II
Największa tajemnica pierwszej wojny
Ta historia ma dwa różne początki i zapewne nigdy już nie uda się ustalić, który jest prawdziwy, choć nie miało to większego wpływu na jej przebieg.
Pewne jest, że działo się to tuż przed świtem 5 sierpnia 1914 roku w pobliżu miasta Emden, leżącego tuż przy granicy niemiecko-holenderskiej.
Czy zakotwiczył tam brytyjski statek "Telconia"?
Była to duża i nowoczesna jednostka o długości 65 metrów zbudowana w 1909 roku dla firmy telekomunikacyjnej w celu układania i naprawy podwodnych kabli telegraficznych.
Jednakże w dzienniku pokładowym nie ma żadnej wzmianki o tej operacji. Być może, ze względu na jej tajność, kapitan nie chciał zostawiać żadnych śladów.
Według innych źródeł operację przeprowadzono z pokładu CS [Cable Ship] "Alert". Był to stary parowiec napędzany bocznymi kołami łopatkowymi, który brytyjska Poczta Królewska zakupiła w 1889 roku. Tuż przed wybuchem wojny wypłynął z brytyjskiego portu z zadaniem przecięcia pięciu niemieckich kabli podwodnych.
Czy dopłynął do Emden?
Bez względu na to, która z jednostek zakotwiczyła tam o świcie 5 sierpnia, załoga opuściła za burtę haki pokładowych dźwigów, a do wody zeszli nurkowie. Po kilkudziesięciu minutach przekazali z dna sygnał, że wykonali zadanie. Liny naprężyły się i z wody zaczął wyłaniać się gruby kabel, pokryty wodorostami i mułem. Z trudem wciągnięto go na pokład i dwóch ludzi zaczęło walić w niego siekierami. Gdy tylko ostrza przecięły ostatnie wiązki drutów, rozdzielone części ześlizgnęły się z pokładu i opadły na dno. Kabel telefoniczny łączący Niemcy z Ameryką Północną i Południową przestał działać. Od tego momentu Niemcy musieli korzystać z linii telekomunikacyjnych państw neutralnych, a wszystkie one biegły przez Londyn. Oznaczało to, że Anglicy mogli przechwycić każdy szyfrogram wysłany z Niemiec na zachodnią półkulę.
Tak rozpoczęła się jedna z najbardziej sensacyjnych intryg wywiadowczych, która zaważyła na przebiegu pierwszej wojny.
Kablowiec "Telconia"(archiwum autora).
Pierwsza porażka Admiralicji
Tego samego dnia, gdy załoga "Telconii" (lub "Alertu") wykonała tajne zadanie u wybrzeży Holandii, szef brytyjskiego wywiadu morskiego, kontradmirał Henry Francis Oliver[1], umówił się na lunch ze swoim przyjacielem Sir Alfredem Ewingiem[2]. Pogoda była piękna, więc zrezygnował z dorożki i postanowił niewielki odcinek drogi z gmachu Admiralicji do klubu na Piccadilly Circus pokonać na piechotę.
Kablowiec "Alert"(archiwum autora).
Gdy stanął przed masywnymi mahoniowymi drzwiami, zegar na Big Benie zaczął wybijać godzinę 12.00, co wskazywało, że przybył za wcześnie. Zostawił u portiera wiadomość, że będzie czekał w sali klubowej na pierwszym piętrze, gdzie o tej porze powinno być jeszcze pusto. Czas pozostały do spotkania z przyjacielem pozwalał na spokojną refleksję nad wydarzeniami ostatnich dni, które oszołomiły wszystkich niezwykłym tempem i skalą zmian na kontynencie. Kontradmirał położył przed sobą raporty, które zamierzał pokazać przyjacielowi. Dotyczyły śmiałego rajdu dwóch niemieckich jednostek: krążownika liniowego "Goeben"[3] i lekkiego krążownika "Breslau"[4] wchodzących w skład Dywizjonu Śródziemnomorskiego dowodzonego przez admirała Wilhelma Souchona[5].
1 sierpnia 1914 roku "Goeben", po naprawie kotłów w austriackim porcie Pula, wyruszył na spotkanie z "Breslau", kotwiczącym u południowego wybrzeża Włoch. Dwa dni później admirał Souchon podjął decyzję o zaatakowaniu francuskich portów kolonialnych. Tuż po spotkaniu okręty rozdzieliły się, a następnie rozwijając rosyjskie bandery, ostrzelały nabrzeża portu w Philippeville ("Goeben") i Bône ("Breslau") w Algierii, po czym skierowały się na północ, w stronę Włoch. Ich tropem podążał już potężny zespół brytyjski złożony z krążowników liniowych "Indomitable"[6] oraz "Indefatigable"[7], których siła ognia (łącznie 16 dział kal. 305 mm) i opancerzenia tak bardzo przewyższała niemieckie jednostki, że te nie miały żadnych szans w walce z nimi. Jednakże gdy okręty niemieckie znalazły się w zasięgu ich dział, obydwa państwa nie były w stanie wojny i brytyjskie krążowniki nie mogły strzelać. Później Niemcy sprytnie wykorzystali przewagę szybkości i umknęli pogoni.
Krążownik liniowy "Goeben"(archiwum autora).
Kontradmirał Oliver, podobnie jak dowodzący pościgiem admirał Archibald Berkeley Milne, zakładał, że niemieckie okręty skierują się na Adriatyk. Jeżeli udałoby się je odnaleźć i zatopić, byłaby to piękna zdobycz na samym początku wojny i oznaczałoby to osłabienie kajzerowskiej marynarki wojennej, która mając 15 nowoczesnych pancerników (tzw. drednotów), 22 starsze (przeddrednoty, w tym pancernik "Schleswig-Holstein", który rozpoczął II wojnę światową) i pięć krążowników liniowych stanowiła, po Royal Navy, drugą morską potęgę ówczesnego świata.
Doświadczenie wilka morskiego podpowiadało kontradmirałowi, że cała sprawa może być o wiele poważniejsza, choć nie miał pojęcia, co planował dowódca niemieckiego zespołu. Przez głowę mu nie przeszło, że admirał Wilhelm Souchon otrzymał rozkaz przedarcia się do portu w Konstantynopolu i oddania obydwu okrętów pod turecką banderę, co miało przypieczętować sojusz obydwu państw, groźny dla państw Ententy.
Oliver mógł zakładać, że treść zakodowanych depesz, które miał przed sobą, mogła zawierać odpowiedź na wszystkie trapiące go pytania. Dużo później dowiedział się, że był tam rozkaz nadany w nocy z 3 na 4 sierpnia o godzinie 2.35 przez stację radiową w Nauen pod Berlinem dla admirała Wilhelma Souchona:
Sojusz z Turcją zawarty 3 sierpnia[8]. Płynąć natychmiast do Konstantynopola.
Zarejestrowała go brytyjska stacja nasłuchowa w Hunstanton, jednakże Brytyjczycy nie potrafili odczytać kodu, którego Niemcy używali do utajnienia treści morskich meldunków.
Rozmyślania Olivera przerwało przybycie Sir Alfreda Ewinga - krępego pięćdziesięciodziewięcioletniego Szkota, z którym szef wywiadu morskiego łączył duże nadzieje, jako z naukowcem o bardzo rozległych zainteresowaniach. Największą sławę przyniosły mu badania nad trzęsieniami ziemi w Japonii, magnetyzmem i wytrzymałością materiałów, za co król nadał mu tytuł szlachecki. Pociągała go również kryptologia, choć były to zainteresowania zupełnie amatorskie.
Oliver nie pomylił się, uważając, że Ewinga zainteresuje propozycja zorganizowania zespołu kryptologów, którzy podjęliby trud odczytywania niemieckich szyfrów i kodów. Jednakże między zainteresowaniem łamigłówkami a złamaniem szyfru była taka różnica jak między jeziorem i morzem.
Co prawda Ewing zabrał się energicznie do pracy, ale niewiele udało mu się zdziałać. Wizyty w British Museum, gdzie kolekcjonowano maszyny szyfrujące, nie przyniosły żadnych rezultatów. Równie bezskuteczne okazało się wertowanie ksiąg kodów i szyfrów handlowych gromadzonych w głównym budynku Królewskiej Poczty.
Czterej przyjaciele, których namówił do współpracy, również niewiele mogli osiągnąć. Zagłębiali się w papiery zapisane kolumnami cyfr, wiedząc, że są tam ukryte najgłębsze tajemnice, których rozwikłanie mogłoby mieć wpływ na przebieg krwawych kampanii. Mijały dni i tygodnie, a rozwiązanie wydawało się równie odległe jak na początku.
Sir Alfred Ewing(archiwum autora).
Tymczasem niemieckie okręty dotarły do Konstantynopola i przeszły na służbę w tureckiej marynarce wojennej. "Goeben" jako "Yavuz Sultan Selim", a "Breslau" jako "Midilli" zaatakowały Sewastopol i Odessę, prowokując Rosję do rozpoczęcia wojny z Turcją, która w naturalny sposób znalazła się po stronie państw centralnych. Było to bolesnym ciosem dla Ententy, gdyż oznaczało przecięcie morskich dróg zaopatrzenia dla ogromnej, ale źle wyposażonej armii rosyjskiej, której funkcjonowanie było w dużej mierze uzależnione od dostaw z Wielkiej Brytanii i Francji, przesyłanych przez Morze Śródziemne i Morze Czarne. Historia potoczyłaby się inaczej, gdyby 5 sierpnia udało się odczytać zaszyfrowaną depeszę do admirała Souchona i brytyjskie okręty, znając zamiary niemieckich jednostek i planowany kurs, uniemożliwiłyby rejs do Konstantynopola. Jednakże szczęście, choć nie dopisało na początku, szybko wsparło wysiłki brytyjskich kryptologów.
Tuż po północy 26 sierpnia 1914 roku niemiecki krążownik "Magdeburg"[9] wpadł we mgle na przybrzeżne skały w Zatoce Fińskiej w odległości około 5 mil od estońskiej wyspy Odensholm (Osmussaar). Załoga okrętu nie zdawała sobie sprawy z bliskiej odległości rosyjskich posterunków, które początkowo nie zauważyły unieruchomionego okrętu. Dopiero wrzawa na pokładzie i głośne komendy zaalarmowały Rosjan, którzy wysłali w rejon Odensholmu dwa małe kontrtorpedowce, ale te we mgle nie dostrzegły okrętu uwięzionego na skałach.
W tym czasie do "Magdeburga" dotarł niemiecki kontrtorpedowiec V26, aby ściągnąć go ze skał, co jednak się nie udało. Dowódca, komandor Richard Habenicht, uznał, że należy okręt wysadzić, aby nie wpadł w ręce wroga, ale przedtem postanowił ostrzelać pierwszy lepszy obiekt, którym okazała się latarnia morska. Huk wystrzałów i wybuchów ponownie ściągnął rosyjskie krążowniki, które po wstępnym zamieszaniu skoncentrowały ogień na łatwym celu, jakim był nieruchomy okręt. Po kilku trafieniach pociskami kal. 152 mm niemiecka jednostka stała się wrakiem. Kontrtorpedowiec zabrał większość marynarzy i wtedy zdetonowano ładunki, których wybuch rozerwał dziób, a dowódca i 56 członków załogi dostało się do niewoli.
W zamieszaniu, które powstało, nie zniszczono księgi kodów. Nie sposób określić, jak trafiła w ręce Rosjan. Według jednej wersji w kilka godzin po zakończeniu bitwy, a więc po południu 26 sierpnia, Rosjanie wyłowili z morza zwłoki niemieckiego marynarza, który w zaciśniętej śmiertelnym skurczem dłoni trzymał tajną księgę. Według innej wersji, bardziej prawdopodobnej, nurkowie przeszukujący wrak odnaleźli ją na skalistym dnie, obok kadłuba nieszczęsnego "Magdeburga".
Rosyjski attaché morski poinformował o tym znalezisku Pierwszego Lorda Admiralicji, Winstona Churchilla, proponując, aby Anglicy natychmiast wysłali do Aleksandrowa okręt, który zabrałby do Londynu cenny dokument. Już 13 października w Londynie stawił się rosyjski oficer z księgą - kluczem do niemieckich depesz. Tyle że ten klucz przymierzony do niemieckiego zamka nie chciał go otworzyć. Dopiero po kilku tygodniach jeden z pracowników zespołu Ewinga wykrył, że w niemieckich depeszach kod był dodatkowo szyfrowany. Odtąd praca ruszyła żwawiej. Trzy tygodnie później kryptolodzy potrafili odczytywać niektóre z niemieckich rozkazów dla dowódców okrętów wojennych.
Szczęście w dalszym ciągu nie opuszczało kryptologów, jako że 28 sierpnia, w czasie pierwszej bitwy morskiej okrętów brytyjskich z niemieckimi w Zatoce Helgolandzkiej, na dno poszedł kontrtorpedowiec V187 oraz trzy krążowniki: "Mainz", "Ariadne" i "Cöln". Z jednego z tych okrętów wypadła za burtę drewniana skrzynia i przez kilka miesięcy, gnana wiatrem, dryfowała po Morzu Północnym. W końcu grudnia 1914 roku wydobyli ją brytyjscy rybacy, zdziwieni widokiem masywnej skrzyni w sieci pełnej ryb. Wewnątrz znaleźli księgi kodowe i dokumenty, które przesłali do Londynu. Było to wspaniałe uzupełnienie księgi kodowej z "Magdeburga". Niemalże natychmiast kryptolodzy zespołu Ewinga zaczęli odczytywać rozkazy dla niemieckich okrętów. Kilka miesięcy później przekonali się, że niemieckie ataszaty morskie używają tego samego kodu, co stanowiło dodatkowe źródło informacji.
Tymczasem zespół kryptologów, liczący początkowo pięć osób, rozrastał się i wkrótce gabinet dyrektora Ewinga stał się dla nich za ciasny. Biurka stały tak blisko, że z trudem można było się pomiędzy nimi przecisnąć. Kryptolodzy przeszkadzali sobie nawzajem, dochodziło do kłótni i swarów, ale prawdziwym kataklizmem była wizyta kogoś z zewnątrz. Wówczas wszyscy pracownicy musieli składać papiery i ukrywać je starannie nawet przed wzrokiem zaufanych gości.
Po wielu interwencjach Ewinga Admiralicja zdecydowała się stworzyć lepsze warunki lokalowe i w połowie listopada kryptolodzy wprowadzili się do pokoju nr 40 w tzw. Starym Budynku (Old Building) Admiralicji. Zespół otrzymał też nową nazwę ID 25 (sekcja 25 Intelligence Division), ale przylgnęło do niego nieformalne określenie Pokój 40.
Zespół Pokoju 40 wykonał tytaniczną robotę. Od października 1914 roku do końca wojny odczytał ponad 15 tysięcy niemieckich szyfrogramów. Jednakże twórcy tej komórki, Sir Alfredowi Ewingowi, nie dane było doczekać największego sukcesu. Historia spłatała mu złośliwego psikusa, nie pozwalając przyjąć miana człowieka, który wpłynął na losy pierwszej wojny światowej.
W maju 1916 roku zaproponowano mu stanowisko kanclerza Uniwersytetu Edynburskiego. Była to niesłychanie kusząca propozycja. Mógł powrócić do nauki, swojej największej pasji, którą porzucił, rozumiejąc stan wyższej konieczności, który stworzyła wojna. Długo się wahał, aż 1 października 1916 roku pojechał do deszczowego Edynburga. Przez pewien czas nadzorował pracę przyjaciół w Pokoju 40, ale w najważniejszej akcji nie wziął udziału.
Jego miejsce zajął kapitan William Reginald Hall[10], o którym mówiono, że urodził się, aby pracować w wywiadzie. W tej opinii nie było ani krzty przesady.
Jego ojciec był pierwszym dyrektorem wydziału wywiadowczego Admiralicji. On sam zaczął służbę w marynarce wojennej, mając lat czternaście. W wieku 35 lat doszedł do stopnia kapitana, a potem dowodził krążownikiem i pancernikiem. Nerwowy tik lewego oka sprawił, że przylgnął do niego przydomek "Blinker" (Mrugacz).
Wszyscy, którzy się z nim spotykali, ulegali jego hipnotycznemu czarowi. Amerykański ambasador Walter Hines Page pisał:
Ten człowiek jest geniuszem, czystym przypadkiem geniusza. Wszyscy inni ludzie z tajnych służb są amatorami w porównaniu z nim - czystym przypadkiem geniusza.
Historia tylko to potwierdziła...
William Reginald Hall(archiwum autora).
Decydująca gra
Było to 17 stycznia 1917 roku o godzinie 10.30.
Pastor William Montgomery[11], pracujący jako kryptolog w zespole Pokoju 40, wszedł do gabinetu Halla i położył przed nim kartkę.
- Jest to prawdopodobnie bardzo ważna wiadomość wysłana z Berlina za pośrednictwem ambasady amerykańskiej 16 stycznia o godzinie 15.00 - wyjaśnił.
Hall nie pytał o nic. Wiedział, że jeżeli jego pracownik nie przedstawia innych informacji, to znaczy, że ich nie ma.
Przyjrzał się oryginałowi. Był to długi tekst zawierający około tysiąca znaków. Wszystko wskazywało na to, że Niemcy użyli dyplomatycznego kodu 0075. Wprowadzono go w lipcu 1916 roku dla niemieckich przedstawicielstw w Wiedniu, Sofii, Konstantynopolu, Bukareszcie, Kopenhadze oraz w kilku innych stolicach Europy. Brytyjscy kryptolodzy zwrócili uwagę na ten kod na początku listopada 1916 roku, gdy pojawił się w depeszach wysyłanych do ambasady niemieckiej w Waszyngtonie. Przez wiele miesięcy usiłowali go złamać, ale bez sukcesu.
Montgomery odczekał, aż szef przeanalizuje zawartość pierwszej kartki i wtedy położył na biurku drugą.
- Nigel de Grey[12] i ja odczytaliśmy pewne fragmenty. To jest depesza Zimmermanna do Bernstorffa. W nawiasach, ze znakami zapytania umieściliśmy wyrazy odczytane częściowo lub dobrane logicznie do treści - uzupełnił Montgomery.
Arthur Zimmermann[13] był ministrem spraw zagranicznych Niemiec. Depesza adresowana była do hrabiego Johanna Heinricha Andreasa Bernstorffa[14], niemieckiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Już sam ten fakt nakazywał najwyższą uwagę.
Hall czytał:
Najbardziej tajne, do osobistej wiadomości Waszej Ekscelencji, w celu wręczenia Imperialnemu Ministrowi (Meksyku ?) telegramem nr 1 ... bezpieczną drogą. Proponujemy rozpoczęcie w dniu 1 lutego nieograniczonej wojny podwodnej. Czyniąc to, jakkolwiek będziemy zachęcać do utrzymania Ameryki neutralnej (?). Jeżeli nie (uda nam się to?) proponujemy (Meksykowi?) sojusz na następujących podstawach:
(wspólne?) prowadzenie wojny
(wspólne?) zawarcie pokoju
(...)
Wasza ekscelencja powinien poinformować prezydenta (Meksyku?) poufnie (że oczekujemy?) wojny z USA (i prawdopodobnie z?) ... (Japonią?) i w tym samym czasie negocjacji między nami i Japonią. (Proszę powiedzieć prezydentowi?), że ... lub okręty podwodne ... zmuszą Anglię do zawarcia pokoju w ciągu paru miesięcy. Proszę potwierdzić odbiór. Zimmermann.
Kapitan Hall nie miał wątpliwości, że kryptologom udało się odtworzyć treść bliską oryginałowi. Depesza była ogromnie ważna!
Zadanie, które załoga "Telconii" lub "Alertu" wykonała trzy lata wcześniej, przecinając transatlantycki kabel, profitowało w nadzwyczajny sposób.
Arthur Zimmermann, minister spraw zagranicznych Niemiec(archiwum autora).
Niemcy, pozbawieni bezpośredniego połączenia z Ameryką, zwrócili się o pomoc do neutralnej Szwecji. Rząd tego państwa zgodził się przesyłać niemieckie depesze do Stanów Zjednoczonych jako swoje własne. Ta operacja nie mogła się udać, gdyż Anglicy zbyt czujnie pilnowali łącz kablowych państw neutralnych, więc szybko odkryli w szwedzkich depeszach dość pobieżnie zamaskowany niemiecki kod dyplomatyczny. Zaczęli je zatrzymywać, co wywołało gniewną reakcję Szwedów. Ich ambasador poskarżył się w Foreign Office, że Londyn blokuje łączność neutralnego państwa. Anglicy odpowiedzieli, że boleją nad tym, ale proszą, aby neutralne państwo przestało wyświadczać uprzejmość wrogiemu mocarstwu. Rząd szwedzki przeprosił i obiecał, że nie będzie udostępniał Niemcom swoich kanałów łączności ze Stanami Zjednoczonymi. Dotrzymał słowa. Niemieckie depesze przestały płynąć do Stanów Zjednoczonych, ale pojawiły się na łączach do Argentyny i były lepiej ukrywane. Angielscy specjaliści szybko się w tym zorientowali, ale tym razem Londyn nie zaprotestował. Hall chciał mieć wgląd w niemieckie depesze, a nie kolejne przeprosiny Szwedów.
Druga droga komunikowania się ze Stanami Zjednoczonymi, którą wykorzystywali Niemcy, była bardziej perfidna.
W grudniu 1916 roku niemiecki ambasador, hrabia Bernstorff, dyskutując z prezydentem Thomasem Woodrowem Wilsonem i jego doradcą, pułkownikiem Edwardem M. House'em, o możliwościach pokojowego porozumienia między obydwoma państwami, wskazał, że dobrze byłoby ustanowić bezpośredni kontakt rządów. Wilson wyraził na to zgodę. Odtąd Niemcy mogli z ambasady amerykańskiej w Berlinie wysyłać depesze do Waszyngtonu, do prezydenta i swojej ambasady. Ta linia również biegła przez Londyn i angielscy cenzorzy ponownie odkryli niemiecki kod dyplomatyczny w telegramach wysyłanych z ambasady amerykańskiej. Nikt jednak przeciwko temu nie zaprotestował. Neutralna Ameryka to nie neutralna Szwecja i żaden z angielskich urzędników nie odważyłby się strofować rządu amerykańskiego, że nie zachowuje się neutralnie. Poza tym Hall mógł kontrolować obydwa niemieckie kanały łączności dyplomatycznej - szwedzki i amerykański.
Depesza Zimmermanna stanowiła dowód niemieckiej wiarołomności. Hall mógł przypuszczać, że ujawnienie treści telegramu zachęci Stany do przystąpienia do wojny po stronie państw koalicji. Mógł się tylko zastanawiać, czy będzie to argument tak silny, że prezydent zgodzi się porzucić neutralność.
Sojusznik Ameryka
Od początku wojny Amerykanie nie chcieli się mieszać do spraw Starego Kontynentu. Tyle że nie była to neutralność pełna. Sympatie wyraźnie przesuwały się w stronę Wielkiej Brytanii i Francji. Decydowały o tym silne przedwojenne powiązania finansowe banków amerykańskich, angielskich i francuskich. Do połowy 1917 roku państwa Ententy otrzymały pożyczki w wysokości 2,3 miliarda dolarów, gdy Niemcy mogli skorzystać z kredytów w wysokości tylko 27 milionów dolarów.
Wartość eksportu do państw Ententy wyniosła 825 milionów dolarów, a do państw Centralnych tylko 179 milionów dolarów. Później kokosowe interesy robił amerykański przemysł zbrojeniowy. Wartość sprzedanych do Europy materiałów wybuchowych wzrosła z 6 milionów dolarów w 1914 roku do prawie pół miliarda dolarów w 1916 roku.
Jednakże sympatia wobec Anglii i Francji i biznes nie oznaczały, że Amerykanie chcieliby wysłać setki tysięcy żołnierzy, aby ginęli w okopach w Europie.
Prezydent musiał się liczyć z bardzo silnymi nastrojami izolacjonistycznymi w społeczeństwie amerykańskim, wspomaganymi przez wpływowe grupy ludności niemieckiej. Do nich dołączyli Irlandczycy, którzy w zwycięstwie Niemiec widzieli szansę na pokonanie największego wroga - Anglii. Żydzi, pamiętając o pogromach w Rosji, byli przeciwni udzieleniu pomocy caratowi.
Sam prezydent Thomas Woodrow Wilson też nie chciał wojny. Jeszcze w czasie kampanii wyborczej w listopadzie 1916 roku jego partia reklamowała swojego kandydata jako człowieka, który "trzyma nas z dala od wojny".
Tuż potem Wilson powiedział do swojego przyjaciela pułkownika House'a:
- Kraj nie chce dać się wciągnąć w wojnę. Przystąpienie do wojny byłoby z naszej strony zbrodnią przeciwko cywilizacji.
Niemcy nie potrafili jednak docenić pożytków, jakie płynęły z faktu, że Ameryka pozostawała neutralna. Popełnili ogromny błąd, który zmienił antywojenne nastroje rządu i społeczeństwa amerykańskiego. W lutym 1915 roku ogłosili strefę wód dookoła Wielkiej Brytanii obszarem wojny i zapowiedzieli, że statki neutralne mogą tam wpływać na własne ryzyko.
Brytyjski statek pasażerski "Lusitania"(archiwum autora).
Niemiecki okręt podwodny U-20 (archiwum autora).
W maju tegoż roku w pobliżu Irlandii niemiecki okręt podwodny U-20, dowodzony przez kapitana Walthera Schwiegera[15], storpedował angielski statek pasażerski "Lusitania"[16]; zginęło wówczas 1201 osób[17], w tym 128 obywateli amerykańskich. Ten akt niemieckiego piractwa pozostawił jednak wiele wątpliwości, które dotyczą już początku rejsu.
Zanim "Lusitania" wypłynęła z portu w Nowym Jorku 1 maja 1915 roku, niemiecka ambasada zamieściła w amerykańskiej prasie ostrzeżenie:
Uwaga! Przypomina się podróżnym zamierzającym wyruszyć w rejs przez Atlantyk, że między Niemcami i ich sojusznikami a Wielką Brytanią i jej sojusznikami istnieje stan wojny; że strefa wojny obejmuje wody otaczające Wyspy Brytyjskie; że zgodnie z formalną notą przekazaną przez rząd niemiecki, jednostki pod banderą Wielkiej Brytanii lub jednego z jej sojuszników są narażone na zniszczenie na tych wodach; że podróżni płynący w strefie wojennej na statkach Wielkiej Brytanii lub jej sojuszników, czynią to na własne ryzyko. Podpisano Imperialna Ambasada Niemiec.
Bez wątpienia było to ostrzeżenie wydane w związku z rejsem "Lusitanii", na co wskazywało miejsce, w którym je zamieszczono: tuż pod ogłoszeniem linii żeglugowej Cunard zachwalającym uroki podróży szybkim liniowcem i podającym datę i godzinę wypłynięcia z portu w Nowym Jorku. To ambasador Bernstorff, usilnie działający na rzecz poprawnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, chciał uniknąć poważnego zakłócenia stosunków niemiecko-amerykańskich, co bez wątpienia stałoby się po zatopieniu tego statku. A mógł zdawać sobie sprawę, że U-Booty będą polować właśnie na "Lusitanię", co było łatwe, zważając, że dowódcy okrętów podwodnych znali godzinę wypłynięcia z Nowego Jorku i cel podróży, którym był port w Liverpoolu. W dodatku mieli wszelkie powody, aby uznać ten pasażerski statek za jednostkę marynarki wojennej, albowiem w 1913 roku przystosowano pokład do ustawienia 12 armat kal. 76 mm (3-calowych), aby "Lusitania" mogła pełnić funkcje krążownika pomocniczego. Do tego nie doszło, ale "Lusitania" zabrała z USA pokaźny ładunek amunicji. Dokumenty przewozowe potwierdzają, że pod pokładem złożono 4200 skrzynek z nabojami karabinowymi, 1250 skrzynek z pociskami armatnimi oraz 18 skrzynek z zapalnikami. Rząd brytyjski potwierdził to dopiero w 1982 roku, choć sprawa ta wyszła na jaw już w 1918 roku.
Ostrzeżenie niemieckiej ambasady znajdujące się tuż obok ogłoszenia o rejsach "Lusitanii"(archiwum autora).
W dodatku statek przewoził 46 ton proszku aluminiowego, który miał być dostarczony do zakładów zbrojeniowych Woolwich Arsenal w Londynie.
Dowódca U-20 zobaczył "Lusitanię" przez peryskop po południu 7 maja 1915 roku. Nazwa na rufie była zamalowana, ale nie należy sądzić, że kapitan Schwieger miał trudności z rozpoznaniem charakterystycznej sylwetki czterokominowego liniowca, jednego z największych statków pasażerskich tamtego czasu.
Odpalił torpedę o godzinie 14.10, gdy statek był w odległości 700 metrów i trafił w prawą burtę poniżej mostku. "Lusitania" przechyliła się o 15 stopni, ale utrzymała na wodzie.
Dlaczego U-20 nie wystrzelił drugiej torpedy w stronę celu? "Lusitania" była czwartym celem w ostatnich dniach, a w wyrzutniach okrętu podwodnego pozostały tylko dwie torpedy, które musiał zachować na drogę powrotną do portu, taki miał rozkaz. A może nie zdążył zająć ponownie dogodnej pozycji i wycelować, gdyż nagle na statku nastąpił wybuch, po którym "Lusitania" zaczęła tonąć i po 18 minutach pogrążyła się pod wodą.
Czyżby to eksplozja amunicji pogrążyła statek? A może nastąpił wybuch sproszkowanego aluminium, substancji równie wybuchowej jak proch strzelecki?
A co miała znaczyć uwaga kapitana "Lusitanii" Williama T. Turnera[18], który miał powiedzieć do dziennikarzy: "Najlepszy dowcip, jaki słyszałem w ostatnich dniach, to te pogaduszki o storpedowaniu"?
W tej tragedii pozostała jeszcze jedna niewyjaśniona sprawa.
W rejonie zagrożonym aktywnością niemieckich okrętów podwodnych na "Lusitanię" oczekiwał krążownik "Juno", aby towarzyszyć liniowcowi w ostatnim etapie atlantyckiej podróży. Był to krążownik pancernopokładowy zbudowany w końcu XIX wieku, silnie uzbrojony (główną artylerię stanowiło 6 dział kal. 152,4 mm), który podczas swojej służby należał do eskorty królewskiego jachtu "Ophir", na pokładzie którego przyszły król Jerzy V oraz królowa Maria podróżowali dookoła świata.
Feralnego dnia "Juno" został odwołany. Minutę po storpedowaniu "Lusitanii" kapitan odebrał sygnał SOS i ruszył na pomoc, ale o 14.33 otrzymał rozkaz wycofania się z akcji ratowniczej.
Przebieg tej tragedii i tak wiele niewyjaśnionych wydarzeń zdawało się wskazywać, że Brytyjczycy rozmyślnie poświęcili okręt z amerykańskimi pasażerami, aby sprowokować Stany Zjednoczone do przystąpienia do wojny po ich stronie. Jeżeli takie były zamiary brytyjskiego rządu, to wybrano zły czas, prezydent Woodrow Wilson miał rok później stanąć do wyborów. Jego Partia Demokratyczna reklamowała go jako polityka, który trzymał USA daleko od wojny (He kept us out of war). Nie mógł sobie pozwolić na stratę szansy na reelekcję, co bez wątpienia stałoby się, gdyby wezwał Amerykanów do pójścia na wojnę.
Wkrótce inna tragedia wstrząsnęła Ameryką: 19 sierpnia 1915 roku torpedy niemieckiego okrętu podwodnego posłały na dno kolejny brytyjski statek "Arabic", na którym zginęli dwaj obywatele amerykańscy. Tym razem władze Niemiec, przestraszone reakcją Stanów Zjednoczonych, zdecydowały się, przynajmniej oficjalnie, zrezygnować z prowadzenia podwodnej wojny przeciwko nieuzbrojonym statkom pasażerskim. Na początku września 1915 roku hrabia Bernstorff złożył na ręce przedstawiciela Departamentu Stanu USA zobowiązanie, że okręty podwodne nie będą zatapiały statków, bez wcześniejszego uprzedzenia.
Nie trwało to długo, jako że 24 marca 1916 roku torpedy z U-Boota zatopiły na kanale La Manche parowiec "Sussex". Waszyngton ponownie zażądał zaprzestania pirackiej działalności niemieckich okrętów podwodnych. Rząd niemiecki ponownie zapewnił, że nie dopuści do powtórzenia się takiej sytuacji. Najwyżsi dowódcy mieli jednak inne zdanie. Generał Erich Ludendorff[19] doszedł do wniosku, że nieograniczona akcja okrętów podwodnych przeciwko alianckiej żegludze jest ostatnim środkiem, który w niedługim czasie pozwoli zwycięsko zakończyć wojnę.
Wtórował mu szef sztabu admirał Henning von Holtzendorff. Napisał w memoriale z 22 grudnia 1916 roku:
Jeśli uda nam się złamać kręgosłup Anglii, wojnę zakończymy szczęśliwie. Kręgosłupem Anglii jest okręt, który Wyspom Brytyjskim przywozi żywność i surowce i zapewnia im zdolność płatniczą wobec zagranicy.
Admirał dowodził, że 111 U-Bootów krążących po morzach będzie zatapiać miesięcznie statki o łącznej pojemności 600 tysięcy BRT. Ponadto, wobec zagrożenia ze strony okrętów podwodnych, wiele neutralnych statków nie odważy się wyruszać w stronę Anglii. W rezultacie dostawy morskie spadłyby w ciągu kilku miesięcy o 39% i wyczerpana Anglia byłaby zmuszona poprosić Niemcy o zawarcie pokoju.
W zamku Hochbergów w Pszczynie, gdzie od czerwca 1915 roku mieszkał cesarz Wilhelm II oraz gdzie zainstalował się niemiecki Sztab Generalny (ze względu na bliskość sztabu austro-węgierskiego w Cieszynie), 9 stycznia 1917 roku odbyła się narada, w której wziął udział cesarz. Dyskutowano zalety i niebezpieczeństwa płynące z ogłoszenia nieograniczonej wojny podwodnej, która oznaczała, że niemieckie okręty podwodne będą atakować, bez uprzedzenia, każdy napotkany statek aliancki lub państw neutralnych płynący do lub z brytyjskiego portu.
Dowódca marynarki wojennej argumentował:
- W chwili obecnej w obozie nieprzyjacielskim, a głównie we Francji i Włoszech, życie gospodarcze uległo takiemu wstrząsowi, że wszystko trzyma się dzięki angielskiemu zapałowi. Należy złamać Anglii kręgosłup, a wojnę zakończymy szczęśliwie. Kręgosłupem Anglii jest flota, która dostarcza surowce i żywność. Zniszczyć angielską flotę mogą tylko okręty podwodne. Podczas nieograniczonej wojny podwodnej każdy statek napotkany w strefie wojennej, zarówno nieprzyjacielski, jak i neutralny, będzie zatopiony bez ostrzeżenia. Nasze U-Booty są w stanie zatopić 600 tysięcy ton rejestrowych miesięcznie i zmusić Anglię do kapitulacji, jeszcze przed następnymi żniwami.
Kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg był przeciwny takiej akcji. Ostrzegał, że rozpoczęcie ataków na morzach sprowokuje Stany Zjednoczone do wystąpienia przeciwko Rzeszy.
Zakończył swoje wystąpienie słowami:
- Wojna podwodna to nasza ostatnia karta. Jeżeli użyjemy jej za wcześnie, cóż nam pozostanie? Chyba tylko zawarcie pokoju na warunkach podyktowanych przez wrogów!
To wywołało gwałtowną reakcję Hindenburga i Ludendorffa.
- Zatwierdzając plan totalnej wojny podwodnej, uratujemy setki tysięcy niemieckich istnień. Jeżeli nawet wyślemy do walki 200 łodzi podwodnych i wszystkie zostaną zniszczone, to łączne straty wyniosą 9 do 10 tysięcy niemieckich marynarzy. A tylu naszych żołnierzy ginie średnio w ciągu dwóch-trzech dni bitwy pod Verdun! - argumentował generał Ludendorff.
Gwałtowność tego wystąpienia zmroziła wszystkich, lecz niezrażony Ludendorff udowadniał, że nie należy się bać Stanów Zjednoczonych.
Cesarz, wyraźnie pod wrażeniem przemówienia generała, zwrócił się o opinię do kanclerza. Ten zaczął się wycofywać, zrzucając odpowiedzialność za decyzję na władze wojskowe, a słysząc buńczuczne zapewnienie Hindenburga i Holtzendorffa, że "ani jeden Amerykanin nie postawi stopy na naszym kontynencie!", powiedział z ironią:
- Rząd popiera stanowisko admiralicji. Skoro sukces nas woła, podążajmy za nim...
W Pszczynie zapadła decyzja o rozpoczęciu nieograniczonej wojny podwodnej, o której minister Zimmermann powiadomił natychmiast ambasadora w USA.
Bernstorff był mądrzejszym politykiem niż ci, którzy kazali mu poinformować rząd Stanów Zjednoczonych. Gwałtownie zaprotestował przeciwko decyzji podjętej w Pszczynie. Dowodził, że w nowej sytuacji Stany Zjednoczone mogą przystąpić do wojny, oddając państwom Ententy cały swój niezmierzony potencjał gospodarczy i militarny.
Miał rację, choć tylko częściowo. Co prawda 3 lutego, na wieść o ogłoszeniu wojny podwodnej, Stany Zjednoczone zerwały stosunki dyplomatyczne z Niemcami, ale tego samego dnia wieczorem ambasador amerykański w Berlinie przyjął na kolacji ministra Zimmermanna.
- Zobaczy pan, wszystko pójdzie dobrze. Ameryka nic nie uczyni, ponieważ prezydent Wilson pragnie tylko pokoju i niczego innego - zapewniał swojego gościa.
Rzeczywiście. Prezydent traktował zerwanie stosunków dyplomatycznych jako formę nacisku na Niemcy i wystąpił z projektem ustawy o uzbrojeniu statków handlowych. Nie miał zamiaru posunąć się dalej, ale wkrótce musiał zmienić zdanie.
Amerykańskie statki nie wypływały z portów, gdyż armatorzy bali się, że na Atlantyku stracą swój dobytek. Ruch w portach zamierał. W magazynach piętrzyły się stosy niesprzedanych towarów. Plantatorzy bawełny w południowych stanach zbierali plony z pól, nie wiedząc, co dalej z nimi robić. Amerykańskiej gospodarce zagroził kryzys. Prezydent nie mógł tego nie zauważyć. Niepokoił go również gwałtownie pogarszający się stan brytyjskiej gospodarki, która pozbawiona dostaw morskich słabła. Już w pierwszym okresie nieograniczonej wojny podwodnej Wielka Brytania traciła miesięcznie 107 statków o łącznym tonażu pół miliona BRT.
Zapasy zboża w brytyjskich spichrzach kurczyły się gwałtownie. W kwietniu wystarczały już tylko na sześć tygodni. Brak dostaw drewna z Norwegii, używanego w kopalnianych chodnikach, groził całkowitym zatrzymaniem wydobycia węgla.
Ameryka stawiała sobie pytanie, jak będzie wyglądał świat po upadku Ententy, i dochodziła do wniosku, że musi te państwa wspomóc.
I w takiej sytuacji kryptolodzy kapitana Halla otrzymali depeszę ministra Zimmermanna, której ujawnienie mogło jednoznacznie przeciąć spory między zwolennikami i przeciwnikami przystąpienia USA do wojny. Tylko czy można było ujawnić tę depeszę?
To było pierwsze pytanie, na które musiał odpowiedzieć William Hall, trzymając w ręku wstępnie odszyfrowany tekst.
Brakowało wielu słów, które mogły zmienić sens depeszy. Było to, co prawda, mało prawdopodobne, ale przystępując do wielkiej gry, takie niebezpieczeństwo należało uwzględnić.
Co więcej - Anglicy, ujawniając depeszę, przyznaliby się, że kontrolowali amerykańską łączność dyplomatyczną, co natychmiast wykorzystałaby niemiecka propaganda.
Hall dostrzegał także inne niebezpieczeństwo. Niemcy dowiedzieliby się, że ich kody dyplomatyczne nie stanowią już tajemnicy i oczywiście natychmiast zmieniliby je, odcinając Anglików od źródła bezcennych informacji o ruchach wojsk i okrętów. Efekt mógł być więc katastrofalny dla Brytyjczyków; zraziliby Amerykanów i ujawnili Niemcom, że znają ich szyfry, nie zyskując nic w zamian!
Hall postanowił czekać, aż otrzyma całkowicie odszyfrowany tekst depeszy Zimmermanna.
Mijały tygodnie i specjaliści z Pokoju 40 nie potrafili sobie poradzić ze skomplikowanym kodem 0075, za pomocą którego utajniono depeszę Zimmermanna.
Praca nad odczytaniem tekstu rozpoczynała się zwykle od zidentyfikowania cyfr wyrażających słowo STOP. Można je było zamaskować za pomocą wielu grup cyfr, ale szyfranci nie chcąc często zerkać do księgi, posługiwali się jedną lub dwiema grupami, które udało im się zapamiętać. Oznaczało to, że najczęściej pojawiające się w tekście szyfrogramu zespoły cyfr oznaczają STOP. Ogromną pomocą dla łamaczy szyfrów i kodów były też utarte zwroty, z lubością stosowane przez dyplomatów w oficjalnych depeszach. W ciemno można było przyjąć, że większość depesz rozpoczyna się od słów: "Mam honor poinformować waszą Ekscelencję, że..."
Kod 0075 był jednak wyjątkowo trudny: zawierał dziesięć tysięcy słów i zwrotów ponumerowanych od 0000 do 9999. Odczytanie nawet kilkuset nie umożliwiało jeszcze poznania treści całego dokumentu.
Hall czekał niecierpliwie, a Nigel de Grey i William Montgomery nie byli w stanie odczytać całego tekstu depeszy Zimmermanna. I wtedy przyszedł mu do głowy prosty, acz genialny pomysł.
Wyszedł od stwierdzenia oczywistych faktów: depesza była adresowana do ambasadora Bernstorffa w Waszyngtonie. Ten miał ją przekazać prezydentowi Meksyku przez niemieckiego ambasadora w tym państwie. Ambasada w mieście Meksyku nie używała kodu 0075, lecz starszego i łatwiejszego do złamania kodu 13040. W Waszyngtonie szyfrant ambasady niemieckiej musiał zmienić kod i wysłać depeszę do Meksyku, korzystając z normalnej drogi łączności, przez firmę telekomunikacyjną Western Union. Należało więc przechwycić telegram w kodzie 13040 wysłany z Waszyngtonu do Meksyku!
Na poczcie w mieście Meksyku pracował angielski agent o pseudonimie "T". W kilka dni po otrzymaniu polecenia wykradł kopię telegramu wysłanego z Waszyngtonu i przesłał ją do Pokoju 40.
Hall nie mylił się. Telegram utajniony był za pomocą kodu 13040. Co prawda ambasador Bernstorff, przekazując depeszę Zimmermanna do Meksyku, mógł wprowadzić pewne poprawki, ale nie mógł zmienić sensu oryginału. W pierwszych dniach lutego na biurku kapitana Halla znalazł się pełny tekst telegramu ministra Zimmermanna:
Zamierzamy rozpocząć w dniu 1 lutego nieograniczoną wojnę podwodną. Pomimo to będziemy usiłowali utrzymać Stany Zjednoczone Ameryki w neutralności. W przypadku jeżeli to się nie powiedzie, przedłożymy Meksykowi propozycję sojuszu na następujących podstawach:
Wspólnego prowadzenia wojny, wspólnego zawarcia pokoju, hojnego finansowego wsparcia i zrozumienia z naszej strony, że Meksyk odbije utracone terytoria w Teksasie, Nowym Meksyku i Arizonie. Ustalenie szczegółów porozumienia pozostawiamy panu. Poinformuje pan prezydenta [Meksyku] o powyższym, najbardziej tajnie, jak tylko wojna ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki stanie się oczywista (...). Zimmermann.
Hall miał wszystko, ale rząd brytyjski postanowił czekać do chwili, aż establishment amerykański będzie przekonany, że nieograniczona wojna podwodna przyniesie Ameryce ogromne straty gospodarcze. Ten czas nadszedł szybko.
Już 22 lutego 1917 roku Hall za zgodą (o ile nie na polecenie) Ministerstwa Spraw Zagranicznych pokazał depeszę Edwardowi Bellowi, sekretarzowi ambasady USA w Londynie, utrzymującemu stałe kontakty z angielskimi służbami wywiadowczymi.
Zakodowana treść telegramu Zimmermanna [z lewej] i jego rozkodowana treść [z prawej](archiwum autora).
Bell, zaszokowany treścią, początkowo nie uwierzył w autentyczność dokumentu, lecz szybko dał się przekonać i chwycił za telefon. Zadzwonił do ambasadora Page'a i poprosił o natychmiastową rozmowę. Po dwudziestu minutach Bell i Hall weszli do gabinetu ambasadora w budynku na Grosvenor Square w Londynie.
Ambasador od dawna doradzał prezydentowi Wilsonowi przystąpienie do wojny. Teraz, gdy trzymał w ręku depeszę Zimmermanna, zrozumiał, że pokona wszelkie opory prezydenta. Należało tylko rozważyć, jak przekonać Waszyngton, że telegram jest prawdziwy, i jak uniknąć kontrakcji przeciwników przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny. Uznał, że będzie najlepiej, jeżeli następnego dnia przedstawiciel rządu brytyjskiego oficjalnie wręczy mu tekst telegramu w siedzibie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Przez całą noc ambasador Page pisał depeszę dla swoich zwierzchników, w której wyjaśniał, w jaki sposób telegram Zimmermanna trafił do rąk brytyjskich kryptologów. 24 lutego o godzinie drugiej w nocy czasu londyńskiego nadał do Waszyngtonu: "Za około trzy godziny wyślę do prezydenta i sekretarza stanu telegram ogromnej wagi".
Wykonał to dopiero o godzinie 13.00.
W Waszyngtonie, pod nieobecność sekretarza stanu Roberta L. Lansinga, wiadomość z Londynu trafiła do rąk radcy departamentu Franka L. Polka. Natychmiast powiadomił on prezydenta o ważnej wiadomości z Londynu i wyruszył do Białego Domu.
Wilson był wyraźnie poruszony. Najbardziej bulwersujący był fakt, że propozycja przystąpienia Meksyku do wojny ze Stanami Zjednoczonymi została wysłana z ambasady amerykańskiej w Berlinie! Stosunki między USA i Meksykiem, napięte od 1913 roku, gwałtownie pogorszyły się w 1916 roku, gdy oddziały rewolucjonistów Pancho Villi przeszły granicę i zaatakowały miasteczko Columbus w stanie Nowy Meksyk. Prezydent wysłał oddział liczący 6 tysięcy żołnierzy, ale potyczki z Pancho Villą trwały do lutego 1917 roku. W takiej atmosferze telegram wyrażający akceptację rządu niemieckiego na zagarnięcie przez Meksyk trzech amerykańskich stanów musiał rozpalić pożar. Tym bardziej, że prezydent Wilson mógł czuć się osobiście dotknięty, gdyż to on zezwolił rządowi niemieckiemu na korzystanie z amerykańskich kanałów łączności.
Wilson, nie zastanawiając się dłużej, postanowił opublikować telegram Zimmermanna, ale Polk doradził skonsultowanie się z sekretarzem stanu, gdy ten powróci z weekendu. Sam musiał mieć czas na ostateczne sprawdzenie autentyczności dokumentu.
Do wtorku odnalazł w archiwum Departamentu Stanu zakodowany telegram przesłany z Berlina do hrabiego Bernstorffa. Był przekonany, że to jest właśnie oryginał, który odczytali Brytyjczycy.
Następnego dnia agencja AP rozesłała do wszystkich gazet tekst telegramu wraz z komentarzem. To była sensacja, która zrobiła wrażenie nawet na zagorzałych przeciwnikach przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny.
Izba Reprezentantów ogromną większością głosów (403 do 13) uchwaliła ustawę o uzbrojeniu statków handlowych. Senat był bardziej wstrzemięźliwy. Domagał się dowodu prawdziwości telegramu, podejrzewając, że cała sprawa może być podstępem Brytyjczyków.
W tym czasie Frank Polk usiłował uzyskać od prezesa Western Union zgodę na wgląd do telegramu przesłanego przez ambasadora niemieckiego z Waszyngtonu do Meksyku. Prezes bronił się. Prawo zabraniało mu naruszać tajemnicę korespondencji. Nie wiadomo, jakich metod użył Polk, ale ostatecznie wydostał kopię telegramu.
Sekretarz stanu Lansing przesłał ją natychmiast do Londynu nakazując, aby ktoś z pracowników ambasady amerykańskiej osobiście odczytał zakodowaną treść, używając brytyjskich metod dekryptażu.
Wkrótce ambasador Page odpowiedział z Londynu:
Bell wziął zakodowany tekst niemieckiej depeszy (...) do Admiralicji i tam odczytał według niemieckiego kodu będącego w posiadaniu Admiralicji.
To nie była całkowita prawda. Zrobił to nie Bell, lecz Nigel de Grey, ale to już nie miało znaczenia. Prezydent Wilson otrzymał potwierdzenie autentyczności telegramu, której domagali się senatorzy. Niespodziewanie, ostateczne potwierdzenie nadeszło od samego... Zimmermanna.
W czasie konferencji prasowej w Berlinie, która odbyła się 2 marca 1917 roku, amerykański dziennikarz William Bayard Hale zapytał ministra:
- Czy ekscelencja zdementuje całą tę historię?
- Nie - odparł Zimmermann, unosząc się honorem. - Nie mogę temu zaprzeczyć. To jest prawda.
Niemcy gorączkowo starali się ustalić sposób, w jaki telegram znalazł się w rękach Brytyjczyków.
Tekst zamieszczony w prasie amerykańskiej wskazywał, że telegram przechwycono na linii Waszyngton-Meksyk (miasto), lub w samym mieście Meksyku. Urzędnicy prowadzący śledztwo popełnili podstawowy błąd. Z góry odrzucili możliwość złamania kodu przez kryptologów i uznali, że brytyjscy agenci wykradli odkodowany tekst telegramu.
Ambasador w Meksyku Heinrich von Eckardt usiłował całą winę zrzucić na Bernstorffa. Berlin doszedł jednak do wniosku, że odpowiada za to placówka w Meksyku. Nie obwiniano wprost Eckardta, ale poinformowano go, że różne poszlaki wskazują, iż zdrada została popełniona w jego ambasadzie.
"Zaleca się największą ostrożność. Spalić wszystkie kompromitujące materiały" - polecało Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
Eckardt usiłował się bronić. Zapewniał zwierzchników:
Obydwie przesyłki zostały odkodowane zgodnie z moimi specjalnymi instrukcjami przez Magnusa [szyfrant ambasady]. Obydwie, tak jak w przypadku wszystkiego, co ma charakter sekretu politycznego, były trzymane poza wiedzą urzędników kancelarii. Oryginały zostały spalone przez Magnusa, a popiół rozrzucony. Obydwie przesyłki były przechowywane w absolutnie bezpiecznym stalowym sejfie, zainstalowanym specjalnie dla takich potrzeb w sypialni Magnusa, do czasu, gdy nie zostały spalone.
Wyjaśnienia ambasadora były tak przekonujące, że niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zdecydowało się pocieszyć strapionego dyplomatę, informując go:
W świetle pana wyjaśnień zarzuty w tym kierunku [tj. ujawnienia tajemnicy przez ambasadę w Meksyku] straciły swoją moc. Żadna wina nie spoczywa na panu lub na Magnusie.
Tymczasem niemieckie dowództwo, w euforii sukcesów U-Bootów, zupełnie nie zwracało uwagi na atmosferę w USA. Torpedy niemieckiego okrętu trafiły 19 marca amerykański statek handlowy "Vigilentia", który poszedł na dno z całą załogą. Tego było już za wiele!
Generał John Pershing we francuskim porcie(archiwum autora).
Prezydent Thomas Woodrow Wilson 2 kwietnia wygłosił przemówienie na specjalnej sesji Kongresu, domagając się uznania stanu wojny między USA i Niemcami:
- Z głębokim zrozumieniem powagi, a nawet tragicznego charakteru kroku, który podejmuję, i dużej odpowiedzialności, jaka się z tym łączy, doradzam, aby Kongres zadeklarował, że ostatnia polityka imperialnego rządu niemieckiego jest faktycznie niczym innym jak wojną przeciwko rządowi i obywatelom Stanów Zjednoczonych!
Dwa dni później obie izby Kongresu, zdecydowaną większością głosów, podjęły rezolucję w tej sprawie.
Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, choć były do tego zupełnie nieprzygotowane.
Dowódca wojsk amerykańskich wysłanych do Europy generał John "Black Jack" Pershing schodząc z okrętu we francuskim porcie, zawołał:
- Lafayette, jesteśmy tutaj!
Amerykańscy żołnierze maszerujący na front(archiwum autora).
Niewielu ich było. Na początek dziewięć dywizji, ale do października 1917 roku siły amerykańskie urosły do 42 dywizji. Do końca wojny Amerykanie zmobilizowali blisko cztery i pół miliona żołnierzy.
Przyjeżdżali do Europy, przywożąc ze sobą wiarę w zwycięstwo i potęgę gospodarczą państwa, które nie odczuło straszliwych skutków wojny niszczącej Europę.
Jeden z brytyjskich dyplomatów powiedział później:
- Amerykańska machina wojenna jest jak ogromny kocioł. Gdy raz rozpali się pod nim ogień, nikt nie zdoła zatrzymać wytworzonej tam pary.
Trzej ludzie z małego pokoju w gmachu Admiralicji - Nigel de Grey i William Montgomery, którzy odczytali depeszę Zimmermanna, oraz kapitan William Reginald Hall, który kierował całą akcją, zmienili bieg wielkiej wojny...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki