cywilizacyjnym kręgu nie wymyślono w XX wieku. Pierwowzór wywodzi się z postaci biblijnej Judyty. Ta piękna i pobożna wdowa "obmyła ciało w wodzie, namaściła cennym olejkiem, uczesała włosy na głowie, włożyła zawój i ubrała swój strój radosny, w który ubierała się w czasie, gdy żył jej mąż Manasses. Włożyła też sandały na nogi, ustroiła się w łańcuszki, bransolety, pierścienie, kolczyki i we wszystkie swoje ozdoby"[39], by w stylu dzisiejszej modelki Victoria's Secret wślizgnąć się do obozu oblegających jej miasto Asyryjczyków. Tam uwiodła ich wodza i podczas jednej z uczt odcięła mu głowę. Tak narodziła się idea mordu tyrana. A mit bohaterskiej Judyty zabijającej ze szlachetnego powodu wszedł do kanonu kultury ludzkości. W czym udział mieli giganci muzyki, z Mozartem i Vivaldim na czele, oraz geniusze pędzla: od Caravaggia i Botticellego, przez Cranacha i Rubensa, po Gustava Klimta. A kto w kaplicy Sykstyńskiej podniesie głowę, dostrzeże po dwóch przeciwległych stronach historię żydowskiej bohaterki. Widocznie Michał Anioł w Rzymie z nostalgią wracał pamięcią do florenckich czasów. Jako jedyne z państewek włoskich XV wieku Florencja mord tyrana uczciła własnym pomnikiem (1457). Rzeźbę Judyty Donatella, przytrzymującej głowę asyryjskiego wodza jedną ręką, z mieczem wzniesionym w drugiej, wystawiono przed ratuszem w tym samym celu, w jakim dziś nasze ulice zdobią reklamy kampanii społecznych.
Wraz z postępującą sekularyzacją w epoce oświecenia mit Judyty stracił swój pierwotny blask i został zastąpiony wzorem o mniejszym nasyceniu religijnym - mordem ateńskiego tyrana Hipparcha z ręki dwóch atletycznych młodzieńców Harmodiosa i Aristogejtona (514 p.n.e.). W antycznej Grecji "tyran" nie oznaczał nikczemnego władcy, lecz określał mężczyznę wysokiego rodu, który zwycięsko wyszedł z rozgrywki o władzę. Tak właśnie ojciec Hippiasza i Hipparcha Pizystrat położył na łopatki polityczną konkurencję. Po jego śmierci synowie objęli sukcesję. Ale po 14 latach ich rządów młodszy z braci, Hipparch, na oczach Ateńczyków padł ofiarą zamachu. Mord miał przywrócić obywatelom dawne swobody i wolności. Rodziny wzniosły pomnik z brązu ku czci bohaterskich zamachowców, gdyż ci zginęli; jeden zasztyletowany już podczas zamachu, drugi w czasie przesłuchania. Posąg gloryfikujący ich czyn skradli jednak podczas najazdu na Ateny odwieczni wrogowie z Persji. Nowy pomnik, dłuta Kritiosa i Nesiotesa, stanął w 477/476 roku p.n.e. na ateńskiej Agorze, rynku rynków antycznego świata. Wystawiona w starożytnym Rzymie jego kopia z zamachowcem z mieczem gotowym do zadania śmiertelnego ciosu przetrwała do naszych czasów, by przez stulecia niezmiennie wyrażać "symbolikę walki z nikczemnym tyranem w imię szlachetnej wolności"[40] i "niezłomność woli dokonania szlachetnego czynu, nie zaś jego rzeczywisty rezultat"[41].
Chrześcijaństwo w średniowieczu usankcjonowało prawo poddanych do usunięcia władcy naruszającego nie tylko boski porządek, ale też dobro samych poddanych (szlachty, nie ludu). Taki poddany wcielał się jedynie w wykonawcę woli Stwórcy. Co odrzucał Marcin Luter: "Bunt przeciw władzy karmi się samosądem i zemstą, a to się Bogu nie podoba"[42]. Ale od XVI wieku świeckie teorie państwowe sankcjonowały zabicie złego władcy. Nawet francuski prawnik Jean Bodin, który utorował drogę absolutystycznym rządom Króla Słońce Ludwika XIV, dopuścił odstępstwa od reguły: "Jeśli władca przemocą objął tron albo okazał się despotą". Jakkolwiek usunąć go mogli nie poddani, ale "inni władcy"[43]. Co zdemokratyzowały rewolucje angielska i francuska, skoro lud wysłał na szafot Karola I i Ludwika XVI. Praktyka, która w XIX wieku rozciągnęła się na republikańskich szefów państw.
Na prawdziwej scenie politycznej ideał rozmija się jednak z rzeczywistością. Zresztą rysy istniały na samym prawzorze. Mordując Hipparcha, zamachowcy nie uwolnili Aten od nikczemnej tyranii. Przeżył brat zabitego, Hippiasz, a przestraszony przykręcił tylko śrubę - zwiększył represje i poczucie lęku wśród Ateńczyków. Ponadto sama dwójka poskramiaczy ateńskich tyranów nie uosabia nieskazitelności czynu. Do mordu Aristogejtona zainspirowała nie chęć przywrócenia sprawiedliwości i ulżenia losu poddanym, tylko zazdrość o kochanka, którego tyran próbował mu odbić.
Także kolejne wielkie zabójstwo polityczne w dziejach ludzkości było efektem zimnej kalkulacji, choć pamięć ludzka oblekła je w polor sprawiedliwości. Filip Macedoński, ojciec wielkiego Aleksandra, zginął z ręki swojego kochanka (336 p.n.e.), ale historycy "podejrzewają" syna o inspirację i mają "twarde dowody" na przystąpienie do spisku jego matki, jednej z żon Filipa, Olimpias[44]. Odtrącona małżonka wkrótce zmusiła do samobójstwa swoją rywalkę, mordując jej dziecko i otwierając sukcesję synowi Aleksandrowi.
Bezrefleksyjne przyjęcie optyki zamachowca przesłania jego rzeczywiste motywacje. Odruch sumienia najczęściej nie odgrywa kluczowej roli, co najwyżej plasuje się na drugim planie. Ale swobodna żonglerka w ocenie krwawego usunięcia ofiary należy do standardów politycznego biznesu. Inspiratorzy mordu zaprzeczają zimnej rachubie, posiłkują się pojęciem sprawiedliwości i działaniem w imieniu ludzkości.
Todor Żiwkow do końca życia odżegnywał się od maczania palców w zamachu na Markowa, odsuwając od siebie ciężar winy. I kiedy jako emeryt pisał pamiętniki w areszcie domowym (skazany za korupcję i nadużycia władzy na siedem lat), nie omieszkał w nich wspomnieć, jak serdecznie żegnał się z Markowem, gdy ten wyjeżdżał na Zachód. Wyjątkowo kłamliwe, skoro na tych samych kartach Żiwkow wygarnął Gorbaczowowi, że "nikczemnie zdradził blok wschodni", a za "swój największy błąd" uznał, że "nie przeszkodził Gorbaczowowi w otwarciu ZSRR na Zachód"[45]. Socjalizm okazał się przedwczesnym porodem, opłakiwał go sentymentalnie Żiwkow, gdy jako 86-latek na swojej stronie internetowej opublikował 700-stronicowe memuary.
Ale niezmiennie na męczeński parnas wynoszeni są ci zamachowcy, którzy usuwając tyrana, nie wahają się w imię nadrzędnej idei przed przelaniem własnej krwi. Dotyczy to szczególnie tych, którym przyświecają motywy religijne lub ideologiczne. W naszych czasach są to islamscy terroryści. W latach zimnej wojny misyjnymi zamachowcami byli lewicowi terroryści Czerwonych Brygad w Italii i RAF w Niemczech zachodnich, ultraprawicowi członkowie szwadronów śmierci w Salwadorze, terroryści Hamasu i Organizacji Wyzwolenia Palestyny Jasira Arafata, mordercy premiera Icchaka Rabina w Izraelu i prezydenta Anwara as-Sadata w Egipcie. "Jestem bardzo dumna z tego, że mój syn zabił Anwara as-Sadata", powiedziała matka mordercy egipskiego prezydenta[46]. Z kolei w kręgach mafijnych na Sycylii zamordowanie włoskich księży katolickich, którzy w latach 90. odważyli się ojcom chrzestnym z cosa nostry zarzucić fałszywy katolicyzm, przysporzyło splendoru i uznania wśród kolegów po fachu.
Klasyczny mord na tyranie motywowany uwolnieniem poddanych od represji wyszedł jednak z mody. W naszych czasach dyktatora stawia się raczej pod sąd, nie pod ścianę. Dyktatury są bowiem tak urządzone, że zbrodniczego systemu nie zmienia usunięcie przywódcy, opustoszałe po nim miejsce zajmuje następca. Akt dawnej romantycznej sprawiedliwości w formie zabicia tyrana dopadł ostatnio tylko rządców: Rumunii - małżeństwo Nicolae i Eleny Ceau?escu (1989), Panamy - Manuela Noriegę (1989), Serbii - Slobodana Miloševicia (2001), Iraku - Saddama Husajna (2003) i Libii - Muammara Kadafiego oraz Osamę bin Ladena (2011). Stąd dziwi nieco, że gatunek wszedł do popkultury. W sentymentalnym filmie "Król lew", najbardziej kasowej produkcji Disneya, Simba, syn króla i prawowity sukcesor, strąca z tronu tyrana Skazę. Skaza ma na sumieniu zabicie ojca Simby i musi umrzeć, zamiast szukać azylu na pustyni lub trafić przed sąd.
Jakie miejsce w dziejach przypadnie zamachowi, zależy od tego, kto dysponuje prawem do wydawania oceny w imieniu historii. "Zwycięzcy piszą historię", wyrokował nie bez racji Karl Popper[47]. Wystarczy przypomnieć, jak radykalnej zmianie uległ osąd "żołnierzy wyklętych". Dziś czci się ich jako narodowych bohaterów. W latach stalinowskich rządcy PRL piętnowali partyzantów narodowego podziemia jako bandytów, gdyż ci z bronią w ręku opierali się sowietyzacji Polski. "Panie ministrze, możemy się spotykać pod jednym warunkiem - kiedy pan będzie wisiał na sośnie, to ja pod nią przyjdę", odpisał jeden z leśnych żołnierzy, mjr "Łupaszka", ministrowi bezpieczeństwa publicznego na list, w którym ten nakłaniał go do rozwiązania oddziałów. Konfrontację zakończyło aresztowanie i wytoczenie "Łupaszce" procesu pokazowego przez komunistyczny reżim. "Naszej audycji słuchają mieszkańcy miast i wsi", relacjonował na antenie Polskiego Radia Andrzej Rokita, sprawozdawca sądowego procesu "Łupaszki" (1950). "Znają oni dobrze krwawego zbira i bandytę, mordującego i grabiącego bezlitośnie, bandytę Łupaszkę-Szendzielarza. Strumienie krwi i łez, dziesiątki zamordowanych żołnierzy Wojska Polskiego, Armii Czerwonej, działaczy ludowych, robotników i chłopów małorolnych krwawymi śladami znaczą szlaki, którymi wędrowały zwyrodniałe bandy Łupaszki, Minkiewicza, Młota i im podobnych"[48]. Przy takiej wykładni rządzących sąd oskarżonego skazał na karę śmierci. Wyrok wykonano w kazamatach więzienia mokotowskiego strzałem w tył głowy. Ale w III RP sejm uznał mjr. "Łupaszkę" za symbol walki "żołnierzy wyklętych" (2006). Prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie uhonorował go Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski (2007). "To jakby naplucie w twarz Litwinom, dla których był on rzeźnikiem, ludobójcą", skomentował Vytautas Landsbergis, pierwszy prezydent niekomunistycznej Litwy[49]. W kraju naszego sąsiada niezmiennie traktuje się "Łupaszkę" jak zbrodniarza, winiąc go za mord na 67 litewskich cywilach. W czerwcu 1944 roku jego podkomendni "otoczyli dom i wyłamywali drzwi". "Znalazłszy śpiącą rodzinę strażnika Rinkewiciusa, zastrzelili mężczyzn, potem puścili serię do kobiety z dzieckiem w wieku dwóch lat. Kule zniosły kobiecie połowę głowy, potem ją i dziecko ze złością kłuli bagnetami", opisał zbrodnię w miasteczku Dubinki jej świadek Stasys Lisauskas[50]. Odmienny osąd historii bierze się stąd, że dziś polska i litewska kultura pamięci znajdują się w tym samym klinczu, w jakim po 1944 roku tkwiły obydwa narody.
Najsłynniejszy mord polityczny w dziejach. 44 lata p.n.e. 23 ciosy nożem pozbawiają życia Juliusza Cezara. Śmierć z ręki senatorów miała ochronić republikę rzymską przed rosnącym w siłę autokratą. Staje się odwrotnie. Następca Cezara daje początek jedynowładztwu. Inaczej niż na obrazie spiskowcy nie triumfowali, tylko wymykali się z sali senatu bez pomysłu, jak dalej rządzić bez Juliusza Cezara.
Ocena mordu politycznego wydana z perspektywy historii daje się zamknąć w powyższym przysłowiu. Nawet jeśli kula dosięgnie celu, nie zmienia sytuacji w sposób oczekiwany, a często uruchamia ciąg zdarzeń trudny do przewidzenia nawet przez najlepszych planistów zamachu. Przykładu dostarcza mord wszech czasów sprzed 2 tys. lat - Juliusza Cezara (44 p.n.e.). Nóż wbity w pierś Cezara przez Brutusa i Kasjusza - de facto dosięgły go 23 ciosy rzymskich senatorów - miał zapobiec rodzącej się dyktaturze. Słowo, na którego dźwięk senatorowie republiki rzymskiej dostawali drgawek. Bynajmniej nie z powodu naruszenia republikańskich zasad. Jedynowładztwo położyłoby kres ich kolektywnym rządom.
Na dyktatorskie zapędy Cezara historycy przez wieki zgromadzili solidne argumenty. Dzięki triumfom odnoszonym na wszystkich arenach wojennych, od Galii i Brytanii, po Hiszpanię i Egipt, syn zubożałego rodu kolekcjonował tytuły, godności i urzędy. Dożywotnie imperator (głównodowodzący armią), konsul na dziesięć lat, pater patriae (ojciec ojczyzny). Jego posągi wznoszono w Rzymie i na prowincji. Monety z jego obliczem, charakterystycznymi wydatnym nosem, zmarszczkami na czole i zapadłymi policzkami, bito w całym imperium, choć przedtem uwieczniano na nich wyłącznie zmarłe osobistości[51]. W świątyni bogini Wenus zaczęto oddawać boską cześć rodzinie, z której pochodził. Jemu samemu postanowiono zbudować świątynię z corocznym świętem ku jego czci. Jak najważniejszym bogom państwowym także jemu przydzielono osobistego kapłana. Do kalendarza państwowych uroczystości wpisano rocznice jego najważniejszych zwycięstw, a co pięć lat święto Cezara Herosa. Jego osobę uznano za nietykalną. "Złożono przysięgę, iż wszyscy będą czuwać nad jego życiem, a ci, którzy w razie niebezpieczeństwa nie pośpieszą mu natychmiast z pomocą, będą oddani mocom piekielnym bóstw"[52]. I skoro w czwartym małżeństwie z Kalpurnią nie doczekał się Cezar dziecka, a nagrodził go nim romans z egipską królową Kleopatrą, przygotowywał legalizację pozamałżeńskiego związku. Upoważnił w tym celu trybuna Helwiusza Cynnę, by sformułował ustawę, która by mu pozwoliła "poślubić tyle kobiet, ile było trzeba, aby mieć dzieci"[53]. Na razie żył w klasycznym trójkącie, sprowadzając kapryśną Kleopatrę pod dach małżeńskiego domu. "Arogancki szaleniec", określił go Cycero[54].
To nieprawda, Cezar nie cierpiał na przerost ambicji, nie przejawiał pędu do władzy, kontrują nowe pokolenia historyków[55]. I argumentują: Cezar nie przyjął tytułu, a na głowę nie założył diademu królewskiego. Krótko przed zamachem, kiedy tłum witał go frenetycznymi okrzykami "Vivat rex!", powściągnął konia i odkrzyknął: "Jestem cezarem, nie królem!". Krzykaczy kazał aresztować. A gdy udekorowano jego złoty posąg królewskim wawrzynem z białymi wstążkami, ozdobę nakazał usunąć. Możliwe, że w Rzymie, gnieździe intryg, obydwie prowokacje zaaranżowali jego oponenci. A szczwany lis zwietrzył pułapki. Możliwe też, że puszczał balony próbne, by przetestować nastroje mas. Czy Cezar był gotów dusić się nadal pod ciężarem republikańskich tytułów i nie wprowadziłby monarchii? Nie to jest w tym kontekście istotne. Przesądzające jest, że spisek zawiązał się po to, by usunąć "tyrana". Skoro nie dało się wskazać palcem na tytuł królewski i diadem na jego głowie, spiskowcy nie mogli liczyć na pożądany rezonans formułowanych przez siebie oskarżeń wśród mas. Pozostawało załatwić sprawę sztyletem.
Ale czy w ogóle można w tym przypadku mówić o mordzie politycznym? Tę fundamentalną wątpliwość sformułował zupełnie poważnie włoski śledczy Luciano Garofano. Zamknięte akta sprawy Cezara otworzył na nowo po 2 tys. lat. Ku zaskoczeniu wszystkich, ponieważ za pewnik uchodziło, iż wielki wódź padł ofiarą mordu tysiąclecia. Tymczasem Garofano z pomocą historyków, patologów i kryminologów, przy użyciu najnowszych technik podjął własne śledztwo. Zaintrygowało go, dlaczego genialny strateg, który nie przegrał żadnej bitwy, jak dziecko wszedł w pułapkę spiskowców, zignorował ostrzeżenia, a w dniu mordu zrezygnował z ochrony. Konkluzja śledczego z Parmy: Cezar cierpiał na "dysfunkcję płata skroniowego, przyczynę padaczki, a w chwilach nadmiernego stresu na zaniki świadomości"[56]. Epilepsja objawiała się zakłóceniami pracy zwieracza oraz nietrzymaniem moczu. Upokarzające i frustrujące dla silnie narcystycznej osobowości. Wizja postępującego uwiądu sił u 55-latka pchnęła go do zainscenizowanego mordu, de facto samobójstwa. Dzięki czemu zapewnił sobie godne odejście do wieczności, a swojemu imieniu nieśmiertelność.
Rewelacje Garofano wpisują się w modę na wyciąganie z grobu sławnych trupów przez pseudohistoryków i uśmiercanie ich na nowo, w inny sposób. Jak Napoleona na Wyspie św. Heleny. Zdetronizowany cesarz miałby połknąć o wiele więcej podsuwanego przez Anglików arsenu, niż ci byliby w stanie dostarczyć. A skoro Cezar obawiał się uwiądu sił, mógł przecież abdykować w zenicie władzy i fizycznej kondycji. Albo zamiast jękliwie westchnąć: "I ty, Brutusie?", przejść do wieczności przynajmniej z mocnymi słowami na ustach: "Umieram, by Rzym dalej mógł istnieć". Tymczasem zamordowanie Cezara otworzyło drzwi władzy przypadkowemu następcy, Oktawianowi Augustowi, który monarchicznym rządom twardej ręki zapewnił świetlaną przyszłość na najbliższych 0,5 tys. lat. Bo mord na Cezarze zakotwiczony był w strukturach rzymskiego imperium, niedostrzegalnych dla Brutusa, Kasjusza i innych spiskowców.
Nieprzewidywalność konsekwencji mordu politycznego przez jego sprawców jest charakterystyczną cechą samego zjawiska. To, co nastąpi po usunięciu ofiary, zależy od wielu zmiennych. Stąd w galerii postaci za Brutusem i Kasjuszem kroczy korowód współczesnych zamachowców. Wśród nich nieszczęsny gen. Powell. Jego speech w ONZ stał się uwerturą wojny w Iraku i wysłania Saddama Husajna w zaświaty. Paradoksalnie, kiedy amerykańscy żołnierze znaleźli dyktatora ukrytego w ziemiance, miał przy sobie egzemplarz Zbrodni i kary Dostojewskiego. Eliminacja Saddama nie uruchomiła jednak pożądanej demokratyzacji Iraku, lecz ściągnęła na kraj wojnę domową. A ta podpaliła beczkę z prochem na Środkowym Wschodzie. Wymarzone podglebie pod Państwo Islamskie. USA uwikłały się w kosztowne operacje militarne, z ofiarami w ludziach, co podmyło ich międzynarodową wiarygodność.
Podobnie jak uciszenie mordem Markowa w Londynie nie zapobiegło katastrofie reżimu twardogłowego Żiwkowa. Choć naczelny komunista kraju dwoił się i troił, by ratować system, a zarazem własną skórę. Zamilkł Markow, ale publikacja w kraju dwóch książek otworzyła śluzy dla fali krytyki, jaka wylała się na Żiwkowa. Pierwsza publikacja, autorstwa filozofa Żelu Żelewa (1982), późniejszego bułgarskiego prezydenta, analizowała totalitarne państwo faszystowskie, ale w bezpośrednim porównaniu z socjalistycznym[57]. Druga, powieść Błagi Dimitrowej, późniejszej wiceprezydent kraju, konfrontowała ideały antyfaszystowskiej walki z socjalistyczną rzeczywistością[58]. To wystarczyło, by ośmieleni intelektualiści otworzyli usta. Prowadzone od tej pory w akademickich kręgach dyskusje wychodziły poza elitarny krąg i zachęcały społeczeństwo do zakładania niezależnych od władzy obywatelskich organizacji. Niepolitycznych, najczęściej ekologicznych. Wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu (1986) i obecność nad Bułgarią radioaktywnych obłoków znad Ukrainy stały się katalizatorem oporu wobec reżimu. Dla coraz bardziej krytycznych rządzonych protest przeciwko niszczeniu środowiska urósł do rangi oporu politycznego. Ten przybrał na sile, kiedy w miejscowości Russe, stale zanieczyszczanej chlorem przez pobliską firmę chemiczną zza rumuńskiej granicy, powstała pierwsza z prawdziwego zdarzenia organizacja opozycyjna. Na głuchej prowincji. Ale na jej czele stanęły popularne osobistości spoza partyjnej nomenklatury. Audiencja udzielona przez prezydenta François Mitterranda bułgarskim intelektualistom podczas jego wizyty w Sofii, kiedy zaprosił ich na śniadanie do ambasady, urosła do epickiego momentu dla opozycji: uznania jej na arenie międzynarodowej (1989). Stąd było już blisko do momentu, gdy posypał się w Bułgarii domek z czerwonych kart. Pucz partyjnych towarzyszy podczas Jesieni Ludów wysadził Żiwkowa z siodła. Choć na tyle miękko, że partyjny emeryt po 35 latach decydowania o losach kraju stwierdził, że przebywa w "luksusowym areszcie"[59]. Od śmierci Markowa minęło zaledwie 12 lat.
Odwrotnie też do zamierzeń zamachowców z szeregów Czerwonych Brygad czy RAF ich akty terroru nie przeorały Italii i RFN w dekadzie lat 70. i nie zamieniły tych państw w teatr rewolucji. Po zamordowaniu w Italii byłego premiera Alda Moro wbrew rachubom Czerwonych Brygad zwaśnione do tej pory ugrupowania polityczne podały sobie nad jego trumną ręce w geście pojednania. Tkwiąca w kryzysie chadecja na kilka lat odzyskała społeczne zaufanie.
Podobny efekt przyniosła kula z pistoletu Jamesa Earla Raya. Na balkonie Lorraine Motelu w Memphis zakończyła życie Martina Luthera Kinga, ale zamiast zdusić ruch antyrasistowski w USA, tylko przyśpieszyła jego konsolidację i radykalizację. W czasach, kiedy w amerykańskich miastach obowiązywała segregacja rasowa, do czarnoskórych kobiet zwracano się po imieniu, a do czarnoskórych mężczyzn per "boy", protesty po śmierci pastora stały się bardziej radykalne. "Musimy pomścić Kinga. Ale nie w sądzie, tylko na ulicy!", wołał Stokely Carmichael, guru ruchu Czarnych Panter[60]. Narodziła się Black Power (czarna siła). Kilka dni po śmierci Kinga, 8 kwietnia 1968 roku, wdowa Coretta Scott King poprowadziła zaplanowany przez męża marsz biednych ludzi. 35-tysięczny tłum przemaszerował przez Memphis. Jeszcze w tym samym roku Kongres uchwalił Fair Housing Act, który równouprawniał ludność afroamerykańską przy zakupie mieszkań własnościowych i płaceniu czynszu. Czego nie udało się Kingowi przez lata mrówczej pracy, tego dokonał jego morderca: zdemaskował ideologię rasową jako anachronizm. Otworzył przed Afroamerykanami bramy równouprawnienia. Ba, śmierć Kinga ośmieliła do protestu wszystkie deprecjonowane grupy: kobiety, Indian, pracowników sezonowych, Chicanos. Utorowała drogę na szczyty Barackowi Obamie, Condoleezzie Rice i Colinowi Powellowi. O czym Ray nie pomyślał.
Prawdopodobnie King by w ogóle nie zaistniał, gdyby nie trzy kule, które o świcie 30 stycznia 1948 roku zakończyły życie Mahatmy Gandhiego. Człowieka, który tolerancję religijną wyniósł do rangi doktryny państwowej. Jeszcze kilka dni przed śmiercią 78-latek odbywał głodówkę, by zaprotestować przeciw rozrywającemu indyjski subkontynent konfliktowi między hindusami i muzułmanami. Kule wystrzelił hinduski nacjonalista, zajadły wróg pokojowego protestu. Ale te kule zapewniły Gandhiemu nieśmiertelność, uczyniły męczennikiem jedności narodowej, a światu dały do ręki nowe narzędzie politycznego oporu. Korzystano z niego nie tylko podczas konfliktów rasowych w USA, lecz także podczas pokojowej rewolucji w Europie Środkowej (1989), w Serbii (2000) i na Ukrainie (2004). Wbrew intencjom zamachowca, który nie przypuszczał również, że śmierć Gandhiego ugruntuje w dalekosiężnej perspektywie demokrację indyjską.
Egzekucje mafii sycylijskiej na księżach katolickich nie przestraszyły włoskiego duchowieństwa i nie zniechęciły do zerwania długoletniego aliansu Kościoła z ojcami chrzestnymi cosa nostry. Podobnie jak otarcie się o śmierć Jana Pawła II nie powstrzymało go od kontynuowania antykomunistycznej krucjaty, co przyświecało moskiewskim zleceniodawcom mordercy. Ba, w niecałą dekadę później bolszewizm był trupem.
Zamach, którego skutki najbardziej wymknęły się kalkulacji zabójcy, zdarzył się 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie. Zastrzelenie arcyksięcia Ferdynanda Habsburga przez bośniackiego Serba otworzyło puszkę Pandory. I wojna światowa pogrzebała znany świat. Zginęły miliony, upadły dynastie, zostały przeorane całe społeczeństwa. W niebyt odeszła la belle epoque. Towarzysząca wojnie emancypacja dała kobietom miejsca pracy, skróciła przy okazji (pierwszy raz w dziejach) ich spódnice i włosy. W miastach pojawił się typ chłopczycy z papierosem w ustach. Nowa epoka większym szacunkiem darzyła mężczyzn, którzy nie wrócili z wojny. Im wznoszono w Europie pomniki. Ci, którzy wrócili z okopów, najczęściej z traumą wojenną, zapełniali gabinety psychiatryczne, co spopularyzowało psychoanalizę Zygmunta Freuda. Po miastach szwendały się też masy kuśtykających inwalidów. Widok, który podcinał topos silnego mężczyzny. Nic dziwnego, że ulegali oni apoteozie siły. Nowy jej kult wyrażał się atencją dla zapasów i boksu, popularnych dyscyplin sportowych. W polityce wszechobecna kultura przemocy utorowała drogę dwóm wielkim gangsterom, Hitlerowi i Stalinowi. O tych konsekwencjach nie pomyślał bośniacki zamachowiec.
Na naszych oczach ze swoimi celami rozminął się pierwszy od stuleci sprawca mordu politycznego w Holandii. 6 maja 2002 roku fanatyczny wegetarianin Volkert van der Graaf zabił na parkingu holenderskiego radia charyzmatycznego antyislamistę Pima Fortuyna, lidera partii Lista Pima Fortuyna (LPF). "W obronie holenderskich muzułmanów"[61]. Zamach wydarzył się na kilka dni przed wyborami do parlamentu. Zabójstwo zaowocowało wielkim sukcesem LPF w wyborach i jej wejściem do koalicji rządzącej, choć rząd po 87 dniach się rozpadł. W nowych wyborach LPF nie powtórzyła sukcesu. Co z perspektywy czasu i Realpolitik mord Pima Fortuyna czynił zbytecznym.
Podczas defilady wojskowej 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie następca tronu Habsburgów arcyksiążę Ferdynand ginie z rąk serbskiego nacjonalisty. Zbyt młody na karę śmierci 19-latek Gavrilo Princip zostaje skazany na 20 lat więzienia. Nim po pierwszych czterech umrze na gruźlicę w twierdzy w Terezínie, śledzi, jak jego czyn uruchomił procesy prowadzące do największej katastrofy Europy - I wojny światowej.
Z chwilą, gdy ofiara mordu politycznego leży już martwa, górę biorą nieprzewidywalne wcześniej okoliczności. W ten sposób kula rewolweru zamachowca bardziej przypomina kulę bilardową, której tor można obliczyć tylko w przybliżeniu. Może dlatego na dziedzińcu dzisiejszego ministerstwa obrony RFN w Berlinie, gdzie stracono spiskowców zamachu na Hitlera z płk. von Stauffenbergiem, stoi zastygły w brązie niecodzienny pomnik całkiem nagiego spętanego spiskowca. Ukryta symbolika zdaje się wzorem plastyki Kritiosa i Nesiotesa sugerować: liczy się tylko "odruch sumienia, kierujący ręką zamachowca". Nawet jeśli jego "czyn chybił celu"[62].
Oczywiście, zdarzają się zabójstwa polityczne, które osiągają swój cel. Zamach na izraelskiego premiera Icchaka Rabina (1995) zgodnie z intencją zamachowca przerwał proces pokojowy na Bliskim Wschodzie. Rabin, dawny jastrząb, pomimo sprzeciwu konserwatystów wyciągnął rękę do palestyńskiego przywódcy Jasira Arafata. Przez nieprzejednanych ekstremistów został okrzyknięty zdrajcą. Druga, palestyńska strona wywołała intifadę, która cały rejon pogrążyła w otchłani (2000).
Jeśli jednak znaczna część zamachów kończy się eliminacją ofiary, ale nie osiąga swojego politycznego celu, to gdzie inspiracji szukają kolejni zamachowcy? Kim jest ten, który z narażeniem własnego życia pozbawia życia bardziej prominentnych od siebie?
Mit Judyty, podobnie jak Harmodiosa i Aristogejtona oraz Brutusa, przez wieki pobudzał fantazję i tkał wizerunek zamachowca-bohatera, który sprzeciwia się reżimowi. Lukę w dociekaniach naukowych wypełniała legenda. Pionierskie badania nad mordem politycznym kluczową rolę przypisywały osobowości zamachowca. Wyliczano jej konstytutywne elementy: "nadwrażliwość na krytykę", podatność na "sugestie", przy jednoczesnej "silnej woli", "fanatyzmie" i "niskiej inteligencji"[63]. Nowsze analizy przestrzegają jednak przed konstruowaniem "osobowościowego archetypu zamachowca, podatnego na perswazję i skłonnego do użycia przemocy"[64]. Dlatego współczesne typologie wyróżniają wśród zamachowców: szaleńców, idealistów, religijnych fanatyków, płatnych morderców czy politycznych terrorystów[65]. Wspólnym mianownikiem dla nich są częste porażki życiowe, od doświadczenia przemocy w domu rodzinnym, po brak pracy i zdrowych kontaktów społecznych. Obniżają one ich i tak już niskie poczucie wartości. Marzą więc, by stanąć w blasku fleszy i poczuć się ważnymi. Podchwytują wibrujące w politycznej przestrzeni idee, przejmują je na własność i z fanatyzmem wyznają.
W ponurej galerii frustratów maszerują szaleńcy i kryminaliści. Zabójca cesarzowej Elżbiety Habsburg Luigi Lucheni, oddany do sierocińca przez matkę, później bezrobotny, jako motyw mordu powtarzał przed sądem jedno zdanie: "Tylko ten, kto pracuje, ma prawo jeść!"[66]. Cesarzową znał z gazet. Mord miał mu zapewnić sławę. Pierwotnie zamierzał zasztyletować włoskiego króla Umberta, jednak nie miał pieniędzy na podróż do Rzymu. W Genewie kupił pilnik i zaczaił się na francuskiego delfina. Kiedy książę Orleanu się nie pojawił, przerzucił się na inną koronowaną głowę, która zatrzymała się w mieście. Lee Harvey Oswald, nim strzelił do prezydenta J.F. Kennedy'ego, dusił się w depresji po nieudanym pobycie w ZSRR i nieszczęśliwym małżeństwie, był karany za użycie broni i wszczęcie bójki. Morderca senatora Roberta Kennedy'ego Sirhan Sirhan nigdy nie pogodził się z tym, że przy wzroście 163 cm i wadze 52 kg ze stajennego nie został dżokejem. Zabójca Martina Luthera Kinga James Earl Ray od młodości kradł, próbując wyrwać się z proletariackiej nędzy. Lynette Alice Fromme, która strzelała do prezydenta USA Gerarda Forda, z trudem ukończyła szkołę, została wyrzucona przez ojca z domu, a spełnienie znalazła w sekcie Charlesa Mansona. Religijny oszołom kilku swoich wyznawców zaszlachtował i pozostałym podał na talerzu. John Hinckley, który oddał strzały do Ronalda Reagana, cierpiał na schizofrenię, pisał listy miłosne do Jodie Foster, a swoim czynem zamierzał podbić jej serce. Mehmet Ali A?ca, który strzelił do Jana Pawła II, był sądzony wcześniej za morderstwo i przynależność do gangu. Egzekutor holenderskiego reżysera Theo van Gogha, marokańsko-holenderski salafita Mohammed Bouyeri, uciekł ze szkoły, ale nie przed traumą po śmierci matki. Pustkę po niej oraz własny narcyzm wypełnił religijnym fanatyzmem. Zabójca prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, recydywista bez zawodu Stefan W., ma silnie zaburzoną osobowość. Uwzględnił jednak medialny wymiar czynu; przez niemal minutę po zdarzeniu tańczył na scenie z rękami wyciągniętymi w geście triumfu. By zapewnić sobie miejsce na kartach historii.
Pęd do odejścia w chwale - ryzyko własnej śmierci wkalkulowane w polityczny mord - wydaje się u zamachowca oczywisty. Fascynacja przemocą ogarnia osobowości labilne. A pistolet czyni je panami życia i śmierci innych. "Przemoc jest czarodziejskim trunkiem słabych. W alchemii tego zderzenia zamachowcy dopatrują się zamiany trywialnego życia w szlachetny heroizm", konstatuje dwóch amerykańskich socjologów, Richard Neuhaus i Peter L. Berger[67].
Ale nawet taka analiza osobowości zamachowca spotyka się z krytyką. Niemiecki kryminolog Wolf Middendorff, który w latach 70. komentował zamachy RAF i interesował się rosyjskimi narodnikami, dybiącymi na życie cara Aleksandra II (1855-1881), konkludował, że osobowość zamachowca wymyka się poznaniu. "Nie przedstawia on wielkości matematycznej i nie można na podstawie wiedzy o nim wyprowadzić żadnych średnich statystycznych". Argumentował: "Liczba jednostek jest zbyt nikła, a informacje o nich zbyt skromne"[68]. Faktycznie, zamachowcy giną na miejscu, popełniają samobójstwa lub odmawiają współpracy z kryminologami. Historycy zagadnienia wskazywali, że rosyjscy narodnicy, którzy wzięli na cel "głowę smoka, koronowanego cara" i po wielu próbach zabili wreszcie Aleksandra II, mieli tylko jedną cechą wspólną - "pociągał ich magnetyzm przemocy, napędzając niepowstrzymanie do czynu"[69].
W ten magnetyzm wgłębiał się już nie historyk, tylko pisarz Albert Camus w Człowieku zbuntowanym. Historycy natomiast uważają, że do "propagandy czynu" i fizycznych ataków na czołowe postaci w carskim aparacie władzy narodników pchnęły nie ich indywidualne predyspozycje, lecz wizja "dezorganizacji reżimu", który poczuje się zmuszony do "wysłuchania apeli o polityczne reformy"[70]. Konstruowanie osobowości modelowego zamachowca, upatrywanie motywacji jego działania w fanatyzmie lub szaleństwie jest bezowocne i "w większym stopniu mówi o wyparciu ze społeczeństwa rzeczywistego fenomenu zamachowca niż o nim samym", podpowiadają socjologowie[71].
Jeśli sama osoba zamachowca nie odsłania w pełni mechanizmu politycznego mordu, to należy powiązać zamachowca ze strukturą społeczną, z której się on wywodzi. Czyli trzeba uwzględnić to, na jakim podglebiu zabójstwa polityczne wyrastają najczęściej. Sprzyjają im: monarchia, dyktatura i systemy cechujące się silną polaryzacją polityczną, etniczną czy socjalną. Nasilają się w społeczeństwach w fazach przełomów, kryzysów, rewolucji. Współistnienie wszystkich tych czynników zwielokrotnia prawdopodobieństwo mordu politycznego. W okresie między I a II wojną światową mapa jego występowania obejmowała państwa Europy autorytarnie rządzone, ze sporym ładunkiem napięć społecznych. Nie tylko w Republice Weimarskiej (1918-1933) czy w bolszewickiej Rosji, lecz także we Francji i w II RP, gdzie ofiarami mordów politycznych padli prezydent Gabriel Narutowicz i minister Bronisław Pieracki. W latach zimnej wojny mordy polityczne były charakterystyczne dla krajów Trzeciego Świata. Najrzadziej występowały w bloku radzieckim. Jeśli zdarzały się w państwach zachodniej demokracji, to podczas kryzysów politycznych lub okresów silnych napięć społecznych. Ich widownią stały się nawet wyjątkowo stabilne społecznie państwa skandynawskie. Szwecją wstrząsnęły zabójstwa Olofa Palmego (1986) i Anne Lindh (2003), Norwegią - masakra na wyspie Ut?ya, dokonana przez Andersa Breivika (2011). Choć przykład skandynawski stanowi raczej wyjątek od reguły. Na zamachy narażone są systemy z silną rolą jednostki, gdy usunięcie lidera ma znaczenie symboliczne, oraz te, w których mniejszości czują się przekonane, że swoje interesy mogą przeforsować jedynie przy użyciu przemocy.
Mord polityczny jest prawie zawsze aktem asymetrycznym. Anonimowy zamachowiec celuje w osobę publiczną, reprezentującą władzę. W tym sensie zamach jest dzieckiem rewolucji. Eksploduje w nim gniew tych, którzy czują się bezsilni. Jak w zamachu na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, ugodzonego kilkukrotnie nożem w samym sercu miasta podczas publicznego wystąpienia. W styczniu 2019 roku zszokowani Polacy pytali się, czy doszło do mordu politycznego. Jak najbardziej. Zginęła osoba "związana z polityką jako służbą". I to w chwili, gdy była na posterunku. Możliwe że sprawca-kryminalista swojego czynu nie pojmował w interesie konkretnej partii politycznej czy grupy osób. Ale mord zaplanował z żelazną logiką. Dał upust politycznemu afektowi, wykrzykując pogróżki pod adresem konkretnej politycznej formacji. Na jeszcze jeden element mordu politycznego w Gdańsku zwrócił uwagę politolog Paweł Kowal: "Skutkiem tego strasznego teatru śmierci miał być strach i trauma nas wszystkich"[72]. W końcu również "publiczne oświadczenie zamachowca, zdradzające jego motywację" oraz "atak na konkretny" cel sytuują zabójstwo Pawła Adamowicza jako mord polityczny[73].
Asymetria, personalizacja, symbolika, rewolucyjny nastrój i silna polaryzacja społeczeństwa w zglobalizowanym świecie ostatnich dwóch dekad znalazły ujście w postaci zamachów z 11 września 2001 roku oraz w kolejnych wywoływanych w Europie i USA przez terrorystów islamskich. Z rąk Al-Kaidy czy ISIS giną nie jednostki symbolizujące władzę, lecz przypadkowe ofiary, a w szerszym wymiarze celem jest ugodzenie w duże społeczności. W tych dwóch aspektach akt terrorystyczny różni się od mordu politycznego. Zbliża się do niego jednak w innych - motywacja zamachowca wykazuje zabarwienie czysto polityczne, a skutki jego czynu zmieniają układ na politycznej scenie.
Co ilustrują przedstawione w kolejnych rozdziałach przypadki. Przynależą one do lat zimnej wojny i podlegają jej logice. Wydarzały się bowiem tam, gdzie w zakamuflowanej batalii krzyżowały się interesy USA i ZSRR.
Wykraczające poza ramy czasowe lat 1945-1989 zabójstwa polityczne reżimu Władimira Putina też odnoszą się do zimnowojennej osi, skoro dzisiejsza Rosja stanowi eklektyczny zlepek imperium carów i supermocarstwa bolszewików. Podobnie z zimnowojennego podłoża konfliktu izraelsko-palestyńskiego wyrasta mord na premierze Rabinie. Ucieleśnia typowe zabójstwo tyrana, podjęte z religijnej inspiracji.
Redakcja: Jolanta Zarembina
Korekta: Diana Salmanowicz
Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska
Fotoedycja: Agnieszka Żelazko
Ilustracja na okładce: CSA Images/Getty Images
Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania paierowego publikacj): Alamy/BE&W (s. 174), AFP/East News (s. 376), AP/East News (s. 64, 104, 248), Richard Baker/In Pictures/Getty Images (s. 432), Bianchetti/Leemage/domena publiczna (s. 41), Ted Blackbrow/Daily Mail/Rex Features/East News (s. 206), DPA/ZUMAPRESS/BE&W (s. 83), EPA/AVI OHAYON-ISRAELI GOVERNMENT PR/PAP (s. 379), EPA/PAP (s. 119), EQUIPO MAIZ/AFP/East News (s. 146), Jockel Finck/AP/East News (s. 297), Henschel/ullstein bild/Getty Images (s. 55), Francois LOCHON/Gamma-Rapho/Getty Images (s. 211), Marka/Universal Images Group/Getty Images (s. 327), Roma/IPA PRESS/SIPA/EAST NEWS (s. 367), David Rubinger/CORBIS/Getty Images (s. 424), Roland Scheidemann/DPA/PAP (s. 100), Nikita Shvetsov/Anadolu Agency/Getty Images (s. 495), Roger Tillberg/Alamy/BE&W (s. 271), U.S. National Archives and Records Administration/Biblioteka Geralda R. Forda/domena publiczna (s. 312), Walters Art Museum Baltimore/domena publiczna (s. 32), Natasja Weitsz/Getty Images (s. 449), Mark Wilson/Getty Images (s. 9)
Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa
Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowka, ProDesGraf
Indeks: Agnieszka Szmatoła/Słowne Babki
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Copyright ? Agora SA, 2021
Copyright ? Arkadiusz Stempin, 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2021
ISBN: 978-83-268-3845-3
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej