Wieki światła - Ian R. MacLeod

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cały czas mam ją przed oczyma. W naj­uboż­szych dziel­ni­cach Lon­dynu. Pod nowymi, żela­znymi mostami, po któ­rych mkną tram­waje, a niżej, tam gdzie Tamiza prze­cze­suje pal­cami błoto, płyną promy. Widzę ją tam, gdzie koń­czą się nawet naj­bar­dziej obskurne rudery Easter­lies, któ­rych nie znaj­dzie się na żad­nej mapie. Od nich, roją­cych się od much i smo­czow­szy, latem cuch­ną­cych miej­skimi ście­kami, zimą posza­rza­łych od smogu i lodu, odwra­cają się ple­cami nawet naj­brud­niej­sze fabryki.

Wła­śnie tam, wśród ruder i wysy­pisk, wyobra­żam sobie mojego odmieńca.

Mam ją przed oczyma, odda­la­jąc się uli­cami od mojego ele­ganc­kiego domu w pół­noc­nym śród­mie­ściu. Widzę ją, kiedy się dener­wuję, kiedy nie mogę się sku­pić, kiedy teraź­niej­szość wydaje mi się kru­cha i ulotna. Gdy mijam wyso­kie domy wokół Hyde. Gdy mijam ele­ganc­kie cech­mi­strzy­nie wypro­wa­dza­jące psy, które, na chu­dych nóż­kach, z nie­lot­nymi skrzy­deł­kami, okryte gadzimi łuskami lub omszone tęczo­wym futer­kiem, w ogóle mi nie przy­po­mi­nają psów. Gdy prze­cho­dzę obok ogrom­nych skle­pów na Oxford Road, nie­sa­mo­wi­tych drzew Parku West­min­ster­skiego, wśród któ­rych jak papie­rowe łódki dry­fują dzie­cięce wózki i para­solki, przez Che­ap­side, gdzie ulice zwę­żają się i ciem­nieją, podob­nie jak kur­czy się i ciem­nieje niebo nad nimi, w miarę zapa­da­ją­cego zmroku okry­wa­jąc cie­niem dachy i kominy. Cler­ken­well i Hounds­fleet. Whi­te­cha­pel i Ashing­ton. Tu pach­nie gumą i psami, teraz już brzyd­kimi i pospo­li­tymi. Sły­chać ich szcze­ka­nie. Nie można tego jesz­cze nazwać dziel­nicą ubó­stwa i hańby, choć widać sporą róż­nicę w porów­na­niu z oko­licą, w któ­rej zaczą­łem wędrówkę. W tej czę­ści Easter­lies wciąż jed­nak miesz­kają cech­mi­strzo­wie, a nie bez­ce­chowi par­ta­cze. Mają pracę, którą zawdzię­czają swemu cechowi; mają nale­ży­cie ume­blo­wane domy.

Wresz­cie, gdy Che­ap­side już dawno zmie­niła się w Doxy Street, daleko za pętlą tram­wa­jową na Step­ney, błot­ni­ste ulice zaczy­nają falo­wać, a domy ster­czą wzdłuż nich jak szczer­bate uzę­bie­nie. Tu nie ośmiela się zamiesz­kać żaden cechowy rze­mieśl­nik. Zer­kam na ludzi pośpiesz­nie podą­ża­ją­cych ulicą, w kra­jo­bra­zie wyglą­da­ją­cym, jakby dło­nie olbrzyma ści­snęły go jak har­mo­nię - kobiety oku­tane brud­nymi sza­lami, męż­czyźni owiani piwiar­nia­nym odo­rem, dzieci blade, zwinne i nie­uchwyt­nie groźne. Czy od tego zaczyna się praw­dziwa nędza?

Na moje dłu­gie wędrówki chyba zawsze wybie­ram sobie pochmurne dni, późne popo­łu­dnia, skwarne, mar­twe let­nie wie­czory czy zimowe nie­dziele. A przy­naj­mniej, kiedy tylko oddalę się od jasnego śród­mie­ścia, dzień wła­śnie taki się staje. Kolejne war­stwy lon­dyń­skiego dymu i mroku odda­lają mnie od porząd­nych dziel­nic. Więk­szość cech­mi­strzów zre­zy­gno­wa­łaby już z dal­szej wędrówki, nawet gdyby nagły kaprys kazał im dojść aż tutaj. Patrząc na twa­rze o nie­okre­ślo­nym wieku, zer­ka­jące z ukosa, pod­glą­da­jące mnie przez szcze­liny mię­dzy cegłami, czuję, że powi­nie­nem zacząć się bać. Jed­nakże tu też miesz­kają ludzie; i sam tu żyłem, choć było to w innym Wieku. Idę więc dalej, wzdłuż wyso­kich murów doków Tide­smeet, gdzie nie­gdyś prze­pra­co­wa­łem szczę­śliwe lato. Tupot dzieci uci­cha. Podobne gar­gul­com twa­rze już mnie nie obser­wują. Ktoś odziany tak jak ja - prak­tycz­nie i skrom­nie, w ciemny płaszcz oraz wyso­kie buty, któ­rym nie­straszne błoto - mimo woli bije w oczy bogac­twem, ktoś taki z pew­no­ścią ma pie­nią­dze. Ale prze­cież nie miałby ich przy sobie, prawda? Wyobra­żam sobie, że coś takiego poszep­tują mię­dzy sobą szare jak duchy dzie­ciaki w zauł­kach. I to na pewno jest wielki mistrz cechowy. Kon­se­kwen­cje, jakie spa­dłyby na nich ze strony bez­li­to­snej poli­cji, spra­wiają, że mor­der­stwo i rabu­nek wydają się bez sensu. Nie mam ani laski z ukry­tym ostrzem, ani pałki, żad­nej widocz­nej broni, nawet para­sola od desz­czu, któ­rym grozi zacią­gnięte niebo, ale czy zaczai się na mnie tam dalej, gdzie domy marsz­czą brwi...? Kto wie, jakie tajemne cechowe zaklę­cia mogę mieć w zana­drzu?

Zato­piony w myślach, zagu­biony, choć jed­no­cze­śnie pewien swego, podą­żam cuch­ną­cymi uli­cami nie­na­ga­by­wany przez nikogo. Mógł­bym dostać się na miej­sce ina­czej, omi­ja­jąc pery­fe­rie Easter­lies, jed­nak muszę przy­znać, że mam wobec tej dziel­nicy dług. Na River­side, na wałach, wzdłuż kej cze­kają prze­woź­nicy, cze­kają małe promy, które za dys­kretną, acz nie­małą opłatą zabiorą cię tutaj. Ale ich ładu­nek to na ogół pijani męż­czyźni, któ­rzy o pół­nocy wyta­czają się z klu­bów i domów cecho­wych, by ode­tchnąć cięż­kim od dymu powie­trzem, zapo­mnieć o domach, ocze­ku­ją­cych żonach, a nawet zamtu­zach i domach snów, wybrać inny spo­sób na zakoń­cze­nie dnia. Idą w dół, nad brzeg stę­chłej Tamizy, gdzie cech­mi­strzo­wie w czar­nych pele­ry­nach i cylin­drach tar­gują się i rzu­cają wyzwi­skami, aż w końcu gra­molą się jak wsta­wione nie­to­pe­rze na prze­cie­ka­jące pokłady pro­mów.

Chyba wszyst­kie dziel­nice nędzy spo­wija ta atmos­fera ocze­ki­wa­nia, ale tutaj szcze­gól­nie się to czuje, domy coraz bar­dziej mar­nieją, aż w pew­nym nie­okre­ślo­nym momen­cie, przy­po­mi­na­ją­cym nagły zwrot akcji we śnie, w ogóle prze­stają być domami, stają się nie­chluj­nymi szo­pami z kra­dzio­nej cegły, tek­tury i cementu. Przy­wo­dzą na myśl deko­ra­cje do sztuki teatral­nej, któ­rej praw­dziwy sens, mimo wszystko, na­dal mi umyka. A ich miesz­kańcy, nie­na­le­żący do cechu i zwani przez nas par­ta­czami, znaj­dują się w porów­na­niu ze mną tak głę­boko na dnie studni for­tuny, że aż mnie zaska­kuje, kiedy sły­szę echo ich gło­sów. Mówią wpraw­dzie zdła­wio­nym, ale na­dal angiel­skim. W ten szary, mroczny i senny dzień wzbu­dzam tu nie­skry­wane zain­te­re­so­wa­nie. Naj­dziw­niej­sze, że dzie­ciaki, teraz jesz­cze młod­sze, z łagod­nymi oczyma szcze­nia­ków w bie­le­ją­cych jak kość twa­rzach, pod­bie­gają do mnie i pro­po­nują mi... pie­nią­dze. Naprawdę widzę pie­nią­dze w wycią­gnię­tych wątłych palusz­kach. Mnó­stwo poły­sku­ją­cych pen­só­wek, ćwierćpen­só­wek i fun­tów.

- Pan weź­mie, pro­szę pana. Pens w zamian za pensa...

- Porząd­nie zro­bione, naj­lep­sze czary... - dodaje nieco star­sza wspól­niczka, dziew­czynka o wło­sach tak prze­rze­dzo­nych przez par­chy, że prze­świeca mię­dzy nimi goła skóra. Wyciąga ku mnie w swych gołę­bich łap­kach coś, co wygląda jak garść dia­men­tów. - Wytrzy­mają cały Wiek. Wytrzy­mają do końca życia...

Kiedy wyczu­wają moje waha­nie, zbiera się ich wię­cej; woń zgni­li­zny się wzmaga. Bły­ska­jąc biał­kami, uno­szą na mnie wzrok. Ubrane są w strzępy sta­rych zasłon, plan­dek z barek, wor­ków, a także w posza­rzałe fal­bany ze sta­rych koszul, przy­po­mi­na­jące kłęby brud­nej mor­skiej piany. Groźbę zasadzki, groźbę noża mogę znieść, ale taka pro­sta pro­po­zy­cja... Oczy­wi­ście monety zaraz bledną. Stają się lek­kie, rzad­kie, ziar­ni­ste, gdy tylko wezmę któ­rąś w dłoń, by się jej przyj­rzeć. Dzieci przy­glą­dają się temu bez słowa skargi.

Cie­kawe, kto się jesz­cze łapie na tę sztuczkę. Czy nocni goście są aż tak pijani, a może aż tak zde­spe­ro­wani? Ale i sam ule­gam. Wybie­ram dziecko, które było na tyle bystre, by stwo­rzyć coś bar­dziej war­to­ścio­wego z wyglądu - nie pie­nią­dze i kamie­nie, lecz pomięte świa­dec­twa cechowe, obli­ga­cje i weksle. Chwy­tam papiery, w dotyku przy­po­mi­na­jące zimową mgłę, zgnia­tam je w pię­ści, a w zamian rzu­cam wszyst­kie zna­le­zione w kie­szeni monety. Ruszam dalej, ciska­jąc jesz­cze tro­chę monet za sie­bie.

W tej oko­licy Tamiza w ogóle nie przy­po­mina rzeki, którą znam. Brzeg jest pła­ski, a woda lśni, opły­wa­jąc zde­wa­sto­wane nabrzeże. Jeśli się zasta­no­wić, jest dziw­nie czy­sta, a jed­no­cze­śnie czarna - i z wyglądu twarda - jak pole­ro­wany gagat. Promy, dale­kie drobne kształty na cyno­wym tle wie­czor­nego nieba, nie odwa­żają się zapu­ścić w tutej­sze prądy. Należą do innego świata, razem z lśnią­cymi dzi­wo­ża­rem wzgó­rzami Krańca Świata. Dzie­ciaki już gdzieś znik­nęły. Zbli­żam się teraz do upstrzo­nego śmie­ciami prze­smyku odle­głego od wszyst­kiego oprócz rzeki. Ota­czają mnie inne dźwięki, a mewy kołują i wzno­szą się w dziw­nej ciszy. Tutaj, jak powie­dzia­łaby ni­gdy nie­za­pi­sana histo­ria, zako­twi­czone mię­dzy wysy­pi­skami a odpły­wami ście­ków, ocie­nione kukuł­czym blusz­czem strze­lają w niebo ruiny nie­do­koń­czo­nego mostu kole­jo­wego, który w poprzed­nim Wieku usi­ło­wał prze­do­stać się przez rzekę do Rope­walk Reach. Most wciąż unosi się nad zwa­łami miej­skich śmieci niczym prze­krzy­wiona korona. Urywa się w miej­scu, gdzie dru­gie przę­sło kotwi­czy w rzece, wyma­chu­jąc bel­kami jak tonący owad. Idę w cie­niu żeber mostu, wspi­nam się na beto­nowe pira­midy i pełne cecho­wych zna­ków mosiężne zie­lon­kawe tuleje. Tu wid­nieje tar­cza her­bowa budow­ni­czego, pordze­wiała i obro­śnięta mał­żami, choć wciąż leciutko żarząca się ete­rową wolą spraw­czą. Ręka­wica nurka. Kółko od bloczka. I wszel­kie śmie­cie, jakie nanio­sła rzeka: puszki, zelówki butów, węgo­rze lin i pre­zer­wa­tyw, pstro­kate mozaiki z kafli i rur.

Wcho­dzę w górę po łuku przę­sła, uwa­ża­jąc, by nie zaha­czyć płasz­czem o żadną z kolumn. Pode mną poja­wiają się kłębki mgły led­wie widoczne nad bystrą czarną wodą. Wiją się pomię­dzy fun­da­men­tami, przy­po­mi­nają ręce, nogi, twa­rze. Sam most wygląda, jakby rósł, belki i dźwi­gary wirują wokół mnie. Już tu kie­dyś byłem, wiem co nieco o tym, jak chro­nią się odmieńcy. Choć serce mi wali, a dło­nie się śli­zgają, nie przy­staję; i wkrótce po raz kolejny gra­molę się na pomost ogra­ni­czony jedy­nie wodą, zie­mią i moją roz­pacz­liwą potrzebą.

Nie­mal na moim pozio­mie, bli­sko miej­sca, gdzie balu­strada mostu rap­tow­nie się urywa, do przę­sła przy­cze­piona jest plą­ta­nina mar­twego metalu, szkła i wyrzu­co­nego przez rzekę drewna. Dalej leży cały Lon­dyn: życie, promy, piękne drzewa i ele­ganc­kie budowle. Wspi­nam się na plat­formę i przy­kuc­nięty prze­ci­skam się dru­cianą klatką gale­ryjki, w którą ktoś powty­kał odłamki szkła i por­ce­lany. Żeby ozdo­bić albo żeby gro­zić. Jeśli zwa­żyć, gdzie się zna­la­złem, powie­trze jest tu zadzi­wia­jąco świeże. Pach­nie przede wszyst­kim rdzą.

Odmie­niec, który zwie się Niana, mieszka w cie­niach na końcu tego tunelu i zawsze na mnie czeka w swoim przy­po­mi­na­ją­cym tipi lokum. Wstrząsa się, kiedy pod­cho­dzę, i przy­zywa mnie ręką wycią­gniętą spo­mię­dzy zwo­jów złach­ma­nio­nej sukni ślub­nej.

- Mistrz... - Widzi mnie w świe­tle miski z kra­dzio­nym dzi­wo­bla­skiem. Przy­siada w naj­dal­szym, naj­ciem­niej­szym kącie. - W końcu posta­no­wił pan przyjść...

Jej głos, choć brzmi tylko w mojej gło­wie, jest nijaki, bez­barwny, pozba­wiony into­na­cji.

Prze­dzie­ram się przez war­stwy wil­got­nych kur­tyn, nie­zręcz­nie uświa­da­mia­jąc sobie, jakich cudów two­rze­nia trzeba było doko­nać, by uwić sobie to wci­śnięte mię­dzy umie­ra­jące belki gniazdo. Prze­krzy­wione deski, o które się opie­ram, łapiąc oddech, były pew­nie nie­gdyś paletą pod ładu­nek, przy­tro­czoną do koły­szą­cego się pokładu parowca z Mórz Bore­al­nych. A ściana naprze­ciwko, usiana punk­ci­kami świa­tła wpa­da­ją­cego przez tysiące otwo­rów po nitach, z pew­no­ścią sta­no­wiła część jakiejś wiel­kiej maszyny. Z ete­rycz­nym bla­skiem mie­sza się blade świa­tło dzienne, wpa­da­jące przez zmęt­niałe oko sta­rego ilu­mi­na­tora, poprzez plą­ta­ninę szkla­nych rur, któ­rych zasto­so­wa­nie - prze­cież wciąż led­wie lizną­łem praw­dzi­wych cecho­wych tajem­nic - jest dla mnie cał­kiem nie­wia­dome. Pró­buję wyobra­zić sobie, co się dzieje na wysy­pi­skach, ile­kroć zie­mio­stwory wyrzucą jakiś cenny eks­po­nat, jakie walki toczą kłó­tliwe mewy, ner­wowe smo­czow­szy, pod­ska­ku­jące dzie­ciaki. I wszystko to o zła­many trzo­nek, worek wygo­to­wa­nych kości, urwany kawał żelaza, stare, pogru­cho­tane lampy...

Wzru­szam ramio­nami i uśmie­cham się do Niany, jak zawsze roz­darty mię­dzy zdu­mie­niem, cie­ka­wo­ścią a lito­ścią. Obok niej leży długa podu­cha z wyła­żą­cym wło­siem. Podzwa­niam zasłonką z wiszą­cych na sznur­kach zakrę­tek od bute­lek i sado­wię się na końcu, który wygląda na solid­niej­szy. Sta­lowa pod­łoga zakrzy­wia się, wisząc dzie­sięć metrów nad gładką wodą. Ludzie mojego stanu nie powinni sia­dać w taki spo­sób. Mimo to cie­szę się, że znów tu jestem. Czy czę­sto spo­ty­kam odmień­ców, czy rzadko, zawsze mam to doj­mu­jące uczu­cie, że zaraz odkryje się przede mną jakiś nad­zwy­czajny, dawno zapo­mniany sekret.

Teraz Niana wstaje, stopy ma jak zawsze bose i brudne. Prze­cha­dza się po tej norze, na pół dziecko, na pół sta­ru­cha, nucąc pod nosem i grze­biąc w sta­rych skrzyn­kach po her­ba­cie. Wyj­muje figurę sza­chową, bia­łego gońca wyrzeź­bio­nego z pożół­kłej kości sło­nio­wej, i unosi do ust.

- Niana, co robisz, kiedy nikogo tu nie ma?

Jej chi­chot świ­druje jak pisk owada.

- Ile razy wy, ludzie, musi­cie zadać to pyta­nie?

- Aż dosta­niemy odpo­wiedź.

- A jaką chce pan dostać? Pro­szę powie­dzieć, to ja takiej udzielę.

- To nie­praw­do­po­dobne, że jeste­śmy sobą nawza­jem zafa­scy­no­wani... - mru­czę.

- Co wła­ści­wie nas fascy­nuje, mistrzu? - Bawełna sukni ślub­nej chrzę­ści jak pia­sek, kiedy Niana przy­suwa się do mnie. - Chcę to zro­zu­mieć. Co chciałby pan wie­dzieć? Mogę speł­nić każde pana życze­nie - dodaje kokie­te­ryj­nie. Jej twarz to rzu­cony przez szkło cień twa­rzy. Oczy ma czar­niej­sze niż u ptaka. - To chyba nie jest kło­po­tliwa pro­po­zy­cja?

- I oczy­wi­ście niczego mi nie obie­casz?

- Natu­ral­nie. Obiet­nice są zbyt sta­now­cze. Zna pan zasady.

Wzdy­cham. Chciał­bym, żeby mnie tak nie trak­to­wała, chciał­bym poczuć na skó­rze jej oddech, a nie ową pustkę. Wyczuwa moje spię­cie, może nawet jest tym ura­żona. Wstaje i oddala się ode mnie. Jej roz­warte noz­drza zieją ciem­no­ścią, jak mówią kapłani.

- Masz coś dla mnie?

- Nie­wy­klu­czone, panie. Zależy, co pan jest gotów mi dać.

- Niana, ostat­nio mi mówi­łaś...

- Pro­szę wysi­lić wyobraź­nię, panie. Jest pan czło­wie­kiem boga­tym. Co zwy­kle pan rzuca na szalę?

Trudne pyta­nie. Zapewne potęgę mego cechu. Oraz siłę mej woli, umie­jęt­no­ści ciała i umy­słu, jakie dzięki niej naby­łem. A może cho­dzi jej o coś bar­dziej sub­tel­nego. Wpływy, które muszę mieć, skoro osią­gną­łem taką rangę. Myślę o let­nich ban­kie­tach i zimo­wych zgro­ma­dze­niach wokół sto­łów z pole­ro­wa­nego cedru kamien­nego, w wyło­żo­nych drew­nem salach; dys­kretny szmer gło­sów, brzęk krysz­ta­łów, potężne przy­pływy i odpływy wła­dzy, pie­nię­dzy, gdy czy­jeś zaufa­nie idzie o lep­sze z czy­jąś zdradą.

- Pro­szę, panie. Na pewno to coś, co się u pana naj­bar­dziej rzuca w oczy. Coś, co przy­ciąga do pana ludzi...

- ...Chyba nie cho­dzi o moje spoj­rze­nie...

- Więc może pouda­wajmy przez chwilę zwy­kłych ludzi i doko­najmy tej wymiany? - cią­gnie, wcho­dząc mi w słowo. - Mistrzu, niech mi pan da tro­chę pie­nię­dzy.

Powstrzy­muję się od ścią­gnię­cia brwi. Niana jest jak dziecko. Dam jej pie­nią­dze, a ona ude­ko­ruje nimi tę norę, kupi za nie eter i będzie pokpi­wać ze mnie tak jak teraz...

- Pro­szę zapo­mnieć o swo­ich uprze­dze­niach - odpo­wiada, pra­wie nie poru­sza­jąc ustami. - My naprawdę nie jeste­śmy trol­lami. A już na pewno nie potwo­rami.

Wiercę się na poduszce, grze­bię po kie­sze­niach, aby poka­zać jej, że są puste. Wyma­cuję jed­nak coś chłod­nego. Przy­po­mi­nam sobie, wyj­muję, patrzę, jak roz­kwita na mej dłoni lek­kie niby mgła. Tan­det­nie wycza­ro­wany weksel, który dosta­łem od tej bied­nej dziew­czynki. Słowa i pie­czę­cie iskrzą się i bledną.

- Widzi pan?

Wyrywa mi z ręki papier i staje się bez­cie­le­sna jak wiatr, choć powie­trze ani drgnie. Potem odpływa, przy­ty­ka­jąc go do nosa, jakby to rze­czy­wi­ście był kwiat, wcią­ga­jąc powie­trze, jak robił to chyba każdy, wcze­śniej czy póź­niej, pró­bu­jąc spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście ist­nieje zapach bogac­twa, wła­dzy, aro­mat pie­nię­dzy. Zapach, który w isto­cie składa się z potu, dymu, otę­pia­ją­cego alko­holu i niczego wię­cej. Ten sam nie­świeży odór, któ­rym cuchną ubra­nia po balu, choćby w naje­le­gant­szym z domów.

Niana wchła­nia wszystko, co pozo­stało z nik­ną­cej mate­rii doku­mentu. Zaczyna się ściem­niać, popo­łu­dnie nasyca się mro­kiem, Niana też. Cha­rak­te­ry­styczny dzi­wo­blask bijący z mosięż­nej misy z ete­rem wzmaga się w odpo­wie­dzi, Niana zaś płyn­nie prze­suwa się mię­dzy wiszą­cymi pusz­kami, butel­kami i zasło­nami. Oba­wiam się jed­nak, że to wciąż jakiś odgry­wany przede mną żart. Przez nie­skromne roz­dar­cia i dziury w przed­wiecz­nej ślub­nej sukni widzę zie­jącą czarną pustkę. Boję się, że każe mi cze­kać bez końca.

- Wiem, panie, że mię­dzy nami zieje prze­paść, pustka. Ale pro­szę pomy­śleć o swoim dzi­siej­szym spa­ce­rze przez Easter­lies. Nie­ważne, czy pój­dzie się w dobrą, czy złą stronę, do wyma­rzo­nego miej­sca ni­gdy nie jest zbyt daleko. Kto wie, gdzie tak naprawdę koń­czy się ta gra­nica albo gdzie zaczyna? Pan jed­nak zauwa­żył zwy­kłych ludzi. Panu podobni czę­sto świa­do­mie ich igno­rują. Par­ta­cze z Easter­lies. Wie pan, jak otę­piali mogą się stać, mimo że ciało w ogóle im się nie zmie­nia... - Jej chi­chot dźwię­czy mi w czaszce. - Gdyby tylko pan mógł się zoba­czyć, w tej mrocz­nej pele­ry­nie, w ciem­nych butach, z dziu­rami zamiast oczu, obwi­słą szczęką, z noc­nym zapa­chem sta­ro­ści i śmierci, który trzyma się pana nawet teraz...

Przez mętny ilu­mi­na­tor już pra­wie nie wpada świa­tło. Cał­kiem jak­bym tu był sam, jeśli nie liczyć jej szeptu jak szmer morza. Nawet stara suk­nia ślubna zlała się z cie­niami. Niana, obło­czek mgły, zagląda do skrzynki po her­ba­cie. Kiedy wyciąga z niej grze­cho­czące oszczepy ze sta­rych kar­ni­szy, kłęby szmat i wió­rów, sta­ram się zapa­no­wać nad pod­nie­ce­niem, które zawsze ogar­nia mnie w takich momen­tach.

- Gdzieś tu było, na pewno... - mru­czy pro­za­icz­nie.

Bez­wied­nie wzdy­cham. Dziwne, ale w tej chwili chcę stąd uciec, pędzić uli­cami do mego ele­ganc­kiego domu na Lin­den Ave­nue, z powro­tem do roli wiel­kiego mistrza cecho­wego. To uczu­cie pozo­staje stłu­mione, w końcu cał­kiem zanika, gdy Niana pod­pływa ku mnie, lśni, zmie­nia się, jest wszyst­kimi stwo­rze­niami naraz, dzi­wami, które strach sobie wyobra­zić, uśmie­cha się coraz sze­rzej. Lepiej zostać tutaj - cze­kać, aż dokona się wymiana.

- Powiedz, Niano, nie tęskni ci się za...

- Zapa­chem świe­żej trawy na wio­snę, panie. Doty­kiem klej­no­tów z lodu na Boże Naro­dze­nie. Żukami poły­sku­ją­cymi jak bro­sze. Chmu­rami bez końca zmie­nia­ją­cymi ubra­nia. Bie­giem z górki, kiedy zaśmie­wasz się i nie możesz prze­stać. A ja zado­wa­lam się moją miseczką gwiazd. I cie­szę się, że tu przy­cho­dzi­cie - pan i panu podobni, nawet jeśli wasze drobne prośby, wasze życze­nia budzą we mnie litość. Dla­czego wy, cechowi, po wszyst­kim, co musi­cie przejść, chce­cie jesz­cze być nawie­dzani przez trolle, odmień­ców, pół­rze­czy­wi­ste wiedźmy, wam­piry, syreny stare jak Matu­za­lem?

- To nie tak. Ja nie chcę...

- A czego pan chce, mistrzu?

- Wie­dzieć...

- Obda­rzy­łam już pana, kiedy wzię­łam, co pan mi pro­po­no­wał. Zro­bi­łam wszystko, o co pan pro­sił. Teraz pana kolej. Aby wziąć, co mam, musi pan rów­nież coś dać.

Otóż to - typowe, śmie­chu warte targi z odmień­cem. Jestem na pustym moście, ponad bystrą rzeką, a Niana rysuje w powie­trzu sym­bole, któ­rych nie zna żaden cech­mistrz. Roz­le­wają się wokół mnie sre­brem. Zakwi­tają let­nią burzą. Czuję, jak sta­lowa budowla napręża się i rośnie, ruina mostu wraca do życia, któ­rego nie dane jej było zaznać przez upa­dek poprzed­niego Wieku, nabiera kształtu i olbrzy­mieje nad wodą. Całe mia­sto się prze­obraża, wysy­pi­ska śmieci zni­kają. Docho­dzi do tego napa­wa­jący dresz­czem pomruk zbli­ża­ją­cej się maszyny. Łosko­cze nad bel­kami i dźwi­ga­rami, sypiąc dym i iskry.

Niana przy­siada przede mną; głę­bo­kie otwory jej oczu widzę tuż przed twa­rzą. Mruga raz, drugi. Uśmie­cha się.

- Więc pro­szę mi powie­dzieć, mistrzu... - Jej palce wiją się wokół mnie jak dym. - Jak to było, że stał się pan czło­wie­kiem...

Roz­dział 1

1

To było naj­więk­sze roz­cza­ro­wa­nie mojego życia. W doj­rza­łym wieku ośmiu lat, w mroźny, jak zawsze, paź­dzier­ni­kowy pią­tek zabrano mi wszyst­kie marze­nia. Sta­łem potem u stóp scho­dów Miej­skiej Szkoły i patrzy­łem na kole­gów z klasy, wymie­nia­jąch piskliwe szczek­nię­cia ulgi i weso­ło­ści pośród dymu i mgły. Dla nas wszyst­kich był to dzień szcze­gólny, Dzień Próby. Na dowód tego wszy­scy mie­li­śmy na nad­garst­kach Znak, styg­mat, wzdęty krwa­wiący pęcherz jak po przy­pa­le­niu papie­ro­sem.

Parowy cią­gnik zagwiz­dał i poto­czył się, tur­ko­cząc na bruku cięż­kimi kołami. Twarz paro­mi­strza przy­po­mi­nała czarną maskę. Prze­jęte matki prze­py­chały się przez tłum, wykrzy­ku­jąc imiona swo­ich potom­ków. "Widzisz, nie mówi­łam, że nie ma się czego bać?". Mojej matki jed­nak tu nie było. Cie­szy­łem się, że nie przy­szła, unik­ną­łem cało­wa­nia w czoło, czysz­cze­nia twa­rzy pośli­nio­nym pal­cem, emo­cjo­no­wa­nia się czymś, co prze­cież, jak nam w kółko powta­rzano, było zwy­kłe, nor­malne, powsze­dnie. Inne matki zaraz wdały się w plotki albo pobie­gły z powro­tem do pra­nia, dzieci zaś zbiły się we wro­gie gro­madki, przy­po­mi­na­jąc sobie cechy i patro­nów swo­ich ojców. Wymie­niono spoj­rze­nia, kuk­sańce, pchnięto tego i owego. Wie­dzia­łem, że zaraz sam się w to wmie­szam, więc odwró­ci­łem się i wsze­dłem na hałdę ziemi przed szkołą, skąd miał­bym dobry widok na cmen­tarz i dolinę, gdyby tylko nie prze­sła­niała ich mgła.

Pod­wi­ną­łem lewy rękaw. Była tutaj. Bli­zna, którą miał każdy, kto osią­gał mój wiek, wciąż świeże wspo­mnie­nie bólu. Bli­zna, która zosta­wała na całe życie, sta­no­wiąc nie­zma­zy­walny dowód peł­nego czło­wie­czeń­stwa. Znak Star­szych, jeśli wie­rzyć ojcu Fran­ci­sowi, był naj­wyż­szym boskim bło­go­sła­wień­stwem. Pier­ście­nie zaczer­wie­nio­nej skóry wokół niego wciąż lśniły drob­niut­kimi krysz­tał­kami maszy­no­wego lodu. Oczy­wi­ście ni­gdy się w pełni nie zagoi. I o to cho­dzi. Zawsze pozo­sta­nie leciutko lśniący strup, który można, dla swego rodzaju pocie­sze­nia, macać i badać w ciem­no­ści.

Cie­szy­łem się na przy­jazd trol­lo­wego, mimo że zwia­sto­wał cier­pie­nie. Naj­pierw roze­szły się plotki, że przy­bę­dzie. Póź­niej poja­wili się poli­cjanci - ich listy nazwisk w skó­rza­nych note­sach, tupot bucio­rów w zauł­kach, łomot pałek o drzwi. To... i plotki. Kale­kie dzieci ukrywa-ne w lochach i na stry­chach; sześć­dzie­się­cio­letni lub starsi paste­rze z Brown­he­ath, któ­rzy w jakiś spo­sób unik­nęli tego przez całe życie. Oraz trolle, odmieńcy - tak wielu, że można by spo­dzie­wać się kilku na każ­dym rogu ulicy, a nie tylko na obrze­żach marzeń sen­nych. Te opo­wie­ści poja­wiały się z taką samą regu­lar­no­ścią co pan trol­lowy, ale wtedy jesz­cze tego nie wie­dzia­łem.

Nazy­wał się zwy­czaj­nie, Tatlow, do tego był zale­d­wie zwy­kłym mistrzem Cechu Zbie­ra­czy. Aby zaro­bić w swój dziwny spo­sób na życie, musiał zjeź­dzić całe Brown­he­ath z torbą podróżną i małą maho­niową skrzy­neczką z narzę­dziami, bły­ska­jąc prze­pustką każ­dego wie­czoru w innym zajeź­dzie. Następ­nego ranka budził go tur­kot wozów, prze­su­wał pal­cem po pra­co­wi­cie spi­sa­nej liście spraw na dany dzień, aż w końcu, jak sobie wyobra­ża­łem, zatrzy­my­wał krótki, gruby paluch nad moim nazwi­skiem: Robert Bor­rows...

- Wejdź, chłop­cze. Co się tak gapisz? I zamknij te cho­lerne drzwi...

Posłu­cha­łem, wsze­dłem do gabi­netu dyrek­tora.

- I czemu się tak trzę­siesz? Chyba nie jest zimno?

W kominku trza­skał ogień. Czu­łem jego cie­pło na policzku.

- Nazwi­sko, chłop­cze? Adres...?

Oczy­wi­ście musiał już je znać. Wie­rzy­łem w mądrość cechów.

- No?

- Ro... Robert Bor­rows - wyją­ka­łem. - Bric­ky­ard Row trzy.

- Bor­rows... Bric­ky­ard Row. Przejdź na tę stronę biurka, dobrze?

Zro­bi­łem, co kazał trol­lowy. Zauwa­ży­łem, że spodnie miał wyświe­cone, pognie­cione, wypchane na kola­nach. Jego twarz też była błysz­cząca, pomarsz­czona, zno­szona.

- Kalec­twa? Oso­bliwe zacho­wa­nia? Czy wia­domo ci, byś ty lub kto­kol­wiek z two­jej rodziny był kie­dy­kol­wiek nara­żony na kon­takt z suro­wym ete­rem? Jakieś naro­śle, zna­miona?

Mia­łem na ciele kilka małych kro­pek i pie­przy­ków, o któ­rych chęt­nie bym mu powie­dział, lecz mistrz Tatlow odczy­ty­wał listę z wyświech­ta­nej kartki i już prze­szedł do następ­nego punktu. Otarł nos.

- No, chłop­cze, pod­wiń rękaw.

Moje palce zaczęły zma­gać się nie­zdar­nie z guzi­kiem pra­wego man­kietu, aż powstrzy­mało mnie wes­tchnie­nie trol­lo­wego. Czer­wie­niąc się jak burak, pod­wi­ną­łem lewy rękaw. Nad­gar­stek był chudy i blady jak obdarta z kory gałązka. Mistrz Tatlow odpiął pokrywę zszar­ga­nej skó­rza­nej torby, wycią­gnął mały słoik i zwi­tek waty. Kiedy ją zwil­żał, powie­trze wypeł­nił inten­sywny, ostry zapach.

Zdzi­wi­łem się, kiedy podał mi watkę.

- Potrzyj tym nad­gar­stek.

Sma­ru­jąc rękę, poczu­łem ogar­nia­jący mnie zimny powiew prze­zna­cze­nia. Tego się spo­dzie­wa­łem. Ale nie bolała, nawet skóra się nie zaczer­wie­niła. Uka­zał się jesz­cze biel­szy skra­wek skóry, z błę­kit­nymi żył­kami.

Mistrz Tatlow pozo­stał nie­wzru­szony.

- Wyrzuć to do kosza.

- Czy to...?

Źle mnie zro­zu­miał i uśmiech­nął się sztucz­nie.

- Pew­nie sły­sza­łeś od kole­gów, że Próba boli. Nie wierz w takie rze­czy. To musi przejść każdy. Nawet ja... - Wycią­gnął z tej samej skó­rza­nej torby następny pojem­ni­czek, mniej­szy. Przez chwilę wyda­wał się pusty, ale zaraz wypeł­nił go srebrny blask. Poczu­łem dziwne dźwię­cze­nie w uszach, ucisk za oczami. Teraz sło­iczek już mocno świe­cił cha­rak­te­ry­stycz­nym ete­rycz­nym dzi­wo­świa­tłem, jaskra­wym w pół­mroku, rzu­ca­ją­cym cie­nie w świe­tle. Gdy mistrz Tatlow roz­kła­dał urzą­dze­nie będące skrzy­żo­wa­niem bran­so­lety i koń­skiej uzdy, a potem wsu­nął mi je na rękę, zapa­dła taka cisza, że wyraź­niej niż kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem dud­nie­nie ete­ro­wych maszyn Bra­ce­bridge - szum, bum, szum, bum...

Pojem­ni­czek z ete­rem, kie­lich, miał gwint, który łączył się z mosiężną wypustką skó­rza­nej opa­ski na moim prze­gu­bie. Mistrz Tatlow mocno przy­trzy­mał mnie za ramię.

- No, chłop­cze, wiesz, co masz powie­dzieć?

Przez ostat­nie dwa pra­co­kresy nic innego nie ćwi­czy­li­śmy.

- Pan mój Bóg Naj­star­szy w swej Mocy przy­znał mi Bło­go­sła­wień­stwo, za które dzię­kuję Mu całym ser­cem i które czcić będę i uświę­cać swym tru­dem. Uro­czy­ście przy­rze­kam sza­cu­nek dla wszyst­kich cechów, a zwłasz­cza dla wła­snego cechu, cechu mojego ojca, jego ojca i wszyst­kich jego przod­ków. Nie będę mówił złego świa­dec­twa prze­ciwko mistrzom, u któ­rych pobie­ram nauki. Nie będę han­dlo­wał z demo­nami, odmień­cami, skrza­tami ani wiedź­mami. Będę chwa­lił Boga Naj­star­szego i wszyst­kie Jego dzieła. Będę świę­cił Jego imię w każdą nie­dzielę... i... i będę... i przyj­muję to zna­mię jako znak bło­go­sła­wień­stwa pły­ną­cego z nie­skoń­czo­nej Bożej miło­ści oraz jako styg­mat mojej ludz­kiej duszy.

Mistrz Tatlow, wciąż trzy­ma­jąc mnie za ramię, zakrę­cił kie­li­chem.

Przez chwilę nie działo się nic. Ale jego uwaga była tak sku­piona na mnie, że aż zatch­ną­łem się ze zdu­mie­nia. Jakby prze­bi­jał mnie lodo­waty gwóźdź. Pędził ku moim ustom krwa­wym, bole­snym ostrzem, szum, bum... A potem wszystko się uspo­ko­iło i znów sta­łem przed biur­kiem, twa­rzą w twarz z mistrzem Tatlo­wem, który bły­ska­wicz­nie szczęk­nął zaci­skami i zabrał z mojej ręki narzę­dzie tor­tur.

- No widzisz, wcale nie było tak źle, prawda? - mruk­nął. - Teraz jesteś taki sam jak my wszy­scy. Gotów wstą­pić do cechu ojca.

Wysze­dłem ze szkoły i ruszy­łem przez zimną, szybko gęst­nie­jącą jesienną mgłę, zatrzy­mu­jąc się tylko, by zer­k­nąć na spa­ty­no­wany pomnik Joshui Wash­staffe'a, Wiel­kiego Mistrza z Pain­swick, który, tak samo jak we wszyst­kich angiel­skich mia­stach, przed­sta­wiony był w nie­zde­cy­do­wa­nej pozie, w pół gestu. Nie, nie wini­łem go za odkry­cie eteru. Jeśli nie on, zro­biłby to ktoś inny, prawda? - myśla­łem sobie. A jeśli eteru nikt by nie odkrył, to jaki byłby świat? Podobno nawet Fran­cuzi z ogo­nami i kozio­ocy ludzie z Kitaju też mają swoje zaklę­cia i swoje cechy. Mgła wokół mnie zawi­ro­wała, prze­obra­ża­jąc ludzi w duchy, a drzewa i domy w wizje krain, któ­rych ni­gdy nie odwie­dzę. Kiedy dotar­łem na Bric­ky­ard Row, do domu, kop­nia­kiem otwo­rzy­łem kuchenne drzwi i wpa­dłem do środka, robiąc ślady na pod­ło­dze.

- A, jesteś... - Matka pole­ro­wała garnki szmatką nasą­czoną octem. - Zasta­na­wia­łam się, co to za rumor.

Opa­dłem na trój­nożny zydel koło pieca i ścią­gną­łem buty. Nagle poczu­łem złość na nią: że nie przy­szła przed szkołę, żeby mar­twić się o mnie.

- No i...? Pokaż!

Wycią­gną­łem rękę. Póź­niej na pewno będę ją jesz­cze poka­zy­wał ojcu i Beth. Rana, w porów­na­niu z tymi, które mie­wa­łem na kola­nach i łok­ciach była nie­wielka, a jed­nak matka oglą­dała ją dziw­nie długo. Wcze­śniej cały czas mówiła, że to wiele hałasu o nic, a teraz naprawdę była zain­te­re­so­wana. W pół­mroku naszej ciem­nej kuchni eter wciąż się żarzył. Wresz­cie matka wypro­sto­wała się, oparła dło­nie na zim­nej pły­cie pieca i wydała prze­cią­głe, zaska­ku­jące sap­nię­cie, jak wynu­rza­jący się pły­wak.

- Wiesz, to ważny krok. Teraz jesteś jak my wszy­scy.

- Kto my? - pisną­łem.

Matka znów się nade mną pochy­liła. Poło­żyła mi na kola­nach cie­płe, poczer­niałe dło­nie, aż w końcu unio­słem na nią wzrok. Uśmiech­nęła się do mnie tajem­ni­czo.

- Rober­cie, powi­nie­neś być zado­wo­lony, a nie roz­cza­ro­wany. To dowód, że...

- Że co?!

Krzy­cza­łem i byłem bli­ski pła­czu. Nor­mal­nie dostał­bym natych­miast klapsa i sie­dział przez długą godzinę na górze, zasta­na­wia­jąc się nad swoim zacho­wa­niem, ale dziś matka chyba rozu­miała, że to coś poważ­niej­szego i - mimo pozo­rów - nie tak cał­kiem bez­sen­sow­nego.

- Próba to część naszej toż­sa­mo­ści, w Anglii, w Bra­ce­bridge. Poka­zuje, że nada­jesz się na cecho­wego, tak jak twój ojciec. On jest cechowy, ja jestem panią cechową. To poka­zuje, że... - Już powoli odwra­cała ode mnie wzrok. Przy­ćmiony blask ognia za moimi ple­cami ryso­wał w jej tęczów­kach dwie czer­wone iskierki. - Poka­zuje, że... - Cof­nęła się tro­chę i otarła kącik ust wierz­chem dłoni, bo palce miała brudne od śnie­dzi. - Że dora­stasz.

- A te wszyst­kie histo­rie, które mi opo­wia­da­łaś?

- To histo­rie na let­nie wie­czory. Wyj­rzyj przez okno, idzie zima.

***

A potem przy­szła nie­dziela i ojciec Fran­cis stał przed wej­ściem do kościoła Świę­tego Wil­freda, wita­jąc się z para­fia­nami i roz­da­jąc nam, obśli­nio­nym dzie­cia­kom, białe szarfy. Stło­czeni w przed­nich ław­kach posztur­chi­wa­li­śmy się łok­ciami i oglą­da­li­śmy nawza­jem swoje świeże rany. Przed nami stała, nie­chluj­nie wyrze­zana z mar­muru przez miej­sco­wego rze­mieśl­nika, figura Boga Naj­star­szego, naj­więk­szego mistrza wśród cech­mi­strzów. Spo­glą­dała w dół na nas. Gdy zaczęły się śpiewy, gapi­łem się na zło­cone skle­pie­nie i sceny przed­sta­wione na witra­żach. Znu­dzony Jerzy nie­chęt­nie zabi­jał smoka. Inni święci cier­pieli potworne tor­tury w imię swo­ich cechów.

Ojciec Fran­cis musiał wygła­szać to kaza­nie w każdy Dzień Próby, a jego mono­tonny głos pły­nął nad ław­kami, dobrze znany jak koły­sanka. I wtedy zaczął nas przy­wo­ły­wać do ołta­rza. Gdy przy­szła na mnie kolej, prze­ci­sną­łem się wzdłuż ławki, cudem nie zaha­czy­łem szarfą o kra­wędź ołta­rza, ale kiedy po raz pierw­szy trzy­ma­łem w dło­niach kie­lich z hym­nicz­nym winem, a ojciec recy­to­wał nie­biań­skie obiet­nice, myślami byłem daleko. Czu­łem na sobie wzrok wszyst­kich wier­nych i drże­nie ziemi pod sto­pami. Widzia­łem smugi, które usta innych dzie­cia­ków zosta­wiły na srebr­nym brzegu kie­licha. Zasta­na­wia­łem się, co by się stało, gdy­bym to wypluł. Jed­nakże wzdry­gną­łem się i prze­łkną­łem cierpki czer­wony płyn. I było dokład­nie tak, jak wszy­scy zawsze powta­rzali: ujrza­łem niebo, gdzie ist­nieje tylko jeden wielki cech i nie trzeba pra­co­wać, gdzie pociągi z czy­stego sre­bra pędzą przez nie­skoń­czone łany zbóż, a wśród chmur żeglują uskrzy­dlone statki. Zda­wa­łem sobie sprawę, jak łatwo uza­leż­nić się od cho­dze­nia do kościoła, ale nawet doświad­cza­jąc tych wizji, wie­dzia­łem, że wywo­łuje je domieszka eteru w winie.

Roz­dział 2

2

Uro­dzi­łem się jako Robert Bor­rows w Bra­ce­bridge, w hrab­stwie Brown­he­ath w zachod­nim York­shire, pew­nego póź­nego szóst­ko­wego popo­łu­dnia w sie­dem­dzie­sią­tym siód­mym roku trze­ciego Wieku Prze­my­słu, jako dru­gie dziecko i jedyny syn młod­szego mistrza w Niż­szym Cechu Ślu­sa­rzy. Bra­ce­bridge było wtedy śred­niej wiel­ko­ści mia­stem nad rzeką Withy. Pro­spe­ro­wało na swój spo­sób, dla podróż­nych z eks­pre­so­wych dyli­żan­sów, które mijały naszą sta­cję bez zatrzy­my­wa­nia, było zapewne nie­odróż­nialne od wielu innych prze­my­sło­wych miast pół­noc­nej Anglii. A jed­nak przy­naj­mniej pod jed­nym wzglę­dem było nie­zwy­kłe. Der­by­shire miało kopal­nie, Lan­ca­shire młyny, Dudley fabryki, a Oxford pro­fe­so­rów w powiew­nych pele­ry­nach, lecz w tym zakątku Anglii naszym życiem rzą­dził eter. Każ­dego, kto przy­by­wał wtedy do Bra­ce­bridge, ude­rzała jedna rzecz nie do prze­ocze­nia: dźwięk-niedź­więk prze­ni­ka­jący całe mia­sto. Prze­ni­kał wszyst­kich miesz­kań­ców, sta­wał się ryt­mem naszego życia.

Szum, bum, szum, bum...

Odgłos ete­ro­wych maszyn.

Koła wodne, które napę­dzały pierw­sze ete­rowe maszyny na Rain­har­row, już dawno stały bez­czynne; tłoki i pier­ście­nie rdze­wiały, zlew­nie były puste, okna maszy­nowni z powy­bi­ja­nymi szy­bami gapiły się na fabryki, które zajęły ich miej­sce. Dolinę zawsze wypeł­niały dym, hałas i łuna od pie­ców. W budyn­kach firmy Maw­din­gly & Clawt­son zarządcy krę­cili się jak der­wi­sze, syczały wie­lo­krążki, szczę­kały łań­cu­chy. Z Pokładu Maszy­no­wego wbi­jała się w zie­mię potężna pio­nowa oś, dłu­go­ści stu metrów, nie­ska­lana jak klej­not, choć gruba jak maszt żaglowca i dzie­sięć razy od niego cięż­sza. Krę­cąc się, prze­ka­zy­wała siłę napę­dową na Pokład Środ­kowy w dole, gdzie uszy i płuca robot­ni­ków stale ata­ko­wał basowy, sza­lony rytm potrój­nych ramion maszyn ete­ro­wych. I oni, i fabryka - a w ten czy inny spo­sób całe Bra­ce­bridge - ist­nieli po to, by im słu­żyć.

Roz­cho­dząc się pro­mie­ni­ście, trzy sta­lowo-gra­ni­towe tłoki z dud­nie­niem poru­szały się wte i wewte - szum, bum, szum, bum... - eks­tra­hu­jąc ze skały eter. Z tło­kami łączyły się cien­kie jak paję­czyna nici maszy­no­wego jedwa­biu wyno­szące sub­stan­cję na górę, gdzie ener­gia roz­pra­szała się w męt­nej wodzie pierw­szej z wielu kadzi stu­dzą­cych. Potem eter mie­szano, fil­tro­wano, na koniec gotowe fiolki pako­wano do wyło­żo­nych oło­wiem skrzyń i łado­wano na powolne pociągi jadące na wschód, zachód i pół­noc, a przede wszyst­kim na połu­dnie. Tam eter zosta­nie użyty na dzie­sięć tysięcy moż­li­wych spo­so­bów, z któ­rych, co zawsze mnie ude­rzało, wła­ści­wie nie korzy­stało samo Bra­ce­bridge.

Oczy­wi­ście mówiło się wtedy, że eter jest dla nas czymś natu­ral­nym, ale w Bra­ce­bridge dla nas czymś natu­ral­nym było to wydo­by­wa­nie eteru - łoskot żelaza, wycie syren zmia­no­wych, ciężki tupot bucio­rów, zgrzyt maszyn, sadza na suszą­cym się pra­niu, a ponad wszystko pod­ziemne dud­nie­nie maszyn. Ubi­jało mąkę w spi­żarni, prze­krzy­wiało kamie­nie posadzki w holu. Pękały od niego doniczki i wyszczer­biała się por­ce­lana. Kurz ukła­dał się w fali­ste wzory, a oka tłusz­czu w śmie­ta­nie tań­czyły tęczo­wymi wzo­rami. Por­ce­la­nowe pie­ski nad komin­kiem pota­jem­nie zamie­niały się miej­scami, aż w końcu spa­dały na pod­łogę. Szum, bum, szum, bum... Ten dźwięk mie­li­śmy we krwi. Nawet gdy opusz­cza­li­śmy Bra­ce­bridge, on zabie­rał się z nami.

***

Dom, w któ­rym miesz­ka­łem - trzeci z kolei wzdłuż Bric­ky­ard Row, tara­sowo opa­da­ją­cej w stronę przed­mieść, poprzez gęste brzo­zowe zagaj­niki, z wie­loma innymi ulicz­kami nazwa­nymi Row, Back czy też Way, pną­cymi się na wzgó­rze Coney Mound powy­żej - stał przez więk­szość trze­ciego Wieku Prze­my­słu, zanim wpro­wa­dzili się do niego moi rodzice. Bra­ce­bridge było wtedy na eta­pie gwał­tow­nego roz­ro­stu, a takie tara­sowo usta­wione domy, prze­dzie­lone podwór­kami, zauł­kami i bla­sza­nymi dachami zewnętrz­nych toa­let, uwa­żało się za naj­wy­daj­niej­szy spo­sób ulo­ko­wa­nia robot­ni­ków nie­zbęd­nych do obsługi nowych, pod­ziem­nych maszyn ete­ro­wych, które wła­śnie budo­wano, żeby dostać się do głęb­szych żył eteru. Poza moja klitką na górze były po dwa pokoje na par­te­rze i na pię­trze i mnó­stwo dziw­nych zaka­mar­ków, alków, kre­den­sów i powy­gi­na­nych prze­wo­dów komi­no­wych. Naj­waż­niej­sza była kuch­nia, z któ­rej cie­pło, dźwięki i zapa­chy uno­siły się na mój stry­szek. W niej z kolei naj­waż­niej­szy był czarny żela­zny piec. Ponad nim wisiały na ogół szmaty, buty zwią­zane sznu­ro­wa­dłami, pęki szał­wii i gałą­zek iwy, kawałki szynki i sło­niny, obwi­słe pęche­rze wod­nych jabłek, mokre płasz­cze i co tylko wyma­gało susze­nia. Z dru­giego, ciem­niej­szego kąta nie­chęt­nie popa­try­wał dębowy stół - rywal i pomniej­sze bóstwo.

Na pię­trze mie­li­śmy sypial­nię od frontu, gdzie spali rodzice, i pokój od tyłu, zaj­mo­wany przez Beth, moją star­szą sio­strę. Tył domu wycho­dził na pół­noc, wąskie okienka dawały widok tylko na ściany, śmiet­niki i zaułki. Ja naprawdę mia­łem szczę­ście, bo mogłem zająć pokoik na pod­da­szu od frontu. Moje wła­sne, oso­bi­ste tery­to­rium. Na Bric­ky­ard Row ludzie tło­czyli się cia­sno. Ściany były cien­kie, a przez cegły prze­ni­kały zapa­chy, dym, głosy. Gdzieś w oddali zawsze pła­kało dziecko, gdzie indziej krzy­czał męż­czy­zna albo szlo­chała kobieta.

Moi rodzice - tak jak wielu innych ludzi miesz­ka­ją­cych na sto­kach Coney Mound, w ści­śnię­tych dol­nych war­stwach wciąż góru­ją­cej nad Anglią nie­bo­tycz­nej hie­rar­chii kla­so­wej, powy­żej nie­szczę­snych, bez­ce­cho­wych par­ta­czy, ale nie­wiele ponad to - przez lata zma­gali się z pracą i życiem codzien­nym. Nad komin­kiem we fron­to­wym pokoju wisiało stare zdję­cie zro­bione w dniu ich ślubu. Było tak znisz­czone przez dym i wil­goć, że wyglą­dało, jakby byli pod wodą. I rze­czy­wi­ście wyda­wało się, że wstrzy­muje oddech, sztywno pozu­jąc w cie­niu brzozy obok kościoła Świę­tego Wil­freda. Ale to było dawno, zanim uro­dziła się Beth, zanim uro­dzi­łem się ja. Ojciec nie miał wtedy wąsów, a dziar­sko unie­siony łokieć i spo­sób, w jaki obej­mo­wał moją matkę, suge­ro­wał, że mają przed sobą cie­kawe życie. Matka nosiła wia­nek ze świe­tli­ków i piękną koron­kową suk­nię spły­wa­jącą na trawę pie­ni­stymi falami. Bar­dzo piękna para, nawet dla moich dzie­cię­cych oczu oboje wyglą­dali zbyt młodo, by brać ślub. Poznali się w fir­mie Maw­din­gly & Clawt­son, wiel­kiej kopalni eteru na Withy­brook Road. Matka prze­nio­sła się tutaj z pod­upa­da­ją­cej rodzin­nej farmy w Brown­he­ath, a ojciec wstą­pił, za przy­kła­dem swo­jego ojca, do Trze­ciego Niż­szego Oddziału Niż­szego Cechu Ślu­sa­rzy. Jeśli wie­rzyć matce, ich ścieżki skrzy­żo­wały się wiele razy, zanim w ogóle się zauwa­żyli, a w bar­dziej marzy­ciel­skiej wer­sji ojca spoj­rzeli sobie w oczy poprzez stół w malarni, gdzie on przy­szedł z jakąś sprawą, i natych­miast się zako­chali.

Choć brzmi to śmiesz­nie, na­dal wolę opo­wieść ojca. Widzę matkę wśród wielu innych mło­dych kobiet, w dłu­giej źle oświe­tlo­nej sali, pra­cu­jącą nad drob­nymi prze­kaź­ni­kami, zanu­rza­jącą pędzle w misecz­kach z ete­rem, włosy wysoko upięte, głowa opusz­czona. Wyma­lo­wuje linie i zwoje, które napeł­nią wolą spraw­czą cech­mi­strza jakieś narzę­dzie czy maszynę. Dla ojca, wpa­da­ją­cego tu wprost z hała­śli­wej odlewni po dru­giej stro­nie placu, musiał to być cie­ni­sty ogród. A matka była pod­ów­czas ładna, może nawet piękna, z poły­sku­ją­cymi ciem­nymi wło­sami, łagod­nymi nie­bie­skimi oczyma, białą cerą, drobną, zgrabną figurą i małymi, ner­wo­wymi dłońmi. Jeśli pomi­nąć konek­sje cechowe jej rodziny, pracę w malarni dostała zapewne dla­tego, że z wyglądu nada­wała się do takich pre­cy­zyj­nych zadań; naprawdę jed­nak była nie­zręczna, robiła szyb­kie, gwał­towne ruchy, o któ­rych jej umysł dowia­dy­wał się dopiero po fak­cie. W dzie­ciń­stwie Beth i ja nauczy­li­śmy się trzy­mać z daleka od jej ruchli­wych łokci. Ale i tak musiała błysz­czeć, w każ­dym sen­sie, pośród kapią­cych ete­rem zuży­tych pędzli, gdy dzień zmie­niał się w wie­czór.

I tak oto moi rodzice spo­tkali się, zarę­czyli w Noc Świę­to­jań­ską, po czym mijały pra­co­kresy i lata. W moich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach oboje wciąż są dużo za mło­dzi, by być rodzi­cami; i dużo za sta­rzy, bo matka ma przy­gar­bione plecy i siwe włosy. Oboje znu­żyło Bra­ce­bridge i potężne ciśnie­nie angiel­skiej hie­rar­chii cecho­wej. Ojciec miał nie­stały cha­rak­ter, skłonny do gniewu i sło­mia­nego zapału, do roz­po­czy­na­nia nowych przed­się­wzięć, inte­re­sów, które zaraz porzu­cał na rzecz cze­goś innego. Kiedy odkrył, że sztywne, tajne struk­tury Niż­szego Cechu Ślu­sa­rzy nie pozwolą mu na speł­nie­nie ambi­cji, zatra­cił ową ener­gię i inte­li­gen­cję, które zapewne przy­cią­gnęły matkę do niego. Pra­wie każ­dego dnia po dro­dze do domu z fabryki zacho­dził do "Bac­ton Arms" na jed­nego szyb­kiego, który łatwo prze­obra­żał się w kilka dużych piw, a w dzie­sią­tek, pół­dzielę i dni świą­teczne zata­czał się po ulicy, z rumo­rem wpa­dał do domu i chwiej­nie lazł na górę. Tam ze śmie­chem krą­żył wokół matki, leżą­cej w łóżku i sta­ra­ją­cej się nie zwra­cać uwagi, i żar­to­wał o tym, co któ­ryś kolega powie­dział albo zro­bił. W końcu tra­cił humor i wyco­fy­wał się na zydel przed piec, gdzie spę­dzał noc, gapiąc się na żar w pale­ni­sku i zio­nąc alko­ho­lem. W powsze­dnie wie­czory, spo­so­biąc się do łóżka, roz­ma­wiali ze sobą skrzek­nię­ciami, chrząk­nię­ciami, pomru­kami, jak dwie pustułki nawo­łu­jące się na bagnach - wszyst­kimi tymi zda­niami, któ­rych mał­żeń­stwa ni­gdy nie potrze­bują koń­czyć. Ojciec wie­szał spodnie za szelki na opar­ciu krze­sła, zie­wał, prze­cią­gał się i dra­pał przez pod­ko­szu­lek po piersi, zanim wgra­mo­lił się do pościeli.

Widzę ich teraz. Lampa naf­towa na komo­dzie, zabrana przez ojca z dołu, wciąż się żarzy. Matka nie kła­dzie się od razu, jesz­cze cho­dzi boso po domu, szar­pie i targa włosy wielką srebrną szczotką, potem prze­gląda się w wybla­kłym lustrze i na moment zamiera, jakby zdzi­wiona, że widzi sie­bie po dru­giej stro­nie. Ojciec trze­pie poduszkę, kła­dzie się i mru­czy. Matka odkłada szczotkę i zdej­muje z wie­szaka koszulę nocną, wkłada ją, strze­pu­jąc sza­rymi falami, zanim spod spodu wycią­gnie bie­li­znę. Wresz­cie gasi lampę i gra­moli się do łóżka.

I leżą tak, dwie syl­wetki do połowy przy­kryte ciem­nymi kocami i brze­mie­niem kolej­nego pra­co­wi­tego dnia, oni, któ­rzy kie­dyś trzy­mali się za ręce, wio­sną cho­dzili na spa­cery, ze śmie­chem cho­wali się pod estradą przed desz­czem. Zapa­dła cisza, na Bric­ky­ard Row zmę­czone rodziny śpią w kom­ple­cie, bez­pieczne w swych łóż­kach, gdy gwiazdy oświe­tlają dachy, a od strony podwó­rza wscho­dzi księ­życ w nowiu. Nie zaszczeka pies. Podwó­rza są puste. Ostatni pociąg dawno odje­chał. Gęsta, aż sycząca cisza opada śnież­nymi falami. A potem, gdy ojciec wes­tchnie, chrząk­nie i zacznie chra­pać, sły­szalny staje się głęb­szy dźwięk. Matka leży na wznak, nie­ru­chomo, lśnią­cymi w ciem­no­ści oczyma wpa­tru­jąc się w sufit. Pal­cem lewej ręki pociera bli­znę we wnę­trzu pra­wej dłoni, w rytm tego nie­skoń­czo­nego dud­nie­nia, przed któ­rym nie ma ucieczki.

Szum, bum, szum, bum...

Roz­dział 3

3

Przy­pusz­czam, że zawsze byłem tro­chę inni niż wszy­scy - albo wmó­wi­łem to sobie. Marzy­łem. Się­ga­łem wzro­kiem ponad dachy, liczy­łem gwiazdy, buja­łem w obło­kach.

Spójrz­cie tylko na mnie: mały Robert Bor­rows wędruje z matką przez Rain­har­row w jeden z tych nie­licz­nych dni robo­czych, kiedy nie było nic pil­niej­szego do zro­bie­nia. Wspi­nam się na poko­pal­niane rumo­wi­ska, by przy­siąść na samej górze, rwać listki i pohu­ki­wać jak sowa, pod­czas gdy ona zbiera polne kwiatki. Sie­dząc z ple­cami opar­tymi o jeden z usta­wio­nych w koło gła­zów, które umie­ścili w tym miej­scu ludzie podobni i nie­po­dobni do mnie, gła­zów pokry­tych teraz war­stwą sadzy i popstrzo­nych napi­sami, widzę roz­po­ście­ra­jące się pode mną pra­wie całe Brown­he­ath, wzno­szące się i opa­da­jące sza­ro­ściami i zie­le­niami, z mia­stecz­kami i lasami wyra­sta­ją­cymi tu i tam jak włosy na ciele, aż po szczyty gór Pen­nine. W pogodne let­nie dni jest tu cie­pło. W dole, o wiele bli­żej, widzę matkę. W czar­nym płasz­czu i czepku pochyla się pośród jeżyn.

Wresz­cie coś znaj­duje i woła mnie. Złażę na dół i razem przy­glą­damy się jakiejś maleń­kiej roślince, która wychy­nęła z sza­rej węglo­wej gleby. Schy­lamy się, wyry­wamy ją i zawi­jamy w strzęp gazety, zapew­nia­jąc się nawza­jem, że w domu będzie jej lepiej niż tutaj. Nazy­wamy ją miej­sco­wym mia­nem, któ­rego nie zaapro­bo­wałby żaden cechowy znawca obło­żony łaciń­skimi księ­gami. Dla nas jed­nak wystar­cza. Rdest, bylica, świe­tlik, wro­tycz - te nazwy w ustach mojej matki brzmią jak muzyka.

Zabie­ramy więc roślinkę do domu, wkła­damy do doniczki i co rano usta­wiamy w naj­sło­necz­niej­szym miej­scu na para­pe­cie, a wie­czo­rem zabie­ramy z powro­tem, by nie skrzyw­dziły jej przy­mrozki. Matka ugniata zie­mię pal­cami, pod­lewa ją i szep­cze list­kom zachę­ca­jące słowa. A potem, pew­nego ranka, budząc się, oprócz smrodu dymu, wil­goci i ludzi, czuję słaby, choć wyraźny, nie­znany zapach. Scho­dzę, poty­ka­jąc się, po scho­dach i widzę, że matka puszy się z dumy przed maleń­kim kwia­tusz­kiem, pod któ­rego cię­ża­rem ugina się łodyżka. Jego kolor jest czy­sty jak farby w pudełku, takich barw nie ma w Bra­ce­bridge chyba nic. Kwiaty ni­gdy nie prze­trwały długo, ale te poranki spę­dzone na zer­ka­niu co chwila na barwne płatki, na wdy­cha­niu aro­matu, od któ­rego aż bolało za oczami jak od bieli pierw­szego śniegu, te poranki były naprawdę nie­zwy­kłe.

Raz czy dwa razy pomy­liła się i wró­ci­li­śmy do domu z kukuł­cza­kiem. W Bra­ce­bridge pełno było takich chwa­stów, tak jak pełno było smo­czow­szy w fabry­kach i wiel­kosz­czu­rów w norach na brzegu rzeki, gdzie stały stare barki. Nawet dzie­ciaki wie­działy, że trzeba dokład­nie obej­rzeć krzaki, nim zacznie się zbie­rać maliny czy jeżyny, mogły bowiem spro­wa­dzić nocne kosz­mary. I nie wkła­dać nóg w czarno ubar­wione pokrzywy wykwi­ta­jące wzdłuż ście­żek nad zło­żami eteru, bo powo­do­wały wysypkę, która nie goiła się i krwa­wiła przez całe pra­co­kresy. Nasi ojco­wie wie­dzieli też, że trzeba wyry­wać pędy krwio­blusz­czu wyra­sta­ją­cego ze ście­ków, matki zaś ni­gdy nie zbie­rały grzy­bów rosną­cych na nad­rzecz­nych łąkach. Jed­nakże łatwo się było pomy­lić. Gałązka pro­stych żół­tych kwia­tów, przy­po­mi­na­ją­cych duże jaskry, pach­ną­cych słodko i śmie­tan­kowo, czy wyra­sta­jąca spo­mię­dzy paproci nie­wielka naparst­nica, choć już był koniec lata, gni­ją­cym odo­rem mogła prze­nik­nąć cały dom, jak zepsuta kapu­sta, a wyzie­wami znisz­czyć naj­lep­szy wazon lub popa­lić, jak kwas, półkę nad komin­kiem. Ale i tak wszyst­kie sta­ra­nia, owi­ja­nie w gazety, otwie­ra­nie okien, zno­sze­nie narze­kań ojca, były warte świeczki, owego poczu­cia nie­spo­dzianki, odkry­wa­nia cze­goś nowego, kiedy matka wołała mnie z pod­nóża hałdy, roz­dzie­la­jąc łodygi traw i ujmu­jąc w palce dosko­nały kwiat.

Wtedy tyle rze­czy było dla mnie tajem­nicą. Szkoła Miej­ska nie nauczyła mnie niczego poza czy­ta­niem i pisa­niem, co i tak już poka­zała mi matka, a cechowi, jak mój ojciec, zacho­wy­wali swe trudy i sekrety fachu dla sie­bie i swych kufli z piwem. Maw­din­gly & Clawt­son - to była nazwa, dźwięk, wra­że­nie i insty­tu­cja. Naszym prze­zna­cze­niem była fabryka. Eter był naszym bogiem. Cał­kiem jak­by­śmy wszy­scy pró­bo­wali odwró­cić wzrok od cze­goś istot­nego i poło­żyć się z głową na dud­nią­cej ziemi, usy­pia­jąc na całe życie, pełne nie­koń­czą­cego się trudu i roz­cza­ro­wa­nia.

Od czasu do czasu ryzy­ko­wa­łem kon­takt z kukuł­czymi pokrzy­wami i zer­ka­łem przez płot na odstoj­niki, w któ­rych eter kata­li­zo­wał się i wią­zał ze zwy­kłą mate­rią, gęst­nie­jąc aż do czerni w sło­neczne let­nie dni, nato­miast w zimowe świe­cąc łuną ku górze, jakby odwró­cił się fun­da­ment nieba. Nie­kiedy, czy to z nudów, czy z potrzeby ucieczki, scho­waw­szy się w kre­den­sie pod scho­dami, grze­ba­łem w szma­tach, które trzy­mała tam matka. Były to stare ubra­nia robo­cze ojca. Jesz­cze lawen­dowo pach­niały pastą do pole­ro­wa­nia. W niektó­rych, przy­cze­pione do szwów, lśniły czą­steczki pyłu ete­ro­wego, jak ślady kre­ślone na nie­bie przez maleń­kie rakiety. A każ­dej jesieni, jak w zegarku, zaraz po wizy­cie trol­lo­wego nauczy­ciele wyj­mo­wali skrzynkę, sta­wiali ją na kate­drze i wywo­ły­wali - bądź wycią­gali z ławki - któ­re­goś ucznia, by mógł (bo nie­mal nie­zmien­nie był to chło­piec) doświad­czyć praw­dzi­wej potęgi eteru.

- Kto odkrył eter, chłop­cze?

- Wielki Mistrz z Pain­swick, Joshua Wag­staffe, pro­szę pana.

- Kiedy?

- Na początku pierw­szego Wieku Prze­my­słu, pro­szę pana. W roku tysiąc sześć­set sie­dem­dzie­sią­tym ósmym według daw­nego świę­tego kalen­da­rza.

To jesz­cze było łatwe. Drew­niana skrzynka, stara, odra­pana, miała zamek ze sta­lo­wego sko­bla na sprę­ży­nie, nie­dawno wymie­nia­nego; blo­ko­wała go prze­cho­dząca z przodu przez otwór gra­we­ro­wana zasuwa, także na sprę­ży­nie. Gra­we­ru­nek, choć minia­tu­rowy, koja­rzył się z cechami, z tajem­nicą, z pracą i z praw­dzi­wym świa­tem doro­słych. Nie były to ani litery, ani rysunki, choć ich kształty przy­wo­dziły na myśl wiją­cych się tan­ce­rzy. Podobne hie­ro­glify widy­wało się na tablicz­kach maszyn, bel­kach mostów, a nawet, byle jak odbite, na cegłach wielu domów. Sym­bole były różne w każ­dym cechu, lecz ja zawsze odno­si­łem wra­że­nie, że sta­no­wią jeden nie­skoń­czony tekst, który pew­nego dnia będę umiał odczy­tać.

Tu, w kla­sie, owe tań­czące linie mówiły nam, że zasuwa jest nasą­czona mocą eteru. Kiedy ją wytwa­rzano pod wyso­kim skle­pie­niem fabryki w jakimś pół­noc­nym mie­ście, do gorą­cego metalu wpro­wa­dzono maleń­kie dro­biny tej sub­stan­cji. Potem, dzięki cecho­wym sekre­tom, metal został obro­biony, wykuty i odlany w kształt, który widzie­li­śmy przed sobą. Nało­żono na zasuwę ochronne zaklę­cie, podob­nie jak na sko­bel i przy­trzy­mu­jącą go sprę­żynę, a potem całość zapa­ko­wano w pudła, kar­tony i wysłano w świat. Jeden egzem­plarz wylą­do­wał na biurku mistrza Hink­tona w kla­sie C w Szkole Miej­skiej w Bra­ce­bridge.

Drę­twie­jąc, wier­cąc się i zie­wa­jąc w nie­zmien­nym szkol­nym zadu­chu, wszy­scy oczy­wi­ście myśle­li­śmy, że dosko­nale wiemy, co to jest eter. Byli­śmy w końcu synami i cór­kami cecho­wych i miesz­ka­li­śmy w Bra­ce­bridge, w cie­niu Rain­har­row, gdzie tyle tego się wydo­by­wało. Przez ławki czu­li­śmy głu­che, bole­sne dud­nie­nie maszyn. Ale eter jest nie­po­dobny do innych pier­wiast­ków i nie doty­czą go prawa fizyki. Jest nie­ważki i bar­dzo trudny do okieł­zna­nia. W postaci oczysz­czo­nej roz­świe­tla dzi­wo­bla­skiem ciem­ność, ale w jasnym świe­tle rzuca cień. Co naj­dziw­niej­sze i jed­no­cze­śnie naj­waż­niej­sze dla wszyst­kich gałęzi prze­my­słu i bytów ludz­kich, które pomaga utrzy­mać, eter reaguje na ludzką wolę. Cechowy, po wielu latach ter­mi­no­wa­nia, może za jego pomocą kon­tro­lo­wać pro­cesy prze­my­słowe w swym fachu. Wiel­kie maszyny parowe napę­dza­jące angiel­skie fabryki, prze­wo­żące pro­dukty mły­nów i kopalni, bez eteru by sta­nęły albo eks­plo­do­wały od wewnętrz­nego ciśnie­nia. Bez eteru zamil­kłyby prze­ty­ka­jące pola i lasy świe­cące dzi­wo­ża­rem tele­grafy prze­ka­zu­jące komu­ni­katy, które tele­gra­fi­ści prze­śpie­wują sobie nawza­jem z umy­słu do umy­słu. Bez eteru zawa­li­łyby się eks­tra­wa­ganc­kie budowle wiel­kich miast i mosty spi­na­jące brzegi rzek. Dzięki niemu można było wszystko zro­bić szyb­ciej, taniej, z gor­szych mate­ria­łów i - trzeba to przy­znać - czę­sto mniej sta­ran­nie, niż wyma­gają prawa natury. Kotły, które ina­czej by wybu­chły, tłoki, które by się zatarły, budynki, belki, łoży­ska, które by popę­kały i się roz­pa­dły, rodzą się w powie­trzu z napę­dza­nych ete­rem bąbli cecho­wych zaklęć. Dzięki ete­rowi Anglia się bogaci, cechy roz­kwi­tają, wyją zmia­nowe syreny, kominy plują dymem, boga­cze żyją w nie­wy­obra­żal­nie wyuz­da­nym luk­su­sie, a reszta nas pra­cuje, kłóci się i wal­czy o okru­chy, które zostały. Nawet inne kraje, zła­paw­szy się we wła­sne dzi­wo­ża­rowe macki eteru i śmie­chu warte mity o odkry­ciu go przez innego wiel­kiego mistrza niż angiel­ski, dymem i stu­kiem mło­tów speł­niają marze­nia o cecho­wym prze­my­śle, a dzi­kie zie­mie pozo­stają nie­zba­dane. Dzięki ete­rowi świat obraca się powol­nymi, mrocz­nymi wirami Wie­ków, ponad woj­nami i kon­flik­tami. Bez niego... ale to nie do pomy­śle­nia!

- No, dalej - rzekł mistrz Hink­ton.

Rudo­włosy chło­pak zer­k­nął na zasuwę, potem na tablicę, gdzie wid­niał fone­tyczny zapis tego, co miał wypo­wie­dzieć, doty­ka­jąc zasuwy, choć tu nawet nor­malne litery alfa­betu wyglą­dały jak język z Księ­życa, do tego zapi­sany z błę­dami.

- Trzy­maj palec pośrodku, tuma­nie, bo sprę­żyna ci go utnie! I czym będziesz wtedy dłu­bał w nosie, co?

Ner­wowe chi­choty roz­nio­sły się po kla­sie.

- Śmiało. Jesz­cze będzie z cie­bie cech­maj­ster.

W końcu chło­pak spró­bo­wał. A może tylko odchrzą­ki­wał. Nic się nie stało. Zie­mia pod nami zadźwię­czała.

- Jesz­cze raz, tylko gło­śniej. Każdy cechowy, który jest coś wart, by to zaśpie­wał.

Chło­piec spró­bo­wał znowu. Gło­śny trzask i zamek się otwo­rzył.

- No, pod­nieś wieko. Zaj­rzyj do środka.

Mistrz Hink­ton miał swój dyżurny żart, pole­ga­jący na opusz­cze­niu wieka na głowę chłopca, który zaglą­dał do skrzynki. Teraz też to zro­bił.

- Pusta, prawda? Tak jak twoja głowa.

I wszy­scy zaśmia­li­śmy się z figla tego żało­snego dur­nia, mimo że go nie­na­wi­dzi­li­śmy.

***

- Spójrz na to.

Ojciec pod­wi­nął rękaw, by poka­zać mi splot tatu­ażu, znak jego ete­ro­wego fachu. Ojciec Matty'ego Brady'ego, miesz­ka­ją­cego nie­opo­dal, pra­co­wał przy wiel­kich samoz­syp­nych wago­nach do węgla i miał taki na całych ple­cach, jakby wąż zwi­nął się tam do snu. Na przed­mie­ściu była też cała ulica cech­mi­strzów, któ­rym z kciu­ków wysta­wały nie­bie­skawe naro­śle, jakby kolce meta­lo­wych róż. Nikt dokład­nie nie wie­dział, czym się zaj­mo­wali, poza tym, że pra­co­wali głę­boko w trze­wiach ziemi, bli­sko dud­nią­cych maszyn, byli dobrze opła­cani i nie żyli długo. Trak­to­wa­li­śmy te styg­maty - bli­zny, łuski, ozdobne siniaki, zwane przez nas zna­kami głowni - z lękiem, zawi­ścią, podzi­wem.

Wszy­scy mie­li­śmy poczu­cie, że gdzieś poza zasię­giem naszego zwy­czaj­nego życia czai się inność - jak zimny mrok kry­jący się za księ­ży­co­wym poły­skiem basenu z ete­rem. Bar­dziej niż zwol­nień z pracy, odcię­tych koń­czyn i cecho­wych sądów dys­cy­pli­nar­nych bali­śmy się, że nad­miar eteru zagoi Znak na naszych nad­garst­kach. Wtedy cze­kał cię straszny los. Sta­wa­łeś się trol­lem, odmień­cem. Oczy­wi­ście cechy zaję­łyby się tobą i twoją rodziną, tak jak zawsze dbały o swo­ich człon­ków, ale po cie­bie przy­by­wał ciem­no­zie­lony fur­gon trol­lo­wego i wywo­ził do Nor­thal­ler­ton, owego legen­dar­nego zakładu, gdzie trosz­czy­liby się o cie­bie - i wyko­rzy­sty­wali - do końca życia.

- Wczo­raj na Pokład Zachodni spro­wa­dzili jed­nego z tych trolli - oznaj­mił pew­nego wie­czoru ojciec przy her­ba­cie.

- Wiesz co... - Matka upu­ściła parę grosz­ków z widelca. - Nie powi­nie­neś uży­wać takich słów.

- A co za róż­nica? W każ­dym razie był to odmie­niec. Spro­wa­dzili go na pomoc, bo uszko­dzili młot dźwi­gniowy do tego stop­nia, że roz­har­to­wało się żelazo. Pró­bo­wali wszyst­kich zaklęć i na nic. Ale to typowe dla pre­se­rów, wie­cie. Z tego, co sły­sza­łem, na­dal nie działa.

- Udało ci się to zoba­czyć? - zapy­ta­łem.

- Nie. - Ojciec obra­cał w ustach zabłą­kany kawa­łek chrząstki. - Ale chłopcy z kuźni prę­tów przy­się­gali, że wyglą­dało jak meta­lowa jasz­czurka i że pozie­le­niał im chleb w kanap­kach.

- Frank, nie opo­wia­daj swo­jemu synowi takich rze­czy. To głu­pie zabo­bony. Poza tym, Rober­cie, to nie jest "to". To są ludzie jak wszy­scy inni.

Ale nie byli ludźmi - w tym cała rzecz. Posza­rzała skóra, wyłu­pia­ste oczy, kolce jak u jeża, owe ofiary fabryk w naszej dzie­cię­cej wyobraźni nawie­dzały zimą ślepe zaułki mię­dzy domami.

"Idzie Kar­to­flarz, idzie Kar­to­flarz, Kar­to­flany Nos! Idzie Kar­to­flarz, la la la la la..." - krzy­cze­li­śmy.

Wła­śnie dla­tego że był odmień­cem, że uwa­ża­li­śmy go za odmieńca, my dzie­ciaki naśmie­wa­li­śmy się z niego bar­dziej niż z innych włó­czę­gów, bez­ce­cho­wych par­ta­czy, któ­rzy wędro­wali po Brown­he­ath, żebrząc, sprze­da­jąc bez­u­ży­teczne rupie­cie, cza­sem krad­nąc. Więk­szość z nich w ogóle nie była trol­lami. Byli kale­kami od uro­dze­nia lub na sku­tek wypadku, lub po pro­stu tro­chę pomy­leni. Ale Kar­to­flarz był prze­dziwną posta­cią. Ubie­rał się w łach­many z kap­tu­rem, cią­gnął za sobą mały wózek i poja­wiał się w Bra­ce­bridge tylko w siwe od dymu zimowe wie­czory. Naj­pierw wiatr pędzący ulicz­kami przy­no­sił skrzy­pie­nie kółek. A potem zja­wiał się on sam, wyła­niał z zapa­da­ją­cego zmierz­chu. Jego twarz w świe­tle ulicz­nych latarni była bar­dzo znisz­czona, a dło­nie miał jak roz­go­to­wane kieł­basy, tłu­ste, ropie­jące, jak popa­rzone. Kim­kol­wiek był wcze­śniej, teraz jego odmien­ność prze­kra­czała wszel­kie gra­nice.

Matka nale­żała do nie­licz­nych pań cecho­wych, które zosta­wiały tym nie­szczę­śni­kom jał­mużnę na progu. Stare buty, wygo­to­wane kości w papie­ro­wej tor­bie, czer­stwy chleb, okrawki boczku. Cza­sem, leżąc już w łóżku, sły­sza­łem skrzyp­nię­cie furtki i obser­wo­wa­łem przez maleń­kie okienko syl­wetkę czła­piącą ku drzwiom i wózek pozo­sta­wiony na chod­niku. A cza­sem - co nie­wia­ry­godne - ktoś otwie­rał mu drzwi. Leża­łem w ciem­no­ści i wyraź­nie sły­sza­łem cichutki szmer głosu matki oraz gar­dłowy pomruk, który mógł nale­żeć tylko do niego. Ran­kiem sama myśl, że Kar­to­flarz mógł wcho­dzić do naszego domu, wyda­wała się absur­dalna.

***

W spo­koj­niej­sze wie­czory nasłu­chi­wa­łem dobrze zna­nych odgło­sów krzą­ta­niny z dołu: trza­śnię­cia szu­flady, do któ­rej matka odło­żyła kuchenne noże, zgrzyt­nię­cia blocz­ków, gdy pod­cią­gała pod sufit suszarkę pełną ocie­ka­ją­cego pra­nia, stęk­nię­cia i skrzyp­nię­cia scho­dów, gdy szła na górę. Chwila ciszy. "Rober­cie, śpisz?". Ni­gdy nie spa­łem. Kolejna pauza - matka zasta­na­wiała się, czy strome stop­nie pro­wa­dzące na mój stry­szek potrak­to­wać jak schody, czy jak dra­binę. Gdy w końcu wspi­nała się pod skos dachu, jej roz­pusz­czone włosy ota­czał obło­czek roz­pro­szo­nego świa­tła świecy. Przy­gar­biona pod niskim stro­pem, przy­tu­la­jąc się do mnie przez pofał­do­wane kapy i koce, łapała oddech.

- Dawno, dawno temu była sobie ładna dziew­czyna. Nazy­wała się Kop­ciu­szek. Miesz­kała sama w wiel­kim sta­rym domu, z maco­chą i trzema brzyd­kimi przy­rod­nimi sio­strami.

- Czyli nie była taka cał­kiem sama, prawda?

- Pocze­kaj, zoba­czysz...

I tak każ­dej nocy; mity i baśnie z całej Anglii prze­mie­szane z jej i moimi wyobra­że­niami. Opo­wia­dała mi histo­rie o zało­ży­cie­lach naszego cechu, te z nich, które wolno było poznać kobie­tom. A potem o Wieku Kró­lów, kiedy nie było cechów i wszyst­kie ludy bez­sen­sow­nie wal­czyły ze sobą, rzą­dzone z pała­ców złych monar­chów, któ­rych póź­niej spra­wie­dli­wie osą­dzi­li­śmy i ścię­li­śmy, o groź­nych rycer­zach zaku­tych w stal, o Artu­rze, sza­lo­nej kró­lo­wej Elż­bie­cie i Boadi­cei, co wal­czyła z Rzy­mia­nami. I zda­wało mi się, że jesz­cze wcze­śniej, przed Wie­kami Prze­my­słu, kiedy nauczono się wysy­sać z ziemi magię, nawet przed Wie­kiem Kró­lów cały świat wypeł­niały cuda więk­sze, niż mogłem sobie wyobra­zić. Wspa­niałe zwie­rzęta poja­wia­jące się jak spod ziemi, wynio­słe białe pałace, każde wzgó­rze poro­śnięte pięk­nymi rośli­nami...

- I wtedy Kop­ciusz­kowi uka­zała się Dobra Wróżka.

- Była odmień­cem?

Chwila przej­mu­ją­cej ciszy.

- Rober­cie, to tylko bajka.

- To opo­wiedz mi coś praw­dzi­wego. Opo­wiedz mi o Zło­to­bia­łej.

- Dobrze. Posłu­chaj...

Kiedy w moim poko­iku na pod­da­szu opo­wia­dała mi o Zło­to­bia­łej, zawsze robiła to z uśmie­chem i lek­kim waha­niem. Jak więk­szość klasy pra­cu­ją­cej, w głębi duszy czuła sym­pa­tię dla kobiety uro­dzo­nej na samym dole cecho­wej hie­rar­chii, która stała się tak potężna, że zagro­ziła, choćby na chwilę, wszech­wła­dzy cechów. Jed­nakże matka była także panią cechową i musiała odczu­wać pewne roz­dar­cie na myśl o tej kobie­cie. Zło­to­biała, któ­rej magia przy­cho­dziła rów­nie natu­ral­nie jak oddy­cha­nie, sta­nęła na czele powstań­ców i pode­szła z nimi pod mury Lon­dynu. Jeśli jed­nak wystar­cza­jąco długo wstrzy­my­wa­łem oddech, krzy­żu­jąc pod koł­drą palce rąk i wywi­ja­jąc palce nóg w moim wła­snym dzie­cin­nym zaklę­ciu, w końcu przy­jem­ność opo­wie­dze­nia cie­ka­wej histo­rii brała górę.

- Zło­to­biała... to nie było jej praw­dziwe imię. Ale nikt nie wie, jak się naprawdę nazy­wała, z któ­rej czę­ści Anglii przy­była, choć wiele miast chce zawłasz­czyć tę legendę. Nawet ci głupcy z Flin­ton, gdzie w ziemi leży tylko węgiel, a przy dro­dze wyra­sta potężna hałda żużlu, nawet oni zapew­niają, że uro­dziła się tam - uwie­rzył­byś w to? Ale słu­chaj dalej. Kiedy ludzie zauwa­żyli, że Zło­to­biała jest odmień­cem, miała szes­na­ście lat. Sama na pewno wie­działa to od dawna. Widzisz, z wyglądu była cał­kiem nor­malna, choć bar­dzo ładna, a w owych cza­sach nie było Dnia Próby...

Zło­to­biała ucie­kła więc do lasu, który w tam­tych cza­sach pokry­wał więk­szość naszego kraju. Tam roz­ma­wiała ze zwie­rzę­tami, bro­dziła przez stru­mie­nie i poznała oso­bli­wych ludzi, odmień­ców, sza­leń­ców, porzu­co­nych, oka­le­czo­nych, par­ta­czy wszel­kiej maści - w zasa­dzie wszyst­kich, któ­rym eter oraz cechy wyrzą­dziły krzywdę i wyrze­kły się ich. I tak, wędru­jąc pośród mgli­stych drzew, z początku nie­śmiała, potem potęż­nie­jąc i pięk­nie­jąc od wewnętrz­nego czaru, sku­piła wokół sie­bie boha­te­rów wszyst­kich legend. Robin Hooda, Lan­ce­lota i Panią Jeziora; Kró­lewnę Śnieżkę, Kop­ciuszka, Rasz­punkę, Króla Głup­ców i Zie­lo­nego Ryce­rza. Wszyst­kich.

Obie­cała swoim ludziom kró­le­stwo, które było jed­no­cze­śnie nowe i stare. W nie­któ­rych poda­niach nazywa się je Ava­lo­nem, inni mówią o Albio­nie, cho­ciaż to jest tylko inna nazwa naszego kraju. Ale w naj­lep­szych wer­sjach baśni, tych, które opo­wiada się tutaj, jest mowa o Ein­fell. Ein­fell leży tuż obok naszego świata, a Zło­to­bia­łej udało się je odwie­dzić, kiedy była mała. Wra­ca­jąc, zabrała ze sobą tro­chę jego bla­sku. Ein­fell pro­mie­niało z jej uśmie­chu i wła­śnie dla­tego ludzie się ku niej gar­nęli, by usły­szeć jej głos i poczuć jej wzrok, który był jak blask słońca...

Potem chcia­łem, by matka opo­wie­działa o kole­jach tak zwa­nego Bez­boż­nego Powsta­nia pod wodzą Zło­to­bia­łej - o tym, jak jej obdarta armia wędro­wała na połu­dnie, aż w końcu ujrzała mury Lon­dynu ze swego obozu na Wzgó­rzach Lataw­co­wych.

- Wtedy już poznała Sta­rzyka Jacka. On rów­nież był odmień­cem. Miał na rękach ślady tor­tur, dziury przy­po­mi­na­jące sęki, i zawsze ota­czała go ciem­ność. Jed­nak paso­wał do towa­rzy­stwa, które sku­piło się wokół Zło­to­bia­łej, więc chęt­nie go przy­jęła. Sta­rzyk Jack został jej gene­ra­łem, a zwy­cię­stwa w bitwach były jego zasługą...

Była to naj­krwaw­sza i naj­mrocz­niej­sza z histo­rii opo­wia­da­nych mi przez matkę. Zabra­kło w niej jed­nak osta­tecz­nej bitwy pod murami Lon­dynu, kiedy to Sta­rzyk Jack zdra­dził Zło­to­białą i oddał ją, skutą łań­cu­chami, w ręce cech­mi­strzów. W naszej opo­wie­ści Zło­to­biała ni­gdy nie spło­nęła na sto­sie na Cler­ken­well. Była to nato­miast pełna rado­ści podróż, obfi­tu­jąca we wspa­niałe przy­gody i nie­spo­dzianki, a uzdro­wie­nia i inne cuda zda­rzały się nie­mal przy każ­dym kamie­niu milo­wym. Wie­wiórki ska­kały z drzewa na drzewo, a ptaki śpie­wały ponad wspa­nia­łym pocho­dem Zło­to­bia­łej przez nie­skoń­czony las. Jego miękki pół­mrok był prze­ty­kany zło­tem i cie­niami. Już zaraz, za następ­nym zakrę­tem, a naj­póź­niej wie­czo­rem dojdą do miej­sca, które im obie­cała. Wcale nie był to Lon­dyn, nawet nie Anglia czy Albion, lecz Ein­fell...

Gdy mil­kły ostat­nie słowa baśni, matka sie­działa jesz­cze przez dłuż­szą chwilę, pal­cami lewej dłoni deli­kat­nie uci­ska­jąc małą szarą szramę we wnę­trzu pra­wej, którą cza­sem zauwa­ża­łem, lecz jej pocho­dze­nia ni­gdy mi nie wyja­wiła. Świeca filo­wała i bły­skała. Śpiewy i las powoli ble­dły. Gdzieś w oddali szcze­kał pies, pła­kało dziecko. Wiatr szep­tał w dachów­kach, deli­kat­nie falu­jąc paję­czy­nami na pod­da­szu. A z głę­bin pod mia­stem wzno­sił się ponad drewno i cegły Bric­ky­ard Row jesz­cze jeden dźwięk.

Szum, bum, szum, bum...

- Opo­wiedz mi coś jesz­cze.

Poca­ło­wała mnie w czoło i uci­szyła, kła­dąc palce na ustach. Ich czubki deli­kat­nie pach­niały dymem z kominka.

- Rober­cie, już dosyć cudów jak na jedną noc.

Ale ja ni­gdy nie mia­łem dosyć.

***

I nad­szedł czas świę­to­jań­skiego jar­marku na nad­rzecz­nych łąkach. Tego długo ocze­ki­wa­nego ranka sie­dzia­łem w par­nej kuchni przy stole, spo­glą­da­jąc na matkę uwi­ja­jącą się w far­tu­chu, zasta­na­wia­jąc się, czy naprawdę dotrzyma obiet­nicy i zabie­rze mnie tam, żebym mógł zoba­czyć praw­dzi­wego, żywego smoka. A potem wyszli­śmy na dwór, pod przy­mglone słońce, kro­czy­li­śmy po bruku i poko­na­li­śmy most z żywo­stali, któ­remu mia­sto zawdzię­czało nazwę - i dotar­li­śmy na łąkę. Był cichy dzie­sią­tek, przed pół­dzielą, tego dnia jar­mark miał roz­kwit­nąć w całej swej glo­rii. Stały tu poła­tane, wybla­kłe od słońca pasia­ste namioty. Węże rur maszy­no­wych wiły się mię­dzy kro­wimi plac­kami jak kawałki zgu­bio­nych jelit. Dobie­gały nas krzyki, stuk młot­ków. Wszę­dzie było pełno wozów. Maszyny, które będą napę­dzać karu­zele, nie­wiel­kie jak na stan­dardy Bra­ce­bridge, drze­mały, jałowo kle­ko­cąc i ledwo dymiąc, opusz­czone przez swo­ich mistrzów. Czuło się, że przy­szli­śmy za wcze­śnie, że nic jesz­cze nie jest gotowe. Czło­wiek w far­tu­chu jed­nak wziął od nas pie­nią­dze. Lewą ręką ści­ska­jąc dłoń matki, w pra­wej dzier­żąc lepką kulę anyż­ko­wego lizaka, ruszy­łem przez zwię­dłą trawę na poszu­ki­wa­nie smoka.

Sta­nę­li­śmy z matką przed sporą, pod­partą cegłami budą na skraju pola, wśród cier­ni­stych krza­ków, czu­jąc zapach gnoju i fajer­wer­ków. Ze ściółki z wil­got­nych gazet dziwne stwo­rze­nie spoj­rzało na nas przez drew­niane pręty. Jedno oko miało prze­sło­nięte srebr­nym biel­mem, ale dru­gim, zie­lo­no­zło­tym, ze szcze­liną źre­nicy jak u kozła, obser­wo­wało nas. Pasz­czą wydało ostry, trza­ska­jący dźwięk. Zęby miało popsute. Kiedy roz­po­starło przy­kur­czone kikuty skrzy­deł, zerwał się rój much, zaraz sia­da­jąc z powro­tem. Na skó­rze nie miało łusek, była szara, gdzie­nie­gdzie poro­śnięta kęp­kami ostrej szcze­ciny.

To miał być smok? Nie­po­cie­szony powlo­kłem się do domu. Ojciec jesz­cze nie wró­cił, a Beth była w szkole, dom wydał mi się pusty i zatę­chły, gdy matka zatrza­snęła za sobą drzwi. W moich ustach i sercu, z gorz­kim, smut­nym sma­kiem anyżku łączyło się odle­głe dud­nie­nie.

Szum, bum, szum, bum...

- No wiesz, Rober­cie, wcale nie było tak źle, prawda? Przy­naj­mniej zoba­czy­łeś smoka. Jutro nie dali­by­śmy rady prze­ci­snąć się przez tłum.

Wzru­szy­łem ramio­nami, wpa­tru­jąc się w rysy na bla­cie stołu. Nie wie­dzia­łem wów­czas, jak powstają takie stwory: że było to, na swój spo­sób, wiel­kie osią­gnię­cie jakie­goś zwierz­mi­strza - tak odmie­nić ciało kota, świni, psa czy kury, by nie dało się roz­po­znać, czym było pier­wot­nie. Czu­łem jed­nak, że kala się w ten spo­sób świat, bo pobudki, z jakich się to robi, są dokład­nym prze­ci­wień­stwem ogni­stego natchnie­nia, z któ­rego dawno temu, w miej­scu zwa­nym Ein­fell, powsta­wały wszel­kie stwo­rze­nia zro­dzone przez natu­ralną magię.

- Świat jest pełen nie­spo­dzia­nek. - Matka oparła się bio­drem o moje krze­sło, poło­żyła łok­cie na stole, pal­cami obry­so­wu­jąc sza­rawą bli­znę we wnę­trzu pra­wej dłoni. - Tylko że nie­które nie są... aż taką nie­spo­dzianką, jakiej byś się spo­dzie­wał.

Mijały noce, aż nade­szła jesień, kiedy wszy­scy cechowi Bra­ce­bridge para­do­wali z bęb­nami i pisz­czał­kami, w cylin­drach i szar­fach, a pomniej­sze domy cechowe otwie­rały swe podwoje, by dzieci mogły podzi­wiać wysa­dzane dro­gimi kamie­niami księgi i zdo­bione reli­kwia­rze. Potem od Coney Mound zawiał mroźny wiatr, ogo­ła­ca­jąc brzozy z liści i skłę­bia­jąc chmury nad Rain­har­row. Ja każ­dej nocy uśmie­cha­łem się do sie­bie, gdy matka, nie­zręcz­nie jak zwy­kle, rakiem, scho­dziła po dra­bince z mojego stryszku, z peł­ga­jącą, bled­nącą świecą w dłoni. Wszyst­kie marze­nia, nadzieje, nie­wy­ra­żalne słowa na­dal pozo­sta­wały ze mną. Wci­ska­łem palce stóp głę­biej w wygrzaną przez matką pościel i sta­ra­łem się zapo­mnieć o szu­mie wia­tru na Coney Mound i nie­usta­ją­cym baso­wym dud­nie­niu, liczą­cym mie­siące, pra­co­kresy i dni, aż w końcu poszy­bo­wa­łem mię­dzy księ­życ i gwiazdy, patrząc z góry na dymiące kominy mia­sta Bra­ce­bridge i nocny dzi­wo­blask kadzi stu­dzą­cych eter.

Stam­tąd, z kra­wę­dzi snu, na początku leciutko jak trawa muśnięta wia­trem, potem coraz szyb­ciej, z piskiem, z doliny zabie­rał mnie nocny eks­pres. Sta­łem na pomo­ście z paro­mi­strzem, doglą­da­jąc wiel­kiej loko­mo­tywy prze­la­tu­ją­cej przez nędzną sta­cyjkę naszego nędz­nego mia­steczka. Bra­ce­bridge - roz­ma­zane działki, wysy­pi­ska śmieci, pola, podwó­rza, domy, fabryki. Potem wzgó­rza, dzi­kie, odludne wzgó­rza z błęd­nymi ogni­kami, dziw­nymi odgło­sami i chłod­nym zapa­chem torfu i wrzosu ście­lą­cym się wzdłuż poły­sku­ją­cych ete­rem torów. Pociąg sunął pod kona­rami lasów, pędził przez Oxford i Slo­ugh, przez dymiące mia­sta prze­my­słowe, z tur­ko­tem prze­jeż­dżał przez potężne łuki ponad wiel­kimi rze­kami i nie­na­zwa­nymi roz­le­wi­skami, wagony poły­sku­jące bursz­ty­no­wymi kora­li­kami okien mijały łachy pia­sku, łodzie żaglowe, poro­śnięte sito­wiem mokra­dła. Zawo­ził mnie gdzieś daleko od Bra­ce­bridge, a jed­nak bli­żej jakiejś głęb­szej życio­wej prawdy, która zawsze mi się wymy­kała.

I pewien byłem, że prawda ta okaże się czymś wspa­nia­łym.

Roz­dział 4

4

- Rober­cie, wsta­waj!

Obu­dzi­łem się zesztyw­niały i zmar­z­nięty, w nie­wy­god­nej pozy­cji. Pozbie­ra­łem stare płasz­cze, które pozsu­wały się ze mnie, i unio­słem wzrok ku trój­kąt­nemu okienku pod­da­sza.

- Prę­dzej! - W kuchni zachro­bo­tała suszarka do ubrań. - Już późno!

Była to sama koń­cówka lata. Nie­równe szkło mego okienka po raz pierw­szy w tym roku pokryło się zamro­zem, białe wzory pul­so­wały i zmie­niały się od cie­pła mojego odde­chu. Wyplą­ta­łem ręce spod przy­kry­cia, żeby dotknąć szybki, nary­so­wa­łem na niej kółka. Pod brzo­zami prze­pły­wała znie­kształ­cona wer­sja mia­sta Bra­ce­bridge, przy­sło­nięta kłę­bami dymu i pary.

- Wycho­dzimy! - Matka stała teraz u pod­nóża scho­dów. - Nie zdą­żysz zjeść śnia­da­nia!

Hała­su­jąc, by poka­zać, że wstaję, nacią­gną­łem kra­cia­ste spodnie, koszulę i swe­ter. Przy­szło mi do głowy, że choć jest późno, matka pew­nie się spo­dziewa, że pójdę do szkoły. A więc dzi­siej­szy dzień był czymś nie­zna­nym, białą plamą na mapie. Sły­szało się to w samym tonie jej głosu.

Jedząc śnia­da­nie, przy­glą­da­łem się jej bystro przez kuchenny stół. Mie­li­śmy cały dom dla sie­bie - Beth już roz­da­wała uczniom tabliczki w szkole Har­man­thorpe, gdzie ter­mi­no­wała jako pomoc­nik nauczy­ciela, a ojciec był w pracy, w fabryce Maw­din­gly & Clawt­son. Matka miała pod far­tu­chem ciem­no­nie­bie­ską spód­nicę i świeżą białą bluzkę. Ina­czej, a może po pro­stu sta­ran­niej upięła włosy. Prze­sta­wiała i ukła­dała naczy­nia kuchenne, jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle spra­wia­jąc wra­że­nie, że myśli o czymś innym. Kiedy się krzą­tała, zauwa­ży­łem, że ostat­nio schu­dła, brzegi jej far­tu­cha sty­kały się na ple­cach.

- Dokąd idziemy?

- Daleko.

- A po co?

- Zoba­czysz.

Zsu­ną­łem się z krze­sła i posze­dłem do toa­lety. Niebo nad podwó­rzem miało nijaki szary kolor, a powie­trze sma­ko­wało mdło i pyli­ście. Zasiadł­szy na lodo­wa­tej desce, zaczą­łem stu­dio­wać strzępy gazet, odry­wa­jąc je jeden za dru­gim z gwoź­dzia, na któ­rym wisiały. Naj­bar­dziej podo­bały mi się kawałki tytu­łów. PRO­CES. CHWAŁA. TRA­GE­DIA. Mogłem uda­wać, że prze­po­wia­dają mój przy­szły los.

Gdy w końcu wró­ci­łem, matka cze­kała na mnie w przed­po­koju, już ubrana w płaszcz i buty, z para­solką prze­wie­szoną przez jedną rękę i wikli­no­wym koszy­kiem nakry­tym kra­cia­stą ser­wetą w dru­giej. Wes­tchnęła, kiedy mozo­li­łem się ze sznu­ro­wa­dłami, potem chwy­ciła mnie za rękę i wycią­gnęła na ulicę, piętą zamy­ka­jąc drzwi fron­towe.

Kiedy dzieci były w szkole, a męż­czyźni i kobiety w pracy, ulica Bric­ky­ard Row była nie­mal pusta. Rzed­nące kłębki mgły zbie­rały się wokół balu­strad i żywo­pło­tów, two­rząc mętną poświatę, w któ­rej nie­liczne biel­sze ściany i nowe dachówki lśniły jak naczy­nia w zle­wie. Wyle­niały szary koń gme­rał nosem w worku z obro­kiem. Otu­lona sza­lem stara kobieta sie­działa na schod­kach i robiła na dru­tach. Minął nas, pogwiz­du­jąc, przy­sa­dzi­sty komi­niarz, z nie­od­łącz­nym towa­rzy­szem - obło­kiem sadzy. Nieco dalej przy dro­dze jacyś człon­ko­wie niż­szego cechu budo­wali tanie domy, o ścia­nach z poje­dyn­czej cegły, powszech­nych w oko­li­cach Coney Mound, swymi cecho­wymi gestami i szep­tami wią­żąc lichą zaprawę. Nawet w nieco lep­szych miej­scach Bra­ce­bridge nie miało czym błysz­czeć. Zimy tu były sro­gie, a lata krót­kie, zda­rzały się wichury, powo­dzie i susze. Mia­sto wyro­sło razem z potęgą cechów. Wielcy mistrzo­wie zna­leźli spo­sób, by doro­bić się na prą­dzie rzeki Withy, potem na węglu, parze i żela­zie, wresz­cie na dro­go­cen­nym ete­rze, któ­rego złoża kryły się pod wil­gotną, żół­tawą zie­mią Rain­har­row. Zatrud­nili bez­rol­nych chło­pów w hutach i fabry­kach, potem zmie­nili sta­ro­żytny sied­mio­dniowy tydzień o pogań­skich nazwach dni w nowo­cze­sny, dwu­na­sto­dniowy pra­co­kres, skła­da­jący się z dzie­się­ciu i pół dnia robo­czego i odro­biny czasu na odpo­czy­nek. Ale też zbudo­wali w Bra­ce­bridge nową wieżę z zega­rem, parę gospód, które ochrzcili swo­imi nazwi­skami i cią­gnęli z nich nie­złe zyski, oraz wielki i brzydki kościół Świę­tego Wil­freda, z któ­rego w nie­dzielę wycho­dzili wierni, pro­mie­nie­jąc wizjami hym­nicz­nego wina; reszta zaś odwie­dzała świą­ty­nię nie­czę­sto, z nie­ja­snym prze­czu­ciem cze­goś złego.

Tak więc w ów czwart­kowy pora­nek śpie­szy­li­śmy z matką do mia­sta. Wpraw­dzie marzy­łem o podró­żach na pomo­stach noc­nych pocią­gów, lecz miej­ska krzą­ta­nina na głów­nej ulicy na­dal mnie fascy­no­wała. W powie­trzu uno­sił się zapach gorą­cego chleba, gnoju, kapu­sty, błota. O miej­sce na bruku wal­czyły taczki, powozy, fur­gony konne i parowe, per­sze­rony i nie­skoń­czona liczba pie­szych. Góro­wała nad nimi pobie­lała od pta­sich odcho­dów sta­tua Wiel­kiego Mistrza z Pain­swick. Unie­sione prawe kolano posągu wypo­le­ro­wały ręce wielu ludzi pro­szą­cych o bło­go­sła­wień­stwo. A tutaj, dla tych, co mogli sobie na to pozwo­lić, pew­niej­sze spo­soby na zła­go­dze­nie życio­wych cier­pień. Na wysła­nej podusz­kami wysta­wie skle­po­wej spo­czy­wały nakra­piane cierp­niki, które cza­sem widy­wa­łem w artre­tycz­nych dło­niach sta­rych i boga­tych dam cecho­wych. Nie­koń­cząca się roz­kosz (jak sobie wów­czas wyobra­ża­łem), pły­nąca z gra­ni­to­wego jajka potrak­to­wa­nego ete­rem albo z cze­ko­lad w sąsied­niej witry­nie, ustro­jo­nych w pióra jak dzi­kusy z Thule. W zwy­kły dzień pocią­gnął­bym matkę za rękę, żeby zwol­niła, dziś jed­nak jej zde­cy­do­wana mina spra­wiła, że chło­ną­łem tyle wra­żeń, ile zdą­ży­łem, poty­ka­jąc się i roz­dzia­wia­jąc usta. Z góry patrzyło na nas Rain­har­row. Tutaj, gdzie ulice zbie­gały się, two­rząc cen­trum, stały domy cechowe lep­szych cechów, opa­trzone ich godłami jak gospody i ogro­dzone spi­cza­stymi, lśnią­cymi, czar­nymi par­kami. Zauwa­ży­łem, jak otwie­rają się jedne z wypo­le­ro­wa­nych drzwi i wycho­dzi z nich wysoki męż­czy­zna z obfi­tymi boko­bro­dami, wyglą­da­jący cał­kiem zwy­czaj­nie, jeśli nie liczyć brą­zo­wego gar­ni­turu jak spod igły. Kiedy spoj­rzał w dół, matka unio­sła ku niemu wzrok. Wydało mi się, że oboje drgnęli, roz­po­znaw­szy się nawza­jem.

Teraz scho­dzi­li­śmy w dół wśród fabryk i pla­ców, odda­la­jąc się od cen­trum. Mimo że wyszło słońce, powie­trze gęst­niało od smo­li­stego dymu. Czu­łem bli­skość maszyn ete­ro­wych pod zie­mią. Mija­li­śmy maga­zyny oraz odkryty plac, na któ­rym trzy­mano zie­mio­stwory. Matka wygrze­bała kawałki węgla z pobli­skiej hałdy i wsu­nęła je przez kraty. Pozna­czone bli­znami, podobne do kre­tów potwory unio­sły się na rdza­wych łapach przy­po­mi­na­ją­cych łopaty, poru­szyły ryjami i z zadzi­wia­jącą deli­kat­no­ścią pochło­nęły czarne orze­chy, zie­jąc cie­płym odde­chem jak z wnę­trza pieca.

Zbli­ża­li­śmy się do sta­cji kole­jo­wej, gdzie na nabrzeża wspi­nały się słupy tele­gra­ficzne. Dziś linie były obcią­żone, odci­na­jąc się dzi­wo­czer­nią od jaśnie­ją­cego nieba. Matka zaczęła stu­dio­wać wycią­gnięty z kie­szeni płasz­cza roz­kład jazdy, jed­no­cze­śnie obli­zu­jąc palce z pyłu węglo­wego, potem, jakby nie doszła do żad­nego wnio­sku, rap­tow­nie wepchnęła mnie do wyło­żo­nej ciemną boaze­rią pocze­kalni, peł­nej dłu­gich sze­re­gów pustych, cier­pli­wych ławek. Przez łuko­wate okienko widać było jasną salę pełną krzą­ta­niny. Matka zastu­kała w szybkę rączką para­solki. Się­ga­jąc oczyma do blatu, unio­słem wzrok, by podzi­wiać obfi­tość wło­sów w nosie mistrza z Cechu Kole­ja­rzy, który, prze­wer­to­waw­szy wiele stro­nic, wydał nam dwa grube dziur­ko­wane kar­to­niki pach­nące świe­żym atra­men­tem roz­ma­zu­ją­cym się przy dotyku; wyda­wało się, że kryją w sobie kwin­te­sen­cję sinej dali, choć domy­śla­łem się, że poje­dziemy pod­miej­skim pocią­giem na jakąś sta­cyjkę, o któ­rej mało kto sły­szał.

Wspię­li­śmy się na brzę­czącą, krętą żela­zną kładkę. Sta­cja kole­jowa Bra­ce­bridge była zaska­ku­jąco oka­zała, znak ambi­cji mia­sta, ambi­cji, która pozo­stała nie­speł­niona pomimo obfi­to­ści eteru. Usie­dli­śmy na ławce na ostat­nim pero­nie. Obok na bocz­nicy syczało kilka loko­mo­tyw. Słońce zaświe­ciło jaśniej. Gru­chały gołę­bie. Odstoj­niki z ete­rem lśniły czer­nią na hory­zon­cie, tuż powy­żej pierw­szej linii dachów. Puste szyny pusto poły­ski­wały. Matka postu­ki­wała koń­cem para­solki w płyty chod­nika. Stuk, puk, stuk, puk.

- Dokąd jedziemy?

- Zoba­czysz.

Wresz­cie zasy­czały druty, a sema­fory ski­nęły gło­wami. Na peron wto­czył się pociąg, trzy niskie drew­niane wagony zakle­ko­tały, na wprost nas zatrzy­mała się pcha­jąca je loko­mo­tywa. Poma­lo­wana na czer­wono, mała, pordze­wiała i stara, z syczą­cym, ledwo dyszą­cym kotłem, oszro­niona przy­po­mi­na­ją­cym sól maszy­no­wym lodem, krysz­tał­kami, które wydziela eter, kiedy wyczer­pie się jego moc. Bli­żej jej było do zło­mo­wi­ska niż fabryki i w niczym nie przy­po­mi­nała opły­wo­wych eks­pre­sów z mych snów. Baga­żowi zaczęli wyno­sić worki i wózki. Loko­mo­tywa czknęła i wzdry­gnęła się. Wspię­li­śmy się do pustego wagonu, usie­dli­śmy na twar­dych ław­kach. Gdy roz­legł się gwizd, a sta­cja w kłę­bach pary zaczęła odjeż­dżać, cały w środku zady­go­ta­łem. Był­bym szczę­śliwy, mogąc tak jechać bez końca, patrzeć, jak Bra­ce­bridge znika, ustę­pu­jąc miej­sca kol­cza­stym żywo­pło­tom. Patrzeć, jak zbo­cza uno­szą się, a matka spo­gląda w okno, wymy­ślać sobie coraz bar­dziej skom­pli­ko­wane wer­sje histo­rii, w któ­rej ucie­kamy razem przed jakimś bez­li­to­snym wro­giem, opusz­czamy mia­sto na zawsze.

Pola uprawne się prze­rze­dziły. Wzgó­rza uro­sły, były zwień­czone ska­li­stymi koro­nami, jak Rain­har­row. Scar­side, potem Fare­den i Hal­low­fell. Nasza podróż dopiero się roz­po­czy­nała... i wtem linia kole­jowa zwę­ziła się do jed­nego toru, pociąg zwol­nił, a widok za oknem prze­sło­niła zardze­wiała tablica z napi­sem TAT­TON HALT.

Kiedy sta­nę­li­śmy na pustym pero­nie, pociąg zasa­pał i ruszył w dolinę, wie­jąc mi chło­dem po nogach. Nad wzgó­rzami prze­su­wały się rzad­kie chmurki. Jedy­nym śla­dem ludz­kiej obec­no­ści była szem­rząca poje­dyn­cza linia tele­gra­ficzna idąca wzdłuż torów, zni­ka­jąca w oddali przy wyszczer­bio­nych ruinach sta­rego kamie­nio­łomu.

Nasze stopy zagrze­cho­tały na kamien­nej dróżce. Matka ruszyła szybko, wyma­chu­jąc ener­gicz­nie koszy­kiem i para­solką, ja wlo­kłem się z tyłu, nie­przy­zwy­cza­jony do tak roz­le­głego widoku, w któ­rym dale­kie góry nie­mal się nie prze­su­wały. Poza tym coś się zmie­niło, coś było nie tak. Nawet sama zie­mia wyda­wała się... Gdy łąka wygięła się w łuk, zmie­nia­jąc ścieżkę w coś w rodzaju osło­nię­tego parowu, zaczęło do mnie docie­rać, że zosta­wi­li­śmy za sobą dud­nie­nie ete­ro­wych maszyn. Tutaj, wśród olbrzy­mich gła­zów, dębów i ostro­krze­wów, roz­brzmie­wało tylko odle­głe wycie wia­tru. Gdy osło­niły nas zie­lone i złote gałę­zie, powie­trze stało się cie­plej­sze. Tchnęło przed­wieczną czy­sto­ścią - i oso­bli­wym bez­ma­szy­no­wym spo­ko­jem. W zaro­ślach lśniły poma­rań­czowe, czer­wone i złote jagody. Doszli­śmy do polany, gdzie nad rzeką gar­biły się wierzby. Matka roz­ście­liła pasia­sty ręcz­nik i usie­dli­śmy na nim, by zjeść. Odwi­ną­łem z per­ga­minu kanapki z jaj­kami i wdy­cha­łem ich swoj­ski zapach - kuchni i pusz­cza­nych bąków, potem się­gną­łem po eklery, spłasz­czone na dnie koszyka jak zepsute ostrygi, wydzie­la­jące bokami wani­liowy krem. Rzeka pobły­ski­wała. Matka przy­glą­dała się, jak jem.

Dalej szli­śmy wzdłuż wody. Za zakrę­tem, cały czas idąc po tej samej ścieżce, natra­fi­li­śmy na poro­śnięty mchem mur. Musiał mieć wie­le­set lat, obro­sły go już drzewa, prze­sła­nia­jąc u nasady plą­ta­niną liści. Rosły tu dęby i brzozy. Zbite masy ostro­krzewu. Rosły spóź­nione mle­cze, wro­tycz, brą­zowe pokrzywy i ostre kolce jeżyn z owo­cami przy­po­mi­na­ją­cymi owa­dzie oczy. Gdy skrę­ci­li­śmy wzdłuż krzy­wi­zny muru, las zgęst­niał i zro­biło się ciem­niej. Dotar­li­śmy do znisz­czo­nej, poro­śnię­tej blusz­czem stró­żówki i otwar­tej bramy z kutego żelaza. Przez zachwasz­czoną murawę prze­le­wały się cie­nie drzew. Zawa­ha­li­śmy się oboje. Mie­li­śmy poczu­cie, że nie wolno nam tu wcho­dzić. Unio­słem wzrok na matkę. Minę miała zde­cy­do­waną.

Ruszy­li­śmy więc i przed nami poja­wił się stary dom. Dym­niki ster­czały z komi­nów jak palce. Dachy zapa­dały się i wspi­nały. Okna lśniły dia­men­towo. Budy­nek był na wpół zruj­no­wany, ale czuło się, że jest na swoim miej­scu, jakby wyrósł z ziemi kamień po kamie­niu, a teraz z równą łatwo­ścią się w nią zapa­dał. Dopiero po chwili zauwa­ży­łem w nim coś bar­dzo dziw­nego. Wzdłuż pogar­bio­nych dachów bie­gły potężne stru­mie­nie i żyły bia­ła­wego krysz­tału, poły­sku­jąc w słońcu jak bańki mydlane. Na lewym skrzy­dle domu sub­stan­cja zbry­lała się i gro­ma­dziła w wiel­kie naro­śle, prze­le­wa­jące się przez okapy. Zbli­żyw­szy się, zauwa­ży­łem, że rów­nież wiele ścian i okien prze­sło­nię­tych jest tęczo­wym biel­mem, bia­łym z wierz­chu, lecz w głębi opa­li­zu­ją­cym czer­nią, wyra­sta­ją­cym w zwoje i ząb­ko­wane kształty przy­po­mi­na­jące szyszki. Oczy­wi­ście roz­po­zna­łem je - to był lód maszy­nowy, ten sam pro­dukt uboczny zuży­wa­ją­cego się eteru, który zauwa­ży­łem na kotle loko­mo­tywy. Ale w takiej ilo­ści jesz­cze go nie widzia­łem.

Wspię­li­śmy się do wej­ścia po wyszczer­bio­nych pół­ko­li­stych scho­dach, które zda­wały się wyjęte spod wła­dzy krysz­tał­ków. Matka zastu­kała. Powie­trze jakby drgnęło, choć ze środka nie dobiegł żaden dźwięk. W końcu roz­legł się stłu­miony odgłos kro­ków i szczęk zamka. Osoba, która otwo­rzyła, mogła być w wieku mojej matki, była jed­nak niż­sza; nosiła zgrzebną szarą sukienkę i wiel­kie, okrą­głe oku­lary w srebr­nych opraw­kach. Przez chwilę, gdy się jej przy­glą­da­łem, wyda­wała się zwy­czajna. A potem, gdy zro­zu­mia­łem, że zwy­czajna nie jest, całe złu­dze­nie jej czło­wie­czeń­stwa zani­kło. Choć nie przy­po­mi­nała w niczym postaci z mojej wyobraźni, od razu wie­dzia­łem, że jest odmień­cem.

- Nie wiem, czy pani pamięta... - zaczęła matka.

- Oczy­wi­ście. Oczy­wi­ście. Mary... pani Bor­rows! Bar­dzo pro­szę wejść.

Pod wie­loma wzglę­dami była cał­kiem zwy­czajna; stara, chuda, ogo­rzała skóra. Nie­zbyt przy­po­mi­nała trolle i wiedźmy z moich noc­nych kosz­ma­rów i wyobra­żeń, a jed­no­cze­śnie miała w sobie coś, czego ni­gdy u nikogo nie widzia­łem. Ta aura, ta chu­dość, sta­rość i brą­zowa cera. To oraz wszystko inne, nie­na­zwane, nie­uświa­do­mione, upew­niało mnie, że jestem świad­kiem cze­goś wykra­cza­ją­cego poza cechy, poza moje życie, poza Bra­ce­bridge.

Usły­sza­łem "ciach!" i zoba­czy­łem, że gospo­dyni ści­ska w chu­dych pal­cach seka­tor. Tak, była stara, a jed­nak, kiedy pro­wa­dziła nas przez ogromny, pusty hall, cały czas szczę­ka­jąc seka­torem, można było się spo­dzie­wać, że zaraz pofru­nie. Na gło­wie miała słom­kowy kape­lusz, który mogłaby nosić także moja matka, gdyby aku­rat nie wło­żyła czepka. Spod niego ucie­kały paję­cze nitki siwych wło­sów. Uszy zaś miała zwy­czajne, wcale nie były spi­cza­ste. Mru­gnij raz, wyda ci się zwy­czajna. Mru­gnij raz jesz­cze, gdy aku­rat wej­dzie w cień, a znik­nie. Matka stu­kała obca­sami i para­solką. Lśniące strugi lodu maszy­no­wego w pla­mach sło­necz­nego świa­tła mie­niły się bla­skiem jak brudny śnieg. Moje buty zacze­piały się i tupo­tały na chy­bo­tli­wych kamie­niach posadzki. Czemu przy­je­cha­li­śmy do tego cudacz­nego, sta­ro­żyt­nego domu, nie­za­po­wie­dziani, choć jakby nie do końca nie­spo­dzie­wani?

- Mary, u cie­bie wszystko w porządku? - Gospo­dyni zro­biła nie­mal mar­sową minę. - Pew­nie chcesz poroz­ma­wiać ze mną w cztery oczy?

- Tak. Jeśli tylko... by się dało.

Z uśmie­chem ski­nęła głową.

- A ty jesteś Robert, natu­ral­nie. - Moje imię w jej ustach zabrzmiało magicz­nie. - Któż by inny? A ja jestem pani Sum­mer­ton, choć twoja matka, kiedy była w moim wieku, mówiła na mnie Missy...

Bar­dziej podo­bało mi się "Pani Sum­mer­ton". Dźwięk tego nazwi­ska wydał mi się ładny, przy­jem­nie łech­cący wargi i język. Wła­ści­wie i sama pani Sum­mer­ton była pra­wie że ładna, cho­ciaż stara, przy­wię­dła i odmie­niona. Ramiona miała chude, sękate jak łodygi sta­rego blusz­czu, a lewy nad­gar­stek nie­ska­lany Zna­kiem, ale wła­śnie tak być powinno. Rozej­rza­łem się po ciem­nych zaka­mar­kach za innymi stwo­rze­niami z mitów i opo­wie­ści, spoj­rza­łem także na spę­kane, zapa­da­jące się sufity, para­pety okien z wybi­tymi szy­bami i prze­ci­ska­jące się przez nie gałę­zie pobli­skich drzew - na wypa­dek gdyby inni odmieńcy wisieli tam jak stado nie­to­pe­rzy. Na oko miesz­kała sama - w kącie kory­ta­rza wisiała dzie­cięca ska­kanka, ale takich oso­bli­wo­ści nale­żało się tu spo­dzie­wać. Potem weszli­śmy w skrzy­dło domu, do któ­rego prze­nik­nęły podobne zja­wom kłęby nasion dmu­chawca. Pani Sum­mer­ton otwo­rzyła drzwi. Pokój zagra­cały doniczki z kwia­tami, na wpół uschłe łodygi i szczepki, korytka z nasio­nami, mętne butelki i zie­lone gąsiory oraz coś, co wyglą­dało i pach­niało jak worek z koń­skim nawo­zem, choć zasy­pane papie­rami biurko i wysie­dziane krze­sła koja­rzyły się także z czymś w rodzaju gabi­netu. Pół­kole wyso­kich okien ponad biur­kiem, wycho­dzą­cych na roz­sło­necz­niony ogród, nasy­cało powie­trze barwną mgiełką. Moje zdu­mie­nie jesz­cze wzro­sło, gdy pani Sum­mer­ton zagę­ściła tę mgiełkę, zapa­la­jąc gli­nianą fajkę.

- Cho­dzi o to, że... - zaczęła matka, wciąż sto­jąc, z para­solką i koszy­kiem ster­czą­cymi po bokach. - Rozu­mie pani...

- Anna­lise za chwilę przyj­dzie. Wtedy będziemy mogły poroz­ma­wiać. - Pani Sum­mer­ton pode­szła do mnie, ści­ska­jąc fajkę w zwię­dłych ustach. Przyj­rzała mi się. Byłem z nią nie­mal równy wzro­stem. - Tak pięk­nie wyro­słeś, Rober­cie... To wciąż Robert, prawda? Teraz wyglą­dasz mi na Roberta, choć nie musi tak być przez całe życie...

Wokół niej kłę­bił się biały dym. Mia­łem wra­że­nie, że się z nim zlewa, znika, nawet kiedy pod­cho­dziła cał­kiem bli­sko i kła­dła mi na ramie­niu gorącą, nie­ważką rękę. A potem zdjęła oku­lary. Oczy miała brą­zowe i błysz­czące. Były naj­zwy­klej­sze, choć błysz­czały zbyt mocno. Wiel­kie źre­nice lśniły jak guziki z pole­ro­wa­nego gagatu. Białka miały połysk wil­got­nej por­ce­lany.

Wtem za moimi ple­cami otwo­rzyły się drzwi.

- Anna­lise! No wresz­cie! Mam dla cie­bie zaję­cie.

Odwró­ci­łem się z wolna. Po tym wszyst­kim, co widzia­łem, zasta­na­wia­łem się, jakiż to skrzat mógłby mieć tak egzal­to­wane imię. I roz­cza­ro­wa­łem się: Anna­lise wyglą­dała zupeł­nie jak zwy­kła dziew­czynka, mniej wię­cej w moim wieku. Ubrana była w sukienkę z krót­kimi ręka­wami, z przy­bru­dzo­nej bia­łej bawełny i jesz­cze brud­niej­sze, krót­kie białe skar­petki, zwi­nięte w wałki nad zno­szo­nymi san­da­łami, które musiały mieć już parę lat. Włosy miała jasno­blond, zwią­zane skraw­kami aksa­mitu, wyso­kie czoło, cerę, która byłaby blada, gdyby ją umyć, i oczy zie­leń­sze niż roz­świe­tlona słoń­cem trawa na zewnątrz. Kiedy tak obser­wo­wa­li­śmy się jak dwa obce sobie koty, skrzy­wiła się ze znu­dze­nia. Wyglą­dała tro­chę jak lalka, którą ktoś nie­gdyś kochał, ale pozo­sta­wił na desz­czu.

- Zaję­cie, Anna­lise, czyli zada­nie - cią­gnęła pani Sum­mer­ton. - Mam nadzieję, że przy­jemne. To jest Robert Bor­rows. Myśla­łam sobie, hm, zasta­na­wia­łam się, może byście... - Popchnęła mnie ku drzwiom. Anna­lise cof­nęła się. Chwilę póź­niej sta­li­śmy oboje w dłu­gim kory­ta­rzu.

- Czy ty w ogóle wiesz, gdzie się zna­la­złeś? - zapy­tała wresz­cie.

Pokrę­ci­łem głową. Spoj­rzała na mnie pogar­dli­wie.

- Ten dom nazywa się Redho­use. Jeśli cię to inte­re­suje. Bo pew­nie nie.

Odwró­ciła się i ruszyła kory­ta­rzem. Jeden jej san­dał miał oblu­zo­waną sprzączkę, która podzwa­niała cichutko przy każ­dym kroku. Nie przy­szło mi do głowy nic lep­szego, więc posze­dłem za nią.

- Ty też jesteś odmień­cem, tak?

- A jak myślisz, Rober­ciku? - Ręce przy­ci­skała do boków, chyba umyśl­nie. Nie było widać prze­gubu. - Co, wyglą­dam jak odmie­niec?

- Nie wiem, to zna­czy nie, oczy­wi­ście, że nie wyglą­dasz. Ale miesz­kasz tutaj... - Sze­dłem obok niej, usil­nie sta­ra­jąc się dotrzy­mać kroku. - Cho­ciaż wyglą­dasz cał­kiem zwy­czaj­nie.

- Czy mnie obcho­dzi, co sobie myślisz? - mruk­nęła.

Zare­ago­wa­łem, zanim zdą­ży­łem pomy­śleć. Zatrzy­ma­łem się, chwy­ci­łem Anna­lise za rękę i odwró­ci­łem ją. Powie­trze roz­darł cie­niutki, nie­mal nie­sły­szalny pisk.

- Posłu­chaj... - Spoj­rza­łem jej w oczy. Zabra­kło mi tchu. Nagle wydało mi się, że zruj­no­wany kory­tarz cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność. - Ze mną jest zupeł­nie tak samo. Nikt mnie nie pytał o zda­nie, czy chcę tu dzi­siaj przy­je­chać. Mogę pójść gdzieś, posie­dzieć sobie sam i pocze­kać na matkę albo mogę zostać z tobą. Wła­ści­wie to...

- No dobra...

Wciąż trzy­ma­łem ją za lewą rękę tuż powy­żej nad­garstka. W pal­cach poczu­łem igiełki. Pod bru­dem, jeśli nie liczyć czer­wo­nych śla­dów po moim uści­sku, nie było żad­nego znaku. Nie­wia­ry­godne.

- Ale nie myśl sobie, że z tobą jest tak samo jak ze mną - dodała. - Bo nie jest.

Wydała mi się nie­zwy­kła. Zapewne ja na swój spo­sób rów­nież byłem dla niej oso­bli­wo­ścią: zwy­kły chło­pak, ze zwy­kłego świata, który rze­komo wcale jej nie inte­re­so­wał. Czu­łem jed­nak, nawet wtedy, gdy ruszyła dalej, że nasze prze­ci­wień­stwa pasują do sie­bie. Gdy mija­li­śmy pokoje, nie­gdyś będące pry­wat­nymi sypial­niami, teraz zaś pełne gruzu z zawa­lo­nych sufi­tów i złusz­czo­nych ozdob­nych tyn­ków, widać było coraz wię­cej krysz­tał­ków. Naj­pierw znisz­czoną pod­łogę przy­pró­szały drobne zia­renka maszy­no­wego lodu. Potem z nie­licz­nych oca­la­łych belek stropu zaczęły zwi­sać wiel­kie, przy­po­mi­na­jące kan­de­la­bry sople.

- Kie­dyś miesz­kało tu wielu ludzi - rzu­ciła bez emo­cji Anna­lise. - Ale musieli się wypro­wa­dzić. Pra­co­wali przy maszy­nach ete­ro­wych, tak samo jak w Bra­ce­bridge.

Zatem sły­szała o Bra­ce­bridge! Jed­nakże nowe pyta­nia i nowe cuda poja­wiały się zbyt szybko. Weszli­śmy do sali, która się­gała aż po dach domu, przy­kry­tej potężną, owalną, i w cudowny spo­sób nie­na­ru­szoną kopułą świe­tlika. Z pó­łek, które stały pod wszyst­kimi ścia­nami, wysy­py­wały się książki. Sala ta daleko wykra­czała poza moje wyobra­że­nie biblio­teki, choć z pew­no­ścią peł­niła kie­dyś taką funk­cję. Prze­ni­kały się tutaj dwie twa­rze domu toczące ze sobą cichą wojnę. Pozna­czone ciem­nymi żył­kami, żarzące się naro­śle lodu prze­ra­stały półki, spły­wały po scho­dach poły­sku­jącą pianą, two­rzyły na posadzce zamar­z­nięte fale. Nawet szklana kopuła była w poło­wie przy­kryta, jak przy­mru­żone oko. Dotkną­łem kawałka lodu. Krysz­ta­łek był chłodny i kru­chy. Pękł z cichut­kim chrzę­stem.

Poczu­łem na policzku oddech Anna­lise.

- Lubię tu czy­tać - powie­działa.

- Ja też lubię czy­tać, a przy­naj­mniej...

- ...oglą­dać obrazki, co nie? - Zanim zdą­ży­łem zaprze­czyć, dodała: - Jedyny pro­blem to, że ta biblio­teka jest strasz­nie stara. Książki się roz­pa­dają.

Pod­nio­słem tom z wierz­chu wysy­pa­nej na pod­łogę sterty. Strony roz­pa­dły się w pył, jak śnieg. Napa­wało to smut­kiem; tyle giną­cej wie­dzy.

- Pobawmy się! - zawo­łała Anna­lise.

Wdra­pała się na regał, ścią­gnęła z półki książkę i rzu­ciła nią we mnie. Przy­sia­dłem. Książka upa­dła na posadzkę. Grzbiet miała poro­śnięty krysz­tał­kami.

- Lubisz oglą­dać obrazki? Pew­nie nawet nie umiesz czy­tać! - Kolejna książka świ­snęła mi koło ucha.

Tro­chę zły, a tro­chę roz­ba­wiony zaczą­łem wspi­nać się do Anna­lise, która ucie­kała przede mną, wciąż kpiąc i rzu­ca­jąc książ­kami. Drewno trzesz­czało i sypało drza­zgami. Lód maszy­nowy osy­py­wał się z sykiem.

- A o Pla­to­nie sły­sza­łeś?! - zawo­łała, rzu­ca­jąc z półki nade mną księgę, która rąb­nęła o posadzkę głu­cho jak cegła. - Był to czło­wiek taki jak ty, tylko że dużo mądrzej­szy. Odkrył eter na długo przed Wiel­kim Mistrzem z Pain­swick, choć tak naprawdę tylko go wymy­ślił. To piąty żywioł i poru­sza się po okręgu, a wszyst­kie inne po liniach pro­stych.

Minęła mnie kolejna księga, kozioł­ku­jąc w słu­pach sło­necz­nego świa­tła, trze­po­cząc zdob­nymi w kamie­nie okład­kami. Prze­la­ty­wało ich coraz wię­cej, fur­ko­tały kart­kami jak ptaki, bły­skały barw­nymi plan­szami. Wzla­ty­wały dokoła mnie, potem śli­zgały się po sza­chow­nicy pod­łogi daleko w dole. Sam też zaczą­łem wyrzu­cać książki, wspi­na­jąc się z półki na półkę. Wresz­cie nastą­piło zawie­sze­nie broni, zeszli­śmy z regału i zdy­szani poło­ży­li­śmy się na pod­ło­dze wśród pobo­jo­wi­ska. Podra­pane dło­nie i kolana mia­łem przy­pró­szone srebrno-bia­łym pyłem. Olbrzy­mia, nie­ziem­ska biblio­teka cała się nim żarzyła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki