Wiek imperium: 1875-1914 - Eric Hobsbawm

Kup ebooka

63.90 zł
53.04 zł (47,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W serii dotychczas ukazały się:

ANDRZEJ FRISZKE Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty - Państwo czy rewolucja. Polscy komuniści a odbudowanie państwa polskiego 1892-1920 - Czekanie na rewolucję. Komuniści w II RP 1921-1926

BORYS KAGARLICKI Imperium na peryferiach. Rosja i system światowy

MARCI SHORE Nowoczesność jako źródło cierpień

TONY JUDT Historia niedokończona. Francuscy intelektualiści 1944-1956 - Brzemię odpowiedzialności. Blum, Camus, Aron, i francuski wiek dwudziesty

ADAM LESZCZYŃSKI Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980 - Ochronić pańszczyznę

ERIC HOBSBAWM Jak zmienić świat. Marks i marksizm 1840-2011 - Wiek rewolucji. 1789-1848 - Wiek kapitału. 1848-1875 - Wiek imperium. 1875-1914 - Wiek skrajności. Spojrzenie na krótkie XX stulecie - O nacjonalizmie

ANDRZEJ LEDER Prześniona rewolucja

ANDRZEJ MENCWEL Stanisław Brzozowski. Postawa krytyczna. Wiek XX - Przedwiośnie czy potop 2. Nowe krytyki postaw polskich

JAN JÓZEF LIPSKI Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Zarys ideologii ONR "Falanga"

HOWARD ZINN Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś

MARCIN NAPIÓRKOWSKI Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014

JAN W. MULLER Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie

ELIZABETH DUNN Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji pracy

SHEILA FITZPATRICK Rewolucja rosyjska

PAWEŁ BRYCZYŃSKI Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce

SARAH BAKEWELL Kawiarnia egzystencjalistów. Wolność, Bycie i koktajle moralowe

ALICJA URBANIK-KOPEĆ Anioł w domu, mrówka w fabryce - Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu. Praca seksualna w XIX wieku na ziemiach polskich

MARCIN KRÓL Krótka historia myśli politycznej

PIOTR M. MAJEWSKI Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu - Niech sobie nie myślą, że jesteśmy kolaborantami. Protektorat Czech i Moraw, 1939-1945 - Brzydkie słowo na "k". Rzecz o kolaboracji

ALEKSANDRA LEYK, JOANNA WAWRZYNIAK Cięcia. Mówiona historia transformacji

JOANNA OSTROWSKA Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej

JAKUB GAŁĘZIOWSKI Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny

NATALIA JUDZIŃSKA Po lewej stronie sali. Getta ławkowe w międzywojennym Wilnie

MAGDA SZCZĘŚNIAK Poruszeni. Awans i emocje w socjalistycznej Polsce

DARIUSZ ZALEGA Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska

ANNA DOBROWOLSKA Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL - Nie tylko Chałupy. Naturyzm w PRL

MARCIN KOŚCIELNIAK Aborcja i demokracja. Przeciw-historia Polski 1956-1993

PRZEDMOWA

Choć książkę tę napisał zawodowy historyk, jest ona przeznaczona nie dla innych naukowców, ale dla wszystkich, którzy pragną zrozumieć świat oraz żywią przekonanie, że historia może w tym znacząco pomóc. Celem tego tomu nie jest dokładne odpowiedzenie czytelnikom i czytelniczkom o wszystkim, co wydarzyło się na świecie w ciągu czterdziestu lat poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej, mam jednak nadzieję, że da on pewne pojęcie o tym okresie. Jeśli ktoś zechce dowiedzieć się więcej, bez trudu może to zrobić dzięki obszernej i często znakomitej literaturze, której znaczna część jest dostępna w języku angielskim dla każdego zainteresowanego. Część z tych publikacji została wymieniona w bibliografii.

Podobnie jak w dwóch poprzednich tomach (Wiek rewolucji. 1789-1848 oraz Wiek kapitału. 1848-1875)1, również w tym próbuję zrozumieć i objaśnić XIX stulecie i jego miejsce w dziejach, zrozumieć i objaśnić świat w procesie przemian rewolucyjnych, ukazać korzenie naszej współczesności w pokładach przeszłości, a przede wszystkim przedstawić przeszłość jako spójną całość, a nie (do czego tak często zmusza nas specjalizacja w nauce historycznej) jako zbiór odrębnych tematów, takich jak dzieje poszczególnych państw, polityki, gospodarki, kultury czy czegoś jeszcze innego. Odkąd tylko zacząłem interesować się historią, zawsze chciałem wiedzieć, w jaki sposób wszystkie te aspekty przeszłości (lub teraźniejszości) łączą się ze sobą i dlaczego tworzą akurat takie konfiguracje.

Niniejsza książka nie jest zatem (poza nielicznymi momentami) ani tradycyjną historyczną opowieścią, ani systematycznym wykładem, a tym bardziej nie jest przedsięwzięciem badawczym. Najlepiej czytać ją jako stopniowo rozwijający się wywód argumentacyjny albo raczej jako prezentację głównej myśli przez pryzmat problemów podejmowanych w kolejnych jej rozdziałach. Czytelnicy osądzą, czy ta próba się udała, choć muszę przyznać, że bardzo się starałem, aby książka była przystępna dla osób niebędących historykami.

Nie sposób wyliczyć wszystkich autorów, z których publikacji czerpałem, nawet jeśli często się z nimi nie zgadzałem, a jeszcze trudniej wymienić pomysły gromadzone na przestrzeni lat w toku rozmów z kolegami i studentami. Jeśli dostrzegą oni w tej książce własne koncepcje i spostrzeżenia, mogą obarczyć mnie odpowiedzialnością za błędną interpretację tych pomysłów lub faktów, co na pewno w niektórych miejscach mi się przytrafiło. Mogę jednak wymienić tych, którzy umożliwili mi zamknięcie wieloletnich studiów nad tym okresem dziejów w jednej książce. Coll?ge de France umożliwiło mi w 1982 roku stworzenie czegoś w rodzaju pierwszej wersji książki w formie trzynastu wykładów; chciałbym wyrazić wdzięczność tej dostojnej instytucji i Emmanuelowi Le Roy Laduriemu, dzięki któremu zostałem zaproszony do tego przedsięwzięcia. W latach 1983-1985 otrzymywałem stypendium od Leverhulme Trust, co pozwoliło mi zaangażować osoby do pomocy przy pracach nad zgromadzonym materiałem. Maison des Sciences de l'Homme oraz Clemens Heller w Paryżu, jak również Światowy Instytut Badań nad Ekonomią Rozwoju przy Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych oraz Macdonnell Foundation zapewniły mi w 1986 roku kilka tygodni spokoju, bym mógł skupić się na ukończeniu tekstu. Spośród pomagających mi w kwerendzie szczególną wdzięczność chciałbym wyrazić Susan Haskins, Vanessie Marshall i doktor Jennie Park. Francis Haskell przejrzał rozdział o sztuce, Alan Mackay rozdział o nauce, a Pat Thane - o emancypacji kobiet, dzięki czemu uniknąłem niektórych błędów, choć obawiam się, że nie wszystkich. André Schiffrin przeczytał całość maszynopisu jako przyjaciel i modelowy przykład wykształconego niespecjalisty, do którego jest adresowana niniejsza książka. Przez wiele lat prowadziłem wykłady z historii europejskiej dla studentów w Birkbeck College na Uniwersytecie Londyńskim - wątpię, abym bez tego doświadczenia był w stanie pojąć historię XIX wieku w kontekście dziejów świata. Dlatego właśnie im dedykuję tę książkę.

Pamięć jest życiem. Wciąż przenoszą ją grupy żyjących ludzi, a wobec tego nieustannie ewoluuje. Podlega ona dialektyce pamiętania i zapominania, nieświadoma kolejnych zniekształceń, otwarta na wszelkiego rodzaju zawłaszczenia i manipulacje. Niekiedy przez długi czas pozostaje utajona, a potem nagle ożywa. Historia jest zawsze niepełnym i problematycznym odtworzeniem tego, co już minęło. Pamięć zawsze przynależy do naszych czasów i tworzy żywą więź z wieczną teraźniejszością, historia jest zaś reprezentacją przeszłości.

Pierre Nora, 19842

Nie wydaje się, by samo wyliczenie ciągu wydarzeń, nawet w skali światowej, miało pogłębić nasze zrozumienie sił działających we współczesnym świecie, jeśli nie uświadomimy sobie jednocześnie przemian strukturalnych, z których one powstały. Na pierwszy plan wysuwa się potrzeba stworzenia nowych podstaw i nowego aparatu pojęciowego do dyskusji. Książka niniejsza będzie właśnie próbowała zaspokoić tę potrzebę.

Geoffrey Barraclough (1964)3

UWERTURA

I

Latem 1913 roku pewna młoda dama ukończyła szkołę średnią w Wiedniu - stolicy imperium austro-węgierskiego. Wciąż było to dość niecodzienne osiągnięcie jak na dziewczynę w Europie Środkowej. Aby to uczcić, rodzice postanowili sfinansować jej pobyt za granicą, a ponieważ nie można było narażać przyzwoitej osiemnastolatki na niebezpieczeństwo i pokusy samotnej podróży, szukali odpowiedniego krewnego, by jej towarzyszył. Na szczęście wśród licznej rodziny, której członkowie w poprzednich pokoleniach udali się z różnych polskich i węgierskich miasteczek za granicę w poszukiwaniu bogactwa i po wykształcenie, znalazł się ktoś, kto odniósł wyjątkowy sukces: wuj Albert, twórca sieci sklepów w Lewancie - w Konstantynopolu, Smyrnie, Aleppo i Aleksandrii. Na początku XX wieku w imperium osmańskim i na Bliskim Wschodzie można było zrobić dobry interes, a Austria od dawna była gospodarczym oknem na Orient. Egipt zarówno odgrywał rolę żywego muzeum sprzyjającego nabywaniu kulturalnej ogłady, jak i skupiał wytworną społeczność kosmopolitów z europejskiej klasy średniej. Można było łatwo się z nimi porozumiewać w języku francuskim, którego owa młoda dama i jej siostry pilnie uczyły się w szkole z internatem pod Brukselą. W Egipcie mieszkali też, rzecz jasna, Arabowie. Wuj Albert z radością powitał swoją młodą krewną, która na statku należącym do kompanii Lloyd Triestino przypłynęła z Triestu będącego wówczas głównym portem cesarstwa habsburskiego, a jednocześnie miejscem pobytu Jamesa Joyce'a. Wspomniana młoda dama była przyszłą matką autora niniejszej książki.

Kilka lat wcześniej do Egiptu przybył również pewien młody mężczyzna z Londynu. Miał dużo skromniejsze pochodzenie. Jego ojciec, który w latach 70. XIX wieku wyemigrował do Wielkiej Brytanii z ziem polskich pozostających pod zaborem rosyjskim, był z zawodu stolarzem i zarabiał niewiele, robiąc meble we wschodnim Londynie i Manchesterze. Jak umiał najlepiej, wychowywał swoją córkę z pierwszego małżeństwa oraz ośmioro dzieci z drugiego. Większość z nich urodziła się już w Anglii. Poza jednym synem żadne z nich nie miało talentu lub zamiłowania do biznesu. Tylko jedno z młodszych dzieci miało też możliwość zdobycia solidnej edukacji i podjęło pracę jako inżynier górnictwa w Ameryce Południowej, będącej wówczas nieformalnie częścią imperium brytyjskiego. Wszyscy potomkowie jednak z zapałem uczyli się języka angielskiego i angielskiej kultury, szybko się asymilując. Jedno z dzieci zostało aktorem, inne przejęło rodzinną firmę, jeszcze inne objęło posadę nauczyciela w szkole podstawowej, a dwoje znalazło zatrudnienie w rozwijającym się sektorze publicznym jako urzędnicy pocztowi. Tak się złożyło, że Wielka Brytania od niedawna (1882) okupowała Egipt - jeden z braci został przedstawicielem instytucji brytyjskiego imperium, przedsiębiorstwa pocztowo-telegraficznego w Delcie Nilu (Egyptian Post and Telegraph Service). Po przyjeździe stwierdził, że Egipt przypadłby do gustu innemu z jego braci, który tutaj mógłby, uwolniony od konieczności żmudnej pracy na własne utrzymanie, świetnie wykorzystać swój potencjał. Był wszak człowiekiem inteligentnym, lubianym, utalentowanym muzycznie, a przy tym świetnie wysportowanym bokserem wagi lekkiej na poziomie mistrzowskim. W istocie uosabiał on typ Anglika, który dużo bardziej nadawał się do pracy w biurze spedycyjnym w "koloniach" niż gdzie indziej.

Ów młody człowiek w przyszłości miał zostać ojcem autora tej książki, a swoją żonę poznał właśnie tam, gdzie połączyły ich gospodarka i polityka epoki imperium, nie mówiąc już o jej historii społecznej. Poznali się prawdopodobnie w klubie sportowym na przedmieściach Aleksandrii - później nieopodal mieli swój pierwszy dom. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby w jakimkolwiek wcześniejszym okresie dziejów, niż ten, którego dotyczy książka, doszło do tego rodzaju spotkania, na dodatek w takim miejscu. Dlaczego? Czytelnicy i czytelniczki już wkrótce będą mogli znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Jednak rozpoczynam niniejszy tom od autobiograficznej anegdoty z poważniejszego powodu. Wszyscy znamy swoisty obszar półmroku rozciągający się między historią i pamięcią; między przeszłością jako ogólnym zapisem zdarzeń dostępnym względnie obiektywnemu badaniu a przeszłością jako pamiętaną częścią własnego życia lub jego tłem. U poszczególnych ludzi obszar ten rozciąga się od momentu, w którym rozpoczyna się żywa tradycja rodzinna lub wspomnienia - powiedzmy, że od najwcześniejszej rodzinnej fotografii, którą najstarszy żyjący członek rodziny jest w stanie zidentyfikować lub objaśnić - do końca dzieciństwa, kiedy to losy prywatne i publiczne zaczyna się postrzegać jako nierozerwalnie ze sobą splecione i wzajemnie się określające ("Poznałam go tuż przed końcem wojny"; "Kennedy musiał zginąć w 1963 roku, bo w tamtym czasie jeszcze mieszkałem w Bostonie"). Różna może być wielkość tego obszaru, a także jego niejasność i nieostrość. Zawsze jednak istnieje swego rodzaju chronologiczna ziemia niczyja. Ta część dziejów jest najtrudniejsza do uchwycenia, także przez historyków. Dla autora niniejszego tomu, urodzonego pod koniec pierwszej wojny światowej jako dziecko rodziców mających w roku 1914 trzydzieści trzy i dziewiętnaście lat, wiek imperium mieści się właśnie w tym obszarze półmroku.

To, co dotyczy jednostek, można powiedzieć również o społeczeństwach. Nasz świat to wciąż w ogromnej mierze świat stworzony przez mężczyzn i kobiety, którzy dorastali w okresie będącym przedmiotem zainteresowania niniejszej książki lub tuż po nim. Być może im bliżej końca XX wieku, tym mniej słuszności w tym stwierdzeniu - któż to wie? - aczkolwiek z pewnością było ono prawdziwe przez pierwsze dwie trzecie naszego stulecia.

Spójrzmy na przykład na listę nazwisk ludzi ze świata polityki, którzy nadawali kształt historii XX wieku. W roku 1914 Włodzimierz Iljicz Uljanow (Lenin) miał czterdzieści dwa lata, Józef Wissarionowicz Dżugaszwili (Stalin) - trzydzieści pięć, Franklin Delano Roosevelt - trzydzieści, John Maynard Keynes - trzydzieści dwa, Adolf Hitler - dwadzieścia pięć, Konrad Adenauer (twórca powojennej Republiki Federalnej Niemiec) - trzydzieści osiem. Winston Churchill miał lat czterdzieści, Mahatma Gandhi - czterdzieści dwa, Jawaharlal Nehru - dwadzieścia pięć, Mao Zedong - dwadzieścia jeden, Ho Chi Minh - dwadzieścia dwa, tyle samo, co Josip Broz (Tito) i Francisco Franco Bahamonde (późniejszy generał i dyktator Hiszpanii), czyli o dwa lata mniej niż Charles de Gaulle i dziewięć lat mniej niż Benito Mussolini. Spójrzmy na odpowiednie statystyki dotyczące dziedziny kultury. Próbka z Dictionary of Modern Thought opublikowanego w 1977 roku daje następujące wyniki:

Osoby urodzone w roku 1914 i później

23%

Osoby aktywne w latach 1880-1914 lub dorosłe w roku 1914

45%

Osoby urodzone w latach 1900-1914

17%

Osoby aktywne przed rokiem 1880

15%

Widać wyraźnie, że autorzy i autorki kompendium wydanego u progu czwartego ćwierćwiecza XX stulecia wciąż postrzegali wiek imperium jako okres najważniejszy dla uformowania się nowoczesnych idei, wciąż aktualnych w momencie publikacji. Niezależnie od tego, czy zgodzimy się z ich osądem, czy nie, zachowuje on swoją historyczną istotność.

Nie tylko więc ci nieliczni wśród wciąż żyjących, którzy byli bezpośrednio związani z okresem przed rokiem 1914, stają przed wyzwaniem zmierzenia się ze swoją prywatą strefą półmroku, lecz, co ważniejsze, dotyczy to wszystkich żyjących w świecie lat 80. XX wieku, na tyle, na ile możemy postrzegać ten świat jako ukształtowany przez epokę, która doprowadziła do wybuchu pierwszej wojny światowej. Oczywiście nie twierdzę, że odleglejsza przeszłość nie ma dla nas znaczenia, chcę jednak podkreślić, że mamy z nią inny związek. Zajmując się dawnymi czasami, mamy świadomość, że stajemy wobec nich zasadniczo jako obcy, w sytuacji trochę podobnej do zachodnich antropologów badających plemiona papuaskie. Gdy mamy do czynienia z rzeczywistością odległą od nas chronologicznie, geograficznie i emocjonalnie, jedyne ślady po tych minionych czasach zawierają się w martwych pozostałościach po ludziach, którzy odeszli: słowach i symbolach - spisanych, drukowanych lub wyrytych, przedmiotach materialnych, obrazach. Ponadto, jeśli jesteśmy historykami, wiemy, że to, co piszemy, może być oceniane i poprawiane wyłącznie przez takich samych obserwatorów z zewnątrz, bowiem również dla nich "przeszłość to inny kraj". Bez wątpienia zawsze zaczynamy od założeń ukształtowanych przez naszą epokę, nasze miejsce i naszą sytuację, co oznacza także skłonność do nadawania przeszłości kształtu zgodnego z naszymi regułami, dostrzegania w przeszłości tego, co ukształtowało nasze spojrzenie, oraz tylko tego, co w ogóle możliwe do uchwycenia z naszej perspektywy. Niemniej jako historycy przystępujemy do pracy wyposażeni w typowe dla naszej profesji narzędzia i materiały, analizując dokumenty archiwalne i inne źródła, czytając stosy opracowań, przebijając się przez debaty i spory toczone przez pokolenia naszych poprzedników, przez zmieniające się mody, interpretacje i zainteresowania, zawsze dociekliwi, zawsze (przynajmniej taką trzeba mieć nadzieję) stawiając pytania. Nic nie stoi nam na drodze oprócz innych, współczesnych nam osób, spierających się, jako obserwatorzy z zewnątrz, o przeszłość niebędącą już częścią pamięci osób aktualnie żyjących. Wszak nawet to, co wydaje nam się, że pamiętamy o roku 1789 we Francji czy o panowaniu Jerzego III w Anglii, to wiedza uzyskana z drugiej lub piątej ręki, od formalnych lub nieformalnych pedagogów.

Kiedy historycy próbują opisać okres, którego świadkowie wciąż żyją, wówczas zderzają się ze sobą - a w najlepszym razie uzupełniają się - dwie całkiem odmienne koncepcje historii: naukowa i opierająca się na archiwum oraz ta płynąca z doświadczenia i z natury osobista. Każdy i każda z nas jest bowiem historykiem własnych czasów, świadomie przeżytego życia, o ile tylko oddaje się refleksji na ten temat - historykiem pod wieloma względami mało wiarygodnym (co wie każdy, kto odważył się zająć "historią mówioną"), jednak takim, którego wkład ma duże znaczenie. Badacze prowadzący wywiady z byłymi żołnierzami lub politykami znajdą w materiałach dostępnych w druku i rękopisach więcej informacji na temat minionych wydarzeń - i to informacji bardziej miarodajnych niż to, co pamiętają ich informatorzy - jednak bez owej pamięci grozi im, że błędnie zrozumieją ustalone fakty. Badacz drugiej wojny światowej może (inaczej niż na przykład historyk piszący o wyprawach krzyżowych) zostać poprawiony przez ludzi, którzy pamiętają opisywane wydarzenia i stwierdzą: "Ależ to było całkiem inaczej!". Mimo tych rozbieżności obie rywalizujące ze sobą wersje historii są - każda na swój sposób - spójnymi konstrukcjami przeszłości, tworzonymi świadomie i przynajmniej potencjalnie dającymi się określić.

Tak jednak nie wygląda historia wspomnianego obszaru półmroku. Ma ona postać niespójnego i niekompletnego obrazu przeszłości, czasem bardziej zacienionego, a czasem dość wyraźnego, zawsze przy tym zapośredniczonego przez mieszankę wiedzy naukowej i wtórnej pamięci ukształtowanej w ramach publicznej i prywatnej tradycji. Ten okres wciąż bowiem jest w nas, choć nie znajduje się już w zasięgu naszych osobistych doświadczeń. Jawi się na podobieństwo wielobarwnych starych map ukazujących nieprawdziwe kształty lądów oraz białe plamy otoczone potworami i symbolami. Współczesne środki masowego przekazu mają tendencję do wyolbrzymiania owych potworów i symboli, ponieważ sam fakt, że postrzegamy tę strefę półmroku jako ważną, stawia ją w centrum zainteresowania mediów. Takie fragmentaryczne i symboliczne obrazy stają się trwałe, przynajmniej w świecie zachodnim, właśnie dzięki mediom - dobitny przykład to Titanic, który nawet siedemdziesiąt pięć lat po zatonięciu wciąż trafia na pierwsze strony gazet. Obrazy, które pojawiają się w naszym umyśle, gdy z jakiegoś powodu myślimy o okresie zakończonym pierwszą wojną światową, znacznie trudniej oddzielić od interpretacji tego czasu niż, dajmy na to, obrazy i anegdoty, które niegdyś przybliżały ludzi niebędących historykami do odleglejszych czasów - Drake grający w kule podczas natarcia hiszpańskiej Armady na Anglię, diamentowy naszyjnik Marii Antoniny lub jej słowa "Niech jedzą ciastka", czy też Waszyngton forsujący rzekę Delaware. Żaden z tych obrazów nawet przez chwilę nie wpłynie na poważnego historyka. Są one poza nami. Czy możemy jednak, nawet jako profesjonaliści, być pewni, że na zmitologizowane obrazy wieku imperium - Titanica, trzęsienie ziemi w San Francisco, postać Dreyfusa - patrzymy równie chłodnym okiem? Z pewnością nie, jak pokazują choćby obchody stulecia Statuy Wolności4.

Epoka imperium, bardziej niż jakiekolwiek inne czasy, domaga się odczarowania właśnie dlatego, że już w niej nie żyjemy, choć nie uświadamiamy sobie, jak wiele z niej wciąż żyje w nas (dotyczy to również historyków). Nie znaczy to też, że domaga się ona odbrązowienia czy demaskacji, choć to ona właśnie takie podejście zapoczątkowała.

II

Potrzeba jakiejś perspektywy historycznej jest tym pilniejsza, że ludzi z końca XX wieku rzeczywiście wciąż łączy silny związek z okresem, który zakończył się w 1914 roku, prawdopodobnie po prostu dlatego, że sierpień tamtego roku należy do najbardziej oczywistych "naturalnych przełomów" w dziejach. Wówczas odczuwano, że to koniec pewnej epoki, i dziś również istnieje takie poczucie. Można jednak odrzucić to wrażenie i postawić tezę, że lata pierwszej wojny światowej były okresem kontynuacji oraz zazębiania się wcześniejszej epoki z tym, co nastąpiło później. Bieg historii nie przypomina przecież trasy autobusu, na której po dotarciu do końcowego przystanku zmieniają się pasażerowie i obsługa. Jeśli jednak istnieją daty będące czymś więcej niż udogodnieniem dla celów periodyzacji, to z pewnością należy do nich sierpień 1914. Postrzegano go jako symbol końca świata stworzonego przez burżuazję i dla burżuazji. Data ta oznacza koniec "długiego XIX stulecia" - historycy zwykli posługiwać się tym terminem, a określana nim epoka jest przedmiotem analizy w trzech tomach, których cykl zamyka niniejsza książka.

Bez wątpienia z tego właśnie powodu omawiany tu okres tak często przykuwa uwagę historyków, zarówno amatorów, jak i zawodowych badaczy, ludzi piszących o kulturze, literaturze i sztuce, biografów, filmowców i autorów programów telewizyjnych, a także, w nie tak małym stopniu, projektantów mody. Mógłbym zaryzykować przypuszczenie, że w krajach anglojęzycznych przez ostatnie piętnaście lat każdego miesiąca ukazywała się co najmniej jedna ważna publikacja - książka lub artykuł - na temat okresu lat 1880-1914. Większość tych publikacji jest skierowana do historyków bądź innych specjalistów, albowiem wspomniany okres, jak widzieliśmy, nie tylko ma znaczenie dla rozwoju kultury współczesnej, ale również tworzy kontekst wielu żarliwych dyskusji dotyczących historii narodowej i międzynarodowej, zainicjowanych na ogół przed rokiem 1914. Mam tu na myśli choćby spory na temat imperializmu, tworzenia się ruchu robotniczego i socjalistycznego, upadku gospodarczego Wielkiej Brytanii, istoty i genezy rewolucji w Rosji, by wspomnieć tylko o niektórych. Z oczywistych powodów najlepiej opisano przyczyny wybuchu pierwszej wojny światowej - na ten temat powstało jak dotąd kilka tysięcy tomów, a liczba ta wciąż rośnie w niesamowitym tempie. Zagadnienie pozostaje żywe dlatego, że problem przyczyn światowych konfliktów militarnych nie zniknął, niestety, po roku 1914. W istocie powiązanie między problemami przeszłości i teraźniejszości nigdzie nie jest widoczne tak wyraźnie, jak właśnie w historii epoki imperium.

Pomijając literaturę czysto monograficzną, większość autorów zajmujących się tym okresem można podzielić na dwie kategorie: patrzących wstecz i patrzących naprzód. Obie te grupy na ogół koncentrują się na jednej lub dwóch najbardziej oczywistych cechach tamtych czasów. W pierwszym podejściu okres ten jawi się jako niezwykle odległy i bezpowrotnie miniony, jeśli spojrzeć na niego przez nieprzekraczalną przepaść, którą wyznacza sierpień 1914 roku. Jednocześnie jednak, jak wskazują rzecznicy drugiej orientacji, wiele zjawisk typowych dla końca XX wieku ma swoją genezę w ostatnim trzydziestoleciu poprzedzającym wybuch pierwszej wojny światowej. Chyba najlepiej znany przykład pisarstwa pierwszego rodzaju to bestseller Barbary Tuchman Wyniosła wieża, książka opisująca "świat przed pierwszą wojną (1890-1914)". Za reprezentatywne dla szkoły drugiego rodzaju można uznać studium genezy współczesnego zarządzania korporacyjnego - The Visible Hand autorstwa Alfreda Chandlera.

W sensie ilościowym i biorąc pod uwagę wysokość nakładów, autorzy patrzący wstecz niemal z pewnością dominują. Bezpowrotna przeszłość to wyzwanie dla dobrych historyków, którzy wiedzą, że nie da się jej zrozumieć, myśląc anachronicznie, jednak kryje ona zarazem potężną pokusę nostalgii. Najmniej wnikliwi i najbardziej sentymentalni autorzy nieustannie usiłują odgrzebać powaby epoki, którą klasa wyższa i średnia na ogół widziały jako osnute złotą mgłą "piękne czasy" czy też belle époque. Podejście to pasuje, rzecz jasna, ludziom show-biznesu i producentom medialnym, projektantom mody i wszystkim pozostającym na usługach zamożnych grup. Tę wersję epoki imperium społeczeństwo zna najlepiej zapewne z kina i telewizji. Obraz ten jest jednak niepełny, mimo że niewątpliwie oddaje jeden ważny aspekt omawianych czasów - wtedy wszak do obiegu weszły takie określenia jak "plutokracja" czy "klasa próżniacza". Można polemizować, czy wizja ta jest mniej czy bardziej przydatna niż jeszcze bardziej nostalgiczne, choć solidniejsze intelektualnie, pisarstwo autorów usiłujących dowieść, że raj utracony mógł przetrwać, gdyby nie pewne błędy, których można było uniknąć, lub nieprzewidywalne wypadki, bez których nie byłoby wojny światowej, rewolucji rosyjskiej czy jakichkolwiek innych wydarzeń, które miały zadecydować o upadku świata sprzed roku 1914.

Inni historycy zwracają uwagę nie na wielkie zerwanie ciągłości, ale na coś zgoła przeciwnego, czyli fakt, że wiele typowych cech naszych czasów wyłoniło się, czasem dość nagle, na przestrzeni kilku dekad przed 1914 rokiem. Autorzy ci poszukują owych źródeł i zwiastunów naszej epoki, zresztą dość oczywistych. W sferze polityki partie robotnicze i socjalistyczne rządzące lub pozostające główną siłą opozycyjną w większości krajów Europy Zachodniej są dziećmi lat 1875-1914, tak jak drugą odnogą tej rodziny są partie komunistyczne stojące na czele reżimów w Europie Wschodniej5. To samo można właściwie powiedzieć ogólnie o polityce charakterystycznej dla systemów demokratycznych, o modelu partii masowej, ogólnokrajowych centralach związków zawodowych czy o współczesnym ustawodawstwie socjalnym.

Awangarda tego okresu, znana jako modernizm, zdominowała większość dwudziestowiecznej produkcji kulturalnej. Nawet dziś, gdy niektóre nurty awangardowe czy inne szkoły odcinają się od tej tradycji, wciąż określają się one przez pryzmat tego, co odrzucają ("postmodernizm"). Także w kulturze życia codziennego wciąż dominują trzy innowacje pochodzące z tego okresu: branża reklamowa w jej współczesnej formie, nowoczesne gazety lub czasopisma o masowym nakładzie, a także (bezpośrednio lub za pośrednictwem telewizji) ruchoma fotografia, czyli film. W nauce i technice od okresu, którego cezury wyznaczają lata 1875 i 1914, zapewne dokonał się znaczący postęp, ale istnieje wyraźna ciągłość między naukowymi dokonaniami epoki Plancka, Einsteina i młodego Bohra a stanem dzisiejszym. Owoce postępu technicznego, które pojawiły się po raz pierwszy w interesującym nas okresie - napędzane paliwem pojazdy poruszające się po drogach oraz maszyny latające - wciąż dominują we współczesnym krajobrazie i w przestrzeni miejskiej. Inne wynalazki tamtych czasów - telefony i komunikacja bezprzewodowa - nie zniknęły z naszego życia, a jedynie zostały udoskonalone. Możliwe, że z dzisiejszej perspektywy, gdy oceniamy rzecz całościowo, ostatnie dekady XX wieku nie przystają już do ram uformowanych przed rokiem 1914, ale w wielu dziedzinach wciąż jeszcze ramy te nadają kształt naszemu światu.

Nie można jednak poprzestawać na takiej prezentacji przeszłości. Bez wątpienia kwestia ciągłości czy nieciągłości między epoką imperium a teraźniejszością jest wciąż ważna, a nasze emocje w dalszym ciągu są uwikłane w tamten okres historyczny. Niemniej z punktu widzenia historyka samo zagadnienie ciągłości czy nieciągłości wydaje się trywialne. Jak zatem należy usytuować ten okres? Wszak stosunek przeszłości do teraźniejszości ma kluczowe znaczenie zarówno dla tych, którzy piszą o historii, jak i dla tych, którzy o niej czytają. I jedni, i drudzy chcą - lub powinni chcieć - zrozumieć, w jaki sposób przeszłość stała się teraźniejszością. I jedni, i drudzy chcą zrozumieć przeszłość, jednak najbardziej przeszkadza im w tym fakt, że przeszłość  n i e  jest taka jak teraźniejszość.

Książka Wiek imperium, choć wydana jako odrębna publikacja, to trzeci i ostatni tom serii, w której podjąłem próbę ogólnego spojrzenia na to, co historycy określają jako długie XIX stulecie, czyli okres między, mniej więcej, rokiem 1776 a 1914. Początkowo w ogóle nie planowałem tak ambitnego przedsięwzięcia. Jeśli jednak te trzy tomy, pisane w odstępie wielu lat i nieplanowane - poza ostatnim - jako części jednego dużego dzieła, cechuje pewna spójność, to dlatego, że łączy je określona koncepcja XIX wieku. I jeśli ta wspólna koncepcja przekonująco połączyła Wiek rewolucji z Wiekiem kapitału i obie te książki z Wiekiem imperium - a mam nadzieję, że tak się stało - wówczas powinna ona pomóc nam powiązać wiek imperium z tym, co nadeszło później.

Główną oś, wokół której budowałem rozważania o XIX stuleciu, wyznaczają sukcesy i przeobrażenia kapitalizmu w szczególnej postaci historycznej - liberalnego społeczeństwa burżuazyjnego. Historia ta zaczyna się od kluczowego podwójnego przełomu, za jaki należy uznać pierwszą rewolucję przemysłową w Wielkiej Brytanii - co doprowadziło do ustanowienia zapoczątkowanych przez kapitalizm nieograniczonych zdolności systemu wytwórczego w zakresie wzrostu gospodarczego i globalnej ekspansji - oraz francusko-amerykańską rewolucję polityczną, która ustanowiła wzorce instytucji publicznych społeczeństwa burżuazyjnego. Przełomu tego dopełniło praktycznie równoległe pojawienie się najbardziej charakterystycznych dla tego społeczeństwa - i powiązanych ze sobą - systemów teoretycznych: klasycznej ekonomii politycznej i filozofii utylitaryzmu. Struktura pierwszego tomu tej historii (Wiek rewolucji. 1789-1848) opiera się właśnie na pojęciu "podwójnej rewolucji".

Przełom ten doprowadził do śmiałego podboju świata przez gospodarkę kapitalistyczną, dokonanego rękami kluczowej dla niej klasy społecznej - "burżuazji" - pod sztandarami jej klasycznej formuły intelektualnej, czyli ideologii liberalizmu. Jest to tematem przewodnim drugiego tomu, który obejmuje krótki okres od rewolucji 1848 roku do początku kryzysu z lat 70. XIX wieku, kiedy to zdawało się, że społeczeństwo burżuazyjne i jego system gospodarczy dzięki ich oszałamiającym sukcesom czeka względnie bezproblemowa przyszłość. Działo się tak dlatego, że opór polityczny "starych reżimów" - tych, przeciwko którym wybuchła rewolucja francuska - został albo pokonany, albo reżimy te same zdążyły pogodzić się z gospodarczą, instytucjonalną i kulturalną hegemonią triumfującego burżuazyjnego postępu. W dziedzinie gospodarki, dzięki rozprzestrzenianiu się rewolucji przemysłowej i otwarciu światowych rynków, było możliwe przezwyciężenie ograniczeń wynikających z pierwotnie raczej szczupłej bazy, na której opierał się kapitalistyczny wzrost gospodarczy. W wymiarze społecznym uporano się z wybuchami niezadowolenia ubogich, mającymi miejsce w epoce rewolucji. Krótko mówiąc, wydawało się, że usunięto główne bariery nieprzerwanego i, jak przypuszczano, nieograniczonego rozwoju burżuazyjnego. Ewentualne trudności płynące z jego wewnętrznych sprzeczności nie budziły wówczas jeszcze poważnego zaniepokojenia. W tym okresie w Europie było mniej socjalistów i zwolenników rewolucji społecznej niż kiedykolwiek indziej.

Wspomniane sprzeczności z całą mocą objawiły się jednak w epoce imperium. Ta niespotykana w dziejach świata zachodniego era pokoju zrodziła erę równie bezprecedensowych wojen światowych. Mimo pewnych niepokojących oznak, były to czasy coraz większej stabilizacji społecznej w rozwiniętych krajach przemysłowych, będących w stanie z niemal nonszalancką łatwością podbijać rozległe imperia i później nimi rządzić. Jednocześnie jednak na peryferiach świata uprzemysłowionego pojawiły się połączone siły rebelii i rewolucji, które z czasem miały wzrosnąć w siłę. Od roku 1914 świat został zdominowany przez lęk przed wojną globalną (a niekiedy przez samą rzeczywistość takiej wojny) oraz lęk przed rewolucją (lub nadzieję na nią). Jedno i drugie wynikało z sytuacji historycznej będącej bezpośrednim następstwem epoki imperium.

Była to epoka, w której narodziły się i wysunęły hasło obalenia kapitalizmu masowe, zorganizowane ruchy społeczne klasy robotniczej, klasy stworzonej przez kapitalizm przemysłowy i dla niego typowej. Ruchy te zrodziły się i najszybciej wzrastały w krajach o wysoko rozwiniętej i ekspansywnej gospodarce, a więc tam, gdzie kapitalizm stworzył robotnikom warunki prawdopodobnie nieco bardziej znośne niż wcześniej. W epoce tej w zasięgu politycznych i kulturalnych instytucji burżuazyjnego liberalizmu znalazły się masy robotnicze, a także (po raz pierwszy w historii) kobiety, choć ceną za to było zepchnięcie na margines władzy politycznej centralnej klasy tych społeczeństw - liberalnej burżuazji. Demokracje parlamentarne, będące nieuchronnie wytworem postępu liberalnego, w większości krajów położyły kres liberalizmowi burżuazyjnemu jako liczącej się sile politycznej. Była to epoka głębokiego kryzysu tożsamości burżuazji oraz znaczących przeobrażeń tej klasy, której tradycyjne fundamenty moralne załamały się pod naciskiem akumulacji bogactwa i luksusu. Samo jej istnienie jako klasy panującej zostało podważone przez przemiany stworzonego przez nią systemu gospodarczego. Miejsce indywidualnych i rodzinnych przedsiębiorstw zarządzanych przez ich właścicieli zaczęły zajmować osoby prawne (to znaczy duże firmy lub korporacje) będące własnością udziałowców, zarządzane przez najemną kadrę kierowniczą i dyrektorską.

W dziejach epoki imperium tego rodzaju paradoksy pojawiają się bardzo często. Niniejsza książka kreśli właściwie obraz społeczeństwa i świata burżuazyjnego liberalizmu zmierzającego u szczytu swego rozkwitu ku czemuś, co jego apologeci określili mianem "dziwnej śmierci", a co wynikało ze sprzeczności tkwiących w samym mechanizmie jego rozwoju.

Co więcej, kultura i życie intelektualne tego okresu dowodzą osobliwej świadomości tej zmiany trajektorii - nadciągającej śmierci jednego świata oraz potrzeby stworzenia nowego. Tym jednak, co nadało schyłkowi "długiego XIX stulecia" szczególny koloryt i posmak, był fakt, że choć oczekiwano rychłej katastrofy, to jednocześnie nie rozumiano jej i nie dawano jej wiary. Wojna światowa miała nadejść, ale nikt, nawet najbardziej przenikliwi prorocy, tak naprawdę nie pojmował, jak będzie ona wyglądać. I gdy świat ostatecznie znalazł się na krawędzi, decydenci ruszyli w przepaść, zupełnie nie wierząc, że kres stworzonego przez nich ładu jest już bardzo blisko. Ówczesne wielkie ruchy socjalistyczne miały charakter rewolucyjny, jednak dla większości z nich rewolucja była poniekąd logicznym i koniecznym rezultatem demokracji burżuazyjnej, która dawała coraz liczniejszej większości przewagę nad malejącą mniejszością. Dla tych ugrupowań socjalistycznych, które spodziewały się faktycznej rewolucji, sprowadzała się ona do walki o ustanowienie, w pierwszej kolejności, demokracji burżuazyjnej, będącej niezbędną podstawą dalszego rozwoju. Nawet ówcześni rewolucjoniści pozostawali zatem mentalnie w obrębie epoki imperium, mimo że przygotowywali się na jej przekroczenie.

W dziedzinie nauki i sztuki dokonywał się upadek dziewiętnastowiecznej ortodoksji, choć wierzyła w nią większa niż kiedykolwiek liczba wykształconych mężczyzn i kobiet, a odrzucały ją jedynie wąskie kręgi awangardy. Gdyby przed rokiem 1914 badacze opinii publicznej w krajach rozwiniętych próbowali zmierzyć poziom nadziei i złych przeczuć, czyli proporcje między optymistami i pesymistami, z pewnością przeważałyby nadzieja i optymizm. Paradoksalnie zresztą więcej optymistycznych głosów odnotowaliby już w nowym stuleciu, w latach, gdy Zachód coraz bardziej zbliżał się do przełomu roku 1914, niż w końcowych dekadach starego wieku. Optymizm ten dotyczył jednak nie tylko tych, którzy wierzyli w przyszłość kapitalizmu, ale także wyczekujących jego upadku.

Sama zmiana historycznej trajektorii, rozwój podważający własne fundamenty, nie zawiera w sobie niczego nowego czy wyjątkowego, co odróżniałoby tę epokę od innych. W ten właśnie sposób (także współcześnie) następują zmiany historyczne o charakterze endogennym. Za szczególną cechę długiego XIX wieku można natomiast uznać fakt, że ogromne siły rewolucyjne tego okresu, które ostatecznie zmieniły świat nie do poznania, miały tak specyficzne, historycznie swoiste i kruche podstawy. Tak jak przeobrażenia gospodarki światowej kojarzono - w ważnym, choć z konieczności krótkim okresie - z sukcesami jednego państwa średniej wielkości, Wielkiej Brytanii, tak też rozwój ówczesnego świata tymczasowo kojarzono ze zwycięstwem dziewiętnastowiecznego liberalnego społeczeństwa burżuazyjnego. Same rozmiary triumfu idei, wartości, przekonań i instytucji z nim związanych, jakiego doświadczono w epoce kapitału, wskazują na historycznie krótkotrwałą istotę tego zwycięstwa.

Niniejsza książka mówi o tym momencie dziejów, w którym stało się jasne, że społeczeństwo i cywilizacja stworzone przez liberalną burżuazję zachodnią oraz na jej użytek reprezentują nie tyle trwałą postać nowoczesnego świata przemysłowego, ile zaledwie jeden z etapów jego wczesnego rozwoju. Jakkolwiek struktury gospodarcze, na których wspiera się świat XX wieku, wciąż pozostają kapitalistyczne, to nie należą już do "prywatnego biznesu" w takim znaczeniu, jakie uznawali przedsiębiorcy w roku 1870. Jeśli w pamięci świata od czasów pierwszej wojny światowej dominuje jakieś wyobrażenie o rewolucji, to nie odwołuje się ono już do rewolucji francuskiej z roku 1789. Dominująca kultura nie jest już kulturą burżuazyjną w rozumieniu sprzed roku 1914. Kontynent, który stał się gospodarczym, intelektualnym i militarnym hegemonem właśnie wtedy, dziś już nie pełni tej roli. Ani historia jako taka, ani historia kapitalizmu w szczególności nie skończyła się jednak w 1914 roku, choć całkiem duża część świata za sprawą rewolucji weszła w obszar zupełnie innego typu gospodarki. Wiek imperium, czy też, według określenia Lenina, imperializmu, z pewnością nie był "ostatnim stadium" kapitalizmu. Zresztą sam Lenin tego nie twierdził, nazywając go jedynie, w najwcześniejszej wersji swej popularnej broszury, "najnowszym" etapem w dziejach kapitalizmu6. Mimo to można jednak zrozumieć, dlaczego obserwatorzy - i to nie tylko ci niechętni społeczeństwu burżuazyjnemu - mogli mieć poczucie, że epoka, w której żyli przez kilka dekad przed wybuchem pierwszej wojny światowej, była czymś więcej niż tylko kolejną fazą rozwoju. W taki czy inny sposób czasy te zdawały się zwiastować świat odmienny od tego znanego z przeszłości i przygotowywać na jego nadejście. Spełniło się to po roku 1914, nawet jeśli zmiany wyglądały inaczej niż oczekiwała tego lub to przewidywała większość proroków. Do świata liberalnego społeczeństwa burżuazyjnego nie ma powrotu. Od roku 1914 epoka burżuazji na dobre i na złe należy do historii i nie zmienią tego pojawiające się u schyłku XX wieku naiwne głosy wzywające do ożywienia ducha dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.

Hogan jest prorokiem. [...] Prorok, panie Hinnissy, to ktoś, kto przewiduje kłopoty. [...] Dzisiaj Hogan jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, ale jutro coś się stanie.

Finley Peter Dunne, 19107

ROZDZIAŁ 1STULETNIA REWOLUCJA

I

Setne rocznice wymyślono pod koniec XIX wieku. W którymś momencie między stuleciem rewolucji amerykańskiej (1876) i rewolucji francuskiej (1889) - obie daty świętowano, organizując zwyczajowe już wówczas wystawy światowe - wykształceni obywatele świata zachodniego stali się świadomi faktu, że ład, w którym przyszło im żyć, narodzony między Deklaracją niepodległości Stanów Zjednoczonych, wzniesieniem pierwszego mostu żelaznego i szturmem na Bastylię, ma już sto lat. Czym jednak różnił się świat z lat 80. XIX wieku od tego z lat 80. XVIII stulecia?8

Przede wszystkim był to już świat prawdziwie globalny. Zdążono poznać oraz mniej lub bardziej precyzyjnie nanieść na mapę wszystkie jego części. Z nielicznymi wyjątkami ekspedycje nie miały już na celu "odkryć", a raczej zmieniały się w swoiste przedsięwzięcia sportowe, nierzadko podszyte rywalizacją osobistą lub narodową, czego typowym przykładem były próby opanowania najsurowszych i najbardziej niegościnnych obszarów Arktyki i Antarktydy. Amerykanin Peary w 1909 roku wygrał rywalizację z Brytyjczykami i Skandynawami i jako pierwszy dotarł do bieguna północnego9. Norweg Amundsen w 1911 roku zdobył biegun południowy, miesiąc przed pechowym Brytyjczykiem, kapitanem Scottem (żadne z tych osiągnięć nie miało jakichkolwiek praktycznych konsekwencji ani nie było planowane pod tym kątem). Dzięki kolejom i statkom parowym czas podróży międzykontynentalnych i transkontynentalnych zaczęto odmierzać już nie w miesiącach, ale w tygodniach, choć wciąż nie dotyczyło to większości rozległych obszarów Afryki, Azji oraz niektórych części południowoamerykańskiego interioru. Z czasem podróże tego rodzaju zaczęły trwać jeszcze krócej - uruchomienie Kolei Transsyberyjskiej w 1904 roku umożliwiło przejazd z Paryża do Władywostoku w piętnaście lub szesnaście dni. Telegraf elektryczny czynił łączność między odległymi zakątkami globu możliwą w kilka godzin. Dzięki temu mężczyźni i kobiety z Zachodu - choć nie tylko oni - przemieszczali się i komunikowali na duże odległości z niespotykaną dotąd łatwością oraz częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Zilustrujmy to przykładem, który jeszcze w czasach Benjamina Franklina zostałby potraktowany jako niedorzeczny wytwór fantazji. W 1879 roku Szwajcarię odwiedziło niemal milion turystów. Ponad 200 tysięcy z nich było Amerykanami - liczba ta wynosiła więcej niż jedną dwudziestą całej populacji Stanów Zjednoczonych z pierwszego spisu powszechnego (1790)10.

Jednocześnie był to świat znacznie gęściej zaludniony. Dane demograficzne - zwłaszcza te dotyczące końca XVIII wieku - budzą tyle wątpliwości, że dążenie do dokładności jest bezcelowe i ryzykowne, choć nie pomylimy się zbytnio, jeśli przypuścimy, że liczba około 1,5 miliarda ludzi żyjących w latach 80. XIX wieku dwukrotnie przewyższała tę z lat 80. XVIII stulecia. Najliczniejszą populację, jak w każdej wcześniejszej epoce, tworzyli mieszkańcy Azji, aczkolwiek o ile w roku 1800 stanowili blisko dwie trzecie ludzkości (wedle ostatnich szacunków), o tyle w roku 1900 ich udział wynosił jedynie 55 procent. Drugie miejsce pod względem liczebności zajmowali Europejczycy (w tym mieszkańcy słabo zaludnionej azjatyckiej części Rosji). Ich liczba niemal na pewno wzrosła ponad dwukrotnie - z około 200 milionów w 1800 roku do 430 milionów w 1900, a ponadto masowa emigracja Europejczyków poza kontynent w znacznej mierze przyczyniła się do najbardziej gwałtownej zmiany w rozmieszczeniu światowej populacji, powodując wzrost liczby mieszkańców obu Ameryk między rokiem 1800 i 1900 z 30 do bez mała 160 milionów. Wzrost ten był szczególnie odczuwalny w Ameryce Północnej, gdzie liczebność populacji wzrosła z około 7 do 80 milionów. Liczba mieszkańców dotkniętego licznymi klęskami kontynentu afrykańskiego, o którego ówczesnej strukturze demograficznej mamy niewiele pewnych informacji, rosła wolniej niż gdzie indziej - być może powiększyła się jedynie o jedną trzecią w ciągu całego stulecia. O ile więc pod koniec XVIII wieku Afrykanie przypuszczalnie aż trzykrotnie przewyższali liczebnością mieszkańców Ameryki (Północnej i Południowej), o tyle pod koniec XIX wieku Amerykanów było już prawdopodobnie znacznie więcej niż Afrykanów. Niewielka populacja Australii wraz z wyspami Pacyfiku wzrosła wprawdzie, za sprawą imigracji z Europy, z szacowanych 2 milionów do mniej więcej 6 milionów, jednak z punktu widzenia światowej demografii wciąż była to niezbyt znacząca liczba.

Chociaż w pewnym sensie świat stawał się ludniejszy, mniejszy i bardziej globalny, a poszczególne jego części łączyły się coraz ściślej za sprawą przepływu towarów, ludzi, kapitału, informacji, dóbr materialnych i idei, to pod innymi względami ulegał coraz większym podziałom. Już w latach 80. XVIII wieku, tak jak w innych epokach, o których wiedzę możemy czerpać z dokumentów historycznych, istniały regiony zamożne i biedne, gospodarki lub społeczeństwa zaawansowane i zacofane, silniejsze i słabsze byty polityczne czy militarne. Trudno zresztą zaprzeczyć też istnieniu zasadniczej różnicy między tą częścią świata, która uchodzi za kolebkę społeczeństw klasowych oraz mniej lub bardziej trwałych państw i miast funkcjonujących dzięki wykształconej mniejszości i - ku uciesze historyków - gromadzących dokumenty pisane, a obszarami położonymi na północy i południu, ku którym na przełomie XIX i XX wieku uwagę skierowali etnografowie i antropolodzy. Choć nierówności w obrębie tej pierwszej części świata - zamieszkanej przez większość ludzi i obejmującej obszary od Japonii po wybrzeża środkowego i północnego Atlantyku oraz podbite przez Europejczyków tereny obu Ameryk - były już dość znaczne, wciąż wydawały się możliwe do pokonania.

W czasach przedindustrialnych różnice między głównymi regionami dotyczące produkcji i zamożności, nie mówiąc już o kulturze, były jak na dzisiejsze standardy stosunkowo niewielkie i wyrażały się w proporcjach około 1 do 1,8. Niedawne szacunki wskazują wręcz, że w latach 1750-1800 produkt narodowy brutto per capita w krajach nazywanych dziś "rozwiniętymi" wynosił zasadniczo tyle samo, co na obszarach określanych współcześnie mianem "Trzeciego Świata", choć wynika to prawdopodobnie z ogromnych rozmiarów i tym samym z istotnego wpływu na globalne wskaźniki cesarstwa chińskiego (gdzie żyła mniej więcej jedna trzecia ludności świata), którego stopa życiowa mogła w owym czasie być nawet wyższa niż w Europie11. W XVIII wieku Europejczycy niewątpliwie postrzegali Niebiańskie Imperium jako kraj bardzo osobliwy, jednak żaden wnikliwy obserwator nie uważał go w sensie gospodarczym czy cywilizacyjnym za gorszy od Europy, a już na pewno nie za "zacofany". Jednak w XIX wieku różnica między państwami zachodnimi, tworzącymi trzon zmieniającej świat rewolucji gospodarczej, a pozostałymi regionami pogłębiała się - początkowo powoli, później coraz gwałtowniej. W roku 1880 (według tych samych obliczeń) dochód per capita w krajach "rozwiniętych" był prawdopodobnie dwukrotnie wyższy od dochodu w "Trzecim Świecie", w roku 1913 był wyższy już ponad trzykrotnie, a różnica ta wciąż rosła. By ukazać skalę procesu, powiedzmy, że w roku 1950 stosunek ten wynosił 1 do 5, a w roku 1970 osiągnął wartość 1 do 7. Przepaść między krajami "Trzeciego Świata" a krajami uprzemysłowionymi istniała już wcześniej i powiększała się w dużo szybszym tempie. Już w 1830 roku produkt narodowy brutto per capita w tych krajach wynosił prawie dwa razy tyle, co w "Trzecim Świecie", a w roku 1913 różnica sięgała już siedmiokrotności12.

Głównej przyczyny rosnącej różnicy należy upatrywać w postępie technicznym, który miał konsekwencje nie tylko gospodarcze, ale i polityczne. Sto lat po rewolucji francuskiej coraz bardziej oczywisty stawał się fakt, że kraje biedniejsze i zacofane można łatwo pokonać i podbić (poza tymi o bardzo rozległym terytorium), ponieważ dysponują mniej zaawansowaną technologicznie bronią. Ten czynnik był względnie nowy. Podczas kampanii egipskiej Napoleona w 1798 roku walczące armie - francuska i mamelucka - dysponowały podobnym wyposażeniem. Europejskie podboje kolonialne dokonywały się nie dzięki cudownemu uzbrojeniu, ale w wyniku większej agresywności i bezwzględności, a przede wszystkim za sprawą dyscypliny organizacyjnej13. Jednak rewolucja przemysłowa, która odcisnęła piętno na działaniach wojennych w środkowych dekadach XIX wieku (zob. Wiek kapitału, rozdział 4) jeszcze bardziej przechyliła szalę na korzyść świata "rozwiniętego", a to dzięki materiałom wybuchowym, karabinom maszynowym i środkom transportu opartym na energii parowej (zob. rozdział 13 niniejszej książki). Z tego powodu półwiecze między rokiem 1880 a 1930 można określić jako złoty, a raczej żelazny wiek w dziejach dyplomacji siły.

W latach 80. XIX wieku mieliśmy zatem do czynienia nie tyle ze światem jednolitym, ile z dwoma jego sektorami połączonymi w ramach jednego globalnego systemu: rozwiniętym i zapóźnionym, dominującym i zależnym, bogatym i biednym. Jednak nawet taki opis może być mylący. Podczas gdy historia i wspólna ścieżka kapitalistycznego rozwoju zjednoczyły pierwszy z tych światów (zarazem zdecydowanie mniejszy) mimo występujących w jego obrębie wyraźnych różnic, tego drugiego (dużo większego) nie jednoczyło nic poza stosunkami ze światem "rozwiniętym", a ściślej - potencjalną lub faktyczną zależnością względem niego. Cóż więcej wspólnego poza przynależnością do rodzaju ludzkiego miało cesarstwo chińskie z Senegalem, Brazylia z Nowymi Hebrydami, a Maroko z Nikaraguą? Tego drugiego świata nie jednoczyły historia, kultura, struktura społeczna czy instytucje ani też to, co dziś uważamy za najwyraźniejszą cechę świata zależnego, czyli masowe ubóstwo. Zamożność i ubóstwo jako kategorie społeczne odnoszą się bowiem tylko do społeczeństw o określonym systemie uwarstwienia oraz do gospodarek mających pewien typ struktury. Część świata zależnego w epoce imperium nie mieściła się w tym opisie. Wszelkie społeczeństwa znane w dziejach cechują się jakimiś nierównościami społecznymi (innymi jeszcze niż te dotyczące płci), o ile jednak indyjscy maharadżowie podróżujący na Zachód mogli być traktowani jak milionerzy w zachodnim sensie, o tyle nie do pomyślenia było to w przypadku wodzów plemiennych z Nowej Gwinei. I choć zwykli ludzie z dowolnej części świata po opuszczeniu swojego kraju na ogół stawali się robotnikami, a tym samym członkami "biedoty", terminologia taka nie miała zastosowania w kontekście ich pierwotnego środowiska. W pewnych rejonach świata - zwłaszcza w strefach tropikalnych - nikt nie uskarżał się na brak dachu nad głową, jedzenia czy odpoczynku. Wciąż istniały małe społeczeństwa, w których pojęcia pracy i czasu wolnego były pozbawione znaczenia i brakowało dla nich odpowiednich określeń.

Choć niezaprzeczalnie można było mówić o podziale świata na dwie części, granice między nimi nie dawały się już tak łatwo określić, a to głównie dlatego, że grupę państw prowadzących podbój ekonomiczny - a w interesującym nas okresie także polityczny - świata, jednoczyły historia i rozwój gospodarczy. Do tej grupy należała "Europa" i to nie tylko te jej regiony - głównie w Europie Północno-Zachodniej i Środkowej oraz na niektórych terenach zamorskiego osadnictwa - które bez wątpienia tworzyły rdzeń światowego rozwoju kapitalistycznego. Europa obejmowała też regiony południowe, zwłaszcza Włochy i Półwysep Iberyjski, które - mimo że od XVI wieku stawały się coraz bardziej peryferyjne - odegrały ważną rolę na wczesnym etapie rozwoju kapitalizmu oraz w pierwszych europejskich podbojach imperialnych. "Europa" obejmowała ponadto rozległą strefę pograniczną na wschodzie, gdzie przez ponad tysiąc lat chrześcijaństwo - czyli spadkobiercy i potomkowie cesarstwa rzymskiego14 - co pewien czas zmagało się z najazdami zbrojnymi od strony Azji Środkowej. W wyniku ostatniej fali tych najazdów powstało wielkie Imperium Osmańskie, które jednak stopniowo było wypierane ze znacznych obszarów Europy pozostających pod jego kontrolą od XVI do XVIII wieku. Choć wyraźnie zbliżał się kres jego obecności w Europie, w roku 1880 wieku wciąż zajmowało ono rozległy pas ziem na Półwyspie Bałkańskim (część dzisiejszej Grecji, Jugosławii i Bułgarii oraz całą Albanię) oraz pewną liczbę wysp. Znaczną część terytoriów odzyskanych lub wyzwolonych można było uznać za "europejskie" co najwyżej przez grzeczność - w rzeczywistości Półwysep Bałkański wciąż nazywano "Bliskim Wschodem", stąd też Azji Południowo-Wschodniej przyznano określenie "Środkowy Wschód". Jednocześnie jednak dwa państwa, które najbardziej przyczyniły się do wyparcia Turków z Europy, były lub stały się mocarstwami europejskimi, mimo ewidentnego zacofania (całkowitego lub częściowego) należących do tych państw terytoriów i zamieszkujących je narodów - mowa o imperium habsburskim oraz, przede wszystkim, o imperium rosyjskich carów.

Duże obszary "Europy" znajdowały się zatem w najlepszym razie na obrzeżach centrum kapitalistycznego rozwoju gospodarczego i społeczeństwa burżuazyjnego. W niektórych krajach większość mieszkańców niewątpliwie wciąż tkwiła cywilizacyjnie w innym stuleciu - przykłady znajdziemy w Dalmacji na wybrzeżu Adriatyku czy w Bukowinie, gdzie w latach 80. XIX wieku 88 procent populacji było analfabetami, podczas gdy w Dolnej Austrii, części tego samego organizmu państwowego, odsetek ten wynosił 11 procent15. Wielu wykształconych Austriaków podzielało pogląd Metternicha, że "Azja zaczyna się na wschodnich przedmieściach Wiednia", zaś większość mieszkańców północnych Włoch uważała większość Włochów z południa za afrykańskich barbarzyńców. Pytanie "Europa czy Azja?" miało jeszcze większą wagę w Rosji, gdzie z wyjątkiem wąskiej grupy ludzi wykształconych praktycznie cały obszar od Białorusi i Ukrainy po wybrzeże Oceanu Spokojnego dzieliła jednakowa przepaść względem społeczeństwa burżuazyjnego. Różnica ta była zresztą wówczas przedmiotem bardzo żarliwych debat.

Jeśli jednak pominiemy kilka odosobnionych enklaw górali bałkańskich i innych tego rodzaju społeczności, możemy stwierdzić, że historia, polityka, kultura, a także, wcale nie w najmniejszym stopniu, stulecia ekspansji na morzu i lądzie związały jednak nawet zacofane obszary "pierwszego świata" z regionami najbardziej rozwiniętymi. Rosja niewątpliwie była zacofana, choć jej władcy przez dwieście lat raz po raz spoglądali na zachód i zdołali opanować dużo bardziej zaawansowane terytoria sąsiednie: Finlandię, kraje bałtyckie i część Polski. Pod względem gospodarczym Rosja bezsprzecznie należała do "Zachodu", ponieważ jej władze otwarcie prowadziły politykę masowego uprzemysłowienia na wzór zachodni. Także pod względem politycznym imperium carskie należy uznać za kolonizatorskie, a nie za kolonię, zaś w dziedzinie kultury niewielka grupa wykształconych należała do ozdób cywilizacji zachodniej XIX wieku. Chłopi w Bukowinie, w północno-wschodnim zakątku cesarstwa habsburskiego16, tkwili wprawdzie w średniowieczu, ale już stolica regionu, Czerniowce, szczyciła się uniwersytetem o europejskiej sławie, a zamieszkująca miasto wyemancypowana i zasymilowana żydowska klasa średnia była jak najdalsza od średniowiecza. Na drugim krańcu Europy znajdowała się Portugalia - kraj mały, słaby i, w świetle wszelkich ówczesnych kryteriów, zapóźniony, będący praktycznie brytyjską półkolonią, gdzie próżno było szukać poważnych oznak rozwoju gospodarczego. A jednak Portugalia pozostawała nie tylko członkiem klubu państw suwerennych, ale także, z racji swojej historii, dużym imperium kolonialnym. Utrzymała posiadłości w Afryce nie tylko dlatego, że mocarstwa europejskie nie były w stanie zdecydować, jak je podzielić, ale także dlatego, że posiadłości tych, jako "europejskich", zasadniczo nie traktowano jako zwykłej ziemi do podbicia.

W Europie lat 80. XIX wieku znajdowało się nie tylko pierwotne centrum rozwoju kapitalistycznego, które zdominowało i przeobraziło świat, ale też najważniejsza część gospodarki światowej i globalnego społeczeństwa burżuazyjnego. Żadna wcześniejsza epoka nie była bardziej europejska, i nigdy więcej tak europejskiej epoki już nie będzie. Pod względem demograficznym udział Europejczyków w populacji świata pod koniec stulecia był większy niż w jego początkach - wzrósł on prawdopodobnie z jednej piątej do jednej czwartej17. Mimo wielomilionowej emigracji ze Starego Kontynentu do różnych "nowych światów", liczba zamieszkującej go ludności rosła coraz szybciej. Choć szybkość i impet uprzemysłowienia Ameryki zapowiadały, że w przyszłości z pewnością uzyska ona status globalnego mocarstwa gospodarczego, to europejska produkcja przemysłowa wciąż była dwukrotnie większa od amerykańskiej, a najważniejsze innowacje techniczne pochodziły głównie ze wschodniej strony Atlantyku. Wynalazki samochodu, kinematografii i radia początkowo rozwijały się przede wszystkim w Europie (Japonia wchodziła w nowoczesną gospodarkę światową powoli, choć szybciej zaczęła odgrywać rolę w światowej polityce).

Także w przypadku kultury wysokiej świat białych osadników poza Europą pozostawał w przeważającej mierze zależny od Starego Kontynentu. Jeszcze wyraźniej zależność ta kształtowała się w przypadku wąskich kręgów wykształconych elit świata nieeuropejskiego, które uznawały "Zachód" za wzór. I choć gospodarka Rosji nie mogła dorównać dynamicznie rozwijającym się, zamożnym Stanom Zjednoczonym, to w dziedzinie kultury Rosja Fiodora Dostojewskiego (1821-1881), Lwa Tołstoja (1828-1910), Antona Czechowa (1860-1904), Piotra Czajkowskiego (1840-1893), Aleksandra Borodina (1833-1887) i Nikołaja Rimskiego-Korsakowa (1844-1908) wciąż była potęgą, a Stany Zjednoczone Marka Twaina (1835-1910) i Walta Whitmana (1819-1892) - nie, i nie zmieni tego nawet dopisanie do tej listy Henry'ego Jamesa (1843-1916), który dużo wcześniej wyemigrował do Wielkiej Brytanii, bowiem postrzegał ją jako kraj bardziej przyjazny. Europejska kultura i europejskie życie intelektualne wciąż były domeną mniejszości złożonej z ludzi zamożnych i wykształconych - mniejszości, która świetnie zaadaptowała się do takiego środowiska i jego potrzeb. Liberałowie, a później ideologiczna lewica, głosili konieczność uprzystępnienia osiągnięć tej elitarnej kultury wszystkim ludziom i umożliwienia im swobodnego dostępu do niej. Muzeum i nieodpłatna biblioteka należały do typowych osiągnięć w tym obszarze. Kultura amerykańska, bardziej demokratyczna i egalitarna, rozwinęła się w pełni dopiero w epoce kultury masowej w XX wieku. W omawianym okresie jednak nawet w sferze tak bliskiej postępowi technicznemu, jak nauka, Stany Zjednoczone pozostawały w tyle nie tylko za Niemcami i Wielką Brytanią, ale także za małą Holandią, jeśli za wskaźnik przyjmiemy geograficzne pochodzenie laureatów Nagrody Nobla w pierwszym ćwierćwieczu jej przyznawania.

O ile zależność i zacofanie pasują do opisu tylko części ówczesnego "pierwszego świata", o tyle cechowały one praktycznie wszystkie obszary znajdujące się poza jego granicami. Wyjątkiem była Japonia od 1868 roku konsekwentnie krocząca drogą "westernizacji" (zob. Wiek kapitału, rozdział 8), a także pozaeuropejskie terytoria zamieszkane przez ludzi europejskiego pochodzenia (w roku 1880 wciąż wywodzących się głównie z Europy Północno-Zachodniej i Środkowej), rzecz jasna poza tymi spośród rdzennych mieszkańców, których nie zdołano zgładzić. To właśnie owa zależność - a ściślej niezdolność do oparcia się handlowi i technologii Zachodu, zastąpienia ich czymś innym lub stawienia czoła ludziom dysponującym orężem broni palnej i sprawnej organizacji - sprawiła, że społeczeństwa niemające ze sobą nic wspólnego zaliczają się do wspólnej kategorii ofiar historii XIX wieku. Bezlitosny zachodni dowcip, aczkolwiek z pewnym wojskowym uproszczeniem, ujął to w taki sposób:

Choćby i coś nam poszło źle,

Mamy maxima, a oni nie.18

W zestawieniu z tą różnicą odmienności dzielące społeczeństwa rodem z epoki kamienia, jak te na wyspach Melanezji, oraz zaawansowane i zurbanizowane społeczeństwa Chin, Indii czy świata muzułmańskiego wydawały się mało istotne. Jakież znaczenie miał fakt, że ta druga grupa mogła poszczycić się znakomitą sztuką i wspaniałymi pomnikami dawnych kultur, a ich filozofia (głównie religijna) imponowała niektórym zachodnim uczonym i poetom co najmniej tak samo, jak chrześcijaństwo, a może nawet bardziej? Zasadniczo wszystkie te społeczeństwa były zdane na łaskę obcej floty handlowej, obcych wojsk oraz idei - na łaskę tego wszystkiego, czemu nie mogły się przeciwstawić i co wstrząsnęło ich światem ku radości najeźdźców niezwracających uwagi na to, jak na zmiany zapatrują się sami podbici.

Nie oznacza to, że podział świata zasadzał się po prostu na różnicy między krajami uprzemysłowionymi i rolniczymi czy między cywilizacjami miasta i wsi. Wielkie i stare miasta, równe tym z "pierwszego świata", można było znaleźć również poza jego granicami - za przykład mogą służyć Pekin i Konstantynopol. Co więcej, dziewiętnastowieczny kapitalistyczny rynek światowy stworzył na peryferiach nieproporcjonalnie duże ośrodki wielkomiejskie, ogniska wymiany gospodarczej: Melbourne, Buenos Aires i Kalkuta miały w latach 80. XIX wieku po około pół miliona mieszkańców, czyli więcej niż Amsterdam, Mediolan, Birmingham czy Monachium, zaś liczący 750 tysięcy mieszkańców Bombaj ustępował jedynie kilku największym miastom europejskim. Wprawdzie w gospodarkach "pierwszego świata" miasta, z kilkoma szczególnymi wyjątkami, były liczniejsze i odgrywały znacznie ważniejszą rolę, jednak ów rozwinięty świat pozostał wciąż w zaskakująco dużym stopniu rolniczy. Tylko w sześciu krajach europejskich rolnictwem trudniła się mniej niż połowa populacji mężczyzn (w pozostałych była to zwykle znaczna większość). Jednak, co znamienne, było to sześć krajów, które tworzyły rdzeń wczesnego kapitalizmu: Belgia, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Holandia i Szwajcaria. Spośród nich jedynie w Wielkiej Brytanii w rolnictwie pracowała stosukowo niewielka część aktywnych zawodowo, około jednej szóstej; wszędzie indziej było to od 30 procent do 45 procent19. Komercyjne i nastawione na rynek rolnictwo regionów rozwiniętych ogromnie różniło się przy tym od gospodarki rolnej w regionach zacofanych. Około roku 1880 pod względem ekonomicznym chłopów duńskich i bułgarskich nie łączyło wiele poza pracą w polu i oborze. Podobnie jak dawne rzemiosło, życie na roli wciąż jednak pozostawało głęboko zakorzenione w przeszłości, z czego pod koniec XIX wieku zdawali sobie sprawę etnolodzy i badacze folkloru obserwujący stare tradycje i "ludowe przeżytki". Notowano je nawet na tych obszarach, gdzie rolnictwo uległo najgłębszym przemianom.

Z kolei rozwój przemysłu nie ograniczał się do krajów "pierwszego świata". Niezależnie od tworzenia infrastruktury (na przykład portów i linii kolejowych) i przemysłu wydobywczego (kopalń) na wielu obszarach zależnych i kolonialnych, a także trwałej obecności produkcji chałupniczej w wielu zacofanych regionach wiejskich, na tym wczesnym etapie kraje zależne, jak na przykład Indie, rozwijały w małej skali przemysł typu zachodniego, niekiedy wbrew interesom i sprzeciwowi metropolii. Dotyczyło to głównie branży tekstylnej i spożywczej. Słynny indyjski koncern stalowy Tata rozpoczął działalność w latach 80. XIX wieku. Jednocześnie zarówno w krajach "rozwiniętych", jak i zależnych powszechnie występowała drobnorzemieślnicza wytwórczość rodzinna lub chałupnicza. Stała ona u progu kryzysu w obliczu konkurencji ze strony fabryk i nowoczesnego systemu dystrybucji, co z niepokojem śledzili ówcześni niemieccy badacze. Ogółem jednak ta forma wytwórczości wciąż miała się dobrze.

Niemniej zasadniczo słuszne jest traktowanie uprzemysłowienia jako kryterium nowoczesności. W latach 80. XIX wieku żadnego kraju nienależącego do świata "rozwiniętego" (wraz z Japonią, która dopiero do niego dołączyła) nie można było określić mianem przemysłowego ani nawet będącego w fazie uprzemysłowienia. Nawet te kraje "rozwinięte", w których wciąż dominowało rolnictwo lub których powszechnie nie kojarzono z fabrykami, były już niejako dostrojone do modelu społeczeństwa przemysłowego i rozwoju technologicznego. Przykładowo kraje skandynawskie, nie licząc Danii, dość długo pozostawały ewidentnie ubogie i zapóźnione, a mimo to w ciągu kilku dekad doszły do takiego poziomu rozwoju technologicznego, że miały więcej telefonów w przeliczeniu na mieszkańca niż jakikolwiek inny region Europy20 (w tym Wielka Brytania i Niemcy), zdobyły więcej Nagród Nobla w nauce niż Stany Zjednoczone, a wkrótce miały stać się bastionami socjalistycznych ruchów politycznych zorganizowanych w obronie interesów przemysłowego proletariatu.

Jeszcze bardziej oczywistą cechą świata "zaawansowanego" była jego dynamiczna urbanizacja, w skrajnych przypadkach prowadząca wręcz do powstania zupełnie nowego "miejskiego świata"21. W roku 1800 zaledwie siedemnaście miast w Europie liczyło 100 tysięcy mieszkańców lub więcej, ich łączna populacja nie osiągała nawet pięciu milionów. W 1890 roku takich miast było 103, o łącznej populacji ponad sześciokrotnie większej niż w 1800 roku. Znaczenie wieku XIX nie polega jednak na stworzeniu gigantycznego ludzkiego mrowiska skupiającego miliony zabieganych mieszkańców, mimo że w latach 1800-1880 do Londynu dołączyły trzy nowe milionowe miasta (Paryż, Berlin i Wiedeń). Znacznie ważniejsze było upowszechnienie się rozległej sieci średnich i dużych miast, a zwłaszcza sporych i dość gęsto zaludnionych stref lub konurbacji miejsko-przemysłowych, stopniowo zagarniających wiejskie obszary danych regionów. Niektóre spośród nich były względnie nowe - powstały w wyniku eksplozji przemysłu w połowie stulecia, jak Tyneside i Clydeside w Wielkiej Brytanii, lub dopiero wyłaniały się jako potężne ośrodki, jak na przykład Zagłębie Ruhry w Niemczech czy górniczo-hutniczy region w Pensylwanii. Na terenach tych niekoniecznie mieściły się ważne miasta, chyba że były to stolice, siedziby administracji rządowej i instytucji niższego szczebla albo miasta portowe o znaczeniu międzynarodowym, których populacja też osiągała dużą liczebność. Co ciekawe, oprócz Londynu, Lizbony i Kopenhagi żadne inne miasto w Europie nie pełniło obu tych funkcji - stolicy i dużego portu morskiego - jednocześnie.

II

Niełatwo w kilku słowach omówić głębokie i wyraźne różnice gospodarcze między wspomnianymi dwiema częściami świata, podobnie jak niełatwo zwięźle przedstawić różnice polityczne. Niewątpliwie istniał ogólny pożądany model struktury instytucjonalnej kraju "zaawansowanego", przyjmujący w zależności od lokalnych warunków kilka różnych odmian. Wzorzec ten postulował utworzenie względnie homogenicznego, suwerennego państwa terytorialnego o rozmiarach dających podstawy do rozwoju gospodarki narodowej, o spójnym układzie instytucji politycznych i prawnych opartych na szeroko rozumianych zasadach liberalizmu i reprezentatywności (to znaczy państwa o jednolitym ustroju i kierującego się zasadą praworządności), a jednocześnie na niższym poziomie zapewniającego stosunkowo duży zakres autonomii i inicjatywy. Państwo takie powinno składać się z "obywateli", czyli ze zbiorowości jednostek zamieszkujących jego terytorium i posiadających określoną podmiotowość prawną oraz prawa polityczne, a nie, na przykład, z korporacji czy innego rodzaju grup i wspólnot. I tak dalej, i tak dalej... Tak można opisać aspiracje nie tylko krajów "rozwiniętych" (a każdy z nich w roku 1880 opierał się w jakimś stopniu na tym modelu), ale również wszystkich tych, które chciały uniknąć przeszkód na drodze ku nowoczesności i postępowi. W tym sensie koncepcja liberalno-konstytucyjnego państwa narodowego nie ograniczała się jedynie do świata "rozwiniętego". W istocie najwięcej państw opartych - przynajmniej teoretycznie - na tym modelu, choć może częściej w wersji amerykańskiego federalizmu niż francuskiego centralizmu, znajdowało się w Ameryce Łacińskiej. Istniało tam wówczas siedemnaście republik i jedno cesarstwo, które upadło pod koniec lat 80. XIX wieku (Brazylia). W praktyce jednak rzeczywistość polityczna Ameryki Łacińskiej, podobnie zresztą jak niektórych nominalnie konstytucyjnych monarchii w Europie Południowo-Wschodniej, notorycznie rozmijała się z zachodnią teorią konstytucjonalizmu. Na ogromnym obszarze świata nierozwiniętego nie istniały żadne państwa o kształcie choćby zbliżonym do zachodniego, a czasem w ogóle nie było tam instytucji państwa. Część tych terenów należała do mocarstw europejskich, które bezpośrednio nimi administrowały; owe imperia kolonialne już wkrótce miały się znacznie powiększyć. Na niektórych obszarach, na przykład wewnątrz kontynentu afrykańskiego, istniały byty polityczne, do których nie dało się stosować terminu "państwo" w ówczesnym europejskim rozumieniu, choć inne popularne wtedy określenia (na przykład "plemię") wcale nie pasowały lepiej do tamtejszych realiów. Na innych terenach istniały bardzo stare imperia, jak chińskie, perskie czy osmańskie, mające swoje odpowiedniki w dziejach Europy, jednak z pewnością nie da się ich określić mianem "państw narodowych" pojmowanych według dziewiętnastowiecznego wzorca; co więcej, ich struktury były ewidentnie (jak się wydawało) przestarzałe. Z drugiej strony, tak samo kruche, choć niekoniecznie wiekowe, były niektóre anachroniczne imperia częściowo lub marginalnie należące do świata "rozwiniętego", choćby za sprawą niewątpliwie chwiejnego statusu "mocarstw", czyli Rosja i Austro-Węgry.

W dziedzinie polityki międzynarodowej (to znaczy rozgrywek rządów i ministrów spraw zagranicznych państw Europy) liczba państw traktowanych gdziekolwiek na świecie jako suwerenne była, jak na dzisiejsze standardy, dość skromna. Około roku 1875 istniało najwyżej siedemnaście państw w Europie (w tym sześć "mocarstw": Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Rosja, Austro-Węgry i Włochy, oraz Imperium Osmańskie), dziewiętnaście w obu Amerykach (w tym jedno faktyczne "wielkie mocarstwo" - Stany Zjednoczone), cztery lub pięć w Azji (głównie Japonia oraz dwa stare imperia - chińskie i perskie) i być może trzy skrajnie marginalne w Afryce (Maroko, Etiopia, Liberia). Poza Amerykami, gdzie powstało wówczas najwięcej republik na świecie, praktycznie wszystkie państwa miały status monarchii - w Europie nie dotyczyło to tylko Szwajcarii i Francji (od 1870 roku) - choć kraje rozwinięte były na ogół monarchiami konstytucyjnymi, a przynajmniej czyniono tam oficjalne gesty w kierunku ustanowienia jakiejś odmiany reprezentacji wyborczej. Jedynymi wyjątkami w Europie były carska Rosja oraz Imperium Osmańskie - pierwsza jako peryferia świata "rozwiniętego", drugie zaś jako kraj zdecydowanie należący do grona "ofiar XIX wieku". Jednak poza Szwajcarią, Francją, Stanami Zjednoczonymi i może Danią żadne z państw o ustroju formalnie przedstawicielskim nie opierało się na prawdziwie demokratycznych prawach wyborczych (w tamtych czasach przysługujących wyłącznie mężczyznom)22, choć w przypadku niektórych kolonii białych osadników na obszarze imperium brytyjskiego (Australia, Nowa Zelandia, Kanada) możemy mówić o dość dużym zakresie demokracji - większym niż gdziekolwiek indziej poza częścią stanów górskich23 w Stanach Zjednoczonych. Jednak w takich pozaeuropejskich krajach demokracji politycznej towarzyszyło dążenie do wyeliminowania rdzennych populacji - Indian, Aborygenów i innych. Tam, gdzie nie zdołano tego dokonać przez wysiedlenia do "rezerwatów" bądź w drodze ludobójstwa, wykluczano je ze wspólnoty politycznej. W 1890 roku Stany Zjednoczone miały 63 miliony mieszkańców, a w tym zaledwie 230 tysięcy Indian24.

Na obszarze świata "rozwiniętego" (i w krajach usiłujących lub zmuszonych świat ten naśladować) dorośli mężczyźni coraz częściej osiągali minimalne kryterium społeczeństwa burżuazyjnego: stawali się formalnie wolnymi i równymi ludźmi. Nigdzie w Europie nie obowiązywało już prawnie usankcjonowane poddaństwo. Niewolnictwo zniesiono niemal wszędzie w świecie zachodnim i opanowanym przez siły Zachodu, a w swoich ostatnich bastionach - w Brazylii i na Kubie - upadło ono w latach 80. XIX wieku. Wolność i równość wobec prawa współistniały jednak z realnymi nierównościami. Ironiczna uwaga Anatole'a France'a zgrabnie oddaje ideał liberalnego społeczeństwa burżuazyjnego: "Prawo w swej majestatycznej równości każdemu tak samo pozwala jadać w Ritzu i spać pod mostem". W świecie "rozwiniętym" już nie urodzenie czy formalne różnice stanowe, ale zasadniczo pieniądze lub ich brak determinowały dystrybucję niemal wszystkich społecznych przywilejów. Równość wobec prawa nie wykluczała zaś nierówności w wymiarze praw politycznych, ponieważ liczył się nie tylko stan posiadania, ale również zakres faktycznej władzy. Możni i bogaci mieli nie tylko wpływy polityczne, ale także zdolność wywierania nacisków o charakterze pozaprawnym, co doskonale rozumieli mieszkańcy różnych regionów południowowłoskich czy amerykańskich, nie mówiąc o czarnoskórej ludności w Stanach Zjednoczonych. Istniała jednak wyraźna różnica między tymi częściami świata, gdzie tego typu nierówności wciąż wynikały z formalnego kształtu systemu społeczno-politycznego, a tymi, gdzie przynajmniej formalnie stały w sprzeczności z oficjalnie przyjętą doktryną polityczną. Nasuwa się tu analogia do różnicy między państwami, w których tortury pozostawały legalnym instrumentem wymiaru sprawiedliwości (na przykład w cesarstwie chińskim), a tymi, gdzie oficjalnie nie istniały, mimo że policja milcząco dzieliła obywateli na tych, których można katować, i tych, wobec których nie należy tego robić - klasy "torturowalnych" i "nietorturowalnych" (by użyć sformułowań pisarza Grahama Greene'a).

Wspomniane dwie części świata najwyraźniej różniły się pod względem kulturowym w szerokim znaczeniu tego słowa. W 1880 roku świat "rozwinięty" składał się w przeważającej mierze z krajów lub regionów, których mieszkańcy umieli czytać i pisać (w większości mężczyźni, ale i coraz więcej kobiet), których polityka, ekonomia i życie intelektualne ogółem wyzwoliły się spod dominacji starych religii, bastionów tradycjonalizmu i przesądów oraz które praktycznie zmonopolizowały naukę, coraz bardziej niezbędną dla rozwoju nowoczesnych technologii. Pod koniec lat 70. XIX wieku dowolny kraj lub region europejski, w którym przeważali analfabeci, niemal z pewnością dawał się zaliczyć do grona nierozwiniętych lub zacofanych. Włochy, Portugalia, Hiszpania, Rosja i kraje bałkańskie w najlepszym razie pozostawały na obrzeżach procesów rozwojowych. W granicach imperium austriackiego (oprócz Węgier) rozwinięte obszary kraju zamieszkiwali Słowianie z terenów Czech, ludność niemieckojęzyczna, a także mniej piśmienni Włosi i Słoweńcy, natomiast regiony zapóźnione na ogół niepiśmienni Ukraińcy, Rumuni i Serbo-Chorwaci. Jeszcze bardziej przekonującym wskaźnikiem zacofania mogą być tamtejsze miasta z przewagą analfabetów - podobne jak na znacznym obszarze ówczesnego "Trzeciego Świata" (miasta miały na ogół wyższy poziom alfabetyzacji niż obszary wiejskie). W dysproporcjach tych wyrażały się dość oczywiste różnice kulturowe. Na przykład masową oświatę silniej upowszechniano wśród protestantów i (zachodnich) Żydów niż wśród katolików, muzułmanów czy ludzi innych wyznań. Istnienie biednego i w przeważającej mierze rolniczego kraju takiego jak Szwecja z poziomem analfabetyzmu w 1850 roku wynoszącym nie więcej niż 10 procent populacji trudno było sobie wyobrazić gdziekolwiek indziej na świecie poza strefą wpływów protestantyzmu (to znaczy w większości krajów położonych nad Bałtykiem, Morzem Północnym oraz północnym Atlantykiem, a po części także w Europie Środkowej i Ameryce Północnej). Jednocześnie wskaźnik ten wyraźnie odzwierciedlał zaawansowanie gospodarcze kraju i strukturę społecznego podziału pracy. W przypadku ludności Francji (w 1901 roku) rybacy trzykrotnie częściej byli analfabetami niż robotnicy i służba domowa, chłopi dwukrotnie częściej, liczba analfabetów wśród warstw kupieckich była o połowę niższa, zaś pracownicy sektora publicznego i specjaliści tworzyli, rzecz jasna, kategorię najlepiej wykształconą. Chłopi utrzymujący się z własnej działalności byli  m n i e j  piśmienni niż robotnicy rolni (choć w niedużym stopniu), jednak już w mniej tradycyjnych branżach produkcji i handlu pracodawcy byli bardziej wykształceni niż robotnicy (ale nie bardziej niż kadra biurowa)25. W praktyce więc nie da się od siebie oddzielić czynników kulturowych, społecznych i ekonomicznych.

Należy odróżnić przy tym oświatę masową - którą w tym czasie w krajach rozwiniętych zapewniano poprzez coraz bardziej rozpowszechniony system państwowego lub nadzorowanego przez państwo szkolnictwa podstawowego - od kształcenia i kultury elit, do których należała na ogół niewielka część społeczeństwa. Pod tym względem różnice między dwoma sektorami tej części świata, w której można mówić o jakiejkolwiek alfabetyzacji, były mniejsze, choć edukacja europejskich warstw inteligenckich miała niewiele wspólnego z wykształceniem uczonych muzułmańskich lub hinduskich oraz wschodnioazjatyckich mandarynów (chyba że w tym drugim przypadku przyjmowano wzorce europejskie). Analfabetyzm na masową skalę, jak w przypadku Rosji, nie wykluczał rozkwitu życia kulturalnego, jakkolwiek ograniczonego do bardzo wąskich kręgów. Pewne instytucje można jednak uznać za typowe dla świata "rozwoju" lub europejskiej dominacji, w szczególności świecki uniwersytet, który nie istniał poza tym obszarem26, a także, choć w innym sensie, gmach opery (zob. mapę w książce Wiek kapitału). Obie te instytucje uosabiały ekspansję dominującej cywilizacji "zachodniej".

III

Określenie różnicy między zaawansowanymi i zapóźnionymi, rozwiniętymi i nierozwiniętymi częściami świata to zadanie skomplikowane i frustrujące, ponieważ takie klasyfikacje mają z natury charakter statyczny i upraszczają rzeczywistość, którą chce się za ich pomocą opisać. Wiek XIX można nazwać stuleciem zmiany realizującej się na warunkach i w interesie dynamicznie rozwijających się regionów położonych po obu stronach północnego Atlantyku, będących w tamtym czasie rdzeniem światowego kapitalizmu. Z kilkoma mało znaczącymi i coraz mniej licznymi wyjątkami, wszystkie kraje, nawet te krótko przedtem najbardziej odcięte od świata, znalazły się przynajmniej w minimalnym stopniu w zasięgu tych globalnych przeobrażeń. Równocześnie nawet w krajach najbardziej "zaawansowanych" czy "rozwiniętych" zmiany następowały częściowo poprzez przyswajanie dziedzictwa dawnej i "zacofanej" przeszłości, a w społeczeństwach tych istniały grupy opierające się transformacji. Historycy łamią sobie głowę nad tym, jak określić i opisać tę powszechną, choć lokalnie zróżnicowaną zmianę, jej złożoność i dynamikę, a także jej zasadnicze kierunki.

Na większości obserwatorów w latach 70. XIX wieku dużo większe wrażenie robiła jednak linearność postępu. Zmiana pod względem materialnym, w obszarze wiedzy oraz w zakresie możliwości przekształcania przyrody wydawała się tak oczywista, że samą historię - a przynajmniej historię współczesną - postrzegano jako równoznaczną z postępem. Wielkość postępu określano nieustannie wznoszącą się krzywą opisującą wszelkie czynniki dające się zmierzyć lub te dobierane do pomiaru. Historyczne doświadczenie zdawało się gwarantować nieustanny rozwój nawet w tych dziedzinach, gdzie wyraźnie wciąż nie dokonał się większy postęp. Wydawało się wręcz niewiarygodne, że jeszcze nieco ponad trzy stulecia wcześniej wykształceni Europejczycy za wzorzec dla siebie uznawali modele rolnictwa, wojskowości, a nawet medycyny wypracowane przez starożytnych Rzymian; że zaledwie dwieście lat wcześniej poważnie zastanawiano się, czy kiedykolwiek uda się prześcignąć osiągnięcia starożytności; oraz że pod koniec XVIII wieku eksperci mogli wątpić we wzrost liczebności populacji Wielkiej Brytanii.

Postęp ewidentnie i niezaprzeczalnie dokonywał się w dziedzinie technologii oraz, jako oczywista tego konsekwencja, pod względem wzrostu produkcji materialnej i rozwoju komunikacji. Nowoczesne maszyny w przeważającej mierze były napędzane energią parową oraz wytwarzane z żelaza i stali. Najważniejszym źródłem energii w przemyśle stał się węgiel - w Europie (oprócz Rosji) zapewniał jej 95 procent. Potoki górskie w Europie i Ameryce Północnej, niegdyś istotny czynnik lokalizacji wielu fabryk tekstylnych (których sama nazwa przypomina o znaczeniu energii wodnej27), teraz znów stawały się zwyczajnym elementem wiejskiego krajobrazu. Większego znaczenia nie osiągnęły jeszcze nowe źródła energii - elektryczność i oleje mineralne - choć w latach 80. XIX wieku istniała już możliwość wytwarzania energii elektrycznej na dużą skalę oraz masowego zastosowania silnika spalinowego. Nawet Stany Zjednoczone miały co najwyżej 3 miliony lamp elektrycznych w roku 1890, a na początku lat 80. XIX wieku najnowocześniejsza europejska gospodarka przemysłowa, czyli niemiecka, wykorzystywała rocznie mniej niż 400 tysięcy ton ropy28.

Nowoczesna technologia ewidentnie triumfowała i stawała się coraz bardziej widoczna. Maszyny produkcyjne wprawdzie nie dorównywały mocą dzisiejszym - w 1880 roku w Wielkiej Brytanii miały one średnią moc 20 koni parowych29 - ale na ogół były dużych rozmiarów, a do ich produkcji wciąż używano głównie żelaza, co potwierdzi każdy, kto zwiedzał muzea techniki30. Zdecydowanie największe i najmocniejsze maszyny XIX wieku były też najbardziej widoczne i najgłośniejsze. Mowa tu o 100 tysiącach lokomotyw (o mocy rzędu 200-450 koni parowych) ciągnących blisko 2,75 miliona wagonów towarowych i osobowych połączonych w długie pociągi pozostawiające za sobą kłęby dymu. Należały one do najbardziej spektakularnych innowacji stulecia, niewyobrażalnych - w odróżnieniu od lotów powietrznych - sto lat wcześniej, gdy powstawały opery Mozarta. Rozwój linii kolejowych był wówczas największym w dotychczasowej historii publicznym przedsięwzięciem infrastrukturalnym: świat pokryły rozległe sieci lśniących torów położonych na nasypach, mostach i wiaduktach, w wykopach, w tunelach długich nawet na 10 mil, przecinających pasma górskie nawet tak wysokie, jak Alpy. W kolejnictwie pracowało więcej ludzi niż w jakiejkolwiek innej branży związanej z przemysłem. Koleje zawitały do centrów wielkich miast, a te triumfalne osiągnięcia celebrowano, wznosząc równie triumfalne i gigantyczne dworce. Pociągi dotarły także do najodleglejszych wsi, gdzie często były jedynym świadectwem dziewiętnastowiecznej cywilizacji. Na początku lat 80. XIX wieku (1882) koleje przewoziły rocznie prawie dwa miliardy pasażerów, z czego większość, rzecz jasna, w Europie (72 procent) i Ameryce Północnej (20 procent)31. W tamtym czasie w "rozwiniętych" regionach świata zachodniego prawdopodobnie tylko bardzo mała liczba mężczyzn i bardzo mała liczba kobiet (mniej mobilnych od mężczyzn) nie zetknęła się w ciągu swojego życia z koleją. Można przypuszczać, że jedynym produktem rozwoju nowoczesnej technologii znanym powszechniej niż kolej była wówczas rozciągnięta między niezliczonymi drewnianymi słupami sieć telegraficzna o łącznej długości trzy- lub czterokrotnie większej niż globalny system linii kolejowych.

W roku 1882 po świecie pływało 22 tysiące statków parowych i choć prawdopodobnie dysponowały mocą nawet większą niż lokomotywy, to jednak ustępowały tym ostatnim liczebnie oraz pozostawały widoczne tylko dla niewielkiej części ludzi, tych mieszkających w pobliżu portów. Były także zjawiskiem dużo mniej typowym, bowiem w roku 1880 nawet w uprzemysłowionej Wielkiej Brytanii parowce wciąż miały (choć nieznacznie) mniejszy udział w całkowitym tonażu niż żaglowce, zaś w skali światowej na 1 tonę wyporności parowca przypadały 3 tony wyporności statku żaglowego. Dopiero w latach 80. XIX wieku stosunek ten miał się szybko i bardzo wyraźnie odwrócić na korzyść parowców. Mimo wypierania drewna przez żelazo i żagla przez napęd parowy w transporcie wodnym wciąż dominowały rozwiązania tradycyjne, zwłaszcza w kwestii budowy statków oraz ich załadunku i rozładunku.

Jak wiele uwagi powinni wówczas przykładać poważni obserwatorzy do rewolucyjnych osiągnięć techniki, takich jak różnego rodzaju turbiny i silniki spalinowe, telefonia, gramofon, żarówka elektryczna (wszystkie te wynalazki powstawały właśnie w latach 70. XIX wieku), a także samochód, który w wersjach nadających się do użytku prezentowali w latach 80. Gottlieb Wilhelm Daimler i Carl Friedrich Benz, nie mówiąc już o kinematografii, aeronautyce i radiotelegrafii, które stworzono lub nad którymi pracowano w latach 90.? Niemal z pewnością można było się spodziewać zmian i przewidzieć je we wszystkim, co wiązało się z elektrycznością, fotografią i syntezą chemiczną, czyli dziedzinami dość dobrze już znanymi. Wielu nie dziwiłby też pewnie sukces techniki w rozwiązaniu pilnej kwestii wynalezienia silnika mobilnego pozwalającego zmechanizować transport drogowy. Trudno byłoby oczekiwać jednak, aby ówcześni obserwatorzy mogli przewidzieć wykorzystanie fal radiowych i odkrycie radioaktywności. Na pewno spekulowali (tak jak czynili to ludzie od wieków) na temat możliwości lotów powietrznych, a w atmosferze technologicznego optymizmu epoki mogli mieć nadzieję na spełnienie się tego marzenia. Z całą pewnością ludzi przepełniał głód wynalazków - im bardziej spektakularnych, tym lepiej. Thomas Alva Edison, twórca prawdopodobnie pierwszego prywatnego laboratorium wynalazków na użytek przemysłowy (w 1876 roku w Menlo Park w stanie New Jersey), stał się bohaterem Amerykanów po zaprezentowaniu wynalazku fonografu w 1877 roku. Jednak ówcześni obserwatorzy bez wątpienia nie mogli spodziewać się, że te odkrycia pociągną za sobą przeobrażenia, jakie znamy ze społeczeństwa konsumpcyjnego, albowiem w istocie poza Stanami Zjednoczonymi zmiany te aż do wybuchu pierwszej wojny światowej następowały powoli.

Postęp najbardziej uwidoczniał się zatem we wzroście produkcji materialnej i w coraz większych możliwościach szybkiej i masowej komunikacji w krajach "rozwiniętych". W latach 70. XIX wieku korzyści z przyrostu bogactwa niemal z pewnością nie odczuwała zdecydowana większość mieszkańców Azji, Afryki i prawie całej Ameryki Łacińskiej, z wyjątkiem jej południowego krańca. Nie do końca wiadomo, w jakim stopniu korzyści te objęły mieszkańców półwyspów w Europie południowej czy też imperium carskiego. Nawet na obszarze świata "rozwiniętego" można mówić o bardzo nierównej dystrybucji bogactwa - według oficjalnych francuskich statystyk pogrzebowych z lat 70. XIX wieku (zob. Wiek kapitału, rozdział 12) ludzie zamożni stanowili 3,5 procent społeczeństwa, klasa średnia 13-14 procent, a klasy pracujące 82-83 procent. Jednak w tej części świata warunki życia zwykłych ludzi niezaprzeczalnie ulegały poprawie. Prawdopodobnie już przed rokiem 1880 ludność wielu "rozwiniętych" krajów zaczęła osiągać wyższy wzrost (do dziś obserwuje się, że kolejne pokolenia są wyższe od rodziców), choć na pewno nie miało to miejsca wszędzie i następowało wolniej niż w kolejnych latach (zdecydowanie największą rolę odgrywały tu zmiany w odżywianiu)32. Przeciętna oczekiwana długość życia w momencie narodzin w latach 80. XIX wieku wciąż kształtowała się dość skromnie: w najważniejszych krajach "rozwiniętych"33 wynosiła 43-45 lat, choć w Niemczech wciąż było to poniżej 40, a w Skandynawii 48-50 lat34 (w latach 60. XX wieku w krajach tych oczekiwana długość życia osiągnęła około 70 lat). Oczekiwana długość życia niewątpliwie wzrosła w ciągu całego stulecia, choć dopiero w omawianym okresie zaznaczył się istotny spadek umieralności niemowląt, który ma wszak decydujący wpływ na tę pierwszą zmienną demograficzną.

Krótko mówiąc, największe aspiracje ludzi ubogich, również w "rozwiniętych" częściach Europy, prawdopodobnie wciąż sprowadzały się do zarobków pozwalających przeżyć, do posiadania dachu nad głową i odpowiedniej odzieży - szczególnie w krytycznych okresach życia, gdy rodzice mieli dzieci jeszcze niezdolne do pracy, a także w latach starości. W "rozwiniętych" krajach europejskich nie straszyło już widmo głodu. Nawet w Hiszpanii ostatnia poważna fala głodu miała miejsce w latach 60. XIX wieku. W Rosji jednak głód wciąż stwarzał realne zagrożenie, a w latach 1890-1891 stał się poważnym problemem. Na obszarach później nazwanych "Trzecim Światem" głód wciąż występował powszechnie. Pojawił się wprawdzie silny sektor nieźle prosperujących chłopów, a w niektórych krajach także grupy "szanowanych" robotników wykwalifikowanych lub posiadających rzadkie specjalizacje, zdolnych zaoszczędzić pewne sumy pieniędzy i nabyć za nie więcej niż to, co niezbędne do życia, jednak ostatecznie tylko rynek oparty na konsumentach o średnich zarobkach przyciągał przedsiębiorców. Najważniejsza innowacja w dystrybucji towarów pojawiła się w dużych miastach pod postacią domów towarowych, z których pierwsze powstały we Francji, w Ameryce i Wielkiej Brytanii, a powoli wprowadzano je także w Niemczech. Sklepów Bon Marché, Whiteley's Universal Emporium czy Wanamaker's nie tworzono z myślą o klasach pracujących. W Stanach Zjednoczonych, kraju o ogromnej liczbie klientów, już pojawiała się zapowiedź masowego rynku towarów standaryzowanych ze średniej półki cenowej, ale nawet tam masowy rynek klientów niezamożnych (tanie sklepy wielobranżowe35) wciąż był zdominowany przez drobnych przedsiębiorców, którzy uznawali, że opłaca się prowadzić handel z tego rodzaju klientelą. Nowoczesna produkcja masowa i gospodarka konsumpcyjna jeszcze nie nadeszły, jednak miały się pojawić już niebawem.

Wydawało się, że wyraźny postęp dokonuje się również w zakresie tego, co chętnie określano jako "statystyka moralna". Ewidentnie rósł poziom alfabetyzacji. Czyż nie świadczył o rozwoju cywilizacyjnym również fakt, że podczas gdy liczba listów wysłanych w Wielkiej Brytanii na początku wojen napoleońskich wynosiła może 2 na mieszkańca w ciągu roku, to w pierwszej połowie lat 80. XIX wieku kształtowała się na poziomie 42? Że w roku 1880 każdego miesiąca w Stanach Zjednoczonych gazety i czasopisma wychodziły w nakładzie 186 milionów egzemplarzy, zaś w 1788 roku zaledwie 330 tysięcy? Że w 1880 roku było 44 tysiące miłośników nauki zapisanych do brytyjskich towarzystw naukowych - prawdopodobnie piętnastokrotnie więcej niż 50 lat wcześniej?36 Mniej zadowalająco przedstawiała się natomiast moralność opisywana przez pryzmat wątpliwych danych dotyczących przestępczości i bezpodstawnych twierdzeń ludzi oburzonych (jakże wielu w epoce wiktoriańskiej) seksem pozamałżeńskim. Ale czyż nie należałoby widocznej we wszystkich krajach "zaawansowanych" zmiany w kierunku liberalnego konstytucjonalizmu i demokracji postrzegać jako oznaki postępu moralnego, uzupełniającego się wzajemnie z nadzwyczajnymi sukcesami naukowymi i materialnymi epoki? Jak wielu ludzi zaprzeczyłoby wówczas słowom Mandella Creightona, biskupa anglikańskiego i historyka, który twierdził, że "musimy zakładać istnienie postępu w życiu ludzkości jako hipotezę naukową, na podstawie której pisze się historię"37?

W krajach "rozwiniętych" znalazłoby się takich pewnie niewielu. Przyznać jednak trzeba, że nawet w tych krajach ów konsensus był stosunkowo świeży. W pozostałych częściach świata większość ludzi zupełnie nie zrozumiałaby słów angielskiego biskupa, nawet gdyby się nad nimi poważnie zastanawiali. Zmianę, zwłaszcza gdy przynosili ją z zewnątrz mieszkańcy miast i cudzoziemcy, postrzegano jako coś, co zaburzało stare i sprawdzone zwyczaje, a nie jako coś, co prowadziło ku lepszemu. Znajdowano zresztą całe mnóstwo dowodów na to, że zmiana burzy dotychczasowy sposób życia, natomiast argumenty za tym, że oznacza ona coś lepszego, były słabe i nieprzekonujące. Świat ani nie szedł, ani nie miał iść do przodu: tak uważali między innymi przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego - instytucji silnie sprzeciwiającej się wszystkiemu, co przyniósł wiek XIX (zob. Wiek kapitału, rozdział 6, podrozdział I). W czasach gdy nieszczęścia wynikały z innych przyczyn niż kaprysy przyrody czy zrządzenia boskie takie jak susza, głód i epidemie, wciąż istniała nadzieja na przywrócenie pożądanych norm życia społecznego przez powrót do prawdziwej wiary, którą z jakiegoś powodu porzucono (na przykład do nauk Świętego Koranu), lub w drodze zwrotu ku jakiejś realnej czy też domniemanej przeszłości spod znaku sprawiedliwości i porządku. Odwieczną mądrość i stare zwyczaje uważano za najlepsze, postęp oznaczał zaś, że młodzi mogliby pouczać starszych.

Poza obszarem krajów zaawansowanych "postępu" nie traktowano ani jako oczywistego faktu, ani jako słusznego założenia, ale głównie jako obce zagrożenie i wyzwanie. Ci, którzy korzystali tam z owoców postępu i chętnie go przyjmowali, należeli do nielicznej mniejszości złożonej z władców i mieszczan utożsamiających się z obcymi i bezbożnymi wartościami. Ludzie określani zwykle przez Francuzów w Afryce Północnej mianem évolués - "wyewoluowanych"38 - byli właśnie tymi, którzy odcięli się od przeszłości i własnej społeczności, a niekiedy byli zmuszeni do takiego zerwania (na przykład w Afryce Północnej, porzucając prawo islamskie), jeśli chcieli korzystać z dobrodziejstw francuskiego obywatelstwa. Nawet w zacofanych regionach Europy sąsiadujących z rozwiniętymi mieszkańcy wsi czy rozmaici przedstawiciele miejskiej biedoty wciąż jeszcze rzadko byli gotowi pójść za głosem szczerze antytradycjonalistycznych modernizatorów, co zresztą wkrótce zrozumiały nowo powstające partie socjalistyczne.

Świat pozostawał zatem podzielony na dwie części: mniejszą, gdzie rodził się "postęp", i dużo większą, w którą wdzierał się jako obca siła wspierana przez małe grupy miejscowych kolaborantów. W tej pierwszej części świata nawet masy zwykłych ludzi wierzyły już w możliwość i konieczność postępu, a nawet żywiły przekonanie, że w pewnych dziedzinach ma on miejsce. We Francji dla żadnego racjonalnego polityka startującego w wyborach ani dla żadnego z liczących się obozów politycznych nie do pomyślenia było określanie się jako "konserwatywny". W Stanach Zjednoczonych "postęp" uchodził wręcz za ideologię narodową. Nawet w cesarskich Niemczech - trzecim dużym kraju gwarantującym w latach 70. XIX wieku powszechne prawa wyborcze mężczyznom - partie nazywające siebie "konserwatywnymi" otrzymywały na przestrzeni tej dekady mniej niż jedną czwartą głosów w wyborach powszechnych.

Jeśli jednak postęp był tak nieodparty, powszechny i pożądany, czym należało tłumaczyć ową niechęć do przyjęcia go czy uczestniczenia w nim? Czy wynikało to po prostu z ciężaru przeszłości, który stopniowo, ale nieuchronnie, miał zostać zdjęty z barków tej części ludzkości, która wciąż się pod nim uginała? Czyż już niebawem w Manaus, tysiąc mil w górę Amazonki, pośród dziewiczych lasów tropikalnych nie miał stanąć gmach opery, ów burżuazyjny odpowiednik katedry, wybudowany dzięki zyskom z koniunktury na kauczuk (której ofiary - Indianie - nie miały szansy podziwiać Trubadura39)? Czyż frakcje zagorzałych orędowników zmian nie współrządziły już, jak w Meksyku, gdzie państwem kierowali ludzie określający się científicos40, lub nie przygotowywały się do tego, jak w Imperium Osmańskim, gdzie działał Komitet Jedności i Postępu (grupa ta była szerzej znana jako młodoturcy)? Czyż Japonia nie przełamała wielowiekowej izolacji, aby otworzyć się na zwyczaje i idee zachodnie, stając się dzięki temu nowoczesnym mocarstwem (czego wkrótce niezbicie dowiodły jej zwycięstwa militarne i podboje)?

W oczy wciąż jednak bardziej rzucała się niezdolność lub niechęć większości mieszkańców reszty świata do pójścia za przykładem zachodniej burżuazji niż udane próby naśladownictwa. Być może należało się spodziewać, że zwycięscy mieszkańcy "pierwszego świata", wciąż potrafiący nadzorować Japończyków, uznają potężną część ludzkości za biologicznie nienadającą się do osiągnięcia tego, do czego zdolna okazała się mniejszość o teoretycznie białej skórze czy też, mówiąc ściślej, ludzie pochodzenia północnoeuropejskiego. Ludzkość była podzielona na "rasy" - idea ta tkwiła w ideologii omawianego okresu prawie tak silnie, jak koncepcja "postępu". Podział ten przeciwstawiał tych, którzy podczas wystaw światowych, będących wielkimi międzynarodowymi uroczystościami ku czci postępu (zob. Wiek kapitału, rozdział 2), prezentowali się na stoiskach triumfu technologicznego, tym, dla których wydzielano "pawilony kolonialne" lub uzupełniające je "wioski tubylcze". Nawet w samych krajach "rozwiniętych" społeczeństwa coraz mocniej doświadczały podziału na klasę średnią, skupiającą ludzi rzutkich i utalentowanych, oraz bierne masy, których wrodzone niedoskonałości miały przesądzać o ich podrzędnym statusie. Do objaśnienia ówczesnych nierówności chętnie posługiwano się biologią, a czynili to zwłaszcza ci, którzy czuli się przeznaczeni do zwierzchnictwa.

Odwołanie do biologii dodawało również dramatyzmu poczuciu zawodu dręczącemu tych zwolennikom modernizacji, których wizje spotykały się z milczącym niezrozumieniem i sprzeciwem ich własnych rodaków. W republikach latynoamerykańskich zainspirowanych rewolucjami, które przeobraziły Europę i Stany Zjednoczone, ideolodzy i politycy uzależniali postęp swych krajów od zwiększenia stopnia ich "aryjskości", czyli stopniowego "wybielenia" społeczeństwa poprzez małżeństwa mieszane (Brazylia) lub osadnictwo białych Europejczyków (Argentyna). Niewątpliwie klasy panujące tych krajów składały się z ludzi białych, lub przynajmniej same tak siebie postrzegały, zaś europejskie nazwiska nieiberyjskiego pochodzenia nadzwyczaj często były i są spotykane wśród tamtejszych elit politycznych. Jednak nawet w Japonii, choć dziś wygląda to nieprawdopodobnie, "westernizacja" jawiła się w tym okresie jako na tyle problematyczna, że sugerowano, iż może się powieść tylko w drodze infuzji tego, co dziś nazwalibyśmy zachodnimi genami (zob. Wiek kapitału, rozdziały 8 i 14).

Tego typu pseudonaukowe manipulacje (zob. rozdział 10 niniejszej książki) unaoczniają kontrast między powszechnym pragnieniem postępu a jego faktycznie nierównomiernym przebiegiem. Tylko niektóre kraje wydawały się przeobrażać, na dodatek w różnym tempie, w gospodarki przemysłowo-kapitalistyczne, państwa liberalno-konstytucyjne i społeczeństwa burżuazyjne oparte na modelu zachodnim. Nawet w obrębie poszczególnych krajów czy społeczności istniała potężna przepaść między ludźmi "nowoczesnymi" (do których na ogół należeli bogaci) a "zacofanymi" (na ogół biednymi). Dostrzegli to już wkrótce zamożni, cywilizowani i zasymilowani zachodnio- i środkowoeuropejscy Żydzi z klasy średniej, gdy dwa i pół miliona ich współwyznawców ruszyło na zachód, porzucając wschodnioeuropejskie getta. Czyż ci barbarzyńcy - pytano wówczas - naprawdę mogą być  t a k i m i   s a m y m i  ludźmi "jak my"?

Czy wobec tej masy barbarzyńców wewnątrz i na zewnątrz "rozwiniętego" świata kierowanie postępem nie powinno pozostawać wciąż w rękach mniejszości podtrzymującej cywilizację? Czyż to nie sam John Stuart Mill stwierdził, że "despotyzm jest uprawnioną metodą rządzenia barbarzyńcami, byleby miał na celu polepszenie ich losu"?41 Z czasem pojawił się jednak jeszcze inny, głębszy dylemat: dokąd postęp faktycznie prowadzi? Przyjmując, że globalny podbój gospodarczy oraz triumfalny pochód nauki i techniki, na których ten podbój coraz mocniej się opierał, były niezaprzeczalne, powszechne, nieodwracalne, a zatem nieuchronne; przyjmując, że już w latach 70. XIX wieku próby ich zatrzymania czy choćby spowolnienia były coraz mniej realne i coraz słabsze, zaś nawet zwolennicy tradycjonalizmu raz po raz próbowali utrzymać dawny porządek przy pomocy nowoczesnego oręża (tak jak dzisiejsi fundamentaliści, którzy upowszechniają swoją interpretację Biblii, używając komputerów i środków masowego przekazu); przyjmując nawet, że rozwój polityczny w formie rządów reprezentatywnych oraz rozwój moralny w postaci powszechnej alfabetyzacji i czytelnictwa będzie kontynuowany czy wręcz przyspieszany - czy to wszystko oznaczało, że postęp doprowadzi do wyższego stopnia zaawansowania cywilizacji, tak jak rozumiał to młody John Stuart Mill, gdy określał aspiracje tego stulecia postępu jako pragnienie uczynienia świata czy choćby jakiegoś kraju "bardziej doskonałym; bogatszym w najlepsze cechy Człowieka i Społeczeństwa; znajdującym się dużo bliżej doskonałości; szczęśliwszym, szlachetniejszym, mądrzejszym"?42

W latach 70. XIX wieku postęp świata burżuazyjnego osiągnął punkt, w którym oceny jego przyszłych perspektyw zaczęły brzmieć bardziej sceptycznie, a nawet zgoła pesymistycznie. Stały się one jeszcze głośniejsze, gdy świat znalazł się w sytuacji, którą do niedawna przewidywało tylko niewielu: gospodarcze fundamenty rozwijającej się dotąd cywilizacji uległy zachwianiu. Po trwającym jedno pokolenie okresie bezprecedensowej ekspansji, światowa gospodarka znalazła się w kryzysie.

Łączenie się firm powoli staje się istotą nowoczesnych systemów gospodarczych.

Albert Venn Dicey, 190543

Celem wszelkiej fuzji kapitału i jednostek produkcyjnych [...] musi zawsze być możliwie największa redukcja kosztów produkcji, administracji i sprzedaży, prowadząca zarazem do osiągnięcia możliwie najwyższych zysków przez eliminowanie zgubnej konkurencji.

Carl Duisberg, założyciel IG Farben, 1903-190444

Otóż zdarzają się chwile, w których rozwój na wszystkich polach gospodarki kapitalistycznej, a więc w technice, na rynku pieniężnym, w handlu, w koloniach - do tego stopnia dojrzał, że nastąpić musi niezwykłe rozszerzenie rynku światowego, że cała produkcja świata stanąć musi na nowych, o wiele szerszych podstawach. Wtedy rozpoczyna się dla kapitału okres burzy i naporu.

Aleksander Lwowicz Helphand "Parvus", 190145

ROZDZIAŁ 2GOSPODARKA NA WYŻSZYM BIEGU

I

W roku 1889 - tym samym, w którym powstała Międzynarodówka Socjalistyczna46 - wybitny amerykański ekspert zauważył, że od roku 1873 gospodarkę światową trapiły "niespotykane wcześniej spowolnienie i kryzys w handlu". Szczególnie warta odnotowania, jak pisał,

jest powszechność tego zjawiska; dotyka ono zarówno krajów toczących wojnę, jak i tych prowadzących politykę pokojową; mających stabilną walutę opartą na złocie i tych o walucie niestabilnej [...]; tych, w których panuje system swobodnej wymiany towarów, i tych, których handel podlega większym lub mniejszym ograniczeniom. Boleśnie doświadczają go zarówno stare społeczeństwa, na przykład Anglia czy Niemcy, jak i nowe: Australia, Afryka Południowa i Kalifornia. Oznacza ono taką samą klęskę dla mieszkańców jałowych ziem Nowej Fundlandii i Labradoru oraz tych ze słonecznych, urodzajnych wysp Indii Wschodnich i Zachodnich. Co więcej, nie spowodowało ono wzbogacenia się głównych ośrodków światowego handlu, mimo że zazwyczaj pomyślna dla nich koniunktura pojawia się wraz z wahaniami i niepewnością na rynku.47

Pogląd ten, choć zwykle wyrażany w mniej barokowym stylu, powszechnie podzielali ówcześni obserwatorzy, w przeciwieństwie zresztą do niektórych późniejszych historyków, którzy nie potrafili zrozumieć tego zjawiska. Niewątpliwie cykl koniunkturalny, będący podstawowym rytmem gospodarki kapitalistycznej, przyniósł między rokiem 1873 a połową lat 90. XIX wieku serię bardzo poważnych kryzysów, jednak światowa produkcja była daleka od stagnacji; wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu spektakularnie rosła. W latach 1870-1890 produkcja żelaza w pięciu krajach wiodących w tej branży zwiększyła się ponad dwukrotnie (z 11 do 23 milionów ton), produkcja stali - będąca już wówczas użytecznym wskaźnikiem uprzemysłowienia w ogóle - wzrosła dwudziestokrotnie (z 0,5 miliona do 11 milionów ton). Handel międzynarodowy wciąż rozwijał się imponująco, choć już nie tak dynamicznie, jak wcześniej. To właśnie w tych dekadach gospodarki przemysłowe Stanów Zjednoczonych i Niemiec zrobiły ogromny krok naprzód, a rewolucja przemysłowa rozszerzyła się na nowe państwa, takie jak Szwecja i Rosja. W kilku zamorskich krajach dopiero co włączonych do gospodarki światowej nastąpił bezprecedensowy boom. Skądinąd przygotowano w ten sposób międzynarodowy kryzys zadłużenia, bardzo podobny do tego z lat 80. XX wieku, także pod tym względem, że dotyczył w dużej mierze tych samych państw-dłużników. Inwestycje zagraniczne w Ameryce Łacińskiej osiągnęły najwyższy poziom w latach 80. XIX wieku, w związku z czym w tym okresie w ciągu pięciu lat podwoiła się długość linii kolejowych w Argentynie. Zarówno do Argentyny, jak i do Brazylii przybywało w tym czasie nawet 200 tysięcy imigrantów rocznie. Czy wobec tego okres tak spektakularnego wzrostu produkcji można opisywać jako "wielki kryzys"?

Historycy mogą w to wątpić, ale ówcześni obserwatorzy nie wątpili. Czyżby więc ci inteligentni, zorientowani w sytuacji, a zarazem zaniepokojeni Anglicy, Francuzi, Niemcy i Amerykanie padli ofiarą zbiorowej ułudy? Absurdem byłoby tak zakładać, nawet jeśli nieco apokaliptyczny ton niektórych komentarzy nawet wówczas mógł wydawać się przesadny. Z pewnością nie wszystkie "rozważne i konserwatywne umysły" podzielały wyrażone przez cytowanego tu pana Wellsa poczucie "zagrożenia w postaci hordy barbarzyńców od wewnątrz, a nie, jak dawniej, z zewnątrz, gotującej się do ataku na całe współczesne społeczeństwo, a nawet na ciągłość samej cywilizacji"48. Niektórzy jednak podzielali te obawy, nie mówiąc już o rosnących szeregach socjalistów wyczekujących upadku kapitalizmu pod ciężarem jego nierozwiązywalnych sprzeczności wewnętrznych, które zdawały się szczególnie uwidaczniać w czasach kryzysu. Nutę pesymizmu w literaturze i filozofii lat 80. XIX wieku (zob. s. 154-155, 393-394) ciężko w pełni zrozumieć bez uświadomienia sobie powszechnego wówczas poczucia niepokoju ekonomicznego, a w efekcie także społecznego.

Tym, co martwiło nawet mniej apokaliptycznie nastawionych ekonomistów i biznesmenów, był przedłużający się "spadek cen, spadek odsetek i spadek zysków", jak ujął to w 1888 roku późniejszy guru teorii ekonomicznej, Alfred Marshall49. Krótko mówiąc, po niewątpliwie drastycznym załamaniu z lat 70. XIX wieku (zob. Wiek kapitału, rozdział 2) problemem nie była produkcja, ale jej rentowność.

W najbardziej widoczny sposób ofiarą tej obniżki stopy zysku padło rolnictwo, a niezadowolenie z tego płynące miało najbardziej bezpośrednie i najszersze konsekwencje społeczne i polityczne. O ile w poprzednich dekadach produkcja rolna poważnie rosła (zob. Wiek kapitału, rozdział 10), o tyle teraz wręcz zalewała rynki światowe, dotąd chronione przed masową konkurencją z zagranicy przez wysokie koszty transportu. Zarówno zamorskie gospodarki eksportowe, jak i rolnictwo europejskie, doświadczyły dramatycznych obniżek cen. W 1894 roku cena pszenicy wynosiła tylko trochę więcej niż jedną trzecią ceny z roku 1867. Była to doskonała okazja dla klientów, ale katastrofa dla rolników i robotników rolnych, których udział w kategorii pracujących mężczyzn wciąż kształtował się na poziomie między 40 a 50 procent w krajach przemysłowych (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii), a gdzie indziej dochodził do 90 procent. W niektórych regionach sytuację pogarszały występujące w tym samym czasie plagi w rodzaju zarazy filoksery w 1872 roku, która spowodowała spadek francuskiej produkcji wina w latach 1875-1889 o dwie trzecie. Dekady kryzysu działały na szkodę rolników we wszystkich krajach rynku światowego. Zależnie od zamożności i struktury politycznej danego państwa, reakcje rolników na kryzys przyjmowały różne formy - od agitacji wyborczej po bunt. Wspomnieć należy również o przypadkach śmierci głodowej w Rosji w latach 1891-1892. Zdominowane przez uprawę zboża stany Kansas i Nebraska stały się centrum ruchu populistycznego, który ogarnął Stany Zjednoczone w latach 90. XIX wieku. Między rokiem 1879 a 1894 rewolty chłopskie lub upodabniające się do nich kampanie agitacyjne miały miejsce w Irlandii, Hiszpanii, na Sycylii i w Rumunii. Kraje w rodzaju Wielkiej Brytanii, które nie musiały się przejmować bardzo nielicznym już chłopstwem, mogły pozwolić swoim uprawom po prostu obumrzeć - w kraju tym w latach 1875-1895 areał pszenicy zmniejszył się o dwie trzecie. Niektóre kraje, jak Dania, świadomie modernizowały swoje rolnictwo, przerzucając się na rentowną produkcję zwierzęcą. Inne państwa, na przykład Niemcy, a w jeszcze większym stopniu Francja i Stany Zjednoczone, posłużyły się cłami pozwalającymi utrzymać odpowiednio wysoki poziom cen na rynku wewnętrznym.

Dwie najpowszechniejsze reakcje społeczeństw sprowadzały się natomiast do masowej emigracji oraz organizowania spółdzielczości - ta pierwsza objęła głównie bezrolnych lub ubogich chłopów, druga zaś stała się domeną rolników posiadających potencjalnie rentowne gospodarstwa. W latach 80. XIX wieku odnotowano najwyższe w historii wskaźniki migracji dla krajów tak zwanej starej emigracji (jeśli pominiemy wyjątkowy przypadek Irlandczyków w dekadzie po latach wielkiego głodu, zob. Wiek rewolucji, rozdział 8, podrozdział V), a także początek poważnej fali wychodźczej z krajów takich jak Włochy, Hiszpania i Austro-Węgry, a po nich również z Rosji i Bałkanów50. Emigracja była wentylem bezpieczeństwa, który pozwalał rozładować napięcie społeczne, powstrzymując wybuch buntu lub rewolucji. Z kolei dzięki rozwojowi spółdzielczości właściciele drobnych gospodarstw otrzymywali skromne kredyty - w roku 1908 ponad połowa wszystkich niezależnych rolników w Niemczech miała konta w tego typu wiejskich minibankach (jako pierwsze w latach 70. XIX wieku pojawiły się katolickie kasy pożyczkowe Raiffeisena). Jednocześnie w różnych krajach powstawały liczne towarzystwa propagujące spółdzielcze formy zaopatrzenia, dystrybucji i przetwórstwa (zwłaszcza w branży mleczarskiej, a w Danii również zorientowane na produkcję bekonu). W ciągu dziesięciu lat, które minęły od rozciągnięcia we Francji prawa do stowarzyszania (pierwotnie uchwalonego z myślą o związkach zawodowych robotników) na chłopów w 1884 roku, francuscy rolnicy stworzyli dwa tysiące spółdzielni, do których należało 400 tysięcy osób51. W Stanach Zjednoczonych do roku 1900 powstało 1600 spółdzielni mleczarskich, głównie na Środkowym Zachodzie. Branża ta znalazła się w dużej mierze pod kontrolą spółdzielni rolniczych także w Nowej Zelandii.

Biznes mierzył się z własnymi problemami. Dzisiaj, gdy społeczeństwu wpojono przekonanie, że wzrost cen (inflacja) to gospodarcza katastrofa, dziwić może, że dziewiętnastowieczni przedsiębiorcy czuli lęk przed spadkiem cen. W tym zasadniczo deflacyjnym stuleciu spadek ten w żadnym okresie nie był tak wyraźny, jak w latach 1873-1896, kiedy to ceny w Wielkiej Brytanii spadły o 40 procent. Inflacja bowiem - jeśli nie przekracza pewnego pułapu - nie tylko przynosi korzyści pożyczkobiorcom, o czym wie każdy, kto posiada długoterminowy kredyt hipoteczny, ale także prowadzi do automatycznego wzrostu stopy zysku, gdyż cena towarów w momencie ich sprzedaży przewyższa koszty produkcji. Deflacja oznaczała natomiast obniżenie stopy zysku. Znaczne poszerzenie rynku mogłoby to z nadwyżką rekompensować, lecz w istocie rynek nie rozwijał się tak szybko. Stopa zysku spadała po części dlatego, że przy nowych technologiach przemysłowych potężny wzrost produkcji był nie tylko możliwy, ale i konieczny (o ile dana fabryka miała w ogóle przynosić zyski), częściowo za sprawą ciągłego wzrostu liczby konkurencyjnych wytwórców oraz gospodarek przemysłowych (co poważnie zwiększało całkowitą zdolność produkcyjną), a częściowo dlatego, że rynek dóbr konsumpcyjnych wciąż dopiero raczkował. Nawet w przypadku dóbr inwestycyjnych można było zaobserwować wpływ połączenia nowych i zaawansowanych możliwości produkcyjnych, bardziej wydajnego wykorzystania produkcji oraz wahań popytu na kształtowanie się cen - w latach 1871/1875-1894/1898 cena żelaza spadła aż o 50 procent.

Kolejna trudność polegała na tym, ze koszty produkcji w krótkim okresie pozostawały bardziej sztywne niż ceny, bowiem - z pewnymi wyjątkami - płac nie obniżano lub nie można było obniżyć proporcjonalnie do spadku cen, firmy zaś borykały się z problemem przestarzałego wyposażenia bądź też ponosiły konsekwencje wdrażania nowych i drogich maszyn, których koszt przy niskich zyskach zwracał się wolniej, niż tego oczekiwano. W niektórych częściach świata sytuację dodatkowo komplikował stopniowy, choć w krótkim okresie zmienny i nieprzewidywalny, spadek ceny srebra i jego kursu względem złota. Dopóki obie wartości pozostawały stabilne, jak było to przed rokiem 1872, płatności międzynarodowe w kruszcach - będących podstawą pieniądza światowego - były raczej nieskomplikowane52. Zaburzenie stabilnego kursu wymiany utrudniło transakcje między kontrahentami posługującymi się walutą opartą na różnych kruszcach.

Jak można było zaradzić spadkowi cen, zysków i stóp oprocentowania? Jedno z rozwiązań polegało na swoistym odwróceniu doktryny monetaryzmu, a ówczesna ogromna, choć dziś zapomniana, debata wokół "bimetalizmu" pokazała, że rozwiązanie to przekonywało wielu ludzi skłonnych przypisywać spadek cen przede wszystkim globalnemu deficytowi złota, które w coraz większym stopniu (poprzez funta szterlinga o ustalonym parytecie złota, pełniącego funkcję "złotego suwerena") stawało się wyłączną podstawą światowego systemu płatniczego. System oparty zarówno na złocie, jak i na srebrze, dostępnym w dużo większej ilości zwłaszcza w Ameryce, z pewnością doprowadziłby do wzrostu cen poprzez inflację pieniężną. Inflacja ta odpowiadała zwłaszcza doświadczającym trudności farmerom z prerii, a jeszcze bardziej właścicielom kopalń srebra w Górach Skalistych, i stała się głównym motorem dla powstającego ruchu populistycznego w Stanach Zjednoczonych. Przeciwko poświęcaniu dobra społeczeństwa w imię parytetu złota53 występował wielki trybun ludowy, William Jennings Bryan (1860-1925). Tak jak w innych przypadkach - na przykład gdy podkreślał dosłowność Biblii i głosił konieczność zakazu nauczania koncepcji Karola Darwina - również w tym Bryan bronił przegranej sprawy. Bankierzy, wielki biznes i politycy sprawujący władzę w krajach tworzących rdzeń światowego kapitalizmu nie mieli zamiaru odejść od parytetu złota, do którego mieli zresztą w dużej mierze taki stosunek, jak Bryan do Księgi Rodzaju. Na srebrze opierały się tylko mało znaczące globalnie kraje, jak Meksyk, Chiny i Indie.

Rządzący woleli słuchać silnych grup interesów i wyborców, które domagały się ochrony rodzimej produkcji przed konkurencją w postaci towarów importowanych. Grupy te obejmowały nie tylko - jak można się było spodziewać - potężny blok rolników, ale także liczące się kręgi krajowych przemysłowców dążących do minimalizacji "nadprodukcji", choćby poprzez wyeliminowanie zagranicznych konkurentów. Wielki kryzys54 zakończył długą epokę liberalizmu gospodarczego (zob. Wiek kapitału, rozdział 2), przynajmniej w odniesieniu do handlu towarowego55. Począwszy od Niemiec i Włoch (branża tekstylna) w latach 70. XIX wieku, cła ochronne na trwałe zagościły w gospodarce międzynarodowej, a moment szczytowy ich rozwoju nastąpił na początku lat 90. XIX wieku, gdy wprowadzono cła karne kojarzone z nazwiskami Méline'a we Francji (1892) i McKinleya w Stanach Zjednoczonych (1890)56 .

Spośród wszystkich znaczących krajów przemysłowych tylko Wielka Brytania kurczowo trzymała się nieograniczonego wolnego handlu, mimo pojawiających się co jakiś czas potężnych kampanii ze strony protekcjonistów. Rząd brytyjski miał ku takiej polityce oczywiste powody, zupełnie niezależne od faktu, że brakowało w tym kraju licznej klasy chłopskiej, która mogłaby masowo popierać protekcjonistów. Wielka Brytania była zdecydowanie największym eksporterem artykułów przemysłowych na świecie, a jej gospodarka na przestrzeni stulecia stawała się coraz bardziej zorientowana na eksport (szczególnie w latach 70. i 80. XIX wieku), znacznie bardziej niż gospodarki jej głównych konkurentów (ale i znacznie mniej niż niewielkie gospodarki rozwinięte jak Belgia, Szwajcaria, Dania czy Holandia). Żaden kraj nie mógł się równać z Wielką Brytanią pod względem eksportu kapitału, "niewidocznych" usług finansowych i handlowych oraz usług transportowych. Wraz z nasileniem się zagranicznej konkurencji londyńskie City oraz brytyjska flota handlowa zaczęły w gospodarce światowej odgrywać rolę jeszcze ważniejszą niż wcześniej. Jednocześnie, choć często się o tym zapomina, Wielka Brytania była zdecydowanie największym na świecie importerem surowców i produktów rolnych. Zdominowała ona - można wręcz powiedzieć, że całkowicie - globalny rynek niektórych towarów, na przykład cukru trzcinowego, herbaty i pszenicy. W roku 1880 zakupiła około połowę całkowitej ilości tych produktów wprowadzonych do międzynarodowego obrotu. W 1881 roku Brytyjczycy kupili prawie połowę całego światowego eksportu mięsa oraz dużo większe ilości wełny i bawełny niż jakikolwiek inny kraj (55 procent importu europejskiego)57. Gdy w latach kryzysu nastąpił spadek brytyjskiej produkcji żywności, tendencje importowe nasiliły się w niespotykanym wcześniej stopniu. Do lat 1905-1909 Wielka Brytania importowała nie tylko 56 procent wszystkich konsumowanych przez siebie zbóż, ale także 76 procent wszystkich spożywanych przez Brytyjczyków serów i 68 procent jaj58.

Wolny handel wydawał się nieodzowny, bowiem pozwalał zagranicznym wytwórcom z sektora rolnego wymieniać własne towary na brytyjskie artykuły przemysłowe, co wzmacniało symbiozę między Zjednoczonym Królestwem a krajami słabo rozwiniętymi, na której zasadniczo opierała się brytyjska potęga gospodarcza. Argentyńscy i urugwajscy estancieros, australijscy producenci wełny oraz duńscy farmerzy nie mieli żadnego interesu w rozwoju rodzimego przemysłu, ponieważ korzystne było dla nich pozostawanie w strefie brytyjskich wpływów gospodarczych. Koszty ponoszone przez tej okazji przez Wielką Brytanię nie były jednak małe. Jak widzieliśmy, wolny handel oznaczał skazanie nierentownego brytyjskiego rolnictwa na niebyt. Wielka Brytania była jedynym krajem, w którym nawet konserwatyści, mimo zwyczajowego przywiązania tego typu ugrupowań do ochrony producentów rolnych, dopuszczali możliwość odejścia od rolnictwa. Niewątpliwie poświęcenie to przychodziło tym łatwiej, że finanse niezwykle zamożnych i wciąż politycznie wpływowych obszarników opierały się teraz w takim samym stopniu na dzierżawie pól uprawnych, co na dochodach z własności miejskiej i z portfeli inwestycyjnych. Czy mogło to jednak oznaczać również gotowość porzucenia w razie potrzeby rodzimego przemysłu, czego obawiali się zwolennicy protekcjonizmu? Patrząc wstecz z perspektywy późniejszej o całe stulecie deindustrializacji Wielkiej Brytanii z lat 80. XX wieku, ówczesne obawy nie wydają się bezpodstawne. Ostatecznie kapitalizm nie polega przecież na jakimś określonym doborze wytwarzanych produktów, ale na robieniu pieniędzy. Jednak nawet gdy stało się jasne, że w brytyjskiej polityce głos londyńskiego City liczy się dużo bardziej niż zdanie przemysłowców z prowincji, jeszcze przez pewien czas interesy City nie kolidowały z interesami znacznej części sektora przemysłowego. Wielka Brytania wciąż hołdowała więc liberalizmowi gospodarczemu59, co oznaczało, że pozostawiała krajom zorientowanym protekcjonistycznie swobodę kontroli nad ich rynkami krajowymi oraz możliwość realizacji przez te kraje polityki wspierającej własny eksport.

Ekonomiści i historycy bezustannie spierają się w kwestii skutków tej eksplozji protekcjonizmu w handlu międzynarodowym lub, by ująć to inaczej, w kwestii dziwnej schizofrenii światowej gospodarki kapitalistycznej. Rdzeń tej gospodarki w XIX wieku w coraz większym stopniu tworzyły "gospodarki narodowe" - brytyjska, niemiecka, amerykańska i tak dalej. Niezależnie jednak od faktu, że sztandarowy tytuł słynnego dzieła Adama Smitha z 1776 roku brzmiał Bogactwo narodów60, "naród" jako jednostka nie zajmował jasno określonego miejsca w teoretycznej koncepcji liberalnego kapitalizmu, którego zasadniczymi elementami miały być nieredukowalne atomy przedsiębiorczości - jednostki lub "firmy" (o których nie rozpisywano się zbyt obszernie) - motywowane imperatywem maksymalizacji zysków lub minimalizacji strat. Podmioty te funkcjonowały na "rynku", który ostatecznie miał zasięg globalny. Liberalizm można określić jako swoisty anarchizm burżuazji - podobnie jak anarchizm rewolucyjny, odrzucał on instytucję państwa. Albo raczej państwo w kontekście gospodarki istniało tylko jako czynnik ingerujący w autonomiczne i samoczynne działania "rynku".

Pogląd ten miał poniekąd sens. Z jednej strony, uzasadnione wydawało się - zwłaszcza po liberalizacji gospodarek w połowie stulecia (zob. Wiek kapitału, rozdział 2) - założenie, że gospodarka funkcjonuje i rozwija się dzięki odpowiednim decyzjom ekonomicznym jej podstawowych "atomów". Z drugiej, gospodarka kapitalistyczna była globalna i tylko w tej formie mogła istnieć. W XIX stuleciu, wraz z docieraniem jej mechanizmów do coraz bardziej odległych zakątków globu, gospodarka ta stawała coraz bardziej światowa i wszędzie uruchamiała proces głębokich zmian. Co więcej, tego rodzaju system gospodarczy nie uznawał granic, ponieważ najlepiej funkcjonował w warunkach niczym niezakłóconego swobodnego przepływu czynników produkcji. Kapitalizm był zatem nie tylko międzynarodowy w praktyce, lecz również internacjonalistyczny na poziomie teorii. Jego teoretycy za ideał uznawali międzynarodowy podział pracy, który zapewniałby warunki maksymalnego wzrostu gospodarczego. Kryteria oceny decyzji gospodarczych były globalne: uprawa bananów w Norwegii nie miała sensu, bo dużo taniej można było je uprawiać w Hondurasie. Ignorowano lokalne czy regionalne argumenty na rzecz innych opinii. Czysta teoria liberalizmu gospodarczego musiała przyjmować najskrajniejsze, nawet niedorzeczne konsekwencje własnych założeń, o ile tylko dawało się wykazać, że prowadzą one do globalnie optymalnych wyników. Gdyby udowodniono, że całą światową produkcję przemysłową należy skoncentrować na Madagaskarze (tak jak 80 procent światowej produkcji zegarków koncentrowało się w małej części Szwajcarii)61 lub że cała populacja Francji powinna przenieść się na Syberię (tak jak w przypadku migracji znacznego odsetka Norwegów do Stanów Zjednoczonych)62, to rozwiązaniom takim nie przeciwstawiono by żadnych innych argumentów ekonomicznych.

Jakież negatywne ekonomicznie strony mógł mieć brytyjski quasi-monopol w przemyśle globalnym w połowie wieku? Albo jakież mogły być negatywne skutki zmian demograficznych w Irlandii - kraju, którego populacja między rokiem 1841 a 1911 zmniejszyła się blisko o połowę? Jedyny rodzaj równowagi uwzględniany przez liberalną teorię ekonomiczną lokował się na poziomie światowym.

W praktyce jednak model ten był niedoskonały. Zmieniającą się światową gospodarkę kapitalistyczną tworzyły zarówno stabilne całości, jak i elementy bardziej płynne. Niezależnie od historycznych źródeł "gospodarek narodowych" wyznaczonych granicami państwowymi i tworzących owe stabilne całości, a także niezależnie od teoretycznych ograniczeń opartej na nich ekonomii - głównie autorstwa teoretyków niemieckich - gospodarki te mogły pozostać stabilne właśnie dlatego, że istniały państwa narodowe. Być może nikt nie uważałby Belgii za pierwszy uprzemysłowiony kraj na kontynencie europejskim, gdyby wciąż była częścią Francji (jak przed rokiem 1815) lub regionem w ramach zjednoczonych Niderlandów (jak w latach 1815-1830). Fakt powstania państwa belgijskiego wywarł wpływ zarówno na realizowaną przez władze politykę gospodarczą, jak i na polityczny wymiar aktywności ekonomicznej jej mieszkańców. Z pewnością prawdą jest, że tak jak dziś, również wówczas istniały typy aktywności ekonomicznej, które, jak finanse międzynarodowe, miały charakter zasadniczo kosmopolityczny i wymykały się ograniczeniom narodowym, o ile takowe funkcjonowały. Jednak nawet duże ponadnarodowe firmy trzymały się odpowiednio silnej gospodarki narodowej. Rodziny bankierów handlowych (w znacznej mierze pochodzenia niemieckiego) po roku 1860 przenosiły swe siedziby z Paryża do Londynu. Najbardziej międzynarodowy ze wszystkich wielkich domów bankierskich, ten należący do Rothschildów, prosperował w stolicach ważniejszych państw. Rothschildowie utrzymali wiodącą pozycję w Londynie, Paryżu i Wiedniu, ale już nie w Neapolu i Frankfurcie (tamtejsza firma odmówiła przeniesienia się do Berlina). Po zjednoczeniu Niemiec Frankfurt nie był już wystarczająco dogodnym miejscem do prowadzenia interesów.

Spostrzeżenia te odnoszą się, rzecz jasna, głównie do "rozwiniętej" części świata, to znaczy do państw zdolnych bronić swych wzrastających gospodarek przemysłowych przed konkurencją. Nie odnoszą się zaś do pozostałej części globu, której gospodarki były politycznie lub ekonomicznie zależne od "rozwiniętego" rdzenia. Regiony te albo nie miały wyboru, gdyż to władza kolonialna decydowała o ich gospodarczych losach, albo któraś z gospodarek imperialnych zamieniała je w republiki bananowe lub kawowe. Zwykle też gospodarki tych regionów nie były zainteresowane alternatywnym modelem rozwoju, gdyż wyraźnie opłacało im się przestawić na wyspecjalizowaną produkcję rolno-surowcową na potrzeby światowego rynku tworzonego przez państwa-metropolie. Na światowych peryferiach "gospodarka narodowa", o ile można mówić o istnieniu takowej, pełniła inne funkcje niż miało to miejsce w rdzeniu ówczesnego kapitalizmu.

Jednak świat rozwinięty nie był tylko zbiorem "gospodarek narodowych". Uprzemysłowienie i kryzys przekształciły je w grupę gospodarek  r y w a l i z u j ą c y c h  między sobą, co oznaczało, że korzyści jednej zagrażały pozycji innych. Konkurowały między sobą nie tylko firmy, ale także narody. Brytyjczykom zaczęła cierpnąć skóra pod wpływem lektury tekstów dziennikarskich demaskujących niemiecką inwazję gospodarczą - Made in Germany Ernesta Edwina Williamsa (1896) czy American Invaders Freda A. Mackenzie'ego (1902)63. Ich ojcowie milczeli w obliczu (uzasadnionych) ostrzeżeń przed techniczną przewagą zagranicznych producentów. Tymczasem właśnie protekcjonizm stanowił powszechną odpowiedź na międzynarodową rywalizację gospodarczą.

Jaki jednak miał skutek? Możemy przyjąć za fakt, że nadmierny protekcjonizm usiłujący odgrodzić gospodarkę narodową od innych organizmów gospodarczych różnego rodzaju politycznymi fortyfikacjami szkodzi wzrostowi gospodarczemu w skali światowej. Dobrze było to widać w okresie między dwiema wojnami światowymi. Jednakże w latach 1880-1914 protekcjonizm nie był ani powszechny, ani, z nielicznymi wyjątkami, nadmierny, a ponadto, jak widzieliśmy, dotyczył tylko handlu towarowego, nie oddziałując na przepływ siły roboczej i na międzynarodowe transakcje finansowe. Protekcjonizm w rolnictwie, ogólnie rzecz biorąc, sprawdzał się we Francji, nie przynosił natomiast efektów we Włoszech (gdzie reakcją na ten stan rzeczy były masowe migracje), w Niemczech zaś zapewniał ochronę właścicielom gospodarstw wielkoobszarowych64. Protekcjonizm w przemyśle zasadniczo sprzyjał powiększaniu się tego sektora w skali światowej, przyczyniał się bowiem do ekspansji krajowych przemysłów na rynkach wewnętrznych, które zresztą też rozwijały się w tym okresie błyskawicznie. Oblicza się, że ogólny wzrost produkcji i wymiany na świecie w latach 1880-1914 był znacznie wyższy niż w dekadach wolnego handlu65. Produkcja przemysłowa w obrębie świata "rozwiniętego" w roku 1914 z pewnością rozkładała się nieco mniej nierównomiernie niż czterdzieści lat wcześniej. W 1870 roku prawie 80 procent całkowitej światowej produkcji pochodziło z czterech głównych państw przemysłowych, zaś w roku 1913 państwa te dostarczyły 72 procent globalnej produkcji, której ogólny wolumen zwiększył się w tym okresie pięciokrotnie66. Oczywiście można dyskutować, w jak dużym stopniu przyczynił się do tego akurat protekcjonizm, wydaje się jednak, że nie mógł poważnie wpłynąć na zahamowanie wzrostu.

Protekcjonizm można postrzegać jako instynktowną reakcję polityczną zaniepokojonych producentów na kryzys, nie był on jednak najważniejszą odpowiedzią ekonomiczną kapitalizmu na napotykane trudności. Tę rolę odegrało połączenie koncentracji ekonomicznej i racjonalizacji biznesowej, co w terminologii amerykańskiej - zaczynającej wówczas wytyczać globalne trendy - określano mianem "trustów" i "zarządzania naukowego". Oba te rozwiązania miały na celu zwiększenie zysku zmniejszonego z powodu konkurencji i spadku cen.

Koncentracji ekonomicznej nie należy mylić z monopolem w ścisłym rozumieniu (kontrola danego rynku przez jedno przedsiębiorstwo) lub, w bardziej powszechnym i szerszym sensie, z kontrolą rynku przez niewielką liczbę dominujących firm (oligopol). Do tej drugiej kategorii z pewnością należały przykłady koncentracji, które wzbudziły oburzenie opinii publicznej, a polegały na fuzjach przedsiębiorstw lub przejmowaniu kontroli na rynku w wyniku zmowy firm, które - zgodnie z teorią wolnej przedsiębiorczości - powinny były raczej wyrzynać się wzajemnie z korzyścią dla konsumenta. Powstanie tego rodzaju amerykańskich "trustów" sprowokowało reakcję w postaci antymonopolowego ustawodawstwa w rodzaju ustawy antytrustowej Shermana (1890), która przyniosła jednak mało wymierne rezultaty. Przykładem tego rodzaju monopolu były też niemieckie "syndykaty" lub "kartele" działające głównie w przemyśle ciężkim i cieszące się przychylnością państwa. Monopolami można na pewno określić Reńsko-Westfalski Syndykat Węglowy (1893) kontrolujący około 90 procent wydobycia węgla w swoim regionie, a także Standard Oil Company - firmę, która w roku 1880 opanowała 90-95 procent rynku ropy przetwarzanej w Stanach Zjednoczonych. Monopolem był faktycznie również, wart miliard dolarów, trust United States Steel (1901), posiadający 63 procent amerykańskiej produkcji stali. Oczywiste jest również, że przechodzenie od nieograniczonej konkurencji ku "łączeniu się kilku kapitalistów wcześniej działających pojedynczo"67 stało się szczególnie wyraźną tendencją w latach wielkiego kryzysu, utrzymującą się jednak również później, w okresie nowej globalnej koniunktury. Nie sposób zaprzeczyć występowaniu tendencji monopolistycznych lub oligopolistycznych w branżach silnie zależnych od zamówień rządowych, jak dynamicznie rozwijający się sektor zbrojeniowy (zob. s. 466-469), w sektorach zajmujących się wytwarzaniem i dystrybucją nowych, rewolucyjnych źródeł energii jak ropa i elektryczność, a także w transporcie i w produkcji niektórych dóbr konsumpcyjnych jak mydło czy wyroby tytoniowe.

Kontrola rynku i eliminowanie konkurencji były jednak tylko jednym aspektem szerszego procesu koncentracji kapitalistycznej - jak się zresztą okazało, ani powszechnym, ani nieodwracalnym. Już w 1914 roku w branży naftowej i stalowej w Stanach Zjednoczonych panowała konkurencja w zasadzie ostrzejsza niż dziesięć lat wcześniej. W tym sensie mylące jest nazywanie (choćby w kontekście wydarzeń 1914 roku) "kapitalizmem monopolistycznym" czegoś, co około roku 1900 uznano za nową fazę rozwoju kapitalistycznego. Nieważne jednak, jakim terminem się posłużymy ("kapitalizm korporacyjny", "kapitalizm zorganizowany" i tak dalej), musimy się zgodzić jedynie co do faktu, że łączenie firm odbywało się kosztem konkurencji rynkowej, że korporacje rozwijały się kosztem firm prowadzonych przez indywidualnych przedsiębiorców, że ekspansja wielkiego biznesu i dużych przedsiębiorstw dokonywała się kosztem mniejszych firm, a także że owa koncentracja sprzyjała tendencjom oligopolistycznym. Wyraźnie dawało to o sobie znać nawet w tak potężnej twierdzy małej i średniej konkurencyjnej przedsiębiorczości starego typu, jak Wielka Brytania. Od roku 1880 model dystrybucji ulegał tam radykalnym przemianom. Słowa grocer czy butcher odnosiły się teraz nie tylko do właścicieli małych sklepów, ale w coraz większym stopniu oznaczały ogólnokrajowe lub międzynarodowe firmy posiadające setki placówek. Małe banki bardzo szybko zostały zastąpione przez kilka gigantycznych banków akcyjnych zorganizowanych w całym kraju w sieć oddziałów. Lloyds Bank na przykład pochłonął wówczas 164 mniejsze banki. Po roku 1900 dawne - czy jakiekolwiek - brytyjskie "banki lokalne" stały się "osobliwością historyczną".

Podobnie jak koncentracja ekonomiczna, również "zarządzanie naukowe" (sam ten termin zaczęto stosować dopiero około 1910 roku) było dzieckiem wielkiego kryzysu. Jego twórca i orędownik, Frederick Winslow Taylor (1856-1915), zaczął wypracowywać nowe podejście w roku 1880 w nękanym problemami amerykańskim przemyśle stalowym. Koncepcja ta dotarła do Europy w latach 90. XIX wieku. Spadek zysków w okresie kryzysu oraz wzrost wielkości firm i złożoności ich struktury rodziły przekonanie, że tradycyjne, sprawdzone sposoby prowadzenia biznesu, zwłaszcza w branżach produkcyjnych, nie przystają już do rzeczywistości. Pojawiła się więc potrzeba wprowadzenia bardziej racjonalnych czy też "naukowych" metod nadzoru, monitorowania i planowania w dużych firmach zorientowanych na maksymalizację zysku. Zadanie, na którym bezpośrednio koncentrował się "tayloryzm", i które powszechnie kojarzono z "zarządzaniem naukowym", polegało na wyciśnięciu z robotników większej ilości pracy. Cel ten realizowano trzema metodami: (1) oddzielając robotnika od grupy pracowniczej i przekazując nadzór nad procesem pracy specjalistom od zarządzania, którzy dokładnie mówili robotnikowi, co ma robić i ile produkować na podstawie (2) systematycznego podziału każdego procesu na zsynchronizowane części składowe ("studium czasu i ruchu") oraz (3) stosując różne systemy płac motywujące robotnika do większej wydajności. Takie systemy płacowe w końcu rozpowszechniły się dość szeroko, jednak przed rokiem 1914 tayloryzm w czystej postaci nie rozwinął się ani w Europie, ani nawet w Stanach Zjednoczonych, pozostając w ostatnich latach przed wybuchem wojny jedynie hasłem powtarzanym w kręgach ludzi związanych z zarządzaniem. Po roku 1918 nazwisko Taylora, podobnie jak innego pioniera masowej produkcji, Henry'ego Forda, służyło jako skrót myślowy na określenie racjonalnego wykorzystania maszyn i siły roboczej w celu maksymalizacji produkcji - paradoksalnie odwoływali się do niego wówczas zarówno kapitaliści, jak i bolszewiccy zwolennicy planowania.

Z pewnością jednak między rokiem 1880 a 1914 w dużych przedsiębiorstwach, począwszy od hali produkcyjnej aż po biura i księgowość, zaszły znaczące przeobrażenia strukturalne. "Widzialna ręka" nowoczesnej organizacji typu korporacyjnego i nowoczesnego zarządzania zastąpiła "niewidzialną rękę" anonimowego rynku, o której pisał Adam Smith. Kadra menedżerska, inżynierowie i księgowi zaczęli wypierać właścicieli prowadzących firmy. "Korporacja" czy też niemiecki Konzern zastąpiły jednostkę. Typowy człowiek biznesu, przynajmniej w dużej firmie, coraz rzadziej wywodził się z rodziny założyciela, będąc raczej opłacanym menadżerem, zaś w roli jego zwierzchnika coraz częściej występował bankier lub udziałowiec, a nie zarządzający własnym interesem kapitalista.

Trzecią możliwość pokonania problemów trapiących biznes widziano w imperializmie. Często zwraca się uwagę na czasową zbieżność kryzysu i znacznego przyspieszenia procesów kolonialnego podziału globu. Historycy toczą intensywne debaty na temat tego, jak ściśle były ze sobą powiązane te zjawiska. Jak zobaczymy w następnym rozdziale, związek między nimi miał raczej złożony charakter, a nie postać prostej przyczynowo-skutkowej zależności. Zasadniczo nie da się jednak zaprzeczyć, że nacisk kapitału poszukującego bardziej rentownych inwestycji, jak choćby w przypadku producentów szukających nowych rynków, przyczyniał się do realizacji polityki ekspansji, w tym podbojów kolonialnych. W 1900 roku przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu stwierdził wprost, że "ekspansja terytorialna jest tylko produktem ubocznym ekspansji handlu"68. Autor tych słów z pewnością nie był jedynym człowiekiem z kręgów międzynarodowego biznesu i polityki, który żywił wówczas taki pogląd.

Należy wspomnieć jeszcze o jednym z rezultatów, czy też, ujmując rzecz precyzyjniej - skutku ubocznym, wielkiego kryzysu, czyli o rosnącej intensywności agitacji społecznej. Jak widzieliśmy, prowadzono ją nie tylko wśród rolników dotkniętych wstrząsami spowodowanymi przez spadek cen, ale także w szeregach klasy robotniczej. Samo zjawisko masowej mobilizacji przemysłowej klasy robotniczej w różnych krajach, a od końca lat 80. XIX wieku również proces powstawania masowych ruchów socjalistycznych i robotniczych, trudno wyjaśniać samym tylko kryzysem gospodarczym. Paradoksalnie bowiem spadek cen w oczywisty sposób wpływający na radykalizację polityczną rolników doprowadził do dość wyraźnego obniżenia kosztów życia pracowników najemnych, a także spowodował niewątpliwą poprawę materialnych warunków życia robotników w większości krajów uprzemysłowionych. Na tej konstatacji na razie jednak poprzestańmy - szerszej odpowiedzi na pytanie, dlaczego współczesne ruchy robotnicze również należy uznać za dzieci epoki kryzysu, udzielimy w rozdziale piątym.

II

Od połowy lat 90. XIX wieku aż do wybuchu pierwszej wojny światowej orkiestra globalnej gospodarki częściej grała w radosnej tonacji pomyślnej koniunktury niż w smutnej tonacji kryzysu. Dobrobyt oparty na prosperującej działalności gospodarczej stworzył podstawy epoki na kontynencie europejskim do dziś określanej mianem "pięknej" (belle époque). Zwrot od niepokoju ku euforii nastąpił tak nagle i szybko, że zwolennicy wulgarnej ekonomii szukali jakiegoś czynnika zewnętrznego, który wyjaśniłby, niczym deus ex machina, tak nagłą zmianę. Dostrzegano go w odkryciu pokaźnych zasobów złota w Afryce Południowej, w ostatniej wielkiej zachodniej gorączce złota (nad rzeką Klondike w 189869 roku) i w podobnych "odkryciach złóż" złotego kruszcu w innych miejscach świata. Ogólnie rzecz biorąc, tego rodzaju gruntownie monetarystyczne interpretacje robią jednak większe wrażenie na niektórych rządach z końca XX wieku niż na badaczach zajmujących się historią gospodarczą. Tempo zmian było jednak niezaprzeczalnie bardzo szybkie. Ich źródło niemal natychmiast zidentyfikował niezwykle wnikliwy rewolucjonista, Aleksander Lwowicz Helphand (1867-1924) piszący pod pseudonimem Parvus, zwracając uwagę na początek nowego i długiego okresu burzliwej ekspansji kapitalizmu. Skrajne przeciwieństwo długotrwałej koniunktury z przełomu wieków oraz poprzedzającego ją wielkiego kryzysu stworzyło zresztą podstawy pierwszych spekulacji na temat "długich fal" rozwoju światowego kapitalizmu, później kojarzonych z nazwiskiem rosyjskiego ekonomisty Kondratiewa. W każdym razie oczywiste było wówczas, że mylili się ci, którzy formułowali ponure prognozy co do przyszłości kapitalizmu, a nawet zapowiadali jego rychły upadek. W kręgach marksistów zaciekle spierano się o znaczenie kolejnej fali ekspansji kapitalizmu dla przyszłości ruchu robotniczego, a także o to, czy doktrynę Marksa należy w nowej sytuacji poddać "rewizji".

Badacze historii gospodarki zwykle koncentrują się na dwóch aspektach tego okresu: na nowym podziale władzy i inicjatywy w sferze gospodarczej, to znaczy na względnym osłabieniu Wielkiej Brytanii oraz względnej - i absolutnej - ekspansji Stanów Zjednoczonych, a przede wszystkim Niemiec, a także na problemie długo- i krótkookresowych wahań, czyli zasadniczo na "długich falach" Kondratiewa, których tendencje spadkowa i wzrostowa w interesującym nas okresie rozkładają się równo po połowie. Choć jest to zagadnienie interesujące z teoretycznego punktu widzenia, to w perspektywie gospodarki światowej miało jednak znaczenie drugorzędne.

W zasadzie nie dziwi, że Niemcy, których populacja w omawianym okresie wzrosła z 45 do 65 milionów, oraz Stany Zjednoczone, gdzie liczba mieszkańców wzrosła z 50 do 92 milionów, wyprzedziły Wielką Brytanię - kraj mniejszy zarówno terytorialnie, jak i pod względem populacji. Nie umniejsza to jednak rozmiarów triumfu niemieckiego eksportu przemysłowego. W okresie trzydziestu lat poprzedzających wybuch wojny eksport ten wzrósł z poziomu sięgającego mniej niż połowę eksportu brytyjskiego do poziomu przewyższającego całkowitą wielkość towarów wywożonych poza granice Wielkiej Brytanii. Za wyjątkiem krajów dających się określić jako "półprzemysłowe" - czyli w praktyce "dominiów" imperium brytyjskiego, w tym także obszarów zależnych gospodarczo w Ameryce Łacińskiej - niemiecka produkcja eksportowa górowała nad angielską pod każdym względem. Do krajów przemysłowych Niemcy eksportowali o jedną trzecią więcej, a do krajów słabo rozwiniętych o 10 procent więcej niż Brytyjczycy. Nie powinno dziwić, że w tej sytuacji Wielka Brytania nie zdołała utrzymać pozycji "warsztatu świata", jaką zajmowała jeszcze około 1860 roku. Skądinąd nawet Stany Zjednoczone u szczytu swej globalnej supremacji w latach 50. XX wieku - z trzykrotnie większym udziałem w populacji świata niż Brytyjczycy w roku 1860 - nigdy nie miały udziału w światowej produkcji żelaza i stali na poziomie 53 procent, a produkcji tekstylnej na poziomie 49 procent, a tyle właśnie wynosił brytyjski udział w światowej produkcji w 1860 roku. Jednak sam spadek udziału Wielkiej Brytanii w globalnej produkcji odnotowany w ostatnich dekadach XIX wieku nie wyjaśnia dokładnie dlaczego - a nawet czy w ogóle - nastąpiło spowolnienie wzrostu gospodarki brytyjskiej. Problem ten doczekał się już obszernej literatury naukowej, zasadniczo jednak cała kwestia nie sprowadzała się wcale do pytania o to, kto w obrębie rosnącej gospodarki światowej rozwijał się szybciej, a kto wolniej, ale do zagadnienia wzrostu w skali globalnej.

Jeśli chodzi o rytm Kondratiewa - określenie go "cyklem" w ścisłym znaczeniu tego słowa byłoby przesądzeniem sprawy z góry - to stawia on fundamentalne pytania analityczne o istotę wzrostu gospodarczego w epoce kapitalizmu lub, jak woleliby niektórzy, wzrostu w jakimkolwiek modelu światowej gospodarki. Niestety żadna z teorii dotyczących tej szczególnej przemienności faz gospodarczej pewności i niepewności, razem tworzących trwającą około pół wieku "falę", nie jest powszechnie akceptowana. Najlepiej znana i najbardziej elegancka teoria na ten temat, autorstwa Josepha Aloisa Schumpetera (1883-1950), łączy każdy "spadek" z wyczerpywaniem się potencjału zysku określonej grupy "innowacji" ekonomicznych, zaś nowy wzrost łączy z nowymi innowacjami, głównie - choć nie tylko - technologicznymi, których potencjał po pewnym czasie również ulega wyczerpaniu, co powoduje ponowne przejście do fazy "spadku". A zatem nowe branże działające jako "sektory wiodące" wzrostu gospodarczego - na przykład przemysł bawełniarski w okresie pierwszej rewolucji przemysłowej czy koleje w latach 40. XIX wieku i później - stają się niejako motorem wyciągającym gospodarkę światową z grzęzawiska, w którym czasowo utknęła. Teorię tę można uznać w jakimś stopniu za uzasadnioną, ponieważ każdy okres wzrostu odnotowywany od lat 80. XVIII wieku był związany z pojawianiem się nowych i coraz bardziej rewolucyjnych pod względem technologicznym sektorów gospodarki. W dużym stopniu dotyczy to też największego tego rodzaju globalnego boomu gospodarczego, który trwał od końca drugiej wojny światowej do początku lat 70. XX wieku. Problem z wyjaśnieniem wzrostu z końca lat 90. XIX stulecia polega jednak na tym, że ówczesne branże innowacyjne - czyli w szerokim sensie chemiczna i elektryczna oraz sektory związane z nowymi źródłami energii mającymi wkrótce stać się konkurencją dla energii parowej - nie wydają się wtedy jeszcze na tyle silne, aby mogły w decydującym stopniu wpływać na zmiany w gospodarce światowej. Skoro więc nie potrafimy odpowiednio wyjaśnić źródeł ówczesnej koniunktury, teoria okresowości rozwoju kapitalizmu w ujęciu Kondratiewa nie jest tu zbyt pomocna. Pozwala ona jedynie stwierdzić, że okres omawiany w niniejszej książce obejmuje spadek i wzrost jednej "fali Kondratiewa", jednak samo w sobie nie jest to niczym zaskakującym, gdyż cała nowoczesna historia gospodarki światowej bez trudu daje się opisać w ten sposób.

Jeden aspekt analizy Kondratiewa właściwie opisuje okres gwałtownej "globalizacji" gospodarki światowej. Chodzi o związek między światowym sektorem  p r z e m y s ł o w y m,  rozwijającym się w rezultacie nieustannego rewolucjonizowania procesu produkcji, i światowym  r o l n i c t w e m,  którego rozwój następował głównie w wyniku otwierania co pewien czas nowych geograficznych stref produkcyjnych lub obszarów nowych specjalizacji eksportowych. Na przykład w latach 1910-1913 konsumenci w świecie zachodnim mieli do wykorzystania (przeciętnie) prawie dwa razy więcej pszenicy niż w latach 70. XIX wieku. Znaczna część tego wzrostu była jednak udziałem zaledwie kilku krajów: Stanów Zjednoczonych, Kanady, Argentyny i Australii, zaś w Europie Rosji, Rumunii i Węgier. Wzrost produkcji rolnej w Europie Zachodniej (Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Belgia, Holandia, kraje skandynawskie) odpowiadał tylko za 10-15 procent nowej podaży. Nie powinno zatem dziwić (nawet jeśli pominiemy klęski w rolnictwie w rodzaju ośmioletniej suszy w latach 1895-1902, która spowodowała spadek o połowę australijskiego pogłowia owiec, czy plagi kwieciaka bawełnianego na polach bawełny w Stanach Zjednoczonych w roku 1892 i później), że po początkowej zwyżce, światowa produkcja rolna rosła stosunkowo wolniej. Warunki wymiany handlowej (terms of trade) zaczęły się wówczas zmieniać na korzyść rolnictwa i na niekorzyść przemysłu, co oznacza, że rolnicy płacili mniej za to, co kupowali od sektora przemysłowego, zaś przemysł płacił więcej za to, co kupował od rolnictwa.

Twierdzi się czasem, że właśnie te przeobrażenia warunków wymiany mogą wyjaśniać drogę od uderzającego spadku cen w latach 1873-1896 ku ich wyraźnemu wzrostowi w okresie do roku 1914 (i później). Być może to prawda. Pewne jest natomiast, że zmiana warunków wymiany spowodowała presję na obniżenie kosztów produkcji w przemyśle, a więc i na wzrost jego rentowności. Szczęśliwie dla "piękna" owej belle époque ówczesny system gospodarczy pozwalał na skierowanie tej presji nie na zyski, lecz na robotników. Tak charakterystyczny dla wielkiego kryzysu szybki wzrost płac realnych uległ wówczas wyraźnemu spowolnieniu. We Francji i Wielkiej Brytanii między rokiem 1899 a 1913 nastąpił właściwie  s p a d e k  płac realnych. W tym po części można upatrywać przyczyny ostrych napięć społecznych i wybuchów niezadowolenia w ostatnich przedwojennych latach.

Jakie siły napędzały zatem światową gospodarkę? Niezależnie od szczegółowego wyjaśnienia mechanizmów makroekonomicznych klucza do zrozumienia problemu należy szukać w centralnym pasie krajów o rozwijającym się i rozwiniętym przemyśle, ogarniającym coraz większe obszary umiarkowanych stref półkuli północnej, bowiem te właśnie kraje pełniły funkcję motoru globalnego wzrostu, zarówno w dziedzinie produkcji, jak i w dziedzinie konsumpcji.

Kraje te tworzyły już wtedy potężne, szybko rozwijające się i ekspansywne jądro produkcyjne światowej gospodarki. Do grupy tej zaliczały się nie tylko główne i pomniejsze ośrodki powstałe na fali industrializacji z połowy stulecia, będące zresztą przeważnie wciąż w fazie imponująco lub wręcz niewyobrażalnie szybkiego rozwoju - jak Wielka Brytania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Francja, Belgia, Szwajcaria i tereny Czech - ale także szereg nowych regionów dopiero wchodzących w fazę intensywnego uprzemysłowienia: Skandynawia, Holandia, północne Włochy, Węgry, Rosja, a nawet Japonia. Państwa te były coraz bardziej zależne od importu towarów i usług, w coraz mniejszym stopniu zaś od własnego, tradycyjnego rolnictwa. Typowa dziewiętnastowieczna definicja "mieszkańca miasta" odnosiła się do osoby żyjącej w skupisku o populacji większej niż 2 tysiące mieszkańców. Jednak nawet gdy przyjmiemy nieco wyższy próg (5 tysięcy), odsetek Europejczyków z obszaru "rozwiniętego" oraz mieszkańców Ameryki Północnej żyjących w miastach osiągnął do 1910 roku 41 procent (w roku 1850 wynosił odpowiednio 19 i 14 procent), z czego nawet 80 procent mogło zamieszkiwać miasta o populacji większej niż 20 tysięcy, a w tej kategorii raczej więcej niż połowa żyła w miastach liczących ponad 100 tysięcy mieszkańców, czyli posiadających znaczne rezerwy konsumentów70.

Ponadto dzięki spadkowi cen w czasie kryzysu klienci ci dysponowali dużo większym zapasem pieniędzy do wydania niż wcześniej, i to nawet jeśli uwzględnimy spadek płac realnych po roku 1900. Przedsiębiorcy szybko dostrzegli możliwości, jakie otwierało tak znaczne pomnożenie konsumentów, choćby nawet rekrutowali się oni z warstw ubogich. O ile filozofowie polityki obserwowali wzrost znaczenia mas z przerażeniem, o tyle sprzedawcy przyjmowali go z radością. Ku masom zwróciła się branża reklamowa, która w tym właśnie okresie zaczęła wyrastać na ważny sektor gospodarki. Sprzedaż ratalna, również będąca w znacznej mierze wynalazkiem omawianego okresu, miała na celu umożliwienie ludziom o skromnych dochodach kupowanie stosunkowo drogich towarów. Branża filmowa (zob. rozdział 9), która narodziła się w roku 1895, 20 lat później była już czymś na kształt rewii bogactwa przewyższającego najbardziej zachłanne marzenia, stając się zarazem sektorem produkcji równie kosztownej jak dawne królewskie opery, utrzymującym się jednak dzięki masowej publiczności płacącej pięciocentówkami.

Znaczenie "rozwiniętej" części świata w tamtym czasie widać w konkretnych liczbach. Mimo wyraźnego rozwoju regionów i gospodarek zamorskich i mimo bezprecedensowej fali masowej emigracji procentowy udział mieszkańców Europy w populacji świata na przestrzeni XIX wieku wciąż rósł, i to coraz szybciej: z 7 procent w pierwszej połowie stulecia do 8 procent w drugiej połowie i do 13 procent w latach 1900-1913. Jeśli do tego zurbanizowanego kontynentu potencjalnych konsumentów dodamy Stany Zjednoczone i kilka szybko się rozwijających, choć dużo mniejszych, gospodarek pozaeuropejskich, to okaże się, że świat "rozwinięty" obejmował około 15 procent powierzchni i około 40 procent mieszkańców globu.

Kraje te tworzyły zatem znaczącą część gospodarki światowej. Ich wzajemna wymiana stanowiła 80 procent rynku międzynarodowego. Co więcej, określały one kierunek rozwoju reszty świata, gdyż wzrost pozostałych gospodarek opierał się na zaspokajaniu importowych potrzeb państw "rozwiniętych". Nie wiemy, co stałoby się na przykład z Urugwajem czy Hondurasem, gdyby tamtejsze elity mogły wcielać w życie własne koncepcje. (Szansa na realizację takiego scenariusza to była niewielka: w pewnym momencie Paragwaj próbował uniezależnić się od rynku światowego, co ściągnęło na ten kraj krwawą rzeź, która przywróciła go na łono światowej gospodarki71). Wiemy natomiast, że jeden z tych krajów produkował wołowinę, bo w Wielkiej Brytanii istniał dla niej rynek zbytu, drugi zaś dostarczał bananów, ponieważ jacyś handlowcy w Bostonie wykalkulowali, że Amerykanie chcą je jeść i są skorzy za nie zapłacić. Niektóre z tych satelickich gospodarek radziły sobie lepiej niż inne, ale im lepiej sobie radziły, tym większe zyski czerpały kluczowe gospodarki rdzenia, dla których taki wzrost oznaczał większe i rozrastające się rynki zbytu dla własnych towarów i kapitału. Potencjał światowej floty handlowej, której rozwój w pewnej mierze można uznać za wskaźnik ekspansji gospodarki globalnej, w latach 1860-1890 utrzymywał się mniej więcej na tym samym poziomie, wahając się między 16 a 20 milionami ton. Między rokiem 1890 a 1914 zwiększył się natomiast niemal dwukrotnie.

III

Jak możemy podsumować zjawiska w gospodarce światowej epoki imperium? Po pierwsze, jak widzieliśmy, miała ona znacznie większą bazę geograficzną niż kiedykolwiek wcześniej. Sektor przemysłowy uległ powiększeniu - w Europie za sprawą rewolucji przemysłowej w Rosji i krajach takich jak Szwecja czy Holandia, przedtem w niewielkim stopniu uprzemysłowionych, zaś poza Europą za sprawą rozwoju Ameryki Północnej, a także, w pewnym zakresie, widocznych już zmian w Japonii. Międzynarodowy rynek produktów rolnych doświadczył olbrzymiego wzrostu - między rokiem 1880 a 1913 handel międzynarodowy tymi towarami zwiększył się niemal trzykrotnie - co z kolei spowodowało zwiększenie areałów upraw oraz silniejszą integrację rolnictwa z rynkiem globalnym. Po 1900 roku do grona głównych światowych producentów pszenicy dołączyła Kanada, gdzie przeciętna roczna wielkość plonów wzrosła z 52 milionów buszli72 w latach 90. XIX wieku do 200 milionów w latach 1910-191373. W tym samym czasie znaczącym eksporterem pszenicy stała się też Argentyna - każdego roku włoscy robotnicy rolni zwani "jaskółkami" (golondrinas) przemierzali tam i z powrotem 10 tysięcy mil przez Atlantyk do pracy w czasie żniw. W gospodarce epoki imperium Baku i Zagłębie Donieckie stały się częścią geografii przemysłowej, Europa eksportowała zarówno towary, jak i dziewczęta do nowych miast w rodzaju Johannesburga czy Buenos Aires, rodziły się także pomysły wznoszenia gmachów operowych na trupach Indian w powstających dzięki koniunkturze na kauczuk miasteczkach położonych 1000 mil w górę Amazonki.

Wynika z tego, że gospodarka światowa stała się wówczas bardziej zróżnicowana niż wcześniej. Wielka Brytania utraciła pozycję jedynej gospodarki w pełni uprzemysłowionej czy wręcz jedynej, którą można było określić mianem przemysłowej. Jeśli uwzględnimy łącznie produkcję przemysłową i górniczą (wraz z budownictwem) czterech głównych gospodarek narodowych, to w tym gronie w 1913 roku udział Stanów Zjednoczonych wynosił 46 procent, Niemiec 23,5, Wielkiej Brytanii 19,5, a Francji 11 procent74. Jak zobaczymy później, wiek imperium można zasadniczo scharakteryzować jako epokę rywalizacji między państwami. Ponadto stosunki między światem rozwiniętym i nierozwiniętym stały się bardziej zróżnicowane i bardziej złożone, niż miało to miejsce w 1860 roku, gdy połowa całego eksportu z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej trafiała do jednego kraju - Wielkiej Brytanii. Do roku 1900 udział tego kraju spadł do jednej czwartej, a eksport z Trzeciego Świata do innych krajów zachodnioeuropejskich przewyższył eksport do Wielkiej Brytanii (31 procent)75. W epoce imperium światowa gospodarka przestała być monocentryczna.

Do pewnego stopnia ten rosnący pluralizm gospodarki światowej maskowało jednak trwające, a nawet nasilające się, uzależnienie od podmiotów brytyjskich w zakresie usług finansowych i handlowych oraz w transporcie morskim. Z jednej strony, londyńskie City było centralą światowych transakcji biznesowych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w związku z czym same jego usługi handlowe i finansowe przyniosły dochody prawie pozwalające pokryć głęboki deficyt w bilansie w handlu towarowym (137 milionów funtów w stosunku do 142 milionów funtów w latach 1906-1910). Z drugiej, ogromne inwestycje zagraniczne Wielkiej Brytanii oraz jej potężna flota handlowa również przyczyniły się do umocnienia centralnej pozycji kraju. Gospodarka światowa wciąż była zwrócona ku Londynowi i oparta na funcie szterlingu. Wielka Brytania wyraźnie dominowała na międzynarodowym rynku kapitałowym. W 1914 roku udział Francji, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Belgii, Holandii, Szwajcarii i pozostałych krajów w inwestycjach zagranicznych na świecie wynosił 56 procent, udział  s a m e j  Wielkiej Brytanii sięgał zaś 44 procent76. W tym czasie brytyjska flota statków parowych była o 12 procent większa niż wszystkie floty handlowe pozostałych krajów europejskich razem wzięte.

Można właściwie stwierdzić, że centralną pozycję Wielkiej Brytanii chwilowo wzmacniał sam proces pluralizacji światowej gospodarki, bowiem gdy nowe gospodarki przemysłowe kupowały coraz większe ilości produktów rolnych i surowcowych z obszarów słabo rozwiniętych, powiększały one swój i tak dość znaczny deficyt w handlu z tymi obszarami. Wielka Brytania przywróciła natomiast globalną równowagę, importując więcej produktów fabrycznych od swych konkurentów, eksportując swoje towary przemysłowe do obszarów zależnych, a przede wszystkim dzięki własnym ogromnym dochodom z międzynarodowych usług komercyjnych (banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i tak dalej) oraz dochodom, które ten największy wierzyciel na świecie uzyskał z potężnych inwestycji zagranicznych. Względny spadek znaczenia Wielkiej Brytanii w przemyśle wzmocnił zatem jej pozycję finansową i zwiększył zamożność. Raczej zbieżne dotąd interesy brytyjskiego przemysłu i City zaczęły ze sobą kolidować.

Trzecia cecha ówczesnej gospodarki światowej na pierwszy rzut oka wydaje się oczywista: rewolucja techniczna. Była to, jak wszyscy wiemy, era, w której elementami nowoczesnego życia stały się telefon i telegraf bezprzewodowy, gramofon i kino, automobil i aeroplan, nie mówiąc już o wkroczeniu nauki i nowych technologii do gospodarstwa domowego dzięki takim produktom jak odkurzacz (1908) oraz jedynemu w dziejach uniwersalnemu lekarstwu, czyli aspirynie (1899). Nie powinniśmy też zapominać o najbardziej dobroczynnym ze wszystkich powstałych w tym okresie urządzeń, którego wkład w emancypację człowieka dostrzeżono błyskawicznie, a więc o wynalezieniu roweru. A jednak, zanim okrzykniemy to imponujące nagromadzenie innowacji mianem "drugiej rewolucji przemysłowej", nie zapominajmy, że takiego sformułowania można użyć tylko z dzisiejszej perspektywy. Dla ówczesnych ludzi główna innowacja polegała na upowszechnieniu owoców pierwszej rewolucji przemysłowej przez udoskonalenia wypróbowanej technologii opartej na parze i żelazie - wprowadzenie stali i turbin. Branże technologicznie rewolucyjne, oparte na elektryczności, chemii i silniku spalinowym, powoli zaczynały odgrywać ważną rolę, zwłaszcza w nowych dynamicznych gospodarkach. Ostatecznie Ford zaczął produkować swój model T w roku 1907. Jednakże w samej tylko Europie w okresie 1880-1913 zbudowano tyle samo linii kolejowych, co w pierwszej "epoce kolei" w latach 1850-1880. W rezultacie tej drugiej fali rozbudowy Francja, Niemcy, Szwajcaria, Szwecja i Holandia mniej więcej podwoiły wielkość swoich sieci kolejowych. Ostatni triumf przemysłu brytyjskiego, czyli faktyczny monopol w branży stoczniowej ustanowiony w latach 1870-1913, osiągnięto, wykorzystując zasoby dostępne dzięki pierwszej rewolucji przemysłowej. Nowa rewolucja przemysłowa nie zastąpiła pierwszej, a jedynie umocniła jej wpływy.

Czwartą cechą było, co już widzieliśmy, dwojakiego rodzaju przeobrażenie struktury i sposobu działania przedsiębiorstwa kapitalistycznego. Z jednej strony, postępowała koncentracja kapitału, w czego rezultacie zaczęto potocznie odróżniać "biznes" od "wielkiego biznesu" (Grossindustrie, Grossbanken, grande industrie...), i powoli zaczął zanikać rynek oparty na wolnej konkurencji. Wszystkie te zjawiska około 1900 roku skłaniały do poszukiwania nowych ogólnych określeń dla tego, co jawiło się wyraźnie jako nowa faza rozwoju gospodarczego (zob. następny rozdział). Z drugiej strony regularnie podejmowano próby racjonalizacji produkcji i wdrożenia "metod naukowych" w zarządzaniu przedsiębiorstwem, zarówno w wymiarze technologicznym, jak i w zakresie organizacji i rachunkowości.

Piątą cechą ówczesnej gospodarki światowej były niezwykłe przeobrażenia na rynku dóbr konsumenckich, mające charakter ilościowy i jakościowy. Wraz ze wzrostem liczebności populacji, postępem urbanizacji i wzrostem płac realnych rynek masowy - dotąd mniej lub bardziej ograniczony do artykułów spożywczych i odzieżowych, to znaczy dóbr zaspokajających podstawowe potrzeby - zaczął opanowywać branże wytwarzające dobra konsumenckie. W dłuższym okresie miało to większe znaczenie niż pokaźny wzrost konsumpcji klas zamożnych i dobrze sytuowanych, których wzorce konsumpcji nie uległy zresztą wyraźnym zmianom. Branżę samochodową zrewolucjonizował nie Rolls-Royce, ale Ford T. Połączenie rewolucyjnej technologii i imperializmu przyczyniło się do wykreowania całej gamy nowych dóbr i usług przeznaczonych do masowej konsumpcji - od kuchenek gazowych, które w tym czasie trafiły do wielu mieszkań robotniczych, przez rower i kino, aż po niepozorne banany, których przed rokiem 1880 w zasadzie nie znano. Jedną z najbardziej oczywistych konsekwencji narodzin masowego konsumenta było powstanie środków masowego przekazu, pierwszy raz w historii w pełni zasługujących na to określenie. W latach 90. XIX wieku po raz pierwszy sprzedano milion egzemplarzy pojedynczego wydania gazety brytyjskiej ("Lloyd's Weekly"), a około roku 1900 francuskiej ("Le Petit Parisien").

Wszystko to oznaczało przeobrażenia nie tylko w obszarze produkcji, ale także w dystrybucji, w tym również w zakresie zakupów na kredyt (głównie ratalnych). Na przykład sprzedaż herbaty w standardowych opakowaniach ćwierćfuntowych rozpoczęto w Wielkiej Brytanii w 1884 roku. Dzięki takim zmianom fortunę zbił niejeden magnat branży spożywczej, zaczynający od biznesu prowadzonego w robotniczych zaułkach wielkich miast, czego przykładem jest sir Thomas Lipton, który dzięki jachtowi i pieniądzom zaskarbił sobie przyjaźń króla Edwarda VII, monarchy chętnie obracającego się wśród rozrzutnych milionerów. W 1870 roku firma Liptona nie miała jeszcze żadnego oddziału, a w 1899 liczyła ich już pięćset77.

Wynika z tego szósta cecha ówczesnej gospodarki, czyli wyraźny wzrost - zarówno relatywny, jak i w liczbach bezwzględnych - rozmiarów trzeciego sektora gospodarki obejmującego pracowników zatrudnionych w publicznych i prywatnych biurach, sklepach oraz przy innego rodzaju pracach usługowych. Przyjrzyjmy się tylko jednemu przykładowi. Wielka Brytania w kulminacyjnym momencie swojego rozkwitu dominowała w gospodarce światowej ze śmiesznie małym nakładem pracy biurowej: w 1851 roku na około 9,5 miliona zatrudnionych było jedynie 67 tysięcy urzędników sektora publicznego oraz 91 tysięcy w branżach komercyjnych. Do roku 1881 liczba zatrudnionych w biurach i w pracy usługowej w przedsiębiorstwach komercyjnych wzrosła już do 360 tysięcy (wciąż byli to niemal wyłącznie mężczyźni), ale w sektorze publicznym jedynie do 120 tysięcy. Jednak w roku 1911 branża handlowa zatrudniała już prawie 900 tysięcy osób, z czego 17 procent stanowiły kobiety, zaś zatrudnienie w sektorze usług publicznych zwiększyło się trzykrotnie. Od roku 1851 zatrudnienie w sektorze komercyjnym mierzone jako odsetek ogółu pracujących wzrosło pięciokrotnie. Konsekwencjom społecznym tego wzrostu liczebności pracowników biurowych przyjrzymy się bliżej w dalszej części książki.

Ostatnią cechą gospodarki epoki imperium, jaką chciałbym w tym miejscu podkreślić, był coraz silniejszy związek polityki i ekonomii, czyli rosnące znaczenie państwa i sektora publicznego, lub też, jak określali to ideolodzy liberalni w rodzaju Alberta Venna Diceya, groźny rozwój "kolektywizmu" dokonujący się kosztem starej, dobrej i sprawdzonej, indywidualnej przedsiębiorczości. W istocie można w tym widzieć jeden z objawów cofania się konkurencyjnej gospodarki wolnorynkowej, ideału - i w pewnym stopniu rzeczywistości - dziewiętnastowiecznego kapitalizmu. Tak czy inaczej, po roku 1875 mamy do czynienia z coraz bardziej sceptycznym nastawieniem wobec efektywności autonomicznej i samoregulującej się gospodarki rynkowej - słynnej "niewidzialnej ręki" Adama Smitha - pozbawionej ingerencji ze strony państwa i władz publicznych. Ręka kierująca gospodarką stawała się coraz bardziej widoczna.

Z jednej strony, jak zobaczymy dalej (zob. rozdział 4), demokratyzacja w sferze polityki zmusiła rządy, często oporne i zaniepokojone obrotem spraw, do wdrażania reform socjalnych i rozwiązań w zakresie polityki społecznej, a także do działań politycznych w obronie interesów ekonomicznych określonych grup wyborców, czego przykładem był protekcjonizm oraz - nieco mniej skuteczne - środki wymierzone w koncentrację ekonomiczną wprowadzane w Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Z drugiej strony, zaczęły zazębiać się rywalizacja polityczna między państwami oraz konkurencja gospodarcza między narodowymi grupami przedsiębiorców, co przyczyniło się z kolei - jak zobaczymy - zarówno do pojawienia się zjawiska imperializmu, jak i do wykształcenia okoliczności sprzyjających wybuchowi światowego konfliktu militarnego. Rywalizacja ta przy okazji doprowadziła także do rozwoju takich branż jak przemysł zbrojeniowy, w którym kluczowa rola należała do państwa.

Choć sektor publiczny mógł odgrywać istotną rolę strategiczną, jego faktyczne znaczenie w gospodarce pozostawało niewielkie. Mimo licznych przykładów interwencji państwa w życie gospodarcze - jak zakup przez rząd brytyjski udziałów w bliskowschodniej branży naftowej i kontrolowanie przezeń telegrafii bezprzewodowej (obie dziedziny miały znaczenie wojskowe), gotowość władz niemieckich do znacjonalizowania części przemysłu, a przede wszystkim prowadzona przez władze rosyjskie od lat 90. XIX wieku systematyczna polityka uprzemysłowienia - rządzący i opinia publiczna widzieli w sektorze publicznym tylko niewielki dodatek i nie zmieniał tego faktu nawet znaczący wzrost udziału władz publicznych (głównie na poziomie lokalnym) w obszarze gospodarki komunalnej i usług na rzecz ludności w krajach europejskich. Choć przekonania o wyższości sektora prywatnego nie podzielali socjaliści, to i oni w niedużym stopniu, jeśli w ogóle, rozważali zagadnienia gospodarki uspołecznionej. Mogli czasem prezentować przedsięwzięcia komunalne jako postać "municypalnego socjalizmu", co nie zmienia jednak faktu, że większość tego rodzaju działań prowadziły władze, którym nie sposób przypisać ani socjalistycznych zamiarów, ani nawet sympatii w tym kierunku. Nowoczesne gospodarki kontrolowane, zarządzane i zdominowane w dużej mierze przez państwo, powstały dopiero jako produkt pierwszej wojny światowej. W latach 1875-1914 udział wydatków publicznych w szybko rosnącym produkcie narodowym większości wiodących krajów odnotował wręcz spadek, i to mimo gwałtownego wzrostu wydatków związanego z przygotowaniami do wojny78.

Po tak nakreślonych liniach przebiegały wzrost i transformacja gospodarki świata "rozwiniętego". Ówczesnych obserwatorów w krajach "rozwiniętych" i przemysłowych zaskakiwało jednak nie tyle samo wyraźne przeobrażenie ich gospodarki, ile jej jeszcze bardziej spektakularne sukcesy. Przyszło im żyć bowiem w czasach rozkwitu. Nawet masy robotnicze skorzystały na dokonującej się wówczas ekspansji, przynajmniej dzięki temu, że gospodarka przemysłowa okresu 1875-1914 wymagała dużego nakładu siły roboczej i wydawało się, że cechuje ją niemal nieograniczony popyt na niewymagającą wysokich kwalifikacji pracę mężczyzn i kobiet napływających do miast i zakładów przemysłowych. Ten właśnie czynnik umożliwił masową emigrację Europejczyków do Stanów Zjednoczonych i łatwe dopasowanie się nowo przybyłych do realiów świata przemysłowego. Gospodarka dawała pracę, ale wciąż w niewielkim zakresie eliminowała ubóstwo, które większość robotników na przestrzeni dziejów uznawała za swoje przeznaczenie. W retrospektywnej mitologii klasy robotniczej dekady poprzedzające rok 1914 nie jawią się jako złoty wiek, tak jak ma to miejsce w wyobrażeniach bogatych Europejczyków, a nawet nieco mniej zamożnej klasy średniej. Dla bogaczy belle époque rzeczywiście ucieleśniała raj, który utracono po roku 1914. Po wojnie dla ludzi władzy i biznesu rok 1913 miał być stałym punktem odniesienia, do którego pragnęli powrócić po okresie trudności. Z perspektywy ponurych i burzliwych lat powojennych czas ostatniego przedwojennego boomu jawił się jako epoka słonecznej "normalności", którą należało przywrócić. Niesłusznie. Jak bowiem zobaczymy, te same tendencje gospodarcze, które uczyniły omawianą epokę tak pomyślną dla klasy średniej, wiodły ku wojnie, rewolucji i rozpadowi, uniemożliwiając tym samym powrót do utraconego raju.

Tylko całkowita dezorientacja polityczna i naiwny optymizm mogą przeszkodzić w dostrzeżeniu faktu, że konieczne wysiłki w kwestii ekspansji handlu podejmowane przez wszystkie cywilizowane kraje, w których rządzi burżuazja, po przejściowym okresie pozornie bezkonfliktowej konkurencji wyraźnie zbliżają się do momentu, w którym wyłącznie siła będzie przesądzać o udziale danego kraju w gospodarczym panowaniu nad światem, a więc również o aktywności jego mieszkańców, a zwłaszcza o możliwościach zarobkowych robotników.

Max Weber, 189479

Gdy znajdziecie się pośród Chińczyków - [...] mówi [cesarz Niemiec] - pamiętajcie, że jesteście awangardą chrześcijaństwa - mówi - i częstujcie bagnetem każdego znienawidzonego innowiercę, jakiego spotkacie - mówi. - Niech wie, czym jest nasza zachodnia cywilizacja. [...] A gdyby przy okazji udało się zająć trochę ziemi, nie pozwólcie, aby Francuz lub Rosjanin wam ją odebrał.

Finley Peter Dunne, 190080

ROZDZIAŁ 3WIEK IMPERIUM

I

Gospodarka światowa, której tempo nadawały rozwinięte lub rozwijające się kraje kapitalistycznego rdzenia, nieuchronnie zmierzała w stronę porządku opartego na dominacji krajów "zaawansowanych" nad "zacofanymi": krótko mówiąc, w stronę świata imperiów. Paradoksalnie jednak epokę obejmującą lata 1875-1914 można określić mianem wieku imperium nie tylko ze względu na pojawienie się nowoczesnej formy imperializmu, lecz również ze względu na coś znacznie bardziej staroświeckiego. W okresie tym liczba władców oficjalnie tytułujących się "cesarzami" lub uznawanych przez zachodnich dyplomatów za zasługujących na to miano była prawdopodobnie najwyższa w całej nowoczesnej historii świata.

W Europie tytuł ten przybrali władcy Niemiec, Austrii, Rosji, Turcji oraz (jako panujący w Indiach) Wielkiej Brytanii. W dwóch przypadkach (Niemiec i Wielkiej Brytanii/Indii) nastąpiło to w latach 70. XIX wieku. Z nawiązką wyrównano więc straty spowodowane końcem epoki II Cesarstwa Francuskiego Napoleona III. Poza Europą tytuł ten zwykle stosowano w odniesieniu do władców Chin, Japonii, Persji oraz - być może w większym stopniu z powodu dyplomatycznej kurtuazji - Etiopii i Maroka. Na kontynencie amerykańskim cesarz panował do 1889 roku w Brazylii. Do tej listy można byłoby dopisać jeszcze jednego czy dwóch mniej znanych "cesarzy". Rządy pięciu z tych imperatorów zakończyły się w 1918 roku. Dzisiaj (w roku 1987) jedynym tytularnym spadkobiercą tego doborowego grona supermonarchów pozostaje władca Japonii, który jednak mało udziela się w życiu politycznym i którego polityczny wpływ jest niewielki81.

W mniej trywialnym sensie interesujący nas okres można nazwać epoką nowego rodzaju imperiów - imperiów kolonialnych. Dominacja gospodarcza i wojskowa krajów kapitalistycznych już na długo przedtem nie napotykała na poważny opór, jednak trudno mówić o jakichkolwiek zaplanowanych próbach przekucia tej dominacji w formalny podbój czy administracyjną aneksję między końcem XVIII wieku a ostatnim ćwierćwieczem XIX stulecia. Stało się to dopiero w latach 1880-1914, kiedy większość świata poza Europą i Amerykami została oficjalnie podzielona na terytoria, które znalazły się pod formalną władzą lub nieformalną dominacją polityczną któregoś z kilku państw: Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Belgii, Stanów Zjednoczonych i Japonii. Ofiarami tego podziału padły w pewnym stopniu dawne przedindustrialne imperia europejskie, czyli Hiszpania i Portugalia. Najbardziej ucierpiała ta pierwsza, nawet mimo podejmowanych przez Hiszpanów prób rozszerzenia granic kontrolowanych przez siebie terytoriów w Afryce Północno-Zachodniej. Utrzymanie przez Portugalię najważniejszych posiadłości w Afryce (Angoli i Mozambiku), które zresztą przetrwały dłużej niż inne kolonie imperialistyczne, wynikało przede wszystkim z niezdolności jej rywali do podjęcia decyzji w kwestii ewentualnego podziału portugalskich terytoriów. Podobnej niezgody nie było jednak w sprawie pozostałości imperium hiszpańskiego w Amerykach (Kuba, Portoryko) i na Pacyfiku (Filipiny), więc nic nie mogło uchronić ich przed aneksją ze strony Stanów Zjednoczonych dokonaną w 1898 roku. Większość wielkich imperiów azjatyckich pozostawała teoretycznie niepodległa, lecz mocarstwa zachodnie wykroiły na ich terytorium "strefy wpływów", a nawet objęły je w bezpośrednią administrację. Na mocy angielsko-rosyjskiego porozumienia z roku 1907 tego rodzaju administrację rozciągnięto na cały obszar Persji82. Militarną i polityczną bezsilność tych krajów przyjmowano w zasadzie za pewnik. Ich niepodległość zależała od tego, czy zajmowały pozycję państw buforowych (jak w przypadku Syjamu - dziś Tajlandii - który oddzielał strefy brytyjską i francuską w Azji Południowo-Wschodniej, czy też Afganistanu oddzielającego strefy rosyjską i brytyjską), od braku porozumienia między mocarstwami imperialnymi w kwestii ich podziału lub po prostu od ich wielkości. Jedynym państwem nieeuropejskim skutecznie opierającym się formalnemu podbojowi kolonialnemu była Etiopia powstrzymująca zakusy najsłabszego państwa imperialnego, czyli Włoch.

Na dobrą sprawę całkowicie podzielone były jednak dwa duże regiony świata: Afryka i Ocean Spokojny. W regionie Pacyfiku nie utrzymały się żadne niepodległe państwa, a kontrolę w pełni przejęły Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Holandia, Stany Zjednoczone oraz - w niewielkim zakresie - Japonia. Do 1914 roku poza Etiopią, nieliczącą się zachodnioafrykańską republiką Liberii oraz tą częścią Maroka, która opierała się całkowitemu podbojowi, Afryka przeszła pod panowanie imperiów brytyjskiego, francuskiego, niemieckiego, belgijskiego, portugalskiego, a w marginalnym stopniu również hiszpańskiego. W Azji, jak wspomniano, wciąż istniały duże obszary zachowujące formalną niepodległość, jednak i tu starsze imperia europejskie stale powiększały swoje posiadłości - Wielka Brytania przez przyłączenie Birmy do imperium indyjskiego oraz ustanowienie lub wzmocnienie strefy wpływów w Tybecie, Persji i nad Zatoką Perską, Rosja przez dalszą ekspansję w Azji Środkowej oraz (mniej skutecznie) w części Syberii położonej nad Oceanem Spokojnym i w Mandżurii, Holandia zaś przez zwiększenie kontroli nad peryferyjnymi regionami Indonezji. Dwa nowe imperia kolonialne na Dalekim Wschodzie pojawiły się w wyniku francuskiego podboju Indochin rozpoczętego w okresie rządów Napoleona III oraz za sprawą działań Japonii, w wyniku których straty poniosły Chiny, Korea i Tajwan (1895), a później, choć w mniejszej skali, również Rosja (1905). Tylko jednego dużego regionu na świecie zasadniczo nie dotyczyły procesy nowych podziałów. Obie Ameryki w 1914 roku były tym samym, czym w 1875, a nawet tym, czym w latach 20. XIX wieku - wyjątkowym na tle świata zbiorem suwerennych republik. Nie dotyczyło to jedynie Kanady, Karaibów oraz części wybrzeży Morza Karaibskiego. Pomijając Stany Zjednoczone, o statusie tych państw można jednak powiedzieć, że rzadko robił wrażenie na kimkolwiek poza ich sąsiadami. Doskonale zdawano sobie sprawę, że pod względem gospodarczym są zdominowane przez państwa świata rozwiniętego. A jednak nawet Stany Zjednoczone umacniające swoją hegemonię polityczną i wojskową na tym rozległym obszarze nie podejmowały poważniejszych prób podbicia leżących tutaj państw i rozciągnięcia na nie swojej władzy administracyjnej. Bezpośrednie aneksje dotyczyły tylko Portoryko (Kubie dano formalną niepodległość) oraz wąskiego pasa terytoriów wzdłuż nowo powstałego Kanału Panamskiego należących do niewielkiej i formalnie niepodległej republiki Panamy oderwanej od Kolumbii w rezultacie korzystnego dla Stanów Zjednoczonych powstania. W Ameryce Łacińskiej, gdy tylko stawało się to konieczne, stosowano nacisk polityczny i presję gospodarczą, nie uciekano się jednak do formalnego zaboru terytoriów. Rzecz jasna, kontynent amerykański był jedynym znaczącym regionem na świecie, gdzie nie istniała ostra rywalizacja między mocarstwami. Poza Wielką Brytanią żadne państwo europejskie nie miało tam posiadłości większych niż rozproszone pozostałości osiemnastowiecznych imperiów kolonialnych (głównie na Karaibach), pozbawionych większego znaczenia ekonomicznego czy jakiegokolwiek innego. Ani Brytyjczycy, ani nikt inny nie miał dobrego powodu, by podważać Doktrynę Monroe'a83 i wchodzić w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi.

Ten podział świata między kilka państw, do którego zresztą odnosi się tytuł niniejszej książki, był najbardziej spektakularnym wyrazem nasilającego się podziału na silnych i słabych, kraje "zaawansowane" i "zacofane". Był również ewidentnie czymś nowym. W latach 1876-1915 mniej więcej jedna czwarta lądowej powierzchni świata trafiła lub powróciła pod kontrolę kilku państw jako ich kolonie. Wielka Brytania powiększyła w tym czasie swoje terytoria o około 4 miliony mil kwadratowych, Francja o około 3,5 miliona, Niemcy pozyskały ponad milion, zaś Belgia i Włochy po nieco poniżej miliona. Stany Zjednoczone uzyskały około 100 tysięcy mil kwadratowych, głównie kosztem Hiszpanii, a Japonia tereny podobnej wielkości odebrała Chinom, Rosji i Korei. Dawne afrykańskie kolonie Portugalii powiększyły się o około 300 tysięcy mil kwadratowych. Nawet Hiszpania, choć ogółem więcej straciła (na korzyść Stanów Zjednoczonych), zdołała zagarnąć nieco kamienistych terenów na obszarze Maroka i Sahary Zachodniej. Trudniej natomiast zmierzyć wielkość imperialnych zdobyczy Rosji, a to dlatego, że pochodziły one w całości z terytoriów przyległych, a ich pozyskiwanie trwało kilka stuleci. Mimo powodzenia długofalowej polityki ekspansji, Rosja utraciła w tym okresie część terytoriów na rzecz Japonii. Spośród najważniejszych imperiów kolonialnych tylko Holandia nie uzyskała nowych terenów lub odmówiła ich przyjęcia, za wyjątkiem rozszerzenia faktycznej kontroli nad wyspami indonezyjskimi, w których formalnym "posiadaniu" była zresztą już od dawna. Spośród mniej liczących się państw Szwecja zlikwidowała swoją ostatnią kolonię - wyspę w Indiach Zachodnich - sprzedając ją Francji, a Dania wkrótce miała zrobić to samo, zachowując jako terytoria zależne jedynie Islandię i Grenlandię.

To, co wydaje się najbardziej spektakularne, niekoniecznie ma jednak największe znaczenie. Gdy obserwatorzy sceny światowej pod koniec lat 90. XIX wieku zaczęli analizować nowe wzory procesów rozwojowych w skali narodowej i międzynarodowej, zasadniczo różniące się od modelu wzrostu opartego na wolnym handlu i wolnej konkurencji świata liberalnego z połowy stulecia, dostrzegli, że powstawanie imperiów kolonialnych to zaledwie jeden z aspektów nowego porządku. Część z nich uważała, że rozpoznali pojawienie się nowej epoki ekspansji narodowej, w której czynników politycznych i gospodarczych nie dawało się już łatwo rozdzielić, zaś agendy państwowe zaczynały odgrywać coraz aktywniejszą i istotniejszą rolę zarówno w polityce wewnętrznej, jak i w zagranicznej ekspansji. Bardziej heterodoksyjnie nastawieni obserwatorzy traktowali te procesy jako przejaw nowej fazy rozwoju kapitalizmu. Najbardziej wpływowa z tego rodzaju analiz fenomenu, który niebawem określono mianem "imperializmu", a więc licząca dziesięć rozdziałów broszura Lenina z roku 1916, dopiero w rozdziale szóstym prezentuje rozważania o "podziale świata pomiędzy wielkie mocarstwa"84.

Niemniej nawet jeśli kolonializm uznamy jedynie za pewien aspekt ogólniejszych zmian zachodzących na świecie, to z pewnością był on tym, co najbardziej rzucało się wówczas w oczy. Dostarczał tym samym punktu wyjścia dla szerszych analiz, nie ma bowiem wątpliwości, że samo słowo "imperializm" weszło do słownika polityków i dziennikarzy w latach 90. XIX wieku właśnie na fali dyskusji o podbojach kolonialnych. Wtedy też zyskało wymiar ekonomiczny, którego jako pojęcie analityczne już nigdy nie utraciło. Z tego względu przy analizie nowoczesnego imperializmu nie mają sensu jakiekolwiek próby odniesienia do starożytnych form podboju politycznego i militarnego, z których termin ten się wywodzi. Cesarze i cesarstwa istnieli od dawna, jednak imperializm był czymś całkiem nowym. Słowo to (nie występuje ono w pismach Karola Marksa, który zmarł w 1883 roku) po raz pierwszy pojawiło się w polityce brytyjskiej w latach 70. XIX wieku, ale nawet pod koniec tej dekady wciąż uznawano je za neologizm. W powszechnym użyciu znalazło się dopiero w latach 90. XIX wieku. Około roku 1900, gdy intelektualiści zaczęli pisać książki na ten temat, było już - by zacytować jednego z pierwszych takich autorów, brytyjskiego liberała Johna Atkinsona Hobsona - "na ustach wszystkich [...] i oznaczało najpotężniejszy ruch w bieżącej polityce świata zachodniego"85. Krótko mówiąc, był to nowy termin stworzony dla celów opisania nowego zjawiska. Sam ten fakt wystarczy, aby zakwestionować założenia jednej z wielu szkół historycznych, głoszącej w tym pełnym napięcia i emocji ideologicznym sporze o "imperializm", że nie ma w nim niczego nowego, a wręcz że jest to zwykły przeżytek epoki przedkapitalistycznej. W omawianym tu okresie zjawisko to uważano jednak za nowe i jako takie poddawano dyskusji oraz analizie.

Spory wokół tego drażliwego tematu obrosły tak dużą ilością egzaltacji i wieloznaczności, że pierwsze zadanie historyka sprowadza się do rozproszenia ich, aby rzeczywiste zjawisko stało się widoczne samo w sobie. Większość toczonych sporów nie koncentruje się bowiem na tym, co stało się na świecie w latach 1875-1914, ale na marksizmie, czyli zagadnieniu zwykle budzącym szczególnie silne emocje. Tak się bowiem złożyło, że (mocno krytyczna) analiza imperializmu w wersji Lenina stała się po roku 1917 kluczowym elementem w teorii ruchów komunistycznych oraz ruchów rewolucyjnych w "Trzecim Świecie". Na ostrość debaty wpłynął też fakt, że jedna ze stron wydaje się mieć już na wstępie pewną przewagę - choć zaciekły spór między zwolennikami i przeciwnikami imperializmu toczy się od lat 90. XIX wieku, samo słowo z czasem zyskało pejoratywne zabarwienie, którego już raczej nie utraci. Inaczej niż w przypadku "demokracji", do której lubią odwoływać się nawet jej wrogowie, uznając pozytywne konotacje tego terminu, "imperializm" spotyka się z powszechną dezaprobatą i najchętniej dostrzega się jego przejawy w czynach innych. Tymczasem w roku 1914 wielu polityków z dumą określało siebie mianem imperialistów. Dopiero na przestrzeni naszego stulecia tacy samozwańcy zniknęli z pola widzenia.

Analiza leninowska (która otwarcie nawiązywała do różnych ówczesnych autorów, zarówno odwołujących się do Marksa, jak i niemarksistowskich) opierała się na twierdzeniu głoszącym, że gospodarcze źródła imperializmu tkwią w specyficznej nowej fazie kapitalizmu, która obok innych skutków doprowadziła do "terytorialnego podziału świata pomiędzy wielkimi mocarstwami kapitalistycznymi", podziału na szereg formalnych i nieformalnych kolonii oraz stref wpływów. Rywalizacja mocarstw kapitalistycznych, której efektem był ten podział, spowodowała także wybuch pierwszej wojny światowej. Nie ma potrzeby omawiania w tym miejscu konkretnych mechanizmów, za sprawą których "kapitalizm monopolistyczny" doprowadził do kolonializmu (nawet marksiści mieli na ten temat różne poglądy), nie będziemy też prezentować późniejszego rozwinięcia tego typu analiz w postaci dużo bardziej systematycznej "teorii zależności" powstałej w drugiej połowie XX wieku. Poprzestańmy jedynie na stwierdzeniu, że wszystkie te koncepcje przyjmują, w taki lub inny sposób, że ekspansja gospodarcza w krajach zamorskich i ich eksploatacja były dla rozwoju krajów kapitalistycznych sprawą kluczową.

Krytyka tych teorii nie byłaby szczególnie interesująca i nie miałaby znaczenia w obecnym kontekście, gdyby nie fakt, że badacze niemarksistowscy na ogół mieli zdanie odmienne niż marksiści, a przyjmując taki punkt widzenia jedynie utrudniali zrozumienie tematu zjawiska imperializmu. Zwykle negowali specyficzne powiązanie między imperializmem przełomu XIX i XX wieku a kapitalizmem w ogóle lub tą konkretną jego fazą, która, jak widzieliśmy, jawiła się pod koniec XIX wieku jako coś nowego. Niemarksistowscy krytycy odrzucali twierdzenie o ważnych ekonomicznych podstawach imperializmu i o gospodarczych korzyściach czerpanych przez kraje imperialne z wyzysku kolonii. Szczególnie polemizowali z tezą, że eksploatacja obszarów słabo rozwiniętych to kluczowy czynnik w rozwoju kapitalizmu, a także z twierdzeniami o negatywnym wpływie imperializmu na gospodarki kolonii. Autorzy reprezentujący to podejście twierdzili, że imperializm nie doprowadził do niekontrolowanej rywalizacji między mocarstwami imperialnymi oraz że nie miał poważnego wpływu na wybuch pierwszej wojny światowej. Negując wyjaśnienia ekonomiczne, koncentrowali się na czynnikach psychologicznych, ideologicznych, kulturowych i politycznych, choć zwykle ostrożnie pomijali grząski grunt polityki wewnętrznej. Działo się tak również z tego względu, że marksiści z reguły podkreślali korzyści czerpane przez klasy panujące w metropoliach z polityki i propagandy imperialistycznej, obliczonej między innymi na zatrzymanie rosnącej popularności ruchu robotniczego. W niektórych przypadkach krytyki autorów wpisujących się w ten nurt odnosiły oczekiwany skutek, nawet mimo niespójności argumentacji. Prawdą jest, że spory zakres wczesnej literatury teoretycznej spod znaku antyimperializmu nie daje się dziś obronić, jednak zasadniczą wadą pism przeciwników antyimperializmu jest to, że nie zawierają one właściwie żadnych prób wyjaśnienia związku między procesami ekonomicznymi i politycznymi, zarówno w skali krajowej, jak i międzynarodowej, które ludzie żyjący około 1900 roku dostrzegali na tyle wyraźnie, że oczekiwali ich całościowego objaśnienia. Literatura przeciwników antyimperializmu nie wyjaśnia, dlaczego żywiono wówczas poczucie, że "imperializm" jest czymś nowym, a jednocześnie ma  c e n t r a l n e  znaczenie historyczne. Krótko mówiąc, duża część tej literatury sprowadza się do negowania faktów oczywistych wtedy i pozostających oczywistymi również dziś.

Odkładając na bok argumenty leninizmu i antyleninizmu, podejmijmy jednak pierwsze zadanie historyka, czyli ustalenie na nowo oczywistego faktu, którego w latach 90. XIX wieku nikt by nie zakwestionował, a mianowicie że podział globu miał wymiar ekonomiczny. Oczywiście nie wyjaśnienia to wszystkich wymiarów imperializmu w omawianym okresie, bowiem nie można traktować rozwoju gospodarczego jako swego rodzaju brzuchomówcy, a pozostałych aspektów historii jako jego lalki. W tym sensie nawet najbardziej zdeterminowanego biznesmena szukającego zysku na przykład w południowoafrykańskich kopalniach złota czy diamentów nie można postrzegać wyłącznie jako maszyny do robienia pieniędzy. Przedsiębiorca taki nie pozostawał wolny od wpływów politycznych, emocji, haseł ideologicznych, patriotycznych czy nawet rasowych, szczególnie silnie związanych z ekspansją imperialną. Niemniej jeśli możliwe jest ustalenie powiązania między gospodarczymi tendencjami rozwojowymi w krajach kapitalistycznego rdzenia a ekspansją na obszarach peryferyjnych, to dużo mniej wiarygodne stają się wyjaśnienia nieodwołujące się bezpośrednio do kwestii podboju świata niezachodniego. Również te wyjaśnienia, które wydają się taki związek uwzględniać, lecz skupiają się na strategicznych kalkulacjach rywalizujących mocarstw, należy analizować, mając na uwadze wymiar gospodarczy. Przecież nawet w kontekście współczesnej polityki na Bliskim Wschodzie, z pewnością niedającej się objaśnić wyłącznie czynnikami ekonomicznymi, nie można toczyć rozsądnej dyskusji, pomijając znaczenie ropy naftowej.

Najważniejszym rezultatem XIX wieku było stworzenie gospodarki globalnej, konsekwentnie sięgającej ku najdalszym zakątkom świata, a wraz z nią powstanie coraz gęstszej sieci transakcji ekonomicznych, komunikacji oraz przepływów towarów, pieniędzy i ludzi. Sieci te łączyły kraje rozwinięte ze sobą nawzajem oraz ze światem nierozwiniętym (zob. Wiek kapitału, rozdział 3). Bez tej zmiany, którą przyniósł XIX wiek, państwa europejskie nie miałyby szczególnych powodów, aby na dłużej zainteresować się sprawami takich regionów jak choćby Kotlina Kongo czy angażować się w spory dyplomatyczne dotyczące jakiegoś atolu na Oceanie Spokojnym. Ta globalizacja gospodarki w środkowych dekadach stulecia nabrała znacznego przyspieszenia. W latach 1875-1914 wciąż narastała, może mniej wyraźnie w porównaniu z okresem wcześniejszym, ale na większą skalę, jeśli weźmiemy pod uwagę liczby i wielkość gospodarczych przepływów. To prawda, że między rokiem 1848 a 1875 eksport europejski wzrósł ponad czterokrotnie, podczas gdy w latach 1876-1915 zaledwie się podwoił. Jednak między rokiem 1840 a 1870 wielkość morskiego transportu handlowego wzrosła jedynie z 10 do 16 milionów ton, podczas gdy w ciągu następnych czterdziestu lat uległa podwojeniu. W tym samym okresie światowa sieć kolejowa rozrosła się z nieco ponad 200 tysięcy kilometrów (1870) do ponad miliona kilometrów tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

Takie zagęszczenie sieci transportowych prowadziło do włączania w obręb światowej gospodarki nawet zacofanych i peryferyjnych obszarów, wzmagając przy tym zainteresowanie odległymi terenami w starych ośrodkach bogactwa i rozwoju. W istocie, gdy pojawiła się możliwość swobodnego dotarcia do tych regionów, wiele z nich zaczęło jawić się po prostu jako potencjalne przedłużenie świata rozwiniętego, zasiedlone już i modernizowane przez mężczyzn i kobiety pochodzenia europejskiego, dążących do likwidacji lub wyparcia rdzennej ludności. Przybysze ci budowali już miasta, a w swoim czasie mieli stworzyć także cywilizację przemysłową. Traktowano tak Stany Zjednoczone na zachód od Missisipi, Kanadę, Australię, Nową Zelandię, Afrykę Południową, Algierię i południowy stożek Ameryki Południowej. Przewidywania, jak zobaczymy, okazały się chybione, ale mimo to takie obszary, choć często położone daleko, były wówczas postrzegane jako odmienne od miejsc, w których, z powodów klimatycznych osadnictwo białej ludności uznawano za nieatrakcyjne, choć uważano - by zacytować wiodącego administratora imperialnego tamtych czasów - że "Europejczycy mogą [tam] przybyć w niewielkiej liczbie, przynosząc kapitał, energię i wiedzę w celu stworzenia niezwykle lukratywnego biznesu i uzyskania produktów niezbędnych dla swej rozwiniętej cywilizacji"86.

Ta rozwinięta cywilizacja potrzebowała teraz wsparcia z bardziej egzotycznego świata. Rozwój technologiczny opierał się na surowcach, które z uwagi na klimat bądź zagrożenia geologiczne można było znaleźć wyłącznie lub w wystarczającej ilości jedynie w odległych miejscach. Silnik spalinowy, typowe dziecko interesującego nas okresu, nie istniałby bez ropy i kauczuku. Ropę wciąż pozyskiwano głównie w Stanach Zjednoczonych i Europie (Rosja i, w dużo mniejszym zakresie, Rumunia), jednak pola naftowe Bliskiego Wschodu już stawały się przedmiotem intensywnych konfrontacji dyplomatycznych i pertraktacji. Kauczuk był produktem wyłącznie tropikalnym, pozyskiwanym w drodze okrutnej eksploatacji ludności tubylczej w lasach deszczowych Konga i Amazonii - eksploatacji będącej zresztą obiektem wczesnych i w pełni usprawiedliwionych protestów antyimperialistycznych. Później zaczęto go na dużą skalę uprawiać w Malajach. Z Azji i Ameryki Południowej pochodziła cyna. Metale nieżelazne, wcześniej o małym znaczeniu, stały się kluczowe dla stopów stali niezbędnych w technologii szybkotnącej. Część z nich była dostępna w krajach rozwiniętych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, jednak inne tam nie występowały. Nowe branże - elektryczna i samochodowa - rozpaczliwie potrzebowały jednego z najstarszych metali, czyli miedzi. Jej najważniejsze zasoby, a ostatecznie i ośrodki produkcji, znajdowały się w krajach, które w drugiej połowie XX wieku określono mianem Trzeciego Świata: w Chile, Peru, Zairze87, Zambii. Istniał też, rzecz jasna, nieustanny i wiecznie niezaspokojony popyt na metale szlachetne, który w omawianym okresie uczynił Afrykę Południową zdecydowanie największym producentem złota na świecie, nie mówiąc już o innym tamtejszym bogactwie, czyli diamentach. Kopalnie szczególnie skutecznie przyspieszały proces otwierania świata na imperializm, bowiem ich zyski osiągnęły pułap na tyle wysoki, że uzasadniona ekonomicznie stawała się budowa obsługujących je kolei88.

Zupełnie niezależnie od potrzeb nowej technologii ekspansja masowej konsumpcji w krajach-metropoliach stworzyła szybko powiększający się rynek artykułów spożywczych. Na rynku tym przeważały artykuły pochodzące ze stref klimatu umiarkowanego - zboże i mięso - produkowane tanio i w dużych ilościach w kilku obszarach osadnictwa europejskiego, między innymi w Ameryce Północnej i Południowej, Rosji i Australazji. Jednak wzrost konsumpcji wywołał także przeobrażenia na rynku produktów od dawna i znamiennie określanych (przynajmniej w języku niemieckim) jako "kolonialne", takich jak cukier, herbata, kawa, kakao i jego pochodne. Wraz z pojawieniem się środków szybkiego transportu i nowych technik konserwacji żywności dostępne stały się owoce tropikalne i subtropikalne. To właśnie dzięki temu powstawały później "republiki bananowe".

W latach 40. XIX wieku Brytyjczycy w przeliczeniu na osobę konsumowali rocznie 1,5 funta [0,68 kg] herbaty, w latach 60. 3,26 funta [1,48 kg], zaś w ostatniej dekadzie stulecia 5,7 funta [2,58 kg], jednak ta ostatnia wielkość odpowiadała przeciętnemu rocznemu importowi w ilości 224 milionów funtów [101,6 mln kg], podczas gdy w latach 60. XIX wieku było to około 98 milionów [44,4 mln kg], a w latach 40. XIX wieku 40 milionów [18,1 mln kg]. O ile Brytyjczycy zmniejszyli konsumpcję kawy na rzecz herbaty importowanej z Indii i Cejlonu (Sri Lanki), o tyle Amerykanie i Niemcy importowali kawę w coraz większych ilościach, głównie z Ameryki Łacińskiej. Na początku pierwszej dekady XX wieku nowojorskie rodziny spożywały przeciętnie 1 funt [0,45 kg] kawy tygodniowo. Brytyjscy kwakrzy prowadzący zakłady produkcji napojów i czekolady zadowoleni z dystrybucji napojów bezalkoholowych pozyskiwali surowce w Afryce Zachodniej i Ameryce Południowej. Obrotni bostońscy biznesmeni, którzy w roku 1885 założyli United Fruit Company89, stworzyli na Karaibach prywatne imperia zaopatrujące Amerykę w mało popularne wcześniej banany. Oleje roślinne z Afryki pozyskiwali z kolei producenci mydła, wykorzystując rynek, który jako pierwszy ujawnił pełnię możliwości nowej branży reklamowej. Plantacje, latyfundia i farmy tworzyły drugi filar gospodarek imperialnych. Handlowcy i finansjera w metropoliach byli jego trzecim filarem.

Procesy kolonizacji nie zmieniły istotnie kształtu i charakteru krajów uprzemysłowionych lub znajdujących się w fazie uprzemysłowienia, doprowadziły jednak do powstania nowych gałęzi wielkiego biznesu, którego perspektywy ściśle wiązały się z losami konkretnych części globu, jak miało to miejsce choćby w przypadku kompanii naftowych. Zasadniczo przeobraziły natomiast resztę świata, przynajmniej w tym sensie, że uczyniły z niej pewien układ terytoriów kolonialnych i półkolonialnych, stających się w coraz większym stopniu wyspecjalizowanymi producentami jednego lub dwóch produktów eksportowanych na rynek światowy, całkowicie zależnymi od kaprysów tego rynku. Coraz częściej Malaje oznaczały po prostu kauczuk i cynę, Brazylia kawę, Chile saletrę, Urugwaj mięso, a Kuba cukier i cygara. Poza Stanami Zjednoczonymi nawet kolonie białych osadników nie przechodziły (na tym etapie) procesu uprzemysłowienia, bowiem również znalazły się w pułapce międzynarodowej specjalizacji produkcji. Oczywiście mogły one osiągać niezwykle wysoki poziom zamożności, nawet w porównaniu z krajami europejskimi, zwłaszcza gdy były zamieszkane przez wolnych i generalnie bojowo nastawionych imigrantów z Europy mających wpływy polityczne w ciałach przedstawicielskich i cechujących się dużym radykalizmem demokratycznym, choć demokratyzm ten zwykle pomijał ludność tubylczą90. Dla Europejczyka pragnącego wyemigrować w epoce imperium prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem było udać się raczej do Australii, Nowej Zelandii, Argentyny lub Urugwaju niż gdziekolwiek indziej, w tym do Stanów Zjednoczonych. We wszystkich tych krajach powstały partie pracownicze lub radykalno-demokratyczne, a nawet rządy tworzone przez te ugrupowania, zbudowano także ambitne publiczne systemy zabezpieczenia socjalnego (Nowa Zelandia, Urugwaj) na długo przed wprowadzeniem takich rozwiązań w państwach Europy. To wszystko jednak było tylko dodatkiem do europejskiej (to znaczy zasadniczo brytyjskiej) gospodarki przemysłowej, wobec czego krajom tym industrializacja się nie opłacała, a przynajmniej nie leżała w interesie eksporterów produktów rolnych i surowców. Także metropolie nie chciały takiego uprzemysłowienia. Niezależnie od oficjalnej retoryki funkcja kolonii i terytoriów nieformalnie zależnych polegała na uzupełnianiu gospodarek w metropoliach, a nie na konkurowaniu z nimi.

Gorzej radziły sobie te terytoria zależne, które nie mieściły się w modelu nazywanym "kapitalizmem (białych) osadników"91. Ich gospodarka opierała się na połączeniu zasobów z tanią siłą roboczą, składającą się z rdzennej ludności. Oligarchie obszarników i kompradorów - miejscowych, przybyłych z Europy bądź jednych i drugich - oraz tworzone przez nich rządy (tam, gdzie istniały), eksportując podstawowe towary z danego regionu, korzystały po prostu z długofalowej ekspansji światowej gospodarki, a jedyne utrudnienia pojawiały się wraz z krótkimi, choć niekiedy (jak w Argentynie w roku 1890) dramatycznymi kryzysami wynikającymi z cyklu koniunkturalnego, nadmiernej spekulacji lub groźby wojny. O ile jednak pierwsza wojna światowa doprowadziła niektóre z tych rynków do zapaści, to nie dotyczyło to producentów z państw zależnych. Z punktu widzenia tych ostatnich wiek imperium, który zaczął się pod koniec XIX stulecia, trwał aż do wielkiego kryzysu lat 1929-1933. Jednak bez względu na prosperity, w ciągu omawianego okresu ich pozycja stawała się coraz bardziej niepewna, bowiem ich zyski coraz częściej były prostą funkcją wahających się cen kawy (około roku 1914 dochody ze sprzedaży kawy stanowiły już 58 procent wartości eksportu brazylijskiego i 53 procent kolumbijskiego), kauczuku i cyny, kakao, wołowiny czy wełny. Jednak aż do gwałtownego spadku cen podstawowych towarów na fali kryzysu roku 1929 wydawało się, że ta niepewność ta nie ma długofalowego znaczenia w kontekście nieograniczonej ekspansji eksportu i kredytów. Jak widzieliśmy, przed rokiem 1914 warunki wymiany handlowej postrzegano bowiem raczej jako korzystne dla wytwórców z sektora rolnego i surowcowego.

Wzrost znaczenia regionów peryferyjnych dla gospodarki światowej nie wyjaśnia jednak, dlaczego wiodące państwa przemysłowe tak chętnie przystąpiły do podziału globu na kolonie i strefy wpływów. Antyimperialistyczna analiza imperializmu, o której wspominaliśmy wcześniej, wskazuje na różne powody tego stanu rzeczy. Najmniej przekonujący jest argument najbardziej znany, akcentujący presję kapitału na inwestycje bardziej opłacalne niż te realizowane we własnym kraju, a zarazem na inwestycje chronione przed konkurencją ze strony kapitału zagranicznego. Eksport kapitału brytyjskiego zwiększył się znacząco w ostatnim trzydziestoleciu XIX wieku, a dochody z tego typu inwestycji stały się wręcz kluczowe dla brytyjskiego bilansu płatniczego, więc naturalnie łączono "nowy imperializm" właśnie z eksportem kapitału. Tak czynił choćby John Atkinson Hobson. Jednak nie ulega wątpliwości, że tylko bardzo niewielką część tego potężnego strumienia inwestycji kierowano do nowych kolonii. Kierunkiem większości brytyjskich inwestycji zagranicznych były szybko rozwijające się i generalnie od dawna istniejące kolonie białych osadników, wkrótce uznane za niezależne "dominia" (Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Afryka Południowa), a także kraje, które można określić jako dominia "honorowe", jak Argentyna i Urugwaj, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych. Ponadto większość tych inwestycji (76 procent w 1913 roku) przybrała formę kredytów publicznych udzielanych liniom kolejowym i przedsiębiorstwom użyteczności publicznej, co z pewnością opłacało się bardziej niż inwestowanie w brytyjski dług publiczny - w pierwszym przypadku przeciętnie 5 procent zysku, w drugim przeciętnie 3 procent - jednak zarazem było niewątpliwie mniej intratne niż zyski z kapitału przemysłowego w kraju (czy zyski bankierów obsługujących te kolonialne operacje). Inwestycje zagraniczne miały być raczej bezpieczne niż wysokodochodowe. Nie znaczy to oczywiście, że pozyskiwaniu kolonii nie przyświecała również chęć obłowienia się przez jakąś grupę inwestorów lub obrony istniejących już inwestycji. Niezależnie od ideologii, powodem wojny burskiej92 było przecież złoto.

Za bardziej przekonujący ogólny motyw ekspansji kolonialnej można uznać poszukiwanie rynków i nie ma przy tym znaczenia, że często kończyło się to niepowodzeniem. Powszechnie uważano, że problem "nadprodukcji" powstały w okresie wielkiego kryzysu można rozwiązać, napędzając eksport na dużą skalę. Biznesmeni, zawsze wszak skłonni do wypełniania pustych miejsc na mapie światowego handlu pokaźną liczbą potencjalnych klientów, w naturalny sposób poszukiwali takich niewykorzystanych jeszcze obszarów. Szczególnie pobudzająco na wyobraźnię sprzedawców działały Chiny (a nuż każdy z tych 300 milionów ludzi kupi choćby jedno pudełko pinezek?), a także nieznany kontynent afrykański. W upływającym pod znakiem kryzysu początku lat 80. XIX wieku izby handlowe w miastach brytyjskich z oburzeniem reagowały na myśl, że negocjacje dyplomatyczne mogłyby zablokować ich kupcom dostęp do Kotliny Kongo, którą postrzegano jako potencjalne źródło niezmierzonych zysków, tym bardziej że z dobrodziejstw tego regionu korzystał już biznesmen w koronie - król Belgów Leopold II93. (Tak się złożyło, że jego ulubiona metoda eksploatacji przez pracę przymusową nie miała na celu stymulowania wysokiego poziomu zakupów per capita, i to nawet wówczas, gdy akurat liczby klientów nie pomniejszały masakry i tortury).

Kluczowy dla globalnej sytuacji ekonomicznej był fakt, że różne gospodarki krajów rozwiniętych jednocześnie odczuwały potrzebę zdobycia nowych rynków. Gospodarki wystarczająco silne promowały strategię "otwartych drzwi" względem rynków świata słabo rozwiniętego, jednak te słabsze miały nadzieję na pozyskanie terytoriów, które na mocy administracyjnej przynależności dałyby narodowym przedsiębiorcom pozycję monopolistyczną lub przynajmniej znaczącą przewagę. Podział niezajętych obszarów Trzeciego Świata był tego logiczną konsekwencją. W pewnym sensie można więc mówić o przedłużeniu polityki protekcjonizmu, która upowszechniła się niemal wszędzie po roku 1879 (zob. poprzedni rozdział). W 1897 roku brytyjski premier powiedział ambasadorowi Francji: "Gdybyście nie byli tak zawziętymi protekcjonistami, my nie bylibyśmy tak chętni do zajmowania nowych terytoriów"94. W tym sensie "nowy imperializm" był naturalnym efektem ubocznym istnienia globalnej gospodarki opartej na rywalizacji kilku państw przemysłowych, zaostrzonej w wyniku presji ekonomicznej lat 80. XIX wieku. Nie oznacza to, że od danej kolonii oczekiwano, iż sama z siebie zamieni się w eldorado, choć tak akurat stało się w Afryce Południowej, która wybiła się na pozycję największego światowego producenta złota. Kolonie mogły być po prostu dogodną bazą lub punktem wyjścia dla penetracji ekonomicznej regionu. Otwarcie wyraził to zresztą urzędnik amerykańskiego departamentu stanu na przełomie stuleci, gdy Stany Zjednoczone podążyły za międzynarodową modą na budowę własnego imperium kolonialnego.

W tym miejscu ekonomiczny motyw dążeń do kolonialnych aneksji staje się trudny do oddzielenia od czynnika politycznego. Protekcjonizm dowolnego typu polega bowiem na funkcjonowaniu gospodarki z pomocą polityki. Strategiczne motywy ekspansji kolonialnej były niewątpliwie najsilniejsze w Wielkiej Brytanii, która już od dawna miała kolonie w miejscach kluczowych dla kontroli dostępu do różnych obszarów na lądzie i morzu, uznawanych za niezbędne z punktu widzenia światowych interesów handlowych i morskich tego kraju lub - wraz z rozwojem floty parowej - mogących funkcjonować jako porty zaopatrzenia w węgiel (Gibraltar i Malta od dawna spełniały tę pierwszą funkcję, zaś Bermudy i Aden okazały się przydatne w tej drugiej roli). Rabunek odpowiednio dużych terytoriów miał zarówno symboliczne, jak i realne znaczenie. Gdy rywalizujące mocarstwa zaczęły dzielić między siebie mapę Afryki czy Oceanii, każde z nich usiłowało, rzecz jasna, uniemożliwić pozostałym zajęcie nadmiernie rozległego obszaru (lub szczególnie atrakcyjnego kawałka). Gdy pozycję mocarstwa zaczęto kojarzyć z faktem pojawienia się jego flagi na otoczonej palmami plaży (a zazwyczaj pośród suchych zarośli), pozyskiwanie kolonii samo w sobie stało się symbolem statusu, niezależnie od wartości zajętych terenów. Około 1900 roku temu trendowi uległy nawet Stany Zjednoczone, choć ich imperializm ani wcześniej, ani później nie opierał się szczególnie na formalnych posiadłościach kolonialnych. Niemcy były głęboko niezadowolone z faktu, że tak potężne i dynamiczne państwo jak one miało dysponować terytorium kolonialnym dużo mniejszym niż tereny należące do Wielkiej Brytanii i Francji, choć kolonie pozostające już pod niemiecką kontrolą miały niewielkie znaczenie ze strategicznego i ekonomicznego punktu widzenia. Włochy domagały się wyjątkowo nieatrakcyjnych obszarów pustynnych i górskich w Afryce, chcąc w ten sposób podtrzymać swój mocarstwowy status, niewątpliwie osłabiony po nieudanej próbie podboju Etiopii w 1896 roku.

O ile wielkie mocarstwa miały własne kolonie, o tyle mniejsze w pewnym sensie nie miały do nich "prawa". W wyniku wojny hiszpańsko-amerykańskiej w 1898 roku Hiszpania utraciła większość tego, co pozostało z jej kolonialnego imperium. Jak wspomnieliśmy, na poważnie rozważano także podział resztek imperium portugalskiego w Afryce między nowych kolonizatorów. Jedynie Holendrzy spokojnie utrzymywali swoje dawne kolonie (głównie w Azji Południowo-Wschodniej), zaś królowi Belgów - co również widzieliśmy - pozwolono na uzyskanie własnych posiadłości w Afryce pod warunkiem, że uczyni je dostępnymi dla wszystkich, ponieważ żadne wielkie mocarstwo nie zamierzało dopuścić, aby którykolwiek z jego potężnych konkurentów przejął zbyt dużą część wielkiego dorzecza Konga. Należy dodać, że w Azji i Amerykach istniały duże tereny, których podział między mocarstwa europejskie był wykluczony. Na kontynencie amerykańskim sytuacja resztek kolonii europejskich była zamrożona przez Doktrynę Monroe'a, a swobodę działania miały tylko Stany Zjednoczone. Na większości obszarów Azji walka toczyła się o strefy wpływów w formalnie niepodległych państwach, zwłaszcza w Chinach, Persji i Imperium Osmańskim. Wyjątkami były Rosja i Japonia - pierwsza skutecznie powiększyła swoje tereny w Azji Środkowej, choć nie udało jej się pozyskać północnych Chin, druga zaś zajęła Koreę i Formozę (Tajwan) w wyniku wojny z Chinami z lat 1894-1895. W praktyce zatem główne strefy konkurencyjnej grabieży znajdowały się w Afryce i Oceanii.

Strategiczne wyjaśnienia zjawiska imperializmu zasadniczo zajmowały tych spośród historyków, którzy próbowali przedstawić brytyjską ekspansję w Afryce jako podyktowaną koniecznością obrony morskiego i lądowego otoczenia Indii oraz wiodących do nich szlaków przed potencjalnymi zagrożeniami. Należy przypomnieć, że - w perspektywie globalnej - problem utrzymania Indii leżał w samym centrum brytyjskiej strategii, wymagając kontroli nie tylko nad krótszymi (Egipt, Bliski Wschód, Morze Czerwone, Zatoka Perska i Arabia Południowa) i dłuższymi (Przylądek Dobrej Nadziei i Singapur) drogami morskimi ku subkontynentowi indyjskiemu, ale także nad całym Oceanem Indyjskim, w tym nad kluczowymi fragmentami wybrzeża Afryki i jej obszaru wewnętrznego. Kolejne brytyjskie rządy doskonale zdawały sobie z tego sprawę. Prawdą jest również, że dezintegracja miejscowej władzy na niektórych obszarach o szczególnym znaczeniu dla tej strategii, na przykład w Egipcie (włączając Sudan), skłoniła Brytyjczyków do dużo silniejszej obecności na tych terenach niż pierwotnie planowano, a nawet do ustanowienia faktycznej władzy. Tego rodzaju strategiczne argumenty nie unieważniają jednak ekonomicznej analizy imperializmu. Po pierwsze, umniejszają one wagę bezpośrednich bodźców ekonomicznych skłaniających do zajmowania niektórych terytoriów w Afryce, czego najbardziej oczywisty przykład znajdujemy w Afryce Południowej. Również wyścig po zagarnięcie Afryki Zachodniej oraz Konga miał zasadniczo charakter ekonomiczny. Po drugie, pespektywa ta pomija fakt, że Indie były "najjaśniejszym klejnotem w koronie imperium" oraz rdzeniem brytyjskiej strategii właśnie z powodu ich znaczenia dla brytyjskiej gospodarki. Znaczenie to nigdy nie było tak duże, jak w omawianym okresie: nawet 60 procent brytyjskiego eksportu bawełniarskiego kierowało się do Indii oraz na Daleki Wschód, do którego Indie były bramą (do samych Indii napływało 40-45 procent eksportu), zaś nadwyżka w brytyjskim bilansie płatniczym utrzymywała się właśnie dzięki Indiom. Po trzecie, dezintegracja miejscowych rządów, która niekiedy pociągała za sobą ustanowienie władzy europejskiej nad terenami nieznajdującymi się wcześniej pod administracją Europejczyków, wynikała ze słabnięcia struktur lokalnych, co znów było rezultatem penetracji gospodarczej z zewnątrz. Wreszcie próba udowodnienia, że w tendencji rozwojowej zachodniego kapitalizmu w latach 80. XIX wieku nie tkwiło nic, co mogłoby wyjaśniać terytorialny podział świata, okazuje się tezą fałszywą, ponieważ światowy kapitalizm w tym okresie wyraźnie różnił się od tego, czym był w latach 60. tego samego stulecia. W omawianym okresie składały się nań rywalizujące "gospodarki narodowe", z których każda "chroniła się" przed innymi. Krótko mówiąc, polityki i ekonomii w społeczeństwie kapitalistycznym nie da się oddzielić, podobnie jak sfery religijnej i społecznej w społeczeństwie islamskim. Próbę wypracowania czysto nieekonomicznego wyjaśnienia zjawiska "nowego imperializmu" cechuje podobny brak realizmu, co próbę wyjaśnienia pojawienia się partii robotniczych wyłącznie w kategoriach pozaekonomicznych.

W rzeczywistości narodziny ruchów robotniczych czy, szerzej, polityki demokratycznej (zob. rozdział następny) miały wyraźny wpływ na pojawienie się "nowego imperializmu". Od kiedy słynny imperialista Cecil Rhodes w roku 1895 zauważył, że jeśli chce się uniknąć wojny domowej, to trzeba zostać imperialistą95, większość obserwatorów zwraca uwagę na zjawisko "socjalimperializmu" - próbę złagodzenia nastrojów społecznych przy wykorzystaniu ekspansji imperialnej i oczekiwanej w jej rezultacie poprawy sytuacji gospodarczej czy reform socjalnych. Nie ulega żadnej wątpliwości, że politycy doskonale zdawali sobie sprawę z potencjalnych korzyści imperializmu. W niektórych przypadkach - zwłaszcza Niemiec - pojawienie się imperializmu próbuje się wyjaśniać przede wszystkim właśnie w kategoriach "prymatu polityki krajowej". Ta wersja socjalimperializmu, propagowana przez Cecila Rhodesa, czyli akcentowanie korzyści ekonomicznych, jakie bezpośrednio lub pośrednio mogło dawać imperium niezadowolonym masom, była chyba jednak najmniej istotna. Brakuje przekonujących dowodów na to, że podboje kolonialne jako takie miały istotny związek ze wzrostem zatrudnienia lub realnych dochodów większości robotników w metropoliach96, zaś koncepcja emigracji do kolonii jako wentyla bezpieczeństwa dla przeludnionych krajów była w znacznej mierze demagogiczną fantazją (choć nigdy nie było łatwiej wyemigrować dokądkolwiek niż w latach 1880-1914, to jedynie garstka emigrantów wybrała - lub musiała wybrać - obszary kolonialne).

Znacznie ważniejszą rolę odgrywała duma z kolonialnych podbojów - doskonały dar dla wyborców, znacznie mniej kosztowny niż reformy. Cóż bowiem bardziej chwalebnego od podboju egzotycznych terytoriów i ciemnoskórych ras, zwłaszcza gdy zwykle można było tego dokonać niewielkim kosztem? Ujmując rzecz bardziej ogólnie, imperializm zachęcał masy, zwłaszcza ich potencjalnie niezadowoloną część, do utożsamiania się z państwem i narodem imperialnym, a tym samym do nieświadomego wspierania - przez usprawiedliwianie i uprawomocnienie - społecznego i politycznego systemu reprezentowanego przez to państwo. A w erze polityki masowej (zob. rozdział następny) nawet stare systemy potrzebowały nowej legitymacji. Również z tej kwestii ówczesne pokolenie w pełni zdawało sobie sprawę. Brytyjską ceremonię koronacyjną z roku 1902, starannie dopasowaną do nowego stylu, chwalono właśnie dlatego, że została zaplanowana jako wyraz "uznania, przez wolnych obywateli demokratycznego państwa, dziedzicznej monarchii  j a k o   s y m b o l u   ś w i a t o w e g o   p a n o w a n i a   i c h   r a s y"  (podkreślenie - E. H.)97. Krótko mówiąc, imperium było skutecznym spoiwem ideologicznym.

Trudno zadowalająco odpowiedzieć na pytanie o skuteczność tego specyficznego sposobu wzbudzania patriotyzmu, zwłaszcza w krajach, gdzie liberalizm oraz bardziej radykalna lewica miały silne tradycje antyimperialne, antymilitarne, antykolonialne i generalnie antyarystokratyczne. Nie ma wątpliwości, że w kilku krajach imperializm cieszył się ogromną popularnością wśród warstw średnich i wykształconych o tożsamości społecznej w dużej mierze opartej na aspirowaniu do miana wybranych nosicieli patriotyzmu (zob. rozdział 8). Mniej mamy dowodów na istnienie entuzjazmu dla podbojów kolonialnych (a tym bardziej wojen) czy na jakiekolwiek większe zainteresowanie koloniami - tak starymi, jak i nowymi (poza obszarami białego osadnictwa) - wśród robotników. Powodzenie prób instytucjonalizacji imperialistycznej dumy, takie jak na przykład ustanowienie Dnia Imperium w Wielkiej Brytanii (1902), wynikało w dużym stopniu z przymusowego zaangażowania w nie uczniów w szkołach (problem atrakcyjności patriotyzmu w ogólniejszym sensie zostanie omówiony w dalszej części książki).

Nie da się jednak zaprzeczyć, że idea wyższości nad ludźmi o ciemnej skórze zamieszkującymi odległe kraje oraz wizja panowania nad nimi naprawdę zyskały popularność, wzmacniając politykę imperializmu. Organizacja wielkich wystaw światowych (zob. Wiek kapitału, rozdział 2) zawsze była dla cywilizacji burżuazyjnej okazją do chwalenia się zwycięstwami w trzech obszarach: nauce, technice i produkcji. W epoce imperiów cywilizacja ta chlubiła się ponadto swoimi koloniami. Praktycznie nieznane wcześniej "pawilony kolonialne" pod koniec stulecia licznie pojawiały się już na wystawach: w 1889 roku osiemnaście z nich towarzyszyło wieży Eiffla, a czternaście było zwiedzanych przez turystów w Paryżu w roku 190098. Z pewnością były to planowane działania promocyjne, ale jak każda prawdziwie udana propaganda - tak komercyjna, jak i polityczna - mogły odnieść sukces dzięki temu, że trafiły w oczekiwania publiczności. Ekspozycje kolonialne okazały się hitem. Brytyjskie jubileusze, pogrzeby królewskie i koronacje robiły tym większe wrażenie, że podobnie jak triumfalne pokazy w starożytnym Rzymie, prezentowały maharadżów w ozdobionych klejnotami szatach jako szczerze pokornych i lojalnych wobec monarchii, a nie jako jeńców. Parady wojskowe były tym barwniejsze, że szli w nich sikhowie w turbanach, wąsaci radżputowie, uśmiechnięci i nieustępliwi Gurkhowie, spahisi i rośli czarnoskórzy Senegalczycy - przedstawiciele świata uznawanego za barbarzyński, zaprzęgniętego jednak w służbę cywilizacji. Nawet w habsburskim Wiedniu niezainteresowanym zamorskimi koloniami zwiedzających wystawę urzekła wioska ludu Aszantów. Jak widać, celnik Rousseau99 nie był jedynym, który marzył o tropikach.

W ten sposób mieszkających w krajach Zachodu białych ludzi - zamożnych, klasę średnią i biedotę - jednoczyło poczucie wyższości wynikające nie tylko z tego, że wszystkie te grupy czerpały przywileje płynące ze statusu ludności panującej, zwłaszcza gdy dotyczyło to stosunków w koloniach. W Dakarze czy Mombasie najskromniejszy urzędnik był panem nazywanym "dżentelmenem" przez ludzi, którzy w Paryżu czy Londynie nawet by go nie zauważyli, a zwykły biały robotnik stawał się przełożonym czarnych. Nawet tam, gdzie ideologia akcentowała przynajmniej potencjalną równość, kończyło się na dominacji. Francja wierzyła w możliwość przeobrażenia mieszkańców kolonii we Francuzów - wyobrażonych potomków (jak twierdziły podręczniki szkolne w Bordeaux i w Timbuktu czy na Martynice) nos anc?tres les gaulois ("naszych przodków Galów") - inaczej niż Brytyjczycy przekonani o zasadniczej i trwałej nieangielskości Bengalczyków i Jorubów. A jednak samo istnienie warstwy rdzennych évolués wskazywało na brak "ewolucji" u przeważającej większości. Kościoły zabrały się za nawracanie "pogan" na rozmaite wersje prawdziwej wiary chrześcijańskiej, nie licząc tych miejsc, w których czynnie odradzały im to władze kolonialne (jak w Indiach) lub tam, gdzie było to ewidentnie niemożliwe (jak w regionach islamskich).

Była to epoka masowej działalności misjonarskiej100. Misji jednak w żadnym wypadku nie można traktować jako nośnika polityki imperialistycznej. Często sprzeciwiały się one władzom kolonialnym, a w zasadzie zawsze na pierwszym miejscu stawiały dobro nawróconych. Jednak sukces "Słowa Bożego" wynikał z samej ekspansji imperializmu. Można dyskutować, czy kolonizacja sprzyjała handlowi, jednak nie ma absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że podboje kolonialne otworzyły drogę skutecznej działalności misyjnej, czego przykłady znajdujemy w Ugandzie, Rodezji (Zambia i Zimbabwe) i Niasa (Malawi). I o ile chrześcijaństwo głosiło równość dusz, o tyle podkreślało nierówność ciał - nawet ciał duchownych. Biali nieśli skolonizowanym nową wiarę i biali za nią płacili. I choć powiększały się szeregi wierzących tubylców, przynajmniej połowa kleru pozostawała biała. Co do biskupów kolorowych, to trzeba by się było porządnie natrudzić, aby znaleźć jakiegoś między rokiem 1880 a 1914. Kościół katolicki konsekrował pierwszych biskupów azjatyckich dopiero w latach 20. XX wieku, osiemdziesiąt lat po tym, jak stało się jasne, że jest to bardzo potrzebne dla jego rozwoju101.

Jeśli chodzi o ruch najżarliwiej zaangażowany w sprawę równości wszystkich ludzi, mówił on dwoma głosami. Świecka lewica zajmowała stanowisko antyimperialistyczne w teorii i często w praktyce. Brytyjski ruch robotniczy stawiał sobie za cel wolność Indii, a także Egiptu i Irlandii. Lewica nigdy nie wahała się w kwestii potępiania wojen i podbojów kolonialnych, nierzadko - jak w przypadku sprzeciwu wobec wojny burskiej - poważnie ryzykując tymczasową utratę poparcia. Radykałowie ujawniali grozę sytuacji w Kongo, na należących do metropolii plantacjach kakao na wyspach afrykańskich czy w Egipcie. Kampania, która doprowadziła do wielkiego wyborczego triumfu Partii Pracy w 1906 roku, opierała się w dużej mierze właśnie na publicznym potępianiu "chińskiego niewolnictwa" w kopalniach południowoafrykańskich. Jednak aż do czasów Międzynarodówki Komunistycznej na ogół, poza nielicznymi wyjątkami (jak w przypadku Holenderskich Indii Wschodnich), zachodni socjaliści robili bardzo mało na rzecz organizowania oporu ludności kolonialnej wobec władzy. W mniejszości byli ci spośród socjalistów i działaczy ruchu robotniczego, którzy otwarcie akceptowali imperializm jako coś pożądanego lub przynajmniej jako niezbędny etap w dziejach narodów jeszcze "niezdolnych do rządzenia się samodzielnie". Wywodzili się oni z prawego skrzydła ruchu skupiającego rewizjonistów i Fabian. Także wielu przywódców związkowych uważało dyskusje o koloniach za nieistotne lub wręcz traktowało ludność kolorową jako tanią siłę roboczą zagrażającą solidnej białej klasie robotniczej. Presja, aby powstrzymać napływ kolorowych imigrantów, która doprowadziła do ogłoszenia polityki "białej Kalifornii" i "białej Australii" między dekadą lat 80. XIX wieku a rokiem 1914, z pewnością pochodziła głównie ze strony robotników. Związkowcy z Lancashire wspólnie z tamtejszymi właścicielami fabryk tekstylnych postulowali, aby Indie pozostały krajem nieuprzemysłowionym. W skali międzynarodowej socjalizm przed rokiem 1914 pozostawał głównie ruchem Europejczyków oraz białych emigrantów lub ich potomków (zob. rozdział 5). Kolonializm sytuował się na marginesie ich zainteresowania. Ich analiza i definicja nowego "imperialistycznego" stadium kapitalizmu, dostrzeżonego pod koniec lat 90. XIX wieku, słusznie ujmowały aneksje i eksploatację kolonii po prostu jako oznakę i właściwość tego nowego stadium: niepożądaną, jak wszystkie jego cechy, ale wcale nie najważniejszą. Tylko nieliczni socjaliści, jak Lenin, już wtedy z uwagą śledzili gromadzenie się "materiału palnego" na peryferiach światowego kapitalizmu.

Połączenie kolonializmu z szerszą koncepcją nowej fazy kapitalizmu czyniło socjalistyczną (czyli głównie marksistowską) analizę imperializmu niewątpliwie trafną co do zasady, choć niekoniecznie w szczegółach. Niekiedy przesadnie akcentowano, jak zresztą czynili też sami ówcześni kapitaliści, gospodarcze znaczenie ekspansji kolonialnej dla krajów-metropolii. Imperializm końca XIX wieku był z pewnością "nowy". Był dzieckiem ery konkurencji między rywalizującymi przemysłowo-kapitalistycznymi gospodarkami narodowymi. Sama ta konkurencja też była czymś nowym, a jej nasilenie wynikało z presji na zabezpieczenie i ochronę rynków w okresie niepewności biznesu (zob. rozdział 2). Krótko mówiąc, w epoce tej "cło ochronne i ekspansja stają się [...] wspólnym postulatem klasy panującej"102. Tak wyglądał odwrót od kapitalizmu spod znaku leseferyzmu w sektorze prywatnym i publicznym, co również można uznać za nowe zjawisko. Równolegle rosło znaczenie wielkich korporacji i oligopoli, a państwo interweniowało w sprawy gospodarcze coraz bardziej zdecydowanie. Coraz większe znaczenie dla globalnej gospodarki zyskiwały jej peryferia. Imperializm w 1900 roku wydawał się bardzo "naturalny", co było nie do pomyślenia w roku 1860. Gdyby nie związek między kapitalizmem z okresu po roku 1873 a ekspansją ku nieuprzemysłowionym obszarom świata, prawdopodobnie nawet "socjalimperializm" nie odegrałby takiej roli, jaką zyskał w polityce wewnętrznej państw próbujących dostosować się do reguł masowej polityki wyborczej. Wszelkie próby oderwania wyjaśnień zjawiska imperializmu od konkretnych tendencji rozwojowych kapitalizmu występujących pod koniec XIX wieku należy traktować jako ideologiczne wygibasy, choć często czynione z erudycją, a czasem i z wnikliwością.

II

Wciąż pozostajemy z nierozstrzygniętymi pytaniami o wpływ zachodniej (a od lat 90. XIX wieku także japońskiej) ekspansji na resztę świata, a także o znaczenie "imperialnych" aspektów imperializmu dla krajów-metropolii.

Na pierwsze z tych pytań można odpowiedzieć szybciej niż na drugie. Wpływ gospodarczy imperializmu był znaczący, ale, rzecz jasna, najważniejsza była głęboka nierówność jego oddziaływania - stosunki między metropoliami i obszarami zależnymi cechowała wyraźna asymetria. Wpływ pierwszych na drugie był spektakularny i zdecydowany, nawet gdy dany kraj nie znajdował się pod bezpośrednią władzą metropolii. Z kolei obszary zależne oddziaływały na metropolie w niewielkim stopniu i praktycznie nigdy nie dotyczyło to spraw kluczowych. Sytuacja Kuby zależała od wahań cen cukru oraz od polityki importowej Stanów Zjednoczonych, jednak nawet niewielkie kraje rozwinięte - na przykład Szwecja - nie odczułyby poważnie nagłego zniknięcia karaibskiego cukru z rynku, ponieważ ich import tego produktu nie opierał się tylko na tamtejszych dostawcach. Praktycznie cały import i eksport dowolnego regionu Afryki Subsaharyjskiej był związany z kilkoma zachodnimi metropoliami, ale już handel metropolii z Afryką, Azją i Oceanią, mimo nieznacznego wzrostu w latach 1870-1914, stanowił tylko niewielką część ogólnego bilansu. Na przestrzeni XIX wieku około 80 procent handlu europejskiego - eksportu i importu - obejmowało wymianę z innymi krajami rozwiniętymi. To samo dotyczy europejskich inwestycji zagranicznych103. Poza kontynentem inwestycje były kierowane przede wszystkim do kilku szybko rozwijających się gospodarek krajów zamieszkanych głównie przez osadników pochodzenia europejskiego - Kanady, Australii, Afryki Południowej, Argentyny i tak dalej - a także, oczywiście, do Stanów Zjednoczonych. W tym sensie epoka imperializmu wygląda zupełnie inaczej z perspektywy Nikaragui czy Malajów niż z perspektywy Niemiec lub Francji.

Wśród krajów-metropolii imperializm na pewno miał największe znaczenie dla Wielkiej Brytanii, ponieważ gospodarcza dominacja tego kraju od zawsze opierała się na szczególnego rodzaju związku z rynkami zamorskimi oraz źródłami produktów rolnych i surowców. W istocie można postawić tezę, że poza złotymi dekadami 1850-1870 producenci brytyjscy od czasu rewolucji przemysłowej nie wykazywali się szczególną konkurencyjnością na rynkach gospodarek będących w fazie uprzemysłowienia. Dla gospodarki Wielkiej Brytanii sprawą życia i śmierci było więc zachowanie możliwie najbardziej uprzywilejowanego dostępu do świata pozaeuropejskiego104. Pod koniec XIX wieku odnosiła pod tym względem znaczne sukcesy, przy okazji rozszerzając obszar oficjalnie lub faktycznie należący do monarchii brytyjskiej na jedną czwartą powierzchni globu (w brytyjskich atlasach dumnie zaznaczony na czerwono). Jeśli włączymy w to tak zwane nieformalne imperium złożone z państw niepodległych, choć będących gospodarczymi satelitami Wielkiej Brytanii, to zobaczymy, że nawet jedna trzecia globu była - pod względem gospodarczym czy wręcz kulturowym - brytyjska. W Portugalii Wielka Brytania upowszechniła nawet charakterystyczne skrzynki pocztowe, a będący symbolem brytyjskiego handlu dom towarowy Harrods pojawił się w Buenos Aires. Jednak około roku 1914 w znacznej części owej strefy pośrednich wpływów, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, aktywne stawały się również inne mocarstwa.

Udane brytyjskie działania obronne tylko w niewielkim stopniu wiązały się z "nową" ekspansją imperialistyczną. Wyjątkiem był największy imperialny interes tych czasów, czyli diamenty i złoto Afryki Południowej. Szybko pojawili się tam (głównie niemieccy) milionerzy - Wernherowie, Beitowie, Ecksteinowie i inni - z których większość szybko weszła do brytyjskiej elity. Ta, choć nigdy nie była otwarta na fortuny zgromadzone w pierwszym pokoleniu, to w tym przypadku uległa magii zawrotnych sum. Ekspansja w Afryce Południowej doprowadziła także do wybuchu największego konfliktu kolonialnego - drugiej wojny burskiej w latach 1899-1902. W jej wyniku zdławiono opór dwóch małych lokalnych republik należących do białych osadników chłopskich.

Większość zamorskich sukcesów Wielkiej Brytanii wynikała w tym czasie z bardziej systematycznej eksploatacji terytoriów należących do niej już wcześniej lub ze szczególnej pozycji tego kraju jako głównego importera lub inwestora na obszarach takich jak Ameryka Południowa. Za wyjątkiem Indii, Egiptu i Afryki Południowej większość brytyjskiej aktywności gospodarczej koncentrowała się w krajach praktycznie niepodległych, jak "białe" dominia, lub na obszarach takich jak Stany Zjednoczone i Ameryka Łacińska, gdzie państwo brytyjskie nie podejmowało lub nie mogło podejmować efektywnej interwencji. Mimo żalów ze strony Korporacji Zagranicznych Posiadaczy Obligacji105 (założonej w latach wielkiego kryzysu), gdy pojawiał się problem popularnej w krajach latynoskich praktyki odraczania spłaty zadłużenia lub spłacania go w walucie zdewaluowanej, rząd nie mógł udzielić efektywnego wsparcia inwestorom. Pod tym względem wielki kryzys był ważnym sprawdzianem, gdyż podobnie jak późniejsze światowe kryzysy (również te z lat 70. i 80. XX wieku) doprowadził do poważnego międzynarodowego kryzysu zadłużenia, co poważnie zagroziło bankom w metropolii. Rząd brytyjski mógł co najwyżej uratować bank Barings przed niewypłacalnością w czasie paniki roku 1890 (Baring crisis), kiedy to instytucja ta, jak to bank, zbyt swobodnie zaryzykowała skok w otchłań niepewnego świata argentyńskich finansów. Jeśli rząd brytyjski wspierał inwestorów dyplomacją siły, jak coraz częściej się zdarzało po roku 1905, czynił to przeciwko przedsiębiorcom z innych krajów wspieranym przez ich własne rządy, a nie przeciwko większym rządom świata zależnego106.

W rzeczywistości, uwzględniając aspekty negatywne i pozytywne, można stwierdzić, że brytyjscy kapitaliści raczej korzystali na istnieniu nieformalnego czy też "wolnego" brytyjskiego imperium. Prawie połowa brytyjskich obligacji długoterminowych trafiała w 1914 roku do Kanady Australii i Ameryki Łacińskiej. Po roku 1900 za granicą inwestowano ponad połowę wszystkich brytyjskich oszczędności.

Wielka Brytania oczywiście zagarnęła swoją część nowo skolonizowanych regionów świata, a ze względu na siłę i doświadczenie tego kraju była to część rozleglejsza i prawdopodobnie bardziej wartościowa niż to, co przypadło w udziale innym. Francja zajmowała większość Afryki Zachodniej, ale cztery kolonie brytyjskie na tym terenie obejmowały "liczniejsze populacje Afrykanów, większe moce produkcyjne i bardziej dynamiczny handel"107. Głównym celem Brytyjczyków nie była ekspansja, lecz obrona przed tymi, którzy wkraczali na terytoria dotąd zdominowane - jak większość regionów zamorskich - przez brytyjski handel i brytyjski kapitał.

Czy inne mocarstwa czerpały podobne korzyści z ekspansji kolonialnej? Nie da się na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ formalna kolonizacja była zaledwie jednym z aspektów globalnej ekspansji gospodarczej i międzynarodowej konkurencji, a w przypadku dwóch głównych mocarstw przemysłowych - Niemiec i Stanów Zjednoczonych - nie była ona nawet aspektem najważniejszym. Ponadto, jak już widzieliśmy, dla żadnego kraju poza Wielką Brytanią (być może z wyjątkiem Holandii) szczególny stosunek ze światem nieuprzemysłowionym nie miał kluczowego znaczenia ekonomicznego. Z pewną dozą pewności możemy powiedzieć jednak kilka rzeczy. Po pierwsze, wydaje się, że dążenie do zdobyczy kolonialnych było stosunkowo większe w krajach-metropoliach o mniejszej dynamice gospodarczej. Ekspansja służyła więc, w pewnym stopniu, jako potencjalna kompensacja ekonomicznej i politycznej niższości względem konkurentów, a w przypadku Francji - niższości militarnej i demograficznej. Po drugie, we wszystkich przypadkach istniały określone grupy ekonomiczne - zwłaszcza te związane z handlem zagranicznym i branżami wykorzystującymi zamorskie surowce - naciskające na ekspansję kolonialną, którą naturalnie uzasadniały, kreśląc perspektywy korzyści dla gospodarki narodowej. Po trzecie, choć niektóre z tych grup korzystały na tej ekspansji - w roku 1913 dywidenda wypłacona przez Francuską Kompanię Zachodnioafrykańską (Compagnie française de l'Afrique occidentale) wyniosła 26 procent108 - do większości nowych kolonii napływało niewiele kapitału, a ich wyniki ekonomiczne były rozczarowujące109. Krótko mówiąc, nowy kolonializm był produktem ubocznym epoki polityczno-gospodarczej rywalizacji między gospodarkami narodowymi wzmocnionej polityką protekcjonizmu. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że procentowy udział handlu z koloniami w całkowitym handlu metropolii niemal wszędzie rósł, protekcjonizm można uznać za skuteczny tylko w niewielkim stopniu.

Jednak epoka imperium to czas nie tylko ekspansji ekonomicznej i politycznej, lecz również kulturowej. Podbój globu przez mniejszość, czyli przez kraje "rozwinięte", uruchomił przeobrażenia wizerunków, idei i aspiracji - przeobrażenia dokonywane zarówno przy użyciu siły, jak i w drodze zmian instytucjonalnych, przez wykreowanie wzorców do naśladowania oraz transformację społeczeństwa. W krajach zależnych nie objęły one w zasadzie nikogo poza lokalną elitą, choć należy pamiętać, że w niektórych regionach, jak w Afryce Subsaharyjskiej, imperializm lub powiązana z nim chrześcijańska działalność misyjna stworzyły możliwość powstania nowych elit społecznych kształtowanych w oparciu o zachodni model edukacji. Dzisiejszy podział państw afrykańskich na "frankofońskie" i "anglofońskie" dokładnie odzwierciedla podział wpływów między kolonialnymi imperiami Francji i Wielkiej Brytanii110. Poza Afryką i Oceanią, gdzie misje chrześcijańskie prowadziły masowe konwersje, znaczna część populacji w koloniach nie zmieniała sposobu życia, jeśli nie musiała. Ponadto ku rozgoryczeniu co bardziej zaangażowanych misjonarzy, rdzenni mieszkańcy przejmowali nie tyle wiarę zaimportowaną z Zachodu, ile te jej elementy, które miały dla nich sens w kontekście ich własnych systemów wierzeń, instytucji lub potrzeb. Entuzjastycznie nastawionych brytyjskich administratorów kolonialnych (często dobieranych spośród bardziej wysportowanych młodzieńców z klasy średniej) jeżdżących na wyspy Pacyfiku, tak samo zadziwiała swą formą religia kolonialna, jak samoański krykiet (kilikiti)111. W przypadku religii proces ten zachodził nawet wówczas, gdy wierni formalnie przestrzegali ortodoksyjnych zasad nowego wyznania. Jednocześnie bowiem chętnie tworzono własne wersje wiary, zwłaszcza w Afryce Południowej - jedynym regionie Afryki, w którym miały miejsce naprawdę masowe nawrócenia - gdzie tak zwany ruch etiopski odłączył się od misji już w 1892 roku, aby ustanowić odmianę chrześcijaństwa mniej utożsamianą z białą ludnością.

Imperializm przynosił elitom lub potencjalnym elitom świata zależnego przede wszystkim westernizację. Proces ten rozpoczął się oczywiście już dużo wcześniej, a wszystkie rządy i elity krajów zagrożonych podbojem z zewnątrz lub popadnięciem w zależność już od kilku dekad doskonale rozumiały, że stoją przed wyborem: westernizacja lub upadek (zob. Wiek kapitału, rozdział 7, 8, 11). Ideologie inspirujące przedstawicieli tych elit w epoce imperializmu wywodziły się z okresu między rewolucją francuską a połową XIX wieku, jak na przykład pozytywizm Auguste'a Comte'a (1798-1857) - modernizująca doktryna przejęta przez rządy w Brazylii, Meksyku, a w pierwszym okresie rewolucji tureckiej również tamtejszych przywódców (zob. s. 431-432 i 440 poniżej). W pewnym sensie zachodni charakter miał również opór lokalnych elit, które głosiły konieczność całkowitego odrzucenia westernizacji przejawiającej się na gruncie religii, moralności, ideologii czy w politycznym pragmatyzmie. Świątobliwy Mahatma Gandhi z przepaską na biodrach i wrzecionem w dłoniach (w sprzeciwie wobec industrializacji) nie tylko był wspierany i finansowany przez właścicieli zmechanizowanych fabryk bawełnianych w Ahmadabadzie112, ale sam był wykształconym na Zachodzie prawnikiem pozostającym pod wyraźnym wpływem zachodniej ideologii. Nie da się tej postaci zrozumieć, jeśli będziemy widzieć w nim wyłącznie hinduskiego tradycjonalistę.

Przykład Gandhiego dość dobrze obrazuje zmiany epoki imperializmu. Choć urodził się w niezbyt wysoko sytuowanej kaście kupców raczej niepowiązanej wcześniej ze zwesternizowaną elitą zarządzającą Indiami pod nadzorem Brytyjczyków, Gandhi zdobył zawodowe i polityczne wykształcenie w Anglii. Pod koniec lat 80. XIX wieku taki model kariery był na tyle często wybierany przez młodzieńców z jego kraju, że Gandhi zaczął nawet pisać poradnik poświęcony angielskiemu stylowi życia dla przyszłych studentów podążających jego śladem. Książka napisana znakomitą angielszczyzną zawierała wskazówki na każdy temat, od podróży parowcem firmy P&O do Londynu i szukania stancji, przez sposoby przestrzegania wymogów religijnej hinduistycznej diety, aż po kwestie tego, jak przywyknąć do zachodniego zwyczaju samodzielnego golenia zamiast korzystania z usług golarza113. Gandhi nie uważał się ani za zwolennika pełnej asymilacji, ani za absolutnego przeciwnika brytyjskich obyczajów. Tak, jak czyniło to wielu późniejszych prekursorów antykolonializmu, podczas pobytu w kraju-metropolii obracał się w tych kręgach ludzi Zachodu, z którymi odczuwał ideologiczne pokrewieństwo - w jego przypadku byli to brytyjscy wegetarianie, którzy z pewnością opowiadali się również za innymi "postępowymi" postulatami.

Gandhi nauczył się metod mobilizacji tradycjonalistycznych mas dla osiągnięcia nietradycjonalistycznych celów przez bierny opór w środowisku będącym produktem "nowego imperializmu". Mieszały się tutaj Wschód i Zachód, a sam Gandhi nie krył, że intelektualną inspirację czerpał z Johna Ruskina i Tołstoja. (Przed rokiem 1880 wpływ Rosjan na nowe pokolenie indyjskich działaczy politycznych byłby nie do pomyślenia, ale w pierwszej dekadzie XX wieku dotyczył radykałów już nie tylko w Indiach, ale także w Chinach i Japonii). W Afryce Południowej, gospodarczym raju pełnym złóż diamentów i złota, ukształtowała się spora społeczność niezamożnych imigrantów z Indii, a doświadczana przez nich dyskryminacja rasowa doprowadziła do rzadkiego fenomenu: nienależący do elity społecznej Hindusi przejawiali skłonność do zaangażowania w nowoczesną formę działalności politycznej. Gandhi nabył doświadczenia politycznego i zdobył polityczne ostrogi właśnie jako orędownik praw Hindusów w Afryce Południowej. Ciężko byłoby mu w tamtym czasie dokonać podobnych rzeczy w samych Indiach. Do ojczyzny powrócił zresztą dopiero po wybuchu pierwszej wojny światowej, stając się wkrótce kluczową postacią w indyjskim ruchu niepodległościowym.

Epoka imperium stworzyła warunki, w których mogli dojrzewać antyimperialistyczni przywódcy i stworzyła im możliwość dotarcia ze swym przesłaniem do masowych odbiorców (zob. rozdział 12). Jednak oczywiście anachronizmem i nieporozumieniem byłoby postrzeganie historii społeczeństw i regionów, które znalazły się pod dominacją i wpływem zachodnich metropolii, jako przede wszystkim dziejów oporu wobec Zachodu. Anachronizm polega tu na tym, że poza wyjątkami wspomnianymi poniżej, era liczących się ruchów antyimperialnych w większości regionów zaczęła się dopiero wraz z pierwszą wojną światową i rewolucją rosyjską. Nieporozumienie wynika zaś z doszukiwania się założeń nowoczesnego nacjonalizmu (niepodległość, samostanowienie narodów czy tworzenie państw terytorialnych) w dokumentach pochodzących z wcześniejszego okresu. Tymczasem takich treści one nie zawierały i zawierać nie mogły (zob. rozdział 6). W istocie to zwesternizowane elity jako pierwsze miały styczność z tego rodzaju ideami, dzięki podróżom na Zachód oraz instytucjom edukacyjnym ukształtowanym przez Zachód, z którego też idee te pochodziły. Młodzi indyjscy studenci powracający z Wielkiej Brytanii mogli przywozić ze sobą hasła Mazziniego i Garibaldiego, ale póki co tylko nieliczni mieszkańcy Pendżabu, nie mówiąc już o regionach takich jak Sudan, byliby w stanie cokolwiek z tych haseł zrozumieć.

Najpotężniejszą spuścizną kulturalną imperializmu była zatem zachodnia edukacja różnego rodzaju mniejszości. Ci nieliczni uprzywilejowani dzięki wykształceniu odkryli - z pomocą konwersji na chrześcijaństwo lub bez niej - cnotę ambicji symbolizowaną przez biały kołnierz duchownego, nauczyciela, biurokraty czy urzędnika. W niektórych regionach do grona tego należeli także ci, którym przyszło odgrywać nowe role żołnierzy i policjantów w służbie nowej władzy, noszący jej uniformy, dostosowujący się do jej osobliwych koncepcji czasu, miejsca i organizacji przestrzeni. Były to, rzecz jasna, mniejszości złożone z ludzi potencjalnie wpływowych, dlatego też era kolonializmu - niezbyt długa nawet w porównaniu z życiem pojedynczego człowieka - miała tak trwałe skutki. Zadziwia bowiem fakt, że w większości regionów Afryki całe doświadczenie kolonializmu, od początkowej okupacji do powstania niepodległych państw, pokrywa się z czasem trwania jednej biografii - na przykład Winstona Churchilla (1874-1965).

A jaki wpływ wywarł świat zależny na kraje dominujące? Moda na egzotykę już od XVI wieku była produktem ubocznym ekspansji europejskiej, a filozofowie epoki Oświecenia dość często traktowali obce kraje pozaeuropejskie i regiony niezamieszkane przez europejskich osadników jako coś w rodzaju moralnego barometru europejskiej cywilizacji. Ludzie pochodzący z krajów rozwiniętych mogli unaoczniać instytucjonalne niedostatki Zachodu, czego przykładem są Listy perskie Monteskiusza. Mieszkańców krajów pozbawionych cech cywilizacji na ogół traktowano jako szlachetnych dzikich, których naturalny i godny podziwu sposób bycia uzmysławiał zepsucie europejskiego społeczeństwa. Nowością XIX wieku było natomiast coraz częstsze traktowanie ludów pozaeuropejskich i tworzonych przez nie społeczeństw jako gorszych, niegodnych naśladowania, słabych i zacofanych, a nawet infantylnych. Nadawały się doskonale do podbicia, a przynajmniej do nawrócenia na wartości jedynej  p r a w d z i w e j  cywilizacji, reprezentowanej przez kupców, misjonarzy oraz zastępy uzbrojonych mężczyzn mających ze sobą dużo "ognistych kijów" i "ognistej wody". W pewnym sensie wartości tradycyjnych społeczeństw niezachodnich coraz mniej pomagały im przetrwać w epoce, w której liczyły się wyłącznie siła i technika wojskowa. Czy wytworność imperialnego Pekinu powstrzymała zachodnich barbarzyńców przed wielokrotnym paleniem i łupieniem Pałacu Letniego? Czy elegancja elitarnej kultury upadającej stolicy Mogołów, tak malowniczo przedstawiona w filmie Satyajita Raya Szachiści, powstrzymała natarcie Brytyjczyków? Dla przeciętnego Europejczyka ludzie tworzący te kultury stali się obiektem pogardy. Jedynymi przedstawicielami świata pozaeuropejskiego, jakich akceptowano, byli żołnierze, najlepiej ci, których można było rekrutować do własnych oddziałów kolonialnych (sikhowie, Gurkhowie, górale berberyjscy, Afgańczycy, Beduini). Imperium osmańskie zyskało pewien respekt, ponieważ nawet w obliczu upadku dysponowało piechotą zdolną przeciwstawić się armiom europejskim. Japonię zaczęto traktować jako równą dopiero wtedy, gdy okazało się, że też potrafi wygrywać wojny.

Sama gęstość sieci globalnej komunikacji, dostępność obcych ziem, bezpośrednia lub pośrednia, nasiliła konfrontację świata zachodniego z egzotycznym oraz ich przenikanie się. Tylko nieliczni dobrze znali oba te światy i zastanawiali się nad ich wzajemnymi relacjami, choć w okresie imperialistycznym pojawiało się takich ludzi coraz więcej. Szczególną rolę odegrali pisarze świadomie stający w pozycji pośredników między dwoma światami. Zwykle ludzie ci byli jednak pisarzami lub intelektualistami raczej z powołania, z zawodu zaś bywali marynarzami (jak Pierre Loti oraz, największy z nich, Joseph Conrad), żołnierzami i administratorami (jak orientalista Louis Massignon) czy kolonialnymi dziennikarzami (jak Rudyard Kipling). Egzotyka coraz częściej stawała się jednak elementem codziennej edukacji, jak w przypadku niezwykle popularnych powieści dla chłopców autorstwa Karola Maya (1842-1912) z fikcyjnym niemieckim bohaterem przemierzającym Dziki Zachód oraz muzułmański Wschód, zapuszczającym się niekiedy również w głąb Afryki i do Ameryki Łacińskiej; jak w przypadku powieści sensacyjnych ukazujących jako czarne charaktery tajemniczych i wszechmocnych ludzi Orientu w rodzaju doktora Fu Manchu wykreowanego przez Saxa Rohmera; jak w przypadku publikowanych w tanich periodykach opowieści szkolnych dla brytyjskich chłopców, gdzie pojawiała się postać zamożnego Hindusa mówiącego osobliwym dialektem (Babu-English) pasującym do stereotypowych wyobrażeń. Niekiedy egzotyka stawała się elementem codziennego doświadczenia, czego przykładem były widowiska Buffalo Billa na temat Dzikiego Zachodu z udziałem egzotycznych kowbojów i Indian od 1887 roku podbijające publiczność w Europie lub coraz bardziej rozbudowane wioski kolonialne i ekspozycje prezentowane w ramach wystaw światowych. Niezależnie od intencji twórców te przebłyski obcych światów nie miały charakteru dokumentalnego. Były tworami ideologicznymi, i generalnie umacniały poczucie wyższości ludzi "cywilizowanych" nad "prymitywnymi". Miały charakter imperialistyczny już choćby dlatego, że - jak pokazują powieści Josepha Conrada - centralnym spoiwem codzienności z egzotyką była formalna lub nieformalna penetracja Trzeciego Świata przez Zachód. Gdy język potoczny, głównie przez różne formy slangu, zwłaszcza używanego w wojskach kolonialnych, przejmował słowa wywodzące się z rzeczywistych doświadczeń imperialnych, często odzwierciedlał negatywne postrzeganie tamtejszej ludności. Robotnicy włoscy na określenie łamistrajków używali słowa crumiri (od nazwy plemienia z Północnej Afryki114), a włoscy politycy określali zastępy posłusznych wyborców z południa poganianych do urn przez miejscowych patronów słowem ascari (od żołnierzy wojsk kolonialnych złożonych z ludności rdzennej)115. Słowo "kacykowie" oznaczające indiańskich wodzów w hiszpańskim imperium amerykańskim stało się synonimem przywódcy politycznego w ogóle, zaś "kaidami" (słowo oznaczające wodzów północnoafrykańskich ludów autochtonicznych) zaczęto określać przywódców gangów kryminalnych we Francji.

To zainteresowanie egzotyką miało też jednak bardziej pozytywną stronę. Bardziej refleksyjnie usposobieni administratorzy i żołnierze (biznesmeni mniej interesowali się tymi sprawami) zastanawiali się nad różnicami między ich rodzimymi społeczeństwami a tymi, którymi rządzili. Spod ich pióra wychodziły zarówno imponujące studia na ten temat, zwłaszcza w odniesieniu do Indii, jak i rozważania teoretyczne, które spowodowały przemiany w obrębie zachodnich nauk społecznych. Znaczna część tych prac powstała jako produkt uboczny praktyki rządów kolonialnych lub z intencją wspierania tych rządów, większość też bezsprzecznie opierała się na silnym i pełnym pewności siebie przekonaniu o wyższości zachodniej wiedzy nad każdą inną, może poza dziedziną religii, gdzie na przykład przewaga metodyzmu nad buddyzmem dla bezstronnych obserwatorów wcale nie była taka oczywista. Imperializm przyniósł też wyraźny wzrost zainteresowania ludzi Zachodu formami duchowości pochodzącymi z Orientu lub postrzeganymi jako stamtąd się wywodzące, a niekiedy także sprzyjał konwersji116. Przy całej słuszności krytyki postkolonialnej, nie da się tej części zachodniego dorobku naukowego łatwo zdyskredytować jako przejawu deprecjacji kultur pozaeuropejskich. Najlepsze z owych prac traktowały te kultury z szacunkiem i wskazywały na możliwość uczenia się od nich przez Europejczyków. W dziedzinie sztuki, zwłaszcza w sztukach wizualnych, zachodnia awangarda traktowała kultury niezachodnie jako całkowicie równe sobie. Co więcej, w omawianym okresie w dużym stopniu się nimi inspirowała. Dotyczyło to nie tylko sztuki postrzeganej jako reprezentatywna dla cywilizacji zaawansowanych, choć egzotycznych (jak w przypadku sztuki japońskiej, która wywarła znaczny wpływ na malarzy francuskich), ale także sztuki powstałej w kręgu kultur uznawanych za "prymitywne", zwłaszcza pochodzącej z Afryki i Oceanii. Bez wątpienia wabiły one właśnie swym "prymitywizmem", jednak niezaprzeczalne jest również to, że pokolenia awangardy z początków XX wieku nauczyły Europejczyków postrzegać tego rodzaju dzieła jako sztukę - często jako wielką sztukę - samą w sobie, niezależnie od jej pochodzenia.

Należy krótko wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie imperializmu, czyli o wpływie, jaki wywarł na klasę panującą i średnią w krajach-metropoliach. W pewnym sensie imperializm, bardziej niż cokolwiek innego, zdawał się dokumentować triumf tych klas i społeczeństw stworzonych na ich obraz i podobieństwo. Wszak garstka krajów, głównie z północno-zachodniej Europy, dominowała wówczas nad całym światem. Niektórzy imperialiści, ku niezadowoleniu narodów romańskich, nie mówiąc już o Słowianach, chętnie podkreślali szczególne zdobywcze zalety narodów wywodzących swój początek z dawnych ludów germańskich, a zwłaszcza Anglosasów. Narody te, niezależnie od istniejącej między nimi rywalizacji, miała łączyć pewna nić pokrewieństwa, czego echa pobrzmiewały jeszcze w powściągliwym szacunku Hitlera dla Wielkiej Brytanii. Wąska grupa przedstawicieli wyższych i średnich klas w tych krajach - urzędników, administratorów, biznesmenów, inżynierów - skutecznie sprawowała tę dominację. Około roku 1890 nieco ponad 6 tysięcy brytyjskich oficjeli rządziło blisko 300 milionami Hindusów przy wsparciu nieco ponad 70 tysięcy europejskich żołnierzy, wśród których ci niżsi rangą byli najemnikami (podobnie jak w dużo liczniejszej armii złożonej z ludności rdzennej) szczególnie często wywodzącymi się z dawniejszego rezerwuaru autochtonicznych wojsk kolonialnych, czyli spośród Irlandczyków. Ten przypadek jest skrajny, ale z pewnością nie wyjątkowy. Czyż wobec tego mógł istnieć bardziej przekonujący dowód absolutnej przewagi najsilniejszych państw europejskich?

Liczba ludzi bezpośrednio zaangażowanych w imperium była relatywnie mała, lecz ich znaczenie symboliczne było ogromne. Gdy w 1899 roku obawiano się, że pisarz Rudyard Kipling, piewca brytyjskiego panowania w Indiach, może umrzeć na zapalenie płuc, smutkiem okryli się nie tylko Brytyjczycy i Amerykanie (Kipling w tym samym roku napisał wiersz Brzemię białego człowieka, wskazując w nim na odpowiedzialność Stanów Zjednoczonych za Filipiny), ale także cesarz Niemiec, który nawet przesłał telegram117.

Jednak imperialne triumfy rodziły też niepewność i problemy. Napięcia pojawiły się, gdy coraz trudniejsza do rozwikłania okazała się sprzeczność między imperialnymi rządami metropolitalnych klas panujących a ich własnymi narodami. W obrębie metropolii, jak zobaczymy, coraz częściej przeważała lub zyskiwała dominujące znaczenie demokratyczna polityka wyborcza. Jej ostateczny triumf wielu wydawał się nieuchronny. W obrębie imperiów kolonialnych wciąż panowały natomiast rządy autokratyczne oparte na połączeniu przymusu fizycznego i biernego poddaństwa względem władzy tak potężnej, że jawiącej się jako niepodważalna, a więc prawomocna. Żołnierze i zdyscyplinowani "prokonsulowie", ludzie odseparowani od otoczenia i sprawujący władzę absolutną nad terytoriami o wielkości królestw, władali kontynentami, podczas gdy w ich ojczyźnie dawał o sobie znać gniew niewykształconych i uciskanych mas. Czyż nie tkwiła w tym pewna lekcja - lekcja Nietzscheańskiej Woli mocy - którą należało odrobić?

Jak wspomnieliśmy, imperializm rodził niepewność. Przede wszystkim prowadził do konfrontacji niewielkiej mniejszości białych - bowiem większość ludzi należących do tej rasy trwała w podporządkowaniu, o czym nieustannie ostrzegała nowa dziedzina "wiedzy" w postaci eugeniki (zob. rozdział 10) - z masami ludzi o czarnym, śniadym, a najczęściej żółtym kolorze skóry. Nawet cesarz Wilhelm II Hohenzollern wzywał wówczas do jedności i obrony Zachodu w obliczu "żółtego zagrożenia"118. Czy światowe imperia - tak szybko zbudowane, mające tak wąską bazę, z taką łatwością rządzone dzięki poświęceniu nielicznych i bierności wielu - mogły w ogóle przetrwać? W odpowiedzi na manifestację demagogicznej dumy imperialnej, jaką był "diamentowy jubileusz" królowej Wiktorii w 1897 roku, Kipling, największy, a może nawet jedyny, poeta imperializmu, przypominał o nietrwałości imperiów:

Floty nasze przesławne stopniały;

Na żuławach, lądach popiół siwy:

Przygasł blask nasz wczorajszy, wspaniały,

Proch z nas został Tyru i Niniwy;

Sędzio narodów, zastępów Boże,

Nie daj, byśmy zeszli na bezdroże!119

W tym czasie z wielkim rozmachem planowano budowę nowej stolicy imperialnej w Indiach - New Delhi. Czy Georges Clemenceau był jedynym sceptycznym obserwatorem, który przewidywał, że będzie to ostatnia ruina w długiej historii imperialnych stolic? I czy panowanie nad światem było bardziej kruche niż władza sprawowana w kraju nad masami białych ludzi?

Niepewność tej epoki miała dwojakie oblicze. Jeśli bowiem imperium (i władza klas panujących) było narażone na opór ze strony poddanych - choć zapewne jeszcze nie wówczas i nie od razu - czyż nie było ono jeszcze bardziej narażone na odśrodkową erozję woli władzy i gotowości do darwinowskiej walki o byt? Czyż bogactwo i luksus uzyskane dzięki władzy i przedsiębiorczości nie osłabiały mięśni, które powinny być w nieustannym wysiłku, aby ów komfort utrzymać? Czyż sposób funkcjonowania imperium nie powodował pasożytnictwa w samym jego centrum i nie prowadził do ostatecznego zwycięstwa czających się na peryferiach barbarzyńców?

Pytania te nigdzie nie brzmiały tak apokaliptycznie, jak w największym i najbardziej kruchym ze wszystkich imperiów - pod względem rozmiarów i chwały przewyższającym wszystkie imperia z przeszłości, a jednak pod innymi względami będącym o krok od rozpadu. Nawet pracowici i energiczni Niemcy postrzegali imperializm jako ściśle złączony z "państwem rentierskim", które mogło prowadzić jedynie do katastrofy. Oto, co o tych lękach miał do powiedzenia John Atkinson Hobson rozważający ewentualne skutki rozbioru Chin:

większa część Europy Zachodniej mogłaby wówczas przeobrazić się w coś, co już można dostrzec na terenach Południowej Anglii, na Riwierze, a także w turystycznych lub rezydencjonalnych częściach Włoch i Szwajcarii - wąskie kliki bogatych arystokratów czerpiących dywidendy i renty z Dalekiego Wschodu, nieco większa grupa specjalistów i handlarzy, a także liczne zastępy osobistej służby oraz pracowników branży transportowej i końcowych etapów produkcji dóbr nietrwałych. Wszystkie najważniejsze branże gospodarki by zniknęły, a podstawowe artykuły spożywcze i fabrykaty napływałyby jako daniny z Afryki i Azji.120

A zatem burżuazyjna belle époque rozbrajała samą burżuazję. Uroczy, nieszkodliwi Elojowie z powieści Herberta George'a Wellsa oddający się zabawie w słońcu pozostawali na łasce mrocznej rasy Morloków, wobec których byli bezbronni i zależni121. Jak pisał niemiecki ekonomista Gerhart von Schulze-Gaevernitz: "Europa [...] przeniesie ciężar pracy fizycznej, najpierw w rolnictwie i górnictwie, a następnie w obszarze najcięższych zadań w przemyśle, na rasy kolorowe, sama zaś zadowoli się rolą rentiera, w ten sposób być może torując drogę ekonomicznej, a później też politycznej, emancypacji ras kolorowych"122.

Takie właśnie zmory zakłócały błogi sen belle époque. Koszmary imperium mieszały się w nich z lękami przed demokracją.